To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fantastyka - Babylon 5

Admete - Sob 19 Gru, 2009 22:21

Zobaczymy ;) Zawsze możesz napisać swoją wizję Marcusa ;)
Aragonte - Sob 19 Gru, 2009 22:24

Chyba wtedy, kiedy parę słoneczek zamieni się w czarne karły :-P Potrzebuję czasu, niedouczona jestem w temacie Babylonowego uniwersum :wink:
Tzn. mam teraz na myśli pisanie czegoś na poważnie, a nie jakiś krótki fanfik :wink:

Admete - Sob 19 Gru, 2009 22:25

Cytat:
Tzn. mam teraz na myśli pisanie czegoś na poważnie, a nie jakiś krótki fanfik


Minie jeszcze trochę czasu i się podszkolisz ;)

Aragonte - Sob 19 Gru, 2009 22:41

Admete napisał/a:
Cytat:
Tzn. mam teraz na myśli pisanie czegoś na poważnie, a nie jakiś krótki fanfik


Minie jeszcze trochę czasu i się podszkolisz ;)

Na razie szkolę się w angielskim :wink:
Właśnie tłumaczę opis biura Marcusa i jak zwykle postawiłam na wariację na temat :-P

Aragonte - Nie 20 Gru, 2009 00:21

Hmm - czy ktoś (Admete :wink: ) ma pomysł na jakiś dobry polski odpowiednik określenia "big brother"? Nie mówię o programie telewizyjnym, żeby było jasne :-P
Mnie się nie kojarzy niestety żaden odpowiednik :roll: Chyba nie ma dobrego.

Edit: wciągnęłam się w ten rozdział :D Ciekawie się robi, kiedy bracia się kłócą :D

Aragonte - Nie 20 Gru, 2009 02:53

KATHRYN M. DRENNAN
SNY W MIEŚCIE SMUTKÓW

ROZDZIAŁ XV

Przybycie statku do Aryzyjskiej Kolonii Wydobywczej bywało zwykle wydarzeniem, na które z niecierpliwością wyczekiwano. Statki z Ziemi czy innych planet Systemu Słonecznego oraz z różnych ziemskich kolonii, a nawet pojawiające się sporadycznie frachtowce z Narnu czy ojczyzny Drazi przywoziły koresponcję, świeże dostawy, nowinki, mnóstwo plotek oraz żywą gotówkę niezbędną do zakupu Quantium 40, którą potem przeznaczano na wynagrodzenia, gaże i premie.
Widok minbarskiego statku obudził odrobinę mniejsze zainteresowanie, ponieważ powściągliwi Minbari rzadko przywozili ze sobą cokolwiek poza pustymi ładowniami oraz pieniędzmi. Nieznośnie ugrzecznieni, rzadko wdawali się w zwykłe pogaduszki, rzucali domysły czy plotki, bardzo rzadko przekazywali też jakieś nowiny, których warto byłoby wysłuchać.
Tak naprawdę Marcus nie spodziewał się zobaczyć jakiegokolwiek Minbari do momentu, kiedy kapitan ich statku zechce sfinalizować transakcję i zapłacić. Póki co przyglądał się więc tylko przez monitory umieszczone w biurze, jak świeżo przybyły statek dostawczy Minbari ostrożnie manewrował podczas załadunku w doku Orbitalnej Platformy Rafinerii.
Marcus przyznawał w duchu, że minbarskie statki – frachtowce, przewożące podróżnych, a nawet śmiercionośne statki wojenne – były po prostu piękne. Przybyły ostatnio charakteryzowały pełne gracji linie kadłuba oraz świetliste barwy długich, szpiczastych skrzydeł. Mimo to pozostawiał wrażenie potęgi. Przypominał w tym samych Minbari, których zwodniczo krucha budowa skrywała prawdziwą siłę.
Kiedy trwała wojna z Minbari, Marcus jako młody rekrut nigdy nie miał okazji uczestniczyć w bitwie, ale od tego czasu zobaczył już wiele minbarskich statków. Ich widok, mimo niewątpliwego piękna, sprawiał, że przenikał go dreszcz.
Teraz jednak nie miało to znaczenia. Chodziło o interesy, a Minbari byli dobrymi klientami. Co więcej, kapitan i załoga statku, należący do kasty robotników, a nie wojowników, okazali się dość sympatyczni, mimo że mało towarzyscy.
Marcus oderwał się od widoku z okna, wrócił do papierkowej roboty i nie poświęcał gościom żadnej myśli aż do chwili, kiedy w kilka godzin później sekretarka zapowiedziała mu, że do biura przybył kapitan minbarskiego statku.
Pozostał za biurkiem. Wiedział, że Minbari nie witali się uściskiem dłoni i nie będą oczekiwali od niego, aby wstał na ich widok. Bardzo mu zależało, aby jak najszybciej skończyć szczegółowy raport, więc nie od razu odwrócił wzrok od ekranu komputera, kiedy Minbari weszli do pokoju.
— Chwileczkę… przepraszam — rzucił, wciskając ostatnią sekwencję klawiszy, po czym spojrzał na twarz, która powinna należeć do kapitana minbarskiego statku.
Okazała się jednak obliczem rozpromienionego, uśmiechniętego szeroko Williama.
Mózg nie od razu zaakceptował to, co przekazał Marcusowi zmysł wzroku. Nic dziwnego, że zamarł, na wpół odwrócony do ekranu komputera, zapatrzony w doskonale znaną twarz.
— Ej! Zamierzasz mnie przywitać czy będziesz się tylko tak gapił? Jeśli to drugie, to chociaż zamknij usta. Wyglądasz jak ryba.
Marcus wstał.
— William, co…
Nic więcej nie zdołał z siebie wydobyć. Rozejrzał się bezradnie, szukając wyjaśnień. Zdał sobie wtedy sprawę, że kapitan statku Minbari także znajdował się w biurze, ale zatrzymał się tuż przy drzwiach, zachowując pełną szacunku postawę.
— Jak… skąd…
— Brakuje jeszcze tylko „kto” i „dlaczego” — dokończył ze śmiechem młodszy brat. — Jezzzu! Dobrze cię widzieć, Marcus. Wybacz, że wpadłem tak znienacka. Nie powiem, całkiem mnie to ubawiło. Wiem, że najpierw musisz się zatroszczyć o interesy, więc może później ci wszystko wyjaśnię, co?
William odwrócił się do dowódcy statku Minbari i przemówił do niego w języku, w którym Marcus rozpoznał dialekt kasty wojowników. Kapitan odpowiedział lekkim ukłonem i podszedł bliżej. Jeszcze bardziej zdumiony Marcus z wysiłkiem skoncentrował się na transakcji. Szybko podsunął Minbari dokumenty, które tamten musiał podpisać. Śpieszył się, chcąc jak najszybciej uporać się z wszystkimi niezbędnymi formalnościami. William przyglądał się w milczeniu tej scenie i uśmiechał się radośnie. Kiedy wszystko zostało załatwione, kapitan statku znowu zwrócił się do Williama i przemówił do niego w dialekcie kasty wojowników. Tym razem Marcus skupił się na tym dialogu i spróbował zrozumieć, o czym tamci dwaj rozmawiali.
Odniósł wrażenie, że jego braciszek przekazał Minbari, aby tamten zaczekał na niego na statku. Kapitan skłonił się i wyszedł.
William ogarnął wzrokiem gabinet starszego brata. Pokój był zatłoczony, mimo że wyposażony tylko w to, co absolutnie niezbędne. Proste metalowe biurko i obrotowe krzesło, komputer, dwa twarde fotele dla odwiedzających. Ściany były gładkie, pozbawione ozdób.
— Mało przytulnie, ale przynajmniej panuje tu swojski bałagan — rzucił złośliwie William. — Wiesz, że gdybyś usunął to zdjęcie z biurka, z tego pokoju zniknęłyby wszelkie ślady życia?
Marcus nadal był zbyt oszołomiony, żeby panować nad własną mimiką. Bez względu na to, co wyrażała teraz jego twarz, sprawiło to, że uśmiech Williama stał się jeszcze szerszy.
— Mamy wiele do obgadania. Czy jest tu jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy pójść? Odrobinę wygodniejsze i bardziej na uboczu?
Marcus przytaknął. Przekazał sekretarce, że będzie niedostępny przez kilka następnych godzin, a potem zaczął prowadzić brata do swojej kwatery przez labirynt korytarzy. Na wszystkie pytania, jakie zadawał, uzyskał tylko wymijającą odpowiedź: „porozmawiamy u ciebie”, dlatego większość drogi pokonali w zupełnym milczeniu. Marcus wykorzystał ten czas na przyjrzenie się bratu, który miał na sobie jakiś dziwny, obcy strój. Co mogła oznaczać brosza z lśniącym kamieniem na jego lewym ramieniu? Marcus zapytał o to, kiedy tylko znaleźli się w jego kwaterze i drzwi za nimi się zamknęły.
— Co ty masz na sobie? To minbarski ubiór?
— W rzeczy samej — potwierdził William. — To mundur organizacji, do której należę.
— Mundur?… Na Boga, w co ty się wpakowałeś, Willie?
Nieuleczalnie dobry humor Williama odrobinę osłabł. Nienawidził, kiedy nazywano go „Willie”, z czego Marcus doskonale zdawał sobie sprawę.
— To coś bardzo ważnego, bracie — oświadczył z powagą. — To dlatego tu jestem.
Usiadł na mocno zniszczonym tapczanie i czekał. Marcus przysunął jedyny fotel i też usiadł.
— No dobrze — powiedział. — A więc co tutaj robisz? I co, do cholery, robiłeś wśród Minbari? A może powinienem spytać: co oni zrobili z tobą?
Na twarz Williama powrócił radosny uśmiech.
— Ani trochę nie cieszysz się, że mnie widzisz?
— Cieszyłbym się dużo bardziej, gdybym sądził, że pojawiłeś się tutaj z jakiegoś sensownego powodu. Gdybym sądził, że chcesz pomóc mi w interesach. Powinniśmy razem dźwigać to brzemię.
— Brzemię — powtórzył William. — Ciekawe wybrałeś sobie słowo.
— Och, zapomniałem — wypalił Marcus. — Życie to niekończąca się zabawa… Czyż to nie twoja filozofia? O ile twoją nieodpowiedzialność można uhonorować takim słowem.
— To odpowiedzialność sprowadziła mnie tutaj.
— Taaak? Odpowiedzialność wobec rodziny? Zamierzasz wreszcie postąpić zgodnie z oczekiwaniami? Miło z twej strony, że wziąłeś udział w pogrzebie matki, ale chyba tamtego dnia pożegnałeś się z odpowiedzialnością.
William był wyraźnie zaskoczony gwałtownością zarzutów Marcusa. Po raz pierwszy podczas tego spotkania stracił rezon i sprawiał wrażenie kogoś, kto nie wie, co chce powiedzieć. Zachmurzył się, zamilkł. Kiedy się odezwał, jego głos był niski, pełen emocji.
— Kochałem rodziców równie mocno jak ty.
— Wybrałeś osobliwy sposób, żeby to okazać.
— Nie! Raczej ty! — William wstał, nie ukrywając gniewu. — Oni chcieli, abyśmy żyli własnym życiem. Ty chciałeś zająć się firmą. W porządku, wiem, że ojca to uszczęśliwiło. Ale ja chciałem czegoś więcej i on to akceptował. Podobnie jak mama. Chciała, żeby ojciec odrobinę odpuścił. Żeby nie zaharowywał się…
— …na śmierć? — powiedział Marcus, również wstając, i spojrzał w oczy brata.
— Tak. Jak ty teraz robisz. Bez powodu! Matka nie przekonała ojca, żeby przestał tak ciężko pracować. Nie przekonała też ciebie, chociaż próbowała. Nie chciała, żebyś się zajmował firmą, jeśli ma cię to unieszczęśliwić. Sama też nie chciała tego… Próbowała ci powiedzieć, że nic złego się nie stanie, jeśli po śmierci taty przestaniesz o to walczyć. Ojciec też by nie chciał, żebyś prowadził żałosne życie z tego powodu.
— Wydaje ci się, że dużo wiesz, ale nie wiesz nic! — rzucił z wściekłością Marcus. — Odpowiadam za tę firmę. To nasz spadek. Nas obu!
— Na Boga, nie poznaję cię — odparł cicho William. — To był nasz spadek, kiedy nas wychowywano. To miało być nasze. Ale ty, Marcus… ty zawsze nienawidziłeś życia w tej kolonii. Chciałeś podróżować, choćby jako pilot. Pamiętam, jak snułeś fantazje o przygodach, które cię miały spotkać, kiedy dorośniesz.
— Cóż, w końcu dorosłem. I odkryłem, że życie jest odległe od młodzieńczych fantazji — odparował Marcus. — To z ich powodu przebrałeś się w ten strój?
— Właśnie o tym chciałem z tobą pomówić — powiedział William i nagle się roześmiał. — Ale wyszło jak zawsze. Wiedziałem, że zaledwie powiem „cześć, bracie”, zaczniemy na siebie się wydzierać.
Marcus nie odpowiedział uśmiechem, ale jego gniew już odpłynął. Czuł tylko znużenie.
— Po co przyleciałeś?
— Aby złożyć ci pewną propozycję — powiedział uroczyście William. — I dać szansę…
Znowu usiadł. Po chwili to samo zrobił Marcus.
— Słucham — powiedział.

[CDN]

Aragonte - Nie 20 Gru, 2009 02:56

Sorki za niedoróbki, ale muszę w końcu iść spać :wink:
Admete - Nie 20 Gru, 2009 09:23

Big brother to dla mnie starszy brat.

Przeczytam potem :)

Aragonte - Nie 20 Gru, 2009 09:32

Kłopot w tym, że nie bardzo sobie wyobrażam, że brat mówi do brata (po polsku): "starszy bracie". "Braciszku" ("little brother") to jeszcze, ale to pierwsze jest dla mnie mało życiowe :-|
Admete - Nie 20 Gru, 2009 09:36

Hmmm...A ja mam na GG wpisanych braci: Młodszy Brat, Starszy Brat :)
Aragonte - Nie 20 Gru, 2009 10:42

:lol:
Chodzi mi po prostu o to, że w bezpośredniej rozmowie nie bardzo mi się wydaje prawdopodobne zwracanie się do rodzeństwa w taki sposób. W trzeciej osobie - a proszę bardzo - czemu nie. Po angielsku to jednak inaczej brzmi, po polsku taka konstrukcja wydawała mi się dość sztuczna :mysle:

Admete - Nie 20 Gru, 2009 12:17

W żartach można ;) Zapewniam cię. Mozna też rozróżnić "bracie" i "braciszku".
Aragonte - Nie 20 Gru, 2009 12:32

W żartach można, jasne, ale Marcus i William raczej nie żartowali, tylko kłócili się o pryncypia :wink:
Brat i braciszek jest OK :)

Aragonte - Pon 21 Gru, 2009 06:36

Melduję, że Praedzio obejrzała A Late Delivery To Avalon - i żyje :-P
Starałam się nie zaspoilerować jej na śmierć :wink:

praedzio - Pon 21 Gru, 2009 08:29

:mrgreen:

Żyję, żyję. ;) Nawet przyjemnie mi się oglądało, ale do Waszego zachwytu wciąż mi jeszcze daleko. :wink:

Aragonte - Pon 21 Gru, 2009 09:50

Najważniejsze, że nie obudził się w Tobie żywiołowy wstręt :-P
I że doceniłaś oczy Marcusa :wink:

Aragonte - Wto 22 Gru, 2009 01:28

Skończyłam tłumaczenie XV rozdziału :banan_czerwony:
Zieeeeew :wink:
Wkleję je jutro, bo muszę je koniecznie przejrzeć rano, przed wyjazdem do rodziców. Tam niestety nie będzie netu, więc jeśli nawet coś przypadkiem przetłumaczę, to nic nie wkleję.

Idę spać :)

Aragonte - Wto 22 Gru, 2009 11:51

KATHRYN M. DRENNAN
SNY W MIEŚCIE SMUTKÓW

ROZDZIAŁ XV

Przybycie statku do Aryzyjskiej Kolonii Wydobywczej bywało zwykle wydarzeniem, na które z niecierpliwością wyczekiwano. Statki z Ziemi czy innych planet Systemu Słonecznego oraz z różnych ziemskich kolonii, a nawet pojawiające się sporadycznie frachtowce z Narnu czy ojczyzny Drazi przywoziły koresponcję, świeże dostawy, nowinki, mnóstwo plotek oraz żywą gotówkę niezbędną do zakupu Quantium 40, którą potem przeznaczano na wynagrodzenia, gaże i premie.
Widok minbarskiego statku obudził odrobinę mniejsze zainteresowanie, ponieważ powściągliwi Minbari rzadko przywozili ze sobą cokolwiek poza pustymi ładowniami oraz pieniędzmi. Nieznośnie ugrzecznieni, rzadko wdawali się w zwykłe pogaduszki, rzucali domysły czy plotki, bardzo rzadko przekazywali też jakieś nowiny, których warto byłoby wysłuchać.
Tak naprawdę Marcus nie spodziewał się zobaczyć jakiegokolwiek Minbari do momentu, kiedy kapitan ich statku zechce sfinalizować transakcję i zapłacić. Póki co przyglądał się więc tylko przez monitory umieszczone w biurze, jak świeżo przybyły statek dostawczy Minbari ostrożnie manewrował podczas załadunku w doku Orbitalnej Platformy Rafinerii.
Marcus przyznawał w duchu, że minbarskie statki – frachtowce, przewożące podróżnych, a nawet śmiercionośne statki wojenne – były po prostu piękne. Przybyły ostatnio charakteryzowały pełne gracji linie kadłuba oraz świetliste barwy długich, szpiczastych skrzydeł. Mimo to pozostawiał wrażenie potęgi. Przypominał w tym samych Minbari, których zwodniczo krucha budowa skrywała prawdziwą siłę.
Kiedy trwała wojna z Minbari, Marcus jako młody rekrut nigdy nie miał okazji uczestniczyć w bitwie, ale od tego czasu zobaczył już wiele minbarskich statków. Ich widok, mimo niewątpliwego piękna, sprawiał, że przenikał go dreszcz.
Teraz jednak nie miało to znaczenia. Chodziło o interesy, a Minbari byli dobrymi klientami. Co więcej, kapitan i załoga statku, należący do kasty robotników, a nie wojowników, okazali się dość sympatyczni, mimo że mało towarzyscy.
Marcus oderwał się od widoku z okna, wrócił do papierkowej roboty i nie poświęcał gościom żadnej myśli aż do chwili, kiedy w kilka godzin później sekretarka zapowiedziała mu, że do biura przybył kapitan minbarskiego statku.
Pozostał za biurkiem. Wiedział, że Minbari nie witali się uściskiem dłoni i nie będą oczekiwali od niego, aby wstał na ich widok. Bardzo mu zależało, aby jak najszybciej skończyć szczegółowy raport, więc nie od razu odwrócił wzrok od ekranu komputera, kiedy Minbari weszli do pokoju.
— Chwileczkę… przepraszam — rzucił, wciskając ostatnią sekwencję klawiszy, po czym spojrzał na twarz, która powinna należeć do kapitana minbarskiego statku.
Okazała się jednak obliczem rozpromienionego, uśmiechniętego szeroko Williama.
Mózg nie od razu zaakceptował to, co przekazał Marcusowi zmysł wzroku. Nic dziwnego, że zamarł, na wpół odwrócony do ekranu komputera, zapatrzony w doskonale znaną twarz.
— Ej! Zamierzasz mnie przywitać czy będziesz się tylko tak gapił? Jeśli to drugie, to chociaż zamknij usta. Wyglądasz jak ryba.
Marcus wstał.
— William, co…
Nic więcej nie zdołał z siebie wydobyć. Rozejrzał się bezradnie, szukając wyjaśnień. Zdał sobie wtedy sprawę, że kapitan statku Minbari także znajdował się w biurze, ale zatrzymał się tuż przy drzwiach, zachowując pełną szacunku postawę.
— Jak… skąd…
— Brakuje jeszcze tylko „kto” i „dlaczego” — dokończył ze śmiechem młodszy brat. — Jezzzu! Dobrze cię widzieć, Marcus. Wybacz, że wpadłem tak znienacka. Nie powiem, całkiem mnie to ubawiło. Wiem, że najpierw musisz się zatroszczyć o interesy, więc może później ci wszystko wyjaśnię, co?
William odwrócił się do dowódcy statku Minbari i przemówił do niego w języku, w którym Marcus rozpoznał dialekt kasty wojowników. Kapitan odpowiedział lekkim ukłonem i podszedł bliżej. Jeszcze bardziej zdumiony Marcus z wysiłkiem skoncentrował się na transakcji. Szybko podsunął Minbari dokumenty, które tamten musiał podpisać. Śpieszył się, chcąc jak najszybciej uporać się z wszystkimi niezbędnymi formalnościami. William przyglądał się w milczeniu tej scenie i uśmiechał się radośnie. Kiedy wszystko zostało załatwione, kapitan statku znowu zwrócił się do Williama i przemówił do niego w dialekcie kasty wojowników. Tym razem Marcus skupił się na tym dialogu i spróbował zrozumieć, o czym tamci dwaj rozmawiali. Odniósł wrażenie, że jego braciszek przekazał Minbari, aby tamten zaczekał na niego na statku. Kapitan skłonił się i wyszedł.
William ogarnął wzrokiem gabinet starszego brata. Pokój był zatłoczony, mimo że wyposażony tylko w to, co absolutnie niezbędne. Proste metalowe biurko i obrotowe krzesło, komputer, dwa twarde fotele dla odwiedzających. Ściany były gładkie, pozbawione ozdób.
— Mało przytulnie, ale przynajmniej panuje tu swojski bałagan — rzucił złośliwie William. — Wiesz, że gdybyś usunął to zdjęcie z biurka, z tego pokoju zniknęłyby wszelkie ślady życia?
Marcus nadal był zbyt oszołomiony, żeby panować nad własną mimiką. Bez względu na to, co wyrażała teraz jego twarz, sprawiło to, że uśmiech Williama stał się jeszcze szerszy.
— Mamy wiele do obgadania. Czy jest tu jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy pójść? Odrobinę wygodniejsze i bardziej na uboczu?
Marcus przytaknął. Przekazał sekretarce, że będzie niedostępny przez kilka następnych godzin, a potem zaczął prowadzić brata do swojej kwatery przez labirynt korytarzy. Na wszystkie pytania, jakie zadawał, uzyskał tylko wymijającą odpowiedź: „porozmawiamy u ciebie”, dlatego większość drogi pokonali w zupełnym milczeniu. Marcus wykorzystał ten czas na przyjrzenie się bratu, który miał na sobie jakiś dziwny, obcy strój. Co mogła oznaczać brosza z lśniącym kamieniem, wpięta w ubranie nieco poniżej jego lewego ramienia? Marcus zapytał o to wszystko, kiedy tylko znaleźli się w jego kwaterze i drzwi za nimi się zamknęły.
— Co ty masz na sobie? To minbarski ubiór?
— W rzeczy samej — potwierdził William. — To mundur organizacji, do której należę.
— Mundur?… Na Boga, w co ty się wpakowałeś, Willie?
Nieuleczalnie dobry humor Williama odrobinę osłabł. Nienawidził, kiedy nazywano go „Willie”, z czego Marcus doskonale zdawał sobie sprawę.
— To coś bardzo ważnego, bracie — oświadczył z powagą. — To dlatego tu jestem.
Usiadł na mocno zużytym tapczanie i czekał. Marcus przysunął jedyny fotel i też usiadł.
— No dobrze — powiedział. — A więc co tutaj robisz? I co, do cholery, robiłeś wśród Minbari? A może powinienem spytać: co oni zrobili z tobą?
Na twarz Williama powrócił radosny uśmiech.
— Ani trochę nie cieszysz się, że mnie widzisz?
— Cieszyłbym się dużo bardziej, gdybym sądził, że pojawiłeś się tutaj z jakiegoś sensownego powodu. Gdybym sądził, że chcesz pomóc mi w interesach. Powinniśmy razem dźwigać to brzemię.
— Brzemię — powtórzył William. — Ciekawe wybrałeś sobie słowo.
— Och, zapomniałem — wypalił Marcus. — Życie to niekończąca się zabawa… Czyż to nie twoja filozofia? O ile twoją nieodpowiedzialność można uhonorować takim słowem.
— To odpowiedzialność sprowadziła mnie tutaj.
— Taaak? Odpowiedzialność wobec rodziny? Zamierzasz wreszcie postąpić zgodnie z oczekiwaniami? Miło z twej strony, że wziąłeś udział w pogrzebie matki, ale chyba tamtego dnia pożegnałeś się z odpowiedzialnością.
William był wyraźnie zaskoczony gwałtownością zarzutów Marcusa. Po raz pierwszy podczas tego spotkania stracił rezon i sprawiał wrażenie kogoś, kto nie wie, co chce powiedzieć. Zachmurzył się, zamilkł. Kiedy się odezwał, jego głos był niski, pełen emocji.
— Kochałem rodziców równie mocno jak ty.
— Wybrałeś osobliwy sposób, żeby to okazać.
— Nie! Raczej ty! — William wstał, nie ukrywając gniewu. — Oni chcieli, abyśmy żyli własnym życiem. Ty chciałeś zająć się firmą. W porządku, wiem, że ojca to uszczęśliwiło. Ale ja chciałem czegoś więcej i on to akceptował. Podobnie jak mama. Chciała, żeby ojciec odrobinę odpuścił. Żeby nie zaharowywał się…
— …na śmierć? — powiedział Marcus, również wstając, i spojrzał w oczy brata.
— Tak. Jak ty teraz robisz. Bez powodu! Matka nie przekonała ojca, żeby przestał tak ciężko pracować. Nie przekonała też ciebie, chociaż próbowała. Nie chciała, żebyś się zajmował firmą, jeśli ma cię to unieszczęśliwić. Sama też nie chciała tego… Próbowała ci powiedzieć, że nic złego się nie stanie, jeśli po śmierci taty przestaniesz o to walczyć. Ojciec też by nie chciał, żebyś prowadził żałosne życie z tego powodu.
— Wydaje ci się, że dużo wiesz, ale nie wiesz nic! — rzucił z wściekłością Marcus. — Odpowiadam za tę firmę. To nasz spadek. Nas obu!
— Na Boga, nie poznaję cię — odparł cicho William. — To był nasz spadek, kiedy nas wychowywano. To miało być nasze. Ale ty, Marcus… ty zawsze nienawidziłeś życia w tej kolonii. Chciałeś podróżować, choćby jako pilot. Pamiętam, jak snułeś fantazje o przygodach, które miały cię spotkać, kiedy dorośniesz.
— Cóż, w końcu dorosłem. I odkryłem, że prawdziwe życie się różni od młodzieńczych fantazji — odparował Marcus. — To z ich powodu przebrałeś się w ten strój?
— Właśnie o tym chciałem z tobą pomówić — powiedział William i nagle się roześmiał. — Ale wyszło jak zawsze. Wiedziałem, że zaledwie powiem „cześć, bracie”, zaczniemy na siebie się wydzierać.
Marcus nie odpowiedział uśmiechem, ale jego gniew już odpłynął. Czuł tylko znużenie.
— Po co przyleciałeś?
— Aby złożyć ci pewną propozycję — powiedział uroczyście William. — I dać szansę…
Znowu usiadł. Po chwili to samo zrobił Marcus.
— Słucham — powiedział.
Brat rozpoczął pokrętną, szaloną opowieść o przebudzeniu starożytnej rasy Obcych zwanych Cieniami, które zagrażały wszystkim formom życia w znanej części galaktyki. O tym, jak legendarna organizacja wojskowa założona przez Minbari, zwana Strażnikami – Marcus zwrócił na to uwagę – została kolejny raz wezwana przez kogoś o nazwisku Jeffrey Sinclair do walki z prastarą groźbą. A także o tym, że Ziemianie i Minbari zyskali obecnie równe szanse na to, żeby stać się członkami tej szacownej organizacji, jaką stanowili Strażnicy.
— Wybrałem się na Minbar tylko dlatego, że fascynowała mnie minbarska kultura — opowiadał William. — Na samym początku pobytu spotkałem ambasadora Sinclaira. Rozmawialiśmy. Byłem pewien, że uznał mnie za idiotę, że pogrążyłem się podczas tego spotkania, ale parę tygodni później wezwał mnie do swego biura. Dał mi szansę na uczestniczenie w treningach Strażników. Powiedział, że dostrzegł we mnie coś obiecującego podczas tego pierwszego spotkania. Zaproponował, abym dołączył do grupy początkujących. Ciężko było mi w to uwierzyć.
— No, to jest nas dwóch — burknął Marcus. Czy jego brat pozbył się na Minbarze resztek zdrowego rozsądku? — W tym, co mówisz, nie ma żadnego sensu. Istny minbarski bełkot. Tajemniczy Obcy, o których wie tak niewielu, groźba powszechnej zagłady… W co ty się bawisz?
— To nie zabawa — obruszył się William. — Cienie naprawdę są groźne. Na pewno słyszałeś te historie o statkach znikających w hiperprzestrzeni i na Obrzeżu, które natykały się na nieznane statki Obcych, czarniejsze niż ciemność rozpostarta pośród gwiazd. Mało kto uszedł cało z takiego spotkania.
— Tak, tak, ludzie z taką samą powagą opowiadają o włochatym yeti, potworze z Loch Ness, widmowych statkach i Trójkącie Bermudzkim. To bajki, Willie. Jak twoje Cienie. To wszystko bzdury. Ale, ale, powiedziałeś mi, że masz dla mnie propozycję. Żadnej jeszcze nie słyszałem… i w sumie to już nie wiem, czy chcę usłyszeć.
— Propozycja? Już mówię. Strażnicy potrzebują godnych zaufania źródeł Q-40. Powiedziałem Pierwszemu Strażnikowi, że możesz być zainteresowany ubiciem z nami interesu.
— To pierwsze rozsądne zdanie, jakie wypowiedziałeś od swego powrotu. Zawsze cieszy mnie widok klienta, który płaci.
— Chcemy też cię poprosić o zgodę na stałą obecność Strażników w tym miejscu. Bardzo dyskretną obecność. Nie chodzi tylko o zapewnienie dostaw Q-40. Chcemy śledzić aktywność Cieni w tym obszarze.
— Rozumiem, że znaleźliście tu mrowie śladów Cieni — mruknął sceptycznie Marcus.
— Właściwie to nie. W każdym razie nie dotarły do nas takie pogłoski. Ale do tej pory nie mieliśmy możliwości zbierania tutaj informacji. Potrzebujemy stałej bazy, żeby patrolować ten obszar. Zależy nam na twojej współpracy.
— Jeśli nie zakłóci to życia tej kolonii, to możecie przybyć tutaj, ty i twoi przyjaciele, i pobawić się w żołnierzy. O jakiej okazji mówiłeś?
— Strażnicy musieli zacząć niemal od zera — powiedział William, przyglądając się uważnie bratu. — Organizacja szybko się rozrasta, ale ciągle potrzebujemy wielu nowych rekrutów. Obowiązkiem każdego Strażnika jest porozmawiać z ludźmi, o których wiemy, że spełniają nasze wymagania, i wyjaśnić im, o co w tym wszystkim chodzi.
— Chcesz szukać rekrutów wśród moich ludzi? — spytał niedowierzająco Marcus. — W tym fachu ciężko o dobrych pracowników. Trudno też ich zatrzymać, nawet bez twojej…
— Nie, nie zrozumiałeś. Nie chodzi o twoich ludzi, tylko o ciebie. Marcus, chciałbym, żebyś do nas dołączył. Masz wszystkie potrzebne umiejętności. Jesteś fenomenalnym pilotem, masz za sobą wojskowy trening i praktyczną znajomość Minbari z czasów służby w Siłach Ziemskich podczas wojny. Zawsze dobrze ci szła nauka języków. W dodatku podczas wojny zostałeś przydzielony do Korpusu Wywiadu Sił Ziemskich, a w tej chwili jesteśmy głównie zwiadowcami.
— Czy muszę ci przypomnieć, że zostałem wcielony do Sił Ziemskich wbrew swej woli? I że zawsze nienawidziłem służby w armii?
— Strażnicy to nie armia. Nie jesteśmy zwykłą organizacją wojskową. Jesteśmy czymś więcej.
— To prawie sekta, jeśli o mnie chodzi — skrzywił się Marcus. — A sekt nie znoszę jeszcze bardziej niż armii.
— Nie, to nie tak. Po prostu być Strażnikiem to coś więcej niż po prostu żołnierzem. To powołanie do służby. Pierwszy Strażnik wpoił nam wszystkim, że naszym podstawowym obowiązkiem jest ochrona Życia. O to tu chodzi.
— Mówimy o Minbari, tak? Cóż, minbarska organizacja wojskowa musi być kierowana przez kastę wojowników. Może wiem o nich malutko, ale na pewno to, że niespecjalnie uwielbiają ludzi. Nie ufam im z zasady. Will, nie brałeś pod uwagę tego, że może wprowadzono cię w błąd?
— Strażnicy nigdy nie byli zarządzani przez kastę wojowników. Co więcej, nie są już organizacją zarezerwowaną dla Minbari. Pierwszy Strażnik jest człowiekiem, wielu innych Strażników też jest ludźmi. Pierwszy Strażnik powiedział, że zarówno Ziemia, jak i Minbar są wyjątkowo narażone na atak Cieni, więc to my przede wszystkim mamy obowiązek włączyć się do walki. Powiedział…
— Pierwszy Strażnik całkiem sporo mówi — zauważył szyderczo Marcus. — Sekta, rzeczywiście. I wygląda mi to na kult przywódcy.
— Jeffrey Sinclair to niepospolity człowiek, ale twardo stąpa po ziemi — oświadczył żarliwie William. Roześmiał się, kiedy dotarło do niego, jak niefortunnie dobrał słowa. — Owszem, jest tak, mimo że stacjonujemy na Minbarze. Ostatnie, co można mu przypisać, to chęć zostania obiektem kultu.
— Cóż, czytałem to i owo o twoim Pierwszym Strażniku. Czy to nie ten sam Jeffrey Sinclair, który podczas wojny został wzięty do niewoli przez Minbari? Ten sam Jeffrey Sinclair, którego wysłano do nich jako ambasadora na wyraźne życzenie Minbari? I który potem stwarzał pozory, że ma większą władzę, niż miał prawo? On mi wygląda na odszczepieńca. Kto wie, jakie są jego motywy?
— Nie powinieneś wierzyć we wszystko, o czym piszą w gazetach, Marcus. Jeszcze gorzej jest z tym, co ostatnio można usłyszeć w oficjalnych komunikatach rządu Sojuszu Ziemskiego. Nie sądziłem, że będę musiał przypominać o tym komuś, kto wychował się na jednej z kolonii. Na Ziemi dzieje się coś złego. Strażnicy mogą być tam kiedyś potrzebni. Leć ze mną na Minbar i sam się przekonaj. Opowiedziałem o tobie Pierwszemu Strażnikowi. Zgodził się, żebym z tobą porozmawiał i poprosił o dołączenie do nas.
— Muszę zarządzać firmą — uciął Marcus i urwał na moment. — Do cholery, Will, cieszę się, że tu jesteś, nawet jeśli masz rację i nie możemy zamienić dwóch słów, żeby nie zacząć na siebie wrzeszczeć. Uwierzysz w to lub nie, ale jest tak, bo cię kocham. I się martwię. Całe życie goniłeś to za tym, to za owym, na niczym nie skupiłeś się naprawdę długo. Dlaczego mam uwierzyć, że z tą aferą ze Strażnikami będzie inaczej?
— Ponieważ to jest inne. Naprawdę ważne. Ponieważ zajmuję się czymś istotnym. I jest to coś, co zawsze chciałem robić, czuję to. Ideały Strażników to coś naprawdę wspaniałego. Gdybyś poleciał na Minbar i spotkał Jeffreya Sinclaira…
— Willie, zachowujesz się jak dureń — powiedział ze zniecierpliwieniem Marcus. — Dajesz się uwieść legendom. Strugasz bohatera. Spójrz na siebie. Nosisz ten śmieszny strój, udając legendarnego wojownika Minbari. Przypuszczalnie narażasz życie… w imię czego? Cóż, braciszku, jeśli o takim życiu marzyłeś, to w porządku. Twoja sprawa. Ale nie próbuj mnie w to wciągać. Moje życie jest prawdziwe. Nie potrzebuję złudzeń.
William usiadł na powrót, westchnął, podniósł spojrzenie na sufit, a potem znowu zwrócił je na brata.
— Wiesz, kiedyś często żartowałeś — powiedział ku zaskoczeniu Marcusa. — Miałeś najbystrzejszy dowcip, najlepsze poczucie humoru ze wszystkich znanych mi ludzi. Kiedy byliśmy dzieciakami, zawsze umiałeś poprawić mi nastrój, bez względu na to, co by się działo. A teraz? Spójrz na siebie! Istna gradowa chmura. Mówisz, że to prawdziwe życie? Że robisz to wszystko dla siebie? Nazwałeś mnie durniem, który naraża życie bez ważnego powodu. Ale ja jestem szczęśliwy, bracie. Możesz powiedzieć o sobie to samo?
Marcus nie znalazł odpowiedzi. Prawda wyglądała inaczej, niż sądził jego postrzelony braciszek, który, nawiasem mówiąc, wydawał się bardziej dorosły i pewny siebie, niż można się było spodziewać. Na szczęście ciągle pozostał sobą, Williamem, zachował to, co najważniejsze. Nie przeszedł prania mózgu, czego brat początkowo się obawiał. Zachowywał się po prostu jak ktoś, kto odnalazł własną drogę. Jednak to, o czym opowiadał – Cienie, Strażnicy i wszystko inne – nadal wydawało się niedorzeczne.
— Przypuszczam, że zabierzesz się tym minbarskim statkiem? — spytał w końcu Marcus. W jego głosie dało się wyczuć okruch żalu. Nawet więcej niż okruch.
— Nie — odparł William, podejmując decyzję. — Odeślę go. Złapię następny statek. W końcu musimy zająć się transakcją. Nie musisz uwielbiać Strażników, żeby z nimi handlować Q-40, prawda?
Marcus uśmiechnął się po raz pierwszy. Chociaż nie chciał do tego się przyznawać, ucieszyła go świadomość, że przez jakiś czas będzie miał przy sobie młodszego brata.

Admete - Wto 22 Gru, 2009 21:56

Widzę, ż edokończyłas rozdział :) Poczytam, jak będe przytomniejsza.

A tu ciekawostka - informacje na temat, jak w pierwszych zarysach wygladała historia B5 - nie ma w niej Sheridana i innych znanych nam dobrze postaci:

"SEASONS 1 & 2

Much of the stuff on the first two seasons matches what we actually saw on screen, including:

-Sinclair trying to figure out the hole in his mind from the Battle of the Line
-The “Babylon Squared” story
-Santiago assassination and Clark taking over
-Delenn undergoing transformation
-The Shadows slowly making their presence felt, and Londo allying with them, and Londo using them to gain influence with the Centauri
-Kosh revealing himself to all when he saves Sinclair's life at the end of Season 2

Main divergences from what we saw on screen:

-Sinclair stays on, and remains commander of the station throughout the series
-Unclear exactly when this is revealed, but the secret behind Sinclair & the Battle of the Line is not that he becomes Valen (Valen is never mentioned in this outline), but that he is the person who has been prophesied to save the Minbari from dying off. In order to fulfill the prophesy, Delenn must transform to become human and mate with Sinclair. Their son will be some kind of chosen one who will save the Minbari race from extinction(???). Some of the Minbari (warrior caste?) interpret prophesy differently, and think that Sinclair will actually lead the Minbari to doom.
-Not 100% certain on this, but it looks like the Centauri conquest of the Narn doesn't happen until early/mid-Season 3. It's also not completely clear whether there is even a Narn/Centauri war as such. The Shadows aid Londo's ascension by secretly staging a number of incidents, but does this involve a full blown Narn/Centauri war that lasts a season? Not clear. Rather, some time by mid-Season 3, the Shadows help the Centauri conquer the Narn homeworld and decapitate their empire, but I'm not sure if that's actually the culmination of a lengthy war.

SEASONS 3 & 4

-The Centauri conquer the Narn Empire with the help of the Shadows.
-After the Narn surrender, G'Kar briefly stays on B5 and tries to rally allies against the Centauri, but it doesn't work. So he returns to the Narn homeworld to join the resistance.
-Catherine Sakai is “mind-raped”, and all memory of her relationship with Sinclair is erased, and this crushes Sinclair. [This seems like some early iteration of the Anna Sheridan / Z'ha'dum story, but there's no explicit indication of how this happens to Sakai, or who's responsible.]
-Sinclair & Delenn become romantically involved, and Delenn is pregnant by the end of Season 4.
-Garibaldi returns to drinking, and resigns as chief of security. During Season 4, he's a mercenary operating out of B5, but there's no mention of the Psi Corps sleeper / William Edgars / Lise Hampton story.
-There is no mention of an overt war between the Shadows & Vorlons. But they are fighting each other by manipulating the younger races. There is no mention of an order vs. chaos ideological conflict between the two. Just that the Vorlons manipulated the younger races throughout history, and the Shadows rebel against that, and try to set themselves up as rulers of the galaxy.

SEASON 5

-The Minbari warrior caste overthrows the Grey Council, and orders the resumption of hostilities with Earth. They also want Sinclair and Delenn dead.
-The Centauri try to move in on B5's sector of space.
-Londo & the Centauri's longtime involvement with the Shadows is publicly revealed.
-The Shadows destroy a huge Vorlon ship (hundreds of miles long) which contains a large segment of their population.
-The series ends with the Minbari attacking B5 and destroying it. Sinclair & Delenn escape with their newborn baby. Everyone in the galaxy is after them for one reason or another....including Earth, which has been given info which makes them believe Sinclair is a traitor.

BABYLON PRIME

-Sinclair, Delenn, and their allies go back in time to steal Babylon 4, pulling it into the future in order to use it as a base to build a new alliance (army of light?). B4 is renamed Babylon Prime. B Prime can move through space like a starship, and they go off on a mission to clear their names and build the alliance to bring peace to the galaxy.
-The time traveling causes Sinclair, Delenn, and their baby to age rapidly. (I'll call the baby David, even though his name is never mentioned here.) David grows all the way to adulthood within a few years.
-Londo is Emperor, but controlled by a Keeper, as in the actual show.
-Londo & the Centauri capture Sinclair & Delenn, and are supposed to turn them over to the Shadows, but Londo rebels against the Keeper & the Shadows “at terrible personal cost” (doesn't say exactly what that cost is).
-David becomes a revered religious symbol.
-Conclusion of the story: B Prime and the Army of Light defeat the Shadows (but there's nothing about the Shadows leaving the galaxy). No mention of what happens to the Vorlons. Earth defeats the Minbari, and Sinclair's name is cleared. Delenn leaves Sinclair, in order to return to the Grey Council. David becomes the leader of a new interstellar alliance. Final scene is Sinclair, retired, alone on an otherwise uninhabited world....fishing.
----------------------------------------------------------


Plot points that are noticeably absent:

There is no mention of an Earth Civil War, or B5 seceding from Earth in Season 3 (though obviously, a lot of that storyline is transplanted into Babylon Prime). While Clark is said to be controlled by the Psi Corps, and Psi Corps is said to be a nefarious group at odds with Sinclair and B5, there's no mention of the Earth Alliance being transformed into some kind of Orwellian police state. There's no mention of the Shadows working with Psi Corps or anyone in EarthGov. There's no mention of any larger teep/normal conflict, beyond Psi Corps just wanting power for itself.

There's no mention of Sinclair going to Z'ha'dum (and in fact, no mention of Z'ha'dum), and dying there. (Though, as I speculated earlier, some of this storyline may have been there as part of the Sakai mindwipe story, but there are no details given.) There's no mention of Lorien or any other First Ones beyond the Shadows and Vorlons. There's no mention of Kosh mentoring Sinclair, or Kosh sacrificing his life. There's no mention of Marcus, or Morden, or Bester, or any other characters who I haven't already mentioned.

Still, just because something wasn't mentioned in this synopsis, doesn't mean it didn't exist in some form in JMS's lengthier treatment of the series that he kept to himself."

Informacje zaczerpnęłam z tej strony:

http://www.trekbbs.com/showthread.php?t=53739

Muszę tam jeszcze poszperać.

Czytałąm kiedyś, że Straczynski na samym początku pracy nad B5 zamieszczał w sieci ( chyba wtedy jeszcze raczkowała ) informacje o tworzeniu B5 - tutaj są te informacje;

http://www.midwinter.com/b5/GEnie/

Tu jeszcze ciekawostka o pierwotnych zamierzeniach JMS:

"For a long time, JMS has said that he originally had ideas for two different series in his head: one about a group of people living on an insignificant space station, which isn't very important to the main goings on of the galaxy, and one that was a big space opera epic. The "eureka" moment came when he decided that these two would be the same story. That the show should be about the people on that space station, and they would witness this epic taking place from their vantage point. But we, the viewer, would not be taken directly to the main action going on in the rest of the universe. We'd just see how it was affecting the lives of the people on the space station. That was the idea for Babylon 5."

Admete - Wto 22 Gru, 2009 22:13

A! I jednak Marcus miał poczucie humoru, tylko kłopoty sprawiły, że stał się zbyt powazny.
Aragonte - Śro 23 Gru, 2009 14:21

Na to wygląda.
Tym razem ja nie mam jak doczytywać - korzystam z netu mocno z doskoku, u rodziców go nie ma, niestety. I emotikony mi tu ni działają, wrrr.
Przeczytam te wiadomości, jak wrócę do W-wy.
Wzięłam książkę pani Drennan, ale nie wiem, czy będę miała czas na tłumaczenie czegoś, buuu. Tym razem chcę się zająć rozdziałem XVII bodajże - z opisem ataku Cieni na Aryzję i śmierci Williama. Potem to już większość rozdziałów będę musiała tłumaczyć, jeśli chcę konsekwentnie skupić się na losach Marcusa, co najwyżej opuszczę część scen.

Admete - Śro 23 Gru, 2009 14:36

Pewnie, że to po powrocie. Odpoczywaj w domu rodzinnym :) Masz śliczny avek ;)
Aragonte - Śro 23 Gru, 2009 15:27

Twój też jest fajny :)
Mój to robota Caitri :D Poprosiłam ją o przyodzianie Marcusa w coś świątecznego ;)
Scenę chyba rozpoznajesz? ;) Ubawiła mnie kiedyś setnie :)

Edit: poryłam trochę w tym, co umieściłaś - najistotniejsza zmiana to zupełna nieobecność Sheridana. Czyli to Sinclair był początkowo nr 1? I chyba cały koncept z czasem wykluł się stopniowo w głowie Straczyńskiego. Ciekawe to, przeczytam to uważniej później.

Admete - Sob 26 Gru, 2009 19:26

nawet bardzo ciekawe. Straczyński niby od początku wiedział, że chce coś duzego,a le stopniowo zmieniał koncepcję. Myslę, ze zmainy wyszły serialowi na dobre. Znalazłam taką sympatyczną miniaturkę - Sheridan i Delenn:

vjs2259

Closed Position

Standard disclaimer applies; not my characters or settings or backgrounds. But they are my words.



--------------------------------------------------------------------------------


“Let your eyes half close, and your heart beat over my heart.”

William Butler Yeats


--------------------------------------------------------------------------------

“I hate these things,” muttered John Sheridan under his breath to his second in command, Commander Susan Ivanova. Both were in their dress uniforms, Sheridan’s replete with medals he seldom bothered to display, and Susan’s with creases ironed to precise angles. They circulated among the crowd, greeting ambassadors, envoys, members of trade delegations.

“Remind me who this reception is for again?” Sheridan whispered.

Susan looked at him with exasperation. “You know very well…two new ambassadors have arrived from Gaim and Brakir. Their counterparts are going home for debriefing and a short vacation, and will return in a few months. We are honoring both their departure and their replacements’ arrival. It’s all part of the job, Captain. You must have known that when you accepted the position.” She paused to smile and greet the Drazi ambassador’s aide.

“Like I had a choice,” Sheridan shot her a glance, his expression mutinous. Looking past her shoulder, he said suddenly, “Excuse me a minute, Commander.” His voice had lightened along with his mood. He strode off into the crowd.

Bemused, Susan watched him politely but firmly make his way across the room to where Delenn and Lennier stood chatting with several of the League members. She shook her head, and made her way over to the orchestra. The reception was being held in the ballroom at the Fresh Aire restaurant, and she’d arranged for music, and a demonstration of Earth style dancing. She sincerely hoped it didn’t cause a diplomatic incident. Sometimes customs didn’t traverse the differences between species very well. They’d done something similar when Jeff Sinclair was still in charge, and Londo had nearly caused a riot when he got drunk and tried to show everyone the Centauri version of the tango. The resultant disaster involved more than the usual four extremities, the Abbai ambassador, and a fruit basket. She chatted with the orchestra leader, and noting that the food had been cleared away, gave the instruction for him to start the music.

The dancers the restaurant had hired came to the center of the small dance floor, which ended at the glass wall that separated the restaurant from the garden. People were still talking quietly, and finishing their food, but they were watching the couples move about the floor. It was going well. The group of dancers had two spokesmen who would describe the dance, then perform it, slowly at first so everyone could follow the steps, then in the proper time. She found herself swaying slightly to the music. She hadn’t danced in years, unless you counted that exhibition with the Lumati ambassador.

When the demonstration was over, the lead dancers invited the assemblage to come and try the various styles. Some came forward, and soon there was jostling and swaying and a great deal of laughter. She could see the Captain and Delenn on the far side of the room, watching. They were standing very close together. Susan frowned; they were being a little obvious. There was still a problem with xenophobes and nativists of all kinds, Nightwatch types included. Then, to her consternation, she saw the Captain lead a seemingly reluctant Delenn onto the dance floor. He stopped by the orchestra leader, said something, and then the band started a slow waltz.

“I do not know how to dance, John. This is not going to be amusing for you, watching me trip and stumble.” Delenn was smiling, but there was some anxiety in her eyes.

John smiled down at her. “No one as graceful as you are could not be a good dancer. You just need some practice. Besides, this one is easy, you just have to do what I do.”

“Only backwards? And in these shoes?” She looked down at her high heeled boots, then over at his dress shoes. “It seems a bit unfair.”

“Life is unfair. But there are compensations.” For instance, holding you just became part of my official duties. He put one hand around her waist, and took her hand with the other. “Put your hand on my shoulder.”

“Like this?”

“That’s right. Now, follow my lead, and listen to the beat of the music. Slowly at first; we can speed it up once you’re comfortable with it.”

They moved slowly through the steps and turns, and she quickly learned the movements, and was then able to concentrate on the music, and the feel of moving in concert with the tall man guiding her steps. It was like a ritual; the actions were automatic, and it freed the mind to focus on what was important. What seemed most important at the moment was the way the two of them moved as one, but retained their separate roles within the confines of the dance. She was startled out of her warm glow and pleasant reverie by his words.

“This was considered a scandalous dance in its day, you know.”

She looked up at him, amused by his mock solemnity. “Then why are you teaching it to me? Do you desire a scandal?" Then, she added, more seriously, "Is it improper among your people to dance like this?”

“Not since the 18th century!” He twirled her around. “You see, formal dances before this one involved no actual contact between the man and the woman.”

“No?” She said thoughtfully. “That sounds more proper, but it does not sound so appealing as this.”

“No, it does not. This, by the way…” He twirled her again, then pulled her in close, while continuing to follow the music. “This is called the closed position.”

“Closed?” She suddenly found it difficult to breathe. They had not been moving that swiftly that she should be out of breath. "The opposite of open? Or perhaps you mean close, as in distance?" She looked up, into his eyes, which were fixed on hers. "You are certainly not far away," she commented softly.

“Getting closer.” He swung her away again before pulling her back to him, then whispered in her ear, “Not nearly close enough.”

Ogólnie autor-autorka (?) tego ff pisze dobre teksty babylonowe:

http://www.fanfiction.net/u/1660759/vjs2259

Admete - Sob 26 Gru, 2009 20:10

Ten ff bardzo mi sie podoba - rozmowa w ogrodzie Zen:

http://www.fanfiction.net/s/5432231/1/Never_Alone

Never Alone

Standard disclaimer applies; not my characters or settings or backgrounds. But they are my words.



--------------------------------------------------------------------------------



"Ambassador Delenn!"

Delenn paused in her walk through the Babylon 5 gardens on her way to a meeting with the Gaim ambassador. Captain Sheridan was hailing her, and she waited for him to come within normal speaking distance before she replied. "How may I help you, Captain?" She smoothed her robes, and just stopped herself from checking that her errant hair was neatly in place.

Captain Sheridan walked rapidly towards the Minbari ambassador, admiring the picture she made in radiant blue silk against the soft green of the trees. They were coming into leaf again, and she seemed to complete a perfect portrait of spring. "I wanted to thank you for your part in the incident with the Streib." He gestured for her to continue, and fell into step beside her, matching his long strides to her more sedate pace.

As they walked, she smiled up at him, and said with sincerity, "It was my pleasure. I was glad to be of assistance, especially after..." Her face clouded, and she broke off mid-sentence, then continued in a troubled voice, "I only regret that we were unable to save the other captives. Our previous experience with the Streib did not end so badly."

Sheridan replied seriously, "You couldn't have known. Besides, it is never a good policy to negotiate with kidnappers. I would have handled it exactly the same way." He noted that her expression lightened, and he was pleased to see it. Pausing at the entrance to the Zen Garden, he indicated the quiet area and the unoccupied bench, "I've noticed you here before. The kare-sansui is very peaceful."

Looking at the whirls and lines of light grey gravel and sand surrounding the carefully placed stones, Delenn answered, "Mine is a world sculpted from rock and crystal, formed by rushing water and the passage of time. This feels Minbari to me, yet we have nothing like it at home."

Sheridan looked at her keenly, noting the way her voice lingered on the last word, and the sadness behind it. "Did things go well on your visit?"

Keeping her eyes focused on the stones, Delenn answered in what she hoped was a neutral voice, "Not as well as I had hoped." Her voice fell, and she added, almost in a whisper, "Perhaps somewhat worse than I had expected." As she spoke, she walked towards the observation bench which was placed at a specific angle of view in front of the garden. He had followed her, albeit a step or two behind. Glancing back at him, her face sober, she deliberately turned away again and faced the garden. "I think I will stop here a moment. I have a great many things to consider." Her face averted from his ,she sat down gracefully, her robes flowing about her and settling into place. She sat to one side of the bench.

The pain in her voice was subtle but obvious. Sheridan thought for a moment, then reached a decision. He joined her on the stone seat, carefully keeping his eyes directed forward to allow her the privacy of her emotions. "I think I'll join you for a while. It's been a long day." He waited a moment for her reaction. Receiving none, he courteously offered her the option to refuse his offer of company. "You're usually alone when I see you here. Would you prefer that I leave?"

"No!" she responded quickly, stealing a quick look at his profile. He seemed to be absorbed in studying the stones. "That is, I have no wish to be alone. Not now...I mean, not at this moment." Looking up at him, she added softly, "I would like you to stay."

Looking out at the sculpted sand, Sheridan remarked, "The first time I saw one of these gardens, I was told that the rocks represent mountains, and the sand, the sea. Sometimes I think the rocks are ships, and the grains of sand are the endless stars of deep space." Somewhat embarrassed at this flight of fancy, he added, "You know, I don't even know who takes care of this place; who rakes the gravel every day. Someone in Facilities, or Hydroponics, I suppose."

Delenn seemed struck by his analogies. "So is it a world in miniature, or the universe writ large? I have studied the texts on this type of garden, the 'dry landscape'. It is meant to stay the same, to never change...is that correct?" She looked at the human, whose friendly presence was somehow reducing the weight on her heart.

"I think so. But it only stays the same if we work to keep it that way. And if we stay in the same place, view it only from this angle." He added, enjoying the conversation, "There is one garden of this type with fifteen stones. Due to the way they are placed, only fourteen are ever visible."

"That is fascinating." Delenn looked again at the patterns written in the stones, both large and small. "We call this concept 'the deception of appearances'." Looking back at him, she asked seriously, "What if you wish to see the hidden stone?"

"Then you have to change your perspective. Your position, or your viewpoint, maybe even..." His comlink chimed, and he paused to answer the call. After a brief exchange with C&C, he said, "I'm afraid I'll have to go soon. I'm off duty, but I had to call a staff meeting to discuss some recent developments." He wondered why he'd told her that; that meeting was was meant to be on the QT.

Back straight, hands loosely clasped in her lap, she remarked, "I thank you for sharing this time with me. With all that has happened of late, I imagine that your hours are fully occupied."

He looked down at her, trying not to let his heart show in his smile. "Not so busy I can't take the time to admire the beauty here." He didn't take his eyes off her face, wondering if she understood what he meant. He watched as her eyes searched his face in return, as if looking for something. The connection between them strengthened; he could feel its pull, as inexorable and incessant as the moon's tug at the waves. Holding his gaze steady, he realized if he knew what she wanted he would get it for her. No hesitation. No questions.

Delenn broke the contact with an deep intake of breath, and looked back out into the garden. Touching his hand with her own, she pointed to his left, indicating two grey-green stones, placed close together. "I have read that for every leaning stone, there must be a supporting one."

"I can't tell which one is which," said Sheridan, studying the jagged vertical peaks surrounded by concentric waves of sand. "Looks to me as if they are supporting each other."

"You may be right. Perhaps they have reached a point of balance, each dependent on the other, a unit stronger together than apart." She felt strangely relaxed, and somehow relieved, as if she had momentarily laid down a great burden.

Her voice was low and hypnotic, her words measured and full of meaning. As silence embraced the two of them, Sheridan reflected on her words, and the patterns they formed in his mind. Circles of sand and parallel tracks of gravel wove in and out of the massive stones, which had been artfully arranged both to hide and to reveal. Gradually the peace of the place eased the tension that remained coiled inside him. His mind stopped racing in its effort to nail down all the ramifications of the support he had promised to General Hague. It was funny how entering into a group conspiracy left him feeling so alone. But I'm not, he thought, remembering how she had come to his rescue, and somehow feeling he had also come to hers. Not any more. He could feel the gentle pressure of her body, leaning lightly against his own.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group