To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Ekranizacje - Rozważna i Romantyczna Sense and Sensibility (2008)

Admete - Wto 12 Lut, 2008 12:14

Mam nadzieję, że i reszta Ci się spodoba. Mnie sie bardzo obie siostry podobają. matka zaś nadal jest piękna i faktyczna marianna jest do niej podobna. Możemy się domyslić, ze Elinor ma rysy swojego ojca :-) Polubiłas Margaret?
primavera - Wto 12 Lut, 2008 13:19

Harry_the_Cat napisał/a:

Negatywy :obrzydzenie:
- seplenienie Eleonory...
- Marianna
- Brandon
- Marianna + Brandon (tak wiem, ze osobno tez ich wymieniałam... :rumieniec: )
- Willoughby... OMG! :obrzydzenie: :obrzydzenie: :obrzydzenie: ohyda!
- Anne Steel


Zgadzam sie z tymi negatywami ale nie w pełni. Najbardziej rozczarował mnie Willoughby, który jakby był z innego filmu. Aktor niefortunnie dobrany do pozostałych nie ma nic w sobie z bohatera austenowskiego. Zaskoczył mnie Edward, który jest czarujący i bardzo ujmujący no i ma przecudne niebieskie oczęta. Natomiast Colonel Brandon to dla mnie absolutnie Alan Rickman. Ma klasę i jest taki dostojny i dobry - gdybym miała 17 lat to na pewno padłabym z zachwytu. Brandon z 2007 roku za bardzo kojarzy mii sie z innymi serialami BBC i nie czuję go jako wspaniałego pułkownika Brandona.
Podobała mi sie Elinor - młoda , zamknięta w sobie i mówiąca cudownie po angielsku - z taka gracją. Marianna też jest fajna - może ten jej romantyzm jest mało wyeksponowany ale cudownie gra na pianinie.
Najbardziej jednak szokujacy jest początek serialu - scena jak na BBC dosyć śmiała. Ale w sumie to podoba mi się ta najnowsza ekranizacja.

Trzykrotka - Wto 12 Lut, 2008 14:24

Margaret jest świetna! W obu ekranizacjach dodano jej życia i loczków :-D . W książce, o ile pamiętam, występowała tylko jako ta, której wypsnęło się o wielbicielu Elinor na "f", a potem rozpaczała, ze nie może jechać z siostrami do Londynu.
Zapomniałam napisać o sir Middletonie i jego teściowej.
Pana kupilam od razu. Po prostu banan mi wykwitł na twarzy na widok jego pocieszności i "gnomowatości". Jak cudownie mówił o tym, że "company" jest wszystkim, co się licy i chciał wydawać za mąż Margaret! Cudny jest! Lady Middleton - sztywna i niewidoczna, bardzo dobra jako tło.
Natomiast nie podoba mi się na razie pani Jenkins. Tamta, od Anga Lee była wesołą kumoszką, trochę dosadną, ale damą - i miała złote serce Ta wyglada mi na wulgarną pomywaczkę w dziwacznym czepcu.
Podejrzewam, że w tej ekranizacji nie będzie miejsca na państwa Palmerów w podobnym jak u Anga Lee wydaniu? Nie mogłam się nacieszyć tamtymi dwoma błyskotliwymi epizodami. Od czasów S&S uwielbiam Imeldę Staunton.

Trzykrotka - Śro 13 Lut, 2008 00:09

Skończyłam. Admete, dziękuję :kwiatek: . Już wiem, dlaczego miałam przez całą projekcję miłe uczucie patrząc na Elinor: ona jest bardzo podobna do Ciebie!
Adaptacja Emmy Thompson i rozwiązania reżyserskie Anga Lee musiały być naprawdę dobre, skoro taki austenowski mistrz, jak Andrew Davies nie zrobił niczego rewolucyjnego, ani odmiennego. Poszedł tropem poprzedniej ekranizacji, korzystając z dobrodziejstw serialu, żeby dodać postaci, wydarzenia, które tam z konieczności potraktowane były skrótowo.
Ogląda się pięknie.
Padnięta jestem, więc na razie nie napiszę wilele. Powiem tylko, że o ile nie jestem do końca przekonana co do poprowadzenia postaci pułkownika Brandona, to moje romantyczne serce całkowicie zadowoliło pokazanie, jak rozkwita uczucie Marianne. Śliczna jest scena z sokołem, bardzo wymowne to podejdź. Dla mnie to taki mały ale czytelny znak, ze od tej chwili to pułkownik będzie nadawał ton temu związkowi. Dotąd był zupełnie zależny od kaprysu młodziutkiej dziewczyny, teraz to ona podchodzi do niego, po raz pierwszy.
Szkoda, że scenę oświadczyn Edwarda skopiowano z Anga Lee - i sztywność pań i fartuszek Elinor i jej szloch.
Niezbyt podobała mi się scena z łapaniem kur, ale nie czepiam się, bo pomysł jest dobry. Po prostu dwoma szybkimi scenami pokazano dalsze życie sióstr: Marianne noszona na rękach, wpatrzona w zamożnego, zakochanego męża, równie szczęśliwa Elinor, macająca... kurczaki.
Panny Steele - formidable! Uważam, ze Imogene Stubs była wzorcową jaszczurką, ale obecnej Lucy niewiele brakuje do tego tytułu, a Anna jest rozkosznie głupia i prostacka, jak u JA. Żałowalam, ze nie ma genialnej sceny wypędzania Lucy z domu prze Fanny, ale za to widok pani Ferrers gryzącej orzeszki z chrzęstem godnym stalowego imadła był bezcenny. W ogóle pani Ferrars była wspaniała, a ja z radością rozpoznałam w niej królową Bawmordę z Willow.
Zbyt spokojnie moim zdaniem zagrana była scena "spowiedzi" Elinor przed Marianne. To jest pierwszy (potem są oświadczyny) moment, w którym ona obnaża swoje uczucia, pęka na małą chwileczkę jej skorupa samokontroli i opanowania. Emma pokazała, ze w tej kobiecie jest wulkan namiętności i emocji, kontrolowany żelazną ręką. Hattie Morahan gra tak, jakby emocji w niej było tyle, że łzy wysuszy jedna mała chusteczka do nosa. To robi z Elinor naprawdę zimną rybę.
Świetne za to w serialu są maleńkie scenki, które a swój użytek nazwałam "fizycznymi": Elinor musi być uprzejma dla Fanny, wyżywa się waląc trzepaczką w dywan. Edward nabuzowany rozpaczą po wizycie u Lucy rąbie jak szaleniec drewno. Pułkownik Brandon musi przebywać w niemiłym sobie towarzystwie, więc pojedynkuje się potem z Willoughbym tak, jakby od tego zależały losy świata.

Balbina - Śro 13 Lut, 2008 07:37

Przepraszam że tak głupio spytam czy są już polskie napisy do nowego R&R :roll:
Admete - Śro 13 Lut, 2008 08:15

Trzykrotko nie zasłuzyłam na taki komplement, ale dziekuje :-) :rumieniec: Ostatnio nie bardzo mam czas pisac zbyt wiele, bo powrót do pracy jest przytłaczający. Lubię tę ekranizację. Lubie obie. Mamy szczęście, że zarówno film, jak i serial są udane. Takiego szczęścia nie ma w przypadku MP, a ja tak cenię tę powieść.
nicol81 - Śro 13 Lut, 2008 17:37

Trzykrotka napisał/a:
Adaptacja Emmy Thompson i rozwiązania reżyserskie Anga Lee musiały być naprawdę dobre, skoro taki austenowski mistrz, jak Andrew Davies nie zrobił niczego rewolucyjnego, ani odmiennego.

A właśnie to mi zburzyło moją wiarę w mistrozstwo Daviesa. Mistrzowie nie chodzą wyrobionymi ścieżkami.
Moje ogólne zdanie jest, że dora ekranizacja, ale mogło być lepiej...Przed wszystkim trzeci odcinek za krótki.

nicol81 - Śro 13 Lut, 2008 18:22

Trzykrotka napisał/a:
Powiem tylko, że o ile nie jestem do końca przekonana co do poprowadzenia postaci pułkownika Brandona, to moje romantyczne serce całkowicie zadowoliło pokazanie, jak rozkwita uczucie Marianne. Śliczna jest scena z sokołem, bardzo wymowne to podejdź. Dla mnie to taki mały ale czytelny znak, ze od tej chwili to pułkownik będzie nadawał ton temu związkowi. Dotąd był zupełnie zależny od kaprysu młodziutkiej dziewczyny, teraz to ona podchodzi do niego, po raz pierwszy.

Ja akurat jestem przekonana i to było piękne :mrgreen: Ale czemu Marianna musiała tak szybko się zakochać w Brandonie? To nienaturalne.

Trzykrotka - Śro 13 Lut, 2008 21:22

Wydaje mi sie, że - bardzo sprytnie - podsunięto tu pewien trop i jest pewna różnica w stosunku do wersji Emmy Thompson: u Emmy Marianne jeszcze po ślubie Willoughby'ego bardzo go kochała i zachorowała przez tę miłość, moknąc na deszczu i wpatrując się w jego dom. U Daviesa ona już wie, jaki jest podły: porzucił nie tylko ją, ale i uwiedzioną Elizę. Idzie na spacer nie szukając śladów Willoughby;ego - staje w deszczu, z rozłożonymi rekami, jakby chciała się w nim symbolicznie wykąpać. Ona już wtedy leczy się ze swojego zakochania.
Pierwsze słowa, jakie mówi o Brandonie po wyzdrowieniu brzmią mniej więcej: jaki on jest romantyczny..
Może to jeszcze nie miłość, ale objaw dorastania. Ona już nie jest dziewczynką, nieszczęśliwa miłość i choroba zmieniły ją - a objawem tej zmiany jest i pogłębienie spojrzenia.
No i Brandon "obłaskawia" ją powoli i umiejętnie, delikatnie. Mnie w tym wydaniu nie raziła odmiana serca Marianne.
Co do Daviesa: tamta adaptacja była naprawdę świetna. Zmiany mogły być rewolucyjne i - nie w duchu JA. A Davies jest ortodoksem. Po co miał robić rewolucję?

Admete - Czw 14 Lut, 2008 14:31

Masz racje Trzykrotko - w tej ostatniej wersji lepiej pokazano i uzasadniono przemianę uczuć Marianny. Wyjatkowo mi się podoba ta scena burzowa, w deszczu :-) Bollywodzka jest :-D
nicol81 - Czw 14 Lut, 2008 19:44

Trzykrotka napisał/a:

Wydaje mi sie, że - bardzo sprytnie - podsunięto tu pewien trop i jest pewna różnica w stosunku do wersji Emmy Thompson: u Emmy Marianne jeszcze po ślubie Willoughby'ego bardzo go kochała i zachorowała przez tę miłość, moknąc na deszczu i wpatrując się w jego dom. U Daviesa ona już wie, jaki jest podły: porzucił nie tylko ją, ale i uwiedzioną Elizę. Idzie na spacer nie szukając śladów Willoughby;ego - staje w deszczu, z rozłożonymi rekami, jakby chciała się w nim symbolicznie wykąpać. Ona już wtedy leczy się ze swojego zakochania

O tak, tak. To mi się właśnie bardzo podobało. Jak Andrew chce, to umie...Gdyby nie nastąpiło po tym szukanie Marianny przez Brandona, żywcem zerżnięte :frustracja:
Trzykrotka napisał/a:
No i Brandon "obłaskawia" ją powoli i umiejętnie, delikatnie.

To też było piękne... :serce: Tylko czemu Marianna zakochała się tak szybko? Ich kulminacja mogła nastąpić po kulminacji Edwarda i Eleonory...
Trzykrotka napisał/a:
Co do Daviesa: tamta adaptacja była naprawdę świetna. Zmiany mogły być rewolucyjne i - nie w duchu JA. A Davies jest ortodoksem. Po co miał robić rewolucję?

Tamta adaptacja była istotnie świetna. Mistrz potrafiłby zrobić nową bez robienia rewolucji, ale i bez ściągania. I rzeczywiście, były wielkie sceny (patrz wyżej). Ale Małorzata w bilbiotece i Brandom szukający Marianny już były. I nie powinny być drugi raz.
Poza tym Andrew powinien przeczytać "Zycie w czasach Jane Austen", ze szczególnym uwzględnieniem rozdziałów "Nieobecność kobiet w czasie pogrzebów" i "Formy zwracania się do krewnych" :roll: .

bezpaznokcianka - Sob 16 Lut, 2008 12:09

napisałam recenzję odnośnie ekranizacji http://www.livel.eu/artykuly/kultura.html#3
Trzykrotka - Sob 16 Lut, 2008 14:03

Dzięki, bardzo fajna recenzja i wyczerpująca! Zgadzam sie z Tobą i w ocenie serialu i filmu. Ja mam tak samo. Jestem uwiedziona filmem Anga Lee do tego stopnia, ze wybaczam mu wszystkie odstępstwa od oryginału. Wybaczam tym łatwiej, ze w gruncie rzeczy nie "mordowały" one Jane Austen.
Serial jest, podobnie jak film, bardzo zmysłowy - na swój sposób. Film był nakręcony w sposób prawie dotykalny: słychac było tupot nóg na schodach, trzepotanie suszących się prześcieradeł, fartuch, w którym pieliło się grzadki był brudny, pokoje w Barton Cottage zimne i czuło się to zimno, Margaret spędzająca cale dnie na zewnątrz miała brudną szyję, a Marianne po wywróceniu się na śliskim stoku - brudne pończochy. Kiedy siedziała w upalny dzień tnąc trzcinę, ocierała pot z czoła i miała śliczne, prawdziwe rumieńce. Dźwięk pianoforte i śpiewający głos zmieniały barwę i natężenie w zależności od zmiany położenia osoby słuchającej. To był niezwykły, piękny obraz.
Z kolei serial pokazuje bardzo dotykalnie ogromne napięcie uczuciowe i erotyczne, które jest w tej historii. Masz rację - to wszystko jest u Jane Austen - miedzy wierszami. Scena uwiedzenia Elizy - przepięknie nakręcona, z pięknym światłem i stłumionymi westchnieniami - cudo! bardzo gorąca i niedosłowna. Sekwencja wizyty Marianne w Allenby: aż tętni od napięcia, podobnie scena obcinania kosmyka włosów. Elinor, powściągliwa, która Edwarda "lubi i ceni", nie odrywa od niego rozszerzonych oczu. Widać, ze erotyzm wisi w powietrzu. Zrobione jest to ze smakiem wyczuciem i przepięknie.

nicol81 - Sob 16 Lut, 2008 20:09

Mnie się jeszcze tutaj bardzo podobało pokazane dorastanie Marianny. Nie tylko chodzi o sprawę Willoughbiego, ale i to, ze zauważa, że nie jest jedyna na świecie :roll: Nie chodzi mi tylko, że interesuje się przezyciami Elizy. Cieszę się, że pokazali obiad u pani Ferras, wraz ze sceną, gdy Marianna broni Eleonory. Szkoda, że Brandon tego nie widziała :serce:
miłosz - Wto 19 Lut, 2008 12:43

i ja ogladnęłam i powiem że jak właczyłam pierwszy odcinek i zaczęłam ogladać to............ zatrzymałam i sprawdziłam czy to na pewno RiR i co tez ta Trzykrotka mi dała. Taka byłam zaskoczona :rotfl:
Brandon - och brandon, wiadomo Alanowi niekt nie dorówna, ale chmurno-tajemnicze spojrzenie, sokół i biblioteka w Delaford, a i sam domek takoż sprawia, że mozna iść za nim na koniec świata. A jak chciał Mariannę rozbierac z mokrego stroju, ale się zmitygował, a jak ona go wzięła za rekę już z letka w malignie ( przypominało mi to dotknięcie dłoni pana Tortona)
ja mimo wszystko jestem pod wielkim wrażeniem Edwarda, z którego w tej nowej ekranizacji zrobino bardziej krwistego ( bo Grant to taki z cyklu vice pierdoła) mężczyznę ,choć scena pogoni za drobiem na końcu z lekka krotochwilna.

Muzyka i zdjęcia - bardzo na plus, na razie to tyle. i chyba z tych nowych filmików najlepsza ekranizacja.

miłosz - Wto 19 Lut, 2008 13:32

Trzykrotka napisał/a:
staje w deszczu, z rozłożonymi rekami, jakby chciała się w nim symbolicznie wykąpać. Ona już wtedy leczy się ze swojego zakochania.
Pierwsze słowa, jakie mówi o Brandonie po wyzdrowieniu brzmią mniej więcej: jaki on jest romantyczny..

No i Brandon "obłaskawia" ją powoli i umiejętnie, delikatnie. Mnie w tym wydaniu nie raziła odmiana serca Marianne.


3koko on jest po prostu jak ten "wielki treser koni - zachowuje się delikatnie, a potem sie oddala" a mrianna jest klaczką, która za nim podąża ;)
mnie watek marianny i brandona ( czy Brandon posiadał jakieś imię) zawsze przywołuje w pamięci wątek Plantageneta i Glencory z Sagi rodu Palserów ( boszsz naprwde ktos to jeszcze pamieta?)

Sofijufka - Wto 19 Lut, 2008 13:34

miłosz napisał/a:
Trzykrotka napisał/a:
staje w deszczu, z rozłożonymi rekami, jakby chciała się w nim symbolicznie wykąpać. Ona już wtedy leczy się ze swojego zakochania.
Pierwsze słowa, jakie mówi o Brandonie po wyzdrowieniu brzmią mniej więcej: jaki on jest romantyczny..
JA! Ale Glencora do końca życia miała zadrę w sercu z powodu Burgo Fitzgeralda....

No i Brandon "obłaskawia" ją powoli i umiejętnie, delikatnie. Mnie w tym wydaniu nie raziła odmiana serca Marianne.


3koko on jest po prostu jak ten "wielki treser koni - zachowuje się delikatnie, a potem sie oddala" a mrianna jest klaczką, która za nim podąża ;)
mnie watek marianny i brandona ( czy Brandon posiadał jakieś imię) zawsze przywołuje w pamięci wątek Plantageneta i Glencory z Sagi rodu Palserów ( boszsz naprwde ktos to jeszcze pamieta?)

JA! Ale Glencora do końca życia miała w sercu zadrę z powodu Burgo Fitzgeralda.... :cry2:

miłosz - Wto 19 Lut, 2008 13:40

Sofijufka napisał/a:
miłosz napisał/a:
Trzykrotka napisał/a:
staje w deszczu, z rozłożonymi rekami, jakby chciała się w nim symbolicznie wykąpać. Ona już wtedy leczy się ze swojego zakochania.
Pierwsze słowa, jakie mówi o Brandonie po wyzdrowieniu brzmią mniej więcej: jaki on jest romantyczny..
JA! Ale Glencora do końca życia miała zadrę w sercu z powodu Burgo Fitzgeralda....

No i Brandon "obłaskawia" ją powoli i umiejętnie, delikatnie. Mnie w tym wydaniu nie raziła odmiana serca Marianne.


3koko on jest po prostu jak ten "wielki treser koni - zachowuje się delikatnie, a potem sie oddala" a mrianna jest klaczką, która za nim podąża ;)
mnie watek marianny i brandona ( czy Brandon posiadał jakieś imię) zawsze przywołuje w pamięci wątek Plantageneta i Glencory z Sagi rodu Palserów ( boszsz naprwde ktos to jeszcze pamieta?)

JA! Ale Glencora do końca życia miała w sercu zadrę z powodu Burgo Fitzgeralda.... :cry2:

wiem ale mnie i tak przypomina, zawsze byłam szurnieta ;)

Gunia - Wto 19 Lut, 2008 16:30

miłosz napisał/a:
mnie watek marianny i brandona ( czy Brandon posiadał jakieś imię)

Christopher, zdaje się. :mysle:

miłosz - Wto 19 Lut, 2008 17:01

Gunia napisał/a:
miłosz napisał/a:
mnie watek marianny i brandona ( czy Brandon posiadał jakieś imię)

Christopher, zdaje się. :mysle:

no oczywiście, że Christopher - ja to cierpie na sklerozę. dzięki Guniu :)

Trzykrotka - Wto 19 Lut, 2008 20:44

Super! Podobało się! Mnie się chyba tez podoba najbardziej z nowych ekranizacji.
Faktycznie, masz rację, jak Plantagenet z Glencorą sobie poczynał Brandon z Marianna! A już Soames do Ireny nie miał tej świętej cierpliwości i źle się to skończyło, zwłaszcza dla Fleur.
Swoją drogą, zawsze mnie zadziwia sprawa tych nieszczęsnych imion. Edward jest zawsze Edward. A jak ma na imię Willoughby? Nawet Marianna mówi o nim i do niego po nazwisku. Darcy dobrze, ze się podpisał imieniem, bo do dziś nie wiedziałybyśmy, jak mu było na imię, toz samo Bingley, choć do niego siostra mówiła "Karolu". A kapitan Wenford był Fryderykiem. Nie bardzo to rozumiem.

Gunia - Wto 19 Lut, 2008 21:11

Trzykrotka napisał/a:
A jak ma na imię Willoughby?

John?

Trzykrotka - Wto 19 Lut, 2008 21:14

:mrgreen: A pan Knightley? (George). Pamiętam, jak z miłoszem czekałyśmy w napięciu na dokończenie zdania przez Emmę- Gwyneth: już nie będę do pana mówić "panie Knihgtley", bede mowić..... "mój panie Knightley"
Gunia - Wto 19 Lut, 2008 21:18

Trzykrotka napisał/a:
już nie będę do pana mówić "panie Knihgtley", bede mowić..... "mój panie Knightley"

Tak, to cudny tekst. :mrgreen:

Gosia - Wto 19 Lut, 2008 21:40

No po prostu, szczyt intymnosci ;)


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group