PLIKI COOKIES  | Szukaj  | Użytkownicy  | Grupy  | Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Lucia robi postępy
Autor Wiadomość
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Śro 10 Wrz, 2025 10:42   Lucia robi postępy

Skończyłam poprawiać i już wrzucę pierwszy odcinek tomu Lucia's Progress. Wydany został w 1935 i w pogodnej atmosferze Tilling bardzo delikatnie pojawiają się echa sytuacji światowej. Ale tylko echa, bo nadal głównym tematem opowieści jest żywot Luci i jej otoczenia w sielskim miasteczku, tylko czasami nękanym lokalną powodzią. No i nasza Elizabeth wyszła za majora Benjy! :excited:

a więc: Lucia's Progres, autor E.F Benson, rok 1935. Dedykacja książki dla markiza Carisbrooke

Rozdział pierwszy

Pani Emmeline Lucas spacerowała ze żwawą elegancją w tę i z powrotem po brukowanej ścieżce która przecinała jej ogródek warzywny i była tak dogodnie sucha po stopami nawet po ulewnych deszczach. Jej dom zwany Grebe stał jakieś ćwierć mili poza murami starożytnego i zjawiskowego miasteczka Tilling, na wzgórzu od zachodniej strony; przed nim rozciągały się zielone połacie mokradeł, płaskich i monotonnych, aż po linię wydm na wybrzeżu. Spędziła pracowity poranek dzieląc go mniej więcej pół na pół między ćwiczeniem dość łatwej sonaty Mozarta i czytaniem dość trudnej sztuki Arystofanesa. Na jednej jej stronie znajdował się tekst grecki, a na przeciwległej – doskonałe angielskie tłumaczenie, a sztuka była tak zabawna, że dziś właściwie zaniedbała grekę i skupiła się na angielskim. Teraz wyszła na świeże powietrze by się orzeźwić po muzycznych i intelektualnych wysiłkach i poczuła, że właściwie to podświadomie czeka na melodyjny dźwięk zestawu małych dzwonków w holu, który wezwie ją na lunch.
Styczniowy poranek był łagodny i jej bystre ptasie oko wypatrzyło, że zdążyło już zakwitnąć kilka nieostrożnych, wczesnych pierwiosnków (nawet w myślach nazywała je polyantami) i że jeszcze bardziej lekkomyślny motyl o szylkretowych skrzydłach dał się wywabić z miejsca, w którym hibernował i już polatywał nad tymi wczesnymi kwiatkami. Wkrótce dołączył do niego kolejny i oba wydawały się nawiązać coś w rodzaju niemrawego flirtu zupełnie nie pasującego do ich wyleniałego i anemicznego wyglądu. Oba motyle wydawały się być bardzo zadowolone ze swego towarzystwa, a Lucia pomyślała przelotnie o swych dwu przyjaciółkach, obu w średnim wieku, które ostatnio wyszły za mąż i z którymi miała po południu grać w brydża.
Długim wdechem wciągnęła ciepłe powietrze i zatrzymała je w płucach przez pięć sekund zgodnie z zaleceniami jogi, a potem wypuściła je jednym energicznym wydechem. Następnie oddała się kilku ćwiczeniom fizycznym, podskokom, rozciąganiu i wymachom, które uważała za tak sprzyjające zdrowiu, ciesząc się myślą, że kobieta w jej wieku może wciąż pochwalić się znaczną giętkością. Kolejne urodziny miały zapukać do jej drzwi w przyszłym miesiącu, a jeśli jej metryka się nie myliła (a nie było powodu w to wątpić), to nie dało się odsunąć od siebie konkluzji, że jeśli za każdy przeżyty rok miałaby przeżyć kolejny, to umrze stulatką. Przez krótką chwilę myśl o ulotności życia i pochłaniającym wszystko grobie zmroziła jej duszę, jakby jakiś lodowaty powiew napłynął zza rogu jej domu, lecz nim miała czas by zadrżeć, jej zwykła odwaga znów ją rozgrzała i Lucia przysięgła sobie jak najlepiej wykorzystać lata, które jej pozostały, choć mogło nie czekać ich pięćdziesiąt. Z pewnością nie ulegnie starczym igraszkom jak te przejrzałe motyle, bo nic nie postarza kobiety bardziej niż udawanie, że jest wciąż młoda, a z pewnością dla swej energii znajdzie o wiele lepsze ujście niż rozwiązłość. Nigdy nie brakowało jej aktywności, przedsiębiorczości, a nawet agresywności gdy nastała potrzeba i wszyscy ci źle poinformowani ludzie, którzy od czasu do czasu próbowali rzucać jej kłody pod nogi, już się o tym przekonali – a jej bezcenne zasoby wewnętrzne pozostały nietknięte.
Minął nieco ponad rok od chwili, gdy spotkała ją najbardziej niezwykła przygoda życia, kiedy to wielka powódź zerwała brzeg rzeki po drugiej stronie drogi, a ona i nieszczęsna roztrzęsiona Elizabeth Mapp zostały wyniesione w morze na kuchennym stole. Uratował je trawler w Kanale i spędziły trzy dziwaczne, ale bardzo ciekawe miesiące z załogą poławiaczy dorsza na Gallagher Bank. Niepokonana witalność Luci pomogła im przetrwać, ale od tego czasu dorsz miał zakaz wstępu na jej stół. Wracając do domu pewnego szarego kwietniowego poranka odkryły, że na dziedzińcu kościelnym postawiono bardzo zgrabny obelisk dla ich upamiętnienia, bo Tilling całkiem naturalnie uznało, że musiały utonąć. Lecz Tilling się myliło, a obelisk został natychmiast usunięty.
Ale od tamtej pory Lucia czasami czuła, że nie wykorzystuje nawet w części swej końskiej energii. Zagrała niezliczone duety z Jurusiem Pillsonem: ustanowiła się instruktorką kultury fizycznej dla pań w Tilling póki liczba jej uczennic nie zaczęła topnieć i musiała skakać i rozciągać się samotnie; namalowała całe mile mokradeł i była absolutnie gotowa prowadzić zajęcia z brydża kontraktowego, odwiedzała oddziały miejscowego szpitala dwa razy w tygodniu, aż przełożona poskarżyła się doktorowi Dobbie, że po wizycie pani Lucas pacjenci są bardzo niespokojni przez resztę dnia, a doktor taktownie napomknął, że jej witalność to za duże wyzwanie dla pacjentów (i tak zapewne naprawdę było). Śpiewała w chórze kościelnym, co czwartek po południu czytała przez godzinę pensjonariuszom domu opieki, póki sama nie zauważyła, że na długo przed końcem cała publiczność śpi snem sprawiedliwego, przejrzała arcydzieła Arystofanesa, Wirgiliusza i Horacego z pomocą tłumaczenia, dała wykład pod tytułem „Współczesne tendencje literackie” w Instytucie Literackim i zaproponowała kolejny, na temat „Epoka Peryklesa,” ale jeszcze do niego nie doszło, jako że - z zupełnie niezrozumiałych powodów -nie udało się ustalić dogodnej daty, ale gdy analizowała te liczne aktywności, doszła do wniosku, że pomogły jej one jedynie wypełnić czas nie rozwijając jej w żaden sposób. Niewątpliwie życie towarzyskie Tilling cechowało się nieustannym podnieceniem, były w nim kryzysy, spiski i kontr-spiski raczej endemiczne niż epidemiczne i utrzymywały wszystkich w stanie gorączki i wysokiego psychicznego napięcia, ale gdy już wszystko zostało powiedziane i zrobione (a zawsze było sporo do roboty, a jeszcze więcej do powiedzenia), tego ranka poczuła z wyrzutami sumienia, że jeśli miałaby spisać wszystkie warte uwagi osiągnięcia od czasu powrotu z Gallagher Bank, lista byłaby zawstydzająco krótka.
- Obawiam się – pomyślała Lucia – że Anioł Losu nie będzie miał na mój temat nic do zapisania w swych księgach w tym roku. Wegetowałam. Molto cattiva Byłam zadowolona (jednak nie do końca, przyznam się sama przed sobą) że zajęta jestem tysiącem błahostek. Trwoniłam na nie moją energię, odurzając się poczuciem, że są ważne. Ale z pewnością kobieta w kwiecie wieku, taka jak ja, mogłaby zrobić to samo po prostu dla odpoczynku w karierze. Muszę zdziałać coś bardziej monumentalnego (monumentum ære perennius, czyż nie?) w tym roku. Wiem, że moje ambicje mogą być wielkie. Nie wiem tylko, w czym je ulokować. Ach, jest w końcu lunch.
Ze sposobu, w jaki Grosvenor, jej pokojówka, wzywała na lunch tymi melodyjnymi dzwonkami, Lucia zawsze potrafiła wywróżyć, w jakim ta jest humorze. Dzwonków było sześć; wisiały obok siebie na polerowanej miedzianej ramie i wygrywały pierwszych sześć tonów rosnącej gamy durowej. Grosvenor improwizowała na nich przy pomocy małej pałeczki i jeśli uważała, że życie jest pełne harmonii, to raczyła Lucię czarującymi, pysznymi melodyjkami, których słuchało się bardzo miło, choć czasami za długo. Czasami w melodii pobrzmiewał ton niemal liryczny, który napełniał Lucię niepokojem, że Grosvenor się zakochała i ją opuści. Ale jeśli była w nastroju ponurym lub cynicznym , wyrażała go z realistyczną wiernością. Dziś uderzyła bardzo mocno w dwa sąsiadujące dzwonki, a po reszcie przebiegła patyczkiem w górę i w dół wywołując bardzo brzęczący efekt, co oznaczało, że ona sama też brzęczy. „Ciekawe co się stało, może niestrawność” pomyślała Lucia spiesząc do środka, bo Grosvenor w brzęczącym nastroju nie znosiła czekać.
- Pan Juruś nie dzwonił? – spytała gdy usiadła za stołem.
- Nie, proszę pani - odpowiedziała Grosvenor.
- Ani Foljambe?
- Nie, proszę pani .
- Nie ma dziś sosu pomidorowego do makaronu?
- Nie, proszę pani.
Lucia wiedziała, że lepiej nie pytać, czy ją coś boli, bo Grosvenor odpowiedziała by po prosty „nie, proszę pani,” więc dała jej spokój, by kisiła się sama w swej zgryźliwości i zwróciła myśli ku Jurusiowi. Mijały już dwa tygodnie od jego ostatnich odwiedzin, a kiedy go o to dopytywała, dostała tylko jasną informację, że siedzi w domu, bo niezbyt dobrze się czuje, ale nie ma się czym martwić. Takie dobrowolne wycofanie się mogło u Jurusia znaczyć kilka rzeczy, z których żadna zwykle nie budziła większego niepokoju. Jakieś drobne nieporozumienie, pomyślała Lucia: może kłopoty dentystyczne i konieczne naprawy uzębienia. Może potrzebował nowego tupecika. Albo mógł mieć drobny atak lumbago i nie chciał, żeby go oglądać skrzywionego i kulejącego zamiast zwykłego, żywego i energicznego wyglądu. Jeśli sam zdecydował się na chwilę zniknąć, byłoby po prostu nietaktem wypytywać o konkretny powód: wróci do nich z włosami bardziej kasztanowymi niż kiedykolwiek, lub olśniewając uśmiechem ukazującym doskonałe uzębienie i nikt niczego się nie domyśli.
Lecz dwa tygodnie były bezprecedensowo długim odosobnieniem i Lucia postanowiła zamienić słówko z Foljambe gdy ta wieczorem wróci do domu. Foljambe była niezrównaną pokojówką Jurusia, a także żoną szofera Luci. Rano podawała Cadamnowi wczesne śniadanie i wędrowała do domu Jurusia, Mallards Cottage, gdzie przez cały dzień usługiwała swemu pracodawcy wracając do męża gdy podała Jurusiowi kolację. Jak sławna aktorka, która wyszła za mąż, zachowała swe panieńskie nazwisko zamiast stać się panią Cadmanową (którą bez wątpienia była w oczach Boga), póki jej powołaniem było foljambowanie Jurusiowi… Wtem weszła Grosvenor niosąc sporą sosjerkę sosu pomidorowy, gdy Lucia już prawie kończyła makaron i w ramach przeprosin za swą oczywistą pomyłkę zrobiła się bardziej rozmowna, choć nie mniej ponura.
- Foljambe nie piśnie ani słówka o panu Jurusiu, proszę pani – powiedziała – prócz tego, że ani nie wyszedł poza drzwi frontowe, ani z nikim się nie widział od dwóch tygodni. Doktor Dobbie był u niego kilka razy. Nie myśli pani chyba, że to coś z głową, prawda?
- Na pewno nie – powiedziała Lucia. – Czemu miałabym coś takiego pomyśleć?
- No, mój wujek tak miał – powiedziała Grosvenor. – Zamknął się w domu na mniej więcej tyle ile pan Juruś, a potem zabrali go do domu wariatów, gdzie już zawsze uważał się za księcia Walii.

tłum. Trzykrotka

c.d.n
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Śro 10 Wrz, 2025 11:13   

:rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: no nie mogę, masz absolutnie doskonałe wyczucie suspensu :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Dzięki Trzykrotko, że tak szybko dałaś nową lekturę :pociesz: :cmok: :cmok: :cmok: :kwiatki_wyciaga: szczerze mówiąc nie wyobrażałam sobie, jak doczekam nowej opowieści, a szczerze mówiąc, aż się boję myśleć, jak będę żyć, kiedy wszystkie Luciowe historie zostaną opowiedziane :cry2: :cry2: :cry2:
Ciekawe, któraż to pani oprócz drogiej Elżbiety machnęła się za mąż i za kogo :mysle: :excited:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Czw 11 Wrz, 2025 11:06   

No właśnie, jak żyć bez nowej Luci? :confused3:
Wiem, że są jeszcze jakieś opowiadania - trzeba będzie w to wniknąć. Przeglądałam wstępnie inne cykle pana Bensona, może znajdzie się coś równie albo choć w przybliżeniu fajnego. Póki co jestem już po 3/4 tłumaczenia ostatniej powieści z cyklu.
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Czw 11 Wrz, 2025 12:42   

Jesteś BOSKA Trzykrotko :serce: :serce: :serce: :love_shower: :love_shower: :love_shower: :kwiatki_wyciaga: :kwiatki_wyciaga: :kwiatki_wyciaga:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Czw 11 Wrz, 2025 19:52   

E nie.... :przytul: Po prostu mam z tego masę zabawy.
Znowu zasady brydża. Równie dobrze mogłaby to być napisane po chińsku :roll:


Choć Lucia z pogardą odrzuciła tę złowrogą teorię, to tym bardziej chciała dowiedzieć się, co naprawdę dzieje się z Jurusiem. Wiadomość, że był u niego lekarz oddalała teorię, że potrzebny jest nowy tupecik kasztanowego koloru, bo lekarz do tego nie był potrzebny, gdyby zaś składał serię wizyt u dentysty, Foljambe nie powiedziałaby, że nie wychodził za próg, a w przypadku ataku lumbago na pewno z pewnością wywołałby wcześniejsze leczenie. Tak więc, po telefonie do Jurusia sugerującego, jak często robiła wcześniej, że zajrzy do niego po południu i po otrzymaniu bezkompromisowo zniechęcającej odpowiedzi, pomyślała, że po lunchu pójdzie do Tilling i dowie się, co ludzie myślą o tym długim wycofaniu. Była sobota i z pewnością wielu znajomych odbywa właśnie zwyczajowy kurs po sklepach.
Lucia zajrzała do swego terminarza i zapisała „Mozart, Arystofanes” jako zajęcia dzisiejszego poranka. Dziś po południu miała grać w brydża w Mallards, domu obok Mallards Cottage z majorem i panią Mapp-Flint; brydż, herbata i więcej brydża. Przez ostatni rok brydż kontraktowy toczył śmiertelną walkę z brydżem licytacyjnym, ale ten ostatni, jak Tyszbici w starciu z królem Dawidem, został wytępiony, bo kontrakt dawał o wiele więcej przestrzeni dla gwałtownych różnic zdań na temat lew, deklaracji, mocnych dwójek, podwajania i wygrywania, że gra nabierała od razu temperatury i dzikości. Wśród graczy byli adepci wielu szkół myślenia: jeden grał Culbertsonem, inny jednym klubem, inny dwoma klubami, a Diva Plaistow miała nowy system zwany „Leeway”, którego nie potrafiła nikomu zadowalająco wyjaśnić, ponieważ sama nie miała co do niego jasności. Tak więc, zanim kilka stolików zaczęło grać, zawsze zaczynała się paplanina, jakby księża różnych wyznań recytowali artykuły swojej wiary. Pani Mapp-Flint była „silną dwójką”, ale jej mąż był „jedną pałką”. W związku z tym, gdy grali razem, ich przeciwnicy musieli pamiętać, że gdy on zadeklarował jednego trefla, oznaczało to, że ma silne kolory zewnętrzne, ale prawdopodobnie nie ma żadnego trefla, ale gdy jego żona zadeklarowała dwa trefle, oznaczało to, że z pewnością ma dobre trefle i mnóstwo innych honorowych sztuczek. Sama Lucia polegała w dużej mierze na blefowaniu: innymi słowy, kiedy ogłosiła wysoki kontrakt w dowolnym kolorze, jej partner musiał zgadnąć, czy ma, powiedzmy, trójcę karo, czy też blefuje. Jeśli się pomylił, mogło dojść do straszliwej katastrofy, a Elizabeth Mapp-Flint była kiedyś słusznie sarkastyczna po zakończeniu jednej z takich poważnych klęsk. „Rozumiem, kochanie”, powiedziała, ”kiedy deklarujesz cztery karo, oznacza to, że nie masz żadnego i chcesz zostać pominięta. Przepraszam, następnym razem będę wiedziała.”

Podchodząc do Tilling, Lucia przeanalizowała w głowie różne zasady reszty graczy, których prawdopodobnie spotka. Padre i jego żona Evie Bartlett będą na pewno: on lubił blefować nawet bardziej niż Lucia i prawie zawsze najpierw deklarował swój najsłabszy kolor, aby dać znać, że go nie ma. Evie, jego żona, była wystarczająco uprzejma, by zagrać w dowolny system, którego życzył sobie jej partner, ale zazwyczaj zapominała, co to było. Algernon i Susan Wyse też na pewno przyjdą: nie trzeba było się z nimi liczyć, ponieważ deklarowali jak najbardziej prostolinijnie i naprawdę mieli na myśli to, co mówili. Ósma byłaby prawdopodobnie Diva ze swoim „Leeway”, z którego, ponieważ zawsze miała tak złe karty, zawsze było dużo do nadrobienia.
Lucia dokonała w myślach przeglądu tych systemów, a potem skierowała swój strumień świadomości ku gospodyni przyjęcia, która, jako Elizabeth Mapp, była jej mimowolną partnerką w wielkiej przygodzie na stole kuchennym rok temu. Ona na pewno nie wegetowała od czasu ich powrotu, bo poślubiła majora Benjamina Flinta, a że jego wkładem w małżeństwo była tylko wojskowa emerytura, a że ona była kobietą w pełnym sensie tego słowa i właścicielką Mallards, właściwym posunięciem było połączenie jego nazwiska z jej nazwiskiem. Co bardziej sarkastyczne dusze w Tilling uważały, że pewnie wolałaby zachować swe panieńskie nazwisko jak Foljambe i sławne aktorki. Podczas ceremonii zaślubin z pewnością pominęła słowo „posłuszeństwo” kiedy określała, jaką żoną mu będzie. Ale wstępnie napomnienie zostało odczytane w pełnym brzmieniu, choć padre bardzo taktownie zasugerował pannie młodej, że można nie czytać całej części dotyczącej dzieci: Elizabeth chciała mieć wszystko.
Natychmiast po ślubie „młoda para” wyjechała z Tilling, bo Elizabeth przyjęła bardzo korzystną ofertę wynajmu Mallards na miesiące letnie i jesienne i oboje zamieszkali w prymitywnym i odległym bungalowie niedaleko pól golfowych oddalonych o dwie mile, gdzie mogli grać sobie w golfa i romansować w spokoju i samotności. Pan i pani Wyse wpadali tam czasami na lunch i choć pan Wyse (gentleman w każdym calu) zawsze chwalił, że spędzili tam uroczy dzień, to Susan była bardziej komunikatywna i wypsnęło jej się, że jedzenie nie było świeże, a na stole nie pojawiła się nawet kropla alkoholu. W deszczowe dni major od czasu do czasu przyjeżdżał do Tilling autobusem pod jakimś tak błahym pretekstem jak przycięcie włosów lub wysłanie listu i spędzał lwią część popołudnia w klubie, gdzie mieli porto wyjątkowo dobrej marki. Następnie lokator Elizabeth był tak zachwycony Mallards, że przedłużył wynajem aż do końca listopada, po czym Mapp-Flintowie, z kieszeniami pełnymi złota ze swoich czynszówek, wybrali się na Riwierę na cały grudzień i byli widziani przez siostrę pana Wyse, contessę Faraglione, w kasynie w Monte Carlo. Stąd też ich świeży powrót do Tilling był niezwykle ekscytującym wydarzeniem, bo tak naprawdę nie wiadomo było, które z nich przejęło w tym stadle władzę. Wstrzemięźliwość od napojów alkoholowych wydawała się wskazywać na przewagę Elizabeth, bo, jak całe Tilling wiedziało, major miał skłonność całkiem przeciwną, z drugiej jednak strony pani Wyse zdradziła, że oblubienica nie kryła się z wręcz poniżającym uczuciem dla oblubieńca. Które więc z nich było duchem sprawczym tych wizyt w kasynie? A może oboje byli w głębi serca hazardzistami? Wszystko to razem tworzyło bardzo intrygującą sytuację: panie z Tilling były szczególnie ciekawe najbardziej intymnej strony ich domowego pożycia i rozmawiały o tym między sobą z najwyższą oględnością.
Lucia weszła po stromym wzniesieniu na High Street i wkrótce znalazła niezłą pożywkę dla konstruktywnej obserwacji. Foljambe wchodziła właśnie do apteki, a Lucia, przypomniawszy sobie, że potrzebuje szczoteczki do zębów, weszła tam za nią, by usłyszeć, co zamówi, bo mogło to rzucić trochę światła na naturę tajemniczej Jurusiowej niedyspozycji. Ale paczuszka ligniny była raczej słabą wskazówką, choć obalała mroczną sugestię Grosvenor, że Juruś choruje na głowę: ligniną nie leczy się wariactwa. Kawałek dalej dziwaczna Irene Coles w spodniach i szkarłatnym pulowerze rozłożyła sztalugi na chodniku, tak że piesi musieli wychodzić ja jezdnię by ją obejść, wykonywała impresjonistyczny szkic ulicy. Irene miała niemal żenujący schwärm dla Luci, którą objęła teraz ramionami przewracając sztalugi; nie miała jednak żadnych wieści o Jurusiu, a jej przypuszczenie, że Foljambe zamordowała go i zakopała pod ceglanym słupem w ogrodzie nie miała ani cienia prawdopodobieństwa.
- Ale mogło tak być, ukochana – powiedziała. - Takie rzeczy się zdarzają, więc czemu nie w Tilling? Pomyśl o Crippenie i Belle Elmore. Załóżmy, że Foljambe zakończy dziś pochówek i wymieni słup, a potem jutro rano pójdzie tam jak gdyby nigdy nic i powie policji, że Juruś zniknął. Naprawdę nie widzę innego wytłumaczenia.
Diva Plaisow przemknęła przez ulicę w ich stronę. Zawsze mówiła w telegraficznym stylu i chodziła tak szybko, że sama mogła być wzięta za telegraf.
- Bardzo tajemnicze – powiedziała, z góry wiedząc, o czym rozmawiają. - Wczoraj dwa tygodnie od ostatniego widzenia. Na pewno coś zaraźliwego. Idziesz do Mapp-Flintów, Luciu? To do zobaczenia.
I pobiegła dalej.
Okropne przypuszczenie nie wzbudziło w Luci ani krzty niepokoju, za to rozpaliło jej ciekawość. Gdyby choroba Jurusia była poważna, to wiedziała, że powiedziałby o niej tak starej przyjaciółce jak ona: musi po prostu chodzić o to, że Juruś nie chce by go oglądano. Ale zbliżała się pora przyjęcia brydżowego, więc cofnęła się o kilka jardów (choć bez konkretnego planu w głowie) i skręciła z High Street w stronę kościoła: ta droga, tylko kilka jardów dłuższa, poprowadziłaby ją obok Mallards Cottage, gdzie mieszkał Juruś. Zapadł już zmierzch, a kiedy właśnie przechodziła przed domem z mansardami, w salonie wychodzącym na ulicę zapalono światło. Pokusa była zbyt potężna by się jej oprzeć, więc przeszłą przez wąską brukowaną ulicę i zajrzała ukradkiem do środka. Foljambe zaciągała zasłony w drugim oknie, a przy kominku siedział Juruś, w pełni ubrany, z głową lekko obróconą zajęty swoim haftem petit-point. W tej samej chwili poruszył się lekko na krześle, a Lucia ku swemu nieopisanemu zdumieniu ujrzała, że zapuścił on krótką szarą brodę: mówiąc wprost – zupełnie siwą. Tylko raz rzuciła okiem i musiała kucnąć, bo Foljambe przeszła przez pokój i zaciągnęła zasłony w oknie, przez które zaglądała. Wstrząśnięta, ale i podekscytowana do głębi, Lucia wycofała się po cichu. Czyżby usunął się z życia tylko po to, by zapuścić brodę, udając chorobę póki nie osiągnie ona godnych, jeśli już nie czcigodnych rozmiarów? Zdrowy rozsądek buntował się na tę myśl, ale zdrowy rozsądek nie miał też żadnych innych pomysłów.
c.d.n
Tłum Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pią 12 Wrz, 2025 13:33   

Brydż to dla mnie czarna magia gorsza od nauk ścisłych , bo one przynajmniej dobrze wytłumaczone sa zrozumiałe, a tu ni huhu :zawstydzona2: :zawstydzona2: :zawstydzona2:

No właśnie, mnie tez szalenie interesuje małżeńskie życie państwa Mapp-Flint, to absolutnie fascynująca sprawa :excited: :excited: :excited:

Juruś zapuszcza zarost :shock: :paddotylu: ??? ale chyba go pofarbuje, nie pokaże się siwy :confused3: ?
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pią 12 Wrz, 2025 21:18   

Oj, to będzie z tą brodą Jurusia... Ale póki co, szykujmy się na poznanie naoczne, jak funkcjonują Mapp-Flintowie na nowej drodze życia :excited:

Lucia zadzwoniła do Mallards i została wpuszczona do znajomego białego holu, który aż prosił się o malowanie. Podczas swego pierwszego pobytu w Tilling, który zaowocował przeprowadzką tutaj na stałe, wynajęła ten dom na kilka miesięcy od Elizabeth Mapp i wprost go uwielbiała. Grebe, jej własny dom, był bardzo przyjemny, ale nie miał nic z godności i uroku Mallards z jego ogrodem otoczonym wysokim murem, jego małymi kwadratowymi salonikami i – nade wszystko – z czarującym pokojem ogrodowym, wybudowanym o kilka jardów od samego domu i roztaczającym z wykuszowego okna ten wyjątkowy widok na ulicę biegnącą w dół do High Street i – w drugą stronę – obok Mallards Cottage w stronę kościoła. Właściciel Mallards nie powinien wynajmować go na całe miesiące i gnieździć się w bungalowie dla zysku. Mallards powinien być punktem centralnym życia tego miasteczka. Naprawdę, szkoda go było dla Elizabeth; rok po roku zarabiała wynajmując go, a nawet gdy w nim mieszkała, gości przyjmowała raczej umiarkowanie. Lucia poczuła z całą mocą, że nie powinna ona w tym domu mieszkać i z równie wielką mocą nabrała przekonania, kto powinien.
Z westchnieniem podążyła za Withers do ogrodu i po ośmiu stopniach do pokoju ogrodowego. Nie widziała młodej pary od ich odosobnienia w bungalowie na miesiąc miodowy i krzykliwości Monte Carlo i teraz nawet tajemniczy widok Jurusia z szpakowatą, prawie siwą brodą zbladł pod wpływem intensywnego, czysto ludzkiej ciekawości, jak też oboje przystosowali się do małżeństwa…
- Chérie! – zawołała pani Elizabeth. – jak miło znów cię widzieć. Mój Benjy-boy i ja wróciliśmy dwa dni temu i od tego czasu nic tylko „schodami w górę, schodami w dół” i „w komnacie mojej pani” aby wszystko wygodnie i przytulnie urządzić i znów comme il faut. Ale już się rozgościliśmy,n'est ce pas?"
Lucia nie umiała zdecydować, czy te piękne galicyzmy były rezultatem miesiąca spędzonego przez Elizabeth we Francji, czy ironiczną aluzją do jej własnego zwyczaju wtrącania w rozmowę łatwych włoskich słówek. Ale tej sprawie ledwie poświęciła jedną myśl, bo psychiczny balans między tą dwójką był o wiele bardziej absorbujący. Z pewnością Elizabeth i jej Benjy-boy wyglądali na zakochanych. On nazywał ją Liz i Dziewuszką i przysiadł na poręczy jej fotela gdy czekali, aż zbierze się reszta graczy, a ona poklepała go po dłoni i rozprostowała mu mankiet. Czy mu się poddała, zastanawiała się Lucia, czy małżeństwo dokonało cudu przemiany tej dominującej kobiety? Już sam wygląd pokoju wydawał się potwierdzać tę zdumiewającą tezę. Był to zdecydowanie największy i najlepszy pokój w Mallards i w czasach panieństwa Elizabeth przepełniały go kobiece bibeloty, wazoniki i figurki z porcelany, gliniane świnki – skarbonki z Tilling, parawany ustawione pod kątem, muślinowe zasłony i podwiązane wstążkami firanki za którymi siadała obserwując z ukrycia życie miasta. Tutaj obok rur z gorącą wodą stał jej sekretarzyk do pisania listów, a tu w przytulnym kąciku przy kominku – jej kosz na robótki. A teraz na ścianach zamiast akwarel wisiały głowy jeleni i antylop, trofea Benjy’ego z wypraw do Indii, a także włócznie, strzały i bicz ze skóry nosorożca oraz fartuszek z muszli, a podłogę wyścielały tygrysie skóry. Przy oknie stało surowe biurko, w jej dawnym przytulnym kąciku – skórzany fotel wielkości balii, stojak na strzelby zapełniony kijami golfowymi przy ścianie, a pokój spowijał klimat męskości i zatęchły dym z cygar. I tak naprawdę jedynym reliktem przeszłości była wielka fałszywa biblioteczka w ścianie ukrywająca we wnętrzu kredens, w którym kiedyś, z powodu strachu przed brakiem zaopatrzenia podczas strajku węglowego, przezorna Elizabeth zmagazynowała nieprawdopodobną ilość wołowiny w puszce i innych zapasów żywnościowych. Wszystkie te zmiany świadczyły o poddaniu się. Dziewuszka Mapp oddała najlepszy pokój Benjyemu-boy Flintowi. Wszystkie te ich przysiadania i poklepywania pokazywali światu jako zestaw zachowań właściwych dla nowożeńców, ale sam pokój dostarczał bardziej konkretnych dowodów.
Towarzystwo zbierało się szybko. Ogromny Rolls-Royce Wyse’ów wiozący ich z domu oddalonego o pięćdziesiąt jardów zaparkował przed drzwiami frontowymi i Susan wtoczyła się do pokoju przygnieciona ciężarem swego wielkiego sobolowego futra, a zapach naftaliny stopniowo przytłumił nawet odór cygar. Algernon wszedł za nią, kłaniając się każdemu i wymieniając z każdym bardzo uprzejme słowo. Następni byli padre i pani Bartlett: on spędził wakacje w Irlandii i nabrał tamtejszego górskiego akcentu, który połączył z własnym, a efekt był ciekawy, bo brzmiało tak, jakby rozmawiali ze sobą dwaj panowie różnych narodowości, przy czym Irlandczyk wtrącał słówko czy dwa od czasu do czasu. Towarzystwa dopełniła Diva Plaistow i na wejściu potknęła się potężnie o głowę jednookiego tygrysa. Drugie oko wyskoczyło z oczodołu pod wpływem kopniaka, a ona z przeprosinami odłożyła je na kominek.
Graczy szybko i łatwo pousadzano, bo trzeba było rozdzielić trzy małżeństwa, a Lucia i Diva dopełniły czwórki przy obu stolikach. W pokoju powiało intensywną koncentracją, która była jak gwałtowny uścisk fali mrozu. Przy stole Luci ona i Elizabeth grały przeciwko padre i panu Wyse.
- Wciórności! – powiedział padre. – Chłopaki na dziewuchy. Ech, chopie, ciężko robota dla nas, biedaków, potykać się z naszymi żonkami, dalibóg!
Choć Elizabeth wydawała się poddać swojemu Benjyemu-boy, jasnym było, że nie ma takich zamiarów wobec innych chłopaków, którzy, choć podatni na ataki po pierwszym rozdaniu, nie mogli raz za razem wygrać robra z powodu jej niezmiernie wysokich licytacji.
- Tak, droga Luciu – powiedziała. – Niestety, chyba trzysta w plecy, ale warto wydać i sześćset, żeby powstrzymać przeciwnika przez wyjściem. Pokaż, qui donne?
- Jaki kij? – spytał padre.
- Kto zaczyna; albo raczej – kto się odważy?
- Ty zaczynasz, droga Elizabeth- powiedziała Lucia - ale nie wiem, czy to warte aż trzystu. Jak myślisz?
Lucia sprawdziła, co ma w ręku, ale milczenie było często tak samo cenne jak deklaracje. Chłopcy, zarumienieni z emocji od wielu nie wypowiedzianych setek, z pewnością coś zadeklarowali, aby zdobyć tak ogromną stawkę, a ona nie złożyła oferty. Wolała blefować, aby ich zwabić skromnym przelicytowaniem, a następnie zmiażdżyć pod oszałamiającym podwójnym przebiciem. Ale bojaźliwi chłopcy trzymali język za zębami, karty zostały rzucone i chociaż Lucia próbowała zmieszać swoją z resztą stada, Elizabeth bezlitośnie ją wyłuskała i przeprowadziła brutalną sekcję zwłok, jak na zwłokach królobójcy.
Gra została zawieszona, bo było już dawno po porze na podwieczorek. Podczas niego wydarzył się najbardziej intrygujący incydent, bo podczas takich spotkań major Benjy miał zwyczaj wypijać whisky z sodą lub dwie, zamiast jakichś mniej wyskokowych napojów. Ale dziś, co nie umknęło wytężonej uwadze tych, którzy jak Lucia pilnie obserwowali wzajemne relacje w nowym stadle, dostarczono mu ogromny kubek, który, gdy inni zostali obsłużeni, został przez Elizabeth napełniony po brzegi herbatą i podany mu. Diva też to zauważyła i aż zrobiła przerwę w regularnym wsuwaniu czekoladek nugatowych.
- Co za triste z biednym panem Jurusiem – powiedziała Elizabeth. – Zapraszałam go na dziś, a on zadzwonił, że zbyt kiepsko się czuje; nie wychodził ze swego maison przez ponad dwa tygodnie. Co się z nim dzieje? Ty będziesz wiedziała, Luciu.
I Luci i wszystkim innym przemknęło przez głowę pytanie, kto z nich wypadłby z gry gdyby Juruś przyszedł, lub czy Elizabeth w ogóle go zaprosiła. Zapewne nie.
- Naprawdę nie wiem – powiedziała. – Nikt nie wie. To wszystko jest bardzo tajemnicze.
- I nawet się z nim nie widziałaś? Proszę! – powiedziała Elizabeth. – Musi być strasznie chory.
Lucia nie przyznała się, że tak naprawdę to go widziała, ani nie wspomniała o brodzie. Zamierzała sama dowiedzieć się, co to wszystko znaczy, zanim powie innym.
- Och, nie sądzę- powiedziała. – Ale mężczyźni lubią być sami kiedy są nie w sosie.
Elizabeth posłała dłonią całusa swemu mężowi siedzącemu po drugiej stronie stołu. Naprawdę obrzydliwe.
- Mój Benjy-boy tak nie robi – powiedziała. – Jakże, przeziębił się trochę w Monte, a ja pas de moment nie spoczęłam, póki mu się nie polepszyło. Prawda, ty psocie?
Major Benjy otarł swe wielkie wąsy, które zanurzył był w morzu herbaty.
- Dziewuszka to istna czarodziejka w pokoju chorego – powiedział. – Daje człowiekowi zastrzyk energii lepszy niż pięćdziesiąt toników. Dzwoń do Jurusia, Liz, powiedz, że wpadniesz po kolacji i posiedzisz z nim.
Lucia czekała na wynik tej propozycji z pewnym niepokojem. Juruś na pewno jest ciekaw Elizabeth po zamążpójściu i jeśli przyjmie propozycję po tym, jak odmówił własnego towarzystwa jej, byłoby to naprawdę druzgocące. Na szczęście nie stało się nic tak godnego pożałowania. Elizabeth wróciła od telefonu w szybkim tempie, nieco zarumieniona i na chwilę porzuciła nawet francuski.
- Nie ma ochoty z nikim się spotykać – rzekła. – Tak odpowiedziała mi Foljambe. Niewychowana kobieta, zawsze tak uważałam: nie wiem, jak pan Juruś może ją znieść. Divo kochana, jeszcze czekoladek? W kredensie jej ich jeszcze mnóstwo. Komuś jeszcze herbaty? Benjy kochany, dolewka? To co, wracamy do gry? Ależ wszyscy podekscytowani!

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Sob 13 Wrz, 2025 18:59   

O kurczę :lol: :lol: :lol: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: zapewne Benjy-boy jest głową, ale Dziewuszka intensywnie nia kręci, sądząc po ilości wlewanej w majora herbatki :lol: szalenie intrygująca sytuacja i jest czego dociekać i o czym plotkować :excited: :excited: :excited:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Nie 14 Wrz, 2025 19:25   

A te wszystkie "cherie"! i tym podobne. Elżbieta odpłaca Luci pięknym za nadobne.
I wiadomo, czym panie z Tilling interesują się najbardziej: sypialnią "młodej pary" :mrgreen:
No i czuj duch, bo Lucia szuka sensu życia po pięćdziesiątce :excited:

Chłopaki w nowej rundzie zaczęli grać równie ostro jak żonki w poprzedniej. Do szału mogło doprowadzić że gra dochodziła do sześćdziesięciu wzwyż, a nie można było zagarnąć jednego z najwyższych wyników jakie kiedykolwiek osiągnięto w Sussex. Już prawie dotarli na szczyt tabeli wyników gdy na skutek kar za własne przelicytowania drugi słupek zaczął piąć się jak wieżowiec obok pierwszego. Potem nastała kolej żonek i rzeź rozpoczęła się od nowa.
- Très amusant! –wykrzyknęła Elizabeth, sprawdzając co ma w ręku z przyklejonym uśmiechem, bo gra była tak ekscytująca; oraz drżącą ręką, bo umrzeć można było. – Pokaż mi, que faire?
- Podnieś rączkę nieco wyżej, mistress Mapp-Flint – powiedział padre- bo nie zmogę i podglądnę.
-Monsieur, im więcej pan zobaczy, tym mniej się to panu spodoba – powiedziała Elizabeth, przeglądając swój zestaw przerażających śmieci. Całkiem zasadne, że tak powiedziała.
Dokładnie w chwili gdy Elizabeth zaczęła się zastanawiać, czy może nie warto byłoby choć raz zabluffować, major Benjy przy drugim stole odłożył karty jako dziadek i rzucił jedno szybkie pojrzenie, jak jaszczurka, na pełną napięcia twarz żony.
- Przepraszam na moment – powiedział i wymknął się cicho z pokoju.
Elizabeth, jak pomyślała Diva, nie zauważyła jego wyjścia, ale z pewnością zauważyła powrót, choć miała straszny mętlik w głowie, bo i Lucia zablefowała i Bóg jedyny wie, co jeszcze mogło się stać.
- Mam nadzieję, że nie czekaliście – rzekł Benjy wsuwając się z powrotem. – Krótki telefon. Ha, dobrze nam idzie, partnerze. Pięknie zagrane, muszę przyznać…
Diva odniosła wrażenie, że w tych gratulacjach czuć było delikatną woń, jakby dzwonił do sprzedawcy mocnych trunków…
Dopiero po wpół do ósmej wszelkie bitwy dobiegły końca owocując całkowitym spłukaniem się i całe towarzystwo, dziwiąc się później porze, rozeszło się w wielkim pośpiechu, by kolacja (lub taca) nie czekały. Pan Wyse na próżno błagał Lucię i Divę o zgodę na podwiezienie je do domów; noc jest wszak taka ciemna, jak zauważył, ale sam ujrzał, że księżyc jest w pełni – i pod nogami mokro – ale ujrzał, że chodniki są zupełnie suche. Tak więc po kilku frazach po francusku od Elizabeth, po włosku od Luci i szkocku i irlandzku od padre, tak, że próg Mallards przypominał Wieżę Babel, Diva i Lucia zeszły szybko w dół w stronę High Street, obie chętne do omówienia małżeńskiego równania.
- Co za zmiana, Divo! – zaczęła Lucia. – To urocze widzieć, co małżeństwo zrobiło z Elizabeth. Istny cud, nie sądzisz? Nie widać ani śladu jej wiecznej kłótliwości. Wydaje się, że ona go wręcz rozpieszcza. Te małe głaski, to poklepywanie, a nade wszystko, że oddała mu pokój ogrodowy: to wszystko pokazuje, że musi być w tym coś prawdziwego i płynącego z serca, nie sądzisz? Te rozkochane oczy wodzące za nim…
- Nie byłabym tak pewna rozkochanych oczu – powiedziała Diva. – Patrzyły dość ostro gdy wracał od telefonu. Innej herbaty szukał. Na to mogę przysiąc. Opary!
- Nie! – powiedziała Lucia. - Nie mów!
- Ależ mówię. Abstynenckie obiadki w bungalowie, już to widzę! Bzdury. Założę się, że ma butelki whisky zakopane w całym ogrodzie.
- Droga Divo, to czyste spekulacje – powiedziała szlachetnie Lucia. –Jeśli będziesz mówić głośno takie rzeczy, to w nie uwierzysz.
- Ho! Ja już w nie wierzę – odparła Diva. – To się jeszcze rozwinie.
- W każdym razie mam nadzieję, że będą szczęśliwi – powiedziała Lucia. – Oczywiście, jak powiedziałby padre, major Benjy po prostu musi czasami sobie coś chlapnąć, ale będę wierzyć, że już z tym skończył. Jaki wielki kubek herbaty, w życiu takiego nie widziałam i uważam, że są doskonałym małżeństwem. Doskonałym! Zastanawiam się…
Diva się wtrąciła.
- Wiem, nad czym. Śpią w tym dużym pokoju wychodzącym na ulicę. Withers powiedziała mojej kucharce. Obok garderoba majora, ta ciasna klitka. Sama widziałam, jak golił się w oknie.
Lucia szybko szła dalej gdy Diva skręciła do swojego domu przy High Street. Diva czasami bywała dość obcesowa, ale uczciwie mówiąc Lucia musiała przyznać, że kiedy powiedziała „zastanawiam się,” Diva zinterpretowała przedmiot zastanowienia z wielką trafnością. Jeśli miała rację co do przebiegu „rozmowy telefonicznej” majora Benjy, to mogło wyglądać, że małżeństwo nie dokonało aż tak kompletnej przemiany w nim jak w jego połowicy, ale może zmysł węchu Divy przytępiło ogromne spożycie czekolady.
Potem, niczym słaby, ale przykry zapach, wróciła do niej myśl o zbliżających się pięćdziesiątych urodzinach. Właśnie dziś rano zdecydowała godnie wykorzystać kilka lat, jakie jeszcze były przed nią i energię, która w niej buzowała i połączyć te dwie siły by stworzyć coś naprawdę znaczącego. A jednak, mimo całej tej palącej się w niej determinacji, zmarnowała cztery godziny na herbatkę i brydża, z ogromnym wydatkowaniem nerwów i sił psychicznych, a nie pozostało po tym nic, prócz zmęczenia mózgu, kilku pełnych wątpliwości konkluzji dotyczących efektów ślubów się w średnim wieku i niechęci do kart o niskich nominałach… Odpoczynek – pomyślała Lucia w przypływie nastroju do moralizatorstwa – powinien być sam w sobie produktywny. Granie duetów z Jurusiem było produktywne, bo ich palce, mimo zdarzających się pomyłek, przywoływały boskie harmonie Mozartina i Beethovena, kiedy malowała mokradła o zmierzchu, jej oczy tonęły w pięknie Natury, ale godziny strawione przy brydżu, choć pełne napięcia, ani jej nie ubogaciły, ani nie odświeżyły i nie miało sensu udawać, że jest inaczej.
- Muszę nad łóżkiem wywiesić sobie wielki napis „mam pięćdziesiątkę” – pomyślała gdy wchodziła do domu – a to każdego ranka i wieczoru przypomni mi, że nie zrobiłam jeszcze nic, co będzie pamiętane kiedy mnie już nie będzie. Byłam zajęta (przyznam to sobie) ale prócz zapewnienia innym kilku godzin rozrywki przy fortepianie i odrobiny giętkości nie zrobiłam nic dla świata, a już zwłaszcza dla Tilling. Muszę wziąć się w garść.
Nadeszła wieczorna poczta, ale nie było w niej nic prócz pakietu pokrytego pieczęciami, który, jak wiedziała, musiał kryć jej książeczką oszczędnościową zwróconą przez bank. Nie zadawała sobie trudu by go otworzyć i po tacy (bo zaparzyła sobie mocną herbatę) otworzyła wieczorną gazetę by sprawdzić, czy znajdzie jakieś pomysły na karierę dla kobiety po pięćdziesiątce. Kobiety zdawały się być w awangardzie: jedna latała w tę i z powrotem przez Atlantyk, ale Lucia czuła, że dla niej jest trochę za późno by uczyć się pilotażu: zapewne wymaga to niezliczonych godzin ćwiczeń nim będzie się mogło z jaką taką pewnością, wystartować samotnie z Nowego Jorku, dwa lub trzy tysiące mil nad ziemią.
Ósemka innych odbywała tournée po pawilonach i salach ansamblowych miasteczek południowego wybrzeża i zachwycała widzów pełnym wdzięku (miały rajstopy, czy to były gołe nogi?) pokazem gimnastycznym; ale mimo głębokiego namysłu Lucia nie była w stanie wyobrazić sobie siebie na czele grupy pań z Tilling, Divy i Elizabeth i Susan Wyse z jakąkolwiek rozsądną nadzieją na oczarowanie kogokolwiek. Strony z recenzjami książek wydawały się omawiać wyłącznie powieści napisane przez kobiety, a wszystkie zdawały się być dziełem geniuszu. Lucia od dawna czuła, że mogłaby napisać nieprzeciętną powieść, ale może i tak na świecie było już za dużo geniuszy. Następnie była kobieta, która mimo zimy trenowała do przygotowując się do przepłynięcia Kanału, ale Lucia nie znosiła kąpieli morskich i nie umiała pływać. Kobiety z pewnością robiły ruch w świecie, ale żadne z ich osiągnięć nie wydawało się odpowiednie dla ambicji wdowy w średnim wieku.
Lucia odwróciła stronę. W wieku pięćdziesięciu pięciu lat zmarła dama Catherine Winterglass, a tej niezwykłej starej pannie poświęcono długi nekrolog. Przez wiele lat była guwernantką dzieci prawnika, który mieszkał w Balham, ale w wieku czterdziestu pięciu lat została zwolniona by zrobić miejsce komuś młodszemu. Z kapitałem 500 funtów zaczęła grać na giełdzie i zarobiła ogromną fortunę. W chwili śmierci miała dom na Grosvenor Square, w którym przyjmowała członków rodziny królewskiej, posiadłość w Mocomb Regis w Norfolk gdzie jeździła strzelać kuropatwy, las z jeleniami w Szkocji i luksusowy jacht do rejsów po Morzu Śródziemnym, a z Londynu, Norfolk , Ross-shire i Riwiery zawsze trzymała rękę na pulsie centrów finansowych. Była też kobietą wielkiego serca: szpitale, przytułki dla dziewcząt, schroniska dla zwierząt, fundusz dla ubogich duchownych, zapobieganie okrucieństwu i głoszenie Ewangelii – wszystkie one były obiektami jej ogromniej hojności. Żadna szacowna sprawa (a pewnie i wiele mniej szacownych) nie zwracała się do niej na próżno, a jej dobrodziejstwa były niezliczone. Pod koniec życia, mimo kolosalnych wydatków, była coraz bogatsza.
Lucia zapomniała o nocnych układach w Mallards i przeczytała ten artykuł jeszcze raz. Co za nadzwyczajną moc mają pieniądze! Dzięki nim nie tylko możesz mieć, co tylko ci się zamarzy, ale i czynić dobro, przynosić ulgę w cierpieniu, czynić świat (jak to padre ujął w ostatnią niedzielę) „lepszym miejscem.” Dotychczas nie bardzo interesowała się pieniędzmi zadowalając się inwestowaniem co pół roku kilkuset funtów ze swego salda w jakieś akcje o pozłacanych brzegach, z których dywidendy przynosiły jakąś nieznaczną sumę do jej i tak pokaźnych dochodów. Ale oto tu była ta kobieta, która zaczynając od marnych pięciuset funtów, przez lata pławiła się w sybaryckim luksusie czyniła dobro.
- Oczywiście – pomyślała Lucia – ma nade mną przewagę pięciu lat, bo zaczęła w wieku czterdziestu pięciu, ale i tak…
Weszła Grosvenor.
- Foljambe wróciła od pana Jurusia, proszę pani – powiedziała. – Chciała pani z nią rozmawiać.
- Teraz to nieważne – odparła Lucia pogrążona w medytacji o damie Catherine. – Wystarczy jutro.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pon 15 Wrz, 2025 08:25   

Ajajaaaj, aż się boję co Luci do głowy przyjdzie, byle nie zbankrutowała :confused3: :trzyma_kciuki: :boisie2:

Sprawy małżeńskie drogiej Elżbiety widzę, że rozwijają się zgodnie z moimi podejrzeniami, starego ochlapusa nowych nawyków nie nauczysz :twisted: zapewne ten willlleki kubek herbatki zawiera herbatkę pół na pół z rumem :-P
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pon 15 Wrz, 2025 08:38   

Dobrze, że nie przyszły jej do głowy pokazy gimnastyczne! :rotfl:

Co do zawartości kubka, to nie zostało to wyjaśnione, ale Benjy-boy znalazł swoje sposoby...
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pon 15 Wrz, 2025 10:26   

To by było ciekawe :rotfl: :rotfl: :rotfl:

No właśnie, ten kubek taki duży :angeldevil:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pon 15 Wrz, 2025 19:27   

No to patrzymy:


Upuściła gazetę i utkwiła świdrujący wzrok w popiersiu Beethovena, bo to sprzyjało skupieniu. Nie pożądała jachtów, ani lasów pełnych jeleni, ale chciałaby zrobić wiele dla Tilling: kościół potrzebował nowych organów, a szpital nowej Sali operacyjnej, a ona chciała mieć Mallards. Zamierzała spędzić tu resztę swoich dni i czuła, że cudownie byłoby być wielką dobrodziejką miasta, znaną postacią, siłą sprawczą, a nie tylko królową (co do tej pozycji nie miała wątpliwości) jego małego kółka towarzyskiego. Te dobrodziejstwa i ambicje jej samej, których wcześniej nie była w stanie sobie zwizualizować, zarysowały się teraz wyraźnie i wydawały się łączyć: jedna oplatała drugą. Wtem przypomniała sobie przypowieść o talentach. To ona była tym sługą bezużytecznym, który, nie ufając swym zdolnościom finansowym, zawinął talent w chusteczkę, bo zaprawdę, inwestowanie w akcje rządowe były z tym porównywalne, tak nędzny dochód przynosiło.
Ponownie wzięła gazetę i przerzuciła ją na stronę z wiadomościami finansowymi, a następnie skupiła mocno swój energiczny umysł na artykule o trendach na rynkach napisanym przez redaktora City Editor. Te nudne akcje o złotych brzegach spadły trochę (jak przewidział), ale w sektorze przemysłowym i w akcjach spółek wydobywczych złota panowała duża aktywność. Następnie była lista akcji, które redaktor City Editor polecił swoim czytelnikom miesiąc temu. Wszystkie z nich (przynajmniej wszystkie, które zacytował) odnotowały pokaźny wzrost: cena jednej podwoiła się. Lucia rozerwała zapieczętowaną kopertę zawierającą jej książeczkę oszczędnościową i z ukłuciem retrospektywnego żalu zauważyła, że ujawnia ona niemal nieprzyzwoite saldo tysiąca dwustu funtów. Gdyby tylko miesiąc temu zainwestowała tysiąc z nich w akcje polecane przez tego sprytnego redaktora City Editor, każdy funt przyniósłby kolejny funt!
Ale daremny żal nie miał sensu, więc skupiła się raczej na tym, co ten magik rekomendował dziś. Kopalnie złota w Afryce Zachodniej wyglądały obiecująco, zwłaszcza Siriami, a cena wynosiła osiem do dziewięciu szylingów. Nie wiedziała dokładnie, co to znaczyło: prawdopodobnie były dwa rodzaje akcji, najlepsza kosztowała dziewięć szylingów, a nieco gorsza osiem. Załóżmy, że kupiłaby pięćset akcji Siriami , w ciągu miesiąca podwoiłaby zainwestowaną sumę.
- Zaczyna mi się rysować droga – pomyślała, a była to droga tak absorbująca, że nie usłyszała nawet że telefon dzwoni i teraz weszła Grosvenor z informacją, że Juruś chce z nią rozmawiać. Lucia zastanowiła się, czy Foljambe nie widziała jej, jak zagląda w jego okno po południu i nie zgłosiła najścia i jeśli tak było i Juruś miał pretensje, to przygotowała się na nie do końca kłamstwo, ale udawanie, że nie wie, o czym o mówi, póki nie zmęczy się tłumaczeniem. Przybrała ten ich intymną gwarę składającą się z dziecięcego gaworzenia i włoskich słówek, którą tak często ze sobą rozmawiali.
- Ci to ti, Georgino mio? - spytała.
- Tak – odpowiedział Juruś czystą angielszczyzną.
- Ciudnie znów cię słyszeć.Come sta?Mam nadzieję, że lepiej.
- Tak, poprawia się, ale strasznie wolno. Okropnie to męczące. I jestem strasznie przygnębiony, że nikogo nie widuję, o niczym nie wiem.
Lucia porzuciła gaworzenie.
- Ależ mój drogi, to czemu mi nie pozwoliłeś się wcześniej odwiedzić? Zawsze odmawiałeś.
- No wiem.
Nastąpiła długa pauza. Lucia, której szósty zmysł wyostrzył się po wielu partiach brydża wyczuła, że ma on coś więcej do powiedzenia, ale nie może się przemóc i jako mądra kobieta nie chciała go naciskać. Z pewnością zadzwonił, żeby jej coś powiedzieć, ale trudno mu było przejść do rzeczy.
W końcu się stało.
- To przyjdziesz mnie odwiedzić jutro?
- Oczywiście! Z rozkoszą. O której?
- Wszystkie godziny są dla mnie takie same – powiedział Juruś ponuro. – Siedzę w tym ohydnie małym pokoju cały dzień.
- To może o dwunastej, po kościele? – spytała.
- Dobrze. Ale muszę cię ostrzec, że bardzo się zmieniłem.
(Jest i broda – pomyślała Lucia). Nadała głosowi ton głębokiego niepokoju.
- Mój drogi, o czym ty mówisz? – spytała zręcznym tremolo.
- W ogóle nie ma się czym martwić, choć to przerażające. Nie powiem ci, bo tak trudno to wyjaśnić. Jakieś wieści?
To już brzmiało lepiej. Mimo tej przerażającej zmiany Juruś miał nadal zwykłe, ludzkie zachowania.
- Pełno, całe mnóstwo. Na przykład: Elizabeth mówi n'est ce pasichérie,bo była we Francji.
- Nie! – powiedział Juruś nieco żwawiej. – Pogadamy sobie: musiało się wiele dziać. Ale pamiętaj, zmiana jest szokująca.
- Mnie nie zaszokuje – powiedziała Lucia. – A więc jutro o dwunastej. Dobranoc, Georgino.
- Buona notte- odpowiedział.

Rozdział drugi


Następnego ranka major Benjy stawił się z żoną w kościele: to był mocny dowód jej wpływu na niego, bo powszechnie wiedziano, że on jeszcze nigdy nie spędził ładnego niedzielnego poranka inaczej niż na polach golfowych. Usiadł wraz z nią tuż za chórem, śpiewał z nią z jednego śpiewnika i wydawał z siebie podziemne dźwięki podczas hymnów. Padre wygłosił długie kazanie po szkocku o wczesnym chrześcijaństwie o Irlandii, co było nieco mylące w sensie geograficznym. Po nabożeństwie Lucia wyprzedziła trochę Mapp-Flintów, tak żeby z całą pewnością zobaczyli, że dzwoni do Mallards Cottage i zostaje wpuszczona, a Elizabeth nie omieszkała przypomnieć sobie, że dopiero wczoraj po południu Juruś powiedział, że nie chce się z nikim widzieć. Lucia uśmiechnęła się i wchodząc do środka pomachała tak, żeby Elizabeth na pewno zobaczyła, a Elizabeth odpowiedziała wyjątkowo mało promiennym uśmiechem. Jako, że była niedziela, usiłowała ucieszyć się, że Jurusiowi rano musiało się polepszyć, ale tylko z połowiczym sukcesem. Postanowiła jednak usiąść przy oknie w pokoju ogrodowym i sprawdzić, jak długo Lucia zostanie.
Juruś jeszcze nie zszedł na dół i Lucia spędziła sama kilka minut w salonie pośród wytworów jego rękodzieła. Na ścianach wisiały dziesiątki jego akwareli, sofa była przykryta czarującym gros-pointktóre wyszło spod jego zręcznej igły, a nowy obrazem w petit point, jeszcze nie skończony, leżał na jednym z licznych stoliczków. Jedno z okien wychodziło na ulicę, drugie na maleńki kwadrat ogródka kwiatowego z ścieżką ułożoną z nieregularnych płyt wokół ceglanego filara, na którym umieszczono replikę neapolitańskiego Narcyza. Juruś powiedział kiedyś Luci, że gdy był chłopcem, miał właśnie taką figurę, a ona ze swym zwykłym taktem zapewniła go, że nadal ma.
Na każdym krześle leżały wielkie miękkie poduszki, był egzemplarz Vogue, koszyk na robótki z kłębkami nici, miotełka z piór do omiatania kurzu, parawan dla osłony przed przeciągami od strony drzwi i szklana etażerka zawierająca jego bibeloty, łącznie z dość niegrzeczną emaliowaną tabakierą: dwoje młodych ludzi… Potem usłyszała na schodach jego kroki w kapciach i Juruś wreszcie wszedł.
Miał na sobie nowy niebieski garnitur, jego szyję otaczał różowy jedwabny szal przytrzymany szpilką z ametystem, a nad szalem jego twarz, nieco pełniejsza niż u Narcyza, otoczona obfitością kasztanowych włosów i ozdobiona kasztanowymi wąsikami podkręconymi na końcu, teraz okolona była szpakowatą, prawie siwą brodą.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Wto 16 Wrz, 2025 09:47   

:excited: :excited: :excited: ale powiedz mi jedno: Lucia nie zbankrutuje od swoich finansowych pomysłów? bop to mnie najbardziej niepokoi, żeby jakiejś głupoty nie zrobiła :trzyma_kciuki: :confused3:

Biedny Benjy-boy, do kościoła musi zamiast na golfa :twisted:
Szalenie podoba mi się salon Jurusia :serce: :serduszkate: :oklaski:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Wto 16 Wrz, 2025 12:21   

A propos salonu, to Juruś policzy potem, że ma w nim osiem stoliczków :paddotylu: Pomyśleć, że Foljambe to wszystko odkurza.

Nie martw się, u Luci krachu finansowego nie będzie, za sprytna jest na to (albo ma tak dobrego maklera). Ale z jej pomysłu będzie poruszenie na całe Tilling :banan:
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Wto 16 Wrz, 2025 22:10   

Wreszcie dowiadujemy się, o co chodzi z Jurusiem :banan:

- Moja droga, to okropne –powiedział. – Wiem, że jestem wprost ohydny, ale nie mogę się golić jeszcze przez kilka tygodni, a nie byłem w stanie znieść dłużej samotności. Próbowałem się ogolić wczoraj. Męki!
Pierwszą rzeczą, którą należało wykonać, była dialektyczna zachęta.
- Georgino! Ty baldzio niegziećny, żeś po mnie wcześniej nie posłał – powiedziała Lucia. – Gdybym ja hodowała sobie barba – mój drogi, wcale nie szpeci, raczej dodaje dostojeństwa – to myślisz, że powiedziałabym, że nie chcę cię widzieć? Ale opowiadaj, bo nic nie wiem.
- Półpasiec na twarzy i szyi – powiedział Juruś. – Pęcherze, bandaże. Maści. Aspiryna. Nie mów nikomu. To takie poniżające.
- Povero!Ale z pewnością zniosłeś to mężnie. Atak już przeszedł?
- Podobno. Ale tygodnie miną nim będę mógł się ogolić, a nie wyjdę póki tego nie zrobię. Opowiedz mi wszystkie nowiny. Elizabeth dzwoniła wczoraj i zaoferowała się, że przyjdzie i posiedzi ze mną po kolacji.
- Wiem, Byłam tam na brydżu, a ty, a raczej Foljambe, powiedziała, że nie jesteś w nastroju do widywania ludzi. Ale dziś rano widziała, że tu wchodzę.
- Nie! - powiedział Juruś. – Będzie wściekła.
Lucia westchnęła.
- Nieszczęśliwa natura, obawiam się – powiedziała. – Pomachałam jej dłonią i uśmiechnęłam się wchodząc tu, a ona odwzajemniła uśmiech – jakby tu rzec – jakby zamiast iść do kościoła jadła na lunch smażoną makrelę i pikle. I wszystkie te n'est ce pas, jak ci już wczoraj mówiłam.
- A co z nią i Benjym? – spytał Juruś. – Kto w tym stadle nosi spodnie?
- Jurusiu, trudno powiedzieć: czuję, że tu potrzeba męskiego oka. Dla mnie to wygląda, jakby każde nosiło po parze. On ma pokój ogrodowy jako swój salon: rogi i fartuchy dzikusów na ścianach i wyłysiałe skóry tygrysie na podłodze. Z drugiej strony zamiast whisky z sodą pił na podwieczorek herbatę w gigantycznym kubku i był dziś rano w kościele. A dotykają się mniej więcej po równo.
- Obrzydliwe! – powiedział Juruś. – Nawet nie wiesz, jak mnie rozweseliłaś.
- Tak się cieszę, Jurusiu. Po to tutaj jestem. A teraz – mam plan. Nie, właściwie nie plan, a rozkaz. Nie zostawię cię tu samego. Przeniesiesz się do mnie do Grebe. Nie musisz widywać się z nikim prócz mnie, a i ze mną tylko wtedy kiedy będziesz chciał. To niedorzeczne, żebyś siedział tu jak więzień i nie miał do kogo ust otworzyć. Zjedz lunch i powiedz Foljambe, żeby cię spakowała i zamówiła samochód.
Jurusia nie trzeba było długo namawiać. Zamieszkać sam na sam z Lucią było śmiałym posunięciem, ale nie działało to na jego niekorzyść. W kręgach towarzyskich Tilling był profesjonalnym jeune premier (*naczelny młodzieniec), bystrym i pięknie odzianym i zapraszanym na więcej podwieczorków niż ktokolwiek inny i nie było to wcale niestosowne, że mógł narazić swoją i jej reputację tą radosną niestosownością. Całkiem możliwe, że Tilling nigdy się nie dowie, jako że w założeniach miał całkowicie zniknąć, póki nie zgoli tej potajemnej brody, ale gdyby Tilling się jednak prędzej czy później dowiedziało, nie miał nic przeciwko temu. Poza tym, była to doskonała okazja, by dać urlop kucharce – miała ona wyjechać jutro rano i zamknąć dom. Foljambe będzie zachodzić co drugi dzień, żeby otworzyć okna i przewietrzyć.
Tak więc Lucia nie zabawiła długo i zostawiła Jurusia, by zajął się organizacją domu. Elizabeth siedziała w oknie pokoju ogrodowego i teraz otwarła je z kolejnym uśmiechem smażonej makreli, gdy Lucia się zbliżyła.
- I jak się ma nasz biedny malade? – spytała. – Lepiej, mam nadzieję, skoro znów chce się widywać z przyjaciółmi. Muszę wpaść do niego po lunchu.
Lucia zawahała się. Gdyby Elizabeth wiedziała, że Juruś po południu przeprowadza się do Grebe, mogłaby uznać to za dziwne, że nie pozwolono jej się z nim zobaczyć, ale tajemnica brody musiała zostać zachowana.
- Niezbyt dobrze się czuje – powiedziała. – Wątpię, czy jeszcze z kimś się dziś zobaczy.
-Ale co dokładnie mu dolega, chérie?- spytała Elizabeth, ociekając wręcz ciekawością. Lucia zobaczyła, że major Benjy też podkradł się do okna. Lucia nie mogła rzecz jasna powiedzieć, że to półpasiec, bo półpasiec i broda stanowiły jedną nierozerwalną tajemnicę.
- Napięcie nerwowe – powiedziała stanowczo. – Dość silny atak. Ale nie ma powodów do niepokoju.
Lucia poszła dalej, Elizabeth zamknęła okno.
- Coś tajemniczego tu się wyprawia, Benjy – powiedziała. – Twarz biednej drogiej Luci miała ten pełen winy wyraz jak zawsze wtedy, gdy zaczyna ona coś mataczyć. Musimy sami dowiedzieć się, co naprawdę dzieje się z panem Jurusiem. Ale najpierw uporajmy się z krzyżówką przez lanczykiem: czytaj następne.
Przez jeden z tych dziwacznych zbiegów okoliczności, na które nie ma wyjaśnienia, Benjy przeczytał na głos:
- Trzy pionowo: choroba często występująca nad morzem.

Przeprowadzka Jurusia do Grebe nastąpiła wczesnym popołudniem i poszła gładko, bo w niedziele w godzinie poprzedzającej lunch ulice Tilling były praktycznie wymarłe. Z głową dokładnie opatuloną aby nie było widać ani włoska z brody, usiadł z przodu by uniknąć przeciągów i – jako że nie warto było pakować rzeczy na tak krótki dystans, Foljambe siedząca naprzeciwko, była na wpół zakopana pod luźną warstwą płaszczy, lasek, pudeł z farbami, nut, parasoli, szlafroka, termoforu i kosza na robótki.
Ledwo odjechali, gdy Elizabeth, rozwiązawszy krzyżówkę prócz 3 pionowo, która to zagadka nadal ją dręczyła, zabrała się do rozwiązywania zagadki, która istniała, jak zapewniał ją jej wyszkolony szósty zmysł i zadzwoniła do Mallards Cottage z zamiarem pogratulowania Jurusiowi poprawy zdrowia i zaproponowania, że przyjdzie żeby mu poczytać. Kucharka Jurusia, która następnego dnia wyjeżdżała na wakacje i której nakazano nie pisnąć ani słówka, odebrała telefon. Zaimki osobowe w tej rozmowie były równie pomieszane, jak w korespondencji między królową Wiktorią a jej ministrami.
- Czy pani Mapp-Flint może rozmawiać z panem Pillsonem?
- Nie, proszę pani, nie może. Niemożliwe w tej chwili.
- Czy pani Mapp-Flint rozmawia z Foljambe?
- Nie, proszę pani, ze mną. Foljambe nie ma.
- Pani Mapp-Fint zadzwoni do pana Pillsona o 16;30.
- Bardzo dobrze proszę pani, ale obawiam się, że pan Pillson nie odbierze.
Królewskie zastosowanie trzeciej osoby nie dało rezultatu, więc Elizabeth zmieniła taktykę i znów stałą się zwykł osobą. Zwykle świetnie jej szło wyciąganie informacji od kucharek i pokojówek.
- Ach, rozpoznaję głos, to kucharka! – powiedziała wylewnie. – Dzień dobry. Nie ma co się niepokoić stanem zdrowia drogiego pana Jurusia?
- Nie, proszę pani, nic mi o tym nie wiadomo.
- Pewnie zdrzemnął się po lunchu.
- Niestety nie wiem, proszę pani.
- Może byłabyś tak miła, zajrzała cichutko salonu i przekazała moją wiadomość, jeśli nie śpi.
- W salonie go nie ma, proszę pani.
Elizabeth się rozłączyła. Była bardziej niż kiedykolwiek przekonana, że tkwi w tym jakaś tajemnica, a jej ciekawość przeszła z lekkiego swędzenia w ostry stan zapalny. Wizyta o 16:30 nie przyniosła rozwiązania, bo zażywna kucharka Jurusia zablokowała sobą drzwi i powiedziała, że nie ma go w domu dla nikogo. Benjy wracający z golfa nie miał więcej szczęścia, podobnie Diva w drodze z wieczornego nabożeństwa. Wszystkie te grzeczne zapytania zostały przesłane telefonicznie Jurusiowi do Grebe: Tilling ewidentnie zaczynało płonąć z ciekawości i tak miało zostać.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Śro 17 Wrz, 2025 10:14   

Ale intryga :excited: :excited: :excited: :serce: :serce: :serce: :serce: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: mam nadzieję, że biednego Jurusia szubko przestanie boleć, bo półpasiec to naprawdę okropne świństwo.
I jak dobrze, że Lucia nie zbankrutuje :cheerleader2: :love_shower: :mrgreen:
Biedne stadło Mapp-Fint nadal nic nie wie i cierpią :angeldevil:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Śro 17 Wrz, 2025 12:12   

A Juruś to swoją drogą straszny narcyz. Nadal biedak uważa, że nikt nie wie o jego tupeciku i farbie do włosów.
Właśnie, ten półpasiec... Na szczęście nigdy nie miałam, ale słyszałam, że to i bolesne i szpecące i może się źle skończyć.
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Śro 17 Wrz, 2025 12:56   

Bóle półpaścowe potrafią sie trzymać przez kilka lat po przechorowaniu i być tak mocne, że oprócz leczenia przeciwbólowego podaje się też leki antydepresyjne. Syf potworny , w masywnej postaci potrafi stanowić zagrożenie życia, a jeżeli umiejscowi się w oku, grozi to ślepotą. Juruś ma ogromne szczęście, ze mu tylko dolną część twarzy zajęło.

Nieee, Juruś nie jest narcyzem, nie ma charakteru narcystycznego, nie uważą się na największy i najdoskonalszy cud na świecie, popatrz przecież ilu facetów nosiło i czasem jeszcze nosi tupeciki albo je formuje z własnych długich włosów, a i farbujący się zdarzają. Ot chęć ukrycia starzenia się po prostu. No i narcyz nie jest zdolny do przyjaźnienia się z kimkolwiek.
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Śro 17 Wrz, 2025 14:03   

Racja! Juruś jest za miły na narcyza. Ale na punkcie wyglądu na chyzia...
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Śro 17 Wrz, 2025 21:46   

O tym, jak nasza dwójka spędza czas w Grebe, a Tilling wrze od ciekawości i domysłów. I plotek, oczywiście...


Domownicy Luci zostali zobowiązani do zachowania tajemnicy i ta dwójka spędziła bardzo przyjemny wieczór. Odegrali wspaniały duet na fortepianie i omówili niebywałą historię damy Catherine Winterglass, która zaczynała zapisywać się w pamięci Luci jako jasny wzór sumiennej kobiety w średnim wieku zdecydowanej, by pozostawić świat po sobie lepszym miejscem.
- Jurusiu, naprawdę - powiedziała. – wstydzę się, że tyle lat spędziłam bogacąc się po trochu, ale nie będąc właściwą szafarką moich pieniędzy. Pieniądze to potęga, a ja pozwoliłam im leżeć bezczynnie zamiast powiększać ich zasoby skokowo jak ta wspaniała dama Catherine. Pomyśleć, ile dobrego zrobiła!
- Możesz skokowo zmniejszyć ich zasoby jeśli zamierzasz spekulować- zauważył Juruś. – Uważa się, że to najszybsza droga do przytułku, prawda?
- Spekulować? – spytała Lucia. – Brzydzę się tym. Chodzi mi o badanie rynków, prace nad finansami tak jak pracuję nad Arystofanesem, używanie mózgu, uważne studiowanie tych prospektów, które nam przysyłają. Na przykład, wczoraj w wieczornej gazecie mocno rekomendowali zakup akcji kopalni złota w Afryce Zachodniej zwanej Siriami, a dziś rano redaktor miejski gazety niedzielnej dał taką samą radę. Łączę te fakty, Jurusiu. Wnioskuję, że jest dwóch sprytnych mężczyzn, którzy polecają to samo. Oczywiście, że na początku powinnam być ostrożna, póki nie poznam zasad, że tak powiem i będę w dużej mierze polegać na radach mojego maklera. Ale zaraz z rana wyślę do niego telegram, aby kupił mi pięćset Siriami. Powiedzmy, że pójdą w górę tylko o szylinga – już to wszystko przeliczyłam – będę dwadzieścia pięć funtów do przodu.
- Pięknie, moja droga! – powiedział Juruś. – Co z tym wszystkim zrobisz?
- Zainwestuję w coś innego, albo kupię więcej Siriami. Dama Catherine mawiała, że inteligentna i pracowita kobieta może zarabiać każdego dnia swojego życia. Często grała na zniżkę. Muszę się dowiedzieć, jak się to robi.
- Ja wiem, co to znaczy – powiedział Juruś. – Sprzedajesz akcje, których nie masz, żeby potem tanio je odkupić.
Lucia wyglądała na zdumioną.
- Jesteś pewien? Muszę powiedzieć brokerowi, żeby upewnił się, że człowiek od którego kupuje dla mnie akcje je ma. Żadnych interesów na zniżkę.
Juruś przyjrzał się swojej robótce. Był to francuski wzór pokrycia oparcia krzesła: smukła pasterka w zielonej sukience wśród owieczek. Owieczki były raczej rozróżnialne, ale ona wciąż wyglądała jak szparag. Pogłaskał się po brodzie po stronie bez półpaśca.
- Ależ ona męcząca – powiedział. – Albo dam jej kapelusz, albo zdejmę z niej ubranie i wyhaftuję na różowo.
- A jeśli pójdą w górę o dwa szylingi, zarobię pięćdziesiąt funtów – powiedziała Lucia pogrążona w myślach.
- A, te akcje: jak wspaniale! – powiedział Juruś. – Ale czy nie ma ryzyka, że zamiast rosnąć pójdą w dół?pasmem serią ryzyka – odrzekła Lucia sentencjonalnie.
- Tak, lecz po co je pomnażać? Ja lubię żyć wygodnie, ale póki mam to, czego chcę, więcej mi nie potrzeba. Oczywiście trzymam kciuki, żebyś zarobiła worki pieniędzy, ale nie wyobrażam sobie, co z nimi zrobisz.
-Aspett'un po',Georgino (*poczekaj trochę) - odrzekła. – Ojej, wpół do jedenastej. Chory musi iść do łóżka.
- Naprawdę, już ta godzina? – zdziwił się Juruś. – No nie, chodziłem ostatnio spać o dziewiątej, tak byłem znudzony samym sobą.
Następnego ranka Tilling wściekle wrzało. Kucharka Jurusia wyszła nim świat obudził się do życia i Elizabeth, wyruszając ze swym koszykiem około wpół do jedenastej po sprawunki na Hihg Street zauważyła, że czerwone zasłony w salonie Jurusia są wciąż zaciągnięte. To było bardzo dziwne: Foljambe zwykle przychodziła o ósmej, ale dziś ewidentnie jeszcze jej nie było; może też była chora. Ta niepokojąca (choć interesująca) wątpliwość wkrótce się rozwiała, bo zobaczyła Foljambe na High Street, w kwitnącym stanie. Można było próbować coś od niej wyciągnąć i Elizabeth przybrała najbardziej uwodzicielski uśmiech.
- Dzień dobry Foljambe – powiedziała. – I jak tam dziś się miewa biedny pan Juruś?
Twarz Foljambe skamieniała, jakby ta zobaczyła Gorgonę.
- Całkiem dobrze, proszę pani – powiedziała.
- Och, jak się cieszę! Zaczęłam się bać, że ty też zachorowałaś, bo rolety w salonie są opuszczone
- Istotnie, proszę pani – powiedziała Foljambe jeszcze bardziej kamieniejąc.
- A przekażesz mu, że niedługo do niego zadzwonię, aby spytać czy chce, żebym go odwiedziła?
- Tak, proszę pani – odrzekła Foljambe.
Elizabeth patrzyła za nią, gdy odchodziła w głąb ulicy i zauważyła, że nie skręciła ona w stronę Mallards Cottage, ale szła prosto przed siebie. Bardzo tajemnicze: gdzie też się wybierała? Elizabeth pomyślała o śledzeniu jej, ale jej uwaga została zaprzątnięta czym innym: Diva wypadła z salonu fryzjerskiego w szkarłatnym berecie i sukience, które nadawały jej wygląd okrągłej skrzynki pocztowej. Po torturach niezdecydowania w końcu podjęła ona decyzję i kazała sobie całkiem znacznie skrócić włosy. Słusznym i miażdżącym sposobem postępowania, pomyślała Elizabeth, będzie udawanie, że nie zauważyło się żadnej zmiany w jej wyglądzie.
- Co za piękny poranek jak na styczeń, droga Divo – powiedziała. - Si doux (*jak słodko)Jakieś wieści?
Diva uważała, że wieść o jej nowej fryzurze była wystarczająca, by zająć każdego o poranku i obróciła się, by Elizabeth mogła sobie obejrzeć, jak znaczna była odmiana.
- O niczym nie słyszałam. – powiedziała. – O, jest major Benjy. Idzie na tramwaj, jak mniemam.
Teraz nastała kolej Elizabeth by się obrócić. Dziś rano wiało chłodem, bo na śniadanie zszedł spóźniony i zamówił świeżą herbatę i bekon z ponurą miną. Ukarałaby go traktując jak powietrze, ale to by się nie sprawdziło, bo plotkara – Diva od razu rozgadałaby wszystkim, że się pokłócili, więc znów się odwróciła.
- Szybko, Benjy-boy – zawołała do niego – bo się spóźnisz na tramwaj. Graj pięknie, kochanie. Wszystkie te słodkie małe kije golfowe.
Samochód Luci przejechał tuż obok zdążając na pocztę. Trzymała w ręku telegram i upuściła go przy wysiadaniu. Papier wygiął się i zatrzepotał na wietrze i upadł do stóp Elizabeth. Jej rzut oka na niego gdy go podnosiła, ujawniający tajemnicze zdanie: „Kupić pięćset akcji Siriami” był mimowolny lub niemal mimowolny.
- Proszę, moja droga – powiedziała. – W drodze do biednego pana Jurusia?
Wzrok Luci padł na krótko obcięte włosy Divy.
- Divo droga, ależ mi się podobasz! – powiedziała. – Dziesięć lat młodsza.
Elizabeth pozostała głęboko nieporuszona.
- Cóż, muszę ruszać – powiedziała. – Tyle zleceń od mojego Benjy’ego. Zupełnie po męsku, niech mu Bóg błogosławi, że poszedł grać w golfa zostawiając żonce całą robotę. I jaka bura, jeśli o czymś zapomnę!
Weszła do spożywczego i przez następne pół godziny panie z Tilling wpadały i wypadały ze sklepów zderzając się lekko koszykami na progu i szybko rzucając okiem na ich zawartość. Tylko Susan Wyse nie brała udziału w tym łańcuszku, ale siedziała w Royce, a rzeźnik, piekarz, sprzedawca ze spożywczego i rybnego musieli wychodzić i przyjmować jej zamówienia dyktowane przez okno. Elizabeth szczególnie kwaśno na to patrzyła, bo ze względu na przepustowość jezdni, która inaczej mogłaby zostać zablokowana, sprzedawcy wybiegali ze sklepów, zostawiając w nich inne klientki, aby tylko Royce Susan mógł szybko odjechać. Elizabeth wystosowała nawet oficjalną skargę na ten temat do magistratu, a ten sumienny urząd wysyłał zaufanego chronometrażystę w cywilu na High Street przez trzy kolejne poranki, aby sprawdzić jak średnio długo samochód pani Wyse zatrzymuje się przy każdym ze sklepów. Jako że czas ten wyniósł jakieś dwadzieścia sekund, uznali, że skoro droga przeznaczona jest dla pojazdów, jego użytkowniczka robi ze swojego legalny użytek. Trudno było oczekiwać, że za każdym razem gdy zatrzyma się przy sklepie, będzie odsyłała Royce’a na parking przy ratuszu, bo i tak nie dotarłby tam nawet nim ona będzie go znów potrzebowała. Inne panie, nie tak zajęte jak Elizabeth, nie miały nic przeciwko zwłoce, bo Susan miała tak wystawne listy zakupów, że aż chciało się tego słuchać: znana była z tego, że nawet gdy Algernon i ona byli sami, potrafiła zamówić homarzycę, bażanta i pâté de foie gras. . ..
Elizabeth wkrótce skończyła swoje sprawunki (Benjy-boy prosił tylko o mydło do golenia) i właśnie gdy dotarła do drzwi, ze zdumieniem ujrzała, że Diva szybko zbliża się do jej domu od strony Mallards Cottage, o trzydzieści jardów dalej i daje jej znaki. Biorąc pod uwagę, z jaką surowością zignorowała fryzurkę a la Eton, Diva musiała mieć do powiedzenia coś, co pokonało nawet naturalną urazę.
- Coś nadzwyczajnego – wydyszała Diva gdy już była blisko. – Rolety pana Jurusia…
- Och, rolety w salonie nadal są opuszczone? – spytała Elizabeth. – Widziałam je godzinę temu, ale zapomniałam ci powiedzieć. Czy to wszystko, kochanie?
- Ani trochę – powiedziała Diva. – Wszystkie rolety są opuszczone. To może też widziałaś, ale nie uwierzę.
Elizabeth była zbyt mocno zainteresowana by udawać i obie pospieszyły w górę ulicy by obejrzeć front Mallards Cottage. Diva miała rację. Rolety w jadalni, w małym pokoiku przy drzwiach, sypialni Jurusia i pokoju kucharki – wszystkie były opuszczone.
- A z kominów nie unosi się dym – powiedziała Diva przerażonym szeptem. – Może on umarł?
- Nie wyjeżdżaj z takimi strasznymi wnioskami – powiedziała Elizabeth. – Wróćmy do Mallards i przegadajmy to.
Ale im więcej rozmawiały, tym mniej potrafiły zbudować jakąś teorię pasującą do faktów. Lucia była pogodna, Foljambe powiedziała, że Juruś ma się dobrze i nawet dwie najbardziej pomysłowe kobiety w Tilling nie były w stanie powiązać tego z zaciemnionym i pozbawionym ognia domem, chyba że Juruś cierpiał na chorobę, którą leczyło się tylko w chłodzie i ciemnościach. W końcu, gdy zbliżała się pora lunchu i stało się oczywiste, że Elizabeth nie zamierza zachęcać Divę by została, zamyślone udały się w stronę drzwi wejściowych, nadal kompletnie zdezorientowane. Tak były pochłonięte tajemnicą, że Diva aż do tej chwili zapomniała, że Elizabeth nie wypowiedziała się na temat jej fryzury. Teraz znów to do niej dotarło.
- Dziś rano obcięłam włosy – powiedziała. – Zauważyłaś?
- Tak, moja droga, jesteśmy starymi przyjaciółkami i zauważyłam – rzekła Elizabeth. – Ale uważam, że o wiele lepiej będzie zamilczeć na ten temat. O wiele!
- Ho! – powiedziała Diva, czerwieniejąc jak jej beret i zbiegła w dół wzgórza.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Czw 18 Wrz, 2025 14:20   

Ajajajaaaaaj :excited: :excited: :excited: ale Elżbieta ma zagwozdkę :angeldevil:

Okrągła skrzynka pocztowa :serce: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Pią 19 Wrz, 2025 09:46   

Tamara napisał/a:

Okrągła skrzynka pocztowa :serce: :rotfl: :rotfl: :rotfl:

:rotfl: Barwne, choć niezbyt miłe :mrgreen:
A teraz zapowiedź tego, co będzie za chwile zajmowało całe Tilling.


Benjy wrócił z golfa bardzo senny i w paskudnym humorze, bo padre, który zawsze grywał z nim w poniedziałkowe poranki by odpocząć po stresie niedzieli, wygrał od niego dwie półkoronówki, więc major postanowił, że go ukarze nie idąc na mszę w następną niedzielę. W tym ponurym nastroju nie był ani trochę zainteresowany tym, co mogło się przydarzyć Jurusiowi. W teorii Divy coś było, choć wydawałoby się dziwne, że jeśli Juruś był martwy, żadna wieść na ten temat nie przeniknęła do społeczności. W tej chwili Elizabeth dała mu małego całuska w czoło żeby pokazać, że wybaczyła mu spóźnienie na śniadanie i zostawiła go w pokoju ogrodowym żeby się zdrzemnął. Przed snem wziął porządny łyk z manierki, którą trzymał w zamkniętej szufladzie biurka.
Divy teoria rozsypała się następnego dnia w drobny mak, bo z okna sypialni Elizabeth ujrzała jak Foljambe wchodzi do Mallards Cottage o ósmej, a krótki spacer przed śniadaniem ujawnił, że rolety są podciągnięte, kominy dymią, a okno sypialni pana Jurusia jest otwarte jak do wietrzenia. Choć wczorajsza zagadka nie została jeszcze rozwiązana, wróciła normalna rutyna, a Juruś nie mógł być martwy.

Po wczorajszym smutnym wybryku Benjy następnego ranka zszedł na śniadanie punktualnie. Wpół do dziewiątej nie było dla niego najlepszą porą, bo podczas swych kawalerskich dni przywykł był do schodzenia o dziesiątej i do okrzyku Qui-hai żeby pokazać, że jest gotowy na przeżucie śniadania w samotności. Teraz wszystko się zmieniło: czasami zaczynał krzyczeć Qui… ale wtedy Elizabeth zatykała uszy i mówiła: „Mamy dzwonek, kochanie” najbardziej kwaśnym z jej tonów. Co do godziny wpół do dziewiątej była nieugięta: miała domowe obowiązki, a potem, po drobiazgowej inspekcji spiżarni, ruszała na zakupy. W przeciwieństwie do niego o tej porze dnia była najżwawsza i najbystrzejsza (co wiele znaczyło) i jego dzisiejszą punktualność powitała niezwykle serdecznie, aby pokazać mu, że dobrze się spisał.
- Słuszna, gorąca filiżanka herbaty, mój Benjy – powiedziała – i ojej, co za rozczarowanie – nie, nie rozczarowanie, to byłoby niemiłe – ale co za zaskoczenie dla biednej Divy. Rolety podniesione, kominy dymią u pana Jurusia, a wczoraj podejrzewała, że on umarł. Pesymistka! Nie odmówię sobie, żeby jej podokuczać.
Benjy zasłonił się poranną gazetą opierając ją o czajnik i paprotkę stojące na środku stołu i tylko chrząknął. Elizabeth, w okropnie dziewczęcym humorze, podrapała w nią, a potem zajrzała nad jej brzegiem.
- A kuku! – powiedziała pogodnie. – och, jaka zaspana twarz! Zajrzyj do kolumny miejskiej, mój kochany i sprawdź, czy piszą tam o czymś pod nazwą Siriami.
Pauza
- Tak. Zachodnioafrykańska kopalnia- powiedział. – Kupiłaś akcje, Liz? Wczoraj poszły gwałtownie w górę: osiągnęły trzy szylingi. O, piszą tu o tym. Doskonałe raporty z kopalni.
- Ojej, jak cudownie dla udziałowców, szkoda, że nie jestem jedną z nich – powiedziała Elizabeth z dziwną goryczą, jako ze policzyła sobie lucine pięćset akcji razy trzy i podzielone na dwadzieścia. – A co z moją pożyczką wojenną?
- W dół o pół punktu.
- I tak to opłaca się być patriotą – powiedziała Elizabeth i poszła zobaczyć się z kucharką. Miała zamiar podać dziś na kolację pieczonego bażanta, ale wobec trendów finansowych zamieniła go na królika. To było wręcz nie w porządku, że Lucia może mieć takie pieniądze (piętnaście tysięcy szylingów minus prowizja) tylko pisząc telegram i upuszczając go na High Street. Wróciły do niej wspomnienia złotego popołudnia w Monte Carlo kiedy to ona i Benjy wrócili do swego pension po owocnej godzinie w kasynie z pięcioma tysiącami franków w stanie tak bezbrzeżnej euforii, że on wypił absynt, a ona wermut jeszcze przed kolacją. Postanowili nigdy więcej nie kusić fortuny, ale następnego popołudnia, gdy Elizabeth postanowiła poleniuchować w ogrodzie, gdy jej mąż poszedł na spacer, wpadli na siebie w kasynie, a wynik gry był jeszcze lepszy, za czym poszło więcej absyntu i wermutu. Mając w pamięci te bogate wspomnienia, pomyślała wyruszywszy z koszykiem do sklepów o jakichś drobnych oszczędnościach schowanych na czarną godzinę, chorobę lub naprawdę dachu w Mallards. Szkoda byłoby, żeby leżały bezczynnie, kiedy tak łatwo można by je pomnożyć…
Pełna nowin Diva podbiegła do niej żwawo z Paddym, swoim dużym, pełnym energii terierem irlandzkim, ale to do Elizabeth należało pierwsze słowo.
- Twoje ponure przypuszczenia co do pana Jurusia się rozwiały – powiedziała. – Kominy dymią, rolety są podciągnięte…
- O Boże, tak – powiedziała Diva. Już zdążyłam zerknąć. Nie musisz się tak podniecać. Ale tylko posłuchaj! Lucia dopiero wczoraj kupiła trochę akcji jakiejś kopalni i zdaje się że już zarobiła setki funtów. Wysyła właśnie telegram żeby dokupić więcej. Mówiła, że jak się ta kopalnia nazywa? Syria Armia?
Elżbiet wydała z siebie ciche gruchanie wyrażające pełne współczucia rozbawienie.
- Pewnie chodzi ci o Siriami, n'est ce pas?- powiedziała. – Siriami to słynna kopalnia złota gdzieś w Afryce Zachodniej. Mon vieuxczytał mi o niej dziś rano z gazety. Ale kochana, czy setki to nie przesad?
- Cóż, całkiem sporo, sama mi powiedziała – rzekła Diva. – Oświadczam, że aż ślinka mi cieknie. Prawie się zdecydowałam, że sama kupię coś za tę małą sumkę którą mam odłożoną. Dosłownie kilka.
- Nie robiłabym tego na twoim miejscu, moja droga – powiedziała Elizabeth poważnie. – Hazard wciąga jak w bagno. Przekonaliśmy się o tym z Benjym w Monte Carlo.
- Cóż, coś tam wygrałaś, prawda?- spytała Diva.
- Tak, ale zawsze powinno się ostrzegać innych, który nie mają dość mocnej głowy by przestać.
- W każdej chwili postawię siłę mojej głowy przeciw twojej – powiedziała Diva.
Dyskusja osobista i psychologiczna groziła wybuchem, ale w tej chwili Lucia wyszła z poczty. W ręku trzymała Finacial Post.
- Dokupiłaś więcej Siriami? – spytała Diva z czymś w rodzaju zastępczej zachłanności.
W oczach Luci malował się skupiony, daleki wyraz, jakby była pochłonięta jakimś transcendentalnym rozumowaniem. Gdy Diva się odezwała lekko drgnęła i wróciła mentalnie na High Street.
- Tak; kupiłam kolejny pakiecik akcji – powiedziała. – Rozmawiałam z moim maklerem dziś rano i zgadza się ze mną, że one jeszcze pójdą w górę. Uważam jego osąd za dość rozsądny.
- Diva mi powiedziała, jak ci się poszczęściło – rzekła Elizabeth.
Lucia uśmiechnęła się z zadowoleniem.
- Nie, droga Elizabeth, to nie szczęście – odparła. – Trochę studiów nad sytuacją światową, trochę intuicyjnego rozumowania. Cena złota, rozumiesz; byłabym zdumiona gdyby złoto jeszcze nie poszło w górę. Oczywiście mogę się mylić.
- Pewnie się mylisz – powiedziała Diva. – W końcu zawsze jest dwadzieścia szylingów na funt, prawda?
Lucia nie była pewna, co na to odpowiedzieć. List od maklera, pochwalający dalszy zakup wobec pomyślnych wieści z kopalni, zawierał też coś o cenie złota, czego do końca nie zrozumiała.
- To zbyt skomplikowane do wytłumaczenia, Divo – powiedziała pobłażliwie. – Ale nie będę cię zachęcać do pójścia w moje ślady. Wiąże się z tym ryzyko. Ale teraz muszę już wracać do Jurusia.
Ledwie to powiedziała, dostrzegła swoją pomyłkę. Jedynym sposobem na wybrnięcie z sytuacji było pójście w stronę Mallards Cottage i powrót do Grebe bardzo okrężną drogą, inaczej Elizabeth wpadłaby na trop Jurusia. Nawet teraz patrzyła za nią póki ta nie zniknęła za właściwym zakrętem.
- Jakie to do niej podobne – powiedziała – zarabiać krocie na Siriami, a tobie doradzać, żebyś tego nie tykała! Nie powinnam się w ogóle zastanawiać, czy ona sama chce zdobyć je wszystkie i zostać damą Lucią Siriami. I to jej zachowanie, jakby była wielką finansistką! Jej wgląd w sytuację światową! Jej makler, który zgadza się z nią w kwestii wzrostu cen złota! Założę się, że nie ma zielonego pojęcia co to znaczy, na kilometr to widać. Divo, c'est trop!Idę zamawiać moje drobne zakupy, a nie paczki złota.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...


Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 22164
Skąd: zewsząd
Wysłany: Pią 19 Wrz, 2025 13:47   

Ojojoj, chyba będzie się działo i nastąpi wysyp inwestorów :lol: :mrgreen: a kwestia Jurusia jakby zeszła na dalszy plan :mysle: ?
_________________
Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie.
 
 
Trzykrotka 


Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 21959
Skąd: Kraków
Wysłany: Sob 20 Wrz, 2025 23:06   

Sprawy Jurusia Lucia będzie musiała wziąć w swe ręce :oklaski: A "łatwe" bogactwo zarobione na giełdzie kusi, oj kusi...
Ale najpierw Elizabeth będzie robić zakupy spożywcze :mrgreen:


Ale pod przykrywką irytacji na Lucię Elizabeth aż płonęła z chęci by ulec pokusie, przed którą ostrzegała Divę i samej kupić trochę akcji Siriami. Gdyby poszła prosto na pocztę, Diva mogłaby ją przejrzeć, więc najpierw przeszła przez ulicę do rzeźnika, po swojego królika. Kątem oka zobaczyła samochód Susan Wyse zwalniający przy krawężniku tego samego sklepu, a więc twardo stanęła w drzwiach, zdecydowana uniemożliwić temu służalczemu sprzedawcy wymknięcie się by przyjąć zamówienie Susan, nim obsłuży on ją samą, co powinno trochę potrwać. Już ona im wykręci królika.
- Dzień dobry, panie Worthington – powiedziała najbardziej gadatliwym tonem. – Zajrzałam, żeby sprawdzić, czy nie miałby pan dla mnie czegoś ładnego do podania majorowi dziś na kolację. Po całym tym golfie wróci głodny jak wilk.
- Parę tłustych młodych bażantów, proszę pani – powiedział pan Worthington. Był niski, ale stając na palcach widział, że samochód Susan zatrzymał się przy jego sklepie i że w jego oknie pokazała się jej duża, okrągła twarz.
- O, to brzmi dobrze – powiedziała Elizabeth. – Ale niech pomyślę. Czy my kilka dni temu nie mieliśmy bażanta?
- Przepraszam panią na chwilę – wystękał znękany handlowiec. – Pani Wyse…
Elizabeth rozparła się jeszcze trochę w drzwiach ze swoim koszykiem dla wzmocnienia zapory. Po drugiej stronie ulicy zatrzymał się inny samochód i zaczął tworzyć się niezły korek. Szofer Susan zaczął trąbić, by wywołać pana Worthingtona, a samochód za nim trąbił, bo chciał jechać dalej.
- Pewnie nie ma pan dzikiej kaczki – powiedziała Elizabeth napawając się całą sytuacją. – Major od czasu do czasu lubi przekąsić kaczkę.
- Nie, proszę pani. Już po krzyżówkach, za przeproszeniem1 .
Więcej trąbienia i urzędowy głos.
- Proszę ruszać – powiedział policjant na służbie do szofera Susan. – Za panem jest korek, a z przodu pusto.
Elizabeth usłyszała mruczenie Royca gdy ten ruszył odblokowując drogę. Na wpół odwrócona widziała, że podjechał dwadzieścia jardów do przodu i że szofer wysiadł, wrócił i czekał przed drzwiami, które tak skutecznie zablokowała.
- No to wielkiego wyboru nie ma – powiedziała Elizabeth. – Proszę lepiej przysłać mi królika, panie Wrthington. Słodki mały króliczek, który…
- Para bażantów dla pani Wyse – krzyknął szofer przez okno tracąc nadzieję na wejście.
- Tak jest! – zawołał pan Wrthington. – Jeden królik dla pani, dziękuję.
- Ma pan coś takiego jak słonka? – zawołał szofer.
- Ta dzisiejsza jest do niczego – krzyknął pan Worthington. – Dostałem właśnie parę bekasów.
- Pójdę zapytać.
- Och, panie Worthington, czemu nie powiedział mi pan o bekasach? – rzekła Elizabeth. – To właśnie major lubi. No cóż, teraz już pewnie są zaklepane. Królika wezmę z sobą.
Ależ to była przyjemność: zdeptała nadane samej sobie bez powodu prawo Susan do zatrzymywania ruchu póki nie wywoła rzeźnika na ulicę i z królikiem w koszu przeszła znów na drugą stronę by wejść na pocztę. Stał tam rząd boksów ciasnych jak pudełka dla tych, którzy chcieli napisać telegram, a ona zajęła jeden z nich stawiając koszyk na podłodze za sobą. Kiedy formułowała ten doniosły telegram o zakupie trzystu akcji Siriami i ogołoceniu funduszu na czarną godzinę, usłyszała za plecami zmieszany, nieokreślony hałas i rozejrzawszy się zobaczyła, że Diva przyszła z Paddym, a Paddy wyjął królika z koszyka i bawił się nim bardzo ładnie. Podrzucał go do góry, otaczał łapami, warczał groźnie udając, że go straszy. Diva, która podeszła do kontuaru naprzeciwko z telegramem w dłoni, kazała Paddy’emu zostawić królika, ale Paddy podskoczył, przecisnął się przez drzwi wahadłowe i stanął na chodniku pilnując swojej ofiary. Elizabeth i Diva ruszyły za nim krzycząc: „Paddy do nogi!” Divie w końcu udało się go nakłonić, żeby dał spokój króliczkowi.
- Bardzo przepraszam, droga Elizabeth. – powiedziała, wygładzając zmierzwione królicze futro. – Wcale go nie uszkodził. Tak mi się zdaje.
- Jeśli ci się wydaje, że zjem królika wymiędlonego przez twojego paskudnego psa--- zaczęła Elizabeth.
- Nie trzeba było kłaść go na podłodze – odparowała Diva – publiczne miejsce. Nie moja wina.
Pan Worthington przebiegł przez ulicę nieświadomy, że wchodzi w oko cyklonu.
- Pani Wyse nie potrzebuje bekasów, proszę pani – powiedział do Elizabeth. – Mam je posłać do Mallards?
- Dziwię się, że wciska mi pan resztki po pani Wyse – powiedziała Elizabeth. – A królika którego kupiłam proszę zapisać na rachunek pani Plaistow.
- Ale ja nie chcę królika – powiedziała Diva. – Póki co Paddy zjadł szczura.
- Wszystko co mam do powiedzenia, to że to nie moje – odrzekła Elizabeth.
Divie coś przyszło do głowy.
- No dobrze, wezmę go dla kuchni – powiedziała wkładając go do koszyka.
- Divo droga, tylko nie serwuj go służbie – powiedziała Elizabeth. – Jeszcze dostaną od tego wścieklizny.
- Phi! – rzekła Diva – przecież po upolowaniu jakiś inny pies go aportował. Och, zapomniałam o telegramie.
- Może wybiorę dla pani innego ładnego? – spytał pan Worrington.
- Tak, ale proszę mnie obciążyć tylko za jednego- odpowiedziała Elizabeth.
Obie panie wróciły na pocztę z Paddym i królikiem, by dokończyć to, co zostało przerwane przez szarpiącą nerwy scenę na chodniku. Ręka Elizabeth wciąż drżała od emocji kiedy wręczała swój telegram, więc (prócz adresu wpisanego wcześniej) nie był on zbyt czytelny. Młoda urzędniczka nie była pewna jego treści.
- „Kupić przystaw Simiawi,” tak? – spytała.
- Nie, trzysta Siriami – powiedziała Elizabeth, a Diva usłyszała. Jednocześnie urzędniczka Divy spytała:
- To ma być Siriami? – a Elizabeth usłyszała. Tak więc obie wiedziały.
Poszły w zgodzie aż do domu Divy, zdecydowane, że żaden królik nie zniszczy, a nawet nie naruszy ich długoletniej przyjaźni. Istotnie, nie było powodów do dalszych pretensji, bo Diva nie miała nic przeciwko kupieniu od czasu do czasu królika dla służby, a Elizabeth sprawdziła, że drugi królik jest tłustszy od pierwszego, a co do Siriami, to Diva miała też haczyk na przyjaciółkę na wypadek jakichś zajść w przyszłości, bo wiedziała, że Elizabeth solennie ostrzegała ją by nie kupowała akcji, a sama to zrobiła, wiedziała też, ile Elizabeth kupiła na wypadek gdyby przechwalała się swymi obfitymi zakupami, o których mogła wiedzieć tylko młoda urzędniczka przyjmująca telegram. Tak więc obie mogły pogodnie wyczekiwać popołudniowego brydża u Susan Wyse.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Na stronach tego forum (w domenie forum.northandsouth.info) stosuje się pliki cookies, które są zapisywane na dysku urządzenia końcowego użytkownika w celu ułatwienia nawigacji oraz dostosowaniu forum do preferencji użytkownika.
Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym jest możliwe po właściwym skonfigurowaniu ustawień używanej przeglądarki internetowej.
Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może znacznie utrudnić używanie forum lub powodować błędne działanie niektórych stron.
Brak blokady na zapisywanie plików cookies jest jednoznaczny z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie i używanie przez stronę tego forum. | Forum dostępne było także z domeny spdam.info
Administracją danych związanych z zawartością forum, w tym ewentualnych, dobrowolnie podanych danych osobowych użytkowników, zgromadzonych w bazie danych tego forum, zajmuje się osoba fizyczna Łukasz Głodkowski.