|
|
Kłopoty Luci |
| Autor |
Wiadomość |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 21925 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Pon 01 Gru, 2025 14:14
|
|
|
Prawda? Bez niej ten plotkarski grajdoł byłby nie do zniesienia
Ojeeej, to czekam i widzę Elżbietę drałującą świńskim kurcgalopkiem z paniką w duszy |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21789 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Pon 01 Gru, 2025 23:28
|
|
|
Hyhy, jedna afera już jest w toku, a już kręci się następna
Irene zawołała Lucię.
- Chodź na małą pogawędkę, skarbie – powiedziała. – Po pierwsze, czy to prawda, ta burmistrzyni Mapp? Widzę, że tak. Już lepiej wybrałabyś mnie albo Lucy. Co z niej za kłamczucha! Dzięki Bogu jej to wygarnęłam. Powiedziała mi, że w końcu przełknęłaś dumę i ubłagałaś ją…
- Co? – krzyknęła Lucia.
- Właśnie to; i że poczuła że pomoc tobie to jej obowiązek.
Lucia, choć drżąca z oburzenia, była wspaniała.
- Biedactwo! – powiedziała. – Jak wszyscy nałogowi kłamcy siebie samą oszukuje częściej niż innych.
- Ale nie zamierzasz czegoś z tym zrobić? – spytała Irene tańcząc dzikie fandango na progu. – Nie wygarniesz jej, że łże jak pies? O, albo jeszcze lepiej, powiedz jej, że nigdy nie prosiłaś jej, żeby była burmistrzynią! Czemu nie? Twoje słowo przeciw jej słowu.
- Kochana Irene, mam się zniżać do jej poziomu?
- Cóż, moim zdaniem raz mogłabyś się zniżyć. Zaraz potem znów możesz być godna i dostojna. Ale nic to, wywołam zdjęcie, które jej zrobiłam i poślę do prasy jako wizerunek naszej nowej burmistrzyni.
W ciągu godziny nowina nie była już nowiną. Ale kwestia, w jaki sposób oferta została złożona i przyjęta, nadal pozostawała ciekawa, a z mennicy Elizabeth wychodziły wciąż nowe monety: Lucia, jak się okazało, powiedziała: „Ukochana przyjaciółko, bez twojego wsparcia nigdy nie podołam moim obowiązkom,” czy coś podobnego, a Juruś ucałował dłoń nowej burmistrzyni elektki. Z centrali nie nadeszło żadne dementi tak sensacyjnej waluty, więc weszła ona do dość wątpliwego obiegu. Lucia po prostu wzruszyła ramionami i powiedziała, że jej pozycja nie pozwala na bezpośrednią obronę. Uznano to za przesadę – w końcu nie należała do rodziny królewskiej. Potem nastąpił krótki etap spokoju, jak kiedy gotujący się wściekle czajnik odstawia się na kuchenkę, by woda ostygła, a Hampshire Arguszamieścił po prostu wzmiankę, że pani Elizabeth Mapp-Flint (née Mapp) będzie burmistrzynią Tilling w nadchodzącym roku. W następnym tygodniu czajnik znów zaczął podnosić pokrywkę, bo w tej samej gazecie ukazało się niezwykłe zdjęcie burmistrzyni. Stała na jednej nodze, jakby jeździła na łyżwach, a drugą unosiła w powietrzu za sobą. Na jej twarzy malował się kuszący uśmiech, a jedną rękę wyciągała przed siebie w geście żarliwej prośby. Wydawało się, że coś musi się wydarzyć. I wydarzyło się.
Diva w tym czasie urządzała swoją herbaciarnię i robiła próby generalne, serwując samodzielnie herbatkę kilku przyjaciołom, a potem siadając z nimi, zgrzana i spragniona. Dziś podejmowała Jurusia i Evie, a padre był oczekiwany. Evie nie wiedziała, czemu on się spóźnia, przez cały dzień był gdzieś w parafii i Evie nie widziała go od śniadania.
- Nie ma to jak próby jeśli chce się, by wszystko sprawnie działało – powiedziała Diva nalewając herbatę na spodek i dmuchając na nią. – Są dwa dżemy, panie Jurusiu, gęste i klarowne, a może to zupa?
- Oba są piękne i klarowne – powiedział Juruś uprzejmie – i jaki gorący, chrupki tost.
- Miały być jeszcze kruche paluszki – powiedziała Diva – ale nie wyrosły.
- Paskudztwo z tym pieczeniem – odrzekł Juruś z pełnymi ustami.
- Przywarły do formy i spaliły się – odpowiedziała Diva. – Trzeba je sobie wyobrazić, podane do herbaty za szylinga. I herbaty za osiemnaście pensów z mlekiem z kanapkami z mięsem z puszki. Do wyboru chińska albo indyjska. Możliwość rezerwacji stolika na cztery osoby, ale nie na mniej… Ach, jest i padre. Proszę wypić filiżankę herbaty, padre, po wszystkich tych pogrzebach i chrztach.
- Przepraszam za spóźnienie, mistress Plaistow – odrzekł – ale mam nowinkę o jak pani myśli, o czymże to? Mam wam powiedzieć, czy się z wami podrażnić, jak powiada mistress Mapp-Flint?
- Ze mną nie ma się co drażnić – powiedział Juruś – bo wiem, że chodzi o zdjęcie Elizabeth w Hampshire Argus.I mówię od razu, że Lucia nic o tym nie wiedziała, cokolwiek Elizabeth chciałaby powiedzieć, póki nie ujrzała zdjęcia w gazecie. Nic prócz tego, że Irene je zrobiła.
- No to nic pan nie wiesz o mojej nowince. Siedziałem ja sobie chwilę w klubie koło południa, kiedy wszedł major Benjy i wziął sobie egzemplarz Hampshire Argus, amieścili zdjęcie jego połowicy. Usłyszałem coś jak gulgotanie podrażnionego indyka, a to był on, czerwony jak cegła, a wściekłe miny przepływały po jego twarzy jak chmury przed burzą. Wypadł na zewnątrz z gazetą w ręku – własnością klubu, jak by nie było, a wcale nie jego – i widziałem go jeszcze jak pędzi drogą w stronę Grebe.
- Nie! – krzyknęła Diva.
- Tak, mistress Plaistow. Jakiś czas później, gdy odwiedzałem moich parafian, zobaczyłem znów majora ze słynną indyjską szpicrutą w ręku, tą, którą – jak słyszałem dziesiątki razy – uderzył tygrysa bengalskiego przez pysk, sięgając jednocześnie po broń by go zastrzelić. „Póki żyję, nikt nie będzie obrażał mojej żony” – ryknął i wpadł do redakcji [i]Hampshire Argus.
- Wielkie nieba! Ależ kryzys! – krzyknęła Evie.
- A to dopiero początek, kochany panie! Reszty dowiedziałem się od nowego redaktora, pana McConnella, który objął stanowisko tydzień temu. Przekazano mu informację, że major Mapp-Flint chce się z nim widzieć bez zwłoki. Był zajęty, więc przekazał, że zobaczy się z nim za kwadrans, a przez ten czas major niech naleje sobie drinka. Juści, że sobie nalał, a potem i następnego kiedy uporał się z pierwszym i sądząc po zawartości butelki, pan MvConnel ocenił, że pił już trzeciego, ale pewności nie ma. Tak czy inaczej, gdy był gotowy, żeby spotkać się z majorem, to albo majorowi się zapomniało po co przyszedł, albo może pomyślał, że lepiej będzie pohamować swą dzikość, bo z tego McConnella świetny gość jest, naprawdę swój chłop i major zrobił się serdeczny i cichy jak baranek i powiedział, że przyszedł tylko z wizytą powitalną do nowego mieszkańca.
- No pięknie, toż to już upadek – wykrzyknął Juruś.
- A potem zeszło jeszcze niżej – powiedział padre – bo strzelili sobie jeszcze jednego razem, a w głowie biednego majora już się całkiem pomieszało. Bo wicie, poszedł żeby sprawić człowiekowi lanie, a zamiast tego popijali sobie w przyjaźni i major już zaczął ględzić, że co było a nie jest nie pisze się w rejestr. Pan McConnell siedział trochę jak na tureckim kazaniu, bo zdjęcie umieścił redaktor artystyczny, a pan McConnell tylko rzucił na nie okiem i pomyślał, że dziwne burmistrzynie mają tu w Hampshire, a potem – trzymajcie mnie – major zaprosił go z sobą do domu na mały lanczyk, a szpicruta całkiem wyleciała mu z głowy i zostawił ją w poczekalni w redakcji gazety. Macie teraz: mistress Elizabeth czeka przy oknie w jadalni żeby zobaczyć jak jej dzielny Benjy nadchodzi z biczem wykazującym ślady właśnie-co używania, a tymczasem major zjawa się w Grebe całkiem bez bicza, za to ramię w ramię z jakimś obcym facetem i mówi, że to jego przyjaciel McConnell, którego przyprowadził na kaczkę z buraczkami. Ludzie drodzy, co to za wspaniałości wyrabiają się w Tilling, a teraz zapoznam się z tym czerwonym przetworem.
- Bierz pan wszystko – krzyknęła Diva. – I co, zjedli lunch w trójkę?
- A i owszem, zasiedli do niego – powiedział padre – choć wypadł żałośnie. Wkrótce wyszło na jaw, że pan McConnell to redaktor Argusa, a wtedy w oku pani pojawił się przerażający błysk. Zmył się jak najszybciej gdy tylko skończyli i zostawił ich samych i opowiedział mi wszystko kiedy spotkałem go pół godziny temu, przez co się trochę spóźniłem, bo nie jest to opowieść, którą można przerwać w połowie. Bóg jedyny wie, co teraz będzie, a sławna szpicruta poniewiera się gdzieś w redakcji gazety.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 21925 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Wto 02 Gru, 2025 10:24
|
|
|
NIEEEEEE to jest absolutnie doskonałe Boże, kocham Cię Trzykrotko za radość, jaką sprawiasz Lucią i Elżbietą przecież to perły i diamenty nieocenione naprawdę powinnaś pomyśleć o wydaniu swoich tłumaczeń |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21789 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Wto 02 Gru, 2025 10:59
|
|
|
Mówiłam, ten tom jest równie ucieszny jak Mapp i Lucia |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21789 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Wto 02 Gru, 2025 23:07
|
|
|
Elizabeth wkracza do akcji, a po niej Paddy
Gdy jeszcze snuł tę epopeję, dzwonek u drzwi zadzwonił, ale nikt tego nie zauważył. Teraz zadzwonił znowu, długi, nieprzerwany brzęk i Diva wstała.
- Wracam za sekundkę – powiedziała. – Nie mówcie o tym beze mnie póki nie wrócę.
Pospieszyła do drzwi. „To musi być sama Elizabeth” – pomyślała w podnieceniu.” „Nikt inny tak nie dzwoni. Zużywa tyle prądu, zamiast nacisnąć dzwonek kilka razy, a szybko.
Otwarła drzwi. Elizabeth stała na progu z olśniewającym uśmiechem. W ręku trzymała sławną szpicrutę. Nie do pomylenia z niczym innym.
- Kochana! – powiedziała. – Czy mogę wpaść na minutę? Tak dawno się nie widziałyśmy.
Diva nie wspomniała, że dziś rano pogawędziły sobie na High Street, bo była szansa usłyszeć ciąg dalszy historii. Rozpłynęła się w serdecznościach.
- Ależ wejdź – powiedziała. – Jak miło cię widzieć po tak długim czasie. Właśnie pijemy herbatę. Jest kilkoro przyjaciół.
Elizabeth wśliznęła się do herbaciarni. Drzwi były dość wąskie jak na tak dużą kobietę.
- Evie kochana! Pan Juruś! Padre! – zawołała. - Jak się wszyscy macie? Jak przytulnie! Tak, poproszę indyjską, Divo.
Odłożyła bat w kąt przy kominku. Wręcz promieniała radością. Jak ten upokarzający incydent mógł się potoczyć, zastanawiali się wszyscy, że uczynił ją tak radosną i wesołą? Całkowicie pochłonięty konstruktywnymi myślami padre nałożył sobie kolejną porcję czerwonego dżemu i zjadł ją łyżeczką. Najwyraźniej odebrała bat z biura Argusa, ale co dalej? Czy wymierzyła Benjy’emu karę, którą on obawiał się wymierzyć komuś innemu? Tymczasem, gdy ich oczy pełne pytań szukały się nawzajem, ona obsypywała Divę komplementami.
- Co za bankiet, Divo! – wykrzyknęła. – Jaki piękny obrus! Jeśli taką herbatę będziesz serwować nam po otwarciu, w domu nieczęsto mnie zastaniesz. Pewnie będzie kosztowała przynajmniej ze dwa szylingi, a i tak ludzie będą odchodzić z kwitkiem.
Diva oderwała myśli od swoich spekulacji.
- Nie, to będzie tylko herbata za szylinga – powiedziała. – Będą do niej podawane ciasteczka.
- No popatrz! I jak pięknie podane. Tak subtelnie. Śliczne kwiaty na stole. To całkiem jak jeść podwieczorek w ogrodzie, ale bez skorków…. Miałam dziś na lunchu nieoczekiwanego gościa.
Całe towarzystwo ogarnęła kataleptyczna sztywność.
- Taki miły gość – ciągnęła Elizabeth – Pan McConnell, nowy redaktor Argusa. Benjy złożył mu poranną wizytę w redakcji i przyprowadził go do domu. Zostawił u nich tę swoją szpicrutę na tygrysy, niegrzeczny chłopiec, poszłam więc po nią. Taki kawał chłopa: Benjy wyglądał przy nim jak chłopczyk.
Elizabeth sączyła herbatę. Reszta towarzystwa nadal siedziała sztywna.
- Nigdy wcześniej nie widziałam Hampshire Argus – ciągnęła. – Przez lata nie zawiesiłam na nim oka, bo okropnie nudna to była gazeta. Tylko reklamy i ogłoszenia. Ale z panem McConnelllem u steru, to całkiem inna historia. Wydaje się taki inteligentny.
Niepostrzeżenie sztywność zelżała, gdy bystre umysły analizowały sytuację... Elizabeth wysłała męża, by ukarał McConnella za opublikowanie tej obraźliwej karykatury jej osoby. Wrócił, lekko podchmielony, przyprowadzając ofiarę na lunch. Gdyby prawdziwa wersja wydarzeń wyszła na jaw, znalazłaby się w bardzo upokarzającej sytuacji z tchórzliwym mężem i potworną parodią, która nie została pomszczona. Ale jej wersja była genialna. Nie była świadoma, że Argus zawierał jakąkolwiek jej karykaturę, a Benjy przyprowadził swojego przyjaciela na lunch. Doskonała historia, o której prawdziwości z całą pewnością zaświadczyłby Benjy.. Bardzo sprytnie! Brawo Elizabeth!
Oczywiście towarzyszyło temu lekkie rozczarowanie, bo zaledwie kilka minut wcześniej w powietrzu wisiała jakaś katastrofa, a Tilling miało niepohamowany apetyt na towarzyskie katastrofy. Padre westchnął ciężko i powiedział z rezygnacją: „No i dobrze, wszystko dobre, co się dobrze kończy,” a Juruś pospieszył do domu by zdać Luci relację z tego, co naprawdę się stało i jaką bystrością wykazała się Elizabeth. Ta posłała serdeczne pozdrowienia pani burmistrz i – skoro zostało ich tylko czworo, przeszli do pokoju karcianego na partię brydża.
Janet Divy weszła, by posprzątać po herbacie, a wraz z nią wszedł podskakując terier irlandzki, Paddy, który miał tylko lekką egzemę. Rozejrzał się po pokoju, zlizując okruszki z podłogi i znalazł bicz. Miał przyjemną fakturę pod zębami, na tyle twardą, że gryzienie było zarówno przyjemnością, jak i obowiązkiem. Podniósł go i, mając otwarte tylne drzwi, zaniósł do drewutni i rozprawił się z nim. Przeszedł po nim dwa razy, rozbijając go na mokre i grubo zmielone trociny. Była na nim srebrna obrączka, którą zignorował, a kiedy podarł lub połknął większość resztek, wytarzał się w nich i otrzepał. Poza srebrną nakrętką, żaden morderca nie pozbyłby się zwłok z większą wprawą.
Tymczasem na górze pogodna atmosfera podwieczorku rozpadła się w gruzy przy kartach. Elizabeth przegrywała i było jej gorąco. Powiedziała do Divy:
- Ten mały pokój – taki przytulny – dość tu duszno, kochana. Możemy otworzyć okno?
Diva otwarła je, gdy rozpoczęło się rozdanie i karty sfrunęły ze stołu; to, co zostało u Elizabeth składało się z królów i asów, ale nowe rozdanie było konieczne. Diva upuściła na podłogę kartę obrazkiem do góry, ale przydepnęła ją tak zręcznie, że nikt nie wiedział, co na niej jest. Wstała, żeby przynieść księgę zasad i sprawdzić, co robić w tej sytuacji i podnosząc nogę odsłoniła asa. Elizabeth zażądała kolejnego nowego rozdania. Zgody udzielono, ale powstało nowe tarcie. Pod koniec rozdania Elizabeth odkryła, że już dawno dawno temu przelicytowała i że zaraz zostanie zdemaskowana.
- A teraz ostatnie tasowanie – powiedziała i spróbowała wymieszać razem wszystkie karty.
- No, no, nie tak szybko, moja pani – zawołał padre i rzucił się na fatalną kartę. – Coś mi tu pachnie oszustwem.
W domyśle brzmiało: „to cała Elizabeth” i wszyscy przypomnieli sobie, że próbowała tego samego podstępu jakieś osiemnaście miesięcy wcześniej.
Atmosfera natychmiast zgęstniała. Padre i Evie spieszyli się na próbę chóru, na którą już byli właściwie spóźnieni, a Elizabeth przekonawszy się, że nie przegrała tyle, ile się obawiała, została jeszcze na pogawędkę.
- Widziałaś może ostatnio biedną Susan Wyse? – spytała Divę.
Diva była na nią wściekła. To było oszustwo, żeby próbować tak mieszać karty.
- Dziś rano – powiedziała. – Ale czemu „biedną”? Zawsze o wszystkich mówisz „biedny.” Nic jej nie jest.
- Jak myślisz, otrząsnęła się już po papużce? – zapytała Elizabeth.
- Raczej tak. Miała ją dziś na sobie. Nadal w malinach.
- No nie wiem, czy się otrząsnęła – powiedziała Elizabeth w zamyśleniu. – Gdyby ktoś pytał, to moim zdaniem to papużka rzuciła się jej na mózg.
- Nie mam najbledszego pojęcia, co masz na myśli – powiedziała Diva.
- Właśnie to, co mówię. Ona uważa, że nawiązała kontakt duchowy z duchem papużki. Sama mi to powiedziała. Uważa, że słyszy to jej męczące ciche skrzeczenie, które z siebie wydawała, tylko teraz Susan nazywa to śpiewem…
- Pewnie w uszach jej szumi – przerwała Diva. Sama to czasem mam. Woskowina. Strzykawka.
- …i trzepot małych skrzydełek – ciągnęła Elizabeth. – Próbuje się z nią komunikować przez pismo automatyczne. Mam nadzieję, że nasza druga Susan nie dostaje bzika.
- Bzdury! – powiedziała Diva ostro, wracając znów myślami to próby pomieszania kart. Przysunęła sobie fotel do kominka i uciszyła Elizabeth otwierając wieczorną gazetę.
Burmistrzyni najeżyła się i wstała.
- No cóż, przekonamy, się, bzdury czy nie – powiedziała. – Taki przyjemny brydż, ale muszę już iść. Gdzie jest szpicruta Benjy’ego?
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
| Ostatnio zmieniony przez Trzykrotka Śro 03 Gru, 2025 10:29, w całości zmieniany 1 raz |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 21925 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Śro 03 Gru, 2025 09:18
|
|
|
seria niefortunnych zdarzeń, a zapowiada się coraz ciekawiej |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21789 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Śro 03 Gru, 2025 20:13
|
|
|
Szpicruta wychodzi na prowadzenie
- Tam gdzie ją zostawiłaś, jak sądzę – sarknęła Diva.
Elizabeth zajrzała do kąta przy kominku.
- Tu ją zostawiłam- powiedziała. – Kto mógł ją stad zabrać?
- Ty rzecz jasna. Pewnie zabrałaś do pokoju karcianego.
- Jestem granitowo pewna, że nie – powiedziała Elizabeth spiesząc tam. – Gdzie jest włącznik, Divo?
- Za drzwiami.
- Co za niewygodne miejsce. Powinien być po drugiej stronie.
Elizabeth wpadła na stolik karciany, a na podłogę posypał się stos kart i markerów.
- Obawiam się, że coś strąciłam – powiedziała. – Ach, tu jest.
- Mówiłam, że sama ją tam zaniosłaś – powiedziała Diva. – Pozbieraj te rzeczy.
- Nie, nie szpicruta, włącznik – odpowiedziała.
Elizabeth zajrzała w ten kąt i tamten i pod stoły i krzesła, ale nigdzie nie było ani śladu tego, czego szukała. Wyszła z pokoju nie gasząc światła.
- Tam nie ma – powiedziała. – Może padre ją zabrał. Albo Evie.
- Lepiej idź i ich zapytaj – rzekła Diva.
- Dziękuję, kochanie. Albo czy mogę skorzystać z twojego telefonu? Zaoszczędziłoby mi to chodzenia
Zadzwoniła, ale oboje byli jeszcze na próbie chóru.
- Może pan Juruś, jak myślisz? – spytała Elizabeth. – Zapytam go.
Telefon był jedną z najświętszych oszczędności Divy. Rozsądne dystanse pokonywała zawsze pieszo, by uniknąć wydatków, które, choć pozornie nieznaczne, sumowały się w niebotyczne sumy.
- Jeśli zamierzasz obdzwonić całe Tilling, Elizabeth – powiedziała – lepiej wracaj do domu i zrób to stamtąd.
- Nic się nie martw – powiedziała Elizabeth serdecznie – Zapłacę ci za rozmowy teraz, zaraz.
Otwarła torbę, upuściła ją, a na drewnianą podłogę posypał się deszcz drobniaków.
- Gapa ze mnie – powiedziała zbierając bilon. – Dziewięć pensów w miedziakach, dwie sześciopensówki i szyling, ale wiem, że miałam też trzypensówkę. Musiała wtoczyć się pod twoją śliczną komodę. Mogę cię prosić o świecę, kochana?
- Nie – odrzekła Diva twardo. – Jeśli jest tam trzypensówka, Janet ją znajdzie rano przy zamiataniu. Do tego czasu będziesz musiała się bez niej obejść.
- Nie ma żadnego „jeśli”, moja droga. Tam była trzypensówka. Zwróciłam uwagę, bo była nowiutka. Jeśli pozwolisz, zadzwonię do Mallards.
Foljambe odebrała. Nie; pan Juruś zabrał swój parasol gdy szedł na herbatę i nie mógłby przynieść szpicruty przez pomyłkę… Czy Foljambe będzie tak dobra i zapyta go by się upewnić… Bierze kąpiel… To może zapyta go zza drzwi. Pani Mapp-Flint zaczeka na linii.
Gdy Elizabeth czekała na odpowiedź nucąc jakąś melodyjkę, weszła Janet niosąc kieliszek sherry dla Divy. Podniosła dwa palce i brwi pytając w ten sposób, czy ma przynieść i drugi, ale Diva potrząsnęła głową. W końcu Juruś osobiście podszedł do telefonu.
- Nie chciałam panu zawracać głowy, panie Jurusiu – rzekła Elizabeth. – Foljambe mówiła, że bierze pan kąpiel. Pewnie się myliła.
- Właśnie zamierzałem – powiedział Juruś zirytowany, bo woda pewnie stygła. – O co chodzi?
- Szpicruta Benjy’ego zniknęła w jakiś tajemniczy sposób, a ja nie spocznę, póki jej nie znajdę. Myślałam, że może pan zabrał ją z sobą przez pomyłkę.
- Co, ta na tygrysy? – powiedział Juruś, bardzo zainteresowany, mimo przeciągu owiewającego mu kostki. – Co za nieszczęście. Ale ja jej nie wziąłem. Ależ worek przygód dziś przeżyła! Wiem, że przyniosła ją pani do Divy; zwróciłem na nią szczególnie uwagę.
- Dziękuję – powiedziała Elizabeth i rozłączyła się.
- Teraz na policję – powiedziała Diva sącząc pyszną sherry. – To będzie czwarta rozmowa.
- Trzecia, kochanie – powiedziała Elizabeth zastanawiając się nerwowo, co miał na myśli Juruś przez „worek przygód.” – Na razie byłby to przedwczesny krok. Muszę jeszcze przeszukać wszystkie kąty tutaj, bo przecież gdzieś musi być. O, jest Paddy. Dobry piesek! Pomóż cioci burmistrzyni znaleźć ładny bacik, co? Szukaj, Paddy.
Paddy, idąc inteligentnie za wyciągniętą ręką Elizabeth, pomyślał, że to pewnie środka wieczornej gazety, który Diva upuściła na podłogę, szuka ciocia burmistrzyni. Rzucił się na niego i zaczął go szarpać.
- Paddy, głuptasie! – krzyknęła Diva – Zostaw gazetę w tej chwili. Cała podarta i obśliniona. To twoja wina, Elizabeth.
Podniosła się z miejsca, zirytowana w najwyższym stopniu.
- Musisz na razie dać sobie spokój – powiedziała do Elizabeth, która grzebała pomiędzy polanami w koszu na podpałkę. – Wszystko to jest bardzo tajemnicze, przyznaję, ale teraz zbliża się pora kolacji i to mnie bardziej interesuje.
Elizabeth nie była chętna do powrotu do Benjy’ego z wieścią, że poszła do redakcji Argusa po szpicrutę, a potem ją zgubiła.
- Ale to cenna pamiątka Benjy’ego – powiedziała. – To ta szpicrutą, którą trzasnął tygrysa w pysk, sięgając jednocześnie po strzelbę, żeby go zastrzelić.
- Tyle legend, nieprawdaż? – powiedziała Diva groźnie. – A jeśli inni zaczną mówić, może pojawią się kolejne, równie cudowne. A ja chcę kolację.
Elizabeth przewała poszukiwania. To mroczne stwierdzenie wywarło natychmiastowy efekt.
- Moja wina, że tak się zasiedziałam – powiedziała. – I dziękuję moja droga za pyszną herbatę. Byłoby miło, gdybyś potem jeszcze trochę się rozejrzała.
Diva odprowadziła ją do drzwi. Zniknięcie szpicruty było naprawdę dziwne; wręcz upiorne. I choć Elizabeth była takim utrapieniem, należało jej się uznanie za tak inteligentną wersję niezręcznego incydentu… Rozejrzała się w poszukiwaniu monet, które Elizabeth obiecała zostawić za telefon, ale nie było ani jednej. To zirytowało ją na nowo.
- Cała ona – wymamrotała. – Takie rzeczy najbardziej mnie irytują. Podłe!
Tego wieczora Janet miała wychodne i po kolacji Diva wróciła do herbaciarni żeby pograć w pasjansa. W pokoju robiło się zimno; Janet zapomniała uzupełnić zapas drewna w koszyku, więc Diva poszła do drewutni z latarką po kilka polan. Coś tam zamigotało w świetle latarki, schyliła się i podniosła srebrną gałkę, która wydała się jej jakoś znajoma. Wystawał z niej kawałek pogryzionego drewna, a przyglądając się bliżej, dostrzegła wyryte na niej inicjały B.F.
- O rany! To on! – wyszeptała wstrząśnięta Diva. – Benjamin Flint, zanim się zmappował. Ale skąd tutaj? Jakim cudem?
Pewien pomysł przyszedł jej do głowy i zawołała Paddy’ego, ale pies bez wątpienia pobiegł z Janet. Zapomniawszy o kłodach, a z pamiątką Benjy’ego w dłoni Diva wróciła do domu i rozgrzała się pracą myślową.
Ktoś unicestwił cały bicz z wyjątkiem metalowego fragmentu. Drogą eliminacji (bo Janet od razu oczyściła z podejrzeń o zjedzenie go) musiał to być Paddy. Powinna zadzwonić do Elizabeth i powiedzieć, że szpicruta się znalazła? To nie byłaby cała prawda, bo znaleziono tylko kawałek sponiewieranego dowodu, że reszta nigdy się nie znajdzie. Poza tym, kto wie, co Elizabeth powiedziałaby Benjy’emu tym razem? Całkiem możliwe (a nawet całkiem pewne, gdy się znało Elizabeth) że nie powie mu, że zabrała ją z redakcji Argusa i tym sposobem uniknie słusznego gniewu że ją zgubiła.
„Jestem pewna” rozmyślała Diva „że mogę zapobiec wydarzeniom, które się nikomu nie śniły jeśli słówka o tym nikomu nie pisnę. Teraz nie wie o tym nikt, tylko Paddy i ja. Silentio, jak mówi Lucia kiedy właśnie najwięcej gada. Niech to załatwią między sobą, a mnie nikt nie będzie podejrzewał, że miałam z tym coś wspólnego. Zakopię tę resztkę w ogrodzie nim Janet wróci. Właściwie to dobrze, że Paddy ją zeżarł. Po uszy miałam majora podsuwającego mi ją pod nos i po raz setny męczącego tą samą historią. Zresztą wymyśloną od a do z. Ukręcam łba kłamstwu.”
Za pomocą latarki i szpadla Diva ustrzegła resztki pamiątki przed ryzykiem wypłynięcia na powierzchnię. Ledwie skończyła, gdy wróciła Janet z Paddym.
- Spacerowałam sobie po ogrodzie – powiedziała Diva szczękając zębami. – Taka przyjemna noc. Kochany Paddy! Mądry piesek.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 21925 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Czw 04 Gru, 2025 13:41
|
|
|
chyba współczuje troche drogiej Elżbiecie, a jeszcze bardziej Benjy-boyowi, ostatecznie czy tygrys był czy go nie było to nieistotne, ale szpicruty żąl chyba będzie się działo |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21789 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Czw 04 Gru, 2025 20:31
|
|
|
I Paddy ma swój udział w szpicrutagate
Elizabeth wciąż obracała w myślach zagadkę bicza gdy wracała do domu szybkim krokiem, a gdy po kolacji przyszła obgadać ją z Benjym, szybko popadli w przyjacielski ton. Przypomniała mu, że rano zachowywał się jak ostatni tchórz, a ona, jako wierna i oddana żona, dzięki swej pomysłowości uchroniła go od demaskacji. Przyznała się, że zabrała szpicrutę z redakcji Argusa, ale potem zagubiła ją gdzieś w herbaciarni Divy. Wielka szkoda, ale może jeszcze się znajdzie. Teraz należało wbić sobie trwale do głów wersję, że Benjy poszedł do redakcji żeby po prostu złożyć towarzyską wizytę panu McConnellowi i że Elizabeth nigdy nie widziała swojej ohydnej karykatury w ich gazecie.
- No to ustalone – powiedziała - i to jest najbardziej godny kurs, jaki możemy obrać. A ja rozważam teraz ważniejsze sprawy niż te błahostki. W przyszłym miesiącu mają być wybory do rady miejskiej. Jeden wakat. Będę kandydować.
- To chyba nie jest dobry pomysł, Liz – odpowiedział. – Raz już próbowałaś i skończyłaś na szarym końcu.
- Wiem przecież. Lucia i ja miałyśmy dokładnie tyle samo głosów. Ale czasy się zmieniły. Ona jest burmistrzem, a ja burmistrzynią. To o niej myślę. Jako radna będę jej bardziej pomocna. Będę ją wspierać na posiedzeniach.
- Jesteś bardzo szlachetna – powiedział Benjy. – Ona też tak to widzi?
- Jeszcze jej nie mówiłam. Tak czy siak będę stanowcza. No, czas spać; co to był za ekscytujący dzień! Ojej, zapomniałam zapłacić Divie za rozmowy telefoniczne, które od niej wykonałam. Kochana Diva i tej bezcenne oszczędności!
A w ogrodzie na tyłach domu Divy, przeznaczona na zmatowienie od kontaktu z wilgotną ziemią leżała zakopana jak niewybuch grożący nieoczekiwaną eksplozją srebrna nakładka z zaginionej pamiątki.
Nadszedł dzień objęcia urzędu burmistrza i Lucia, wybrana przez radnych oficjalnie na ten urząd, przywdziała swą szkarłatną togę. Złożyła im przepiękny ukłon i powiedziała, że od dziś będzie im służyć. We wzruszających zdaniach wspomniała też o swojej drogiej przyjaciółce burmistrzyni, której pełne uczucia i lojalne wsparcie sama w sobie sprawi, że ciężar jej własnej ogromnej odpowiedzialności zamieni się w radość, a Elizabeth cała w uśmiechach przyłożyła chusteczkę do dokładnie tej części twarzy, która powinna w taj chwili być zroszona łzami, gdyby łzy zechciały płynąć. Następnie pani burmistrz wydała przyjęcie dla licznego towarzystwa w hotelu King’s Arms, poprzedzone uroczystym przemarszem podczas którego dzwoniły dzwony kościelne, psy szczekały, klikały migawki aparatów fotograficznych, a słońce odbijało się w niesionych przed nią ogromnych buławach. Rozległy się owacje na cześć Luci zainicjowane przez byłego burmistrza i owacje na cześć burmistrzyni, wznoszone przez jej obecnego na miejscu męża.
Po południu Lucia zainaugurowała sklep Divy, incognito, jako pani Pillson. Mieszkańcy Tilling nie byli aż tak jak się spodziewała podekscytowani możliwością wypicia herbaty w tym samy pokoju, co burmistrz, więc nie było świadków wysączenia przez nią pierwszej filiżanki herbaty prócz Jurusia i Divy, która wciąż biegała do okna wypatrując klientów. Widząc Susan w Royce zapukała w szybę i zaprosiła ją do środka, żeby w czwórkę mogli zainaugurować salę karcianą pierwszym robrem. Wtem do kawiarni wpłynął potok ludzi i Diva musiała porzucić niedokończone rozdanie żeby pomóc Janet w ich obsłudze.
- Szkoda, że nie przyszli wcześniej – powiedziała – żeby zobaczyć ceremonię. Poczekajcie chwilę, dokończymy grę kiedy pójdą.
Pospieszyła z powrotem. Kilka minut później otwarła drzwi i powiedziała treściwym szeptem:
- Czternaście szylingów i osiemnaście pensów.
- Wspaniale! – zawołali, a Susan zaczęła opowiadać o swoim piśmie automatycznym.
- Siedzę z zamkniętymi oczami i ołówkiem w dłoni – powiedziała – z Ptaszynką na stole przede mną. Przez chwilę czuję się trochę zagubiona, a wtedy Ptaszynka zdaje się mówić „ćwir ćwir,”a ja mówię „dzień dobry, kochanie.” Wtedy ołówek ożywa. Nie wiem, co napisze. Dziwne, pajęcze pismo, zupełnie niepodobne do mojego.”
Drzwi znów się otworzyły i pokazała się zarumieniona twarz Divy.
- Dwanaście szylingówek – powiedziała – choć sześć z pierwszej partii poszło. Jeszcze dwie osiemnastopensówki, ale śmietanka się kończy i Janet musiała dolać mleka.
- Gdzie to ja skończyłam? – powiedziała Susan. – A tak. Pisze i pisze, aż Ptaszynka zdaje się znów mówić „ćwir ćwir” co oznacza, że skończyła, a ja mówię „do widzenia, kochanie.”
- A co pisze? – zaciekawiła się Lucia.
- Różności. Dziś rano wciąż od nowa pisała mère1
- To bardzo dziwne – powiedziała Lucia z ożywieniem. – Bardzo. Wydaje mi się, że Ptaszynka chce mnie coś powiedzieć (*bo myślała, że chodzi o słowo maire, burmistrz)
- Nie – odparła Susan. – To nie to słowo. Francuskie mère, jakby Ptaszynka mówiła „mamusiu.” To ewidentnie było do mnie.
Lucia od razu straciła zainteresowanie.
- A coś istotnego? – spytała
- To wszystko jest istotne – odparła Susan.
Z herbaciarni dał się słyszeć cichy trzask.
- To tylko filiżanka – powiedziała Diva wsadzając znów głowę. – Coś jak rozbicie butelki o burtę gdy wodujesz statek.
- Chciałabyś, żebym się pokazała na chwilę? – spytała Lucia. – Z chęcią przespaceruję się przez salę jeśli to może pomóc.
- Jesteś kochana, ale nie potrzebuję pomocy, chyba że za kontuarem. Poza tym, powiedziałam reporterowi z Argusa, że wypiłaś tu herbatę, a teraz grasz w karty na zapleczu.
- Och, to nie za mądrze, Divo – powiedziała Lucia. – Powiedz mu, że nie gram na pieniądze. Pamiętaj, że muszę dawać przykład.
- Obawiam się, że już poleciał – odrzekła Diva. – Poza tym to nie byłaby prawda. Jest tu dwóch twoich radnych. Szylingowcy. Na koszt firmy. Reklama.
Napływ klientów nieco opadł i Diva, zostawiając Janet samą z resztą, dołączyła do nich, brzęcząc woreczkiem bilonu.
- Dużo napiwków – powiedziała. – Ich nie przewidziałam. Głównie dwupensówki, ale ziarnko do ziarnka… Policzę tylko utarg i dokończymy grę.
Utarg przeszedł wszelkie oczekiwania; górka srebra, piramida miedzi.
- Co pani zrobi z tym bogactwem gdy bank już zamknięty? – zapytał Juruś lekko. – Taka suma w domu. Ja zakopałbym je w ogrodzie.
Dłoń Divy drgnęła mimowolnie gdy wsypywała miedziaki do woreczka. Dziwne, że to powiedział!
- Są tu bezpieczne – odparła. – Paddy śpi ze mną w pokoju, teraz kiedy wiem, że to nie świerzb.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 21925 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Czw 04 Gru, 2025 22:16
|
|
|
Ojjj coś czuję że trup szpicruty wychynie w najmniej korzystnym i oczekiwanym momencie, więc będzie afera aż miło |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21789 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Pią 05 Gru, 2025 06:25
|
|
|
Zdradziecka srebrna otoczka zakopana w płytkim grobie... |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 21925 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Pią 05 Gru, 2025 13:38
|
|
|
No właśnie, to sugeruje zmartwychwstanie w najbardziej niefortunnym momencie |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21789 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Sob 06 Gru, 2025 23:09
|
|
|
Póki co, Lucia zostaje burmistrzem
Wieczorem odbył się burmistrzowski bankiet. Niestety, ani Lord Namiestnik, ani biskup, ani poseł nie mogli w nim uczestniczyć, ale wysłali urocze listy z wyrazami żalu, które Lucia odczytała przed padre, swoim kapelanem, jak go określiła. Miała na szyi łańcuch urzędu burmistrza, a we włosach sznurek odziedziczonych perełek, a Juruś, zgodnie z umową, siedział samotnie po drugiej stronie stołu, naprzeciwko niej. Pozycja była niekorzystna jak chodzi o zaopatrzenie w jadło i napoje, bo kelner musiał obchodzić daleki koniec stołów żeby do niego dotrzeć, więc gdy miał szansę, nakładał sobie podwójne porcje i kazał napełniać winem wszystkie kieliszki. W klapę surduta wpiął zielono – białą emaliowaną gwiazdę, którą miał od dawna wśród bibelotów, a która wyglądała ja zagraniczny order. Na drugim końcu sali znajdowała się galeria, z której paniom, jakby obowiązywał purdah (*czyli muzułmański zwyczaj izolowania kobiet od życia publicznego), wolno było oglądać bankiet. Elizabeth siedziała w pierwszym rzędzie i dla kurażu machała dłonią do pani burmistrz ile razy Lucia spojrzała w jej kierunku. Raz, kiedy kelner stał tuż za Lucią, Elizabeth była pewna, że ta na nią patrzy i posłała jej całusa. Kelner zareagował od razu, a burmistrzyni, uroczo zarumieniona, przestała dawać znaki… Wygłoszono kwieciste przemówienia, pokosztowano trunków, a na koniec odbyła się rozrywka muzyczna. Burmistrz stworzyła precedens przykładając osobiście ręki do tej części i dając (jak nadmienił Hampshire Argus w następnym numerze) wykwintne wykonanie wolnej części Sonaty Księżycowej Beethovena. Ostudziła tym raczej atmosferę i wracała na swe miejsce na środku stołu wśród pełnych szacunku oklasków i pojedynczego okrzyku „Encore!” ze strony Elizabeth. Duch zgromadzonych ożywił się pod wpływem żwawszych melodii, a na koniec całe towarzystwo odśpiewało Auld Lang Syne krzyżując dłonie, za wyjątkiem Jurusia, który nie miał sąsiadów. Lucia składała królewskie dygnięcia na prawo i lewo, a sznurek pereł osunął się z jej włosów i kołysał przed twarzą.
Burmistrz i jej Książę Małżonek wrócili samochodem do Mallards, Lucia w najwyższym stanie tryumfu, Juruś potwornie zmęczony. W pokoju ogrodowym przeszła z nim pełny katechizm samouwielbienia.
- Uważam, że podałam im dobrą kolację – powiedziała. – A wina były wyśmienite, prawda?
- Zachwycające – rzekł Juruś.
- I moja mowa. Nie za długa?
- Ani trochę. W punkt.
- Uważam, że toast za moje zdrowie spełnili z zapałem. Non e vero?
- Bardzo. Molto – odrzekł Juruś.
Lucia uderzyła akord na fortepianie nim go zamknęła.
- Nie za szybko grałam Sonatę Księżycową? – spytała.
- Nie. Nigdy nie grałaś jej lepiej.
- Czułam, jak wokół nas rośnie entuzjazm – powiedziała. – Jestem pewna, że gdybyśmy przyjechali powozem, wyprzęgliby moje konie i sami zaciągnęli nas do domu. Ale z samochodem to niemożliwe.
Juruś ziewnął.
- Mogliby wyciągnąć gaźnik – odpowiedział, już ledwo żywy.
Lucia przejrzała jakieś papiery na stole.
- Jutro muszę wcześnie wstać – powiedziała – żeby być gotową na panią Simpson… Nowa era, Jurusiu. Wydaje mi się, że widzę nową epokę dla naszego drogiego Tilling.
Rozdział czwarty
Okazało się, że nowe obowiązki Luci nie są aż tak uciążliwe jak się spodziewała, ale postarała się, żeby były tak uciążliwe, jak tylko się da. Studiowała plany nowych domów komunalnych i gdy już pojęła różnicę między przekrojem, a elewacją, eksplodowała pomysłami na gustowne balkony, chorągiewki, piorunochrony. Dzięki doświadczeniu zdobytemu na giełdzie zagłębiła się też w kwestie finansowe i wpadła na pomysł pożyczenia pieniędzy na trzy i pół procent, żeby z nich pokryć część wydatków na remont kanalizacji, a resztę zainwestować w jakieś solidne akcje, które przyniosłyby cztery i pół procent. Wyjaśniła ten mistrzowski pomysł Jurusiowi.
- Powiedzmy, że pożyczamy dziesięć tysięcy funtów na trzy i pół procent – powiedziała – zysk od tego wyniesie trzysta pięćdziesiąt funtów rocznie. Inwestujemy to, Jurusiu – słuchaj mnie teraz uważnie – na cztery i pół, a to daje nam czterysta pięćdziesiąt funtów rocznie. Zyskujemy sto funtów na czysto.
- To rzeczywiście wydaje się genialne – odpowiedział Juruś. – Ale poczekaj chwilę. Jeśli zainwestujesz wszystko, co pożyczyłaś, czym zapłacisz za robociznę przy kanalizacji?
Twarz Luci ściągnęła się od namysłu.
- Widzę, do czego zmierzasz, Jurusiu – powiedziała powoli. – To bardzo trafna uwaga. Muszę się nad tym zastanowić nim przedstawię mój pomysł przed komisją finansową. Ale moim zdaniem – oczywiście między nami – remont kanalizacji nie jest taki palący. Możemy odłożyć prace na sześć miesięcy, a w międzyczasie zgromadzić większe dywidendy. Jestem pewna, że da się coś z tym zrobić.
Następnie, celem sprawdzenia oświetlenia ulic, zabierała Jurusia na spacery po kolacji we wszystkie ciemne, a nawet deszczowe wieczory.
- Ten zaułek tutaj – mówiła, podczas gdy deszcz bębnił o jej parasol. – Bardzo kiepskie oświetlenie. Nigdy bym sobie nie wybaczyła gdyby ktoś starszy potknął się tu w ciemnościach i się poturbował. Godzinami mogliby go nie znaleźć.
- Owszem – powiedział Juruś. – Ale najpierw złapałby katar. Wracajmy do domu. Żaden starszy człowiek nie wyjdzie z domu w taką pogodę. Wariactwo.
- Jest trochę mokro – powiedziała Lucia, która nigdy się nie przeziębiała. - Pójdę obejrzeć tę alejkę przy budynkach Bumpusa innej nocy, bo czeka na mnie notatka o planach rozwoju miasta, której jeszcze nie opanowałam. Coś o strefach mieszkalnych i przemysłowych, Jurusiu. Nie mogę pozwolić na otwarcie manufaktury w strefie mieszkalnej: na przykład nie wyobrażam sobie browaru ani kuźni w ogrodzie Mallards…
- Ale nie planujesz ich zakładać, prawda? – spytał Juruś.
- Pryncypia, kochany, to bardzo ciekawa rzecz. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to naruszenie wolności jednostki, ale gdy spojrzysz – jak ja staram się to robić – głębiej pod powierzchnię, dostrzeżesz, że kuźnia na środku trawnika zakłóciłaby spokój okolicznych mieszkańców. Zaszkodziłaby ich dobrostanowi.
Juruś człapał obok niej, marząc, by Lucia przestała już dawać te swoje wykłady, ale między kichnięciami starał się jednak być dobrym mężem burmistrza.
- A można mieszkać w strefie przemysłowej? – zapytał.
- Muszę to przestudiować. Oczywiście pozwoliłabym szewcowi mieszkać nad jego warsztatem. Jest jeszcze miejska strefa przemysłowa. Mam nadzieję że herbaciarnia Divy na High Street jest w porządku; byłoby mi niemiło, gdybym musiała kazać jej ją zamknąć… Ach, znowu nasz przytulny pokój ogrodowy! Pytałeś o mieszkanie w strefie przemysłowej. Wydaje mi się, że mam tu papiery, w których znajdziesz odpowiedź. I mam tu gdzieś kolorową mapę tych stref, zielony dla przemysłowej, niebieski dla mieszkalnej i żółty dla handlowej. Zafascynujesz się. Gdzież ona jest?
- Nie zawracaj nią sobie dziś głowy - powiedział Juruś. – Spokojnie poczekam do jutra. Co powiesz na trochę muzyki? Mamy duet Scarlattiego.
- Ah, divino Scarlattino!- powiedziała Lucia w roztargnieniu, przeszukując nadal swoje papiery. - Eureka! Jest! Nie, to o slumsach, ale tez bardzo ciekawe… Co to jest „obejście”?
- Pewnie chodzi o sposób zachowania – odpowiedział. - Albo to literówka od odejścia.
- Nie, ani to ani to nie pasuje do kontekstu. Muszę to doprecyzować.
Juruś usiadł do fortepianu i zagrał kilka fragmentów melodii, które pamiętał. Lucia czytała; było to dość trudne do zrozumienia, a hałas ją rozpraszał.
- Rozkoszne dźwięki – powiedziała – ale czy byłoby to z mojej strony samolubne, gdybym cię poprosiła o przerwę póki to studiuję? To tak ważne, że powinnam mieć te dane w małym paluszku na następnym spotkaniu i być w stanie to objaśnić… Ach, już rozumiem…. Nie, to zielona. Przemysłowa. Ale za pół godzinki mniej więcej…
Juruś zamknął fortepian.
- Chyba pójdę już do łóżka – powiedział. – Boję się, że złapałem katar.
- Ach, już rozumiem! – wykrzyknęła Lucia tryumfalnie. – Mieszkać można w każdej strefie. To całkiem fair: czemu choćby aptekarz z High Street miałby mieszkać o pół mili stąd? I bardzo jasno wytłumaczone. Sama lepiej bym tego nie wyłożyła. Dobranoc, mój drogi. Kilka kropel kamfory na kostkę cukru. Śpij dobrze.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 21925 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Nie 07 Gru, 2025 17:12
|
|
|
Ojjj, to burmistrzowanie może mieć katastrofalne skutki dla miasta coś mi się zdaje, obawiam się, ze Tilling może nie znieść tego nawału nowoczesności i ulepszeń planowanego przez Lucię coraz bardziej żal mi Jurusia, który odsunięty na drugi plan tak dzielnie spełnia obowiązki Księcia Małżonka |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21789 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Nie 07 Gru, 2025 20:28
|
|
|
Juruś przede wszystkim zna Lucię na wylot i wie, jaka z niej kanciara... A teraz jeszcze nudziara. Współczułam mu trochę - przedtem mógł się schować w swoim domku, teraz - cóż.
Elizabeth rzuca bombę
Burmistrzyni była równie gorliwa jak burmistrz. Co ranek dzwoniła do Luci w porze śniadania i domagała się rozmowy z nią osobiście.
- Mogę coś dzisiaj dla ciebie zrobić, wasza pani burmistrz? – pytała. - Zawsze do twoich usług, nie muszę ci przypominać.
- Nic takiego, dziękuję – odpowiadała Lucia. – Mam po południu posiedzenie Rady…
- Nie ma żadnych punktów, które chciałabyś ze mną omówić? Na pewno?
- Na pewno – opowiedziała Lucia stanowczo.
- Chciałabym ci powiedzieć o jednej czy dwóch rzeczach” – powiedziała zmieszana Elizabeth – bo oczywiście nie możesz być na bieżąco ze wszystkim. Wpadnę o pierwszej na kilka minut, jeśli zastanę cię nie zajętą. I podzielę się kilkoma nowinami.
Lucia wróciła do swojego wystygłego boczku.
- Ma zupełnie błędne pojęcie o obowiązkach burmistrzyni, Jurusiu – powiedziała. – Chciałabym, żeby pojęła, że jeśli będę potrzebowała jej pomocy, to o nią poproszę. Ona nie ma nic wspólnego z moimi oficjalnymi obowiązkami, a nie zasiada w radzie miasta, więc wtrącać się i tak nie może.
- Ma nadzieję, że będzie tobą rządzić – powiedział Juruś. – Chciałaby wetknąć we wszystko nos. I wetknie, jeśli tylko zdoła.
- Muszę być bardzo taktowna – powiedziała Lucia z namysłem. – Widzisz, jedynym powodem, dla którego mianowałam ją burmistrzynią było ukrócenie jej zgubnych skłonności, ale jeśli potraktuję ją za ostro, tylko je pobudzę…Ach. Musimy rozpocząć nasz plan prostego życia. Chodźmy od razu na nasze zakupy, a potem przestudiuję plan na to popołudnie póki Elizabeth nie przyjdzie.
Elizabeth miała garść zadań do wykonania dla burmistrza. Powinna ona na przykład wiedzieć, że wczoraj jakiś samochód zjechał z rykiem ze wzgórza do Tilling z taką szybkością, że nie zdołała dostrzec numeru. Furgonetka i Royce Susan wywołały kompletny paraliż ruchu na High Street, każdy komu zostało tylko kilka minut żeby zdążyć na tramwaj, musiał się spóźnić.
- A jeszcze gorszy był pies, który szczekał przez całą noc w domu obok Grebe – powiedziała Elizabeth. – Oka nie zmrużyłam.
- Ale ja nie mogę kazać mu przestać – odrzekła Lucia.
- Nie? A ja myślałam, że właściciel może dostać jakieś ostrzeżenie. A może napiszę list do Argusa i obie go podpiszemy. Większa waga. Albo ja napiszę prywatnie do ciebie, a ty odczytasz list na posiedzeniu. Cokolwiek wybierzesz, szefowo. Sama oceń.
Luci nie przypadła do gustu żadna z tych alternatyw, ale wszystkie skrupulatnie zanotowała.
- Bardzo cenne uwagi – powiedziała. – Ale nie wydaje mi się, że powinnam osobiście interweniować w sprawie psa. Za chwilę będzie kot albo kanarek.
Elizabeth patrzyła przez okno z tym medytacyjnym, życzliwym uśmiechem, który tak często zwiastował okropny tok jej myśli.
- To tylko taki mój mały wysiłek, by poszerzyć twój zakres wpływów, droga burmistrz. Być może wkrótce będę mogła wspierać cię bardziej bezpośrednio.
Lucia poczuła mdły niepokój.
- Byłoby cudownie – powiedziała. – Ale jak, droga Elizabeth, miałabyś robić jeszcze więcej niż już robisz?
Elizabeth skierowała swój przyjazny uśmiech wprost na twarz burmistrza. Z bardzo bliska.
- Zgadnij, kochana! – powiedziała.
- Nie jestem w stanie – odrzekła Lucia.
- Cóż, jest wakat w radzie miejskiej i staję do wyborów. Och, gdybym tylko wygrała! Mogłabym cię wspierać na każdym posiedzeniu. Ty i ja, pomyśl tylko!
Lucia uczyniła desperacki wysiłek, by odrzucić jakoś od siebie tę przerażającą perspektywę i aż zaczęła bełkotać.
- Byłoby cudownie – powiedziała – i wiem dobrze, że skłania cię do tego twoje oddanie dla mnie. Jakże to cenię! Ale jakoś tak wydaje mi się, że twój wpływ, twój ogromny wpływ zmaleje raczej niż wzrośnie, jeśli staniesz się po prostu jedną z moich dwunastu radnych. Ucierpi na tym twoja unikatowa pozycja burmistrzyni. Tilling będzie myślało o tobie jak o jednej z wielu. Ty, moja prawa ręka, stracisz swą niezależność. Poza tym, co jeśli choć brzmi to mało prawdopodobnie, a wręcz niemożliwie, co będzie, jeśli cię nie wybiorą? Dramatyczna utrata prestiżu…
Weszła Foljambe.
- Lunch – powiedziała i zostawiła drzwi pokoju ogrodowego szeroko otwarte.
Elizabeth zerwała się z miejsca z okrzykiem czystego zaskoczenia.
- Nie miałam pojęcia, że to już ta godzina! – zawołała. – Bardzo nieładnie z mojej strony, że nie pilnuję zegarka, ale czas upłynął tak szybko, jak zawsze, kochana, gdy z tobą rozmawiam. Ale nie przekonałaś mnie, ani trochę. Muszę lecieć; Benjy mnie skrzyczy, jeśli się bardzo spóźnię.
Lucia przypomniała sobie, że zaczęła się era prostego życia. Siekana baranina i pudding z melasą. Może gdyby Elizabeth znała menu, poszłaby sobie. Z drugiej jednak strony, z całą pewnością przyszła o pierwszej, żeby wprosić się na lunch i mądrzej byłoby ją zaprosić.
- Zadzwoń do niego i powiedz, że dziś jesz tutaj – zdecydowała. – Zrób tak.
Elizabeth przypomniała sobie, że w domu na lunch będzie mielona wołowina i pudding z marmoladą.
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem – powiedziała. – Mogę skorzystać z twojego telefonu?
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
| |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 21925 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Pon 08 Gru, 2025 08:34
|
|
|
Oooooo nieeee miejmy jednak nadzieję, że nikt poza Benjy-boyem nie będzie chciał takiej radnej
Juruś zawsze może schować się w swoich pokojach, w końcu bardzo mądrze zawarowali sobie czas i terytorium tylko dla siebie.
Bardzo jestem ciekawa kampanii wyborczej i wyników wyborów |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21789 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Wto 09 Gru, 2025 10:44
|
|
|
O tak, oni bardzo mądrze weszli w to małżeństwo. Od razu ustalili zasady, podzielili dom i czas w ciągu dnia. Tylko trochę mi szkoda, że przedtem, jako tylko przyjaciele, siedzieli sobie razem, rozmawiali, albo każde zajmowało się swoim - i dobrze im było tak, że postanowili się pobrać. A teraz Lucia - społecznica zanudza Jurusia sprawami miejskimi, które go nudzą.
Elizabeth niczym nie dobijesz - podniesie się, otrzepie i pójdzie kandydować. Hartu ducha i zawziętości ma za trzy!
Wczoraj padłam, ale dziś postaram się wcześniej wrzucić kolejny odcinek |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 21925 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Wto 09 Gru, 2025 11:22
|
|
|
Myślę, że jednak Juruś da radę, bo zna Lucię i wie, że wszystkie burzliwe pomysły w końcu jej mijają i odchodzą
Tak, Elżbieta jest - mówiąc bez ogródek - szmatą nie do zdarcia ciekawe jak dalsza współpraca będzie sie układać
Ależ Trzykrotko, dbaj o siebie zdrowie najważniejsze. |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21789 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Wto 09 Gru, 2025 15:02
|
|
|
Już jestem w domu i wrzucam
Brydż wjeżdża na tapet.
Wszystkie te zawirowania silnie odbiły się na Jurusiu. Baranina i Mapp i niekończące się rozmowy o sprawach miejskich sprawiły, że dom stał się o wiele mniej przyjaznym miejscem, niż miał on prawo oczekiwać. Potem Lucia sprawiła mu kolejną niechcianą niespodziankę wracając po południu dosłownie nabuzowana energią po długim posiedzeniu Rady.
- Chcę się ciebie poradzić, Jurusiu – powiedziała. – Od kiedy Hampshire Argus doniósł, że grałam w brydża w jej pokoju herbacianym, ta kwesta nie daje mi spokoju. Nie powinnam jednak grać na pieniądze.
- Trudno nazwać kilka trzypensówek wielkimi pieniędzmi – odpowiedział Juruś.
- Suma jest niewielka, ale jednak zdecydowanie są to pieniądze. Chodzi o zasadę. Usłyszałam dziś – oczywiście poufnie – o czymś bardzo smutnym. Młody Twistevant, syn właściciela sklepu spożywczego, grał na wyścigach i teraz ma czynsz niezapłacony za ostatni kwartał. Ożenił się ostatnio i oczekuje dziecka. Wszystko to skutek hazardu.
- Nie rozumiem, co ma hazard do dziecka – powiedział Juruś – Chyba, że założył się, że nie będzie miał dzieci.
Lucia uśmiechnęła się lodowato, jak zawsze gdy dowcip nie przypadł jej do gustu.
- Źle się wyraziłam. Chodziło i o to, że puste kieszenie w chwili, gdy tak bardzo potrzebuje pieniędzy są wynikiem hazardu. Zasada jest zasadą, czy chodzi o trzypensówkę czy głodne dziecko. A brydż, z jego wymogiem rozwagi i przedsiębiorczości, jest z pewnością wystarczająco dobrą grą, by grać z miłości: z miłości do brydża. Dajmy przykład. Kiedy będziemy organizować kolejną imprezę brydżową, powiedzmy jasno, że nie gramy na pieniądze.
- Nie sądzę, żeby było dużo imprez brydżowych, jeśli goście to usłyszą – powiedział Juruś. – Wszyscy od razu ogłoszą siedem bez atu.
- A potem zostaną podwojeni! – zawołała Lucia tryumfalnie.
- I re-podwojeni. Nie będzie żadnej zabawy. Straszna monotonia. Rozdający może równie dobrze podnieść rękę i powiedzieć: siedem bez atu, podwojone, re-podwojone, zanim w ogóle potasuje karty.
- Mam nadzieję, że podejdziemy do gry z większym zrozumieniem niż to – powiedziała Lucia. – Rozsądne deklarowanie, umiejętne rozgrywanie partii, różne starannie przemyślane systemy – przecież to nie zniknie tylko dlatego, że nie mamy w perspektywie wygrania kilu groszy? Naprawdę, myślę, że rozgrywki mogą stać się o wiele przyjemniejsze. Będą spokojniejsze, na wyższym poziomie. Kwestia nawet kilku pensów często wywołuje napięcie.
- Nie zgodzę się – powiedział Juruś. - Te napięcia są skutkiem przyjemnego podekscytowania. I po co zapisywać wynik i zastanawiać się, czy stać cię na większą finezję, jeśli nie ma to do niczego prowadzić? Możesz zaproponować grę o dwa pensy do stu zamiast trzech…
- Muszę powtórzyć: tu chodzi o zasadę – przerwała Lucia. – Czuję, że z moją pozycję musi być wiadome, że choć gram w karty, co uważam za całkiem przyjemną formę odpoczynku, to nie gram już na pieniądze. Jestem pewna, że dla nas będzie to równie ekscytujące. Przeprowadźmy test. Zaproszę padre i Evie na kolację i brydża na jutro i zobaczymy, jak pójdzie.
Nie poszło. Lucia ogłosiła przygnębiającą wiadomość podczas kolacji, a towarzystwo pogrążyło się w mroku, gdy zaczęli dobierać się w pary. Przez krótkie, jasne chwile jedno z nich zapomniało, że przebiegłość nie daje nic poza świadomością, że było się sprytnym, ale potem sobie przypomniało i blask gasł. Tylko Łucja pozostała bystra i krytyczna. Z dręczącym niepokojem próbowała sobie przypomnieć, czy w grę wchodzi kolejne atu, i podjęła błędną decyzję.
- Głupia pomyłka, padre – powiedziała. – Powinnam była wiedzieć. Gdybym grała nadal tymi samymi kartami, wygralibyśmy. Niewybaczalne. Bardzo przepraszam.
- Ech, to błahostka, nie ma żadnego znaczenia – powiedział. – Drobiazg i nie ma o czym mówić.
Potem nastąpiło podliczanie. Juruś nie zapisywał wyniku i wszyscy bez szemrania przyjęli wynik Luci. O wpół do 23;00, a nie jak zwykle o 23:00, zgodzono się, że nie warto zaczynać kolejnego robra i Juruś odprowadził apatycznych gości do drzwi. Po powrocie zastał Lucię powtarzającą ostatnią partię.
- Tutaj mogłeś zagrać inaczej, mój drogi – powiedziała. – Patrz, powinieneś był odrzucić zamiast przebijać. Bardzo ciekawy manewr. Co do naszej próby, to myślę, że oboje byli równie chętni jak zawsze, a co do mnie, to nigdy nie miała ciekawszej gry.
Wieści o tym przygnębiającym wieczorze rozeszły się wkrótce po Tilling, a małe towarzystwo zebrało się następnego dnia u Divy na herbatę za szylinga i rozmowę.
- Za nic nie będę więcej grał – powiedział padre. – W życium nie miał tak jałowego wieczoru. A i poczęstunek co najmniej skromny. Niezwykle skromny.
Wtrąciła się Elizabeth.
- Parę dni temu jadłam u nich na lunch siekaną baraninę i pudding z melasą – powiedziała. – Prawie to samo miałam w domu – wołowinę i marmolada w puddingu.
- Może wpadłaś do nich na kilka minut przed lunchem, nieproszona – zauważyła Diva, która podawała bułeczki.
Było w tym coś niejasno niemiłego.
- Nie dostałam śmietanki, kochana – odpowiedziała Elizabeth. - Czy byłabyś tak miła…
- W takim razie to będzie herbata za osiemnaście pensów- ostrzegła Diva – choć dostaniesz też kanapki z konserwą. Może być osiemnaście pensów?
Elizabeth zignorowała sugestię.
- Co do gry w brydża bez pieniędzy – podjęła – to mówię nie. Nigdy tak nie grałam i jestem za stara żeby się uczyć. Nasza droga burmistrz niech oczywiście robi jak uważa, ale nie ze mną.
Diva skończyła podawać i usiadła z klientami. Janet przyniosła jej śmietankę i kanapki z konserwą, bo oczywiście ona sama mogła jeść, co się jej podoba, bez decydowania, czy herbata ma być za szylinga, czy osiemnaście pensów.
- Teraz zrobi się zamęt – powiedziała. – Jeśli ktoś z nas urządzi brydża, to czy stolik, przy którym będzie Lucia, ma grać za darmo?
- Podejrzewam, że drugi też – powiedziała Elizabeth z goryczą, patrząc jak Diva hojnie nalewa sobie śmietanki do herbaty. – Burmistrzowi może się nie podobać, że w jej obecności odbywa się hazard.
- Ja też się na to nie godzę – zawołała Evie. – Nie i nie. Może sobie być burmistrzem, ale nie jest Mussolinim.
- Nie widzę w tym zła – powiedział padre – ale nie żebym się też bardzo cieszył. Gram w brydża dla rozrywki, ale to mi nie przeszkadza skupiać się na kartach i ani żadne grosze, ani przegrana nie zaprząta mnie zbytnio.
Weszli nowi klienci; pokój znów wypełnił się ludźmi i Diva musiała wziąć się do roboty. Pracownik biurowy Hampshire Argus i jego przyjaciel urządzili sobie małą ucztę i zjedli cały słoik dżemu, przez co ich herbaty nie przyniosły wielkiego zysku. Z drugiej jednak strony Evie, padre i Elizabeth tak byli skupieni na kryzysie brydżowym że prawie nie tknęli jedzenia. Diva wręczyła im wszystkim rachunki, a oni zostawili jej po dwa pensy napiwku, czyli całkiem zacnie jak za herbatę za szylinga, ale chłopak z biura i jego przyjaciel, błogo przepełnieni, dali jej po trzy pensy. Diva podziękowała im gorąco.
Evie i padre kontynuowali rozmowę po drodze do domu.
- Ale pech dla pana Jurusia – powiedziała Evie. – Nudzi jak się wszyscy inni grając z miłości do brydża. Widziałam, że ziewnął wczoraj z sześć razy i nawet nie podliczał wygranych. Myślę, żeby zaprosić go na herbatę z brydżem do Divy i zobaczyć, czy przyjdzie bez Luci. Diva chętnie potem zagrałaby z nami, ale nie wypadałoby zaprosić ją wcześniej zaprosić na herbatę.
- Jakże to? – spytał padre.
- Jak miałaby zarabiać na herbacie będąc naszym gościem. I jak mielibyśmy dać jej napiwek za cztery herbaty, skoro jedną sama wypije? Bardzo niezręczna sytuacja.
- To niechże sama zrobi herbatę dla siebie – powiedział padre – choć nie zdaje mi się, żeby jej uczucia były aż tak delikatne. Ale tego biedaka mus zaprosić.
Tak więc wykonano telefon do Jurusia i doszło do trochę krępującej sytuacji. Evie zdawało się, że z wystarczającym naciskiem powiedziała „Będzie bardzo miło jeśli pan przyjdzie jutro do Divy na herbatę i brydża”, ale on powiedział, że sprawdzi, czy Lucia będzie wolna. Evie musiała więc wyjaśnić, że nie ma znaczenia, czy Lucia będzie wolna czy nie i Juruś przyjął zaproszenie.
- Pewien byłem że do tego dojdzie – powiedział do siebie – ale myślę, że nic Luci nie powiem. Pewnie i tak będzie zajęta.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
| |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 21925 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Śro 10 Gru, 2025 09:14
|
|
|
Czuję nadciągający ferment i burze na pokładzie brydż dla przyjemności nie ma szansy, a Luci nadal nie opadł zapał neofitki, niedobrze |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21789 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Śro 10 Gru, 2025 09:51
|
|
|
Oj tak, Lucia sobie naprawdę grabi tym zapałem do reform tego, czego zreformować się nie da. Będzie z tego jedna cudowna scena, przy której pękałam ze śmiechu
Kiedy przeczytałam o herbaciarni Divy, miałam wątpliwości czy to się uda, ale okazuje się, że każde miasteczko takiego lokalu potrzebuje |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21789 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Śro 10 Gru, 2025 18:34
|
|
|
Próżna jest ludzka nadzieja. Gdy następnego dnia umiarkowanie delektowali się skromnym obiadem, Lucia pogratulowała samej sobie, że ma wolne popołudnie.
- Dosłownie nic do roboty – powiedziała. – Żadnego spotkania komitetu, nic. Pójdźmy na jeden z tych naszych długich spacerów i pójdźmy potem do Divy na herbatę. Chcę wspierać jej herbaciarnię.
- Spacer byłby cudowny – rzekł Juruś – ale Evie zaprosiła mnie do Divy na herbatę i brydża po niej.
- Nie pamiętam, żeby mnie zapraszała – powiedziała Lucia. Oczekuje mnie?
- Myślę raczej, że Diva będzie na czwartego – wyjąkał Juruś.
Lucia wyraziła mocne poparcie.
- Bardzo rozsądna innowacja – powiedziała. - Pamiętam, że mówiłam ci, że to mnie uderzyło jako raczej jako bourgeois,trochę wiktoriańskie, żeby zawsze zapraszać razem mężów i żony. Niewątpliwie też, droga Evie była pewna, że będę zajęta aż do obiadu. Naprawdę bardzo uprzejmie z jej strony, że naraziła mnie na przykrość odmowy. Jak się cieszę na spokojną godzinę z książką.
„Wcale jej się to nie spodobało” myślał Juruś gdy, raczej zmachany sześciomilową włóczęgą w gęstej wilgotnej mgle schodził w dół zbocza do herbaciarni Divy. „I nie zdziwiłbym się gdyby domyśliła się powodu…” Herbaciarnia była zatłoczona, więc Diva nie mogła napić się z nimi herbaty, nawet gdyby ją zaprosili. Rachunek wręczyła Evie osobiście (trzy herbaty za osiemnaście pensów) i dostała hojny napiwek czterech pensów od głowy.
- Dziękuję, kochana Evie – powiedziała wsuwając ekstra szylinga do kieszeni. – To prawdziwa hojność. Dołączę do was przy kartach kiedy tylko zdołam.
Rozegrali bardzo emocjonujące partie za zwyczajowe stawki. Jako, że nie można było nie zakończyć ostatniego robra, Juruś musiał bardzo spieszyć się z przebieraniem, by nie kazać Luci czekać. Jej oczy miały ten ptasi, świdrujący wyraz, który świadczył, że Lucia spragniona jest wiedzy.
- Dobra herbata i przyjemy rober? – spytała.
- I to i to – powiedział Juruś. – Świetnie się bawiłem.
- Tak się cieszę. Dużo osób w herbaciarni?
- Tłok. Diva do szóstej nie mogła do nas dołączyć.
- Jak miło dla Divy. A ty grałeś na pieniądze, mój drogi, czy za nic?
- Za pieniądze. Jak zwykle, trzy pensy.
- Jurusiu, muszę cię o coś prosić – powiedziała. – Chciałabym, abyś świecił przykładem – no wiesz, młody Twisteservant, wiesz – chcę, żeby do wszystkich dotarło, że na nie gram w karty na pieniądze. Osłabisz siłę mojego przykładu jeśli dalej będziesz tak postępował. Jesteśmy oboje, ty także, w centrum uwagi. Bardzo cię proszę, abyś więcej tego nie robił.
- Nie mogę się zgodzić, przykro mi – rzekł Juruś. – Nie widzę w tym żadnej szkody – Oczywiście ty rób jak uważasz…
- Dziękuję, mój drogi – powiedziała Lucia.
- Nie ma powodu. Ja zrobię jak ja uważam.
Weszła Grosvenor.
- Silentio! - wyszeptała Lucia. - Tak, Grosvenor?
- Dzwoni pani Mapp-Flint, proszę pani – zaczęła Grosvenor.
- Powiedz jej, że dziś wieczorem nie mogę się już niczym zająć – powiedziała Lucia.
- Ona nie dzwoni do pani. Chce tylko wiedzieć, czy pan Pillson przyjmie zaproszenie na kolację i brydża pojutrze.
- Podziękuj jej – powiedział Juruś stanowczo. – Będę zachwycony.
Kręgi karciane w Tilling pozostały niewzruszone: nie będzie żadnej rewolucji. Jeśli, ze względu na eksponowane stanowisko, pani burmistrz odżegnuje się od gry na pieniądze, to bez nas, orzekło Tilling, nie mogąc nakłonić jej ją do nagięcia sumienia. Ale jeśli pani burmistrz wyobraża sobie, że Tilling podąży za jej przykładem, to im szybciej wyzbędzie się fałszywej nadziei, tym lepiej. Lucia wysłała zaproszenie na kolejne przyjęcie z brydżem w Mallards, ale wszyscy mieli inne zajęcia. Nie mogła nie dostrzec wagi tego zdarzenia, ale przybrała postawę nieugiętej dumy i posłała po najnowszą książkę o brydżu, którą studiowała nieustannie, niemal zaniedbując swoje burmistrzowskie obowiązki, by udowodnić, że w kartach interesuje ją sama gra. Twierdziła, że jej zrozumienie brydża poprawiło się nad podziw, ale nie miała okazji udowodnić tego miłego faktu. Juruś był zasypywany zaproszeniami, bo byłoby jawną niesprawiedliwością, gdyby miał być pozbawiony brydża, bo nikt nie chce grać z burmistrzem. Odwdzięczał się zapraszając przyjaciół na herbatę do Divy i grę potem, bo nie mógł zapraszać graczy na kolację, podczas której Lucia studiowałaby samotnie kwestie brydżowe, a reszta towarzystwa grałaby. Inni gracze poszli w jego ślady, bo o wiele prościej było zamówić herbatę u Divy, gdzie stół do kart był zawsze w pogotowiu i wkrótce, jak ujął to Algernon Wyse, „Herbaciarnia Ye Olde’ stała się nowy Almackiem.” Dla herbaciarni był to świetny interes, a Diva żałowała gorzko, że od razu nie wpadła na pomysł, by pobierać opłaty za karty. Pewnego dnia przedstawiła tę kwestię Elizabeth.
- Wszystkie te markery strasznie szybko się wycierają – powiedziała – i muszę kupować nowe karty o wiele częściej niż się spodziewałam. Dwa pensy za grę w karty, jak myślisz?
- Kochana, nawet o tym nie marz – powiedziała Elizabeth bardzo stanowczo. – I tak kawiarnia musi świetnie prosperować. Ale radziłabym ci kupić nowe talie. Gdy ostatnio graliśmy, robiły wrażenie trochę wyślizganych. Więcej stylu, nowe karty, zaostrzone ołówki i tak dalej – to się opłaca. Ale żadnych opłat za grę!
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
| |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 21925 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Czw 11 Gru, 2025 13:47
|
|
|
Diva dzięki cnotliwości Luci niechcący stworzyła jaskinię hazardu ciekawe czy aby nie koliduje z prawem |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
Trzykrotka

Dołączyła: 21 Maj 2006 Posty: 21789 Skąd: Kraków
|
Wysłany: Czw 11 Gru, 2025 19:18
|
|
|
Powiem ci, że z tej obawy o kolizję z prawem wyjdzie najśmieszniejsza scena z całej powieści
Wybory!
Zbliżające się wybory na wakujące miejsce w radzie miejskiej odwróciły uwagę burmistrza od abstrakcyjnych studiów nad brydżem. Na kilka dni przed zamknięciem listy Elizabeth była nadal jedyną kandydatką. Lucia stanęła przed wizją, że jej burmistrzyni naprawdę zostanie wybrana, a ta myśl napełniła ją najbardziej ponurymi przeczuciami. Zaczęła się zastanawiać, czy Juruś nie dałby się namówić do kandydowania. Był ranek polerowania bibelotów, a ona przyszła do jego pokoju z propozycją pomocy.
- Często pragnę, mój drogi – powiedziała w zamyśleniu atakując tabakierę – że chciałabym, żebyś był ze mną bardziej związany w mojej pracy w radzie miasta. I właśnie nasuwa się taka możliwość.
- Uważaj z tą tabakierą - powiedział. - Nie trzyj za mocno. Jaka możliwość?
- Rada Miasta. Niedługo będzie tam wakat. Jestem przekonana, mój drogi, że po małym przeszkoleniu, takim jakie choćby ja mogłabym ci dać, stałbyś się fantastycznym radnym i odkryłbyś, jak fascynujące jest to zajęcie.
- Raczej nudne do imentu – powiedział. – Nie jestem dobry w slumsach i ściekach.
Lucia postanowiła ujawnić swe intencje.
- Jurusiu, to żeby mi pomóc – powiedziała. – Obecnie jedyną kandydatką jest Elizabeth, a na samą myśl o tym, że zasiądzie w radzie przerażenie mnie ogarnia. A dzięki prestiżowi bycia moim mężem, nie wątpię w twój sukces. Tylko kilka dni agitacji; ty z twoim żywym zainteresowaniem ludzką naturą po prostu się w tym rozsmakujesz. Tak to widzę: to obowiązek, który powinieneś spełnić dla samego siebie. Miałbyś w mieście oficjalne stanowisko. Od dawna uważam za nienormalne, że mąż burmistrza go nie ma.
Juruś rozważył sprawę. Już wcześniej myślał sobie, że przyjemnie byłoby chodzić w orszaku za burmistrzem w fioletowej todze,. I choć Lucia swoją miejską paplaniną zanudziła go na śmierć, sprawy miałyby się inaczej kiedy, wsparty powagą pozycji w radzie mógłby powiedzieć, że nie zgadza się absolutnie z tym czy innym punktem jej polityki i może nawet odrzucić jakiś projekt na posiedzeniu rady. Poza tym, pokonanie Elizabeth w wyborach byłoby słodką przyjemnością…
- Cóż, jeśli pomożesz mi z agitacją… - zaczął.
- Ach, gdybym tylko mogła! – powiedziała. – Ale kochany, moja pozycja uniemożliwia mi zajęcie aktywnego stanowiska po którejś ze stron. Podobnie jak król, który oficjalnie nie wtrąca się do polityki. Fakt, że jesteś moim mężem – cóż to był za błogosławiony dzień, w którym nasze życia się połączyły - ma ogromną wagę. Każdy będzie wiedział, że twoja kandydatura ma moje pełne poparcie. Nie zdziwiłabym się, gdyby Elizabeth się wycofała, gdy dowie się, że stajesz przeciwko niej.
- Och, no dobrze – odpowiedział. – Ale musisz mnie poinstruować jaki ma być mój program.
- Dziękuję kochany po tysiąc razy! Musisz natychmiast zgłosić swoją kandydaturę. Pani Simpson przyniesie ci formularz do wypełnienia.
Nastąpiło kilka koszmarnych dni, w czasie których Juruś wędrował ociekając wodą od domu do domu w najokropniejszej pogodzie. Jego hasłem była poprawa warunków mieszkaniowych klas niższych, więc odwiedzał szeregi przygnębiających domów obiecując poświęcić całą energię na zapewnienie ich mieszkańcom łazienek, kanalizacji, wiat rowerowych i placów zabaw dla dzieci. Dręczyło go niemiłe uczucie, że matki, którym przerywał domowe zajęcia, są głównie znudzone jego wizytami i mało je obchodzi jego program. Dla wynagrodzenia mu tych jałowych wysiłków Lucia poluzowała spartańską dyscyplinę – tak naprawdę sama już nie nie mogła znieść i czasami zastanawiała się, czy ktokolwiek szanuje czy naśladuje jej przykład – i podawała mu iście lukullańskie obiady i kolacje. Elizabeth oczywiście natychmiast dowiedziała się o jego kandydaturze i agitacji, ale zamiast się wycofać, rozpoczęła własną huraganową kampanię. Jej hasłem była redukcja stawek zamiast ich podnoszenia, które nieuchronnie przywróciłoby do życia te idiotyczne plany bezużytecznych luksusów.
Wyniki wyborów miały być ogłoszone przez burmistrza ze stopni ratusza. Z powodu wyjącego wiatru i ostro zacinającego deszczu ulica była całkowicie pusta, nie licząc majora Benjy odzianego w kaptur przeciwdeszczowy, gumowy płaszcz i wodery kulącego się w najbardziej osłoniętym kącie jaki udało mu się znaleźć pod ociekającą wodą parasolką. Elżbieta nieźle się napracowała, żeby nakłonić go w ogóle do wyjścia z domu: zapewniał ją, że najlepszym sposobem na stłumienie napięcia jest oczekiwanie w cieple domu przy kominku, aż wróci ona z wieściami, a wszyscy inni mieszkańcy Tilling czuli, że spokojnie poczekają do następnego dnia… Wtedy Lucia wyszła z ratusza z kandydatem po lewej i po prawej i przenikliwym krzykiem, aby jej głos w ogóle był słyszalny wśród zgiełku żywiołów, obwieściła przerażające liczby. Pani Elizabeth Mapp-Flint – krzyknęła – otrzymała osiemset pięć głosów i tym samym została wybrana. Major Benjy wydobył z siebie ochrypłe „Hurra!” i usiłując zaklaskać upuścił parasol, który natychmiast został porwany przez nawałnicę i nikt go już więcej nie oglądał… Pan Jerzy Pillson, wrzasnęła Lucia, zdobył czterysta dwadzieścia jeden głosów. Elizabeth natężając płuca podziękowała gorąco mieszkańcom Tilling za zaufanie, którym ją obdarzyli, i którego ze wszelkich sił postara się nie zawieść. Wymieniła uścisk dłoni z burmistrzem i pokonanym kandydatem i natychmiast odjechała ze swym mężem. Jako, że nie było żadnych mieszkańców, do których można by się zwracać, Juruś nie wygłosił mowy którą był przygotował: byłaby zresztą i tak nie na miejscu, skoro zamierzał podziękować mieszkańcom Tilling w podobnych jak Elizabeth słowach. On i Lucia pobiegli do samochodu, a Juruś zaciągnął okno.
- Co za upokorzenie – powiedział.
- Mój drogi, świetnie się spisałeś – powiedziała Lucia, ściskając jego ramię mokrą, lecz współczującą dłonią.- W życiu publicznym trzeba znosić te drobne niepowodzenia…
- Kolosalne upokorzenie – przerwał Juruś. – Cały ten trud na marne. – Zostałem pokonany przez Elizabeth, choć obiecywałaś mi coś przeciwnego. Będzie teraz zadzierała nosa i puszyła się, niż gdybym nie stanął do wyborów.
- Nie, nie, Jurusiu, z tym się nie zgodzę – powiedziała Lucia. – Gdyby była jedyną kandydatką, mogłaby powiedzieć, że wszyscy wiedzieli, że nie mają z nią żadnych szans. To byłoby o wiele gorsze. A teraz przynajmniej wie, ze czterystu… ile to było dokładnie?
- Czterysta dwadzieścia jeden – odpowiedział Juruś.
- Tak, czterystu dwudziestu i jeden myślących wyborców w Tilling…
-… przeciwko ośmiuset pięciu bezmyślnym – odrzekł Juruś. – Nie mówmy już o tym. To umniejszenie prestiżu dla nas obojga. Nie inaczej.
Lucia pospieszyła do domu, by powiedzieć Grosvenor, żeby podała do kolacji butelkę szampana i wrzuciła do pieca wieniec z liści laurowych uwity wcześniej dla ozdobienia czoła nowego członka Rady Miejskiej.
- Skąd ten paskudny zapach spalonej zieleniny? – spytał ponuro Juruś gdy weszli do jadalni.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka |
| |
|
|
|
 |
Tamara
nikt nie jest doskonały...

Dołączyła: 02 Lut 2008 Posty: 21925 Skąd: zewsząd
|
Wysłany: Pią 12 Gru, 2025 12:49
|
|
|
Biedny Juruś, z całego serca mu współczuję za późno wzięli się za kampanie, no i jednak Juruś nie ma dość siły przebicia, żeby pokonać drogą Elżbietę swoją drogą Juruś jest chyba - razem ze świętej pamięci pierwszym mężem Luci - najsympatyczniejszym i najnormalniejszym bohaterem sagi nie mówię o drogiej Irene, bo stanowi kategorię samą w sobie, jej przenikliwość i zdrowy rozsądek są wyjątkowe, ale tryb życia i zajęcie budzi poważne wątpliwości co do uporządkowania klepek |
_________________ Nie można uwięzić kogoś, kto mieszka we własnej głowie. |
|
|
|
 |
|
|
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum
|
Dodaj temat do Ulubionych Wersja do druku
|
Na stronach tego forum (w domenie forum.northandsouth.info) stosuje się pliki cookies, które są zapisywane na dysku urządzenia końcowego użytkownika w celu ułatwienia nawigacji oraz dostosowaniu forum do preferencji użytkownika. Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym jest możliwe po właściwym skonfigurowaniu ustawień używanej przeglądarki internetowej. Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może znacznie utrudnić używanie forum lub powodować błędne działanie niektórych stron. Brak blokady na zapisywanie plików cookies jest jednoznaczny z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie i używanie przez stronę tego forum. | Forum dostępne było także z domeny spdam.info Administracją danych związanych z zawartością forum, w tym ewentualnych, dobrowolnie podanych danych osobowych użytkowników, zgromadzonych w bazie danych tego forum, zajmuje się osoba fizyczna Łukasz Głodkowski.
|