Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Kłopoty Luci
Trzykrotka - Sob 03 Sty, 2026 17:16
Juruś poczekał na nią do końca posiedzenia i stanął trochę z tyłu, ale na widoku, podczas gdy Lucia pozowała na schodach ratusza jak wsiada na rower dla fotografa z Hampshire Argus.Jego kolega reporter zapisał pilnie każde słowo wypowiedziane w tej cause célèbre, a Lucia poprosiła, by przesłał jej wstępny wydruk przed ukazaniem się numeru. Była nieco rozczarowana, że nie pojawił się żaden reporter ani fotograf z Londynu, bo pani Simpson została poinstruowana, by powiadomić Centralną Agencję Informacyjną o dniu i godzinie przesłuchania… Ale pani burmistrz była i tak usatysfakcjonowana lokalnym prestiżem, jaki zyskała dzięki swej brawurowej, świetnej kondycji fizycznej. Elizabeth oczywiście próbowała wywrzeć presję na przyjaciołach, by spojrzeli na incydent z innej perspektywy i odmalowała przed oczami padre i Evie raczej bolesną scenę.
- Straszne to wszystko – powiedziała. – Mam poczucie, że biedna ta nasza burmistrz. Pokolenia szlachetnych mężów – burmistrzów muszą przewracać się w grobach. Zastanawiam się nawet, czy z szacunku dla siebie samej nie zrezygnować z bycia burmistrzynią. To wiąże moje nazwisko z jej.
- To nie byłby zły pomysł – powiedział padre, a Evie wydała kilka przenikliwych pisków.
- Z drugiej jednak strony nie byłoby dobrze, gdybym porzuciła ją w chwili próby – ciągnęła burmistrzyni. – To takie prawdziwe, co powiedziałeś padre w niedzielnym kazaniu, że powinniśmy zawsze trwać przy naszych gdy mają kłopoty i nas potrzebują.
- Więc dlatego, że ona cię potrzebuje, choć wcale na to nie wygląda – wybuchnęła Evie – przychodzisz tu i opowiadasz, że się ośmieszyła i przez nią wszyscy przewracają się w grobach. Bardzo po przyjacielsku, Elizabeth.
- A jam jest zdania mojej żonki, szanowna pani – powiedział padre, olśniony myślą o Evie jako burmistrzyni – i jeśli czuje pani, że straci dla siebie respekt jeśli pani nie zrezygnuje, to pani chrześcijańskim obowiązkiem jest to uczynić , a jać gwarantuję, że jej to w niczym nie zaszkodzi, niech więc postawa przyjaciół odwagi ci nie odbiera. A jeśli spytasz, co ja myślę o przygodzie mistress Luci, to powiem, że ma ona odwagę, żeby tak pędzić przez Landgate trzydzieści mil na godzinę. Ani mnie ani pani na to nie stać, a może bylibyśmy lepsi gdyby było. No i potrafiła wstać i powiedzieć śmiało jak Bóg przykazał, że jest winna i medal jej się należy. O tak. Chodźmy żonko na naszą lekcję kolarstwa.
Opinię padre podzielała większość mieszkańców miasta, a ta nowa cyfra – trzydzieści mil na godzinę została powszechnie przyjęta. Choć wyczyn był skrajnie ryzykowny i niezgodny z prawem, to Tilling czuło dumę z posiadania tak dzielnego burmistrza. Diva pozwoliła sobie snuć marzenia o własnym biciu rekordów gdy uczyła się utrzymywać równowagę, a Susan rozwinęła na swej trójkołówce taką szybkość, że Algernon wołał za nią z niepokojem: „nie tak szybko, Susan, błagam cię. Pomyśl, że na coś najedziesz.” Padre śmigał po parafii na rowerze, a Lucia, gdy sprawa robiła się coraz popularniejsza, proponowała, że może każdego pouczyć w swoim ogrodzie. Modne stało się jeżdżenie w tę i z powrotem po High Street po zmroku, gdy ruch uliczny był mniejszy i ulica rozbrzmiewała dźwiękiem dzwonków i migotała lampami rowerowymi. Nie było kolizji, bo wszyscy zachowywali należytą ostrożność, ale w jeden chłodny wieczór łopocząca poła futra Susan tak beznadziejnie zaplątała się w łańcuch jej roweru, że nie była w stanie jej wyplątać i Figgis odwiózł rower i futro na Porpoise Street razem, niczym taczkę.
W miarę jak dni stawały się dłuższe, a pogoda cieplejsza, zaczęto organizować pikniki w łatwo dostępnych miejscach, jak zamek, kościół czy wieża Martello i towarzystwo jadło kanapki i piło ze swoich termosów na ruinach lochów, starych nagrobkach czy skraju fosy. Z racji na różnice w sprawności i stopniu zaawansowania, jeśli chcieli dotrzeć na miejsce w miarę jednocześnie, nie mogli ruszać w drogę wszyscy naraz i Susan na swoim trójkołowcu zwykle opuszczała Tilling jako pierwsza, a za nią podążała Diva. Trwała rywalizacja o zaszczyt wyjechania na ostatnim miejscu: Lucia słynąca ze zdolności do szaleńczej jazdy czekała, aż jej zdaniem padre już wyruszy, podczas gdy on uważał, że jego normalne tempo jest szybsze od jej tempa. W rezultacie oboje docierali i mocno spóźnieni i mocno zgrzani.
Wszyscy zastanawiali się jak mogli kiedykolwiek ograniczać ćwiczenia fizyczne do odległości dostępnych dla pieszych i współczuli Elizabeth, że duma nie pozwoliła jej dołączyć do tak przyjemnych wycieczek.
Koniec rozdziału szóstego
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Wto 06 Sty, 2026 23:01
Och jakie to piękne i droga Elżbieta ze swoją nauką w 10 minut to jest po prostu przerozkoszne, ale czuję, że za długo nie potrwa. Cóż przerwie tę kolarską passę, wypadek czy pogoda, a może roboty drogowe ?
Trzykrotka - Czw 08 Sty, 2026 22:33
Niestety, wątek rowerowy nie będzie miał dramatycznego dalszego ciągu ale uważam, że jest kapitalny i uroczy. I Lucia po raz kolejny występująca przed szereg i na tyle charyzmatyczna, że pociąga przykładem innych i te przejażdżki wieczorne na rowerach i wyprawy zbiorowe za miasto - jeden z pozytywniejszych wątków tej serii. No i idealne podsumowanie: głupia duma Elizabeth nie pozwala jej brać w tych radościach udziału
Wracamy do sprawy szpicruty I obrazu Irene
Rozdział siódmy
Lucia nie zdołała przekonać dyrekcję Kolei Południowych, że Królewski Ekspres Rybny byłby całkiem realnym rozwiązaniem. „Gdyby Ich Wysokości” – brzmiał oficjalny komunikat – „wyraziły królewskie życzenie, aby zaopatrzenie w ryby otrzymywać z Tilling, Dyrekcja dołożyłaby starań, aby dostawy realizowane były jak najszybciej, ale jej zdaniem zwykłe zasoby linii wystarczą by zaspokoić ich potrzeby, o których ie otrzymano dotąd żadnych informacji.”
- Smutny brak przedsiębiorczości, Jurusiu –powiedziała pani burmistrz gdy przeczytała tę zniechęcającą odpowiedź. – Niezdolność do myślenia w kategoriach samorządu i dostrzeżenia ważności unowocześnienia elżbietańskiego zwyczaju. Nie przedstawię radzie w ogóle tego projektu.
Lucia wrzuciła to niegospodarne ultimatum do kosza na śmieci. Właśnie nadeszła popołudniowa poczta przynosząc dwa listy, z których jeden zawierał owo ultimatum.
- Mój program serii wykładów w Instytucie Literackim też nie wystartował dobrze – powiedziała. – Zaprosiłam pana Desmonda McCarthy aby opowiedział nam o mniej znanych powieściopisarzach z czasów Williama IV, ale odmówił. Pan Noel Coward również nie może opowiedzieć o technice nowoczesnej sceny teatralnej w żaden z pięciu wieczorów, które mu zaproponowałam. Jestem zdziwiona, że nie chcą skorzystać z okazji do zdobycia większej rozpoznawalności.
- Paskudnie z ich strony – powiedział Juruś współczująco – stracić taką szansę.
Lucia rzuciła mu ostre spojrzenie, a potem zamyśliła się na chwilę nad swoim planem. Nowe pomysły zaczęły napływać jej do głowy tak szybko, że ledwie zdążała je zapisywać.
- Myślę, że sama dam wykład o dramacie szekspirowskim – powiedziała. – To może być wykład inauguracyjny, powiedzmy piętnastego kwietnia. Chyba nie mam nic zaplanowanego na ten wieczór, a ty zajmiesz mi krzesło… Jurusiu, moglibyśmy odegrać razem krótką scenkę, bez kostiumów i dekoracji, żeby zilustrować prostotę sceny elżbietańskiej. Szczerze mówiąc, uznałam po namyśle, że mój pierwszy cykl wykładów powinien być poprowadzony przez miejscowych prelegentów. Padre mógłby któregoś wieczoru opowiedzieć o wolnej woli czy źródłach zła. Irene o technice malowania fresków, Diva o żywieniu zbiorowym. Powinnam też poprosić Elizabeth o wygłoszenie wykładu na jakiś temat, ale nie mam najmniejszego pojęcia, o czym miałaby coś wartościowego do powiedzenia. Ach! Zamiast niej niech major Benjy opowie o polowaniu na tygrysy. Następnie wieczór muzyczny: sztuka Beethovena, z przykładami. To byłoby sześć wykładów; sześć w zupełności wystarczy. Wydaje mi się, że ludzie będą oczekiwać, że wygłoszę zarówno pierwszy jak ostatni wykład. Wstęp za szylinga albo pięć szylingów za cały cykl. Oficjalnie, jak sądzę, po patronatem burmistrza.
- Nie – powiedział Juruś wracając do jednego z pierwszych tematów. – Nie zagram z tobą żadnej szekspirowskiej sceny żeby zilustrować elżbietańską prostotę. I gdybyś pytała, to nie wierzę, że ludzie zapłacą szylinga żeby wysłuchać wykładu padre o wolnej woli. Takich rzeczy mają pod dostatkiem w niedzielę podczas nabożeństwa za cenę ofiary na tacę.
- Rozważę to – powiedziała Lucia nie słuchając i zaczynając układać harmonogram wykładów. – A jeśli nie chcesz zagrać ze mną scenki, to mogę zagrać sana scenę lunatykowania z Makbeta. Ale z wieczorem beethovenowskim musisz mi pomóc. Fragmenty piątej symfonii na cztery ręce na fortepian. To olśniewające dzieło zawiera, zawsze tak uważałam, klucz do duszy Mistrza. Musimy przyłożyć się do ćwiczeń i nauczyć się nut na pamięć.
Juruś zrozumiał, że uczucie, jakie go ogarnęło, bycia ponaglanym i ściganym, stało się teraz już odrażająco znajome. Jego życie traciło ten posmak przyjemności, jaką dawało mu poczucie, że jest zajęty i gotów do ekscytującego interesowania się drobnymi sprawami dnia codziennego. Lucia zatruwała to nienasycone źródełko nieustannym przypominaniem o obowiązkach burmistrza i odpowiedzialności i żmudnymi planami wykładów i oświetlenia ulic. Prawda, dawne, żywotne źródło czasami tryskało, bo kto na przykład jak nie ona sprowadził na Tilling rowerowe szaleństwo, albo przekonał Susan, że Ptaszyna odeszła do wyższych sfer? To było jej prawdziwe powołanie – uwrażliwianie innych na drobnostki codzienności. Ale jej plany ulepszenia Tilling nudziły go bezgranicznie.
Lucia skończyła szkicowanie harmonogramu i zaczęła paplać od nowa.
- Tak, Jurusiu, daty wydają się pasować idealnie – powiedziała – choć pani Simpson musi je jeszcze dla mnie potwierdzić. Piętnastego kwietnia mój inauguracyjny wykład o Szekspirze, dwudziestego kwietnia drugi wykład; padre o wolnej woli, co jak mam nadzieję, zainteresuje każdego poważnego człowieka, bo temat jest bardzo intrygujący, a nigdy do końca nie wyjaśniony; dwudziestego dziewiątego kwietnia Irene o technice malowania fresków, szóstego maja Diva o zasadach prowadzenia kawiarni. Pewnie będę musiała go dla niej napisać. Trzynastego maja major Benjy o tygrysach, dwudziestego maja Beethoven, znowu ja… Chciałbym, żeby te małe ośrodki oświecenia powstały wszędzie w Anglii i uważam za zaszczyt móc, na moim stanowisku, dawać przykład. BBC, nie przeczę, wykonuje dobrą robotę, ale wykłady wygłaszane na żywo są o wiele bardziej wyraziste. Osobisty magnetyzm. Zawsze potem zorganizuję dla prelegenta i kilku przyjaciół skromną kolację, a dyskusję możemy kontynuować w pokoju ogrodowym. Zaproszę też jakiegoś wybitnego eksperta od każdego tematu, żeby przybył i przenocował po każdym wykładzie: biskupa kiedy padre będzie mówił o wolnej woli, pana Gielguda gdy ja będę mówić o technice szekspirowskiej, sir Henry’ego Wooda na naszą beethovenowską noc i może kierownika z Liptona wykład Divy. Prześlę całej radzie miejskiej zaproszenie na miejsca uprzywilejowane w pierwszym rzędzie na mój wykład inauguracyjny. Jak ci się podoba ten wstępny szkic? Wiesz, jak cenię sobie twój osąd, a przecież to kluczowe, żeby pierwsze kroki postawić jak należy.
Juruś stał przy jej biurku tłumiąc ziewanie, gdy patrzył na jej harmonogram szukając w kieszeni kamizelki metalowego pudełka zapałek z turkusowym zapięciem. Gdy do niego sięgnął, wpadła ze środka srebrna końcówka szpicruty majora Benjy’ego, którą zawsze nosił przy sobie. Upadła bezgłośnie na kawałek mokrej gąbki, której pani Simpson wolała używać do zwilżania znaczków pocztowych zamiast własnego języka. Jednocześnie zadzwonił telefon i Lucia zerwała się na równe nogi.
- Te niekończące się telefony! – powiedziała. – Po prostu niewolnictwo. Muszę chyba zastrzec mój numer i podawać go tylko garstce przyjaciół… Tak, tak, burmistrz Tilling przy telefonie. Irene, prawda?... Moja droga, co za sukces! Chyba nigdy nikt z Tilling nie miał obrazu w Królewskiej Akademii. Czy to poprawiona wersja tego fresku z nieubraną Wenus przybywającą do Tilling? Jestem pewna, że jest o wiele ładniejsza. Jaka szkoda, że nie udało m się zobaczyć obrazu przed wysłaniem, ale gdy wystawa Akademii się skończy, musisz pokazać go na naszej. Och, zapisałam cię jako prelegentkę na burmistrzowskim cyklu wykładów o kulturze na wykład o malowaniu fresków. I jedziesz do Londynu na werniksowanie? Bądź ostrożna. Tyle pięknych obrazów zostało zrujnowanych przez nadmierne werniksowanie.
Rozłączyła się.
- Przyjęli obraz? – zapytał bardzo podekscytowany Juruś. – Będzie piekło na ziemi jeśli obraz zostanie pokazany w Tilling. Chyba ci o tym mówiłem, ale byłaś zajęta Królewskim Ekspresem Rybnym. Elizabeth, jak żywa, w chuście i czepku i spódnicy w paski i butach na guziki, stojąca na muszli ostrygi i dmuchana w stronę Tilling przez Benjy’ego w chmurach w cylindrze na głowie.
- Ojej, to brzmi niebezpiecznie na czasie – powiedziała Lucia. – Ale już czas się przebierać. Kolacja z Mapp-Flintami, prawda? Co za zbieg okoliczności!
Kolacja upłynęła w wyjątkowo harmonijnej atmosferze, bez żadnych wzmianek o rowerach. Benjy z ochotą zgodził się wygłosić 13 maja odczyt o polowaniu na tygrysy.
- Co za radość – rzekła Lucia. – Zapisuję sobie, żeby nie zapomnieć. I może jakieś rekwizyty, dla ożywienia narracji. Choćby ta szpicruta, którą smagnął pan tygrysa po pysku. Och, co ja mówię. Zapomniałam, że jej tajemnicze zniknięcie nigdy nie zostało wyjaśnione. Podaj mi cukier, Jurusiu.
Nastąpiła chwila niezręcznej ciszy i Lucia zaczerwieniła się po korzonki włosów zanurzając swoją pomarańczę w cukrze. Ale wkrótce wszystko wróciło do normy i burmistrz z burmistrzynią weszły do pokoju ogrodowego oplatając swoje talie ramionami. Lucia poprosiła Jurusia by nie zatrzymywali się zbyt długo w jadali, a Benjy wykorzystał ten czas do maksimum wypijając ile się dało bardzo dobrego, choć niedrogiego porto. Elżbieta zjadła suszoną figę na deser i malutka, ale dokuczliwa pestka utknęła u nasady jednego z jej pięknych zębów. Wiedziała, że nie zazna spokoju póki jej nie wydłubie, a potrzebowała tylko małej chwili nie na widoku.
- Droga pani burmistrz – powiedziała. – Zrób mi przyjemność, połóż dłonie na klawiszach. Dawno już nie słyszałam jak grasz.
Luci nie trzeba było namawiać na otwarcie wieka instrumentu.
- Okropnie zardzewiałam, obawiam się – powiedziała – bo nie mam ostatnio czasu na ćwiczenia. Beethoven, kochana, albo coś z bezcennego Mozarta, cokolwiek sobie życzysz.
- Och, sośś s Moharta – wymamrotała Elizabeth schowana za biurkiem Luci. Wystarczyła chwila, aby jej wzrok, gdy znów odwróciła się w stronę fortepianu, padł na kawałek mokrej gąbki pani Simpson. Lśniło tam coś jasnego, utraconego, a znajomego. Wahanie byłoby w tej chwili oznaką nędznej słabości (poza tym, ta rzecz należała do jej męża). Wyciągnęła ukradkiem rękę i włożyła przedmiot do wizytowej torebki.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Trzykrotka - Czw 08 Sty, 2026 22:37
I bonusik (mam nadzieję, że będzie widać) - gif z pierwszego spotkania Irene i Luci, gdy ta po raz pierwszy przyjechała do Tilling. To z nowszej wersji serialu.
https://www.tumblr.com/bo...the-disgrace-of
Ta aktorka była świetnie dobrana
Tamara - Pią 09 Sty, 2026 13:54
Oooo szykuje się chyba dym z powodu ogryzka szpicruty i jak tu teraz wybrnąć z tego z twarzą ?
I coś mi się wydaje, że Juruś zaczyna odczuwać potrzebę buntu
Obie są cudne i świetnie dobrane
Trzykrotka - Pią 09 Sty, 2026 22:38
Juruś na szczęście zyska wentyl bezpieczenstwa i oddechu od lucinych i tillingowych nadmiarów wrażeń
Przyjęcie skończyło się ledwie wybiła jedenasta, bo Elizabeth nie była w ogóle w stanie skoncentrować się na kartach gdy jej torebka kryła wskazówkę, o ile nie cały klucz, do rozwiązania niewyjaśnionej tajemnicy, więc podkreślała mocno, że pani burmistrz wygląda na zmęczoną. Ale to ona i Benjy byli wykończeni nim zdołali wymyślić i odrzucić wszelkie hipotezy które mogłyby wyjaśnić ponowne pojawienie się w tak fantastycznym miejscu tego fragmentu szpicruty. Gdyby ten ogryzek objawił się w którymś z ptysiów Divy, tajemnica byłaby o wiele mniej dręcząca, bo przynajmniej odnalazłby się tam, gdzie został zgubiony, ale jak trafił na biurko Luci było sprawą równie niewyjaśnialną jak doktryna o wolnej woli. Zaczynali od nowa z pięć lub sześć razy.
- Lucia nie była nawet obecna przy zaginięciu szpicruty – powiedziała Elizabeth gdy zegar wybił północ. – Często, jak wiesz, sądziłam, że burmistrz nie jest tak uczciwa, jak powinna być koleżanka, ale tutaj jej nie podejrzewam.
Benjy nalał sobie trochę whisky. Odkrywszy, że Elizabeth jest zbyt zaabsorbowana spekulacjami, by zauważyć, co się wokół niej dzieje, wypił ją pospiesznie i dolał sobie jeszcze.
- No to Pillson – zasugerował.
- Nie, dzwoniłam do niego wtedy od Divy, a on szedł właśnie do kąpieli – odpowiedziała – i zaprzeczył, że cokolwiek wie o tej sprawie. On jest naprawdę uczciwy – o wiele uczciwszy niż ona – z tego, co zaobserwowałam.
- Czyli Diva – powiedział Benjy, ukradkiem dolewając do kieliszka.
- Ale przecież szukałam i szukałam, a Diva nawet na pięć minut nie zniknęła mi z oczu. I gdzie jest reszta? Można by zrozumieć, że zniknęła ta wartościowa srebrna część – choć absolutnie nie twierdzę, że Diva ją ukradła – ale pojawiła się znowu tylko ta właśnie część.
- Szysssko to okropnie tajemnisze – powiedział Benjy. – I kto tam bezie nastęęny, Liz? Maszszsz si los. Kto nasteeny?
Benjy nie zauważył, że burmistrzyni lekko drży, jak motocykl zanim ruszy. Gdyby był zauważył, nie wystraszyłby się śmiertelnie, gdy nagle podskoczyła z wrzaskiem dzikiego tryumfu.
- Mam! – krzyknęła. – Eureka! jak mawia nasza burmistrz gdy nie myśli o niczym w ogóle. Nie piśnij nikomu ani słówka, Benjy o tej srebrnej obręczy, ale osadź ją na nowej lasce i używaj jakby była twoją własnością (bo czyż tak nie jest?) podczas odczytu o tygrysach, jakby nigdy się nie zgubiła. Winowajca, kimkolwiek jest, będzie miał niezły zgryz. I to może doprowadzić nas na jego ślad. Złodziej może zblednąć lub poczerwienieć, lub zdradzić się jakoś inaczej… Ależ późno się zrobiło!
Rozwiązywanie zagadki rozpoczęło się już rankiem.
- Nie mam pojęcia, co mogło się z nią stać – powiedział Juruś zdenerwowany schodząc bardzo późno na śniadanie – i Foljambe też nie wie.
Lucia spojrzała z irytacją na zegar. Była za pięć dziesiąta; Juruś z każdym rankiem robił się coraz bardziej leniwy. Wydała z siebie swój charakterystyczny srebrny śmiech, w którym wesołość miała niewielki udział.
- Dobrego popołudnia, caro – powiedziała sarkastycznie. – Wypoczęty? Wspaniale!
Jurusiowi nie spodobał się jej ton.
- Nie, tak naprawdę w ogóle nie wypoczęty – powiedział. – Zdrzemnę się po śniadaniu.
Lucia porzuciła żarty, bo najwyraźniej ich nie docenił.
- No cóż, ja skończyłam – powiedziała. Biedna pani burmistrz musi iść i dyktować pani Simpson. A czego to ty i Foljambe nie możecie znaleźć?
- Srebrnej czapeczki z szpicruty Benjy’ego. Byłem pewien, że jest w kieszeni mojej wczorajszej kamizelki, ale nie ma i Foljambe i ja przeszukaliśmy wszystkie moje garnitury. Ani śladu.
- Jurusiu, to strasznie dziwne – powiedziała. – Kiedy widziałeś ją po raz ostatni?
- Jakoś wczoraj – odpowiedział otwierając kopertę. Rachunek.
- Znajdzie się. Rzeczy tak mają – powiedziała Lucia.
Nadal był na nią z lekka zirytowany.
- Raczej mają tak, że giną – powiedział. – Najpierw Ptaszyna…
Otworzył drugi ze swoich listów i wszelkie myśli o Ptaszynie i szpicrucie ulotniły się z jego głowy.
- Moja droga – krzyknął. – W życiu nie zgadniesz. Olga Bracely. Wróciła z światowego tournée.
Lucia udała, że przywołuje odległe wspomnienia. Oczywiście, że pamiętała doskonale Olgę Bracely i co gorsza bezgraniczne uwielbienie, jakim darzył ją Juruś w kawalerskich czasach. Pożałowała, że światowe tournée nie było dłuższe.
- Olga Bracely? – powiedziała pytająco. – Ach, tak. Primadonna. Czarujący głos, niektóre tony piękne. A więc wróciła. Jak miło!
- … i będzie śpiewać w Covent Garden w przyszłym miesiącu – ciągnął Juruś, pogrążony w liście. – Wystawiają operę Coreza, Lukrecję, dwudziestego maja. Och, daje nam miejsca w swojej loży. To galowe przedstawienie. Czyż nie wspaniale? I zaprasza nas do siebie do Riseholme.
- To naprawdę bardzo miłe z jej strony – powiedziała Lucia. – Kochane stworzenie! Ale chyba nie zdaje sobie sprawy, jak trudno jest mi wyjechać z Tilling od kiedy jestem burmistrzem.
- Podejrzewam, że nie ma najbledszego pojęcia, że jesteś burmistrzem – powiedział Juruś, zabierając się do czytania listu od nowa.
- Ach, zapomniałam – powiedziała Lucia. – Mówiłeś, była na światowym tournée. A co do wyjazdu na pokaz Lukrecji – choć to przemiłe z jej strony – myślę, że musimy odmówić. Cortese przywiózł ją do Riseholme, pamiętam, jak tylko ją skończył, a droga Olga błagała mnie bym przyszła i wysłuchała jej wielkiej sceny – tak to chyba nazwała – i och, co to była za kakofonia! Ach! Eureka! Mówiłeś, że to ma być dwudziestego maja? Opatrzność czuwa! To na ten wieczór wyznaczyłam datę mojego odczytu o Beethovenie. Olga zrozumie, że odwołanie tego jest niemożliwe.
- Ależ zmienić termin to najłatwiejsza rzecz – powiedział Juruś. – Ułożyłaś prowizoryczny harmonogram i póki co tylko polowanie na tygrysy ma potwierdzoną datę. Sama pomyśl, galowy spektakl w Londynie! Lukrecja odniosła oszałamiający sukces w Ameryce i Australii. I w Berlinie i w Paryżu.
Zdecydowany umysł Luci zaczął się chwiać. Oczyma duszy ujrzała się w ekskluzywnej loży w Covent Garden, ustrojoną w perełki i z odznaką burmistrza. Dziennikarze będą płonąć z ciekawości, kim ona jest i trzeba będzie pamiętać, żeby powiadomić o tym biletera, by bez trudu wszystkich informował. A w Tilling, jaką będzie mieć reklamę, gdy pojedzie do Londynu na zaproszenie primadonny by wysłuchać jej wykonania słynnej na cały świat Lukrecji. Po powrocie będzie mogła udzielić na ten temat wywiadu reporterowi Hampshire Argus.
- Oczywiście, że musimy jechać – mówił Juruś. – Ale ona chce abyśmy potwierdzili od razu.
Lucia jednak nadal się wahała. Prawie równie cudownie byłoby móc powiedzieć Tilling, że odrzuciła zaproszenie Olgi, choć dość upokarzająca była świadomość, że nikt by jej nie uwierzył. No i co zrobi Juruś jeśli ona odmówi? Zostawi ją, by sama wygłosiła wykład o Beethovenie, czy stanie lojalnie przy jej boku i odegra swoją partię w aranżacji Piątej Symfonii na cztery ręce? Udzielił odpowiedzi na to jej nie wypowiedziane pytanie.
- Przykro mi jeśli uznasz, że nie możesz jechać – powiedział stanowczo – ale ja i tak się wybiorę. – Możesz zagrać sama fragmenty Sonaty Księżycowej. Często mawiałaś, że właśnie to jest klucz do duszy Beethovena.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Wto 13 Sty, 2026 11:18
a to zagwozdka ze szpicrutą i teraz problem z Olgą
swoją drogą naprawdę chciałabym mieć tylko takie zmartwienia ...
Ale czyżby Juruś znowu miał zacząć podkochiwać się w Oldze? to chyba byłoby trudne dla Luci, wzorcowe stadło pani burmistrz i tu nagle takie coś
Trzykrotka - Wto 13 Sty, 2026 23:13
Ach, pierwsze romantyczne, choć dziewicze, uniesienia i Olga - normalna, miła kobieta, choć bogini Serce Jurusia na pewno podskoczyło z radości po tym liście
Do Luci dotarło nagle, że Jurusia ani trochę nie obchodzi, czy ona pojedzie czy nie. Jej wyczulone ucho nie wychwyciło w jego głowie nawet odrobiny żalu, a myśl o jego samotnym wypadzie była jej dziwnie niemiła. Nie obawiała się żadnych eksplozji uczuć, bo jurusiowe namiętności wulkaniczne nie bywały, ale w operach i ich primadonnach był blask i olśnienie, które mogły go zaślepić gdyby pojechał bez nadzoru.
- Dla ciebie spróbuję to jakoś zorganizować – powiedziała – bo wiem, jak byłbyś rozczarowany gdybym nie dołączyła do ciebie, by powitać Olgę w Londynie. Ojej, pani Simpson czeka na mnie już za długo. Mam zabrać list Olgi i podyktować jej podziękowania od nas obojga?
- Nie zawracaj sobie głowy – odrzekł Juruś. – Ja to zrobię. Ty jesteś zbyt zajęta. A co do czapeczki z szpicruty Benjy’ego, to śmiem twierdzić, że prędzej czy później się znajdzie.
Zmieniono program cyklu wykładów kulturalnych organizowanych przez burmistrza w Instytucie Literackim, gdyż pozostali wykładowcy, niezwykle podekscytowani tą perspektywą, uważali każdy wieczór za równie dogodny. Panią Simpson zaopatrzono w pakiety biletów i książeczki z kwitami i kuponami dla tych,którzy przysłali szylinga na konkretny wykład lub pięć na cały cykl. Przychodziła na wpół do dziesiątej żeby być gotową na pisanie oficjalnej korespondencji pod dyktando burmistrza o dziesiątej i do dziesiątej zawsze tę dodatkową pracę kończyła. Do radnych miejskich wysłano darmowe bilety w pierwszym rzędzie na Luci wykład inauguracyjny, z prośbą, bo odesłać te, z których nie będzie można skorzystać. Poza tymi biletami sprzedaż szła bardzo ślamazarnie. Pan John Gielgud nie mógł uczestniczyć w wykładzie na temat techniki szekspirowskiej, a wcześniejsze zobowiązania uniemożliwiły biskupowi i sir Henry’emu Woodowi wysłuchanie padre o wolnej woli i Luci o Beethovenie. Na szczęście jednak Hampshire Argusjuż obwieścił, że otrzymali zaproszenia.
- Urocze listy od nich wszystkich, Jurusiu – powiedziała Lucia drąc je na strzępy. – I ich szczere rozczarowanie z niemożności przybycia naprawdę mnie rozczula. Nie żałuję, daleko mi do tego, że ewidentnie widownia będzie raczej kameralna. Mniejsze grono jest bardziej intime;łatwiej nawiązać kontakt osobisty. A teraz odnośnie mojej sceny lunatykowanie w pierwszym wykładzie. Chciałabym ją z tobą omówić. Chcę ją odegrać z elżbietańskim realizmem.
- Nie w piżamie?- zapytał Juruś z podziwem.
- Oczywiście, że nie, byłby to ohydny anachronizm. Ale każę wygasić światła na Sali. Noc.
- To cię nie zobaczą – powiedział Juruś. – Stracisz kontakt osobisty.
Lucia zastanowiła się nad problemem.
- Ach! Mam! – powiedziała w końcu. – Latarka elektryczna.
- Czy to też nie anachronizm? – przerwał Juruś.
- Raczej krytycyzm pedanta, Jurusiu – odrzekła Lucia. – Latarka elektryczna: kiedy tylko sala pogrąży się w ciemności, skieruję ją na swoją twarz. Podejdę powoli, z widoczną tylko twarzą zawieszoną w powietrzu, do krawędzi sceny. Oczy otwarte, jak sądzę: lunatycy najczęściej mają otwarte oczy. Otwarte bardzo szeroko, o tak, ale niewidzące. Wypełnione wyrazem wewnętrznego przerażenia. Masz może pół godzinki? Wyłącz światła mój drogi, ja wezmę latarkę. Teraz.
W miarę jak zbliżał się dzień wykładu inauguracyjnego, a rezerwacje nadal były niezadowalające, mimo wewnętrznego punktu widzenia, Lucia zaczęła na prawo i lewo rozdawać darmowe wejściówki. Dostały je Grosvenor i Foljambe i Janet Divy. W rezultacie każdy, kto nabył bilet, poczuł się oszukany, bo inni, którzy w ogóle o to nie prosili, dostali je za darmo. To niezadowolenie dotarło do uszu Luci i w uniesieniu bezstronności zapłaciła pani Simpson jednego szylinga za każdy wysłany darmowy bilet. Ale i to nie uciszyło narzekań Elizabeth.
- Tak naprawdę Divo – powiedziała – burmistrz płaci ludziom żeby przyszli na jej wykład.
- Nic podobnego – odrzekła Diva. – Wykupuje siedzenia na wykład i rozdaje je przyjaciołom.
- To mniej więcej to samo – odparła Elizabeth – ale nie kłóćmy się. Oczywiście zrobi to samo przed wykładem Benjy’ego i przed twoim.
- Niby czemu, skoro jak mówisz płaci ludziom, żeby przyszli słuchać jej. Major Benjy może też zapłacić ludziom, żeby przyszli posłuchać jego.
Elizabeth zmiękła na myśl o zagadce, która zacznie dręczyć Tilling gdy Benjy da wykład.
- Kochany chłopiec jest tak podekscytowany przed odczytem – powiedziała. – Chce rozwiesić tygrysie skóry za sceną, by nadać scenerii trochę klimatu dżungli. Przepisał swój tekst już dwa razy i myśli żeby dać go do wydrukowania. Mam nadzieję, że burmistrz zgodzi się, żeby zrobiła to pani Simpson, choćby po to, by czymś wypełnić czas. Przeczytał mi go: bardzo dramatyczny. Ależ drżałam gdy opowiadał jak sieknął ludojada przez nos sięgając po strzelbę. Szkoda, że nie może smagnąć tygrysiej skóry tą szpicrutą, której wtedy użył. Nie odżałował jeszcze jej utraty.
Elizabeth zerknęła spod oka na Divę i pomyślała, że wygląda ona tak niespokojnie, jakby coś o tej utracie wiedziała. Ale Diva odpowiedziała jej bardzo żwawo.
- To akurat nie było mądre – odparła. – Mógłby już do końca pozbawić go sierści. Martwego tygrysa można uszkodzić bardziej niż żywego.
- Bardzo śmieszne – powiedziała Elizabeth. – Ale skoro szpicruta i tak tajemniczo zniknęła w twoim domu, nie ma o czym mówić.
Dzięki rozważnej dystrybucji wejściówek, podczas wykładu inauguracyjnego sala była całkiem słusznie wypełniona. Przez ostatni weekend Juruś egzystował na granicy załamania nerwowego na myśl, że to on ma być gospodarzem wieczoru, ale dzięki sprawdzonym lekom, ćwiczeniom fizycznym i śniadaniu do łóżka opanował tremę. Odziany w rubinowy strój powiedział widowni mocnym i pewnym głosem, że wszelkie słowa wstępne z jego strony są absolutnie niepotrzebne, bo wszyscy świetnie znają prelegentkę. Następnie ujawnił zdumiewający fakt, że będzie nią ich ukochana pani burmistrz Tilling, kobieta, która uczyniła mu ten honor, że została jego żoną. Opowie im teraz o technice sceny szekspirowskiej.
Lucia zaczęła od krótkiej i jasnej definicji dramatu jako słyszalnej i widzialnej prezentacji ludzkiego nieszczęścia lub dobrobytu opartej na i rozwijanej z tych dynamicznych sił indywidualnych, które powodują psychologiczne tarcia temperamentów, dające przyczynek do rozpoczęcia działania. Ponieważ akcja ta (dramat) jest ściśle zależna od leżących u jej podstaw motywów i od stresu emocjonalnego, można ją ogólnie określić jako fabułę. Ważne było, aby jej słuchacze dobrze to zrozumieli. Dodała, że wszystko, co odwraca uwagę od fabuły lub psychologii, której jest ona logicznym wynikiem, raczej utrudnia niż pomaga wystawieniom dramatu i dlatego współczesna obsesja na tle rozbudowanych dekoracji i ozdobników powinna być zdecydowanie potępiona. Inaczej było w czasach Szekspira. W zasadzie nie było żadnej scenografii do akcji jego arcydzieł, toteż odważyła się wysunąć teorię, która dotychczas umykała uwadze bardziej wykształconych od niej badaczy Szekspira. Otóż Szekspir był zagorzałym zwolennikiem tej prostoty i pokazał to dobitnie w Śnie Nocy Letniej. W tym wspaniałym arcydziele wybiera się sztukę do odegrania podczas święta z okazji zaślubin w Atenach, a jej sceneria jasno dowodzi przekonania Szekspira, że im mniej rozpraszającej uwagę scenografii jest na scenie, tym lepiej dla dramatu. W tej sztuce wewnątrz sztuki pojawia się księżyc. Współczesny scenograf zapewne zaprojektowałby jasny dysk przesuwający się wolno po niebie dzięki jakiemuś mechanizmowi. Ale nie Szekspir. U niego na scenę wchodził człowiek z latarnią i oznajmiał, że oto latarnia jest księżycem, a on człowiekiem na księżycu. A potem tylko stał i nie przeszkadzał. Dalej – kochanków Pyramusa i Tyzbe rozdzielał mur. Współczesny scenograf postawiłby na scenie odpowiednią budowlę oplecioną różami. Ale nie Szekspir. Zza kulis wychodzi człowiek i mówi „ jestem murem.” Kochankowie potrzebują szczeliny, by rozmawiać przez mur. Człowiek podnosi dłoń i rozchyla palce. W ten to żartobliwy sposób Mistrz z pogardą potraktował rozbuchaną scenografię.
- Postaram się teraz – powiedziała Lucia – bez żadnego kostiumu i dekoracji, zilustrować wam technikę sceny elżbietańskiej. Lady Macbeth chodzi we śnie.
Poinstruowana wcześniej Foljambe zajęła miejsce przy wyłączniku i na znak Jurusia pogrążyła salę w ciemnościach. Wszyscy pomyśleli, że to awaria prądu. Ta obawa jednak się rozwiała, bo Lucia błądząc w ciemnościach nie mogła znaleźć latarki, więc Juruś zawołał „Włącz z powrotem, Foljambe.” Lucia znalazła latarkę i jeszcze raz światła zgasły. Wtedy twarz burmistrza rozbłysła jaskrawym blaskiem, zawieszona na tle ciemności, a jej otwarte, lunatyczne oczy błyszczały przerażeniem w skupionym świetle. Trudna chwila nadeszła, gdy miała wykonać pantomimiczne mycie rąk, ponieważ promień światła zakołysał się na wszystkie strony, a raz trafił prosto w twarz Jurusia, co go bardzo zawstydziło. Zręcznie odebrał jej latarkę i starannie ustawił jej kierunek. Pod koniec sceny Foljambe ponownie włączyła światła, a Lucia kontynuowała swój wykład.
Z powodu nieobecności znamienitych gości nie wydała później kolacji, na której można by szerzej omówić i zgłębić temat, ale sama była w stanie wielkiej radości, gdy ona i Juruś zasiedli sami do skromnego posiłku.
- Od pierwszej chwili – mówiła machając kanapką – wiedziałam, że złapałam kontakt z publicznością i mam ich w ręku. Rozkoszny dreszczyk mocy i ekspansji, Jurusiu, nie ma sensu, żebym ci to tłumaczyła, musisz sam tego doświadczyć żeby zrozumieć.
Żałuję, że Hampshire Argusnie może zamieścić reportażu o tym w najbliższym wydaniu. Pan McConnell – ależ był zachwycony – powiedział mi, że już w nocy idzie on do druku. Powiedziałam, że rozumiem i że nie mogę go prosić o wstrzymanie maszyn drukarskich. Dałam mu maszynopis do następnego wydania i obiecałam zdjęcie zbliżenia twarzy Lady Mackbeth na tle ciemności. Bardzo serdecznie mi podziękował. A ja pomyślałam, prawda, że scenę tę wplotłam w dobrym miejscu, akurat wtedy gdy mówiłam o szekspirowskiej prostocie. Trochę wcześniej niż planowałam, ale nagle poczułam, że tam powinna ona być. Wiedziałam po prostu.
- Idealnie wybrany moment – powiedział Juruś, któremu żywo stanął w oczach jej katechizm podczas bankietu po wyborze na burmistrza.
- I ta mała contretemps że światło zgasło nim znalazłam latarkę…
- To nie moja wina – odpowiedział. – Powiedziałaś, żebym dał znak Foljambe kiedy powiesz „chodzi we śnie.” To była moja wskazówka.
- Mój drogi, oczywiście, że to nie była twoja wina – powiedziała Lucia ciepło. – Ty byłeś samą punktualnością. Pomyślałam tylko, jakie to było opatrznościowe. Publiczność wiedziała, że coś się wydarzy i to potęgowało napięcie. Rzędy uniesionych twarzy, Jurusiu, napięcie, widziałam napięcie w ich oczach. A w samych słowach, myślę, że udało mi się to osiągnąć, prawda? - ten przytłumiony timbre w głosie sugerujący nieświadomy mechanizm psychiczny, opadający do stłumionego szeptu przy „Precz, przeklęta plamo!” To moim zdaniem było całkiem oryginalne, bo przypominam sobie, że kiedy jako dziecko zabrano mnie na występ Ellen Terry w tej sztuce i ona tak właśnie tłumiła głos. Podświadome wrażenie wydostaje się na powierzchnię.
Wstała.
- Jutro musisz podzielić się ze mną swoimi wrażeniami – powiedziała – bo muszę się położyć. Napięcie emocjonalne całkowicie mnie wyczerpało, choć warto było. Zwykły wysiłek umysłowy czy fizyczny…
- Ja też poczułem się wykończony – powiedział Juruś.
Ruszył za Lucią na górę i poczekał aż przećwiczy mimikę lady Macbeth przed lustrem na półpiętrze.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Śro 14 Sty, 2026 09:07
dlaczego Lucia nie zasiada na tronie zjednoczonego Królestwa? Ależ by się działo, ileż kultury rozlałoby się po całym kraju poza tym robi się coraz nieznośniejsza, ale z drugiej strony, dzięki temu nigdy nie jest nudno bardzo jestem ciekawa wykładu Benjy'ego i rozwiązania zagadki szpicruty w tej chwili nikt nie zna całej prawdy, więc historia może się komplikować do woli
Trzykrotka - Śro 14 Sty, 2026 11:23
Bardzo mi się podoba ta trzeźwość Luci odnośnie uczuć Jurusia - a jednocześnie ukłucie zazdrości jest na miejscu. I udaje, że przypomina sobie, kim jest Olga Juz ona doskonale wie! Z tym swoim burmistrzowaniem jest nieznośna, a z drugiej strony - dokładnie jak mówisz - dzięki temu w Tilling, a przedtem w Riseholme, nudno nie jest nigdy!
Próbowałam innych książek pana Bensona i jedna wydała mi się nadziejna. Działa sie też w małym, okropnie rozplotkowanym miasteczku, ale była napisana na serio - nie dało się. Miało się wrażenie, że człowiek zaraz się udusi od natężenia małych intryg, sztuczek i podstępów towarzyskich. Nie dziwię się, że tylko Luci i Mapp napisał az 6 tomów i jeszcze opowiadania!
Tamara - Śro 14 Sty, 2026 11:27
No nieee, takie rzeczy na serio są nie do zniesienia
Swoja drogą Lucia ma mózg jak komputer kwantowy - ogarnia wszystko i zawsze i od razu reaguje w sposób najkorzystniejszy, niesamowita kobieta
Trzykrotka - Śro 14 Sty, 2026 11:59
Tak, zawsze wie, jak działać, żeby wyszło jej to na korzyść. Szczerze podziwiam!
Niechże Bejny wygłosi odczyt
Odczyt Benjy’ego miał miejsce o tydzień później. Za jego pulpitem ustawiono palmę, a na ścianie za nim powieszono jego trzy tygrysie skóry.
- Świetny pomysł, Jurusiu – powiedziała Lucia gdy zajęli miejsca w środku pierwszego rzędu. – Całkiem szekspirowska tradycja. – Przenosi nas do dżungli, upały indyjskiego popołudnia, brzęczenia owadów… aż mi się duszo zrobiło…
Wmaszerował na scenę w korkowym hełmie i ze strzelbą i zasalutował publiczności. Opisał się jako starego wiarusa, który w swoim czasie oglądał wielką liczbę shikkari i opowiedział im całą serię ekscytujących przygód. Potem (co za finał!) podniósł ze swego pulpitu szpicrutę ze srebrną końcówką i wskazał nią trzecią ze skór.
- A ten tu oto złoczyńca niemal pozbawił mnie honoru mówienia do państwa dziś wieczorem. Miałem właśnie zasiąść do malej przekąski odkładając strzelbę na bok, gdy na mnie wyskoczył.
Okręcił się gwałtownie i z całej siły trzasnął trzecią skórę po łbie.
- Smagnąłem go o tak biczem, który miałem w ręku i to dało mi sekundę, żeby sięgnąć po strzelbę. Wystrzeliłem mu prosto w serce, a on padł martwy. I to, panie i panowie, uratowało mi życie. Może moja szpicruta was zainteresuje, choć niektórzy dobrze ją znają. Puszczę ją wśród was.
Ukłonił się w odpowiedzi na oklaski i napił się łyka whisky z odrobiną wody sodowej. Lucia wzięła bicz z jego ręk i przekazała Jurusiowi, Juruś podał go Divie. Cała trójka uważnie obejrzała srebrną końcówkę i wygrawerowane na niej inicjały B.F. Nie można było wątpić w jego autentyczność i wszyscy ucichli i zamyślili się, unikając patrzenia sobie w oczy.
Na koniec wykładu rozległy się gromkie brawa, a po wygłoszeniu dość długiej przemowy, w której podziękowała wykładowcy, Lucia zwróciła się do Divy.
- Przyjdź jutro na lunch – szepnęła. – Tylko nas troje. Jestem bezgranicznie zaskoczona… Ach, majorze Benjy, wspaniale! Co za uczta! Chyba nigdy nie byłam tak poruszona. Droga Elizabeth, musisz być z niego bardzo dumna. Powinien kazać ten odczyt wydrukować, bez ani jednej zmiany, żadna litera, żadna sylaba – i odczytać to w Królewskim Towarzystwie Zoologicznym. Natychmiast zostałby członkiem honorowym.
Następnego dnia podczas tajnego posiedzenia w pokoju ogrodowym Juruś i Diva
podzielili się dziwną historią resztki szpicruty (udział Paddy’ego przyjęto za pewnik, bo nic innego nie pasowało do całej sprawy) i odtworzono tym samym ruchy srebrnej nasadki aż do momentu, gdy zniknęła ona z rąk Jurusia.
- Zawsze trzymałem ją w kieszonce kamizelki – podsumował – a pewnego ranka nie mogłem jej znaleźć. Pamiętasz, prawda, Luciu?
W oczach Lucia pojawił się wyraz głębokiej koncentracji: Juruś niczego się po nim nie spodziewał, bo często nie prowadził on do żadnej konkluzji. Wtem przemówiła tym przytłumionym głosem, który sobie zaadaptowała od sceny lunatykowania.
- Tak, tak – wymruczała. – Wspomnienia wracają. I ten wieczór przed kolacją z Elizabeth i Benjy’m. Jak myślisz, Jurusiu, mogła ci wypaść z kieszonki?... Po kolacji przeszłam z nią do pokoju ogrodowego i… poprosiła mnie, żebym dla niej zagrała, co było do niej niepodobne. Kiedy gram, niczego nie jestem świadoma…
Lucia porzuciła przytłumiony głos, który był trudno do potrzymania na dłuższą metę i zaczęła znów mówić wyraźnie.
- Siedziała sama przy moim stoliku tutaj – ciągnęła. – A co jeśli znalazła ją na podłodze, czy gdzieś? Wyczuwam, że tak było. I coś jej chodziło po głowie gdy graliśmy w brydża. Nie mogła się w ogóle skupić i dała sygnał do odwrotu przed jedenastą, bo twierdziła, że wyglądam na zmęczoną, choć nigdy nie miałam więcej wigoru. To był z pewnością ostatni wieczór, w którym widzieliśmy srebrną końcówkę.
- No cóż, pomysłowe – powiedziała Diva – i pewnie oprawili w nią kolejną laskę, pasującą rozmiarem, a Benjy powiedział, że to oryginalna. Oszukaństwo, ot co. Jak się odegramy? Pomyślmy wszyscy.
Wszyscy posłusznie się zamyślili. Lucia siedziała z przechyloną głową kontemplując sufit, jak to miała w zwyczaju słuchając muzyki. Potem sama dorzuciła efekt dźwiękowy, śmiejąc się srebrzystą, wznoszącą się o półtorej oktawy gamą.
- Amichi – powiedziała. – zostawcie to proszę mnie, a już ja zaaranżuję coś, co zmiesza naszą Elizabeth. Ona i jej wspólnik chcieli nas wprawić w pomieszanie. Już ja im pomieszam szyki.
Diva zerknęła na zegarek.
- Pysznie się zapowiada! – powiedziała. – Proszę, opowiedz nam szybko, bo muszę iść pomóc Janet.
- Plan jeszcze nie jest kompletny – odparła Lucia. – Potrzebuje wykończenia tu i tam. Ale zaufajcie mi.
Diva potruchtała ze wzgórza z zawrotną prędkością. Grupa pielgrzymów zwiedzała dziś Tilling i po oprowadzeniu po kościele przez padre miała odpocząć i odświeżyć się w ‘ye olde Tea-House.’ Padre, jak to bywa z naganiaczami, miał otrzymać poczęstunek gratis. Zatrzymała się na chwilę przed domem aby popodziwiać szyld wymalowany dla niej przez dziwaczną Irene. Nie było na nim ani śladu golizny. Królowa Anna w pełnych regaliach piła herbatę z arcybiskupem Cantenbury, z całą przyzwoitością. Diva zbiegła po kuchennych schodach i zajrzała do ogrodu, w którym kwitły już tulipany. Zaciekawiło ją przelotnie, który tulipan to był.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Śro 14 Sty, 2026 13:59
nooo, następna kampania podjazdowa i sroga zemsta się szykuje, to rozumiem
Ciekawa jestem ile też futra zostało na skórze po tym trzepnięciu biczem i jakiż tuman kurzu się uniósł
A w ogóle to wykład Benjy-boya przypomina mi pewien wierszyk - O większego trudno zucha, niż był Stefek Burczymucha...
Trzykrotka - Śro 14 Sty, 2026 20:17
Fuj, te skóry z tonami kurzu i sypiącą się sierścią, strach pomyśleć jakie to musiało być okropieństwo
A nim Lucia przygotuje zemstę, szykują się nowe sensacje
Jak to często bywało w Tilling, jak już zaczęły się sensacje, to jedna po drugiej. Następnego ranka Juruś obudził się i zobaczył Foljambe, które przyniosła mu Daily Mirror wraz z poranną herbata.
- Tym razem zdjęcie, proszę pana, że proszę siadać – powiedziała. – Boziu, co to będzie?
Wyszła by nalać mu wody do wanny, a Juruś, nadal zaspany, zaczął przeglądać gazetę. Na trzeciej stronie znalazł artykuł o wystawie Akademii Królewskiej, której wernisaż miał się dziś odbyć.
„Decyzja o wyborze Obrazu Roku” pisał redaktor artystyczny „ jest już przesądzona. Za śmiały realizm, za zjadliwą satyrę tak zwanej epoki wiktoriańskiej, za brutalną karykaturę wdzięczącej się, niewinnej urody tak wczesnych włoskich artystów, jak Botticelli, panna Irene Coles…”
Juruś nie czytał dalej, tylko przerzucił wzrok na środkową stronę ze zdjęciami. I oto był. Jednocześnie rozległo się pukanie do drzwi, a dłoń Grosvenora, delikatnie wsunięta, na wypadek gdyby już wstał z łóżka, trzymała egzemplarz Timesa.
- Pani burmistrz pomyślała, że może chciałby pan zobaczyć ilustrowaną stronę Timesa – powiedziała. – I prosi o Daily Mirror, jeśli już pan go przejrzał.
Dokonano zamiany. I oto znów była tam Elizabeth w swej muszli ostrygi, popychana dmuchnięciem Benjy’ego w górę rzeki na nabrzeże Tilling, a Redaktor Artystyczny poświęcił temu fascynującemu dziełu bardzo rzetelną uwagę. Nie do końca był pewien, czy uzasadnione jest parodiowanie szlachetnego i uznanego dzieła sztuki dla ośmieszenia epoki, która, mimo swej monstrualnej pruderii, była wybitna pod względem osiągnięć i postępu. Jednak nikt nie mógłby zakwestionować wigoru, śmiałości, bujnej witalności tego niezwykłego dzieła. Technicznie….
Juruś wyskoczył z łóżka. Choć recenzja była przemyślana i sugestywna, to była też bardzo długa, a w tej chwili najpilniejszą sprawą było pomówienie z Lucią o reakcji Tilling, zwłaszcza że o dziesiątej miała posiedzenie komitetu. W ogóle pominął kąpiel i niemal zapomniał o tupeciku. Gdy zszedł na dół, ona jadła już śniadanie, z Daily Mirroropartym o imbryk przed nią i wydawało się, że wypowiada na głos to, co musiała już mówić sama do siebie.
-… i z moją pozycją muszę – dzień dobry, Jurusiu – być ekstremalnie ostrożna. Ona jest w końcu moją burmistrzynią i stąd za moim pośrednictwem piastuje oficjalne stanowisko, którego jestem obowiązana bronić przed publicznym ośmieszeniem. Równie mocno odstręczałaby mnie każda karykatura padre, bo jest on moim kapelanem. Oczywiście ty Jurusiu, sam widziałeś ten obraz, co mnie nie było dane, a trudno jest kategorycznie osądzać na podstawie reprodukcji. Czy ona naprawdę przypomina biedną Elizabeth?
- Skóra zdarta – powiedział Juruś. – Nawet z daleka to widać. I Benjy to samo. Ale to, co trzyma w dłoni, co wygląda jak szyjka butelki, to naprawdę czubek parasola.
- Nie! Myślałam, że to butelka – powiedziała Lucia. – To się cieszę. Butelka świadczyłaby o smutnym braku dobrego smaku.
- Och, ale to wszystko świadczy o braku smaku – powiedział Juruś – choć smutku ja nie czuję. Z drugiej strony, obraz okrzyknięto arcydziełem. To powinno im trochę osłodzić cios.
Lucia podniosła gazetę by lepiej się przyjrzeć, a Juruś nalał sobie herbaty.
- Wspaniała poza – powiedziała. – Naprawdę, w Elizabeth jest coś majestatycznego i władczego, co jej wyraźnie schlebia. I patrz, jaki Benjy z wydętymi policzkami, jak kiedy deklaruje trzy bez atu i wie, że go nie dostanie. To ewidentnie ten porywisty wiatr, który często przewala się z rykiem w górę rzeki. Fale z grzywką piany. Lekki brak perspektywy, muszę to stwierdzić, w odmalowaniu domów Tilling…. Bóg jedyny wie, jak Elizabeth to przyjmie…
- Mnie się wydaje, że łatwo to zgadnąć – powiedział Juruś.
- Ale to coś, jak sam mówiłeś, zainspirowało arcydzieło.
- Tak, ale prawdziwym celem Irene była wyjątkowa wredność. Krytycy ewidentnie odkryli w obrazie wiele rzeczy, których ona nie zamierzała tam umieszczać.
- Ach, kto dojdzie, co się kryje w głowie artysty? – spytała Lucia w nagłym napadzie poczucia wyższości. – Czy mistrz Leonardo naprawdę zobaczył w twarzy Giocondy to wszystko, co odkrył w niej wspaniały Walter Peter? Czy artysta nie pracuje w czymś w rodzaju transu?
- Nie; Irene na pewno nie była w żadnym transie – upierał się Juruś. – Wręcz przeciwnie. A co do twojego poczucia, że ponieważ Elizabeth jest burmistrzynią, to powinnaś obraz potępić, to rozjeżdża się to całkowicie z twoją teorią, że sztuka nie ma nic wspólnego z życiem. Wybiorę się zaraz na High Street i zobaczymy, jakie są ogólne odczucia. A ty się spóźnisz, kochana, jeśli zaraz nie wyjdziesz na swoje posiedzenie. Właściwie to już jesteś spóźniona.
Lucia w pośpiechu wsiadła na rower i ruszyła do ratusza. Z każdym obrotem pedałów czuła narastającą zazdrość o Elizabeth. Czemu, och, czemuż Irene nie namalowała jej, burmistrza, pierwszej kobiety, która kiedykolwiek piastowała ten urząd w Tilling, unoszonej przez rzekę, z Jurusiem dmuchającym na nią z chmur? Taki obraz miałaby o wiele większą wartość historyczną, a ona sama nie miałaby pretensji o nawet najgorszą swoją karykaturę, gdyby tylko mogła być główną postacią na Obrazie Roku. Miasto w tle bez pudła dałoby się zidentyfikować jako Tilling, a Lucia już widziała oczyma duszy te gorące komentarze i tłum cisnący się wokół arcydzieła…
„Patrz, przecież to Tilling! Spędziliśmy tam tydzień latem. Jak żywe!”… „A kim może być ta kobieta? To chyba portret”… „Och to burmistrz, Lucia Pillson: ktoś mi ją pokazał. Mieszka w przepięknym domu rodzinnym zwanym Mallards…” A ten mężczyzna w chmurach z Vandyckowską brodą i w czerwonym garniturze (co za kolor!) musi być jej mężem”…
„Taka sława!” myślała Lucia z bolesnym żalem. „Co za nieskończona, nieśmiertelna réclame. Ile rozgłosu, kiedy całymi dniami wgapia się w ciebie podniecony tłum!” Lada chwila odbędzie się wernisaż, a księżne, arcybiskupi i członkowie Rady Ministrów mogliby się przepychać przez tłum, żeby zobaczyć ją, a nie Elizabeth i Benjy’ego! „Muszę natychmiast obstalować u Irene mój portret” powiedziała do siebie wspinając się po schodach ratusza. „Jakiś obraz który opowiada historię, tak myślę. Coś jak biografia. W todze przed drzwiami frontowymi Mallards z dłonią na moim rowerze…”
c.d.n
Tamara - Czw 15 Sty, 2026 12:48
Ja nie mogę nieee, przy Obrazie Roku wszystko wysiada, leżę i kwiczę, widzę to po prostu
Trzykrotka - Pią 16 Sty, 2026 10:58
Dokładnie, Obraz Roku wymiata Ja go mam w oczach, po prostu widzę tę Elżbietę na muszli i Beny'ego dmuchającego na nią z obłoków I oczywiście cała Lucia: zazdrosna o Elżbietę! Dałaby się nawet upokorzyć za taką popularność i rozpoznawalność
Tamara - Pią 16 Sty, 2026 11:12
No ja to samo, dlatego jestem tak zachwycona
Trzykrotka - Pią 16 Sty, 2026 21:43
Z trudem poświęciła uwagę obradom komitetu i wsiadając znów na rower dzwoniła dzwonkiem przez całą drogę w dół do High Street, jadąc z sekretną misją do punktu galanterii męskiej. Przez dziwaczny przypadek spotkała na progu majora Benjy. Niósł odrestaurowaną szpicrutę i widać było, że jest wniebowzięty.
Dzień dobry pani burmistrz – powiedział. – Przyniosłem moją szpicrutę do naprawy. Dałem mojemu staruszkowi – ludojadowi taki wycisk na odczycie dwa dni temu, że mi pękła, na Jowisza.
- Och, majorze, co za szkoda! – powiedziała Lucia. – Ale chyba warto było, co? Wywołał pan tak dramatyczną sensację.
- A dziś rano mamy następną sensację – zachichotał Benjy. – Widziała pani ogłoszenie Akademii Królewskiej w Timesie?
Lucia nadal uważała, że właściwą postawą wobec opinii publicznej jest poczucie, że jej burmistrzyni została znieważona, choć Benjy wydawał się dziwne radosny.
- Owszem – powiedziała z oburzeniem. – Och, majorze Benjy, to potworne! Byłam przerażona: tego bym się po Irene nie spodziewała. I jeszcze w Daily Mirror…
- Nie, naprawdę? – przerwał Benjy. – Muszę kupić.
- Co za bezczelna zniewaga dla drogiej Elizabeth – ciągnęła Lucia – i oczywiście dla pana tam w chmurach. Przerażające! Napiszę do Elizabeth jak tylko wrócę do domu, żeby przekazać jej wyrazy współczucia i oburzenia.
- Proszę się nie trudzić! – zawołał Benjy. – Liz od lat nie była tak wniebowzięta. W końcu być gwiazdą na Obrazie Roku to przywilej, który nie każdemu się trafia. I też jaki honor dla naszego małego, zaściankowego Tilling. W przyszłym tygodniu jedziemy do miasta aby go obejrzeć. O, jest i Liz.
Elizabeth posłała Luci całusa dłonią z drugiej strony ulicy i przeczekawszy, aż Susan przepedałuje przed nią, przebiegła przez ulicę i ucałowała ją (Lucię) także w oba policzki.
- Co za epokowy dzień, kochanie! – zawołała. – Dziwaczna Irene nagle staje się sławna, a twoja skromna, mała burmistrzyni prawie tak samo. Benjy, w Daily Telegraph też jest. Lepiej kupmy po egzemplarzu każdej kolejnej gazety. Idź tam szybko i powiedz im, żeby ci naprawili szpicrutę, a ja wyślę telegram z gratulacjami do Irene. Pewnie znajdą ją teraz w Burlington House, w Londynie – i spotkaj się ze mną w papierniczym. I proszę namówić Irene, pani burmistrz, żeby wystawiła obraz tutaj, kiedy wystawa Akademii już się skończy, chyba że Chantrey Bequest (* Fundacja imienia fundatora, której celem jest zakup dzieł sztuki dla dobra narodu) kupi go od razu.
Benjy wszedł do punktu z galanterią męską by oddać swą szpicrutę do naprawy. To, że spotkała się z nim właśnie w tym miejscu, bardzo ułatwiło zadanie Luci. Weszła za nim do sklepu i póki nie wyszedł pochłonęło ją oglądanie parasoli. Wtedy to, zerkając cały czas na drzwi, odezwała się do ekspedienta przyciszonym głosem.
- Chciałabym – powiedziała – żebyście zrobili dla mnie dokładną kopię pięknej szpicruty majora Mapp-Flinta. Srebrna końcówka z takimi samymi inicjałami. To sprawa poufna, rozumie pan; mała niespodzianka dla przyjaciela. I bardzo proszę przysłać mi ją do Mallards House jak tylko będzie gotowa.
Lucia wsiadła na rower i zamyślona pojechała do domu. Skoro Elizabeth i Benjy przyjęli okropną zniewagę dla burmistrzyni jak największy możliwy komplement i jeszcze pragnęli, aby osobliwa Irene wystawiła w Tilling swoje oszczerstwo, nie musiała już czuć się nieszczęśliwa czy oburzona na ich konto. W gruncie rzeczy rozumiała ich wniebowzięcie i jej żal, że Irene nie namalowała karykatury jej zamiast Elizabeth jeszcze się wzmógł: zniosłaby zniewagę z równą wielkodusznością. Niewielką pociechą była świadomość, że replika szpicruty jest w jej zasięgu.
Weszła do pokoju ogrodowego, gdzie czekała na nią cierpliwa pani Simpson. Należało wysłać zaproszenia na party w następnym tygodniu urządzone dla podziwiania wiosennego ogrodu Luci, którym chciała wzbudzić zazdrosny zachwyt wśród przyjaciół i należało spisać listę. Potem trzeba było wystukać na maszynie list do Irene z gorącymi gratulacjami. Następnie sprawa spotkania burmistrza z komitetem muzeum w najbliższy piątek. Lucia dała pani Simpson klucz do pudełka na dokumenty z napisem „Muzeum.”
- Proszę tam zajrzeć, pani Simpson – powiedziała – i sprawdzić, czy są tam jakieś dokumenty do przejrzenia. Obawiam się, że dziś będzie góra roboty.
W drzwiach pokazała się Grosvenor.
- Czy zobaczy się pani na moment z panią Wyse? – zapytała.
Lucia ściągnęła brwi i zajrzała do terminarza.
- Tak, mam dziesięć minut – powiedziała. – Poproś ją tutaj.
Grosvenor weszła na powrót do domu by przyprowadzić Susan, a jednocześnie pani Simpson wydała z siebie wrzask przerażenia.
- Zwłoki niebieskiej papużki – krzyczała – i potworny smród.
Lucia zerwała się z miejsca jak oparzona. Wyciągnęła Ptaszynę ociekającą odorem dezynfekcji i rozkładu z muzealnego pudełka i pomknęła przez pokój wrzucając ją w ogień. Dźgała truchło i wcisnęła je w żarzące się węgle i przeklinała samą siebie, że nie kazała pani Simpson zostawić jej gdzie była i zamknąć pudełko Muzeum, ale już było za późno. W tej przyspieszonej drodze na miejsce kremacji Ptaszyna zgubiła kilka piórek, a znad kominka rozszedł się intensywny zapach palonego pierza. Ale Lucia w ostatniej chwili zdążyła wrócić na swoje miejsce i wziąć do ręki pióro, gdy Susan powoli wchodziła po stopniach do pokoju ogrodowego.
- Dzień dobry, kochana – powiedziała Lucia. – Moje niekończące się zadania, jak zwykle, ale miło cię widzieć.
Wstała na powitanie i ku swemu czystemu przerażeniu zobaczyła długie niebieskie pióro z ogona (lekko nakrapiane na czerwono) na dywanie. Postawiła na nim stopę.
-Dzień dobry – powiedziała Susan. – Co za koszmarny smród spalonych piór.
Lucia pociągnęła nosem, stojąc twardo w jednym miejscu
- Coś czuję – powiedziała. – Gaz, z całą pewnością. Tak mi się wydawało, że któregoś dnia zaleciał mnie zapach. Muszę posłać po człowieka od rur. Czuje pni gaz, pani Simpson?
Lucia skierowała na sekretarkę pełnię siły swojego świdrującego oka.
- O tak, to gaz – powiedziała ta lojalna kobieta zamykając muzealne pudełko.
- Bardzo nieprzyjemne – powiedziała Lucia, podchodząc blisko do Susan. – Chodźmy może do ogrodu i tam porozmawiajmy. Wiem, w jakiej sprawie przyszłaś: obraz Irene. Obraz Roku, jak mówią. Elizabeth w końcu jest sławna, podskakuje z radości, a ja się też cieszę z jej powodu.
- Ależ moim zdaniem to na pewno spalone pióra – powtarzała Susan.
Przez głowę Luci przemknęły ponure spekulacje: czy słaby, ale za to wytrwały umysł Susan nie zacznie kojarzyć swędu spalonych piór i zniknięcia jej ptaszka? Chwila wymagała skupienia sił i elokwencji, zrobiła więc kolejny krok w przód i ku kolejnemu niebieskiemu piórku, zaczęła paplać na wszelkie tematy, spychając jednocześnie Susan jak wielki liniowiec ku schodom do ogrodu.
- Nie, Susan, gaz – powiedziała. – Widziałaś reprodukcję obrazu Irene w Timesie? Pani Simpson, czy byłaby pani tak miła i przyniosła nam Timesa do ogrodu? Musisz przejść się po trawniku i obejrzeć moje żonkile w giardino segreto. Nigdy nie miałam aż takiego spektaklu. Te śliczne słowa „tańcząc z żonkilami” – jakie prawdziwe! Widziałam cię dziś rano, kochana, na High Street, na twoim trzykołowcu. I jakie laki wonne, rozkwitną w pełni akurat na moje przyjęcie w przyszłym tygodniu, a na które ty i pan Wyse musicie przyjść. I ten Benjy w chmurach, a Juruś mówi, że to nie butelka, tylko parasol. Powiedz mi, co dokładnie o tym sądzisz. To takie dla mnie ważne, znać odczucia Tilling.
Nie mogąc dać odporu takiej lawinie tematów, Susan ledwie mogła jeszcze raz powiedzieć „spalone pióra.” Na odchodnym wykazała tendencję do skręcenia w stronę pokoju ogrodowego, ale Lucia, jak potężny holownik, odciągnęła ją od niebezpiecznych wód i skierowała w stronę drzwi wejściowych do Mallards, gdzie już mogła pozostawić ją samej sobie, by o własnych siłach posterowała swym trójkołowcem. Wracając do pokoju ogrodowego zobaczyła, że godna podziwu pani Simpson pozbierała jeszcze kilka piór, które położyła na bibule Luci. Lucia wrzuciła je do kominka i zgarnęła z paleniska jeszcze kilka na wpół spalonych fragmentów.
- Smród gazu chyba całkowicie się ulotnił, pani Simpson – powiedziała. – Sądzę, że nie musimy już wzywać fachowca. To czysta przyjemność pracować z kimś, kto rozumie mnie tak dobrze jak pani… Tak, lista gości na moje przyjęcie w ogrodzie.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Nie 18 Sty, 2026 16:18
ale że też Lucia nie zrobiła ze zwłokami porządku od razu
Trzykrotka - Wto 20 Sty, 2026 20:58
Wyleciał jej ptaszek z głowy i wpadka była tuż-tuż
Kończymy sprawę szpicruty.
Dostarczono replikę szpicruty, wyglądającą identycznie jak oryginał. Lucia obeszła się z nią dość osobliwe. Po tym, jak udała się na spoczynek, umieściła ją bezpiecznie między liśćmi powojnika Montana, który piął się obficie wokół okna jej sypialni. Srebrna końcówka szybko zmatowiała od ekspozycji, pająki oplotły ją sieciami, wilgoć zmatowiła lakierowane drewno i wkrótce nabrała wyglądu starego, wystawionego na działanie żywiołów przedmiotu. „Prawie dojrzały” powiedziała sobie Lucia pewnego ranka i zadzwoniła do Elizabeth i Benjy;ego zapraszając ich na następny dzień do herbaciarni „Ye olde” na herbatę i brydża po niej. Wrócili właśnie z wyprawy do Londynu aby obejrzeć Obraz Roku i zaproszenie przyjęli z przyjemnością.
Zanim wyszła do Divy, wzięła z sypialni parasol, który następnie zabrała z sobą do herbaciarni, przybywając tam dziesięć minut przed innymi. Diva zajęta była w kuchni, więc zajrzała do pokoju karcianego. Tak, w kącie stał tam ciężki kredens na lwich łapach, idealnie. Jej kolejne manewry polegały na otwarciu parasola i ponownym jego zwinięciu, a słysząc ciężkie kroki Divy na schodach kuchennych, zręcznie wśliznęła się znów do herbaciarni.
- Divo, co za przepyszny zapach! – powiedziała. – Och, zamawiam herbaty za osiemnaście pensów. Przyszłam kilka minut wcześniej żeby ci powiedzieć.
- Na to liczyłam – powiedziała Diva. – Ten zapach to gofry. Piekę je na próbę. Będą na odczycie, dla ilustracji, jeśli uda mi się je zrobić nad lampą spirytusową. Poczęstuję pierwszy rząd. Dobra reklama. Są i inni.
Gofry okazały się sukcesem większym, niż Diva się spodziewała, a komplementy ledwo nadążały za konsumpcją. Po herbacie przeszli do pokoju karcianego, a Lucia opierając swoją parasolkę o ścianę, pozwoliła, by ta zsunęła się za wielki kredens.
- Ale gapa ze mnie! – powiedziała. – Ale nie zawracajcie sobie póki co głowy. Potem przesuniemy trochę kredens. Jak gramy? Ty i ja, Jurusiu. Rodzinami. Szczęśliwymi rodzinami.
Przy pierwszym rozdaniu brydż był gadatliwy, wypełniony przyjemną konwersacją.
- Dopiero wczoraj wróciliśmy z Londynu – powiedziała Elizabeth rozdając karty. – Taki tam ruch, ale byliśmy w Akademii trzy razy, jeden bez atu.
- Dwa piki – powiedział Juruś. – Co sądzicie o obrazie?
- Taki tłum wokół niego! Musieliśmy się przeciskać.
- I niech mnie kule biją jeśli nie rozpoznali Liz – wtrącił major Benjy. – Kilka kobiet spojrzało na nią, na obraz, potem znów na nią i zaczęły szeptać między sobą, na Jowisza.
- Z pewnością rozpoznali mnie przy drugiej wizycie – rzekła Elizabeth. – Tłum był gęstszy niż kiedykolwiek, praktycznie nie mogliśmy ruszyć z miejsca. Tyle spojrzeń i szeptów dookoła. Zabawne to było, prawda, Benjy?
Lucia próbowała przełknąć gorzką pigułkę, ale jej się nie udało.
- Tak się cieszę, że ty się cieszysz, kochana – powiedziała. – Jak ja ci zazdroszczę tej wspaniałej pewności siebie. Ja nie zniosłabym takiego wystawienia na widok publiczny. Walczyłabym, żeby się przecisnąć do wyjścia za wszelką cenę.
- Kochana pani burmistrz, nie sądzę, żebyś tak postąpiła, gdybyś kiedykolwiek znalazła się w takiej sytuacji – powiedziała Elizabeth. – Stawiłabyś jej czoła. Taka dzielna!
- Jeśli nadal gramy w brydża, to ja mówiłem dwa piki. Już dawno temu – obwieścił Juruś.
- Och, panie Jurusiu, bardzo przepraszam – powiedziała Elizabeth. – Taka ze nie gaduła. Co proponujesz, Benjy? Nie bądź takim żółwiem.
- Dwa bez atu – powiedział Benjy. – Naszą trzecią wizytę złożyliśmy w porze lunchu, kiedy było mniej ludzi…
- Trzy piki – powiedziała Lucia. – Chodziło mi tylko o to, droga Elizabeth, że mnie wystarczy, że zajmę się moim małym odcinkiem służby publicznej, po cichu, skromnie, bez rozgłosu…
- To cała ty, kochana – odparowała Elizabeth – i podwajam trzy piki. Oto miły temat, którym możesz zająć się po cichu.
Lucia nie odpowiedziała, ale miła atmosfera zmieniła się w bardziej wrogą, bo z jednej strony burmistrz wiła się z zazdrości imaginując sobie to, jak tłumy rozpoznają Elizabeth jako bohaterkę Obrazu Roku, podczas gdy burmistrzyni dyszała z irytacji słysząc, jak burmistrz bezczelnie głosi, że nie szuka rozgłosu.
Lucia wygrała i podwójną stawkę i całą grę.
- Oto mój udział, Jurusiu – powiedziała – a ty grałeś bardzo ostrożne, choć oczywiście stawka była błaha. Powinnam była podwoić, przepraszam.
- Benjy, twoja finezja była idiotyczna – powiedziała Elizabeth krzywiąc się wyraźnie. – Gdybyś wyszedł z asem, byłoby dwa do zera. Może nawet więcej.
- A co z twoim podwajaniem? – spytał Benjy. – I co z oryginalnym „bez atu’?
- Obydwa w pełni usprawiedliwione – powiedziała Elizabeth – gdyby nie twoje zagrania. Kartę poproszę, pani burmistrz.
- Ale właśnie rozdałaś, kochana – zagruchała Lucia.
- He he, próba nie strzelba, Liz – powiedział Benjy.
Elizabeth posłała Benjy’emu tak groźne spojrzenie w odpowiedzi na jego żarciki, że na koniec rozdania Lucia zasypała ją komplementami.
- Pięknie zagrane, kochanie – powiedziała. – Zauważyłeś Jurusiu, jak Elizabeth ciągle dawała ci prowadzenie? Mistrzostwo!
Elizabeth nie dała się zwieść takim pochlebstwom.
- Bardzo ci dziękuję, kochana – powiedziała. – Przykro mi Benjy, powinnam była dać prowadzenie burmistrzowi i wziąć kolejną lewę.
Diva dołączyła do nich gdy kończyli ostatniego robra.
- Bardzo dużo herbat – powiedziała. – Ale wszyscy teraz przychodzą tak późno. Bardziej głodni, tak myślę. Zamiast kolacji. Żadnych więcej gofrów do herbaty za szylinga. Nie i już. Zbyt popularne.
Lucia wygrała od całego stołu i obojętnie zgarnęła srebro i miedź do sakiewki, nie zadając sobie nawet trudu przeliczenia.
- Muszę się zbierać – powiedziała. – Trzeba jeszcze przejrzeć dokumenty finansowe gminy. Och, parasolka! Prawie o niej zapomniałam.
- Droga burmistrz – powiedziała Elizabeth. – Powiedz proszę, co znaczy „prawie”? Albo o czymś zapomniałaś, albo nie.
- Spadła za twój kredens, Divo – ciągnęła Lucia nie zwracając najmniejszej uwagi na swą burmistrzynię. – Złap za ten koniec, Jurusiu, odsuniemy go trochę od ściany.
- Proszę pozwolić – powiedział Benjy, przejmując koniec Luci. – I teraz, hejże ho jak mówią w siostrzanej służbie morskiej. Raz, dwa, trzy.
Pociągnął z całej siły. Kredens, nie tak ciężki jak się wydawał, odjechał od ściany z brzękiem zastawy stołowej.
- Och, moja porcelana! – zawołała Diva. – Ostrożnie!
- Jest twoja parasolka – powiedział Juruś. – Zakurzona… Zaraz, a to co? Szpicruta majora Benjy, prawda? Zaginiona wieki temu. A to dziwne!
Diva wręcz wyrwała ją z rąk Jurusia.
- Ależ to ona! – krzyknęła. – Inicjały i wszystko. Musiała tutaj leżeć przez cały czas. Ale tamtego dnia podczas odczytu, majorze…
Lucia natychmiast jej przerwała.
- Co za szczęśliwe znalezisko! – zawołała. – Ale musi się pan cieszyć, majorze, że odzyskał pan tak cenną pamiątkę. Ojej, już wpół do ósmej! Dobranoc wszystkim!
Weszli z Jurusiem na ulicę.
- Ale musisz mi powiedzieć – powiedział gdy żwawo wspinali się pod górę. – Umrę chyba jeśli mi nie powiesz. Jak to zrobiłaś?
- Ja? O czym ty mówisz? – spytała ta irytująca kobieta.
- Jesteś strasznie męcząca – powiedział Juruś ze złością. – Poza tym to nie fair. Diva opowiedziała ci jak zakopała srebrną końcówkę, jak powiedziałem jak ją wykopałem, a ty nic nam nie mówisz. Nieładnie!
Lucię zaskoczyła złość w jego głosie.
- Kochany, tylko się z tobą droczę… - zaczęła.
- Wcale mnie nie bawi to droczenie – warknął. – Czasami jesteś jak Elizabeth.
- Jurusiu, co za potworne słowa! Oczywiście, że ci powiem i Divie też. Zadzwoń do niej i zaproś żeby wpadła po kolacji.
Zatrzymała się z dłonią na drzwiach Mallards.
- Ale nigdy nie sugeruj biednym Mapp-Flintom – powiedziała – jak Diva zaczęła przed chwilą, że szpicruta, którą Benjy miał na odczycie nie była tą oryginalną. Oni o tym wiedzą i wiedzą, że my wiemy. O wiele bardziej im dokuczy kiedy nie będziemy im tego wytykali.
Koniec rozdziału siódmego
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Śro 21 Sty, 2026 08:30
Noooo, mistrzowskie posunięcie ze szpicrutą ale biedna Lucia może stracić taktyczne panowanie nad sobą z zazdrości o Obraz Roku. Chyba że tenże obraz stanie się pośmiewiskiem Tilling
Trzykrotka - Śro 21 Sty, 2026 10:44
Niedługo Lucia napyta sobie tytułowych kłopotów, tyle powiem...
Tamara - Śro 21 Sty, 2026 11:41
Ojojoj, niedobrze Juruś da radę, ale jak ona i jej ambicja to przeżyją?
Trzykrotka - Śro 21 Sty, 2026 19:00
Jedno jest pewne - nudno nie będzie
Lucia i Juruś wybierają się do Londynu, by posłuchać Olgi i Juruś przeżywa...
Rozdział ósmy
Lucia, za nią Juruś, a przed nią bileter, przemaszerowali korytarzem za lożami na głównym poziomie 0pery Covent Garden. Kolację zjedli wcześniej w hotelu i przybyli do opery na czas. Miała perły we włosach i złotą odznakę burmistrza na piersi, a jej suknia miała bogaty, lśniący, rdzawy kolor, jakby była odlana z miedzi. Wyglądająca bardzo kompetentnie dama krążąca wokół loży z notatnikiem i ołówkiem, podbiegła do nich gdy bileter otwierał przed nimi drzwi loży.
- Pani nazwisko, proszę – powiedział do Luci.
- Burmistrz Tilling – rzekła Lucia, podnosząc głos na użytek damy z notatnikiem.
Sprawdził na swojej liście.
- Nie mam tu takiego nazwiska, proszę pani – powiedział. – Pani dała ścisłe polecenia…
- Pan i pani Pillson – podsunął Juruś.
- Tak jest, sir – powiedział i weszli do środka.
Sala lśniła od diademów i białych ramion i rozbrzmiewała wrzawą rozmów. Lucia stała przez chwilę z przodu loży, która znajdowała się blisko sceny i kiwała głową i uśmiechała się rozglądając się w prawo i w lewo jakby pozdrawiała przyjaciół… Ale och, pomyśleć tylko, że i ona mogłaby być powszechnie rozpoznawana gdyby tylko Irene to ją umieściła na Obrazie Roku! Po południu poszli go obejrzeć i Juruś także poczuł ukłucie żalu, że to nie on z Vandyckowską brodą wisiał wśród podmuchów wiatru wśród chmur. Ale mimo to był bardzo szczęśliwy, że już za kilka chwil znów zobaczy i usłyszą swą uwielbianą Olgę, a jutro oboje zjedzą z nią lunch w jej hotelu.
Burza oklasków powitała pojawienie się Cortese, kompozytora, autora libretta, a dziś także dyrygenta Lukrecji. Lucia pomachała do niego. On także z całą pewnością skłonił się w jej kierunku (bo też kłaniał się we wszystkie strony), a ona zdecydowała, że porzuci swą dawną opinię o operze i da się jej oczarować. Przybyli członkowie rodziny królewskiej, niestety niewidoczni dla Luci z jej miejsca w loży i po hymnie narodowym w powietrze popłynęły pierwsze, powolne nuty uwertury.
- Boskie – wyszeptała do Jurusia. – Jak ja dobrze pamiętam, signor Cortese grał mi to w Riseholme. Wydaje mi się, że gra dziś ociupinkę szybciej… jest! Motyw Lukrecji, a może papieża? Tragiczny splendor. Pierwszy kompozytor Europy.
Gdyby Juruś nie znał Luci n wylot, ledwie uwierzyłby własnym uszom. Tamtego przerażającego wieczoru trzy lata temu, gdy Olga zaprosiła ją, by ją odwiedziła i posłuchała „kawałków” opery, wyrażała oburzenie tą ohydną, nowoczesną muzyką, ale tamten szczególny wieczór w ogóle sprzyjał niezadowoleniu. Lucia pozwalała wszystkim przypuszczać, że mówi po włosku płynnie i ze swadą, ale gdy stanęła twarzą w twarz z Coretese, stało się boleśnie jasne, że nie rozumie ani słowa z tego, co on mówi. Okropna demaskacja… Teraz, gdy siedziała w prominentnej loży jako gość primadonny, na tym galowym przedstawieniu, nie można było jej wezwać do rozmowy z kompozytorem bez zirytowania publiczności, więc dosłownie oszalała z uwielbienia. Uścisnęła dłoń Jurusia, jej głos tłumiły emocje; wstała z miejsca na koniec wielkiej arii Olgi w pierwszym akcie, krzycząc „Brava, brava!” doskonałą włoszczyzną i pewien był, że to ona zapoczątkowała brawa, które potem nastąpiły.
W trakcie drugiego aktu do loży wtargnęła ogromna dama odziana we wspaniałą tiarę i niewiele więcej, oraz niski mężczyzna, który schował się za jej plecami. Lucia słusznie poczuła się oburzona tą przerwą, ale złagodniała gdy usłyszała, jak bileter pojawiając się z kolejnym programem zwraca się do rosłej damy „wasza łaskawość.” To zrobiło różnicę i w przerwie Lucia rozmawiała z nią bardzo miło (bo kiedy los łączy obcych, sztywność byłaby śmieszna) i opowiedziała jej, jak słuchała, jak ukochana Olga śpiewała część swojej partii jeszcze przed wystawieniem opery i jak wieszczyła dziełu ogromny sukces. Umierała z ciekawości, jaką to łaskawością jest duża dama, ale nie mogła przecież zadawać osobistych pytań przy tak krótkiej znajomości. Trudno było ją nazwać błyskotliwą rozmówczynią i oczy uporczywie utkwiła w Jurusiu… Gdy operę odegrano, nastąpił wybuch entuzjazmu. Olga i Cortese byli wywoływani bez końca, a podczas tych wylewności jej niezidentyfikowana łaskawość i jej towarzysz wyszli: Lucia podejrzewała, że są mężem i żoną, jako że w ogóle nie zwracali uwagi na siebie nawzajem. Żałowała, że zniknęli, ale pocieszyła się myślą, że jutro ich nazwiska pojawią się w prasie na oszałamiającej liście gości, którzy zaszczycili pierwszy spektakl Lukrecji. Już kompetentna kobieta z korytarza o to zadba.
Juruś długo nie mógł zasnąć tej nocy. Muzyka go rozbudziła, a jeszcze bardziej niż muzyka, sama Olga. Co za głos, co za wyjątkowa twarz i prezencja, co za nieskończony urok! Wspomniał swe kawalerskie lata w Riseholme, gdy Lucia była niekwestionowaną królową tej wysoce kulturalnej wioski, a on jej cavaliere servente, którego lojalność zatrzęsła się w posadach gdy pojawiła się Olga. Naprawdę był w niej zakochany, pomyślał, a fakt, że miała wtedy męża i była mu oddana pozwalał mężczyźnie moralnemu jak on z całkowitym poczuciem bezpieczeństwa folgować uczuciom. Śmiałą radością napawała go myśl, że gdyby Olga była wolna, poprosiłby ją o rękę, ale nawet w tych przypływach fantazji wiedział, że gdyby go przyjęła, wpadłby w dziką panikę. Teraz oczywiście sam był żonaty, ale jego związek z Lucią nie należał do burzliwych, jako że obydwoje zgodzili się, że jakiekolwiek gorące objawy uczucia byłyby dla niego trumną. W istocie ślub z Lucią można było uznać za ślubowanie celibatu. Teraz, po trzech latach, sytuacja odwróciła się w najdziwniejszy sposób. Mąż Olgi zmarł i ona była wolna, ale teraz chroniło go małżeństwo z Lucią. Jego wysokie pryncypia moralne nigdy nie pozwoliłyby mu na zdradę żony.
- Nie jestem taki – powiedział sobie. – Muszę iść spać.
W łóżku wiercił się i kręcił. Wizje Olgi, takiej, jaką widział dziś wieczorem, przepływały pod jego zamkniętymi powiekami. Olga jako zwykła dziewczyna na przyjęciu u swego niesławnego ojca, papieża Aleksandra VI, Olga podczas ślubu w z księciem Biseglii w Kaplicy Sykstyńskiej, jego morderstwo na jej oczach przez zbirów najętych przez Jego Świątobliwość i jej brata. Scenografia była fantastycznie wystawna („ani trochę szekspirowska, Jurusiu” szepnęła do niego Lucia), ale kiedy Olga była na scenie, nie widział niczego, tylko ją. Przyćmiewała wszelki splendor, a nigdy bardziej niż wtedy gdy, odziana w czerń, szła na trumną męża i śpiewała ten lament – a może pieśń tryumfalną?... Amore misterioso, celeste, profondo… „Zdaje się, że mam bardzo namiętną naturę” rozmyślał Juruś „Ale zawsze ją tłumiłem.”
Nie mógł zasnąć, więc wytoczył się z łóżka, zapalił papierosa i zaczął spacerować w tę i we wtę po pokoju. Ale zmarzł, więc założył elegancki niebieski dziergany pulower i wrócił do łóżka. Jeszcze raz się zerwał, nie miał popielniczki, ale wystarczyło mu wieczko od mydelniczki i zaczął rozmyślać o swoim życiu.
- Wiem, że Tilling jest bardzo ekscytujące – powiedział sobie – bo dzieją się tam wciąż nadzwyczajne rzeczy i żyje mi się tam bardzo wygodnie. Ale nie jestem niezależny. Jestem oddany Luci, ale co ze śniadaniem, lunchem, podwieczorkiem i kolacją i wieloma innymi sprawami pomiędzy nimi… I jaka ona jest męcząca jako burmistrz! Jej bezustanne gadanie o obowiązkach i pozycji zaczyna mnie denerwować. Te metalowe pudełka, w których nie ma żadnych dokumentów! Co rano pani Simpson, dla której nie ma nic do roboty! Potrzebuję zmiany. Czasami niemal sympatyzuję z Elizabeth gdy Lucia toczy się jak czołg, miażdżąc wszystko, co znajdzie się na jej drodze. A jednak to dzięki niej, naprawdę w to wierzę - wszystko dzieje się po prostu dlatego, że to Lucia i doprawdy nie wiem, gdzie bez niej bylibyśmy. Na litość boską, już drugiego papierosa wypaliłem w łóżku, a przecież już wcześniej zużyłem limit. Czemu nie zabrałem ze sobą haftu? Często przy nim usypiam. Jeśli będę tak leżał bezsennie, jutro nie będę się do niczego nadawał, a rano muszę iść na zakupy, potem na lunch z Olgą, a po południu trzeba złapać pociąg do Tej Dziury. Do diabła z tym wszystkim!
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Czw 22 Sty, 2026 15:30
O rany Juruś wpadł w szpony namiętności i nielojalność na horyzoncie pobłyskuje, Tilling zostało spostponowane i na dodatek ten desperacki okrzyk na koniec oj chyba będzie się działo....
|
|
|