To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fantastyka - Babylon 5

Admete - Pon 04 Sty, 2010 19:33

Bóle tłumacza :) Dobrze Ci idzie :) Serio.
Aragonte - Pon 04 Sty, 2010 20:44

Ej tam, dobrze - czasem mną telepie z irytacji, że sobie z czymś nie radzę :roll:
Mogę kawałek wrzucić - to jeszcze nie koniec rozdziału.

Edit: aaa, może jednak dociągnę do końca, została mi jeszcze może strona.

Aragonte - Pon 04 Sty, 2010 21:29

KATHRYN M. DRENNAN

SNY W MIEŚCIE SMUTKÓW

ROZDZIAŁ XVII

[...]
— Musimy się dostać na Aryzję! — zawołał Marcus. — W tym sektorze zebrano zapasy paliwa. Wystarczą, żeby dotrzeć do wrót. Uda nam się, jeśli tamci nas nie uprzedzili!
Cała nadzieja w tym, że obcy nie zdążyli jeszcze się przedostać na powierzchnię planety.
Komputer wydał ostrzegawczy dźwięk.
— Obiekt na kursie kolizyjnym, zmierzający w kierunku sterburty. Odległość…
Kolejny rozbłysk i chrupnięcie. Ostrzeżenie komputera urwało się w połowie. Niewielki statek gwałtownie zadrżał. Zapach ozonu wypełnił kabinę. Statek wymknął się spod kontroli. Znajdowali się już w wyższych warstwach aryzyjskiej atmosfery.
Podczas gdy Marcus zmagał się z ręcznymi układami sterowniczymi, pokładowy komputer odzyskał głos.
— Zniszczony jeden silnik — zaintonował spokojnie. — Podjęta próba kompensacji i przywrócenia stanu początkowego. Opadanie przez warstwy planetarnej atmosfery. Temperatura zewnętrznej powierzchni kadłuba bliska krytycznej.
Także wewnątrz statku stopniowo wzrastała temperatura. Stawało się nieznośnie gorąco, kiedy przebijali się przez coraz niższe warstwy aryzyjskiej atmosfery. Spadali ciężko jak kamień, w dodatku pod zbyt ostrym kątem. Marcus walczył o to, aby unieść dziób statku.
— Awaryjne lądowanie w toku — odezwał się znowu komputer. — Wybrane miejsce lądowania: Sektor Trzynasty.
Ale powierzchnia planety zbliżała się o wiele zbyt szybko.
— Wytrzymaj! — krzyknął Marcus, kierując to w stronę Williama. — Robiłem to już wcześniej!
Nadal ześlizgiwali się w dół pod zbyt ostrym kątem, niż Marcus chciał. Próbował wypoziomować statek i spowolnić drogę w dół.
Sto stóp. Siedemdziesiąt pięć stóp.
Marcus niewiele mógł dokonać po zniszczeniu jednego z silników i uszkodzeniu części kadłuba. Nie miał dostatecznej kontroli nad statkiem ani też dość paliwa, żeby spróbować się wznieść, a potem wylądować w bezpieczniejszy sposób. Musieli to zrobić w ciągu najbliższych kilku sekund. Nie było innego wyjścia.
Pięćdziesiąt stóp. Dwadzieścia pięć.
Lot się ustabilizował. Nie dość szybko. Zadziałały mechanizmy lądowania. Koła statku wysunęły się z podwozia i uderzyły w część lądu służącą jako pas startowy w Sektorze Trzynastym. Statek kilka razy odbił się od twardego podłoża, szarpnął się, zanim zahamował blisko kamienistego pola na skraju pasa startowego. Metal zazgrzytał o skały. Cały statek rozpadł się na części. I to był koniec.
Marcus nie wierzył w cuda. Mimo to żył. Ciągle znajdował się w kabinie pilota, przypięty do fotela. Druga połowa statku, gdzie siedział William, zwyczajnie przepadła. Marcus spodziewał się, że lada moment spadnie z nieba. Czuł się sprasowany. Zwiększona grawitacja sprawiała, że każdy ruch sprawiał ból. Marcus walczył z oporem własnego ciała, aby uwolnić się od pasów bezpieczeństwa.
— William — użył komunikatora przy kombinezonie. — Słyszysz mnie? William!
Cisza wydawała się rozsadzać uszy. W końcu jednak dobiegła go niewyraźna odpowiedź.
— Marcus?
William żył. Marcus uwolnił się od pasów bezpieczeństwa i powoli się podniósł. Czy na pewno cały czas zachowali przytomność? Nie był pewien. Kombinezony tylko przez okres dwóch godzin chroniły przed radioaktywnym promieniowaniem, którego wysoki poziom był naturalny dla tej planety, dlatego musieli się stąd szybko wynosić.
— William! Idę. Czekaj!
Marcus z trudem wygrzebał się ze szczątków statku. W tym sektorze prawie zaszło już słońce. Ten fakt w połączeniu z gęstością aryzyjskiej atmosfery sprawiał, że było już zbyt ciemno, żeby wiele widzieć. Czy mógł zaryzykować włączenie światła, w które wyposażono kombinezon? Nic innego w tym sektorze nie mogło ściągnąć uwagi obcych. Nie było tu rafinerii ani urządzeń wydobywczych. To miejsce służyło jako magazyn i schronienie. Ten sektor znajdował się z dala od terenów wydobywczych, w jednym z najbardziej stabilnych pod względem geologicznym obszarów Aryzji. Wszystkie budynki były tutaj niskie, niepozorne. Przysypane pyłem, wtapiały się w otaczające skały i wydawały niemal niewidoczne.
Kiedy Marcus oświetlił obszar Sektora Trzynastego, wreszcie odnalazł brata. Znajdował się mniej niż o sto stóp od niego. Leżał twarzą do ziemi na skalistym pasie startowym. Najwyraźniej został tam ciśnięty wraz z drugą częścią wraku. Marcus dotarł do Williama i obrócił go najdelikatniej, jak tylko mógł, zmagając się z potwornym przeciążeniem. I wtedy zobaczył, że część hełmu stanowiąca osłonę twarzy brata była umazana krwią.
— William! — krzyknął desperacko. — Powiedz coś. O Jezu! No dalej!
— Marcus…
Jego głos był jeszcze słabszy niż poprzednio.
— Muszę cię zabrać do wahadłowca. To tylko paręset jardów stąd. Możesz usiąść?
Pomagał bratu najlepiej, jak potrafił, podpierał go własnym ciałem. Jednak szybko stało się jasne, że William nie zdoła nigdzie dojść o własnych siłach. Przeciążenie sprawiało z kolei, że Marcus nie mógł podnieść brata ani nawet pociągnąć go po ziemi. Nie byłby w stanie wlec ze sobą ponad trzystu funtów ładunku, obciążony dodatkowymi stu siedemdziesięcioma funtami, które ciążyły tutaj mu na ramionach.
— Marcus… odejdź. Zostaw mnie. Weź statek. Ostrzeż…
— Głupiec ze mnie! — powiedział nagle Marcus. — Przecież w jednym z budynków jest pojazd terenowy. Will, zostawię cię na chwilę, ale wrócę i…
— Nie — powiedział mocniejszym głosem William. — Nie widzisz ich?
Najwyraźniej majaczył.
— Czego? Will, bez takich… Zostań ze mną. Nie…
— Marcus, posłuchaj. Nie sądziliśmy… że Cienie mogą zaatakować… kolonię Ziemi. Musisz lecieć na Minbar…
Jego głos znowu ucichł.
— Zabiorę cię tam. Tylko nie umieraj tutaj… William!
— Leć na Minbar. Powiedz Sinclairowi. Włącz się walki… przyrzeknij…
Oczy Marcusa zaczęły go piec od powstrzymywanych łez. Zmrużył je gniewnie. Próbował coś powiedzieć. Nie mógł.
— Przyrzeknij — powtórzył z uporem William. — Miałeś rację… Niczego nie byłem w stanie doprowadzić do końca. Pomóż mi dokończyć to. Dokończ, co zacząłem, Marcus. Proszę… przyrzeknij…
— Przyrzekam.
— A więc wszystko… w porządku — William zamknął oczy.
— Will!
Marcus zaczął nerwowo sprawdzać urządzenie na kombinezonie brata, które monitorowało oznaki życia. Cyfry na ekranie świeciły blado. Oddech – zero, puls – zero, aktywność mózgu – zero…

[CDN]

Admete - Pon 04 Sty, 2010 21:34

Smutny ten fragment...Nic dziwnego, że Marcus zawsze czuł potem wyrzuty sumienia.

Świetnie przetłumaczyłaś. Widze tylko jedno zdanie do zmiany: "że każdy ruch był trudny do wykonania..."

Aragonte - Pon 04 Sty, 2010 21:38

No tak, za szybko wkleiłam - bez czytania :)
Zaraz poprawię.

Z czym wiążesz te wyrzuty sumienia? Z tym, że nie posłuchał ostrzeżeń? Mam wrażenie, że to by wiele nie dało, bo Cienie napadły znienacka. A może chodzi Ci o to, ze mimo swych umiejętności lotniczych nie zdołał uratować i siebie, i brata podczas tej katastrofy?
Tak sobie pomyślałam z żalem, że chciałabym zobaczyć to wszystko w filmie - bez szans, wiem :wink:

Tłumaczę ostatnie akapity - szkoda mi tego zostawiać na jutro, chociaż wiem, że znowu się nie wyśpię. Ten rozdział jest najtrudniejszy z tych, za które się zabierałam, ale chyba też najciekawszy, ma w sobie najwięcej dramatyzmu.
Marcus to jednak angstowy jest, mimo swych żartów.

Aragonte - Wto 05 Sty, 2010 00:22

KATHRYN M. DRENNAN

SNY W MIEŚCIE SMUTKÓW

ROZDZIAŁ XVII

[...]
Panowała już absolutna ciemność, kiedy usłyszał jakiś głos, który przemówił głośno i wyraźnie: „uciekaj!”.
Ten głos wyrwał go z odrętwienia. Ale kto to mówił? William? Nie. Jego brat był martwy. Pozbawiony życia leżał w jego ramionach. Jak długo tu pozostawali? Sprawdził odczyty na urządzeniu kontrolującym poziom napromieniowania. Nie pozostało już wiele czasu z przepisowych dwóch godzin bezpiecznej ekspozycji. Musiał szybko dostać się na pokład wahadłowca i opuścić planetę.
Nagle ogarnęła go wściekłość. Poleci na Minbar, na Boga. Znajdzie sposób, by te sukinsyny Cienie zapłaciły za to. Za wszystko. Za Williama. Za Hasinę. Za wszystkich pozostałych. Musiał się dostać na wahadłowiec. Potem mógł tutaj wrócić, odszukać ciało Williama i polecieć do wrót skokowych. Cienie musiały już opuścić to miejsce.
Delikatnie ułożył na ziemi ciało brata. Wstał, wkładając w to mnóstwo wysiłku. Niczego nie widział, nawet własnej dłoni, którą przesuwał przed nosem. Lampa na hełmie, którą zapalił, pozwalała sięgnąć wzrokiem tylko na odległość paru kroków. Jak miał cokolwiek znaleźć? Radiolatarnia, przypomniał sobie. Sygnał z niej, mający niewielki zasięg, był odbierany o każdej porze w całym obszarze tego sektora. Należało tylko włączyć odbiornik w kombinezonie ułatwiający znalezienie tamtego miejsca – i iść za dźwiękiem.
Wlókł się przed siebie, boleśnie świadom każdej nierówności gruntu. Ilekroć brzęczenie w jego uszach słabło, korygował kierunek wędrówki i czekał, aż sygnał odzyska pełną moc. Koncentrował się na nim. Nic innego dla niego nie istniało. Wszechświat ograniczył się tylko do dwóch rzeczy – sygnału radiolatarni oraz drogi naprzód.
Nie wiedział, ile czasu zabrało mu odszukanie pierwszego budynku, ale kiedy to się stało, czas i przestrzeń odzyskały realność. Mimo że był wyczerpany i na wpół chory, przyśpieszył kroku. Dostał się do hangaru, gdzie znajdował się wahadłowiec, otworzył wrota na całą szerokość, wszedł do środka i przedostał się na pokład statku.
Włączył urządzenia sterujące. Zaszumiały obiecująco. Włączył silniki i wyprowadził wahadłowiec na otwartą przestrzeń, na kamieniste pole w pobliżu pasa startowego. Mógł teraz zabrać ciało brata, które pozostawił.
W głowie zaczęło mu huczeć. Czuł, że powoli traci przytomność.
Nie teraz, do cholery! — skarcił się, próbując z siebie to strząsnąć.
Usłyszał dźwięk wydawany przez strumień niszczycielskiej mocy, który gdzieś za nim przeciął ciemność. Usłyszał huk eksplozji, w której zniszczono pierwszy budynek. A potem następne. Poczuł drżenie, które wstrząsnęło statkiem. Cienie odnalazły Sektor Trzynasty. Co z jego bratem?
Znowu usłyszał tamten głos.
„Uciekaj!”
Monitory na rufie wahadłowca ukazały sylwetkę statku Cieni przed kolejną eksplozją. Ledwie zdając sobie sprawę z tego, co robił, Marcus nakazał komputerowi pokładowemu przyśpieszyć i ruszył przed siebie. Nie mógł sobie pozwolić na marnowanie paliwa. Powiedział cicho „żegnaj” swemu bratu i wahadłowiec wzbił się w górę, w aryzyjską atmosferę, a potem wyżej, w otaczającą ją przestrzeń. Czujniki nie wykrywały żadnych nietypowych zawirowań energii. Marcus nie widział statków Cieni. Nie widział niczego poza powiększającą się chmurą, która była ruinami jego kolonii wydobywczej.
— Komputer! Wybierz i utrzymuj kurs do wrót skokowych. Procedura awaryjna numer trzy.
Marcus po raz ostatni spojrzał na Aryzję przez monitory. Niepokojące czerwono-pomarańczowe światła płonęły jasno w różnych miejscach na powierzchni planety.
Opuścił stery, dzięki zerowej grawitacji niemalże wyfruwając z fotela. Odszukał stanowisko medyczne. Przez chwilę mocował się z hełmem. Zdjął go, odszukał strzykawkę z serum przeciwpromiennym, po czym zrobił sobie zastrzyk w ramię.
I wreszcie stracił przytomność.

Aragonte - Wto 05 Sty, 2010 00:38

Koniec rozdziału, aaaaa :excited:
Jak zwykle mogą być błędy, więc jakby co, to krzycz, Admete :)

Fajne są też te rozdziały o szkoleniu Strażników, więc chyba mam dodatkowe zajęcie przez najbliższy rok :wink:

Admete - Wto 05 Sty, 2010 13:46

Na razie tylko przejrzałam. Przeczytam dokładnie wieczorem.
Aragonte - Wto 05 Sty, 2010 23:27

Znowu sturlałam się do doła :-| Mam kosmiczną :wink: ochotę puścić sobie jakiś odcinek B5 na poprawę humoru, ale guzik :roll: muszę przeczytać chociaż jedną lekturę na jutrzejsze zajęcia, i tak będę na nich masakrycznie nieprzygotowana :?
Admete - Śro 06 Sty, 2010 14:07

Ja jestem wiecznie nieprzygotowana. Wczoraj nie miałam czasu przeczytac dokładnie, może dziś.
Aragonte - Śro 06 Sty, 2010 14:10

Przeczytaj, przeczytaj, jestem ciekawa Twego zdania - tzn. jeśli zdążysz :)

Jestem masakrycznie nierzygotowana (przeczytałam tylko opowiadanie Hoffmana, które mamy analizować, lektur teoretycznych nie miałam, więc będę snuć dzikie fantazje na ich temat :? ) i na granicy rozsypki, autentycznie się trzęsę z nerwów. Najchętniej bym nie poszła na zajęcia, ale nie bardzo mogę :-|

Admete - Śro 06 Sty, 2010 14:16

Przestań się denerwować. Nie Ty jedna tam będziesz i pewnie niektózy wiedzą dużo mniej niż Ty. :przytul:
Aragonte - Śro 06 Sty, 2010 14:17

Admete napisał/a:
Przestań się denerwować. Nie Ty jedna tam będziesz i pewnie niektózy wiedzą dużo mniej niż Ty. :przytul:

Tiaaa, bywa tam dość kameralnie - czasem tylko dwie albo trzy osoby. Ciężko milczeć w takiej sytuacji :-| No to gadam i plotę bzdury.

Admete - Śro 06 Sty, 2010 14:19

Dasz radę. Ja w takich sytuacjach idę na szczerośc i przyznaję się, ile przygotowałam. Ja mam zajęcia z psychiatrii w sobotę ...
praedzio - Śro 06 Sty, 2010 14:25

Nie denerwuj się bez potrzeby. :przytul:

Ja w ten weekend mam poprowadzić debatę nt. bezpieczeństwa społecznego i kulturowego. I jeszcze jestem w lesie. :roll:

P.S. Sorry za offtop.

Admete - Śro 06 Sty, 2010 17:45

A widzisz? Marcus byłby z ciebie dumny :)
Aragonte - Śro 06 Sty, 2010 17:49

Niby z czego? :lol: Z tego, że zagrałam blondynkę? :-P
Admete - Śro 06 Sty, 2010 18:14

Z tego, że zagrałaś - że umiałas wybrnąć z sytuacji :)
Aragonte - Czw 07 Sty, 2010 21:03

Heroicznie - bo od rana mam migrenopodobne cuś - zabrałam się za tłumaczenie następnego rozdziału. Tłumaczonych scenek będzie mniej niż dotąd, bo przeplatają się tam sceny z Marcusem i z Catherine Sakai :wink: Nie, żebym miała cokolwiek przeciwko niej :wink:
Na razie jednak idzie mi niemrawo :roll: I ogółem traktuję to trochę jak ucieczkę, bo życie wydaje mi się skrzeczące i ponure :roll: nawet to forumowe...

Admete - Czw 07 Sty, 2010 21:15

Rzeczywiście jest ponure i skrzeczące, jak cała nasza rzeczywistość. Moja cyniczna natura podpowiada mi złośliwie, że tak zawsze było, jest i będzie.
Chyba sobie jakiś fragment B5 zapuszcze dla pociechy.

Aragonte - Czw 07 Sty, 2010 21:25

Zapuść, zapuść :)
Poznałaś mój podpis? :wink:

Ciąg dalszy dylematów tłumacza :-P Tłumaczyłabyś "Medlab 3" czy też zostawiałabyś bez tłumaczenia? Bo mogę to zostawić albo przełożyć np. jako "Punkt Medyczny 3" albo coś w ten deseń :mysle: A może masz inny pomysł?
Swoją drogą z tego rozdziału wynika, że Marcusa leczono właśnie na Babylon 5 :-D

Admete - Czw 07 Sty, 2010 21:37

Dla mnie może być Medlab, bo tak jest w serialu ;) Dla laików jednak może to brzmieć dziwnie. Z trzeciej zaś strony w literaturze sf powinny być jakieś dziwne słowa ;) Czy zagmatwałam wystarczająco? Do Vorlona mi jednak daleko :D

A zauważyłaś, co dodałam do mojego podpisu? ;)

Aragonte - Czw 07 Sty, 2010 21:40

Pewnie, że zauważyłam :-D
Bardzo go lubię :)

Admete - Czw 07 Sty, 2010 22:13

Ja też lubię ten cytat - bardzo na czasie ;)
Aragonte - Czw 07 Sty, 2010 22:17

I to jak jeszcze :wink:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group