To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Kłopoty Luci

Trzykrotka - Sob 13 Gru, 2025 17:22

Irene to zupełnie inna kategoria, klasa sama dla siebie. A Juruś absolutnie nie powinien był dać się namówić Luci. Jego duma mocno ucierpiała. Ale Luci trzeba przyznać, że naprawdę wczuła się w jego sytuację...

W opinii przyjaciół, tylko Lucia ucierpiała na wizerunku. Juruś nigdy w życiu nie stanąłby do wyborów gdyby ona go nie nakłoniła i ta bolesna porażka, jak miano powszechnie nadzieję, wyjdzie burmistrzowi na dobre. Ale obawiano się też, że zwycięstwo burmistrzyni odbije się jak najgorzej na jej charakterze. Ona i Diva spotkały się następnego ranka w ulewnym deszczu podczas zakupów.
- Bardzo to niemiłe dla biednej burmistrz – powiedziała Elizabeth – i nie bardzo uprzejme w stosunku do mnie, że wystawiła kontr kandydata…
- Bzdura – odrzekła Diva. – Mianowała cię burmistrzynią. Jak dla mnie to aż dość uprzejmości za cały rok.
- A ja przyjęłam stanowisko z życzliwości. Chciałabym być dla niej wyręką i z tego samego powodu stanęłam do wyborów…
- Tylko, że ona uznała, że więcej pożytku będzie mieć z pana Jurusia niż z ciebie – przerwała Diva.
- Ktoś, kogo ma w kieszeni… Uważaj, Divo, landara Susan.
Royce zatrzymał się tuż obok nich, a z okna wyłoniła się twarz Susan.
- Dzień dobry, Elizabeth – powiedziała. – Właśnie słyszałam…
- Dziękuję kochana za gratulacje – powiedziała Elizabeth. – Zwycięstwo w wyścigu.
Na twarzy Susan odmalowało się niezrozumienie.
- W jakim znowu wyścigu? – spytała. – W tym deszczu? Ach, wybory do Rady Miejskiej. Jak to miło dla ciebie! Kiedy obniżysz stawki?
Rozległ się ostry gwizd i Irene pod wielkim czerwonym parasolem dołączyła do grupy.
- Czołem, Mapp! – powiedziała. – A więc znowu siedzisz w siodle. Ha! Jak śmiałaś konkurować z Jurusiem, gdy mój anioł wolał jego na tym stanowisku?
Okropne słownictwo Irene zawsze zbijało Elizabeth z tropu.
- Kochana dziwaczko! – powiedziała. – Co za piękny parasol.
- Wiem, że piękny. Jak śmiałaś?
Elizabeth uciekła się do ironii.
- Cóż, nie wszyscy uważają, że twój anioł musi zawsze postawić na swoim – odparła – a my wszyscy musimy słać jej się pod nogi, by mogła wdeptać nas w pył.
- Ale ona właśnie podniosła cię z pyłu, kobieto – zawołała Irene – kiedy zrobiła z ciebie burmistrzynię. Zlitowała się nad twoimi jałowymi wysiłkami stania się kimś. Poczekaj tylko, aż zobaczysz mój fresk.
Elizabeth już pożałowała swojej odwagi.
- Malujesz fresk, kochana? – spytała. – Nie mogę się doczekać żeby go zobaczyć!
- Możesz się rozczarować – powiedziała Irene. – Pamiętasz, jak mi pozowałaś w tym dniu, gdy Lucia zrobiła cię burmistrzynią? Zdjęcie pokazało się w Hampshire Argus.No i teraz ten wizerunek powtórzy się w moim fresku. Stoisz na muszli ostrygi, a Benjy cię dmucha. Tylko poczekaj, przekonasz się!
Nie była to awantura, w którą mogła się mieszać M.B.E, więc Susan zawołała „Do domu!” do szofera i zamknęła okno. Nawet Diva uznała, że lepiej się wycofać.
- Pa, pa! – powiedziała. – Muszę wracać do pieczenia.
Elizabeth odwróciła się z przerażającym uśmiechem.
- No i dobrze – powiedziała. – Gdybyś wczoraj wróciła wcześniej do pieczenia, bardziej delektowalibyśmy się twoimi ptysiami.
- Ja nie mogę! – krzyknęła Diva – Wsunęłaś trzy!
- I gorzko tego pożałowałam – odpowiedziała Elizabeth.
Irene parsknęła śmiechem i poszła dalej w dół ulicy. Diva przeszła na drugą stronę, a Elizabeth stała przez chwilę tam gdzie stała, by odzyskać równowagę. Dlaczego przy Irene zawsze czuła się jak królik ścigany przez kunę? Umiała ją zbić z tropu i pozbawić pewności siebie, wysysała siły na cięte riposty i obelgi. Mogła stawić czoła Divie, właśnie to zrobiła z niewątpliwym sukcesem, ale przeciw Irene była bezsilna. W ulewnym deszczu powlokła się do domu przerażona na myśl, że tamta fotografia znów odżyje w formie fresku.

Koniec rozdziału czwartego

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Pon 15 Gru, 2025 09:23

:serce: :serce: :serce: :serce: :serce: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: KOCHAM IRENE :serce2: :serce2: :serce2: :serduszkate: :serduszkate: :serduszkate: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: jedyna, która nie boi się walnąć drogiej Elżbiecie prawdy w oczy, i doprawdy nie mogę się doczekać fresku, to musi być BOSKIE, Benjy dmuchający Elżbietę stojącą w muszli :excited: :excited: :excited: :excited: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Trzykrotka - Pon 15 Gru, 2025 20:53

Dzieło Irene jeszcze narobi zamieszania :rotfl:
No, teraz to się zadzieje :rotfl:

Tamara - Wto 16 Gru, 2025 10:17

Chciałabym się tam przenieść i oglądać wszystko na własne oczy :serce: :serce: :serce: z drugiej strony lektura zapewnia dostęp do wszystkich tajemnic, czego nie można powiedzieć o osobistym udziale :-P
Trzykrotka - Wto 16 Gru, 2025 22:17

Brydż - odsunięta na bocznicę Lucia musi coś postanowić w tej sprawie :banan:


Rozdział piąty

Nikt nie był bardziej świadom uszczerbku na prestiżu niż sama Lucia, a nie był to koniec niepowodzeń. Miała nadzieję, że jej wyrzeczenie się hazardu skłoni innych brydżystów do pójścia w jej ślady. Nadzieja okazała się płonna; przyjęcia brydżowe z zwyczajowymi stawkami odbywały się w najlepsze, tyle, że jej na nie nie zapraszano. Kolejnym zmartwieniem był wpływ, jaki porażka w wyborach wywarła na Jurusia, a jej szukanie u niego rady w licznych sprawach dotyczących miasta, które miało pokazać mu, jak bardzo ona polega na jego osądzie, również nie odniosło skutku. Kiedy siedzieli po kolacji w pokoju ogrodowym (gdzie jednakże żaden gracz nie stwierdzał już, że godziny mijają za szybko), jej jasne przedstawienie pewnego zagadnienia administracyjnego nie wzbudziło w nim ani krzty entuzjazmu.
- Jeśli nie wszystko jest dla ciebie jasne – powiedziała – nie obawiaj się mi przerwać, a ja do tego wrócę.
Ale nikt jej nie przerwał; od czasu do czasu zaś zauważała lekkie wydłużanie jego twarzy sugerujące stłumione ziewnięcie, a na koniec, ni mniej ni więcej, rzucił jakąś uwagę świadczącą, że nie słyszał ani słowa z tego, co mówiła. Dziś nie żałowała, że nie padły żadne pytania o kontrowersyjne postępowanie zarządu zieleni, bo sama nie była wszystkiego pewna. Stała się mniej urzędowa.
- Ależ te sprawy odgradzają człowieka od lżejszej strony życia! – powiedziała. – Jakieś nowiny dzisiaj?
- Tylko wymiana zdań między Divą a Elizabeth – odpowiedział.
- Jurusiu, nic nie mówiłeś! O co poszło?
- Zacząłem ci opowiadać przy kolacji – powiedział Juruś - ale zmieniłaś temat na opłaty za wodę. Zaczęło się od ptysiów. Jednego popołudnia Elizabeth zjadła u Divy aż trzy i następnego ranka powiedziała, że gorzko tego żałuje. Diva mówi, że nigdy już nie poda jej herbaty, póki nie przeprosi, ale chyba nie mówiła serio.
- Opowiadaj! – powiedziała Lucia czując, jak ogarnia ją dawny, znajomy urok. – Jak jej idzie herbaciarnia?
- Kwitnąco. Najpopularniejsze miejsce w Tilling. Miło, przyjemnie, towarzysko, a po herbacie prawie codziennie rober. Centrum życia.
Lucia przez chwilę walczyła sama ze sobą.
- Jest kwestia, w której potrzebuję twojej rady – zaczęła.
- Wiesz co, ja chyba nie jestem dziś w stanie zagłębić się w ani jedną sprawę administracyjną – odrzekł Juruś stanowczo.
- To sprawa innego rodzaju, mój drogi – powiedziała, rozmyślając jak się wysłowić z jak największą godnością. – Rzecz w tym: wiesz, że wyrzekłam się grania w brydża za pieniądze. Decyzję tę głęboko przemyślałam. Głęboko. Moim zamiarem było danie przykładu, ale skoro nikt za nim nie poszedł, Jurusiu, trzeba się zastanowić, czy mądrze jest trwać w swoim postanowieniu.
- Zawsze czekałem, kiedy uznasz za uciążliwe to wyrzekanie się brydża – powiedział Juruś. - Zawsze lubiłaś grać.
- Ach, nie w tym rzecz – powiedziała Lucia swoim najlepszym oksfordzkim akcentem. – Gdyby o to chodziło, z chęcią nie spojrzałabym już więcej na żadną kartę, bo abstrakcyjne studia nad grą interesują mnie bardziej. Ale przekonałam się, że nasze małe spotkania przy brydżu mają pewną wartość. Bardzo ożywione dyskusje, czasami o sprawach lokalnych, teraz bardziej niż kiedykolwiek ważne jest dla mnie, by wyczuwać atmosferę tego miejsca, zarówno społeczną jak i dotyczącą spraw miejskich. Szkoda, że inni nie poszli za moim przykładem, bo jestem pewna, że nasze gry byłyby równie ekscytujące jak zawsze, ale jeśli inni nie chcą do mnie dołączyć, chętnie się wycofam i wrócę do szeregów. Nikt nie powie, że jestem powodem waśni i konfliktów. „Każdy i wszyscy,” to jak wiesz jest moje motto.
Juruś nie wiedział, ale nic nie powiedział.
- Świetnie! – powiedział. – Wszyscy się ucieszą.
- I sprawiłoby mi wielką przyjemność zażegnanie tej dziecinnej kłótni między Divą a Elizabeth – ciągnęła Lucia. – Zaproszę Elizabeth i Benjy’ego żeby wypili tam z nami jutro herbatę; droga Diva nie odmówi obsłużenia mojego gościa i ich małe nieporozumienie zostanie zażegnane. Potem rober.
Juruś spojrzał z powątpiewaniem.
- Może lepiej powiedz im od razu że zagrasz za zwyczajowe stawki – powiedział. – Bo inaczej znów powiedzą, że są zajęci.
W żywej wyobraźni Luci pojawił się potworny uśmiech wyższości jaki rozleje się na twarzy Elizabeth po drugiej stronie telefonu kiedy to usłyszy i poczuła, że ledwo zdoła wydusić z siebie słowa. Zebrała się jednak w sobie i poszła do telefonu.
Elizabeth i Benjy przyjęli zaproszenie i po pojednawczym podwieczorku za osiemnaście pensów, podczas którego Elizabeth z apetytem zajadała się ptysiami z dżemem („Droga Divo, jakie pyszne, lekkie ciasteczko” – powiedziała. „Aż dziwne, że nie unosi się w powietrzu”) cała czwórka udała się do pokoju karcianego. Jakby na powitanie Lucii z powrotem w kręgach hazardzistów, bóg szczęścia przygotował dla nich niezwykle emocjonujące gry. Były szlemy ogłaszane i wygrywane, podwajanie i podwajanie, nagrody i zemsty. Nagle Diva zajrzała do środka z imbrykiem w dłoni i wyrazem głębokiego niepokoju na twarzy. Zamknęła za sobą drzwi.
- Luciu, inspektor policji chce się z tobą widzieć – wyszeptała.
Lucia wstała z pobladłymi ustami. W jednej chwili wróciły do niej wszystkie wątpliwości dotyczące legalności hazardu w miejscu publicznym, której dopuszczała się Diva, a teraz policja robi nalot. Oczyma duszy zobaczyła koszmarne nagłówki i artykuły w Hampshire Argus. . . . Nalot na kasyno pani Godivy Plaistow. . . Lista przyłapanych tam hazardzistów. Burmistrz i burmistrzyni Tilling . . . emerytowany major. Mąż pani burmistrz. Sprawa trafiła przed sąd w Tilling, a pani burmistrz zasiadła w ławie oskarżonych sędziowskiej. Przykładne kary. Jej własna rezygnacja. Wieczna hańba. . . .
- Pytał o mnie personalnie? – zapytała Lucia.
- Tak. Wiedział, że tu jesteś – wyjęczała Diva – i teraz zamkną moją herbaciarnię. Ojej, gdybym tylko była posłuchała twojego ostrzeżenia o kontrolach! Albo gdybym tak jak ty grała w brydża bez zakładów!
Lucia wspięła się na szczyty wielkoduszności i powstrzymała się od powiedzenia „a nie mówiłam?”
- Jest tu jakieś tylne wyjście, Divo? – spytała. – Wtedy reszta mogłaby się wymknąć. Ja zostanę i przyjmę inspektora tutaj. Tylko tu sobie cicho siedzę.
- Nie ma drugiego wyjścia – powiedziała Diva. – A przez okno się nie da, za małe.
- Schowajcie karty! – zakomenderowała Lucia i wszyscy poderwali swoje talie. Juruś schował swoją do kieszeni na piersi, Benjy położył ją na wierzchu wielkiej szafy. Elizabeth usiadła na kartach, a Lucia wsunęła swoje w rękaw żakietu.
- Poproś go tutaj – powiedziała.– Wszyscy rozmawiają!
Drzwi się otwarły i stanął w nich rosły inspektor z niebieskim papierem w dłoni.
- Istotnie, jak pan powiedział, majorze Mapp-Flint – powiedziała Lucia swym niewzruszonym oksfordzkim głosem – Liga Narodów rozpadła się jak domek z kart – w ruinę, można by rzec… Tak, inspektorze, chciał mnie pan widzieć?
- Tak, pani burmistrz. Dzwoniłem do Mallards, ale powiedziano mi, że tutaj panią zastanę. Jest tu wezwanie, które wymaga pani podpisu. Mam nadzieję, że pani wybaczy mi najście, ale to pilne.
- Oczywiście, inspektorze – powiedziała Lucia. – Zawsze jestem gotowa przerwać zajęcia dla spraw urzędowych. Ach tak, na wykropkowanej linii. Podaj mi pióro, Jurusiu.
Kiedy wyciągnęła po nie rękę, jej karty wysunęły się z rękawa. Przeciąg wdarł się przez otwarte drzwi i talia Benjy’ego z kredensu pofrunęła w górę. Elizabeth skoczyła, żeby je pozbierać, a karty, na których siedziała, spadły na podłogę.
Lucia podpisała lekko drżącą dłonią i oddała wezwanie inspektorowi.
- Dziękuję pani burmistrz – powiedział. – Jeszcze raz przepraszam za przerwanie gry.
- Nie szkodzi – powiedziała Lucia. – Pełniliście tylko obowiązki.
Zasalutował i wyszedł z pokoju.
- Winna wam jestem przeprosiny – powiedziała Lucia po chwili ciszy – ale mój inspektor ma rozkaz szukać mnie zawsze i wszędzie w każdej pilnej sprawie. Wielkie nieba! Wszystkie moje karty odkryte na stole, a Elizabeth i majora na podłodze. Obawiam się, że musimy rozdać od nowa.
Nikt słowem nie wspomniał o panice sprzed chwili i Lucia rozdała karty.
Diva weszła znowu niosąc pudełko czekoladek.
- Jeszcze jacyś inspektorzy, kochanie? – spytała Elizabeth kwaśno. – Więcej nalotów? Masz strasznie słabe nerwy.
Diva miała na końcu języka, że im także pod tym względem nic nie brakuje, ale dla dobra interesów nie warto było kłócić się z klientami.
- Nie, częstuję go właśnie bardzo dobrą herbatą – powiedziała potulnie. – Ależ to była ulga, co? Czekoladki dla was, bardzo dobre.
Rober dobiegł końca, wszyscy zajadali się czekoladkami, a po chwili nastąpiła ożywiona pogawędka na lokalne tematy. Lucia, która od tygodni nie piła tego odurzającego napoju, poczuła się niemal jak Katarzyna Wielka.

c.d.n
Tłum. Trzykrotk
a

Tamara - Śro 17 Gru, 2025 08:53

Uuuuuu, ale nerw był :lol: :excited: :angeldevil: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: biedna Lucia, musiała zejść na ziemię z piedestału, ale za to będzie bardziej na bieżąco ze wszystkim, co się dzieje w mieście, bardzo dobre strategicznie uzasadnienie rejterady :lol: :angeldevil: :angeldevil: :angeldevil:
Trzykrotka - Śro 17 Gru, 2025 14:16

Wyobrażasz sobie to wejście inspektora w spanikowane towarzystwo? jedna siedzi na swoich kartach, drugiej kar wypadają z rękawa, trzeciemu wiatr zdmuchuje karty z szafy. Biedak policjant musiał mieć minę...! :rotfl: :rotfl:
Trzykrotka - Śro 17 Gru, 2025 22:06

Lucia odkrywa nową pasję i okazję do zabłyśnięcia :excited:

- Niezwykle relaksujące dwie godziny – powiedziała do Jurusia, gdy wspinali się pod górę w drodze do domu – choć nadal uważam, że gra byłaby tak samo ekscytująca bez grania na pieniądze. I ta farsowa przerwa z inspektorem! Jurusiu, przyznam się, że przez jedną krótką chwilę pomyślałam, że naprawdę robi nalot na lokal…
- Och, wiem – powiedział Juruś. – No przecież spytałaś Divę, czy jest jakieś tylne wyjście i kazałaś nam schować karty i rozmawiać. Chyba tylko ja czułem absurd tej chwili.
- Ale jak upchnąłeś karty do kieszeni! Wszyscy byliśmy zaniepokojeni. Wszyscy. Składam to na karb dramatycznego wejścia Divy z czajnikiem, a którego lała się woda…
- Nie! Nie widziałem tego! – powiedział Juruś.
- Niezła kałuża na podłodze. I jej żałosny lament o zamknięciu kawiarni. To była sugestia, mój drogi. Ludzie wrażliwi jak ja automatycznie odpowiadają na sugestię… To bardzo ciekawe, Susan i jej pismo automatyczne. Elizabeth mi powiedziała, że ona uważa, że Ptaszynka przejmuje nad nią władzę, gdy wchodzi w trans i nic innego ją nie obchodzi.
- Prawie nigdzie się ostatnio nie pokazuje – powiedział Juruś. – Nie gra w brydża, nie przychodzi do Divy na herbatę, a zakupy robi Algernon.
- Muszę naprawdę pójść na którychś z jej seansów, jeśli znajdę wolną godzinkę – powiedziała Lucia. – Ale to musi być prywatna wizyta. Nie może się wydać, że burmistrz uczestniczy w seansie związanym jakoś z nekromancją. Jak wiesz, nekromancja to wróżenie za pośrednictwem zmarłych.
- Ale chodzi o ludzkie ciała, prawda?
- Nie sądzę, żeby to była wielka różnica… Och, uważaj!
Odciągnęła Jurusia w tył, gdy właśnie miał zejść z chodnika na ulicę. Chłopiec na rowerze bez świateł zjechał ze wzgórza, prawie go potrącając.
- Pirat! – powiedziała Lucia – Bez świateł i jaka niebezpieczna szybkość. Muszę zadzwonić do inspektora i zgłosić tego chłopca – tylko nie wiem, który to.
- Nie możesz go zgłosić, skoro nie znasz jego personaliów – powiedział Juruś.
Lucia zignorowała ten drobiazg. Jej oczy śledziły chłopca, który brawurowo skręcał za ostry róg w High Street.
- Prawdę powiedziawszy, bardziej zazdroszczę niż się złoszczę – powiedziała. – To musi być ekscytujące. Co za szybkość! Lawrence z Arabii to kochał. Mam wielką ochotę nauczyć się jeździć na rowerze. Eleganckie damy z lat dziewięćdziesiątych uważały to za bardzo zajmujące. Rowerowe śniadania w parku Battersea i w ogóle. Nasze szybkie marsze, kiedy tylko znajdę trochę czasu, są tak ograniczone. W te krótkie popołudnia ledwie zdążymy zejść do wsi, a już trzeba wracać.
Pomysł przemówił do Jurusia, zwłaszcza gdy Lucia ubarwiła go tajemnicą i konspiracją. Nikt nie mógł wiedzieć że się uczą, póki nie osiągną takiej biegłości, że będą mogli pojawić się na High Street w pełni panując nad swoimi maszynami. Ależ to będzie sensacja! Jaki podziw pełen zazdrości! Następnego dnia pojechali więc na odludny kawałek drogi kilka mil dalej, gdzie mieli potajemną schadzkę z człowiekiem ze sklepu z rowerami, jadącym na rowerze męskim, a prowadzącym damkę. On podtrzymywał Jurusia, a Chapman, szofer Luci, trzymał kurczowo ją i przez kilka następnych popołudni kiwali się oboje niepewnie na drodze, wykonując gwałtowne zwroty. Lucia szybciej nauczyła się łapać równowagę i przez cały czas rozmawiała z Chapmanem.
- Zaczynam czuć się całkiem pewnie – powiedziała. – Muszę na chwilę puścić. Nie: jedzie wóz, lepiej niech nas minie Gdzie jest pan Juruś? Pewnie daleko z tyłu.
- Tak, proszę pani. Dość daleko.
- Ach, jak szarpnęło! – krzyknęła gdy wjechała przednim kołem na luźny kamień. – Coś takiego może zrzucić z siodełka. Mam nacisnąć hamulec, prawda?
Po kilkakrotnym naciśnięciu dzwonka Lucia znalazła hamulec. Rower zatrzymał się w miejscu, a ona lekko z niego zeskoczyła.
- Ależ potęga – powiedziała wsiadając znowu. – Teraz puść na moment, Chapman.
Nadszedł dzień, w którym opiekun Jurusia wciąż przy nim krążył, ale Lucia prześcignęła już Chapmana. W pewnej odległości przed nią, na skraju drogi, mężczyzna z kociołkiem bulgoczącej smoły nad garnkiem z rozżarzonymi węglami, naprawiał słup telegraficzny. Wtem coś dziwnego stało się z koordynacją między lucinym mózgiem, a mięśniami. Nagląca konieczność uniknięcia gorącego garnka wydawała się nakazywać jej, by jechała prosto na niego. Z oczami wbitymi w cel na próżno szukała potężnego hamulca i wjechała prosto w garnek, rozchlapując smołę i rozrzucając węgle.
- Och, najmocniej przepraszam – powiedziała do robotnika. – Dopiero się uczę. Pół korony będzie dobrze? I czy może pan potrzymać mi rower, gdy będę na niego wsiadała?
Dalej droga była już zupełnie pusta i Lucia pędziła dzielnie, chwiejąc się od czasu do czasu bez wyraźnej przyczyny, ale ciesząc się względną szybkością. Potem trzeba było zawrócić. Nie było to możliwe bez zsiadania z roweru, ale wsiadła z powrotem bez większych trudności i roztoczył się przed nią przepiękny widok czerwonych dachówek Tillng górujących nad równiną. Słupy telegraficzne przelatywały jeden po drugim obok niej i w końcu znowu dostrzegła figurę mężczyzny z garnkiem smoły. Lucia czuła, że ten ją obserwuje i jeszcze raz coś dziwnego stało się z jej koordynacją i wraz z nim znajome poczucie, że dokładnie taka sama sytuacja zdarzyła się już wcześniej. Jej rower zaczęła kolebać się po drodze; ustabilizowała go i z najwyższą precyzją wjechała z powrotem wprost w rozżarzony kociołek.
- Chyba ma to pani we zwyczaju – powiedział robotnik surowo.
- Gapa ze mnie – odrzekła Lucia. – To było ostatnia rzecz, której chciałam. Naprawdę ostatnia.
- To będzie drugie pół korony – odpowiedziała jej ofiara - i będę miał panią na oku, panią i tych pani kumpli rozpartych na ławie sędziowskiej, którzyście ukarali mnie grzywną pięciu szylingów w zeszłym miesiącu, a nie kiwało mną nawet w połowie tak jak panią.
- Doprawdy! Jaki mały jest ten świat! – powiedziała Lucia z wielką godnością i chłodem, wyjmując portmonetkę. Doprawdy, dziwny to był zbieg okoliczności, że wypłaciła winowajcy z zeszłego miesiąca dokładnie tyle, na ile obciążyła go za jazdę po pijanemu. Uznała, że jest w tym coś paranormalnego, ale nie mogła powiedzieć Jurusiowi, bo dowiedziałby się też, że podczas brawurowej samotnej jazdy dwukrotnie przewróciła garnek z rozpałką, rozsypała węgle i rozlała smołę po drodze. Wkrótce go zobaczyła. Jechał nadal chwiejnie, ale już bez pomocy.
- Takie postępy dziś zrobiłem – zawołał. – Jak tobie poszło?
- Pięknie! Całe mile! – powiedziała Lucia, gdy się mijali. – Ale już pora wracać. Pokaż jak skręcasz, kochanie, bez zsiadania. To nie takie trudne.
Na samą myśl Juruś się zakołysał i zsiadł z roweru.
- Nie wierzę, że jej się to udało - mamrotał zawracając rower i jadąc za nią. Samochód czekał, a kiedy wsiadali, zauważył bąbel smoły na jej bucie. Lucia wytarła go w wiecheć trawy na poboczu.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Czw 18 Gru, 2025 12:37

Trzykrotka napisał/a:
Wyobrażasz sobie to wejście inspektora w spanikowane towarzystwo? jedna siedzi na swoich kartach, drugiej kar wypadają z rękawa, trzeciemu wiatr zdmuchuje karty z szafy. Biedak policjant musiał mieć minę...! :rotfl: :rotfl:

To musiało być absolutnie przepiękne :serce: :serce: :serce: :rotfl: :rotfl: :rotfl:

No nieee, rowery :serduszkate: :serduszkate: :serduszkate: :serduszkate: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: ! wspaniała rzecz i jaka zdrowa, świetna kontynuacja jogi, golfa i piłki nożne :lol: :lol: :lol: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Ciekawa jestem tylko, kiedy wpadną na kogoś z Tilling i cała konspiracja pójdzie się bujać bo nie wierzę, żeby to się dało utrzymać w tajemnicy :angeldevil:
I już widzę panią burmistrz proponującą założenie klubu kolarskiego, Elżbieta na rowerze, wyobrażasz to sobie ? :lol: :rotfl: :rotfl: :rotfl:

Trzykrotka - Czw 18 Gru, 2025 12:42

Nie, to moją wyobraźnię przekracza :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Trzykrotka - Czw 18 Gru, 2025 19:41

Pora zająć się Susan i jej Ptaszynką :paddotylu:


Susan zaprosiła ich oboje na nekromantyczny séance na ten dzień po podwieczorku. Wyjaśniła, że nie zaprasza na podwieczorek, bo przed seansami pości i medytuje przez godzinę w ciemnym pokoju. Gdy wrócili do domu z przejażdżki, Juruś poszedł odpocząć do swojego salonu, ale Lucia, świeża jak pierwiosnek, wypełniła sobie czas studiowaniem czegoś w rodzaju katechizmu wydanego przez Zarząd Kolei Południowych w odpowiedzi na jej sugestię otwarcia Królewskiego Ekspresu Rybnego z wagonem – chłodnią dla zaopatrzenia Dworu. Nie wydawali się szczególnie entuzjastyczni; zasypali ją pytaniami. Czy pani burmistrz otrzymała w tej sprawie królewską dyrektywę? Czy planuje pociągnąć też K.E.R. do Balmoral, gdy dwór będzie przebywał w Szkocji, bo wszak szkockie porty leżą bliżej? Czy rozeznawała już koszt wagonu – chłodni? Czy zasoby ryb w wodach Tilling są wystarczające by zaopatrzyć obficie stół królewski oraz zaspokoić normalne zapotrzebowanie tego hrabstwa? Czy pani burmistrz…
Weszła Grosvenor. Przyszedł pan Wyse i pragnie, jeśli to nie kłopot, zamienić z Lucią kilka słów przed séance. Ta sprawa wydawała się pilniejsza, bo wszystkie te kwestie rybne wymagały głębszego namysłu i pracy z panią Simpson następnego ranka, więc powiedziała Grosvenor, że poświęci mu dziesięć minut. Wszedł niosąc małą paczuszkę zawiniętą w brązowy papier.
- Jak to dobrze, że mnie pani przyjęła – powiedział. – Świadom jestem, jak cenny jest pani czas. Mam sprawę najwyższej delikatności. Moja droga Susan mówi mi, że pani i pani małżonek byliście łaskawi przyjąć zaroszenie na jej dzisiejszy séance.
Lucia zajrzała do terminarza.
- Właśnie tak – powiedziała. – Znalazłam okienko. Mamy przybyć do państwa o siedemnastej trzydzieści.
- Opowiem pokrótce o rytuale tych séances – powiedział pan Wyse. - Moja Susan siada przy stole w naszej małej jadalni, którą, choć zaiste zbyt rzadko, zaszczyciła pani swą obecnością w czasie tego, co nazwałby mniej ponurymi okolicznościami. Zaopatrzona jest w duży zapas papieru i zastruganych ołówków do swego zapisu automatycznego. Przed sobą umieszcza małe sanktuarium, że tak powiem, z kości słoniowej, lub raczej ebonitu, z zasłonkami z białej satyny skrywającymi jej wnętrze. Na początku seansu gasną światła, a moja Susan rozsuwa zasłony. Wewnątrz leżą ziemskie szczątki – lub takie ich pozostałości, które dało się higienicznie zachować - jej papużki falistej. Nosiła je przedtem na kapeluszu lub jak broszkę na gorsie. Wpadły kiedyś do potrawy, czegoś czerwonego, przy pani gościnnym stole.
- Pamiętam – powiedziała Lucia. – Malinowe coś tam.
Lucia zastanowiła się przez chwilę.
- Chylę czoła przed pani wspaniałą pamięcią – powiedział pan Wyse. – Potem Susan wchodzi w rodzaj transu i zaczyna się ta komunikacja via pismo automatyczne. Czasami zapis jest bardzo obszerny i trudny do rozszyfrowania. Spędza większość dnia na jego rozczytywaniu. A teraz, adorabile Signora…
- Och, panie Wyse – zawołała Lucia, nieco zaskoczona.
- Droga pani, chodziło mi tylko o godność pani urzędu - wyjaśnił.
- Ach tak. Głupio z mojej strony – powiedziała. – Tak?
- Apeluję do pani – kontynuował. - Mówiąc w skrócie, obawiam się, że moja droga Susan oszaleje, jeśli to tak dalej pójdzie. Już teraz jest boleśnie zmieniona. Jej silny zdrowy rozsądek, jej głębokie docenianie wygód i przyjemności życia, jej futro, jej Royce, jej zakupy, jej brydż – wszystko to straciło powab w jej oczach. Nie istnieje dla niej nic, poza tym obcowaniem.
- Ale jak mogę panu pomóc? – spytała Lucia.
Pan Wyse zastukał w papierową paczkę.
- Mam tutaj – powiedział – źródło wszystkich naszych zmartwień: Ptaszynkę. Wydobyłem ją ze świątynki podczas gdy moja droga Susan medytowała w bawialni. Pragnę aby zniknęła w nadziei, że kiedy ona odkryje, że Ptaszynki nie ma, zrezygnuje z séancesi odzyska równowagę. Nie zniszczę tego: to byłoby za wiele. Czy mogłaby pani zatem, droga damo, ukryć Obiekt w jakimś nieznanym mi miejscu, żebym – gdy Susan zapyta, a bez wątpienia zapyta gdzie on jest – mógł powiedzieć, że nie wiem? Może to trochę po jezuicku, ale w mojej opinii jezuickość jest tutaj usprawiedliwiona.
- Ja też tak sądzę – powiedziała. – Umieszczę to w jakimś bezpieczny miejscu. Wszystko, aby tylko powstrzymać Susan od utraty równowagi. Nie można do tego dopuścić. Ale swoją drogą, czy on lekko nie zalatuje?
- Godny polecenia i nieszkodliwy środek dezynfekujący – powiedział pan Wyse. – W bliskości kapliczki unosił się słaby zapach, który przypisałem niedoskonałej taksydermi. Tysiączne dzięki, pani burmistrz. Nie przewidzimy, jaka będzie reakcja Susan, ale ufam, że zniknięcie Obiektu doprowadzi do zaprzestania séances.W istocie nie wiem, jak bez niego miałyby się one odbywać.
Lucia zamówiła swego czasu stos metalowych japońskich pudełek do przechowywania dokumentów dotyczących poszczególnych departamentów miejskich. Na każdym wymalowano herb gminy i jej nazwisko oraz nazwę działu, którego dotyczyło. Było jeszcze kilka pustych i kiedy pan Wyse już się poodkłaniał na pożegnanie, włożyła Ptaszynkę do tego z napisem „Muzeum,” co wydało jej się adekwatne. Lepszy byłby może „Cmentarz,” ale w nim już znajdował się dokument.
Niedługo potem wyruszyli z Jurusiem do Starling Cottage.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Pią 19 Gru, 2025 14:31

:rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: kradzież zwłok przy współudziale burmistrza, no ja nie mogę :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: i co teraz będzie, jak szanowne szczątki opuściły Świątynkę :excited: :excited: :excited: ???
Trzykrotka - Sob 20 Gru, 2025 22:53

I ten jezuicki małżonek z truchełkiem w dłoni! :rotfl: :rotfl: :rotfl: Tilling jest jedyne w swoim rodzaju.
Pora na seans

Susan i Algernon czekali na nich w jadalni. Kapliczka z zaciągniętymi zasłonami stała na stole. Susan rozgrzała szufelkę i zapaliła na niej kadzidła.
- Ptaszynka pochodziła z Wysp Korzennych – wyjaśniła kołysząc szufelką przed kapliczką. – Wczoraj moja dłoń pisała „słodkie gumy” – jeśli dobrze to odczytałam – ciągle od nowa i myślę, że o to właśnie jej chodziło. I powiesiłam obrazek ze świętym Franciszkiem mówiącym kazanie do ptaków.
Z całą pewnością Susan, tak jak powiedział jej mąż, bardzo się zmieniła. Wyglądała na lekko stukniętą. Miała w oku ekstatyczny błysk i nieco obłąkańczy uśmiech błąkał się jej na ustach. Nosiła wianek na włosach i długą białą szatę i nasunęła Luci na myśl wielką teatralną Ofelię. A że krańcowe sytuacje zawsze wyzwalały w Luci najwyższą sprawność, kiwnęła krzepiąco głową do Algernona, gdy Susan przesuwała się po pokoju unosząc aromaty kadzideł.
- Jak cudownie, że pozwoliłaś nam przyjść, Susan – powiedziała. – Mam duże doświadczenie w zjawiskach paranormalnych: adepci – pamiętasz naszego guru z Riseholme, Jurusiu? – adepci zawsze mówili mi, że byłabym fantastycznym medium gdybym miała czas poświęcić się okultyzmowi.
Susan podniosła dłoń.
- Ciii… – szepnęła. – Jestem pewna, że usłyszałam „ćwir ćwir,” co oznacza, że jest wśród nas Ptaszynka. Dzień dobry, kochanie.
Odłożyła szufelkę do skrzyni na węgiel.
- Bardzo obiecujące – powiedziała. – Ptaszynka zwykle nie odzywa się tak szybko i jego głos zawsze oznacza, że wpadam w trans. To pewnie ty, Luciu, wzmocniłaś moce parapsychiczne.
- Całkiem możliwe – powiedziała Lucia. – Guru zawsze twierdził, że mam potężne moce.
- Zgaś więc światła, Algernonie, wszystkie prócz rubinowej lampki przy kartce papieru, a ja odsłonię zasłony w kapliczce. Ćwierkaj, ćwierkaj! Zaczyna się, ogarnia mnie uczucie zagubienia.
Podczas gdy Ofelia się szykowała, Lucia myślała desperacko z tą intensywną koncentracją, która już wiele razy ratowała nawet najbardziej złożone sytuacje. Roześmiała się srebrzyście.
- Słyszę go, słyszę! – wykrzyknęła ku zaskoczeniu Algernona. - Buona sera, Ptaszynko. Przyleciałeś z Wysp Korzennych odwiedzić mamusię i ciocię Lucię? … Och, pewna jestem, że poczułam lekkie muśnięcie skrzydełka na policzku.
- Nie! Naprawdę? – zapytała Susan z cieniem zazdrości w głosie. – Mój ołówek, Algernonie.
Lucia rzuciła szybkie spojrzenie w głąb kapliczki gdy Susan rozsuwała zasłony i była bardzo zadowolona, bo nawet najbardziej duchowo oświecone oko nie dostrzegłoby, że jest pusta. Choć w pokoju panowała ciemność, w jej głowie, niczym na ołtarzu pomysłowości, zapalały się nowe świece. Utkwiła wzrok w dłoni Susan zawieszonej nad kartką papieru. Rejestrowała niewiele: kropka czy kreska od czasu do czasu, to wszystko, co przekazywała Ptaszyna. Ona sama od czasu do czasu wykrzykiwała, że czuje w ciemnościach dotyk skrzydła lub słyszy śliczny trel. Za każdym razem ołówek się zatrzymywał. Wtem ostatnia, wspaniała świeca zapłonęła w jej wyobraźni i teraz czekała już spokojna i opanowana na koniec séance,gdy Susan zauważy, że kapliczka jest pusta.
Siedzieli przez pół godziny w przyćmionym, rubinowym świetle, a Susan, nie do końca zagubiona, wydała okrzyk pełen irytacji.
- Wielkie rozczarowanie – powiedziała. – Włącz światło, Algernonie. Ptaszynka zaczęła tak dobrze, a teraz nic już nie przekazuje.
Zanim zdążył sięgnąć do wyłącznika, Lucia z głośnym westchnieniem podniecenia opadła na krzesło i zakryła oczy dłońmi.
- Stało się coś cudownego – zaintonowała – Ptaszynka nas opuściła. Co za objawienie!
Nadal nie odsłaniając oczu usłyszała jak głos Susan rośnie do krzyku.
- Kapliczka jest pusta! – wrzasnęła – Gdzie jest Ptaszynka, Algernonie?
- Nie mam pojęcia – powiedział jezuita. – Co się stało?
Lucia nadal siedziała z zakrytymi oczami.
- Czyż wam nie powiedziałam nim światło się zapaliło, że stało się wielkie objawienie? – spytała. – Wiedziałam, że kapliczka będzie pusta! Dajcie mi popatrzeć.
- Ani piórka! – powiedziała. – Kompletna dematerializacja. Och, czego by nie dał prezes wydziały Badań Parapsychologicznych żeby teraz tu być! Zaledwie kilka minut wcześniej Susan i ja – czyż nie tak, Susan? – usłyszałyśmy jego cichutkie powitanie, a na pewno ja poczułam muśnięcie jego skrzydełka na policzku. Teraz an śladu! W życiu swoim nie widziałam czegoś tak doskonałego.
- Ale co to oznacza? – spytała zrozpaczona Susan zdejmując wianek z rozczochranych włosów.
Lucia wykonała mistyczny gest dłońmi.
- Droga Susan! – powiedziała zaczynają bełkotać – Posłuchaj! Przez wszystkie te tygodnie duch twojego maleństwa objawiał się tobie, a dziś wieczorem także i mnie, tym ślicznym szczebiotem i muśnięciami skrzydełek, by przekonać cię o jego obecności, przywiązany do ziemi i swych śmiertelnych szczątków. Teraz zaś w planie astralnym Ptaszynka zdołała zatopić je duchową rzeczywistością tak, że się w niej rozpłynęły, przetransponowały – ach, jak kiepsko to tłumaczę – w ducha. Przez te tygodnie Ptaszynka pomagała ci uświadomić sobie, że wszystko jest duchem. Teraz dostałaś tę ostateczną, najwyższą demonstrację. Przeniesiony w wyższe strefy wraz ze śmiertelnymi szczątkami!
- Ale już nigdy nie wróci? – spytała Susan.
- Nie będziesz przecież tak samolubna, żeby tego chcieć – powiedziała Lucia. Jest wolny, nie przywiązany już do ziemi, co ci pokazał tym cudem dematerializacji. Pozwól, że zobaczę wyniki jego dzisiejszej komunikacji z tobą.
Lucia podniosła kartkę, na której Susan automatycznie zapisała kilka nieczytelnych bazgrołów.
- Wiedziałam! – zawołała. – Widzisz, nic to nie ma prócz nieskładnych kresek. Duch twojego ptaszka tracił już związek z materialną sferą, wznosił się ponad nią. Jak to wszystko się pięknie łączy!
- Będę za nim strasznie tęsknić – powiedziała Susan drżącym głosem.
- Ależ nie wolno ci, nie wolno. Nie możesz żałować mu wolności. Ach, jaki to przywilej, być świadkiem takiej demonstracji! Oświecenie! Jeśli moje niewielkie siły połączone z twoimi przyczyniły się do tak pięknego rezultatu, to nawet więcej niż przywilej!
Juruś był pewien, że nastąpiły jakieś czary-mary i że Lucia maczała w tym palce, ale jego próby pociągnięcia jej za język, gdy wracali do domu, kończyły się tylko jej idiotycznymi odpowiedziami w stylu: „Istny cud! Co za przywilej!”

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Pon 22 Gru, 2025 08:55

Lucia jest jednak genialna :excited: :excited: :excited: :excited: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: zdemtarializowanie Ptaszynki to majstersztyk :szacuneczek: :szacuneczek: :szacuneczek: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Trzykrotka - Pon 22 Gru, 2025 11:11

Tak, przydały się lekcje z guru i może nawet seanse z księżną Popowską :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen: Susan została uratowana, ale w wielkim stylu. Lucia wspięla się na wyżyny! Tylko szkoda, że nie chce się tym podzielić z Jurusiem.
Tamara - Pon 22 Gru, 2025 12:58

Może zrobi to w domu, gdy będzie pewność, że nikt nie podsłucha, bo na ulicy trzeba było rozpowszechniać oficjalną wersję :lol: :-P :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Trzykrotka - Pon 22 Gru, 2025 21:15

Zobaczmy, co powie Tilling na wieści z zaświatów :mrgreen:

Następnego dnia w kręgach robiących zakupy rozeszła się wieść, że w Starling Cottage doszło wczoraj do nadzwyczajnej nekromancji, że Ptaszyna polatywała po ciemnym pokoju szczebiocząc i muskając skrzydełkami policzek burmistrza. A potem, cud nad cudami, jego śmiertelne szczątki się zdematerializowały. Pan Wyse przechadzał się po High Street nie zmieniając ani na jotę swojej wersji wydarzeń, ale nie potrafiąc ich wyjaśnić i po raz pierwszy od kilku dni Susan pokazała się w swoim Royce, ale bez żadnej ozdoby na kapeluszu.
Było w tym coś niewiarygodnego i tajemniczego, ale nie zagarnęło całej uwagi Tilling, bo czemuż to Elizabeth, po której można by się przy tej okazji spodziewać ostrego sarkazmu, zdawała się unikać rozmów? Przemykała szybo od sklepu do sklepu, a przyparta do muru przez Divę po wyjściu od rzeźnika, wyjaśniła ledwie otwierając usta, że boli ją gardło i może oddychać tylko przez nos.
- Na twoim miejscu właśnie szeroko otwarłabym usta – powiedziała Diva surowo – i dobrze przepłukała gardło.
Ale Elizabeth tylko potrząsnęła głową z dziwnym uśmiechem i wyminęła ją. „Wygląda, jakby policzki lekko się jej zapadły” pomyślała Diva. Dla kontrastu Lucia nie miała zapadniętych policzków, lecz spuchniętą twarz i nie ukrywała, że idzie do dentysty na usunięcie „tego.” Po wizycie wróciła do domu, oczekując na dostawę za kilka godzin protezy składającej się z kilku trzonowców z nowym dodatkiem.
Zjadła lunch jak królik, gryząc przednimi zębami.
- Sprawnie usunięte, Jurusiu – powiedziała – ale trochę bolało.
Jako, że miała po południu posiedzenie rady miejskiej, Juruś sam pojechał autem na spotkanie z chłopakiem ze sklepu rowerowego. Séancez wczorajszego wieczoru nadal go niepokoił, był dziś jednak bardziej niż pewny niż wczoraj, że jej okrzyki, że słyszy ćwierkanie i czuje dotyk piórek Ptaszynki były kompletną bzdurą, podobnie jak jej paplanina że jej moce nadnaturalne dodane do mocy Susan przyczyniły się do dematerializacji.
- Bzdety – powiedział na głos poirytowanym tonem – i tylko potwierdzają jej współudział. Nieładnie, że nie chce mi powiedzieć jak to udawała, kiedy wie, że mnie by to ubawiło.
Rower już na niego czekał. Wsiadł na siodełko bez najmniejszego kłopotu i wkrótce zostawił chłopca daleko za sobą. Wtem z cichym niepokojem zauważył przed sobą człowieka z kociołkiem smaru bulgoczącego nad paleniskiem. Gdy był już blisko, dotarło do niego sobie głupie poczucie, że to ustrojstwo dziwnie go fascynuje, ale wpatrując się twardo w drogę minął je bezpiecznie, choć nie bez przerażającego kiwania się i zsiadł z roweru na krótki odpoczynek.
- A to zawód – powiedział robotnik. – Ani się pan umywasz do tej damy, która wczoraj wjechała w mój kociołek. I to dwa razy!
Juruś nagle przypomniał sobie smołę na bucie Luci i jego umysł doznał oświecenia.
- Nie! Naprawdę? – zapytał z najwyższym zainteresowaniem. – Ta sama dama dwa razy? Musiała fatalnie jeździć.
- Coś okropnego. Nie żebym jej chciał przeszkodzić, bo za każdym razem dostawałem półkoronówkę. Nie przyjedzie dzisiaj?
Jadąc do domu Juruś rozmyślał nad zamiłowaniem Luci do sekretów. Czemu nie mogła opowiedzieć mu o tych wczorajszych hockach – klockach na seansie albo o wybrykach z garnkiem smoły? Nawet przed nim nieustannie powiewała flagą pasma sukcesów i w sprawach nadprzyrodzonych i rowerowych. Przecież skoro byli teraz mężem i żoną, mogła być z nim bardziej otwarta. „Ale tym garnkiem smoły trochę się z nią podrażnię” pomyślał mściwie.
Gdy wrócił do domu, odkrył, że i Lucia dopiero co wróciła z bardzo satysfakcjonującego posiedzenia rady.
- Omówiliśmy wszystkie sprawy w ekspresowym tempie – powiedziała – no nie było Elizabeth i tym samym nieistotnych przerw. Ciekawe, co jej dolega, mam nadzieję, że nic poważnego. Rano na High Street zachowywała się raczej dziwnie. Żadnych uśmiechów; ledwie otwierała usta kiedy do niej przemówiłam. Jak tam jazda, radziłeś sobie z rowerem?
- Bez problemu – powiedział Juruś. – Doskonała równowaga. Był tam przy drodze człowiek z garnkiem, smołujący słup telegraficzny…
- A tak – przerwała Lucia. – Smoła powstrzymuje korniki ryjące w drewnie. Chodźmy na herbatę.
-… i opanowało mnie dziwne wrażenie – ciągnął niezrażony – że tylko dlatego, że muszę go wyminąć, na pewno w niego wpadnę. Czułaś kiedyś coś takiego? Pewnie nie.
- Tak, rzeczywiście na początku tak miałam – powiedziała Lucia serdecznie. - Ale dam ci na to świetną radę. Skieruj wzrok prosto przed siebie, a nie będziesz miał żadnych kłopotów.
- To właśnie odkryłem. To był taki rozmowny typ. Powiedział mi, że jakaś początkująca rowerzystka wczoraj dwa razy zderzyła się z jego kociołkiem. Wyobrażasz sobie taką niezdarność? Dobrze, że ja mam już ten etap za sobą.
Luci nawet powieka nie drgnęła, gdy przebiła ją ta strzała, a Juruś przy całej swej irytacji nie mógł nie podziwiać jej tupetu.
- Kapitalne! – powiedziała. – Pewnie po dzisiejszym treningu zakasowałeś mnie zupełnie. A teraz trochę relaksu po posiedzeniu rady. Trochę muzyki, mój drogi?
Nastąpiło melodyjne pół godziny. Oboje znali świetnie piątą symfonię Beethovena w aranżacji na cztery ręce i zagrali ją z godną podziwu wrażliwością.
- Caro, jak to unosi człowieka ponad wszelkie te małostkowe złośliwostki i zwady! – powiedziała Lucia na koniec. – Jak wszystkie nasze małostki pochłania szeroki kosmiczny splendor! A jak pięknie ty grałeś, kochany. Inspirująco! Prawie się zatrzymałam by słuchać ciebie.
Juruś miękł pod wpływem tych komplementów: coraz trudniej było mu wrócić do mrocznych aluzji do seansów spirytystycznych i kociołków ze smołą po nich. W odruchu silnego buntu przeciwko temu zmiękczeniu w stosunku do niej, ułożył się wygodnie przy kominku, podczas gdy Lucia znów zagłębiła się w katechizmie dostarczonym jej przez dyrekcję Kolei Południowych. Zmęczony po przejażdżce rowerowej Juruś zapadł w przyjemny sen.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Wto 23 Gru, 2025 08:53

Lucia jest naprawdę niezrównana, powinna być królową albo Churchillem, tak doskonale potrafi wyjść z każdej sytuacji :excited: :excited: :excited: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: swoja droga podziwiam Jurusia, że jest w stanie żyć pod jednym dachem z tą babą, chociaż z drugiej strony znają się jak łyse konie, tyle że faktycznie skrytość Luci robi się nadmierna :mysle: :confused3:
Trzykrotka - Pon 29 Gru, 2025 23:28

Na szczęście Lucia i Juruś zawsze się dobrze dogadywali :lol: i oboje jakoś dojdą do ładu z tym nowym, wspólnym życiem.

Teraz będzie piękny kawałek :excited:

W tej chwili weszła Grosvenor, niosąc małą paczuszkę, starannie zapakowaną i zapieczętowaną. Lucia przyłożyła palec do ust pokazując oczami na śpiącego męża, a Grosvenor po oddaniu paczuszki wycofała się na paluszkach. Lucia wiedziała, co musi ona zawierać; w mgnieniu oka mogła wsunąć do ust poprawioną protezę i skończyć z króliczym jedzeniem przy kolacji. Otwarła paczuszkę i wyjęła jej owiniętą watą zawartość.
Nie udało jej się pohamować przenikliwego okrzyku, a Juruś ocknął się gwałtownie. W świetle lampy biurkowej w dłoni Luci błyszczało coś dziwnego, coś znajomego.
- Moja droga, co ty dostałaś? – krzyknął. – Boże, to przednie zęby Elizabeth! To jej najszerszy uśmiech bez śladu jej twarzy! Ale Jak? Dlaczego? Ptaszynka przy tym to nic.
Lucia zrobiła wysiłek by się uśmiechnąć.
- Oczywiście – powiedziała. – Wiedziałam, że to wygląda znajomo, a kiedy powiedziałeś „uśmiech” rozpoznałam to. To wyjaśnia czemu Elizabeth rano nie otwierała ust. Jej uśmiech miał wypadek i teraz przez jakąś niewytłumaczalną pomyłkę dentysta przysłał go mnie. Akurat mnie! Co my mamy teraz zrobić?
- Odeślij go do Elizabeth – powiedział Juruś – z grzecznym liścikiem wyjaśniającym, że zaadresowano ją do ciebie, a ty ją otwarłaś. Dobrze jej tak, co za kłamczucha! Tyle razy opowiadała, że nigdy nie miała kłopotów z zębami i od dzieciństwa nie była u dentysty i że nie wie, czym jest ból zęba. Nic dziwnego – takie zęby nie bolą.
- Tak, to będzie dla niej nauczka… - zaczęła Lucia.
Przerwała raptownie i zaczęła intensywnie myśleć. Jeśli pełny uśmiech Elizabeth został posłany do niej, to gdzie, jeśli nie do Elizabeth, zostały wysłane jej bardziej dyskretne pomoce do żucia? Elizabeth nie będzie w stanie zidentyfikować do kogo należą te cztery zęby trzonowe, ale wszystko stanie się jasne jeśli Lucia osobiście odeśle jej jej własną szczękę.
- Nie, Jurusiu, to nie byłoby miłe – powiedziała. – Biedna Elizabeth już nigdy nie odważyłaby się do mnie uśmiechnąć gdyby wiedziała, że ja wiem. Nie przeczę, zasłużyła w pełni na nauczkę za opowiadanie tych wszystkich kłamstw, ale byłoby to niskie i niegodne. Dowiedzieliśmy się czystym przypadkiem i nie możemy użyć tej wiedzy przeciwko niej. Odeślę to pudełeczko jak najszybciej do dentysty.
- Ale skąd wiesz, kto jest jej dentystą? – spytał Juruś.
- Pan Fergus – powiedziała Lucia – który rano tak sprawnie wyrwał mi zęba; w paczuszce była jego wizytówka. Napiszę tylko, że nie mam pojęcia, dlaczego to do mnie trafiło, a nie wiedząc do kogo miało trafić, odsyłam do nadawcy.
Grosvenor znów weszła. Niosła zapieczętowaną paczuszkę dokładnie taką, jak ta zawierająca uśmiech Elizabeth.
- Z liścikiem, proszę pani – powiedziała. – A chłopiec czeka na paczuszkę dostarczoną tu przez pomyłkę.
- Och, otwórz – powiedział z uciechą Juruś. – Pewnie znów cudze zęby. Ciekawe, czy zgadniemy czyje. Całkiem nowa zabawa, naprawdę ekscytująca.
Ledwo te słowa wyszły z jego ust, uświadomił sobie, co powiedział. Jak u licha Lucia wybrnie z tak niezręcznej sytuacji? Ale trzeba było czegoś o wiele większego by wytrącić burmistrza Tilling z równowagi. Podała Grosvenor drugą paczuszkę.
- Kilka próbek herbaty, na które czekałam – rzekła opanowanym głosem. – Tak, od Twistevanta.
I włożyła paczuszkę do szuflady biurka.
„Czy można nie podziwiać” pomyślał Juruś „tego bezczelnego opanowania?”

Rozdział szósty


Bolące gardło Elizabeth następnego ranka było już całkowicie uleczone, a podczas zakupów następnego ranka głęboko dziękowała Divie.
- Poszłam za twoją radą, kochana i wypłukałam je starannie kiedy wróciłam do domu- powiedziała – i dziś rano już ani śladu… Ach, jest burmistrz i pan Juruś. Właśnie mówiłam Divie jak szybko dzięki jej radzie wyleczyłam moje biedne gardło; wczoraj po prostu ust nie mogłam otworzyć. Mam nadzieję, że i ty masz się lepiej. To musi być straszne przeżycie, takie wyrwanie zęba.
Lucia i Juruś uważnie obejrzeli jej uśmiech… Nie było wątpliwości.
- Ach, ty jesteś szczęściarą – powiedziała Lucia tonem żarliwych gratulacji. – Jakże ja ci zazdrościłam pięknych zębów gdy pan Fergus powiedział, że musi wyrwać jeden z moich.
- Ja też zazdrościłem – powiedział Juruś. – Wszyscy zazdroszczą.
Te serdeczności dały Elizabeth asumpt do odwrotu. Zgasiła uśmiech i przebiegła przez ulicę, by powiedzieć padre, że wyleczyła gardło i że w niedzielę będzie mogła śpiewać w altach, jak zwykle. Z lekkim zaskoczeniem na twarzy padre dołączył do grupy, którą ona właśnie opuściła.
- Cuda i dziwy! – powiedział z ironią. – Coś w Tilling wszystko zdaje się znikać. A to ból gardła pani Mapp-Flint, co to wczoraj nie dał jej ust otworzyć. A to ptaszek misstess Wyse. Dematerializacja, tak mówią. Olaboga! I jeszcze szpicruta majora Benjy. Zaprawdę, cuda i dziwy. Nic z tego pojąć nie mogę.
Jednak temat nie został podtrzymany. Lucia nabrała wody w usta a temat ptaszka, a Diva – szpicruty. Zwróciła się do Jurusia.
- Właśnie nadeszły cebulki tulipanów do mojego ogrodu – powiedziała. – Proszę poświęcić mi minutkę i pokazać, jak je sadzić. Sama to zrobię, ogrodnika nie mam. Chcę na wiosnę otworzyć kawiarniany ogródek. Ma być altana.
Grupa się rozeszła. Lucia poszła do sklepu z rowerami zamówić pojazdy na popołudnie. Uznała, że lepiej będzie zmienić miejsce i wybrała szeroki pas utwardzonego piasku za polem golfowym, gdzie Juruś mógł ćwiczyć zawracanie bez zsiadania i gdzie nie było ryzyka natknięcia się na gorące kociołki. Juruś poszedł z Divą do jej ogrodu za domem.
- Będzie można serwować przez okno kuchenne – tłumaczyła Diva. – Bardzo dogodne. Gdzie mam posadzić tulipany?
- Rzędem wzdłuż całej grządki – powiedział Juruś. – Proszę dać mi łopatę i cebulki. Pokażę pani.
Diva stała w nabożnym podziwie.
- Jaki schludny dołek! – powiedziała.
- Cebulkę trzeba do niego wcisnąć, ale nie zgnieść – powiedział Juruś.
- Rozumiem. A potem zasypujemy ją z powrotem ziemią…
- A następna to samo, kilka cali dalej…
- Ojej, ojej. Ależ będzie ich dużo – powiedziała Diva. – A czy pan wierzy w tę anginę Elizabeth? Ja nie. Zastanawiałam się…
Przez otwarte okno kuchenne dobiegł nieomylny dźwięk gotującej się wody w czajniku.
- Jedną minutkę - powiedziała. – Głupia Janet. Pewnie sprząta pokoje i zostawiła czajnik na kuchence.
Pobiegła do środka. Juruś wykopał następny dołek na cebulkę i wydobył szpadlem mały cylindryczny przedmiot, trochę poczerniały od wilgoci, ale o gładkiej, wypolerowanej powierzchni, ewidentnie nic, co mogłaby wyrastać z gleby. To był metal, z krótkim kawałkiem drewna z niego wystającym. Wytarł go z ziemi i odkrył wygrawerowane inicjały, B.F. Jego pamięć zaskoczyła nagle i zanurkowała jak jastrząb na ofiarę.
- To jest to! – powiedział do siebie. – Bez cienia wątpliwości. Benjamin Flint.
Wsunął go do kieszeni rozważając, co z nim zrobić. Nie, nie wypadało mówić Divie, że to znalazł. Resztki szpicruty same nie wchodzą pod ziemię, a kto jak nie ona sama zakopała te właśnie? Ewidentnie chciała się ich pozbyć, więc pokazanie jej, że się nie udało byłoby i okrutne i bezcelowe. Może znów to zakopać? Do pewnych czynów natura ludzka nie jest zdolna i Juruś wykopał dołek pod następnego tulipana.
Diva pojawiła się znowu i podjęła wypowiedź dokładnie w miejscu, w którym ją poprzednio przerwała nim czajnik zaczął gwizdać, ale powtórzyła ostatnie słowo, żeby miał kontekst.
- … zastanawiałam się, czy to nie chodziło o zęby. Tak często powtarza, że są wspaniałe, ale ludzie ze wspaniałymi zębami nie mówią o nich. Pozwalają im mówić samym za siebie. Albo gryźć. Tilling jest pełne zagadek, jak powiedział padre. Zwłaszcza od kiedy Lucia została burmistrzem. Ma więcej energii niż przedtem i sprawa, że wszystko dzieje się wokół niej. To jest wspaniały dar. Ojej, mówię do jej męża. Nie ma pan nic przeciwko, panie Jurusiu? Jest taka… centralna.
Jurusia korciło żeby powiedzieć, jak bardzo centralna była Lucia w sprawie anginy Elizabeth, ale to nie byłoby rozsądne.
- Przeciwko? Ani trochę – odpowiedział. – Byłaby zachwycona gdyby wiedziała, co pani o niej sądzi. No cóż, niech tulipany pięknie się przyjmą i proszę ich nie wykopywać, żeby sprawdzić, jak się mają. To im nie pomoże.
- Oczywiście, że nie. Prawda, że wiosną altanka będzie piękna? A Irene maluje dla mnie szyld. Na pewno będzie przyciągał uwagę. Ale żadnej golizny, powiedziałam, jej, prócz dłoni i twarzy.
Irene robiła pajacyki na progu gdy Juruś mijał jej dom w drodze powrotnej.
- Ach, wejdź, królu serca mego – zawołała. – Och, Jurusiu, jesteś publiczną pokusą, o tak, gdy tak sobie chodzisz w tej musztardowej pelerynce i niebieskim kapeluszu. Chodź, pozwól mi się adorować przez pięć minut – tylko pięć – albo może chcesz zobaczyć szkic mojego nowego fresku?
- Z wszystkiego wolałbym to – powiedział Juruś surowo.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Wto 30 Gru, 2025 09:57

No piękne :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: to cudowne, jakże uprzejme i życzliwe podgryzanie się nawzajem i podskórny bezsłowny przepływ wszystkich możliwych wiadomości :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Teraz czekam na ciąg dalszy zaginionej szpicruty Benji'ego :rotfl: :rotfl: :rotfl:
I niezmiennie uwielbiam Irene :serce: :serce: :serce: :rotfl: :rotfl: :rotfl:

Trzykrotka - Wto 30 Gru, 2025 22:35

"Królu serca mego" :rotfl: To postrzelona dziewczyna, ale konieczna w tym plotkarskim grajdołku. Teraz Juruś obejrzy fresk.
Jak tam żadna tajemnica długo nie może się utrzymać! Nawet sadzenie tulipanów jest zdradliwe :rotfl:


Irene namalowała duży olejny szkic fresku, który miał zastąpić ten zabroniony przez miejski Departament Geodezji. Tło stanowiło Tilling, przytulone do wzgórza i zwieńczone wieżą kościelną, a na froncie znajdowała się sunąca w górę rzeki ogromna muszla ostrygi, na której zamiast nagiej kobiecej postaci o jasnej skórze unosiła się potężna wiktoriańska figura w szalu, czepcu i prążkowanej spódnicy. Było to powtórzenie na wielką skalę zdjęcia, które ukazało się w Hampshire Argus, a twarz, nieomylnie należącą do Elizabeth, zdobił promienny uśmiech. Jedno ramię wysunięte było do przodu, a jedna z nóg do tyłu, jakby jeździła na łyżwach. Równie potężny dżentelmen wyobrażający wiatr, rozciągnięty w chmurze tuż za nią, odziany w cylinder i surdut i z nadętymi policzkami, popychał ją pod prąd.
- O rany, mocna rzecz! – powiedział Juruś. – Ale czy nie przypomina fotografii Elizabeth w Argusie? I czy ludzie nie powiedzą, że ten w chmurach to major Benjy?
- Głuptasie, pewnie że powiedzą jeśli nie są głupi – zawołała Irene. – Nie wybaczyłam Mapp że jest burmistrzynią i że wystąpiła przeciw tobie w wyborach do Rady Miejskiej. Oberwie jej się, a wszystko dla dobra Luci.
- Jesteś jej naprawdę oddana, Irene – powiedział – a to jest bardzo zabawne, ale jak myślisz…
- Ja nigdy nie myślę – zawołała Irene. – Ja czuję i to tak właśnie czuję. W tym żałosnym, pełnym knucia i plotek światku Tilling jestem jedyną osobą, która działa impulsywnie. Nawet Lucia knuje, czasami. Ale skoro przedstawiłeś temat…
- Ja jeszcze niczego nie przedstawiłem – zaprotestował Juruś.
- Cały ty. Nie przedstawiłeś. Ale Jurusiu, jakiż to wspaniały obraz, czyż nie? Mam wręcz wrażenie, że zyskał na wiktoriańskiej estetyce; w wiktoriańskich obrazach jest jakaś diabelska powściągliwość, której brak w obrazach nagości. Akt wykłada karty na stół. Mam wielką ochotę wysłać go do Królewskiej Akademii zamiast robić z niego fresk. Choćby po to, by ukarać tych parszywych purytan z Tilling.
- Mieliby nauczkę – powiedział Juruś.
Popołudniowa przejażdżka rowerowa wzdłuż wybrzeża okazała się wielkim sukcesem. Pływy były niskie i odsłoniły szeroki pas twardego, gładkiego pisaku. Chapman i chłopiec ze sklepu rowerowego nie musieli już za nimi biec i teraz, kiedy było tyle miejsca za zawracanie, żadne z cyklistów nie znalazło w tym cienia trudności i wkrótce już oboje doskonale skręcali, jak po maśle, jak powiedziała Lucia. Skały i urwiska stanowiły przeszkody do unikania, a oni przemykali obok nich gładko i bez kolizji. Zsiadali i wsiadali, doskonaląc sztukę zachowania równowagi właściwego kierunku; całe to potajemne szkolenie nagle zaowocowało.
- Już czas, żebyśmy kupili własne rowery – powiedziała Lucia gdy pedałowali w stronę samochodu. - Zamówimy je dzisiaj, a kiedy tylko nadejdą, pojedziemy nimi na zakupy.
- Będę miał stracha – powiedział Juruś.
- Bez potrzeby, kochanie. Uważam, że jesteś w stanie poruszać się w każdym ruchu ulicznym i szybko i sprawnie zsiąść z roweru. Pamiętaj tylko, nie patrz na nic, na co nie chcesz wjechać. Głowa odwrócona w bok.
- Wiem o tym – powiedział Juruś, zirytowany tym pouczaniem. – A co do ciebie, to pamiętaj o hamulcach i dzwonku. Czasami ci się mylą. Zadzwoń teraz, kochanie! A teraz naciśnij hamulec. Tak lepiej.
Wsiedli do samochodu i przejechali drogą Ognistego Kociołka. Prace wciąż tam trwały, a Lucia, w przypływie dziwnego roztargnienia pokazała palcem na kociołek bulgoczącej smoły.
- I pomyśleć, że ledwie kilka dni temu – powiedziała – ja właściwie… Mój drogi, przyznam się, zwłaszcza, że wydaje mi się, że i tak się domyśliłeś. Najechałam na ten kociołek. Dwa razy.
- A tak, wiedziałem – powiedział Juruś. – Ale cieszę się, że mi w końcu powiedziałaś. Ja też ci coś powiem. Popatrz na to i powiedz mi, co to jest.
Wyjął z kieszeni srebrną końcówkę szpicruty Benjy’ego, którą wykopał rano, a Foljambe wypolerowała. Piękne brwi Luci zmarszczyły się w próbie odświeżenia pamięci.
- Wygląda jakoś znajomo - zamyśliła się. – Ach! Inicjały. Zaraz, to Benjy’ego! Redakcja gazety! Szpicruta! Zniknięcie! Jurusiu, jak ty znalazłeś?
Juruś zdał relację przerywaną komentarzami Luci.
- Na głębokości cebulki tulipana… Nie dość głęboko, brak pomyślunku… Diva sama to zakopała moim zdaniem…. Miałeś rację, że jej nic nie powiedziałeś, to bardzo żenujące. Ale jak ta końcówka się odłamała? Myślisz, że sama połamała szpicrutę i resztę zakopała gdzie indziej, jak morderca rozczłonkowujący ofiarę? I patrz na tę końcówkę! Wygląda na odgryzioną. Czemu Diva miałaby to robić? Łatwiej byłoby zrozumieć, gdyby to była Elizabeth z tymi pięknymi zębami.
- Tajemnicza sprawa – powiedział Juruś – ale jakoś po czasie udało mi się wytropić ślady. Następna będzie Ptaszyna.
Lucia uznała, że dość już zrobiła wyznań jak na jeden dzień.
- Tak, przeprowadź śledztwo. Jurusiu – powiedziała. – To też tajemnicza sprawa. Ale pan Wyse jest uszczęśliwiony efektem mojego wyjaśnienia sprawy Susan. Przyjęła moją teorię, że Ptaszyna przeszła w wyższe sfery.
- Dla mnie to bardzo zły znak – powiedział Juruś. – Wygląda, jakby rzeczywiście odeszła od zmysłów. Powiedz szczerze, sama w to wierzysz?
- Trudna sprawa, prawda? – powiedziała Lucia filozoficznym tonem - wyznaczyć grubą kreskę pomiędzy tym, w co racjonalnie wierzymy i co, jak ufamy, jest prawdą, a co dopuszcza więcej niż jedno wyjaśnienie. Musimy kiedyś o tym porozmawiać. Wspaniały zachód słońca!

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Śro 31 Gru, 2025 08:59

:rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: Lucia jest niezrównana :serce: :serce: :serce: ale że też nie wpadli , że to piesek Divy mógł rozczłonkować szpicrutę Benji'ego, przecież to dość oczywiste :confused3:
Ffresk widzę oczyma duszy i jestem absolutnie zachwycona :serce: :serce: :serce: :serce: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: droga Elżbieta jak wiktoriańska gospodyni w formie Wenus z piany powstającej :serce: :serce: :serce: :serce: :excited: :excited: :excited: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: ciekawe czy Irene go wyśle czy jednak obywatele Tilling zostaną nim obdarowani :excited: :excited: :excited:

Trzykrotka - Śro 31 Gru, 2025 20:53

Ja widzę ten obraz oczami duszy i jestem zachwycona :rotfl:

Lucia i Juruś prezentują swoje nowe hobby całemu Tilling

Rowery dotarły tydzień później, pięknie niklowane, z dzwonkami i hamulcami; rower Luci miał herb Borough pięknie wymalowany na sakwie na narzędzia za siodełkiem. Zostały dostarczone do Mallards po zmierzchu, a następnego ranka przed śniadaniem oboje przejechali się ścieżkami ogrodowymi bez trudu pokonując jedną wąską, do ogrodu kuchennego i robiąc kółka wokół trawnika z morwą pośrodku („Hejże ha, morwo ma” wyśpiewywała beztrosko Lucia) udowadniając samym sobie, że są w tym dobrzy. Przed pierwszą publiczną jazdą Lucia niewiele przełknęła na śniadanie, a Juruś daremnie modlił się o jakąś tropikalną ulewę. Słońce świeciło, a o godzinie, w której rozpoczynały się zakupy, wsiedli na rowery i powoli zjechali po stromym bruku na High Street, gotowi by zadzwonić w dzwonki. Pierwsza zobaczyła ich Irene i ruszyła biegiem u boku Luci.
- Cudowna, doskonała osobo - krzyczała wyciągając rękę jakby chciała położyć ja na dłoni Luci. – Czy jest coś, czego nie potrafisz?
- Tak, kochanie, ale nie dotykaj mnie – wrzasnęła spanikowana Lucia. – Straszne tu wyboje.
Potem skręcili na gładki asfalt na High Street.
Evie zobaczyła ich jako następna.
- Ojejku-jej, zabijecie się! – pisnęła. – Pędzi tu jakiś samochód. Kenneth, ona jadą na rowerach!
Przejazd był wspaniały. Lucia zsiadła przy poczcie, Juruś zaciągnął hamulec z wyjątkową delikatnością, zatrzymując się przy sklepie drobiarskim z nogą na chodniku. Elizabeth była w sklepie, a Diva wyszła z poczty.
- Boże na wysokościach – krzyknęła. Nie wiedziałam, że to umiecie. I cały ten ruch na ulicach.
- To całkiem proste, kochana – powiedziała Lucia. Zamów kurczaka, Jurusiu, a ja kupię znaczki.
Oparła rower o krawężnik, a Juruś siedział dalej, póki pan Rice nie wyszedł ze sklepu z Elizabeth.
- Jaki piękny rower! – powiedziała, zielona z zazdrości. – Och, burmistrz też. Cóż, to ci niespodzianka! Tacy utalentowani.
Popłynęli dalej. Juruś pojechał do biblioteki i dowiedział się, że jest już książka, którą Lucia chciała wypożyczyć, ale wolał żeby odesłali ją do Mallards, ręce w końcu służyły do trzymania kierownicy. Lucia weszła do spożywczego, a w czasie gdy on tam do niej dołączył. Zebrało się całe Tilling: padre i Evie, Elizabeth i Benjy i pan Wyse, a Susan patrzyła z Royce’a.
Zjechali bezbłędnie High Street zostawiając zdumioną grupę za sobą.
- Niezła z niej sztuka – powiedział. – Patrzcie, jak szybko pomyka. Mistrzyni, czego się nie dotknie!
Elizabeth nie mogła tego znieść i parsknęła kwaśnym śmieszkiem.
- Drogi padre! – powiedziała – Tyle hałasu o nic. Kiedy byłam dziewczynką, nauczyłam się jazdy na rowerze w dziesięć minut. Nie ma nic łatwiejszego pod słońcem.
- A to ci dopiero – powiedział padre – i co za osiągnięcie, bo wszak w tamtych czasach istniały tylko te wielkie, wysokie maszyny na których jeździło się okrakiem.
- Całe lata potem – powiedziała Elizabeth wycofując się.
Odwrócił się do Evie.
- Rower bardzo by mi się przydał żeby objeżdżać parafian – powiedział. Wstąpię do sklepu i sprawdzę, czy nie można wynająć jakiegoś do nauki.
- Och, Kenneth, ja też chciałabym się nauczyć - powiedziała Evie. – Tyle uciechy!
Tymczasem syci sukcesu pionierzy dojechali do końca High Street. Od tego miejsca droga zaczynała biec dość stromo w dół.
- Teraz możemy przyspieszyć, Jurusiu – powiedziała Lucia i ruszyła ostro przed siebie. Wszystkie rowerowe doświadczenia zdobywała na płaskich drogach między mokradłami i na morskim brzegu i naraz zaczęła jechać o wiele szybciej niż zamierzała i z oczami wbitymi w krętą drogi zaczęła dłonią szukać hamulca. Kompletnie straciła głowę. W całym zdenerwowaniu znalazła tylko dzwonek, więc dzwoniąc nim jak szalona pędziła coraz szybciej w stronę krótkiej, stromej drogi w kierunku mostu nad torami kolejowymi. Policjant na służbie wystąpił naprzód, wyciągając rękę, by ją zatrzymać, ale ponieważ nie zwróciła na niego uwagi, szybko się cofnął, bo samobójstwo, a być może i zabójstwo, było poważniejszym przestępstwem niż niebezpieczna jazda. Twarz Lucii wykrzywiła się w grymasie przerażenia, wytrzeszczyła oczy, usta miała szeroko otwarte, a młody policjant, gdy nieznajoma kobieta śmignęła obok niego, dostrzegł jedynie, że rower jest nowy i że na torbie na narzędzia widnieje herb gminy. Lucia przejechała miedzy pieszymi a furgonetką omijając ich o włos: Pędziła dalej mostem kolejowym wciąż dzwoniąc… Potem przed nią rozciągnął się długi podjazd na wzgórze przy którym leżało Tilling i kiedy rower zaczął samoistnie zwalniać, wreszcie znalazła hamulec. Zsiadła z roweru i zaczekała na Jurusia. Stracił ją z oczu w ulicznym ruchu i jechał ostrożnie jej śladem z lodowatym poczuciem w sercu, że znajdzie i ją i jej piękny nowy rower roztrzaskane w rowie. Potem dostrzegł jej szybki, jaskółczy lot po stromym zboczu mostu kolejowego. Dzięki Bogu, że póki co jest bezpieczna! Przejechał przez niego sam i zobaczył ją sto metrów przed sobą, na wzgórzu. Na długo przedtem, zanim do niej dotarł, jego impet się wyczerpał i Juruś zsiadł z roweru.
- Kochanie, nie spiesz się – zawołała drżącym głosem. – Miałeś rację, zupełną rację, żeby jechać ostrożnie. Bezpieczeństwo przede wszystkim w każdej sytuacji.
- Bardzo się bałem o ciebie –powiedział zdyszany Juruś. – Nie powinnaś była tak się rozpędzać. Zasłużyłaś na mandat za niebezpieczną jazdę.
Przez umysł Luci przebiegła wizja, mglista ale jasna. Nie mogłaby sobie wyobrazić lepszej reklamy niż w jej wieku być wezwaną przed kolegium za tak sportowy wyczyn. Oczywiście, wyczyn był karalny przez prawo, ale jak zbrodnia z namiętności, jakież powszechne uwielbienie mógł wywołać! Co za niezwykły burmistrz!
- Wyznaję, pędziłam za szybko – powiedziała – ale miałam pełną kontrolę nad rowerem. Jaka to ekscytacja. Nie sądzę, żeby ktokolwiek jechał kiedyś tak szybko ulicą Landgate. Odpocząłeś? Możemy jechać dalej?
Urządzili sobie długą, ale bezpieczną i ostrożną jazdę, a po lunchu dobrze zasłużoną sjestę. Lucia drzemiąca na sofie w pokoju ogrodowym została obudzona przez Grosvenor z przerażającego koszmaru, w którym pedałowała ile sił w nogach w dół Beachy Head wprost w ramiona policjanta na brzegu.
- Inspektor Morrison, proszę pani – powiedziała Grosvenor. – Jeśli nie w porę, to przyjdzie o innej godzinie.
Koszmar się rozwiał, mglista wizja nabierała kształtów. Czyżby…
- Wprowadź go natychmiast – powiedziała siadając prosto, a inspektor Morrison wszedł do środka.
- Przepraszam że przeszkadzam pani burmistrz, ale jeden z moich ludzi doniósł mi, że około jedenastej dnia dzisiejszego nowy rower z herbem Tilling na torbie na narzędzia kierowany przez osobę płci żeńskiej widziany był jak pędzi z niedozwoloną szybkością przez ulicę Landgate. Przeprowadził wywiad w sklepie rowerowym i dowiedział się, że podobna maszyna została przysłana wczoraj do pani domu. Tym samym mam prośbę o pozwolenie na przesłuchanie pani służby…
- Słusznie zwraca się pan do mnie, inspektorze – powiedziała Lucia. – Wypełnia pan swoje obowiązki. Oczywiście, podpiszę wezwanie.
- Ale jeszcze nie znamy tożsamości sprawczyni, proszę pani. Chciałbym przesłuchać pani służące na okoliczność miejsca ich pobytu o jedenastej.
- Nie ma potrzeby, inspektorze – powiedziała Lucia. – Ja jestem przestępczynią. Proszę przysłać wezwanie do mnie, a ja je podpiszę.
- Ale pani burmistrz…
Lucia rozpaczliwie bała się, że inspektor przestraszy się wezwania burmistrza i że sprawa nigdy nie trafi do sądu. Spojrzała na niego władczym wzrokiem.
- Nie pozwolę, by w Tilling obowiązywało jedno prawo dla bogatych, a drugie dla biednych – powiedziała. - Jechałam z niebezpieczną prędkością. Postąpiłam bardzo nierozważnie i muszę ponieść konsekwencje. Proszę, aby sprawę rozpatrzono w normalnym trybie.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Czw 01 Sty, 2026 17:44

Lucia jest boska :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: ale jak cudnie padre ELzbiecie wbił szpilę :serce: :serce: :serce: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: Burmistrz z własnej woli stająca przed sądem za wykroczenie drogowe :serce: :serce: :serce: :excited: :excited: :excited:
Trzykrotka - Czw 01 Sty, 2026 21:10

Ja ją widzę jak gna przez ulice miasteczka z obłędem w oczach :mrgreen: A potem dumna jest ze swojego wyczynu.
Elizabeth już tak przesadziła ze swoim twierdzeniem, że nawet padre nie wytrzymał...
Prawda, że ładnie nam się snują wątki w tym tomie? A do konca jeszcze hoho!


To jedno pojawienie się Luci i Jurusia robiących zakupy na rowerach pobudziło żyłkę naśladownictwa w piersiach dojrzalszych pań z Tilling. Wyglądało się tak zwinnie, radośnie, jak nastolatka, lawirując między samochodami i wybierając się na przejażdżkę na wieś, no i skoro Lucia mogła, to one też. Jej swoboda w operowaniu rowerem sprawiała, że trzeba było koniecznie pokazać jej, że nie ma w tym niczego szczególnego. Sklep rowerowy został zasypany prośbami o wypożyczenie sprzętu i wynajęcie instruktorów. Pierwsi byli padre i Evie, a on przełożył swoją cotygodniową wizytę w przytułku z wpół do trzeciej na wpół do czwartej i wypożyczyli rowery, których Lucia i Juruś już nie potrzebowali. Diva wpadła zaraz po nich i odkryła z rozczarowaniem, że jedyna damka była już wypożyczona, więc zamówiła ją na godzinę rankiem następnego dnia. Tego dnia Juruś robił dość skomplikowane zakupy sam, bo Lucia była na spotkaniu komitetu w ratuszu. Pojechała tam rowerem – odległość wynosiła sto pięćdziesiąt jardów – by zaoszczędzić na czasie, ale jej wyczyn nie był zbyt imponujący, bo musiała zsiadać dwa razu by zmieścić się w wąskich przejściach między pachołkami uniemożliwiającymi wjazd samochodom. Juruś po zakupach dołączył do niej w ratuszu i po skończonym spotkaniu, z hamulcami pod kontrolą, zjechali High Street en routena kolejny wypad na wieś. Przed sklepem rowerowym stał Royce Susan.
- Jurusiu, nie spocznę póki nie dowiem się, czy i Susan ma ambicje – powiedziała Lucia.- Muszę tam zajrzeć.
W sklepie byli oboje Wyse’owie. Algernon wychylał się nad ramieniem Susan gdy ta przeglądała katalog najnowszych modeli rowerów trójkołowych…
Jedynie burmistrzyni pozostała pogardliwa i zdystansowana. Patrząc przez okno pewnego ranka zobaczyła Divę zbliżającą się powoli po nieuczęszczanej drodze biegnącej wzdłuż Grebe, trzymaną za siodełko przed dawnego instruktora Jurusia, która zdawała się mieć trudności z utrzymaniem się w pionie. Pospieszyła do furtki dobiegając do niej akurat gdy Diva była naprzeciwko.
- Dzień dobry, kochana – powiedziała. – Dziwię się, że i ty temu uległaś.
- Dzień dobry, kochana – powiedziała Diva ani na sekundę nie odrywając wzroku od drogi przed nią. – Nie mam bladego pojęcia, o czym mówisz.
- No i czy to rozsądne, podejmować taki wyczerpujący wysiłek – zapytała Elżbieta. – Musicie oboje być wykończeni.
- Ani trochę – zawołała Diva przez ramię. – A mój instruktor mówi, że niedługo będę jeździć bardzo szybko.
Rower wykonał niebezpieczny skręt.
- Och, uważaj – zawołała Elżbieta przestraszona – bo zaraz spadniesz bardzo szybko.
- Zróbmy sobie przerwę – powiedziała Diva do swego instruktora, zsiadła ze swego pojazdu i wróciła do furtki by omówić sprawę z przyjaciółką.
– Tobie chodzi o to – powiedziała do Elizabeth – że nie możesz znieść, że idziemy za przykładem Luci. Nawet nie zaprzeczaj. Zajrzyj w swe serce, Elizabeth, a odkryjesz, że to prawda. Otrząśnij się, kochana. Wysil się. Jak chrześcijanka.
- Dziękuję ci za uprzejme zainteresowanie moją duchowością – odparowała Elizabeth. – Wiem już, do kogo się zgłosić, gdy będę w rozterce.
- Zawsze chętnie ci doradzę – powiedziała Diva. – A teraz zrób mi przyjemność. Powiedziałaś nam, że jako dziewczynka nauczyłaś się jeździć w dziesięć minut. Dam ci mój rower na dziesięć minut. Pokaż, co potrafisz. Trochę się wstydzisz, kochana? Nie dziwię się. Szybki ruch mógłby zaszkodzić na twoją anginę.
Zapadła chwila ciszy. Następnie, ponieważ obie panie tak były zadowolone ze swej dialektyki, Elizabeth powiedziała, że wpadnie do lokalu Divy na herbatę, a Diva powiedziała, że zaprasza.
Pomimo oporu Elizabeth (a może właśnie dzięki niemu) odrodzenie dziewiętnastowiecznej mody na kolarstwo stało się bardzo na czasie. Major Benjy okazał się zdrajcą i został przyłapany przez żonę jak ćwiczył ukradkiem na rowerze ogrodnika na żwirowej ścieżce ogrodu warzywnego. Pan Wyse nagle pojawił się na rowerze, pedałując z niezwykłą elegancją. Mówił, że Figgis, jego lokaj, przypomniał sobie, że przecież mają rower w garażu i naoliwił go. Pan Wyse wprowadził nowy styl: był już biegły w tej sztuce, więc zamiast przybierać skupiony wyraz twarzy, nie robił sobie z przejażdżki nic, jakby to był zwykły spacer. Potrafił oderwać rękę od kierownicy by uchylić kapelusza przez burmistrzem, jakby prowadzenie tylko jedną ręką w zupełności mu wystarczyło. Pytany o ten wyczyn powiedział, że oderwanie nawet obu rąk do kierownicy bez spowodowania natychmiastowego upadku to nic trudnego, ale Lucia po kilku próbach w ogrodzie stwierdziła, że pan Wyse, choć bez wątpienia utalentowany cyklista, mija się z prawdą. Ukoronowaniem wszystkiego był dzień, w którym Susan, po długim wyczekiwaniu na rogu Porpoise Street, gdzie stojące auto zostawiało tylko osiem czy dziewięć stóp wolnej drogi, wjechała majestatycznie na High Street nowiutkim rowerem trzykołowym.
- Te wielkie samochody – narzekała do burmistrza – powinny mieć zakaz wjazdu w nasze wąskie uliczki.

Tego dnia, gdy Lucia została wezwana przed oblicze własnego sądu za niebezpieczną jazdę, ratusz miejski pękał w szwach. Przyjechała na rowerze, balansując teraz między pachołkami z zegarmistrzowską precyzją i w swym półoficjalnym kapeluszu przewodniczyła obradom ławy sędziowskiej hrabstwa gminy Borough. Ona i jej koledzy radni, nim nadeszła pora na jej własną sprawę, mieli do rozpatrzenia dwie inne, z których jedna dotyczyła motocyklisty z niesprawnymi hamulcami. Ława sędziowska po naradzie potraktowała wykroczenie bardzo poważnie i nałożyła karę dwunastu szylingów. Ogłaszając wyrok, Lucia skierowała do niego kilka surowych słów: w razie nagłego wypadku, powiedziała, nie byłby w stanie się zatrzymać i naraziłby współmieszkańców na niebezpieczeństwo. Magistrat wyznaczył mu siedem dni na zapłacenie kary. Potem nadeszła wielka chwila. Pani burmistrz wstała i czystym, spokojnym głosem powiedziała:
- Wysoki sądzie, następna sprawa dotyczy mnie osobiście, więc tym samym ustępuję swojego miejsca na Ławie. Czy senior spośród radnych zechciałby łaskawie przewodniczyć pod moją nieobecność?
I zeszła do ławy oskarżonych.
- Następna sprawa do rozpatrzenia- powiedział sekretarz sądowy – dotyczy niebezpiecznej jazdy na rowerze popełnionej przez panią Lucię Pillson. Wzywam panią Lucię Pillson.
Lucia przyznała się do winy spokojnym głosem podszytym tryumfem i Ława wysłuchała świadków. Pierwszym był konstabl, który przysiągł, że będzie mówił prawdę, samą prawdę i tylko prawdę. Stał na posterunku przy moście kolejowym o 11:00 we wtorek dwunastego bieżącego miesiąca. Zauważył cyklistkę zjeżdżającą z zawrotną szybkością ulicą Landgate, gdy ta była mocno zatłoczona. Wyciągnął rękę dając znak by się zatrzymała, ale przemknęła tylko obok niego. Oszacował jej szybkość na dwadzieścia mil na godzinę, wydawało mu się też, że nie panuje nad swoim pojazdem. Gdy go minęła, zauważył torbę na narzędzia przytwierdzoną z tyłu siodełka ozdobioną herbem gminy Borough. Sprawdził w sklepie z rowerami i dowiedział się, że pojazd odpowiadający temu opisowi został dostarczony poprzedniego dnia do pani Pillson z Mallards House. Złożył raport przełożonemu.
- Czy ma pani jakieś pytania do świadka, pani bur….? - spytał sekretarz.
- Żadnych – odpowiedziała Lucia energicznie. – Ani jednego.
Następnie podszedł pieszy, która cudem uniknęła unicestwienia przez rozpędzony rower. Lucia przeraziła się na widok właściciela kociołka ze smołą. Zaczął opowiadać o swoich doświadczeniach ze smołowania słupów telegraficznych jakiś czas temu, ale ku jej wielkiej uldze przerwano mu i poinformowano, że musi się ograniczyć do tego, co stało się we wtorek o 11:00. Zeznał, że dokładnie o tej godzinie gdy przechodził przez ulicę obok mostu kolejowego rowerzystka przejechała obok niego z szybkością, którą ocenił na ponad dwadzieścia mil na godzinę. Na twarzy pani burmistrz pojawił się uśmiech satysfakcji i nie miała ona żadnych pytań. Tym samym przesłuchania zostały zakończone,a inspektor policji potwierdził, że oskarżona nie była wcześniej karana.
Ława naradziła się nad sprawą: ewidentnie pojawiły się kontrowersje co do wysokości grzywny. Po krótkiej dyskusji tymczasowy przewodniczący oznajmił Luci, że jej kara wynosi również dwanaście szylingów. Pożyczyła je od Jurusia, który siedział niedaleko, nie musiała więc pytać, ile ma czasu na jej wniesienie. Z zadowoloną miną zajęła znów swe miejsce na Ławie.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group