To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Ekranizacje - Rozważna i Romantyczna Sense and Sensibility (2008)

achata - Nie 20 Sty, 2008 15:16

trifle napisał/a:
I skończyłam trzeci odcinek. Jakieś mam chyba huśtawki nastrojów, bo pierwszy mi się podobał, drugi mniej, a trzeci znowu tak.

U mnie było zupełnie podobnie. Po dwójce coś mi siadło i zaczeły się "ale", a po trójce znowu zaczynam się przekonywać

Harry_the_Cat - Czw 24 Sty, 2008 23:09

Wczoraj obejrzałam...

Ogólnie serial mi sie podobał. Nie powalił, ale ogólnie jestem na TAK ;) i podejrzewam, że przy kolejnych podejściach mój sentyment wzrośnie.
Tak naprawdę to, co mi przeszkadzał najbardziej... to podobieństwa do wesji Anga... Być może dlatego nie należę to przeciwniczek DiU 2005, bo wcale mi się z serialem nie kojarzyła, a tu porównania nasuwały się SAME przy co drugiej niemalże scenie...

A jeśli chodzi o szczegóły:

Pozytywy - :oklaski:
- muzyka!!!! genialna!!! podobała mi się niesamowicie. :serce2: :serce2: :serce2:
- scenografia - Barton Cottage było cudnie usytuowane, a jednocześnie jednoznacznie wskazywało na znaczne obniżenie poziomu życia panien Dashwood, bardzo mi się podobało...
- wątek Eleonory i Edwarda - uroczy! Edward - OK, Eleonora - OK - żadne bez zachwytów, ale w sumie ich gistoria była najciekawsza w całej produkcji ;)
- Pani Dashwood - nie pamiętam skąd ją znam, ale mam do nie ogromny sentyment...
- Margaret
- czcionka użyta w czołówce... :rumieniec:


Negatywy :obrzydzenie:
- seplenienie Eleonory...
- Marianna
- Brandon
- Marianna + Brandon (tak wiem, ze osobno tez ich wymieniałam... :rumieniec: )
- Willoughby... OMG! :obrzydzenie: :obrzydzenie: :obrzydzenie: ohyda!
- Anne Steel

I w tej chwili to by było na tyle... Choć na pewno jest tego więcej...

snowdrop - Pią 25 Sty, 2008 19:19

Obejrzałam trochę wersję z 95 żeby porównać i tak:
- Brandon w wykonaniu Rickmana jest o niebo lepszy, można się w nim zakochać nawet jak ma się 17 lat. W pierwszym zachwycie Brandon 08 podobał mi się i nawet sądziłam że jest niezłym ciachem, ale po obejrzeniu całego serialu bardziej krytycznie na niego spojrzałam i coś mi w nim nie pasuje. Marianna i on mi nie pasują razem.
- Willoughby to w ogóle bez dwóch zdań - 08 to pomyłka.
- Eleonora - z całym szacunkiem dla Emmy ale z 08 mi bardziej pasuje,
- Marianny oby dwie mogą być.
- Pani Dashwood - lepiej dobrana 95, to znaczy jest bardziej emocjonalna, ta z 08 jest bardziej powściągliwa.

Caroline - Pią 25 Sty, 2008 19:51

Harry_the_Cat napisał/a:
czcionka użyta w czołówce...
:D :D :D BBC nawet nie wie, jakie oczekiwania spełnia :D
Gosia - Pią 25 Sty, 2008 20:55

Harry, objasnij, bo ja nie kojarze o co chodzi z tą czcionka :roll:
I w sumie sie zgadzam z Twoimi opiniami.

Co do Brandona, zgadzam sie, ze na poczatku wrazenie jest pozytywne, potem jednak zwlaszcza po scenie pojedynku, nieco sie zmienia...

trifle - Pią 25 Sty, 2008 21:07

Brandon jest nietrafiony jednak, moim zdaniem :roll: Nie byłam uprzedzona, nie znam tego aktora z żadnej innej roli. Jakoś po prostu "to nie jest ON". Wcale mi się nie podobają te jego pochmurne spojrzenia, nie ma w nim melancholii, takiego smutku, jakie to uczucia powinien okazywać, kiedy patrzył na Mariannę i przypominał sobie swoją dawną przyjaciółkę. Nie wiem, czy to dobre będzie określenie, ale on taki jakby.. mało subtelny jest.
Caitriona - Pią 25 Sty, 2008 22:31

Moim zdaniem z nowego Brandona mimo wszystko wychodzi czasami nauczyciel-psychopata ;) Są sceny w których mi sie w ogóle nie podoba np pierwsze jego wejscie i to pytanie czy nie przeszkadza - wypowiada je tak jakby był urażony że widzi nowe osoby przy stole.
Gosia - Pią 25 Sty, 2008 23:09

No niestety, mialam podobne skojarzenia, wlasnie od drugiego odcinka. Te spojrzenia, jakby mogl to by udusil lub zadźgal rywala... :shock:
Zupelnie mi sie to kojarzylo z postacia Bradleya Headstona z OMF.

Harry_the_Cat - Pią 25 Sty, 2008 23:28

No po prostu podoba mi się ta czcionka... Tylko tyle... :rumieniec:
Aragonte - Sob 26 Sty, 2008 12:17

Gosia napisał/a:
No niestety, mialam podobne skojarzenia, wlasnie od drugiego odcinka. Te spojrzenia, jakby mogl to by udusil lub zadźgal rywala... :shock:
Zupelnie mi sie to kojarzylo z postacia Bradleya Headstona z OMF.

Ufff, jak dobrze, że tego nie oglądałam, z nikim mi się nie kojarzy :wink:

Ale i tak pozostaję wielbicielką Edwarda, a nie Brandona :mrgreen:

Agn - Wto 29 Sty, 2008 21:19

Witam!
Właśnie zaczęłam oglądać S&S 2008 (Admete! Koffana...) i muszę powiedzieć, że całkiem mi się podoba. Z radością i prawdziwą przyjemnością patrzę szczególnie na Edwarda Ferrarsa i Elinor Dashwood. U Anga Lee to był Hugh Grant (wyjątkowo mdły) oraz Emma Thompson (która była dobra, ale zdecydowanie zbyt stara). Ten nowy Edward jakiś pełniejszy życia jest. A Elinor - młoda i może nie ideał urody, ale przyciąga mój wzrok jak magnes. Zaś jeśli chodzi o Marianne i pułkownika Brandona, to, niestety, to nie Kate Winslet (jakaż ona była młodziutka wtedy!) i Alan Rickman (nie do pobicia). Ale wybaczam. Nie mogę tylko wybaczyć dziwacznego Willoughby'ego. Jak dla mnie facet powinien być naprawdę zabójczo przystojny, tak, by Marianne mogła się w nim zadurzyć od pierwszego wejrzenia. A tak - jakiś mydłek go gra i zastanawiam się, co ta Marianne w nim widzi.
Tylko początek mnie przytkał na chwilkę. Bo tak się zaczyna nie bardzo po austenowsku, że się tak wyrażę. Ale potem już było ok. :)

przecinek - Sob 02 Lut, 2008 23:19

Obejrzałam pierwszy odcinek, bardzo przyjemnie się zapowiada, chociaż przy pierwszej scenie nie byłam pewna czy właściwy film "zdobyłam". Bardzo podobała mi się scena gdy umierał pan Dashwood, kręcona z jego perspektywy, trochę zamazana, niewyraźna z ludźmi, którzy patrzą na niego z góry. Zresztą cały odcinek jest pięknie nakręcony, a ujęcie domu Dashwoodów, a raczej pałacu, gdzie jest pokazany z góry na dół, jest niesamowite. Nie znam angielskiego na tyle dobrze, aby swobodnie oglądać i rozumieć oryginał, dlatego też akcję poznawałam bardziej intuicyjnie i z pamięci, niż ze zrozumienia dialogów, i pewnie dlatego trochę inaczej odbieram ten serial i całą historię, niż przy poprzednich ekranizacjach. Na przykład dopiero teraz zdałam sobie sprawę w jak wielką biedę wpadły siostry wraz matką. W poprzednich adaptacjach nie rzucało się to tak w oczy - wiejskie domki w których zamieszkały były miłe i przytulne, a nie tak jak teraz zniszczone, odrapanie i na odludziu. Nie zwracałam też uwagi na to jak młoda jest pani Dashwood - w tej ekranizacji jest z wyglądu prawie równa wiekiem z Fanny. O, Fanny i jej loczki - to było koszmarne, nie wiem jak mogła to nosić codziennie. Reszta krótko - prześliczna Marianna, Edward chyba przestanie być wołkiem zbożowym, Willoughby ma idealnie okrągłą twarz, co wcale nie czyni go przystojnym, a Brandon za szybko okazał przywiązanie do Marianny, brakuje mi w nim smutku i dostojeństwa. Zauważyłyście może jak podróżował lokaj czy też służący panien Dashwood - jako tylna ochrona powozu :mrgreen: po takiej podróży złożyłabym natychmiastowe wymówienie, jeśli byłaby w stanie cokolwiek zrobić.
Jeannette - Nie 03 Lut, 2008 20:32

Jestem po trzecim odcinku i ogólnie po całości, bo zrobiłam małą powtórkę. Dla mnie to jest wspaniała ekranizacja. Przede wszystkim aktorzy - świetnie dobrani, młodzi i bardzo przekonujący. Elinor naprawdę urocza i rozważna, a Marianne słodko roztrzepana i głupiutka. Willoughby nawet mi się podoba, ale faktycznie trochę za wredny jest, zwłaszcza podczas rozmowy z Elinor, gdzie powinien wzbudzać współczucie, a okazuje się draniem. :bejsbol: Edward jest boski, może mało wierny swojemu pierwowzorowi, ale z ręką na sercu - kto lubi pierwowzór? :mrgreen: Dlatego go lubię w tym filmie, jest zupełnie inny, ale Dan się spisał. Brandon...może powiem najpierw, że farbowany, z pół-otwartymi ustami Rickman w ogóle na mnie nie działał, choć był taki mdły jak w książce. Mimo to nie lubię tej postaci. Ale Morrisey chyba mnie zdobył, bo jego Brandon jest ludzki, ma uczucia i tak się uroczo speszył gdy chciał rozpinać suknię Marianne... :serce2: Naprawdę dobrze wykreowana postać, teraz jestem w stanie zrozumieć Maryśkę i jej uczucie do niego. Panny Steel też fajne, Anne naprawdę może rozbawić, a Lucy ma takie przebiegłe oczka. Bardzo dobre sceny z 3 odcinka: obiadek u Dashwoodów, wejście Edwarda podczas wizyty Lucy, prawie wyznanie w wykonaniu Edwarda :serce2: , suknia i Brandon, pojedynek! :serce: . Parę rzeczy razi w ostatniej części....wizyta Willoughby'ego rozegrana źle, szukanie Marianne przez Brandona, te wczesne oświadczyny :? i o zgrozo! ostatnie sceny Elinor i Edwarda. Po kiego grzyba ona znowu ryczy i szlocha?! No po co? Davies za dużo razy oglądał film Anga, bo te podobieństwa są czasami irytujące. :bejsbol: Ale wrażenia mam raczej pozytywne, to będzie moja ulubiona ekranizacja, posyłam w niepamięć wersję kinową....mimo niesmacznej końcówki. Chociaż sama dałabym się tak ponosić Brandonowi. :serduszkate:
Gosia - Nie 03 Lut, 2008 21:47

Muszę powiedzieć, że przy drugim obejrzeniu "Rozważnej i Romantycznej", kiedy zrozumialam wreszcie dialogi w filmie, moje uczucia, może "nie zmieniły się diametralnie", ale zmieniły się znacznie. Film spodobał mi się o wiele bardziej.
Rozumiem teraz lepiej o co chodziło Andrew Daviesowi w tym artykule, który tłumaczyła Caroline. On ma rację. Pozwala swoim bohaterom robić "męskie rzeczy" takie jak polowanie, rąbanie drewna siekierą, polowanie na sokoły, jazda konno, pojedynkowanie się - dzięki temu nie są to papierowe postaci, lecz ludzie z krwi i kości, i zyskują nieco seksapilu ;) Ten lubieżnik ( ;) ) Andrew ma rację! Osiąga efekt, jaki zamierza osiągnąć.
Pułkownik Brandon, mimo że jest "psychopatą" (ci co oglądali "Our Mutual Friend" wiedzą co mam na myśli), to jednak jest najbardziej męskim facetem w tym towarzystwie, pozostali męscy bohaterowie, tacy jak Willoughby czy Edward Ferrars (mimo że go lubię) wydają się bezwolni i zależni od okoliczności i od innych ludzi. Przecież Edward ożeniłby się z Lucy Steel i był całe życie nieszczęśliwy, gdyby nie to, że ona porzuciła go dla pieniedzy jego brata. Ja wiem, że chciał postąpić honorowo, ale po jakie licho on w ogóle sie zaręczył z tą okropną dziewczyną! Jedyna scena, w której widać, że to facet, to ta w której rąbie drewno!
Brandon, czego by o nim nie powiedzieć, jest najbardziej uczciwą, prawą i szlachetną osobą - zakochał się, cierpiał, stracił swoją miłość, zaopiekował się jej córką, pojedynkował się w jej sprawie i o ukochaną, zakochał się ponownie, ale przetrzymał rywala cierpliwie, usunął się w cień, aby potem delikatnie przekonać do siebie kochaną przez siebie osobę.
Która kobieta by temu nie uległa, której by to nie przekonało, nie zauroczyło? Człowiek na którym można się oprzeć, przy którym można się czuć bezpiecznie i pewnie. Z pewnością, w porównaniu z młokosami on był już "ustawiony" i miał nad nimi przewagę: doświadczenia, majątku, pozycji, ale tu chyba też chodzi o charakter.
Oczywiście wciąż czuję niedosyt, jeśli chodzi o wątek Brandona i Marianny, czegoś mi brakuje, ale o tyle rozumiem reżysera, że postawił na kulminację w scenie końcowych oświadczyn Edwarda, to było dla niego najważniejsze. Scena z ciastem dalej mnie troche razi, może trochę mniej niż za pierwszym razem, ale jednak nie sądzę, by ona przy gościu rzucała się do kuchni i zakładała fartuszek, choć rozumiem to całe zmieszanie i chęć odzyskania panowania nad sobą. Natomiast ładnie było pokazane to subtelne i nienachalne zdobywanie Marianny przez Brandona, to oddanie do jej dyspozycji swojej biblioteki i pianoforte, scena z sokołem. W sumie mi sie to podoba i rozumiem zamysł scenarzysty. Ta miłość była już dojrzała, a nie był to taki motylkowy zryw jak z Willoughbym.
Eleonora - bardzo mi się podoba aktorka, która ją gra. Przekonywałam się do niej z każdą sceną, a w tych momentach choroby siostry była rewelacyjna. Niepozorna, niezbyt ładna, ale jednak ma w sobie spokój, wewnętrzy urok, który odnajduje się po jakims czasie.
Narzekałam wcześniej na panią Dashwood, może porównywałam z poprzednimi ekranizacjami. W tej chwili nie mam jej nic do zarzucenia. Wydaje mi się, że trochę ta postać inaczej wyglądała w książce, jednak tu bardzo zyskuje, widać, że kocha swoje córki i jest ciepłą postacią.
W filmie są piękne zdjęcia, pokazano piękno przyrody: morze, nadmorskie skały, strumienie, wodospad, zachmurzone niebo.. Dziki krajobraz, skłaniający do zadumy i wewnętrznego wyciszenia. Tak się zastanawiałam, czy dobrze bym się tam czuła? Czy by mi czegoś nie brakowało? Może lepiej niż w tym wiecznym zgiełku? Czas płynący wolno...
Podoba mi sie czolowka tego miniserialu, te muszelki, muzyka i zmieniające się delikatnie obrazy.
Piekna w tym filmie jest muzyka, którą się zapamiętuje i kojarzy z obrazami. Brawo Martin Phipps, znowu udana scieżka dźwiękowa do filmu.

Podsumowując, film zyskuje przy drugim obejrzeniu, nie jest to może ekranizacja moich marzeń, niestety nieco niebezpiecznie niepokoją niektóre spojrzenia Brandona (czyli Morriseya), nie odpowiada mi zupełnie Willoughby, można było dodać pare scen (np. zdenerwowanie Brandona w czasie choroby Marianny i jakąś jeszcze jedną motylkową scenę z ich udziałem), ale w sumie ekranizacja się broni i myślę, że jednak Davies znalazł swój sposób na to, żeby zrobić coś innego niż poprzednicy. I zrobić to dobrze.
Andrew, zwracam honor!

trifle - Nie 03 Lut, 2008 23:05

Edward zaręczył się z Lucy w "porywie uczucia", jak był młodszy i szczerze w niej zakochany. Dopiero później zrozumiał, że to nie dla niego kobieta, ale co miał zrobić? To kobieta mogła zerwać zaręczyny, "cofnąć słowo", nie mężczyzna. Czy naprawdę, żeby "być mężczyzną" musiał rąbać drzewo i pokazać, że ma jakieś mięśnie?

A Brandonowi bym nie uległa, na pewno nie temu ;)

Gosia - Nie 03 Lut, 2008 23:11

No niestety musiał, bo jakos niemeski byl w swoim zachowaniu, a tu ukazal konkretne, silne uczucia.
izek - Pon 04 Lut, 2008 09:33

Gosia napisał/a:
zwlaszcza po scenie pojedynku


:shock: to tam jest pojedynek... no no
Tak sobie czytam Wasze wrażenia i cieszę się, że Edward się podoba, bo Hugh był :confused3: i teraz mam nadzieję na coś lepszego...

Ach i Gosiu, dzięki za Twoją drugą opinię, bardzo zachęcająco brzmi :mrgreen:

snowdrop - Pon 04 Lut, 2008 17:29

Edward w książce był jak Hugh u Anga. Edward w wersji z 08 jest bardziej szarmancki i pewny siebie niż w książce.
Jak bym miała wybierać pomiędzy dwoma panami E, wybrałabym z wersji z 08. Bez dwóch zdań.

soph - Pon 04 Lut, 2008 17:33

Nie widziłam jeszcze całości, ale przy całej sympatii do Hugh też chyba wybrałabym najnowszego Edwarda.
Agn - Pon 04 Lut, 2008 18:32

Gosia napisał/a:
Brandon, czego by o nim nie powiedzieć, jest najbardziej uczciwą, prawą i szlachetną osobą - zakochał się, cierpiał, stracił swoją miłość, zaopiekował się jej córką, pojedynkował się w jej sprawie i o ukochaną, zakochał się ponownie, ale przetrzymał rywala cierpliwie, usunął się w cień, aby potem delikatnie przekonać do siebie kochaną przez siebie osobę.

Ale gdyby Willoughby nie puścił Marianne w trąbę, to ten by się nie wziął za przekonywanie i też by był nieszczęśliwy do końca życia. Jak widać aż tak bardzo się do Edka Ferrarsa nie różni...

Sofijufka - Pon 04 Lut, 2008 18:43

soph napisał/a:
Nie widziłam jeszcze całości, ale przy całej sympatii do Hugh też chyba wybrałabym najnowszego Edwarda.

Zgodzę się z Tobą, bo Hugh sprawiał wrażenie nie tyle nieśmiałego [czy nawet sparaliżowanego nieśmiałością], ile.... głupkowatego....

Gunia - Pon 04 Lut, 2008 19:18

Gosia napisał/a:
niestety nieco niebezpiecznie niepokoją niektóre

O jeżu, ile nie w jednym zdaniu. :rotfl:
Nie mogłam się powstrzymać...
Chyba muszę to wreszcie obejrzeć. :mrgreen:

RaczejRozwazna - Wto 05 Lut, 2008 22:45

wracając do meritum - tak nieco z perspektyy czasu uświadomiłam sobie, że ten film nie zrobił na mnie jednak piorunującego wrażenia - czego nie mogę do końca zrozumieć, bo mimo pewnych niedociągnięc (eh, Brandon) wszystko wydaje się być ok. Mniej więcej w tym samym czasie oglądałam nowe Perswazje, oraz NA, a także Wojnę i Pokój i wszystkie te filmy przeżywałam o niebo głebiej niż ten. Cos musi być w nim jednak nie tak....
migotka - Śro 06 Lut, 2008 13:21

a mi brandon własnie najbardziej jak narazie się podoba
Trzykrotka - Wto 12 Lut, 2008 00:48

Wreszcie i ja się doczekałam i oglądam! Jestem po pierwszym odcinku i az mi żal, że na dziś muszę skończyć.
Podoba mi sie :-D .
Pewnie już o tym wszystkim pisałyście, z góry przepraszam za powtórki, ale nie chciałam przed obejrzeniem sugerować się sądami i opiniami innych.
Pierwsze, co rzuciło mi się w .... nie oczy, tylko uszy (bo w oczy, to zaskakujący początek. Zaskakujący, ale pięknie nakręcony. Trzeba przyznać, że pan Davies wie, jak przykuć uwagę widza już na wstępie), to piękna, bardzo "mięsista" muzyka. Motyw przewodni jest mało salonowy, bardzo dynamiczny, pasuje do krajobrazu Devonshire. Ale po kolei.
Bardzo dobrze dobrano twarze. Elinor i Marianne nie są do siebie podobne, ale obie przypominają filmową matkę, tylko każda na inny sposób. Nie wiemy, jak wygladał ojciec, widzieliśmy tylko jego profil w dużym zbliżeniu, więc ja ten brak podobieństwa kupuję. Pani Dashwood wreszcie wygląda na matkę Margaret. Poprzednio rozrzut wiekowy panien Dashwood był tak duży, że siła rzeczy matka Elinor wyglądała jak babcia Margaret.
Edward - na razie bardzo dobrze, ma urok i życie. Nic dziwnego, ze Elinor od pierwszej chwili wodzi za nim lekko błędnym wzrokiem. Elinor - świetna. Marianne - jeszcze nie wiem, choć, podobnie jak Kate Winslet ma coś, co mi się podoba i jest z JA: jest poważna, zbyt przejęta sobą, żeby móc z siebie kpić, czy patrzeć z dystansem..
Podoba mi się pierwsze wejście do Barton Cottage. Domek ma maleńkie okna, niziutkie sufity i futryny oraz odrapane ściany. Przerażenie pani Dashwood jest uzasadnione. Btw: Norland to ostatnie Netherfield, prawda? Z nad wspaniałego morza aż wieje chłodem i samotnością. Różnica poziomów życia jest czytelna. Przy czym zrobiono to przekonująco, o wiele bardziej niż w DiU 2005.
Brandon i Willoughby - na razie nie wiem. Pierwszy ma spojrzenie, które mi się nie podoba i nie dziwię się Marianne, że ucieka: jakieś takie... zachłanno- obleśne, a nie rickmanowskie zachłanno - miłosne. Ale daję mu szansę. Willoughby jest mało urodziwy, no ale Greg Wise był wyjątkowo przystojny i stylowy.
Emma Thompson za swój scenariusz dostała oscara i rzuca sie w oczy, ze jej adaptacja zagościła w ludzkiej świadomości. Powieść czytałam dawno, bo najmniej ją lubię z dzieł Jane Austen, ale pamiętam, co w wersji Anga Lee było bardziej thompsonowskie niż austenowskie. U Daviesa jest bardzo dużo Thompson w Austen. Fanny i John - identyczni, łącznie z typem urody i ubioru. W wersji z lat 80 Fanny była pulchną, z pozoru pogodną kobietką. Tutaj jest wypraną z kolorów, sztywną mumią, jak u Lee. Edward ma - podobnie jak w tamtym filmie - więcej czaru, uroku, wdzięku, dowcipu. Książkowy jest totalnie bezbarwny. Hugh Grant wprawdzie odarł swojego bohatera z wielu zalet fizycznych (ta głowa wciśnięta w ramiona, krzywy krok....), ale był dowcipny i inteligentny. Ten jest też taki, poza tym - bardziej męski i mniej bojaźliwy. W obu wersjach dodano scenki rozmów o życiu i przyszłości, oraz scenki Margaret-Edward.
Na razie jest bardzo dobrze. Czekam na resztę.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group