Fantastyka - Babylon 5
Aragonte - Nie 06 Gru, 2009 20:19
Też się strasznie cieszę I dziękuję
Musisz co prawda cierpliwie znosić moją marcusomanię, ale cóż, za wszystko się w tym paskudnym świecie płaci
Admete - Nie 06 Gru, 2009 20:48
Alez ja kocham Marcusa! Zawsze było "Och Marcus!"
Aragonte - Nie 06 Gru, 2009 21:07
Musimy koniecznie obejrzeć coś razem
No dobra, wrzucone zdjęcia się przetwarzają, zaraz je tutaj podam
Tym razem na tapecie była para Londo i Lennier
Aragonte - Nie 06 Gru, 2009 21:20
Odcinek Quality of Mercy miał co prawda swój wątek serio, ale wybrałam ten mało poważny, co chyba będzie łatwo poznać na fotkach
Pod nieobecność Delenn Londo postanowił wziąć Lenniera pod swoje skrzydła...
Widoki, jakie otworzył Londo, nie były raczej dostępne w minbarskich świątyniach...
Opowieści o tych świątyniach okazały się mniej ekscytujące...
 
Na szczęście udało się znaleźć ciekawe zajęcie, które Ziemianie nazywali "pokerem".
 
I tak się to skończyło...

Lennier dokształcił się jednak z religioznawstwa - poznał znaczenie boskich (i nie tylko boskich) wypustek
Admete - Nie 06 Gru, 2009 21:28
Poker i wypustki. Sama przyznaj, ze wiedza o znaczeniu wypustek sprawiła, że ten wątek oglądałas teraz inaczej
Aragonte - Nie 06 Gru, 2009 21:57
No ba!
W końcu ja też podkształciłam się w religioznawstwie i anatomii Centauri
To pierwsze ujęcie z Londo i Lennierem przypomina mi pewne ujęcie z filmowych Dwóch wież, kiedy Aragorn wita uściskiem Haldira, a ten wyraźnie nie wie, jak zareagować Spojrzenie Lenniera mnie rozbroiło
Edit: hmmm, jeśli nierozważnie przetłumaczę jakiś fanfik, to też mam go Wam podsunąć do przeczytania? To nie tak, że w tej chwili nad jakimś pracuję, ale nigdy nic nie wiadomo
soph - Pon 07 Gru, 2009 02:39
TAK!!!
Aragonte - Pon 07 Gru, 2009 07:59
Okidoki
Mam parę angielskich miniaturek, które z jakichś tam względów mi się spodobały, nie wiedzieć czemu, zazwyczaj są z Marcusem i Susan
Swoją drogą, ponieważ nie mogłam zasnąć prawie do drugiej, to podczytywałam sobie dalej To Dream in The City of Sorrows. To naprawdę ciekawa książka i może spróbuję przetłumaczyć jednak parę kawałków po kolei, chociaż obawiam się, że może mnie to przerosnąć
soph - Pon 07 Gru, 2009 16:19
Mamy do Ciebie pełne zaufanie .
Aragonte - Pon 07 Gru, 2009 19:25
Khem, ale ja do siebie takowego zaufania nie mam
Zrobię, co będę mogła, ale cudów nie obiecuję...
soph - Pon 07 Gru, 2009 19:46
| Admete napisał/a: | Alez ja kocham Marcusa! Zawsze było "Och Marcus!" |
Wszyscy kochamy Marcusa (albo raczej wszystkie).
Aragonte - Pon 07 Gru, 2009 19:49
| soph napisał/a: | | Admete napisał/a: | Alez ja kocham Marcusa! Zawsze było "Och Marcus!" |
Wszyscy kochamy Marcusa (albo raczej wszystkie). |
Amen
Edit: Aaaaargh.
Do czorta, wygląda na to, że powinnam się podszkolić w słownictwie dotyczącym lotnictwa
To ja może jednak pójdę do kuchni i będę dalej haftować, mniej tam narozrabiam...
Edit: jedną stronę przełożyłam, ale coś mi się zdaje, że powinnam zacząć Dywizjony 303 czytać albo coś w ten deseń Całe szczęście, że nie cały czas jest o powietrznych starciach, uffff
Aragonte - Wto 08 Gru, 2009 00:20
Na pociechę (bo I rozdział książki pani Drennan na razie mnie pokonał) tłumaczę jeden sympatyczny fanfik
Jeśli efekt okaże się zadowalający, to wrzucę na forum.
Ale chyba w jakimś odrębnym wątku w dziale tfurczościowo-fanfikowym, co?
soph - Wto 08 Gru, 2009 07:09
Nie, dlaczego? Ten wątek i tak ma 3 użytkowników, a żadna z nas nie będzie miała nic przeciwko.
Aragonte - Wto 08 Gru, 2009 13:04
Wiem, że Wy nie macie nic przeciwko, ale ten wątek zamieni się w sklep typu mydło i powidło No i pomyślałam, że łatwiej znaleźć w osobnym wątku niż tutaj, zwłaszcza że wcale nieźle idzie mnie i Admete produkowanie postów, nawet w tak szczupłym gronie
Dobra, przetłumaczę ten fanfik do końca i się zobaczy, wczoraj w nocy przełożyłam może jedną trzecią, więc jeszcze trochę mi zostało. W porównaniu z książką pani Drennan to naprawdę proste mi się wydaje - inna sprawa, że jak zwykle podchodzę do tłumaczenia dość bezceremonialnie i tworzę wariację na temat
Admete - Wto 08 Gru, 2009 13:23
Słusznie, że tworzysz wariacje na temat Dzięki temu Twoje tłumaczenie jest dobre
Aragonte - Wto 08 Gru, 2009 13:28
Dzięki, Admete, będę się tym pocieszać - w końcu sama najlepiej zdaję sobie sprawę, jak krucho wygląda sprawa mej znajomości angielskiego
Aragonte - Śro 09 Gru, 2009 01:02
Kheeeeem!
Od razu zapowiadam, że w paru miejscach minęłam się z prawdą, choć może niezbyt daleko. I raz czy dwa odpuściłam sobie prawdę, bo wydawała mi się mało... przekonująca albo... banalna To nie jest dokładne, rzetelne tłumaczenie, weźcie na to poprawkę, proszę.
O rany, ale się stresuję
*ucieka do mysiej dziury, ostatkiem sił wciskając jakiś klawisz*
***
Prezenty i niespodzianki
Hilary Weston (alias Ranger Hilary)
Marcus zrozumiał, że ma kłopoty, kiedy tylko Susan weszła do wagonu metra. Wystarczyło mu spojrzeć na jej twarz. Ta twarz mówiła wyraźnie: „ktoś będzie umierał bardzo, bardzo długo…” Dwa fakty – to, że darowała sobie powitania, a także to, że jej spojrzenie skupiło się na nim – przekonały go, że był celem Susan oraz przyczyną jej groźnego nastroju.
Jedynym powodem, dla którego nie został z miejsca obdarty ze skóry, była czwórka innych pasażerów metra. Tych czworo musiało jednak wyczuwać zagrożenie, sygnalizowane przez mur splecionych ramion Susan, bo zaczęli wiercić się niespokojnie. Sam Marcus, mimo pozorów spokoju, zdawał sobie sprawę, że jego twarz stopniowo traciła kolory. Nie potrzebował patrzeć na Susan, by wiedzieć, że jej piorunujące spojrzenia nie straciły mocy.
Przejrzała go.
Zapragnął znaleźć się jak najdalej stąd. Uciec. To był największy prezent, jaki mógł ofiarować Susan.
Jednak świetnie zdawał sobie sprawę, że nie przyjmowała tak trywialnych prezentów. Nie doceniłaby tego gestu. Marcus był tego pewien.
Przypomniał sobie o tym, co usłyszał od kapitana i Garibaldiego, o tym, jak zareagowała Susan, kiedy zdobył dla niej na śniadanie jajka na bekonie. Nagle go olśniło. Może to, że stała się przedmiotem koleżeńskich docinków, ośmieszyło ją w obecności niższych rangą? Może uważała, że straciła twarz? To była ostatnia rzecz, jakiej potrzebowała. Wiele zawdzięczała swej reputacji nieustępliwej i twardej osoby. Nie mogła być grzeczną dziewczynką, jeśli chciała robić karierę w zawodzie, jaki sobie wybrała. Doprowadzała więc swoją nieustępliwość do maksimum i nawet na chwilę nie ukazywała innym łagodnej strony swej natury.
Nic dziwnego, że Marcus wyświadczał Susan różne przysługi w tajemnicy, dbając o to, żeby nie zostało to zauważone i skomentowane przez resztę załogi. Chciał sprawić, żeby życie Susan na stacji było odrobinę łatwiejsze, to wszystko. Starał się o to, jak tylko potrafił. Nie oczekiwał rewanżu. Wystarczała mu świadomość, że zdejmował jakiś ciężar z jej barków.
Tak było chociażby z zamawianiem u przybywających na stację Strażników prawdziwej kawy. Docierała powoli, wąską strużką, ale regularnie, dzięki czemu Marcus mógł zasilać zapasy Susan. Włamywał się do jej kwatery, żeby podrzucić zdobycz i za każdym razem zaskakiwało go, że nie został przyłapany.
Wiele razy wykorzystywał swoje kontakty, by ułatwić negocjacje z różnymi rasami Obcych. Było tak choćby z tym tym przybyszem, który męczył Susan w sprawie reklamy systemu VOR. Powiedziała „nie”, ale ten dureń wydawał się nie rozumieć odmowy. Po tygodniu nękania jej w Zocalo Susan była bliska wybuchu. Nic dziwnego, że Marcus uznał, że musi „porozmawiać” z Obcym. Zadziałało. Co więcej, Susan nie miała podejrzeń, że ktoś się tutaj wtrącał.
Musiał być bardzo pewny siebie, kiedy wręczał Susan ostatni prezent. Dwa dni wcześniej narzekała, że nie ma nic do oglądania, odkąd Ziemia zablokowała wszystkie programy z rozrywką. Przy pierwszej sposobności Marcus kolejny raz włamał się do kwatery Susan, złamał wszystkie blokady i przeprogramował wszystko, aby Susan mogła oglądać wieczorami, po powrocie z pracy, ulubione programy.
Czyżby to był jego ostateczny upadek, a wcielenie gniewu, Susan Ivanova, stało teraz tuż przed nim?
Nie dało się już uciec.
Na najbliższym przystanku pozostali pasażerowie metra opuścili wagon. Nikt inny nie odważył się wejść. Drzwi się zamknęły i pozostali tylko oni dwoje. Sami.
— Komputer, zatrzymaj! — warknęła Susan. — Mówi kapitan Ivanova.
Marcus przełknął ślinę i cichutko wycofał się w kąt wagonu. Jednak Susan podążyła tam za nim.
— Strażniku Cole — zaczęła oficjalnie. O Boże, zwróciła się do niego po nazwisku! Źle to wróżyło. — Czy to ty wczoraj zakradłeś się do mojej kwatery i przeprogramowałeś terminal mego komputera?
Zdobył się tylko na to, by niemo przytaknąć. Susan zrobiła krok w jego kierunku.
— Masz coś wspólnego z krasnoludkami, które pomagały mi przez parę ostatnich miesięcy?
Następne skinienie. Następny krok.
— Czy to dzięki tobie mam zapasy kawy?
Potwierdzenie. I kolejny krok.
— Wobec tego mogę powiedzieć tylko jedno.
Teraz stali już nos w nos. Serce Marcusa łomotało głośno, ledwie mógł oddychać. Cierpliwie znosił wymierzone w siebie spojrzenie Susan i szykował się na wysłuchanie jej przemowy.
— Dziękuję — powiedziała miękko.
Zaledwie zdążył zarejestrować nagłą zmianę jej tonu, przysunęła się jeszcze bliżej. I… cóż, nadal miał kłopoty z oddychaniem, ale teraz już z innego powodu. Ta sama przyczyna sprawiła, że rumieńce zaczęły mu wracać.
Susan zatopiła palce w jego włosach, nie przerywając pocałunku, i przytuliła się do niego. Pokonał zaskoczenie i odpowiedział, jak należało, ciesząc się tą chwilą.
Znacznie później Susan odsunęła się, wygładziła mundur i poprawiła fryzurę, a potem wydała rozkaz, by wagon ruszył. Zanim drzwi się otworzyły, obejrzała się na Marcusa, który na próżno starał się wyrównać oddech.
Posłała mu szeroki, nieco łobuzerski uśmiech. A potem ostrzeżenie:
— Opowiedz o tym komukolwiek, a będziesz trupem.
Odeszła.
Marcus przesunął się bliżej wejścia i przyglądał się, jak szła korytarzem. Wiedział, że nie wygląda najmądrzej z błogim uśmiechem rozlewającym się na twarzy. O Boże, co za kobieta! Nie, nie zamierzał nikomu mówić o tym podziękowaniu. Ten sekret należał tylko do niego.
soph - Śro 09 Gru, 2009 04:26
Zagwarantowałaś mi dobry humor na cały dzisiejszy dzień . Dziękuję
Admete - Śro 09 Gru, 2009 14:18
No proszę jaka akcja
Aragonte - Śro 09 Gru, 2009 16:39
Eee tam, grzecznie było Mam nadzieję, że dialogi w miarę pasują do bohaterów.
Poza tego rodzaju scenkami osadzonymi w czasie wydarzeń B5 są liczne ff-y o powrocie Marcusa do świata żywych - ewentualnie szczypatielne bardzo o spóźnionych żalach Susan - jednak te są z reguły dłuższe i jeden tylko próbowałam trochę tłumaczyć jakiś czas temu. Poziom mają różny Nie jestem pewna, czy warto tłumaczyć. Wydaje mi się, że przyjemniejsze w odbiorze są te miniaturki, które nie rozwlekają się na dziesiątki stron.
Soph - cieszę się, że zapewniłam Ci miły poranek
Może jeszcze coś wrzucę niedługo, bo jestem na zwolnieniu, postanowiłam wreszcie podleczyć trochę moje wlekące się od miesiąca najmarniej przeziębienie
Może pobawię się jednak hobbystycznym przekładaniem fragmentów książki pani Drennan? Będę pewnie tropić w niej ślady braci Cole Znalazłam rysopis Williama, Marcusa autorka nie opisała
Aragonte - Śro 09 Gru, 2009 20:13
I znowu trochę zrzutów ekranu Zwolnienie jednak na coś się przydaje
Tym razem odcinek Voices of Authority - usiłowałam wyszukać wszystkie ciekawe wymiany spojrzeń między Marcusem i Susan.
Te ich utarczki i nieporozumienia były świetnie skontrastowane z rosnącym porozumieniem między Delenn a Sheridanem.
  
  
   
I trochę cytatów
Byli tutaj. Czuję ślady ich stóp na piasku. Słyszę ich słowa szeptane na wietrze. (Susan)
- Kiedy ostatni raz nie miałaś nic do roboty?
- Mam obowiązki.
- Również względem siebie. Nie musisz być zajęta przez każdą chwilę swojego życia.
- Nie przypominam sobie, żebym upoważniła cię do wchodzenia w moje osobiste sprawy.
- Muszę mieć upoważnienie, żeby rozmawiać z tobą jak człowiek? Przed czym ty uciekasz?
- Nie masz nic do roboty?
- Nie, cały jestem twój.
- Chyba się zdenerwował. Vorlon musi być im winien pieniądze.
- Przynajmniej wiemy, że nas rozumieją. Nie chcą tylko z nami rozmawiać.
- Kto mógł przypuszczać, że okażą się Francuzami?...
- Odlatuje. Chyba "zog" oznaczało nie.
- Jeszcze czego. Nie odlecą stąd, póki nie powiedzą "tak".
- Naprawdę? A jak ich zatrzymasz? Może biało-czerwony znak z napisem "stop"? Albo ja założę wiadro na głowę i będę udawał Boogee, starożytnego boga Vorlonów?
- Właśnie!
- Świetnie, idę po wiadro.
Admete - Śro 09 Gru, 2009 21:02
Ale kusisz...Niestety proza życia jest okrutna. Muszę najpierw zebrać materiały do pracy dyplomowej, a potem jakims cudem ją napisać...
Aragonte - Śro 09 Gru, 2009 21:36
Kuszę, okrutnie kuszę, co mam sama ulegać obsesji
Ładne wideo mi się znalazło - dedykowane Marcusowi, z muzyką z LOTR
http://www.youtube.com/watch?v=PSvUGRoFsho
Dobra, zamykam się na razie
Aragonte - Czw 10 Gru, 2009 14:45
Zerknęłam jednym okiem na wczorajsze zrzuty ekranu - Marcus wyglądał tam jak średniowieczny rycerz Jedne z najlepszych ujęć z nim są z tego odcinka, w niektórych spece od wizerunku postaci przeginali z fryzurą albo zarostem
Ale w "Voices of Authority" czy chociażby "Matters of Honor" wyglądał jak dla mnie mrrrrr mimo że posągowej sylwetki to on nie ma, chudy jest okrutnie Ale w końcu nie uwielbiam go za wygląd, tylko za całokształt Zalazł mi za skórę, więc próbuję go rozgryźć, zrozumieć jego wybory, zrozumieć, dlaczego stało się, jak się stało - przecież w jakimś sensie popełnił samobójstwo
A teraz meritum, czyli efekt zmagań z książką pani Drennan. Podeliberowałam trochę i doszłam do wniosku, że nadam jej jakiś polski tytuł, a że bezokolicznik w tytule mnie jakoś raził, stanęło na wersji "Sny w Mieście Smutków".
Krótka scena poniżej jest wyjęta z IV rozdziału. Sinclair jest już ambasadorem na Minbarze i ma pierwsze ambasadorskie spotkanie - zobaczycie, z kim
-----------
Kathryn M. Drennan
Sny w Mieście Smutków
Rozdział IV (fragment)
[...]
— W porządku — powiedział Sinclair. — Przyślij go tutaj.
Petentem okazał się mężczyzna w wieku dwudziestu kilku lat, szczupły, o jasnej karnacji. Jego bladość podkreślał kontrast z głęboką czernią włosów. Jednak ta twarz wyrażała czystą radość. Był tak pełny życia, że zdradzał to w każdym ruchu. Promieniował od niego entuzjazm i energia.
Na ramieniu niósł torbę. Jak podejrzewał Sinclair, stanowiła ona cały jego bagaż. Ubranie, które nosił, składało się z wielu warstw; przypuszczalnie nałożył na siebie połowę tego, co posiadał. Stara sztuczka pozwalająca na zaoszczędzenie miejsca w podróży. Sinclair często ją stosował przed wstąpieniem do Sił Ziemskich, kiedy przez dwa lata łączył podróże z pracą i poszukiwaniem samego siebie.
Wstał i obszedł biurko, by móc uścisnąć dłoń młodego mężczyzny.
— To spotkanie to dla mnie zaszczyt, ambasadorze — powiedział tamten z przekonaniem. — Jest pan prawdziwym bohaterem, sir, jeśli wolno mi to powiedzieć.
Sinclair nie przywykł do takich określeń. Nigdy nie wiedział, co odpowiadać w takiej sytuacji. Na pewno nie czuł się bohaterem. Był po prostu żołnierzem, który wykonywał swoje obowiązki najlepiej, jak potrafił. Jednak taka odpowiedź zabrzmiałaby staroświecko, więc uśmiechnął się tylko, dał znak, by młody mężczyzna usiadł, i wrócił na swoje miejsce za biurkiem.
— Dziękuję. Miło mi pana poznać, panie…
— Cole. William Cole. Proszę uwierzyć, cała przyjemność jest po mojej stronie. Och, czytałem wszystko na pana temat. Najlepszy pilot myśliwca Sił Ziemskich. Pierwszy dowódca stacji Babilon 5. Pierwszy ambasador na Minbarze. Nigdy wcześniej nie spotkałem kogoś, kto naprawdę walczył w Bitwie na Linii. Mój brat służył w Siłach Ziemskich podczas wojny, ale w tej bitwie nie brał udziału.
— Nadal jest wojskowym? — Sinclair spróbował zmienić przedmiot rozmowy.
— Nie — odpowiedział William. — Nie przepada za wojskowym drylem. Zrezygnował ze służby, kiedy tylko Minbari uciekli z podwiniętym ogonem. Bez obrazy… To znaczy, ja lubię Minbari. Naprawdę ciekawa rasa. Dlatego tu przyleciałem. Chcę uczyć się ich języka, poznawać ich obyczaje, wojenne prawa, historię. Wszystko.
— Jak długo zamierza pan tu zostać, panie Cole?
— Dopóki mnie nie wyrzucą. Czyli pewnie około trzech miesięcy?
— W przybliżeniu — odpowiedział Sinclair. — Cóż, w razie jakichś kłopotów podczas pobytu na Minbarze nasza ambasada postara się panu pomóc. Zanim pan nas opuści, mój asystent wręczy panu pakiet informacji, które mogą okazać się pomocne. Zakładam, że wypełnił pan już formularze wymagane przez rząd Minbari?
— Całą stertę. Jezu, oni to muszą lubić papierkową robotę, no nie?
Sinclair zaśmiał się w odpowiedzi. On sam zdążył już polubić tego mężczyznę, zastanawiał się jednak, jak reagowali na jego zachowanie niektórzy bardziej zasadniczy Minbari.
— Czy wie pan, jak stoją sprawy na Ziemi? W ciągu ostatnich tygodni miałem pewne kłopoty ze zdobyciem świeżych informacji.
William wzruszył ramionami.
— Moje też nie są świeże. Podróżowałem to tu, to tam, spędziłem sporo czasu na planetach zewnętrznych, na Marsie, a potem, oczywiście, na Księżycu… Widziałem tam muzeum Apollo 11. To była turystyczna wycieczka. Urodziłem się w kolonii górniczej, większość życia spędziłem w tym jednym miejscu, a zawsze marzyłem o tym, żeby zwiedzić System Słoneczny, do czego namawiają w reklamach. Ale ostatecznie spędziłem tylko jeden dzień na Ziemi, zanim złapałem statek lecący na Minbar.
Zaczął przeszukiwać torbę.
— Mam tutaj „Universe Today” sprzed paru dni — wyciągnął gazetę i wręczył Sinclairowi. — Przeczytałem już wszystko, co mnie interesowało. Może pan ją zatrzymać.
— Dziękuję.
Sinclaira zmroziła treść jednego z nagłówków.
EKSPLOZJA EARTHFORCE 1 SKUTKIEM TRAGICZNEGO WYPADKU.
DOCHODZENIE ZAKOŃCZONE. CAŁA ZIEMIA OPŁAKUJE ZABITYCH.
— Czy coś jeszcze?
Sinclair z trudem oderwał wzrok od gazety.
— Nie, to wszystko. Cieszę się, że pana poznałem, panie Cole.
William wstał.
— Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy. Dla mnie był to zaszczyt. Prawdziwy zaszczyt.
I wyszedł.
[...]
|
|
|