Literatura - Proza i poezja - Kicz czy literatura ?
Aragonte - Wto 13 Mar, 2007 21:57
Ali, świetny patent Pewnie, niech sobie czytelnik wyobraża, leniwiec jeden
No to czekam na ślub :grin:
Anonymous - Wto 13 Mar, 2007 23:03
pewnie zgłodniał chłopak
Ja zawsze odczuwam niepokój i fluidy gdy jestem głodna
QaHa - Wto 13 Mar, 2007 23:47
"znowu narazić ich może na zawistne komentarze, dla znoszenia których Stefcia jeszcze nie była zastosowana. "
"zastosowana" GENIALNE padam do nóg
Alison - Śro 14 Mar, 2007 07:55
| Gosia napisał/a: |
Swoja droga, ze po modlitwie Waldemara naszlo, zeby pojsc do jej sypialni Chyba diabel w nim siedzi |
A wątpiłaś w to choć przez chwilę?
A w ogóle to go nie naszło, jeno fluid go przezścienny odstefaniowy ściągnął był, co Ty nie czytasz dokładnie czy co?
| Gosia napisał/a: | | Feromony? |
Gosiałku, wtedy jeszcze nie było feromonów, wtedy były fluidy
Marija - Śro 14 Mar, 2007 08:10
Dzisiaj o bladym świcie pierwsze słowa, jakie mi przyszły do głowy po zamordowaniu budzika, były o ordynacie Michorowskim, już nie pamiętam co dokładnie mi zabrzmiało (coś "Czy ordynat Michorowski..." ), ale fluidy to musiały być albo i feromony . Czy to jest normalne? :oops:
Alison - Śro 14 Mar, 2007 19:14
UWAGA! UWAGA! Rozkład jazdy na dzisiaj jest następujący. Napisały się mi 3 części nierówne - Bukiet, Ślub i Epilog.
Zamieszczać je będę kolejno, żeby nie zaćmić Was za bardzo za jedną zamachą w różnych odstępach czasowych. A teraz sobie na nie polujta jak komu zależy się dowiedzieć, co było.... No to pierwszy wagonik koksu.
Ranek następnego dnia wstawał wolno i jakby ociągając się, z zaróżowionym wstydliwie licem, niepewny, czy wypada mu wypraszać, piękną, migocącą milionem gwiazd noc, która jednak łaskawie wycofywała się, ciągnąc za sobą po zachodnim niebie końcówkę trenu, swojej wieczorowej sukni. Stefcia otworzyła oczy nagle, jakby coś ją z głębokiego snu wyrwało. Odruchowo spojrzała na drzwi. Serce zatrzepotało jak zabłąkany pod dachem wróbel, na wspomnienie wczorajszych odwiedzin Waldemara. Omal nie straciła przytomności, kiedy stanął pod jej drzwiami, dokładnie w tej samej chwili, kiedy gwałtownie zapragnęła go zobaczyć, zatonąć w jego ramionach, tak bezpamiętnie, by utwierdzić się w przekonaniu, że to ona i tylko ona, jest wybranką jego serca. Przypominając ich wczorajsze tete a tete Stefcia nakryła głowę kołdrą, jakby wstydziła się, że ktoś ujrzy jej rumieniec i usłyszy serce galopujące jak źrebak, pierwszy raz wypuszczony na soczystą łąkę. Szybko jednak otrząsnęła się z tych dziewczęcych niedorzeczności, jak sama siebie skarciła i żwawo wyskoczyła z łóżka na miękki dywan, otulający podłogę w jej sypialni. Wzrok sam skierował się w stronę sofy, na której rozłożona była jej ślubna suknia. Obok niej na małym, okrągłym stoliczku, w kryształowej wazie stała jej ślubna wiązanka. Stefcia podeszła do niej. Wyciągneła obie dłonie, otulając nimi cudnej urody, białe orchidee, ale zaraz cofnęła ręce za siebie z lękiem, jakby coś ją od tego, całkiem przecież niewinnego, bukietu odrzuciło. Kompozycja była piękna, wytworna i elegancka, ale w tej wytworności tak chłodna, tak obca, tak gorącemu sercu dziewczyny niemiła, jakby z martwych a nie żywych kwiatów, była ułożona. Nie myśląc wiele, Stefcia postanowiła ubrać się szybko i sama, póki jeszcze czas, a dzikie kwiaty rosą przepojone, zająć się swoim ślubnym bukietem. Wybiegła cichutko z zamku, tak żeby jej nikt nie zobaczył i w cieniu krużganków, przemknęła się w kierunku stajni. Tam spotkała zdziwonego Jura. Chłopisko pokłoniło się głęboko, z uszanowaniem i spytało, w czym może pomóc o tak wczesnej porze. Stefcia kazała sobie osiodłać ulubioną klaczkę Erato. Jur trochę się wzbraniał, wiedząc, że koń poniósł kiedyś, nie tyle bał się ordynata, gdyby tak panience się coś stało, ale jemu samemu serce by chyba pękło z żalu. Stefcia jednak minkę zrobiła tak cudnie proszącą, że stary ustąpił. Puściła konia najpierw kłusem, a potem niespiesznym galopem w stronę pól. Upojona zapachami poranka, Erato pędziła jak ulubienica wiatru, dla zabawy ścigająca się z jego lekkimi porywami. Dojechały na skraj parku, gdzie zaczynały się wyzłocone pszenicą, głębowickie pola. Złocisty falujący łan, niczym perski dywan ukraszony był delikatnym wzorkiem z bławatków, złocieni i purpurowych maków. Stefcia uśmiechnęła się do siebie - "Bławatki! Przecież tak ją kiedyś nazwał w oranżerii. Te kwiatki świadkować mi będą na ślubie!" Roześmiana dziewczyna, zeskoczyła z konia i brodząc wśród dojrzałych kłosów, zbierała bukiet bławatków. W sam środek włożyła jeden, wielki kwiat złocienia, który jak słońce na błękitnym niebie, jaśniał w samym środku bukietu. Rozglądając się za tym, czym by też go jeszcze ożywić, ujrzała nagle zarośla oplecione delikatną siatką wijących się powojów. Oplotła cienkimi łodyżkami bukiet. Śnieżnobiałe kielichy, wplatały się gdzieniegdzie pomiędzy chabrowe bławatki, pięknie uwydatniając ich kolor. Dziewczyna przytuliła bukiet do piersi, ona bławatek, a powój, to ulubiony kwiat Waldemara, jak pięknie ze sobą współgrają, jak idealną tworzą całość!
Wskoczyła chwacko na konia i popędziła do zamku, bo słońce rozświetliło niebo na dobre, wstał piękny, nowy dzień, dzień ich ślubu...
Po powrocie do zamku, Stefcia odniosła bukiet ogrodnikowi. Ten też już nie spał. Opiekun delikatnych, rzadkich roślin od świtu już był na posterunku. Wszystkie te pachnące orchidee, szkarłatne anturia, wyniosłe strelicje, jak oficerowie od rekrutów w czasie musztry, wymagały od swego opiekuna i jego pomocników, stałej uwagi i czujności. Stefcia wytłumaczywszy z czym przyszła, szybko popędziła do swoich pokoi, szykować się do ślubu. Stary ogrodnik spojrzał na bukiet, który mu wręczyła, by go nieco "uzdatnił", jak się wyraziła i uśmiechnął się. A cóż tu uzdatniać? Przecie on już gotów całkiem! Stuknął się palcem w czoło, jak mógł dla tej naturalnej i bujnej jak czerwcowa łąka kobiety, przygotować tak ostentacyjną wiązankę? Kiwając głową, wszedł do oranżerii, gdzie otoczył bukiecik mgiełką bielutkiej gipsówki, a wykończył gałązkami delikatnego adiantum, co niby kryzka z brabanckiej koronki, delikatnym odcieniem zieleni, dopełniła kompozycji.
Marija - Śro 14 Mar, 2007 20:55
Chwilami - coraz dłuższymi - zapominam, że to nie Mniszkówna napisała . Naprawdę, Ali :grin: !
Alison - Śro 14 Mar, 2007 21:01
Ooo jest jednen chętny czytelniczek do dalszego męczenia, to proszę bardzo służę dalszym ciągiem
Goście, wstając po kolei, otwierali okna swych sypalni i wielkimi haustami spijali świeżość letniego poranka. Delikatny wiatr wiejący górą, trzepotał radośnie chorągwią ze znakami Michorowskich, zatkniętą na najwyższej wieży zamku. W dole powietrze stało nieruchomo, rosa jeszcze migotała na pysznej zieleni otaczającej zamkowe tarasy, ptaki pojedynczo i bardzo nieśmiało odzywały się spomiędzy gałęzi wielkich, starych drzew, jakby bojąc się naruszyć uroczysty nastrój tego dnia.
Goście, po śniadaniu małymi bryczkami udali się do kaplicy głębowickiej, co stała niedaleko zamku, pośrodku parku, na niewielkim wzgórzu, niedaleko doliny róż, otoczona dwiema starymi lipami, frontem zwrócona na południe, ku słońcu, które wpadając przez otwarte wrota, rozświetlało jej wnętrze aż po stopnie ołtarza. Cienie w środku zlewały się w tęczowe plamy światła przesianego przez kolorowe szkła witraży. Kaplica była niewielka, nie podzielona na boczne nawy i kruchtę. Tworzyła ją jedna sala zakończona niedużym, z wielkim smakiem zaprojektowanym, ołtarzem. Mimo, że od pokoleń służyła bogatym mieszkańcom zamku, nie ociekała złotem, nie pyszniła się ozdobami. Proste, surowe ściany ozdobione jedynie prostymi kinkietami i obrazami drogi krzyżowej, przypominały wiernym, że to miejsce na chwałę Bogu zostało wybudowane i służyć miało skupieniu i modlitwie, a nie zaspokajaniu zmysłów artystycznych. Droga pomiędzy ławkami, prowadząca do ołtarza ustrojona była wazonami pełnymi przepięknych białych kwiatów. Białe rododendrony, walczyły o palmę pierwszeństwa z gardeniami i liliami o białych kielichach, nakrapianych pomarańczowymi piegami. Wyśmiewały się z tych piegów śnieżnobiałe róże, których nieskazitelnej bieli płatków, nawet jedna, ciemniejsza plamka nie kaziła. Kwiaty otoczone były jedwabnymi wstążkami, które faliście miękko spływały aż na kamienną posadzkę. Ołtarz ubrany był białymi gladiolami, które dumnie wystrzeliwały ze smukłuch wazonów, w kierunku wysokiego sklepienia.
Waldemar ubrany w nieskazitelnie czarny smoking, połyskujący w słońcu turkusowo jak skrzydło kruka, w białą jedwabną koszulę, takąż kamizelkę i krawat fantazyjnie zawiązany, z wkłutą weń niebieskawą perłą, wyglądał olśniewająco i wszystkie panie, mijające go u wejścia do kaplicy, wzdychały głęboko, oczy wznosząc ku niebu, że też taki mężczyzna, piękny jak sam Parys, po ziemi bezkarnie chodzi kusząc wzrok, panien, wdów i mężatek. Kiedy Waldemar odprowadzał do pierwszej ławki najpierw starszą księżnę Podhorecką, a potem matkę Stefci, zajechał powóz z Trestką wesoło gawędzącym z pękatym, rubasznie dość prezentującym się, proboszczem. Proboszcz był w tej parafii nowy, Waldemara nie znając dobrze, okropnie się denerwował, nienaturalnym śmiechem pokrywając zmieszanie. Kiedy wszyscy zajęli swoje miejsca, zaczęli się trochę nerwowo oglądać w stronę otwartych wrót kaplicy i nasłuchiwać oczekiwanego turkotu landa, które miało przywieźć Stefcię i pana Rudeckiego. Ale Stefcia, chciała przejść się pieszo, ostatni raz swym panieńskim jeszcze okiem, ogarnąć dolinę róż, piękne aleje i rozkwiecone, pachnące nieprzytomnie krzewy azalii. Pan Rudecki nie był pewien czy wypada tak pieszo spacerować na ślub z ordynatem, więc ciągle Stefcię pospieszał, ale ona rozkoszowała się ciepłem i blaskiem południa, choć serce biło jej gwałtownie jak dzwon wzywający do pożaru. W końcu stanęła na progu kaplicy, wsparta o ramię ojca, oświetlona od tyłu promieniami słońca, otoczona odrzwiami jak ramą starego obrazu. W aureoli światła, wyglądała jak anioł, który zstąpił na ziemię. Waldemar ujrzawszy ją, wstrzymał oddech. Była zarazem skromna i wytworna, jak mniszka i dama w jednej zespolone postaci. Biała gładka, atłasowa suknia okryta była płaszczem delikanej koronki. Łabędzia szyja przechodziła łagodnie w wyraźnie zarysowaną wypukłość dekoltu (Autorka nie mogła się opanować!) . Zamiast welonu głowę osłaniał koronkowy, luźno opadający na ramiona kaptur, spod którego niesfornie wijące się płowe kosmyki otaczały, uśmiechniętą, rozpromienioną twarz. Koronkowe rękawy, lekko rozszerzone odsłaniały, delikatne, szczupłe dłonie, z których jedna oparta była na przedramieniu ojca, druga zaś, trzymała niedużą lekką jak puszek wiązankę z bławatków, których kolor cudownie współgrał i eksponował fiołkowe oczy Stefci. Pojedyncze, drobne kieliszki powoju zlewały się barwą z tłem sukni, z którą najwięcej wspólnego jednak miała, otaczająca cały bukiet, koronkowa mgiełka gipsówki. Ze środka śmiał się do wszystkich słoneczny złocień. Waldemar obnażył biel swoich wspaniałych zębów w szerokim uśmiechu, który ozdobił mu twarz, na widok narzeczonej. Nie wyobrażał sobie, że może być aż tak piękna. Pan Rudecki wzruszony podprowadził córkę do ołtarza, dotknął dłonią ramienia Waldemara, i spojrzawszy mu głęboko w oczy, jakby mówił "oddaję ci ją, teraz ty będziesz jej opiekunem", a Stefcię ucałowawszy w czoło, odszedł do bocznej ławki, by zająć miejsce obok żony. Z boku młodej pary stali hrabiostwo Trestkowie, on ze wzrokiem dogłębnie rozanielonym, ona właściwie niezdecydowana, czy ma się wzruszyć czy uśmiechać, bo w wielkim się znajdowała pomięszaniu uczuć. Ksiądz rozpoczął ceremonię, ale powitawszy zebranych, nagle powiódł wzokiem po sobie i gwałtownie zbladł, jąkając cicho:
- Panie ordynacie, ja..., nie mogę kontynuować, ja zapomniałem... ślub będzie nieważny.
Waldemar osłupiał, Stefcia uniosła brwi ze zdziwienia. Rita natychmiast pchnęła łokciem w bok męża, sycząc przez zęby:
- Cóżeś ty znowu namięszał Trestka, co?
cdn...
Gosia - Śro 14 Mar, 2007 21:17
Co to ma znaczyc? Zapomnial modlitewnika, czy co?
Alez piszesz, Ali!
| Cytat: | | Ranek następnego dnia wstawał wolno i jakby ociągając się, z zaróżowionym wstydliwie licem, niepewny, czy wypada mu wypraszać, piękną, migocącą milionem gwiazd noc, która jednak łaskawie wycofywała się, ciągnąc za sobą po zachodnim niebie końcówkę trenu, swojej wieczorowej sukni. |
Mniszkowna, jako żywo!
| Cytat: | | Waldemar ubrany w nieskazitelnie czarny smoking, połyskujący w słońcu turkusowo jak skrzydło kruka, w białą jedwabną koszulę, takąż kamizelkę i krawat fantazyjnie zawiązany, z wkłutą weń niebieskawą perłą, wyglądał olśniewająco i wszystkie panie, mijające go u wejścia do kaplicy, wzdychały głęboko, oczy wznosząc ku niebu, że też taki mężczyzna, piękny jak sam Parys, po ziemi bezkarnie chodzi kusząc wzrok, panien, wdów i mężatek |
| Cytat: | | Delikatny wiatr wiejący górą, trzepotał radośnie chorągwią ze znakami Michorowskich, zatkniętą na najwyższej wieży zamku |
I dbasz o szczegoly !
Pare fragmentow to pereleczki!
A co to z tymi nocnymi odwiedzinami? Cenzura obyczajowa czy co?
Marija - Śro 14 Mar, 2007 21:39
:razz: Smakowite kawałki: "panieńskim jeszcze okiem " i "obnażył biel swoich wspaniałych zębów ( )", czytam i czytam, Mniszkówna wysiądła (przez "ą")
Alison - Śro 14 Mar, 2007 21:52
Na żadne opisy nocnych igraszek nie liczta, nie ze mną te numery Brunnery
No to tam dam dadam dam dam dam - znaczy się ślub mam na myśli
- Ależ duszko - szepnął, zupełnie nic nie rozumiejąc, hrabia - ja tylko, jak kazałaś, bawiłem księdza rozmową.
- Dam ja ci zabawę rozmową, jeszcze przez ciebie ślubu nie będzie! Rozwiodę się z Tobą, zobaczysz! - wycedziła żona, z morderczym wejrzeniem. Hrabia skurczył się pod nim jak listek brzozowy od upału, ale w tej chwili głośne tupanie oznajmiło wpadnięcie zdyszanego kościelnego, który biegnąc do ołtarza z wyciągniętą ręką, w której trzymał zwiniętą luźno stułę, po drodze zdążył przewrócić dwa wazony z kwiatami. W końcu jednak żywy, choć bez tchu prawie, dopadł do stóp ołtarza i jak maratończyk tuż przed wydaniem ostatniego tchnienia, padając na kolana, podał stułę księdzu. Waldemar uniósł pierś w narastającym gniewie, nozdrza poczęły mu falować rytmicznie, obrazując jak bardzo jest wzburzony. Stefcia jednak znając już te jego oznaki gniewu, dotknęła jego ramienia i uśmiechając się zawadiacko, w mig uspokoiła, dzikiego zwierza, który chciał się wyrwać z jego piersi, by ukarać kogoś za całe zamieszanie i opóźnianie ceremonii. Ksiądz jednak sprawnym ruchem przewiesiwszy stułę przez krótki kark, począł od nowa witać zgromadzonych. Nagle w trakcie nabożeństwa przez otwarte wrota, rozświetlone słońcem, co akurat stało w zenicie, wleciał do kaplicy, zwabiony zapachem kwiatów, motyl przepięknej urody. Złocisty, o fantazyjnym kształcie skrzydeł, ukraszonych czarno-biało-czerwonymi plamkami, przeleciał nad obu rzędami ławek, zatrzepotał nad głowami młodej pary i jak gdyby nigdy nic, usiadł na ślubnym bukiecie Stefci, niczym klejnot dopełniający jego urody. Stefcia krzyknęła cichutko, przerywając księdzu wpół zdania, Waldemar spojrzał w dół i ujrzawszy motyla, uśmiechnął się z rozrzewnieniem, szepcząc "Paź królowej, mojej królowej...". Nie wiedział, że ten gatunek motyla był ulubionym, ukochanej jego dziadka Macieja, babci Stefci. Stefcia odwróciła się delikatnie wyciągając wiązankę w kierunku starego pana Michorowskiego, ten ujrzawszy motyla, zasłonił dłonią usta, chcąc stłumić łkanie, co mu pierś bezlitośnie szarpnęło. Nie mając siły jednak tego uczynić, rozpłakał się jak dziecko. Słysząc spazm staruszka, niemal wszyscy obecni w kaplicy łzy ukradkiem ocierać zaczęli, a Lucia głośnym szlochem zagłuszyła nawet płacz dziadka. Pani Idalia nachyliwszy się sztywno do córki, szepnęła:
- Bój się Boga, Luciu, a cóż to za sentymenta?
Rozejrzawszy się jednak dokoła i widząc wszędzie chusteczki przy oczach, nie chcąc być gorsza, głównie od obu księżnych, pospiesznie wyciągnęła swoją i poczęła powiekami mrugać w zawrotnym tempie, żeby choć jedną, elegancką łzę z tej niezrozumiałej okazji uronić. Tymczasem ceremonia dobiegła końca. "Co Bóg złączył, człowiek niech nie waży się rozłączyć", kiedy wybrzmiały te słowa, motyl znieruchomiały na bukiecie, nagle ożył, wzbił się wysoko ponad głowy młodej pary, i prowadzony snopem światła wpadającego przez otwarte drzwi kaplicy, wyleciał prosto ku słońcu. Tylko Stefcia i pan Maciej domyślali się, że to być może posłaniec od zmarłej Steni, przybył pobłogosławić tej pięknej parze. Kiedy wybuchła muzyka marsza weselnego, młodzi przytuleni odrócili się od ołtarza i poczęli przyjmować serdeczne życzenia od wszystkich, obecnych na ślubie, gości. Kiedy wyszli przed kaplicę, cała aleja otoczona była szpalerem głębowickich ludzi, służby, strzelców, masztalerzy, koniuszych, dzierżawców, a nawet chłopów. Cichy ślub przerodził się w głośno manifestowaną przez wszystkich, szczerze kochających tych dwoje, którzy po ciężkiej walce z przeciwnościami losu, w końcu przecież złączyli się świętym węzłem małżeńskim, radość z tego, że miłość zwyciężyła, miłość okazała się być siłą największą, gotową góry z miejsca na miejsce przenosić, byleby tylko dwa kochające się serca, połączyć. Dzieci odświętnie ubrane, z koszyczkami wypełnionymi kielichami i płatkami kwiatów, sypały je obficie wprost pod nogi szczęśliwej pary. Wiwatom i życzeniom nie było końca. Wkrótce droga do zamku zaczęła przypominać corso kwiatowe, rozbrzewające śmiechem, okrzykami i pieśniami weselnymi. Ptaki pół dnia milczące dołączyły się do tych odgłosów radości, by hen na koniec świata zanieść na skrzydłach nowinę, że oto miłość króluje w tym pięknym, przepełnionym nią zakątku ziemi. Nieprzewidzianie, planowane początkowo skromne przyjęcie weselne, przerodziło się w królewską ucztę, na której wszyscy za wieczną pomyślność państwa młodych wznosili niekończące się toasty.
Po czem nastąpi epilog :razz:
Kaziuta - Śro 14 Mar, 2007 21:52
Jak to czasem na ślubach bywa Trestka zapewne zapomnial obrączek. ale sprytny ordynat uwije naprędce dwie obrączki z gałązek powoju.
Ali dzięki za ten powój. Ślicznie wpleciony.
| Alison napisał/a: | | Zamiast welonu głowę osłaniał koronkowy, luźno opadający na ramiona kaptur, spod którego niesfornie wijące się płowe kosmyki otaczały, uśmiechniętą, rozpromienioną twarz. |
Odważna kreacja ślubna jak na temte czasy. Szczególnie ten kaptur. Czy naszą skromną Stefcie stać było na taką ekstrawagancje ?
| Alison napisał/a: | | Ale Stefcia, chciała przejść się pieszo, ostatni raz swym panieńskim jeszcze okiem, ogarnąć dolinę róż, piękne aleje i rozkwiecone, pachnące nieprzytomnie krzewy azalii. |
Taki chłop przed ołtarzem czeka, a jej sie chodzic po polach zachciało.
No przyznaem, że tego nie rozumiem.
Gosia - Śro 14 Mar, 2007 21:59
Hip hip Huraaaaa! Sto lat mlodej parze!
| Cytat: | | Paź królowej, mojej królowej...". Nie wiedział, że ten gatunek motyla był ulubionym, ukochanej jego dziadka Macieja, babci Stefci....Tylko Stefcia i pan Maciej domyślali się, że to być może posłaniec od zmarłej Steni, przybył pobłogosławić tej pięknej parze |
Karkolomne, ale zgodne z duchem Mniszkowny
No i corso kwiatowe! Wprost to wyjete z ust pani Heleny! :grin:
Alison - Śro 14 Mar, 2007 22:03
| Kaziuta napisał/a: |
Taki chłop przed ołtarzem czeka, a jej sie chodzic po polach zachciało.
No przyznaem, że tego nie rozumiem. |
No wiesz... Stefcia to jednak kobita, to miała być taka próba, ze jak kocha to poczeka, a poza tym jak Stefcia miała taki kawałek bryką jechać, ona przecie jak Lizzy pieszkom wszędzie chadzała
Alison - Śro 14 Mar, 2007 22:06
| Gosia napisał/a: |
Karkolomne, ale zgodne z duchem Mniszkowny
|
Wiem, wiem :oops: prawie zwymiotowałam, jak to pisałam, ale pomyślałam, że jakby pani Helena ślub opisywała, to tam musowo duch babki musiał się pojawić, pomysł z motylem paziem królowej, przyszedł mi już dawniej, no więc zrobiłam go takim łącznikiem z tamtym światem, ale obrzydliwość z tego wyszła, nie?
Alison - Śro 14 Mar, 2007 22:09
No to co? Pora na epilog? Z góry uprzedzam, że wali lukrem po oczach, ale "zakańczać" i "wykańczać" to ja zupełnie nie potrafię. No to Fuj go!
EPILOG:
Nazajutrz po ślubie państwo Michorowscy tryskający szczęściem wyjechali wprost na kolej wiedeńską, którą wybrali się w miesięczną podróż poślubną, podczas której Waldemar obiecał pokazać ukochanej najpiękniejsze zakątki Europy. Stefcia zachwycała się wszystkim jak dziecko, bijąca od niej z daleka łuna szczęścia i otaczająca ją aura mężowskiej miłości wszędzie, gdziekolwiek byli, zwracała uwagę wszystkich i na wszystkich twarzach wywoływała uśmiechy sympatii. Mimo to, młoda ordynatowa już po trzech tygodniach zatęskniła do stron ojczystych, gdzie babie lato i złota polska jesień, nie mają sobie równych na całym świecie. Nie chciała ani dnia z tych kolorowych cudności stracić. W Głębowiczach wszyscy witali ich, stęsknieni, jakby ich więcej niż rok nie było. Państwo Rudeccy wrócili do Ruczajewa, ale często córkę odwiedzali, szczególniej kiedy ciszę korytarzy na głębowickim zamku rozrywać zaczęły, kolejno pojawiające się, donośne głosiki rozbieganych i rozbrykanych, kolejnych potomków ordynata. On sam zaś, silny jak tur niegasnącą miłością swojej najdroższej żony, po latach wciąż jak sztubak w niej zakochany, dbał o to swoje powiększające się stadło, jak o źrenicę oka. Nie tęsknił za światem, już się nim był w młodości burzliwej nacieszył, nie był mu ten świat, z całym jego fałszywym blaskiem i blichtrem do szczęścia potrzebny. Dbał o dostatek i bezpieczeństwo rodziny i tych, co mu w dobrach jego, podlegali. Jako kochający ojciec i dobry gospodarz do późnej starości darzony był szacunkiem i miłością związanych z nim ludzi. Stefcia pławiła się w tym oceanie uwielbienia mężowskiego jak złota rybka. Znajdując zawsze w mężu oparcie, poświęciła się wychowaniu dzieci i niczym westalka strzegła ognia, w tym rodzinnym ognisku, przy którym każdy człowiek szczerego i uczciwego serca, mógł się ogrzać, gdy tylko znalazł się w takiej potrzebie.
Gosia - Śro 14 Mar, 2007 22:09
W pierwszej chwili myslalam, ze to promien wpadnie i ozloci szpilke ordynata lub jakis inny przedmiot Motyl mnie troche zaskoczyl
Alison - Śro 14 Mar, 2007 22:14
| Kaziuta napisał/a: |
Odważna kreacja ślubna jak na temte czasy. Szczególnie ten kaptur. Czy naszą skromną Stefcie stać było na taką ekstrawagancje ?
|
A pamiętasz w filmie Stefcia jak jechała na bal jako narzeczona ordynata, to miała taki właśnie szyfonowy kapturek i nie wyglądało to wcale ekstrawagancko. Mnie się podobało, przerobiłam na płaszczyk z koronki, bo mam coś takiego po prababci, tyle, że bez kapturka.
Gosia - Śro 14 Mar, 2007 22:14
Ale im szybko ten miodowy miesiac uplynal ...
No trudno...
Pieknie! Choc ordynat powinien jeszcze byc najpierwszym w kraju obywatelem, wprowadzac oswiate miedzy lud, maszyny rolnicze i inne udogodnienia, a ona moglaby zalozyc siec ochronek dla dzieci w calej okolicy z tym ze widze raczej poszla w gromadke wlasnych ordynaciątek
Marija - Śro 14 Mar, 2007 22:16
No nareszcie, piękny epilog, naprawdę .
(To ile tych dzieci było?)
Alison - Śro 14 Mar, 2007 22:18
| Gosia napisał/a: | Ale im szybko ten miodowy miesiac uplynal ...
No trudno...
Pieknie! Choc ordynat powinien jeszcze byc najpierwszym w kraju obywatelem, wprowadzac oswiate miedzy lud, maszyny rolnicze i inne udogodnienia, a ona moglaby zalozyc siec ochronek dla dzieci w calej okolicy z tym ze widze raczej poszla w gromadke wlasnych ordynaciątek |
No ale o tym już tyle sama Helena napisała, że to chyba oczywiste, że po ślubie nim być nie przestał (znaczy wzorowym obywatelem), a nawet zostając ojcem rodzinie, stał się jeszcze bardziej odpowiedzialny, o Stefci i ochronkach też chciałam pisać, ale już mi to przez palce nie przeszło, bo już by mnie chyba skręciło na ament. Wiadomo, że dobra ordynatowa zawsze przy boku ordynata w sprawach publicznych, jak nasza pani prezydentowa
Gosia - Śro 14 Mar, 2007 22:21
Ale po prostu polalas tym zakonczeniem miod, lukier i orzeszki na nasze stesknione wielce serduszka. Pani Helena by sie nie powstydzila!
Podziekowania dla autorki alternatywnego zakonczenia "Tredowatej"
A my cieszmy sie ich szczesciem!
Anonymous - Śro 14 Mar, 2007 23:44
Jeju, jakie to piekne, Matulu !!!
Ja bym chciała jakąś nową powieść Matczynego autorstwa przeczytać...
Trzykrotka - Śro 14 Mar, 2007 23:55
Alison, szkoda Cię na Twoje roślinki. Ty się bierz do tworzenia, popieram Aine.
Aragonte - Czw 15 Mar, 2007 00:33
| AineNiRigani napisał/a: | Jeju, jakie to piekne, Matulu !!!
Ja bym chciała jakąś nową powieść Matczynego autorstwa przeczytać... |
Ja też!
I pozdrawiam wszystkich z pracy :neutral:
|
|
|