Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Mapp i Lucia
Tamara - Wto 17 Cze, 2025 09:31
Cóż, Lucia intelektualnie i znajomością świata stoi nieporównanie wyżej niż droga Elżbieta, która stara się być kimś w rodzaju Luci na poziomie Tilling, gdzie życie kulturalne ogranicza się do brydżyków, kolacji i golfa, więc siłą rzeczy aspiracje mieszkańców są nader przyziemne
Trzykrotka - Wto 17 Cze, 2025 10:33
Otóż to, Tilling jest takim miasteczkiem, w którym u źródeł zabrakło kogoś takiego jak Lucia, która co prawda siłą, ale zagoniła towarzystwo do choćby pozorów zainteresowania czymś więcej niż plotkami. Tu nie ma nawet Daisy z jej dziwacznymi dietami i duchowością. Inna rzecz, że mieszkańcy Tilling wydają się ubożsi niż Riseholmianie i może dlatego bardziej przyziemni.
No nic, drżyj, Tilling, Królowa Lucia nadchodzi zbroja w swe sztandary, wojska, fortepian i Mozartina!
Tamara - Wto 17 Cze, 2025 13:50
Nie jest to różnica majątkowa aż tak wielka, żeby leżała u podstaw ubóstwa duchowego Tilling w końcu każdy ma piękny zabytkowy dom, który odnajmuje na lato, turyści się zjeżdżają bez przerwy, nikt nie pracuje...
Trzykrotka - Wto 17 Cze, 2025 23:13
I to potwierdza rolę silnych osobowości w danej społeczności. Pamiętam, że przy okazji opisu Riseholme była mowa o tym, że wioska była całkiem nieokrzesana przed przybyciem do niej Luci i jej kaganka i że na przykład elżbietańskie dyby ustawione na błoniach Lucia kupiła we wsi sąsiedniej, nieoświeconej, gdzie miały iść na opał. W Tilling potencjał jest: jest malarka z prawdziwego zdarzenia, jest wyrafinowany pan Wyse. No i założyli Towarzystwo Artystyczne i na dorocznych wystawach obrazów się skończyło. Jednostka nie tylko silna, ale charyzmatyczna i dobra organizacyjnie.
Zajmijmy się póki co złamanym (przez Foljambe) sercem Jurusia.
Lucia wróciła do grania, ale odsunęła nowego Mozarta na bok gdy podnosząc wzrok na jedno z okien zobaczyła nadchodzącego od strony stacji Jurusia. Szedł lekkim, sprężystym krokiem, ewidentnie by w najlepszym możliwym humorze i pomachał gdy ją zobaczył.
- Wpadnę tylko na sekundkę do domu – zawołał – i sprawdzę, czy wszystko jest w porządku, a potem przyjdę na pogaduszki. Mam ci masę do opowiedzenia.
- Ja też – rzekła Lucia, myśląc z żalem o jednej z tych spraw. – Pospiesz się, Jurusiu.
Potruchtał do domku, a serce Luci krwawiło na jego widok, bo cała ta wesołość miała już wkrótce ulec totalnemu zaćmieniu, a ona miała być zwiastunką złych wieści. Zastanawiała się, czy ma powiedzieć mu od razu, czy najpierw wysłuchać jego nowin i nakreślić ostatnie manewry o krypotonimie Mapp. Te ekscytujące tematy mogą okazać się czymś dobrym na znieczulenie, do czego będzie można wrócić później. Natomiast gdyby od progu dźgnęła go sztyletem w serce, ploteczki w niczym już nie pomogłyby. Na lunch był duszony homar, a Juruś, który za nim przepadał, pewnie nawet by go nie zauważył, gdyby najpierw zadano mu cios.
Juruś zaczął opowiadać niemal zanim jeszcze otworzył drzwi.
- W domu wszystko wspaniale – powiedział – a Foljambe zachwycona Tilling. Wszystko w idealnym porządku, moje pudełko z farbami wyczyszczone, a dziura w dywanie pięknie zacerowana. Musiała bardzo się uwijać, gdy mnie nie było.
(„Ojej, ojej, owszem” pomyślała Lucia).
- W Riseholme wszystko załatwione – ciągnął biedny Juruś. – Pułkownik Cresswell chce wynająć mój dom na trzy miesiące, powiedziałem tak i teraz jesteśmy obydwoje bezdomni w październiku, chyba że zatrzymamy nasze tutejsze domy. Musiałem wczoraj znowu założyć mój kostium Drake’a, bo chcieli moje zdjęcie do Birmingham Gazette. Moja droga, ależ to był gigantyczny sukces, ale cieszę się że mogłem wyjechać, po tym wszystko będzie płaskie jak stojąca woda, wszystko, prócz Daisy. Ledwie wyjechałaś zaczęła odżywać i słyszałem jak mówiła, że szybko uchwyciłaś jak grać królową, gdy zobaczyłaś ją raz czy dwa.
- Nie! Biedulka – powiedziała Lucia z głębokim współczuciem.
- Teraz ty opowiadaj o Tilling – rzekł Juruś czując, że musi być fair.
- Wszystko zaczyna wprawiać się w ruch, Jurusiu – odpowiedziała, zapominając na chwilę o wiszącej nad nimi tragedii. – Nocne podchody, Jurusiu, manewry. Oczywiście – Elizabeth. Miałam rację, to pewne, ona chce mną manipulować, a jeśli się jej nie uda (jeśli!) spróbuje mnie pokonać. Zaczynam widzieć w niej przebłyski złośliwości i nienawiści.
- I będziesz z nią walczyła? – spytał Juruś z zapałem.- Nic z tych rzeczy, mój drogi – odparła Lucia. – Za kogo ty mnie masz? Od czasu do czasu, gdy będzie potrzeba, wymierzę jej dwa lub trzy mocne klapsy. Jeden już dostała, dziś rano. Niezbyt mocny, ale zabolało.
- Nie! Opowiadaj! – powiedział Juruś.
Lucia streściła mu kryzys ogrodowy, krótko, ale bardzo dokładnie.
- Tak to właśnie skończyłam z tym – powiedziała – i skończę jeszcze z innymi rzeczami. Nie życzę sobie, na przykład, żeby wchodziła do mojego domu bez pukania. Kazałam Grosvenor założyć łańcuch u drzwi. Nazywa mnie Lulu, od czego niedobrze mi się robi. Nikt nigdy nie nazywał mnie Lulu i teraz też nie będzie. Muszę sprawdzić, czy nazywanie jej Liblib coś da. I jeszcze zaprosiła mnie dziś na kolację, choć musi doskonale wiedzieć, że major Benjy i Diva będą dziś u mnie. Ty też, przy okazji.
- Nie jestem pewien, czy tak będzie dobrze – rzekł Juruś. – Myślę, że Foljambe może oczekiwać, że zjem kolację w domu pierwszego dnia po powrocie. Wiem, że chce przejrzeć ze mną pościel i zastawę stołową.
- Nie Jurusiu, nie ma takiej potrzeby – odparła. – Chcę, żebyś pomógł mi zapewnić innym przyjemny, wesoły wieczór. Zagramy w brydża i pozwolimy, żeby major wyłożył nam zasady. Spędzimy uroczy wieczór, damy gościom dużo radości. A na jutro zaproszę Wyse’ów i będziemy rozmawiać o hrabiostwie. A następnego wieczoru przyjdą padre z żoną i będziemy mówić po szkocku. Zapraszam cię na każdy wieczór. Odkryłam, że w Tiling to coś nowego: wydawanie małych kolacji. Zwykle zapraszają się na podwieczorki. A Liblib nie zaproszę aż do przyszłego tygodnia.
- Ale moja droga, czy to nie będzie wypowiedzeniem wojny? – spytał Juruś (rzeczywiście tak to wyglądało)
- Ani trochę. To życzliwa neutralność. Zobaczymy, czy nauczy ją rozumu. Jeśli tak, będę dla niej znów bardzo miła i zaproszę ją na kilka przyjemnych przyjątek. Daję jej szansę. Poza tym, Jurusiu… - oczy Luci przybrały ten świdrujący wyraz oznaczający szczere postanowienie – chcę ją zrozumieć i być wobec niej w porządku. Obecnie jej nie rozumiem. Pomysł, że ona będzie wydawać polecenia ogrodnikowi, któremu ja płacę! Ale z tym już koniec. Słyszę, że kosiarka pracuje. Są dwie czy trzy rzeczy, których nie zniosę. Nie pozwolę Liblib traktować się z góry, nie dam nazywać się Lulu i nie pozwolę, żeby wpadała i wypadała z mojego domu jak kukułka z zegara.
Lunch zbliżał się do końca. Juruś siedział sobie, wyglądając dorodnie i kwitnąco, ze swoimi kasztanowatymi włosami nie potrzebującymi już odrobiny farby i pięknie odziany. Major Benjy, który szybko zrozumiał, że jeśli chce przyjaźnić się z Lucią, musi zaprzyjaźnić się też z Jurusiem, ogłosił go najlepiej ubranym mężczyzną w Tilling, a Lucia, która zawsze rozsiewała takie krople rosy zasłużyła sobie na głęboką wdzięczność Jurusia powtarzając mu to. Ale teraz musiała zbić mu sztylet prosto w serce. Położyła łokcie na stole, aby mieć współczującą dłoń w pogotowiu.
- Jurusiu, muszę ci coś powiedzieć – zaczęła.
- Na pewno mi się to spodoba – rzekł on. – Mów.
- Nie spodoba ci się ani trochę – odparła.
Przeleciało mu przez głowę, że Lucia zmieniła zdanie co do poślubienia go, ale to nie mogło być to, bo nigdy nie określiłaby, że to mu się na pewno nie spodoba. I nagle doznał olśnienia.
- Chodzi o Foljambe – powiedział drżącym głosem.
- Tak. Ona i Cadman chcą się pobrać.
Juruś zwrócił ku niej twarz z której zniknęła wszelka ekspresja prócz bezdennej rozpaczy, a jej dłoń spoczęła na jego dłoni, ściskając ją mocno.
- Kiedy? – spytał, zwilżając suche usta.
- Nie w tej chwili. Nie przed naszym powrotem do Riseholme.
Juruś odsunął od siebie nietkniętą kawę.
- To najstraszniejsza rzecz jaka mi się w życiu przytrafiła – powiedział. – Cała przyjemność poszła na śmietnik. Nie spodziewałem się, że Foljambe jest taka samolubna. Była ze mną od piętnastu lat, a teraz ot tak chce niszczy mój dom.
- Mój drogi, przesadzasz – powiedziała Lucia. – Możesz zatrudnić nową pokojówkę. Są przecież inne.
- Skoro tak, to niech Cadman weźmie sobie inną żoną – odgryzł się Juruś – a takiej drugiej jak Foljambe po prostu nie ma. Od czasu do czasu spodziewałem się czegoś podobnego, ale nigdy nie podejrzewałem, że do tego dojdzie. Jaki ja byłem głupi, że zostawiłem ją tu gdy wracałem do Riseholme na festyn! Albo mogłem jechać z Cadmanem zamiast pociągiem. To była skrajna głupota. Oni tu zostali, a nie mając wiele do roboty, tylko snuli plany za naszymi plecami. Nikt tak ni zadba o moje ubrania jak ona. I o srebra. Tobie też będzie brakowało Cadmana.
- Och, ale nie wydaje mi się, żeby on chciał mnie opuścić – powiedziała zaniepokojona Lucia. Czemu tak myślisz? On nic mi o tym nie mówił.
- To może i Foljambe nie chce mnie opuszczać – powiedział Juruś, widząc przebłysk świtu nad ruinami własnego domu.
- To co innego – odpowiedziała Lucia. – Ona będzie teraz dbała o jego dom, no wiesz, w ciągu dnia, a nocami on…. On będzie chciał mieć ją przy sobie.
- Strach nawet o tym pomyśleć – rzekł Juruś gorzko. – I co ona w nim widzi. Mam ochotę wynieść się i zamieszkać w hotelu. A zapisałem jej pięćset funtów w testamencie.
- Jurusiu, to było bardzo hojne z twojej strony. Bardzo – powiedziała Lucia, choć po śmierci Juruś nie odczułby straty tak dużej sumy.
- Ale teraz na pewno dodam kodycyl „jeśli nadal w mojej służbie” – powiedział już mniej hojnie Juruś. – Tego się po niej nie spodziewałem.
Lucia siedziała przez chwilę w milczeniu. Juruś zaiste wziął sobie tę sprawę do serca, a ona teraz łamała sobie nad nią głowę.
- Mam pomysł – powiedziała w końcu, - Nie wiem, czy to się uda, ale możemy spróbować. Czułbyś się mniej nieszczęśliwy gdyby Foljambe zgodziła się przychodzić do pracy do ciebie powiedzmy o dziewiątej i zostawała na przykład do kolacji? Gdybyś jadał poza domem tak często jak to masz w zwyczaju, mogłaby nawet wychodzić wcześniej. Widzisz Cadmana w Domku przy Zagajniku przez cały dzień, bo robi w nim różne inne pracy, a jego domek w Riseholme stoi całkiem blisko twojego. Mógłbyś im nająć kobietę do sprzątania.
- Och, świetny pomysł – powiedział Juruś, rozchmurzając się trochę. – Oczywiście, zapewnię jej sprzątaczkę i co tylko zechce, jeśli będzie o mnie dbać jak do tej pory. Może spać gdzie chce. Oczywiście będą okresy, kiedy będzie musiała być nieobecna, ale nic to, jeśli tylko będę wiedział, że wróci. Poza tym, na to jest chyba za stara, prawda?
Nie było sensu liczyć dzieci, skoro się jeszcze nie urodziły i Lucia prześliznęła się po wiktoriańsku po tym dość intymnym temacie.
- Warto sprawdzić, czy zostanie z tobą na tych warunkach – powiedziała.
- Owszem. Muszę od razu jej to zasugerować – odparł Juruś. – Myślę, że powinienem jej ciepło pogratulować i powiedzieć, jak się cieszę, a potem jej to zaproponować. A może będzie lepiej udawać zimnego i zajętego i w ogóle z nią nie rozmawiać? To jej się bardzo nie spodoba i kiedy po kilku dniach zapytam, czy zostanie na służbie, może mi obiecać wszystko, żebym tylko nie był nieszczęśliwy.
Lucia nie do końca pochwalała tę makiaweliczną politykę.
- Albo przyspieszy ślub z Cadmanem, żeby mieć cię z głowy – zasugerowała. – Lepiej uważaj.
- Przemyślę to – obiecał Juruś. – Może bezpieczniej będzie być dla niej miłym i odwołać się do lepszej części jej natury, jeśli taką ma. Ale jedno wiem – nie będę nigdy nazywał jej Cadman. Musi zachować swe panieńskie nazwisko, jak aktorka.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Śro 18 Cze, 2025 08:45
Oczywiście , zawsze potrzebny jest silnik napędzający całość, inaczej nic się nigdy nie zacznie dziać. Bardzo jestem ciekawa wpływu Luci na Tilling. I wiesz, ku mojemu własnemu zdziwieniu, zaczynam lubić Lucię, mimo że jest to sprytna, nieznośna, zarozumiała, niedouczona snobka ale w porównaniu z drogą żmija Elżbietą wypada naprawdę dość sympatycznie.
No i jest bystra i pomysłowa, dzięki czemu rozpacz Jurusia może nie będzie aż tak straszna , i nie straci on na amen swojej ulubionej idealnej służącej Myślę jednak, że mimo wszystko pobyt w Tilling i związane z nim rozkosze towarzysko-artystyczne osłodzą mu ten cios.
Do tego stopnia historie riseholmowsko-tillingowe mnie wciągnęły, że zaczęłam poważnie rozważać zanabycie dwóch filiżanek do herbaty, jednej takiej, jakiej mogłaby używać droga Elżbieta, a drugie takiej, jakiej mogłaby używać Lucia, żeby mieć chociaż ślad namiastki takiego przyjemnego żywota. No i teraz ciężko główkuję, jak która powinna wyglądać najlepiej byłoby , gdyby to była faktycznie angielska przedwojenna porcelana, albo współczesna produkowana wg dawnych wzorów, aczkolwiek stan konta na razie pozwala tylko na marzenia najtrudniej byłoby mi dopasować filiżankę dla Jurusia droga Daisy i droga Diva nie stanowią problemu, wiadomo, że dla nich byłoby coś okropnego w jaskrawe kwiatki, całkowicie pozbawione gustu
Trzykrotka - Śro 18 Cze, 2025 10:36
Tak, Lucia jest świetnym motorem napędowym, a jej snobizm i chęć błyszczenia pod płaszczykiem "jak wy wszyscy mną dyrygujecie" plus niespożyta energia to klucz do sukcesu.
Powiem ci, leciutko spoilerując, że na szczęście pan Benson nie miesi w sześciu tomach tego samego sosu. Robi takie rzeczy, jak śmierć Pepina, wprowadza zmiany, Lucia będzie przechodzić przez jeszcze wiele metamorfoz i wyzwań. Nudy nie będzie. I też na ileś sukcesów dostanie porządny prztyczek. Ale faktem jest, że o ile na tle naprawdę wspaniałej pod każdym względem i inspirującej Olgi Lucia wypada jak nadęta snobka i ignorantka, to przy subtelnej jak młot parowy Elizabeth będzie zawsze błyszczeć i nikomu nie da o tym zapomnieć
Ale masz fajny pomysł porcelanowy Rzeczywiście, choć nie bardzo celebrujemy five o'clocki, to miło byłoby mieć taką specjalną filiżankę na dobrą angielską herbaty
Tamara - Śro 18 Cze, 2025 12:14
Dokładnie tak , i zawsze jest ten kontrast kogoś z kimś, dzięki któremu mamy szerszy obraz całej postaci
No właśnie, tylko JAKĄ filiżankę ? to jest poważna zagwozdka . Chociaż nie powiem, drogę Elżbietę widzę raczej przy Royal Doulton, tak jak Hiacyntę, niż przy jakiejś bardziej historycznej marce , jak np. Spode Copeland. Oczywiście jeszcze innej uzywa Olga, która jest w ogóle obywatelka świata, i podejrzewam , że kupuje takie rzeczy, jakie uzna za zabawne i interesujące, tak jak droga Irene. Czego używa Lucia nie umiem na razie określić, ale nie wiem czy podczas podboju Londynu i swojej nowoczesnej przemiany nie zaopatrzyła się w nowoczesny serwis art deco, bo to takie nowoczesne i na czasie
Trzykrotka - Czw 19 Cze, 2025 00:24
Szkoda, że pan Benson, jak to mężczyzna, mało czasu poświęca takim detalom, jak rodzaj porcelany, której używa Lucia. Owszem, raz opisał ze szczegółami wystrój domu, ale potem już nic. Stawiałabym na jakąś kosztowną (ale bez przesady kosztowną, w końcu ona to nie Susan bez polotu) klasykę. Olga tak, ta na pewno zaszalałaby z czymś nowoczesnym - gdyby jej się podobało Bo Elizabeth i ceramika.... pamiętasz jej tęczowe świnki - skarbonki w salonie?
Dziś późny odcinek - albo wczesny - i będzie rozkosznie, gdy przekręty Elizabeth się wydadzą... Ale i dla Luci zapala się czerwona lampka
Lucia należycie wcieliła w życie jej środki dyscyplinujące w celu utemperowania Elizabeth. Major Benjy, Diva i Juruś jedli tego wieczoru z nią kolację i dla Divy przygotowano talerz czekoladek nugatowych, z namiętności do których była szeroko znana w Tilling, pikantne curry dla majora przypominało mu jego lata spędzone w Indiach, podano też misę fioletowych fig kupionych w warzywnym, ale zebranych z drzewa, którego liście zaglądały w okna pokoju ogrodowego. Nie mogła się oprzeć by nie dać Elizabeth delikatnego klapsa z ich powodu i stwierdziła, że to raczej dość okrężna droga, udawać się na High Street by kupić figi, które Coplen zerwał z drzewa w ogrodzie i zawiózł razem z innymi plonami z ogrodu do sklepu: musi poprosić drogą Elizabeth by pozwoliła kupować jej, że tak powiem, u źródła. Lecz była autentycznie zaskoczona efektem, jaki ten żarcik wywarł na Divie. Przełknęła ona w pośpiechu czekoladkę w całości i zrobiła się szkarłatna na twarzy.
- To Elizabeth nie oddała ci plonów z ogrodu? - spytała z niedowierzaniem.
- O nie - rzekła Lucia. - Tylko kwiaty do wazonów. Nic więcej.
- No, ja nigdy...! - powiedziała Diva. - Zrozumiałam, przynajmniej tak mi się wydawało…
Lucia wstała. Musiała być wspaniałomyślna i nie wzniecać publicznej debaty, czy demaskacji postępowania Elizabeth, a raczej - by dobrze przygotować rózgę dyscypliny - wolała usłyszeć o wszystkim w cztery oczy.
- Chodźmy porozmawiać do pokoju ogrodowego – powiedziała. - Zadbaj o majora Benjy, Jurusiu i nie siedźcie za długo w kawalerskim kółku, bo muszę dziś zagrać z nim w brydża. Okropnie się go boję, ale mam nadzieję, że on i pani Plaistow będą łaskawi dla takich nowicjuszy jak ja i ty.
Oburzenie Divy na niegodziwość Elizabeth wylało się na osobności falą gwałtownej powodzi.
- To cała Elizabeth – powiedziała. - Pytałam, czy pozwoliła ci zbierać owoce i warzywa z ogrodu, a ona powiedziała, że przecież nie wykopie swoich ziemniaków i ich nie wywiezie. No więc oczywiście pomyślałam, że oddała je tobie. Cała ona. Bismarck, to chyba on mówił prawdę żeby oszukać. No więc oczywiście ja oddałam jej moje plony, a ona jedne zjada, a drugie sprzedaje. Powinnam wiedzieć, że jej nie można ufać.
Lucia uśmiechnęła się tym niedzielno - wieczornym pobłażliwym uśmiechem, który oznaczał, że myśli intensywnie o o sprawach dnia powszedniego.
- Bardzo lubię Elizabeth – powiedziała – i cóż za znaczenie ma kilka fig?
- Nie, ale ona zawsze punktuje – powiedziała Diva – i czasami trudno to znieść. Wynajęła mój dom z płodami rolnymi z ogrodu za osiem gwinei za tydzień a sama wynajęła swój bez plonów za dwanaście.
- Nie, kochanie, ja płacę piętnaście – powiedziała Lucia.
Diva zapatrzyła się na nią z otwartą buzią.
- Ale w księgach Woolgara dom był za dwanaście – powiedziała. - Widziałam na własne oczy. Ona jest jedyna, nieprawdaż?
Lucia zachowała postawę wysokiej szlachetności, ale ta informacja lekko ją zjeżyła.
- Droga Elizabeth! - powiedziała. - Cieszę się, że jest na tyle bystra żeby zarobić kilka dodatkowych gwinei. Musi być bardzo mądra, prawda? A oto i panowie. Czas na małą, wesołą partyjka brydża.
Zachowanie Luci zaskoczyło Jurusia kompletnie. Była przyzwyczajona, że to ona z całą stanowczością ustanawia prawa i że poucza po równo partnerów i przeciwników, lecz tej nocy opanowała ją niezwykła pokora. Była pełna niepewności co do własnych umiejętności i pochwał dla talentu partnera, prosiła o radę, raz nawet spytała Jurusia w co powinna wyjść, choć był to ewidentny błąd, bo w następnej chwili go podsumowała. Ale dla pozostałej dwójki nie miała nic poza zazdrosnym podziwem dla ich licytacji i prowadzenia gry i gdy Diva rewokowała, wzięła całą winę na siebie, bo nie spytała czy pozbyła się już całego koloru. Rober po robrze, grali w przyjacielskiej atmosferze, nieznanej dotąd w wyższych kręgach hazardzistów z Tilling; a gdy, długo po tym, jak zegar wybił niewiarygodną północ i podliczono wyniki i okazało się, że Lucia została wielką przegraną, oświadczyła, że jeszcze nigdy nie zdobyła doświadczenia tak tanio i tak przyjemnie.
Major Benjy otarł z sumiastych wąsów pianę z trzeciej (wypitej potajemnie i pospiesznie) porcji whisky z sodą z sumiastych wąsów.
- To najprzyjemniejszy wieczór przy brydżu jaki spędziłem w Tilling – oświadczył. – Słowo daję, gdy sobie pomyślę o połajankach jakie dostawałem w tym samym pokoju za jakieś drobne potknięcia, o zwadach, jakie tu się odbywały… Pani Plaistow wie, o czym mówię.
- O tak, wiem – rzekła Diva, w której znów się zagotowało na myśl o produktach z ogrodu. – Biedna Elizabeth! Kilka lekcji samokontroli, oto czego jej trzeba, a potem jeszcze kilka z podstaw brydża nie zawadziłoby. Po czymś takim nadszedłby czas żeby pouczać ludzi, jak mają grać.
To przemiłe przyjęcie skończyło się, a Juruś, spiesząc do domu do Mallard Cottage, myślał, że w tych komentarzach leży klucz do odczytania powodu lucinej niezwykłej pokory przy stoliku karcianym. Sama wypowiadała się o Elizabeth wyłącznie miło, jak przystało na kobietę o wielkim sercu, ale Diva i major Benjy nie mogli nie dostrzec kontrastu między uroczym wieczorem, jaki właśnie się skończył, a scenami pełnymi złości i obelg, jakich pokój ogrodowy zwykle był świadkiem. „Myślę, że Lucia już zaczęła” pomyślał Juruś, wchodząc na górę na paluszkach, by nie zakłócić snu Foljambe.
Następnego ranka oczywiście już całe Tilling wiedziało, że wczorajszego wieczoru w Mallards rozegrano serię jak najbardziej harmonijnych partii brydża aż do Bóg wie której godziny, bo Diva połowę poranka spędziła opowiadając o tym wszystkim, a drugą połowę - radząc im by nie kupowali owoców i warzyw w sklepie, który handlował produktami z ogrodu makiawelicznej Elizabeth. Równie dobrze było wiadomo, że dzisiejszego wieczoru Wyse’owie jedli kolację w Mallards, bo pani Wyse już o to zadbała i o dwudziestej tego wieczory Royce wyruszył z Porpoise Street i przyjechał pod drzwi Mallards dokładnie minutę później. Juruś w najlepszym nastroju nadszedł piechotą z przeciwnej strony z oddalonego o trzydzieści jardów domku, bo Foljambe po naradzie z Cadmanem ustaliła, że po powrocie do Riseholme będzie kontynuować służbę dzienną w jego domu. Tak więc Juruś nie zamierzał póki co wprowadzać mściwego aneksu do testamentu. Opowiedział Wyse’om, których spotkał na schodach Mallards o tym szczęśliwym zażegnaniu domowego kryzysu, podczas gdy pani Wyse zdjęła swe sobole i ujawniła, że nosi order M.B.E na obfitym biuście; zauważył też, że pan Wyse ma na sobie marszczoną, miękką koszulę z niskim kołnierzem i aksamitny garnitur: ten piękny strój przemieniał go w kogoś w rodzaju magika. Podczas kolacji prowadzili bardzo uprzejmą konwersację, pełną ukłonów ze strony pana Wyse; zaczął on od rozmowy z gospodynią, a kiedy Lucia usiłując zmienić konwersację na ogólną zagadnęła o coś Jurusia, on natychmiast odwrócił głowę w prawo i zaczął bardzo milo rozmawiać z żoną o pogodzie i nowinach z popołudniowej gazety, aż Lucia znów się do niego odwróciła.
- Słyszałem od naszej wspólnej przyjaciółki, panny Mapp, że mówi pani pięknie i biegle po włosku.
Lucia bardzo skwapliwie poświadczyła.
- Ach, *che bella lingua! – powiedziała – Ma ho dimenticato tutto, non parla nessuno w Riseholme.
- Ale już niedługo, jak mam nadzieję, będzie pani mogła mówić po włosku w Tilling- powiedział pan Wyse. – Moja siostra Amelia, contessa di Faraglione, być może wkrótce nas odwiedzi i już nie mogę się doczekać chwili, gdy będę mógł posłuchać jak panie ze sobą rozmawiacie. Ten język jest niezwykle przyjemny dla ucha, choć Amelia drwi bezlitośnie z moich marnych wysiłków, gdy usiłuję go używać.
Lucia zwęszyła niebezpieczeństwo. Już kiedyś raz w Riseholme zdarzyło się coś strasznego, bo jej dwujęzyczna reputacja legła w gruzach, gdy Lucia została wystawiona na atak pełnego tornada włoskiego języka, którym zaatakował ją prawdziwy Włoch, a ona nie była w stanie zrozumieć nawet słowa z tego, co mówił. Ale przyjazd Amelii był wątpliwy i jeszcze raczej odległy, a przyznanie, że jej włoski ogranicza się do wybranego i ograniczonego słownictwa byłoby upokarzające.
- Jurusiu, musimy podciągnąć się znów we włoskim – powiedziała. – Siostra pana Wyse może niedługo tu zjechać. Co to będzie dla nas za okazja do poćwiczenia konwersacji!
- Nie wyobrażam sobie, żeby pani potrzebowała praktyki – rzekł pan Wyse kłaniając się Luci. – I słyszałem też, że wasz elżbietańskim festyn (tu ukłonił się królowej Elżbiecie) był kolosalnym sukcesem. Tak bardzo brakuje nam w Tilling kogoś, kto potrafiłby zorganizować i poprowadzić takie imprezy. Moja żona robi co może, ale niestety potrzebuje kogoś, kto by jej pomógł, a nawet nią pokierował. Na przykład szpitalowi dramatycznie brakuje funduszy. Rozważaliśmy oboje, czy nie można by zorganizować czegoś w rodzaju festynu w ogrodzie, z żywymi obrazami czy czymś w tym rodzaju, by zebrać pieniądze. Ma na panią zakusy, wie pani, kiedy będziecie mogły porozmawiać sam na sam, bo naprawdę, w Tilling nie ma nikogo z inicjatywą i odpowiednimi zdolnościami.
Lucię nagle olśniło, że choć było to dla niej wielce pochlebne, to miało też inny, podskórny cel, a mianowicie zdeprecjonowanie kogoś innego, a tylko jedna osoba wchodziła tu w grę. Ale jej imię nie mogło wyjść z jej ust.
- Moje usługi, jakiekolwiek by one nie były, są całkowicie do dyspozycji pani Wyse – powiedziała – tak długo, jak mieszkam w Tilling. Na przykład ten ogród. Czy byłoby to odpowiednie miejsce na taką imprezę?
Pan Wyse ukłonił się ogrodowi.
- Idealne miejsce – powiedział – A Tillig zleci się tu na pani zaproszenie. Jeszcze nigdy za mojej pamięci miejsce to nie służyło tak wspaniałym celom; zawsze nad tym ubolewałem.
Nie można było dłużej mieć wątpliwości odnośnie podtekstu takich uwag, ale gładkiej, pięknej powierzchni nie należało naruszać.
- Podzielam te uczucia – powiedziała Lucia. – Jeśli ktoś jest, choćby na krótki czas, pobłogosławiony posiadaniem tak pięknego, małego ogrodu jak ten, powinien wykorzystać go dla dobroczynnych celów. Szpital: jakiż bardziej godny obiekt można znaleźć? Zasugerował pan żywe obrazy. Z całą pewnością pan Pillson i ja będziemy szczęśliwi mogąc odtworzyć scenę czy dwie z naszego festynu w Riseholme.
Pan Wyse ukłonił się tak nisko, że jego ogromny, luźno zawiązany krawat niemal zanurzył się w puddingu lodowym.
- Usiłowałem zebrać się na odwagę i to właśnie zasugerować – powiedział. – Susan, pani Lucas zachęca nas do nadziei, że udzieli ci przychylnej audiencji odnośnie pomysłu, o którym rozmawialiśmy.
Przychylna audiencja rozpoczęła się gdy tylko damy wstały i trwała, gdy pan Wyse i Juruś do nich dołączyli. Już zdążono ustalić, że i padre mógłby wnieść swój udział do zapewnienia rozrywki, co było bardzo dogodną okolicznością, bo następnego dnia to on jadł kolację z Lucią.
- Jego szkockie opowieści – powiedziała Susan. – Nigdy nie mam ich dość, bo choć nie mam kropli szkockiej krwi, potrafię je docenić. Nie jako gwóźdź programu, rzecz jasna, ale na wypełnienie przerw. I jeszcze pani Plaistow. Jak ja się zawsze śmieję kiedy odgrywa pasażerkę z chorobą morską i pomarańczą, choć pewnie o tej porze roku trudno o pomarańcze. I panna Coles. Co za parodystka. Jest też major Benjy. Może mógłby odczytać nam fragment ze swoich dzienników.
Nastała chwila przerwy. Lucia miała jedno z tych niezawodnych przeczuć, że teraz padnie nazwisko dotychczas pomijane. I padło.
- A gdyby panna Mapp zapewniła wszystkim orzeźwienie w postaci owoców z ogrodu, byłoby to wielką pomocą – powiedziała pani Wyse.
Lucia szybko rzuciła okiem na każdego z gości, a każdy z nich odwrócił wzrok. A więc Tilling już wie o produktach z ogrodu – pomyślała.
Potem nastąpił brydż i tutaj nie mogła być tak skromna jak poprzedniego wieczoru, bo oboje Wyse’owie sami ukorzyli się nim miała czas zacząć.
- Wiemy już – powiedział Algernon – jak znakomicie gra pani w brydża, pani Lucas. Jeśli zechce dać pani Susan lub mnie jakiekolwiek wskazówki, będziemy bardziej niż wdzięczni. Obawiam się, że nie nacieszy się pani grą z nami, to my zyskamy lekcję. W Tilling nie ma nikogo, kto miałby pretensje do bycia wytrawnym graczem. Major Benjy, pani Plaistow i my rozgrywamy czasami dobrego robra na naszym własnym poziomie, a padre nie zawsze kiepsko wypada. Ale poza tym im mniej powiemy o naszych umiejętnościach tym lepiej. Susan, moja droga, musimy się postarać.
Oto naprawdę była nagroda za skromność Luci zeszłego wieczoru. Zwycięzcy najwyraźniej docenili jej umiejętności, ale czy nie kryła się w tym również aluzja do kogoś innego, dotychczas tylko raz wymienionego z imienia i nazwiska i to w połączeniu z owocami z ogrodu? Dzisiejszego wieczoru dłonie Luci pełne były asów i królów . Jej partner miał szczęście i tego wieczoru to Juruś musiał rozmieniać banknot dziesięcioszylingowy i zostawić innym dzielenie się łupem. Nie przejął się ani trochę tą finansową katastrofą, bo nie miał utracić Foljambe. Kiedy towarzystwo się żegnało, pani Wyse błagała, by pozwolił jej odwieźć go jej Roycem, ale że wymagałoby to zawrócenia tym majestatycznym wozem, co zajęłoby co najmniej pięć minut, po czym czekałaby ich długa przejażdżka dla okrążenia placu kościelnego i zjazd na High Street i znów wyjazd do Porpoise Street, podziękował i wyruszył na własnych nogach i trzydzieści jardów do własnego domu przeszedł bez zbytniej fatygi.
*Ach, co za piękny język! Ale ja wszystko zapomniałam, bo nie mówiłam nim w Riseholme
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Czw 19 Cze, 2025 20:16
| Trzykrotka napisał/a: | | Szkoda, że pan Benson, jak to mężczyzna, mało czasu poświęca takim detalom, jak rodzaj porcelany, której używa Lucia. Owszem, raz opisał ze szczegółami wystrój domu, ale potem już nic. Stawiałabym na jakąś kosztowną (ale bez przesady kosztowną, w końcu ona to nie Susan bez polotu) klasykę. Olga tak, ta na pewno zaszalałaby z czymś nowoczesnym - gdyby jej się podobało Bo Elizabeth i ceramika.... pamiętasz jej tęczowe świnki - skarbonki w salonie? |
no facet, co zrobisz. U Luci stawiałabym na taką ze średniowyższej półki, wyróżniającą się jakimś kompletnie okropnym pseudostylowym detalem, a u drogiej Elżbiety obstawiam też średnio wyższą półkę, ale koszmarnie brzydką, np. upiornie kolorowe i pstrokate wzory kwiatowe ze złoceniami, obficie natkane w każde wolne miejsce, sprzedane jako serwis z czasów królowej Anny albo cos podobnego teraz na allegro jest mały wybór, ale poszukam jakichś, które by moim zdaniem pasowały.
Olga mogłaby mieć najlepszą porcelanę z najwyższej półki, i dla zabawy rozmaite zabawne i kiczowate koszmarki .
Cóż za piękne wieczory Lucia zorganizowała teraz droga Elżbieta będzie mieć nie lada zagwozdkę, by nie ośmieszyć się swoimi brydżykami i przyjątkami, podczas których nigdy nie było tak miło i cudownie
Mam nadzieję, że Lucia potrafi wykręcić kota ogonem w kwestii włoskiego, ma już doświadczenie z taką wpadką, za to jestem niezmiernie ciekawa króków , jakie poczyni droga Elżbieta w celu odzyskania utraconej pozycji
Trzykrotko
Tamara - Czw 19 Cze, 2025 20:38
Chciałam pokazać co znalazłam, ale pokazuje mi, że limit na załączniki na tym forum wyczerpałam
Trzykrotka - Pią 20 Cze, 2025 00:10
A jakoś tak zwyczajnie nie da się wkleić?
Buuuu
Następnego dnia Juruś i Lucia poszli malować. Tak jak dobroczynność, zaczęli od domu – każde wzięło na cel dom tego drugiego. Ustawili krzesła turystyczne obok siebie, ale zwrócone w przeciwne strony, pośrodku ulicy w połowie drogi między Mallards a Mallards Cottage; tym sposobem, mając inne obiekty do sportretowania unikali niezdrowej rywalizacji, a zapewniali sobie towarzystwo.
- Dobrze dla naszych dzieł – powiedział Juruś. – Musimy oddać tylko drzewa i chmury, które nie muszą być proste.
- Ja mam krzywy komin – powiedziała dumnie Lucia. – Ten nad twoim domem. Myślę, że powinnam narysować go prosto. Ludzie mogą pomyśleć, że skrzywił mi się przypadkiem. Co mi radzisz?
- Ja bym tak nie zrobił – odpowiedział. – Jego koślawość ma charakter. Możesz przekrzywić go bardziej niż jest, wtedy nie będzie wątpliwości… Nadjeżdża samochód Wyse’ów. Musimy się przenieść na chodnik. Paskudztwo.
Głośny klakson ostrzegł ich, że tak będzie bezpieczniej, bo samochód jechał w ich stronę. Kiedy ich mijał, pan Wyse zobaczył, komu przeszkodził, zatrzymał Royce’a (który miał większe prawo przebywać na drodze niż artyści) i wyskoczył z niego z kapeluszem w dłoni.
- Przepraszam stokrotnie – zawołał. – Nie miałem pojęcia, kto tu siedzi i dla jakich artystycznych celów zajmuje środek jezdni. Bardzo mi przykro, wycofałbym się od razu i objechał to miejsce inną trasą gdybym był przewidział to na czas. Mogę rzucić okiem? Wyśmienite! Krzywy komin! Mallards Cottage! Zachodnia fasada kościoła!
I ukłonił się każdemu z osobna.
Tego wieczoru odbyła się trzecia proszona kolacja, podczas której padre i żonka dopełnili kwartetu. Tego dnia Royce podjechał po niego, by zabrać go na lunch na Porpoise Street (Lucia widziała, jak przejeżdżał obok domu) i to on poruszył temat planowanej imprezy na rzecz szpitala, bo wiedział już o niej i był gotów pomóc w każdy sposób, jaki nakaże pani Lucas. Z przyjemnością zgodził się opowiedzieć kilka szkockich historii aby wypełnić przerwy między żywymi obrazami i zaproponował, by panna Cole (ubrana jak zwykle jak chłopak) wykonała swoją najlepszą scenkę „Chłopiec stał na płonącym pokładzie,” a pani Diva jest pewna, że jej uda jej się zdobyć jedną lub dwie pomarańcze. A jeśli nawet nie, to bardzo dojrzały pomidor też się nada. Padre zaproponował także usługi chóru kościelnego, który mógł zaśpiewać szlagiery, pieśni chóralne, madrygały – cokolwiek będzie trzeba. Zasugerował też, że można ugościć herbatą tych mieszkańców przytułku, którzy nie są przykuci do łóżka, a wtedy chór zaśpiewałby pieśń dziękczynną przed i po bułeczkach.
- A co do biletu wstępu, jeśli się pani zgodzisz – powiedział – to dołóż miedziaka do ceny biletu, a każden w Tilling się nie skrzywi na dodatkowy ekspens za tyle uciechy, które panie jem zapewnicie.
- Wielkie nieba, jak wszystko szybko nabiera kształtu – rzekła Lucia stwierdzając, że nie kiwając nawet palcem została postawiona w centrum jako główna sprawczyni tego wszystkiego i że nadal panuje coś w rodzaju zmowy milczenia co do nazwiska panny Mapp, które dotychczas zostało wymienione tylko w kontekście dostawy owoców z ogrodu. - Musi pan sformować mały komitet, padre, aby wszystkie sprawy załatwiać od ręki. Jest pan Wyse, który w istocie wpadł na ten pomysł, jest pan…
- … i pani sama – włączył się padre – co da nam trójcę. To dość na każdy komitet, żeby praca szła bez hocków-klocków.
Przez głowę Luci przebiegła ulotna wizja twarzy Elizabeth kiedy się dowie, co bez wątpienia nastąpi jutro rano, że plany przedsięwzięcia nabierały takich konkretnych kształtów.
- Chyba lepiej, żebym nie była w komitecie – powiedziała, przekonana, że będą nalegać. - Powinien składać się z rodowitych Tillingnian, którzy wam przewodzą w takich sprawach. Ja jestem tu tylko gościem. Jeszcze ktoś uzna, że pcham się na siłę.
- Ach, ale jakżeć to bez pani, misterss Lucas – rzekł padre. - Musi się pani zgodzić. A trójca, jak to powiadają, czyni najlepszy komitet.
Pani Bartlett słuchała tego wszystkiego z wyrazem ekstazy na ostrej lecz nieśmiałej twarzy. W tej chwili dała upust serii ostrych, cienkich pisków, które wyrażały myszkowatą radość, dość niewytłumaczalną przez cokolwiek, co zostało powiedziane, ale łatwą do zapisania na konto tego, co nie zostało powiedziane. Pospiesznie wypiła łyk wody i zapewniła Lucię, że jakiś okruszek (jadła brzoskwinię) utknął jej w gardle i wywołał kaszel. Lucia wstała, gdy brzoskwinia została zjedzona do końca.
- Jutro musimy zacząć pracę na serio – powiedziała. - I pomyśleć, że zamierzałam urządzić sobie małe wakacje w Tilling! - Pan i pan Wyse jesteście istnymi poganiaczami niewolników, padre.
Juruś czekał tego wieczoru aż inni już pójdą i wrócił do pokoju ogrodowego gdy się już pożegnali.
- Moja droga, robi się bardzo ekscytująco – powiedział. - Ale zastanawiam się, czy to mądrze, że przystępujesz do komitetu.
- Wiem o czym mówisz - rzekła Lucia – ale naprawdę nie mam powodu odmawiać dlatego, że nie zaprosili Elizabeth. To nie ja, Jurusiu, trzymam ją na dystans. Ale może masz rację, i chyba jutro wyślę liścik do padre i powiem, że jestem naprawdę zbyt zajęta by być w komitecie i że błagam go, by dokooptował do niego Elizabeth. Tak będzie milej. Mogę pokierować wszystkim nie będąc w komitecie. Dowie się wszystko o planowanej imprezie jutro rano i dowie się, że nikt nie chce od niej niczego prócz kilku owoców z ogrodu.
- Ona już sporo o tym wie – rzekł Juruś. - Przyszła wczoraj do mnie na herbatę.
- Nie! Nie wiedziałam, że ją zaprosiłeś.
- Bo nie zaprosiłem – powiedział Juruś. - Sama przyszła.
- I co mówiła o tym wszystkim?
- Niewiele, ale ciężko się zastanawia, co robić. To widać. Dałem jej mały szkic Landgate, który zrobiłem gdy byliśmy tu po raz pierwszy, a ona chce, żebym posłał jeszcze jeden obraz na wystawę Towarzystwa Artystycznego Tilling. Ciebie też o to prosi.
- Oczywiście dostanie mój rysunek Mallards Cottage i krzywego komina – rzekła Lucia. - To będzie oznaka dobrej woli. Co jeszcze mówiła?
- Organizuje kiermasz dobroczynny na rzecz szpitala – powiedział Juruś – Ona też jest zajęta.
- Jurusiu, odgapiła od nas.
- Oczywiście, chce dać własne przedstawienie i wcale jej się nie dziwię. I wie wszystko o trzech proszonych kolacjach.
Lucia pokiwała głową.
- To świetnie – powiedziała. - Ją zaproszę na kolejną. Zagramy kilka duetów, Jurusiu. Żadnego brydża, jak sądzę, bo wszyscy mówią, że ona sieje postrach przy kartach. Ale już czas być dla niej miłym.
Lucia wstała.
- Jurusiu, wszystko dzieje się w przerażającym pośpiechu – powiedziała. – Ta rozrywka, którą na ich nalegania mam poprowadzić już zapewniła mi pełne ręce roboty, ale kiedy ktoś tak apeluje, odmówić nie można. A potem jeszcze moja muzyka i rysowanie i nawet nie zaczęłam szlifować greki… Nie zapomnij tylko posłać po swój kostium Drake’a. Dobranoc, mój drogi. Zajrzę do ciebie jutro przez furtkę w płocie jeśli coś się wydarzy.
- Czuję przez skórę, że tak będzie – powiedział Juruś z entuzjazmem.
Koniec rozdziału czwartego
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Pią 20 Cze, 2025 12:56
Nooooo, wydarzenia zaczynają pędzić pełną parą, cóż to będzie za lato
Trzykrotka - Pią 20 Cze, 2025 13:59
Przyznasz, że włam do włąsnego, choć wynajętego komuś domu z wyłamaniem zamka to naprawdę coś Elizabeth dopiero się rozkręca, Lucia zresztą też
Tamara - Pią 20 Cze, 2025 15:27
Czekaj czekaj, coś albo ominęłam albo nie pamiętam, włamania do własnego domu nie kojarzę wydarzenia toczą się tak szybko !
No właśnie liczę na eskalację konfliktu, jakkolwiek to brzmi
Co do filiżanek, może wieczorem uda mi się czegoś poszukać np na ebayu i może jakimś cudem uda się wkleić.
Trzykrotka - Pią 20 Cze, 2025 18:55
To ja wyprzedzam wypadki: zaspoilerowałam czyny kochanej panny Elizabeth, bo sobie przed snem przeczytałam ten fragment....
W takim razie, nie przedłużając:
Rozdział piąty
Następnego ranka Lucia pisała listy przy oknie pokoju ogrodowego. Jeden, już ukończony, był do Adeli Brixton i zawierał prośbę o przysłanie do Mallards kostiumu Elżbiety I potrzebnego do żywych obrazów; drugi, także już gotowy, adresowany był do padre. Pisała w nim, że odkryła, że nie będzie miała czasu by być członkiem komitetu do spraw szpitalnego festynu i błagała go, by dokooptował do niego pannę Mapp. Ona oczywiście zrobi co w jej mocy by pomóc w organizacji i wniesie wszelkie małe sugestie jakie przyjdą jej do głowy. Dodała, że szansa na uzyskanie darmowych owoców na poczęstunek będzie o wiele większa jeśli ich właścicielka zasiądzie w zarządzie.
Trzeci list, zaczynający się od stanowczego „Kochana Liblib” (i podpisany wielkimi literami LUCIA), był zaproszeniem na kolację za dwa dni, był już na ukończeniu, gdy Lucia ujrzała najdroższą Liblib nadchodzącą szybko ulicą z przerażającym, nieruchomym uśmiechem przyklejonym do twarzy. Lucia siedząca bokiem do okna mogła z łatwością udawać zajętą listem i nieświadomą zbliżania się Elizabeth, ale spod na wpół przymkniętych powiek obserwowała z ciekawością jej nadejście. Przechodziła właśnie przez ulicę wprost do drzwi Mallards („Jeśli spróbuje wejść bez pukania, dowie się, że w drzwiach jest łańcuch” pomyślała Lucia). Opuszczona kobieta lekceważąc dzwonek zacisnęła klamkę i pchnęła drzwi. Kiedy te nie ustąpiły, pchnęła mocniej. Rozległo się brzęczenie metalu słyszalne nawet w pokoju ogrodowym, kiedy klamka utrzymująca koniec łańcucha ustąpiła; drzwi z rozmachem otwarły się na oścież, a panna Mapp wpadła do środka i tylko drobny trucht uratował ją przed spotkaniem twarzą w twarz z podłogą w holu.
Lucia blada z furii odłożyła pióro i czekała na rozwój sytuacji. Miała wielką nadzieję, że zdoła zachować się jak dama, ale była pewna, że będzie to dama żelazna. W następnej chwili na schodach pokoju ogrodowego zatupały stopy wróżki, drzwi uchyliły się na centymetr, a odrażający głos zapytał:
- Mogę wejść, kochana?
- Ależ tak – odpowiedziała Lucia pogodnie.
- Lulu droga – rzekła Elizabeth, drobiąc przez pokój małymi szybkimi kroczkami – Przede wszystkim muszę pokornie przeprosić. Co za głupi wypadek. Próbowałam otworzyć drzwi wejściowe i odrobinkę je pchnęłam, ale chyba twoja służąca zapomniała zdjąć łańcuch. Coś zepsułam. Chyba uchwyt musiał być zardzewiały.
Lucia przybrała zdezorientowaną minę.
- Ale czy Grosvenor nie podeszła do drzwi gdy zadzwoniłaś? – spytała.
- Tego właśnie zapomniałam zrobić, kochana – powiedziała Elizabeth. – Pomyślałam, że zajrzę bez kłopotania Grosvenor. Ty i ja jesteśmy takimi przyjaciółkami, tak trudno i spamiętać, że moje małe Mallards… Mam kilka spraw do omówienia.
Lucia wstała.
- Sprawdźmy najpierw szkody, jakie zrobiłaś – powiedziała z lodowatym spokojem i wyszła prosto z pokoju, z Elizabeth za plecami. Dźwięk eksplozji przy drzwiach sprowadził już Grosvenor z jadalni, a Lucia podniosła wyrwaną klamrę i obejrzała ją.
- Nie, ani śladu rdzy – powiedziała. – Grosvenor, musisz iść na dół do ślusarza i powiedzieć, żeby ktoś od nich przyszedł i natychmiast to naprawił. Łańcuch musi być solidniejszy i musisz pamiętać, żeby zawsze był założony, dniem i nocą. Jeśli wyjdę z domu, będę dzwonić.
- Tak strasznie przepraszam, droga Lulu – powiedziała Elizabeth, z lekka wystraszona tą stanowczością. – Nie miałam pojęcia, że łańcuch będzie założony. Wszyscy w Tilling zamykamy drzwi na zasuwkę. Taki zwyczaj.
- Zawsze tak robiłam w Riseholme – powiedziała Lucia. – Wróćmy do pokoju ogrodowego, a ty powiesz mi, z czym przyszłaś.
- Mam kilka spraw – powiedziała Elizabeth gdy na powrót usiadły. – Pierwsza sprawa, organizuję mały kiermasz rzeczy z drugiej ręki na rzecz szpitala i chciałam przejrzeć kilka starych zasłon i dywaników schowanych w kredensie, żeby je na niego przekazać. Czy mogę iść na górę i poszperać za nimi?
- Ależ tak. Grosvenor z tobą pójdzie, jak tylko wróci od ślusarza.
- Dziękuję, kochanie – powiedziała Elizabeth – choć nie ma potrzeby trudzenia Grosvenor. Teraz kolejna sprawa. Namówiłam pana Jurusia aby przysłał mi rysunek na naszą wymagającą wystawę. Obiecaj, że ty też mi jakiś przyślesz. Wystawa nie byłaby kompletna bez twojego dzieła. Nie pojmuję, jak ci się udaje zmieścić w dniu wszystko, co robisz, twoja słodka muzyka, twoje rysowanie, twoje proszone kolacje co wieczór.
Lucia chętnie obiecała, a Elizabeth wydawała się pogrążać w marzeniach.
- Jest jeszcze jedna sprawa – powiedziała w końcu. – Dziś i wczoraj dotarły do moich uszu plotki, że w moim ogrodzie planowana jest jakaś impreza. Jestem pewna, że to czcze pogłoski, ale wolałam przyjść tutaj by usłyszeć z twoich ust, że nie ma ku nim żadnych postaw.
- Podstawy są i to duże, mam nadzieję – powiedziała Lucia. – Trochę żywych obrazów, trochę śpiewu, wszystko by zebrać fundusze na szpital. Byłoby przemiło z twojej strony gdybyś podarowała w tym celu trochę owoców z ogrodu na poczęstunek. A propos – ja byłabym bardzo wdzięczna gdybym sama mogła kupić je tutaj codziennie. Byłyby świeższe niż po zniesieniu do warzywnego i wwiezieniu ich tu z powrotem.
- Co tylko zechcesz, droga Lulu – powiedziała Elizabeth. – Ale trudno będzie to zaaranżować. Zawarłam umowę na sprzedaż moich plonów z ogrodu Twistevantowi – co za dziwaczne nazwisko, prawda?- przez te miesiące i z tego samego powodu nie mogę przekazać ich na imprezę, o której mi mówiono. Owoce nie należą już do mnie.
Do tego czasu Lucia podjęła już decyzję, że po aferze z łańcuchem nic jej nie skłoni do zaproponowania, żeby to Elizabeth zajęła jej miejsce w komitecie. Choćby się paliło i waliło.
- Ach tak – powiedziała. – Może w takim razie dałabyś nam trochę owoców z ogrodu.
Elizabeth kontynuowała, jakby nie słyszała tej bezowocnej sugestii.
- I sam festyn, moja droga – powiedziała – to temat, który chcę poruszyć. Nie mogę pozwolić, aby odbył się w moim ogrodzie. Cała zbieranina i tałatajstwo z Tilling przechodzące przez mój hol i słodki mały salonik i świętujące przez całe popołudnie w moim ogrodzie! Moje dywany zaniesione, a grządki podeptane! A skąd mam wiedzieć, że nie zakradną się na górę i nie zwędzą wszystkiego, co nie będzie przywiązane?
W Luci wszystko zaczynało się gotować: nikt już nie mógł powiedzieć, że zachowuje bezstronną neutralność. W rezultacie zaprezentowała lodowatą postawę, a jeśli głos jej zadrżał, to tylko z tego chłodu.
- Do pokojów w domu nie będzie dostępu – powiedziała. – Zamknę na klucz wszystkie drzwi i jestem pewna, że nie znajdzie się w Tilling nikt tak niewychowany żeby otwierał je siłą.
To było mocne. Elizabeth aż cofnęła się w szoku, ale otrząsnęła się. Otworzyła szeroko usta by mówić dalej ale Lucia ją uprzedziła.
- Przejdą prosto od drzwi wejściowych do ogrodu – powiedziała – gdzie będziemy ich gościć, ale najpierw będą musieli pokazać bilet wstępu lub zapłacić przy wejściu. Co do dywanu w twoim słodkim saloniku, to go tam nie ma. A ja mam zbyt wysokie mniemanie o manierach mieszkańców Tilling by podejrzewać, że zdepczą twoje rabatki.
- Może wynajmiesz menażerię – powiedziała Elizabeth kompletnie tracąc opanowanie – i dasz pokaz rekinów i tygrysów pokoju ogrodowym.
- Nie, to na pewno by mi się nie podobało – powiedziała Lucia szczerze. – Połowę pokoju trzeba by przerobić na akwarium z wodą morską dla rekinów i mój fortepian zostałby zalany. A reszta musiałaby zostać zapełniona koniną dla tygrysów. To niedorzeczna propozycja i nie zgodzę się na nią.
Elizabeth kłapnęła zębami przerażająco, jakby sama była rekinem i porzuciła temat wody. Zręcznie go zmieniła.
- Krążą poza tym plotki – to tylko plotki oczywiście – że mają na festyn być zaproszeni pensjonariusze domu opieki, ci nie przykuci do łóżka. Niemożliwe.
- I co ciekawe, to pomysł padre – powiedziała Lucia. – Z mojej strony będę zachwycona mogąc zapewnić im trochę radości.
- A z mojej strony – powiedziała panna Mapp wstając (w umyśle Luci na powrót stała się panną Mapp) – nie ma zgody, by moje małe domowe sanktuarium zostało najechane przez łachmytów…
- Bilety kosztują pół korony – wtrąciła Lucia.
- … i powsinogów z Tilling – kontynuowała panna Mapp.
- Póki ja jestem najemczynią – powiedziała Lucia – będę zapraszać kogo chcę i kiedy chcę i – jak tylko chcę. A może mam ci wysyłać listę przyjaciół, których zapraszam na kolację, żebyś wydała zgodę?
Panna Mapp, drżąc gwałtownie, zdołała sformułować:
- Ale droga Lulu…
- Droga Elizabeth, muszę cię prosić, żebyś przestała nazywać mnie Lulu – rzekła Lucia. – Taki niesmaczny skrót…
W drzwiach pokoju ogrodowego stanęła Grosvenor.
- Tak, Grosvenor, o co chodzi? – spytała Lucia nie zmieniając tonu.
- Przyszedł ślusarz, p’sze pani – powiedziała – i mówi, że trzeba będzie dać większe śruby, skoro te puściły…
- Niech robi co trzeba aby drzwi były bezpieczne – powiedziała Lucia. – A panna Mapp chce zajrzeć do szaf i zabrać stamtąd kilka rzeczy. Idź z nią proszę i pomóż jej we wszystkim.
Lucia w pięknym stylu odwróciła się by spojrzeć przez okno w stronę Mallards Cottage, by dać pannie Mapp możliwość dyskretnego wyjścia. Otworzyła okno na oścież.
- Georgino! Georgino! - zawołała, a twarz Jurusia pokazała się ponad płotem.
- Chodź prędziutko na pogawędkę – powiedziała. – Coś ci muszę opowiedzieć. Presto!
Posłała całusa Jurusiowi i odwróciła się w stronę pokoju. Panna Mapp nadal tam stała, ale już niewidoczna dla oczu Luci. Zanuciła wesoły motyw z Mozartina i wróciła do stolika przy łukowym oknie, gdzie podarła list z rezygnacją i rekomendacją, który napisała do padre i na wpół napisany liścik do panny Mapp, w którym tak serdecznie zapraszała ją na kolację zaznaczając, że dawno się nie widziały, bo teraz właśnie się zobaczyły. Gdy podniosła wzrok była sama, a oto Juruś potykał się na schodach do drzwi wejściowych. Choć stały otwarte na oścież (ślusarz właśnie zajmował się solidnym osadzeniem łańcucha), bardzo poprawnie zadzwonił i został zaproszony do środka.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Sob 21 Cze, 2025 20:15
O jassssny gwint tego droga Elżbieta nie mogła nawet w najśmielszych snach oczekiwać i dobrze jej tak to naprawdę lepsze niż Hitchcock
Trzykrotka - Sob 21 Cze, 2025 21:30
Przestały sobie słodzić i wreszcie stanęły na umownym ringu twarzą w twarz.
Teraz to będzie cios za cios, z pozorami grzeczności oczywiście.
- Jesteś – powiedziała Lucia pogodnie gdy wszedł do pokoju. – Kolejny piękny dzień.
- Idealny. Co się stało z twoimi drzwiami wejściowymi?
Lucia zaśmiała się.
- Elizabeth do mnie wpadła – powiedziała wesoło. – Łańcuch był założony jak kazałam i jak już zawsze będzie. Ale tak naparła na drzwi, że wyrwała zasuwkę. Naprawiają ją.
- Nie! – powiedział Juruś – Dałaś jej popalić?'
- Miała do mnie kilka spraw – powiedziała Lucia, zerkając jednym okiem na drzwi wejściowe. – Chciała zabrać z szafy jakieś rzeczy na kiermasz, jaki organizuje na rzecz szpitala i robi to teraz pod okiem Grosvenor. Następnie chciała żebym wysłała rysunek na wystawę – powiedziałam, że będę zachwycona. Potem oznajmiła, że nie może przysłać owoców na festyn w ogrodzie. W ogóle nie podoba jej się festyn, Jurusiu. Właściwie to zabroniła mi go organizować. Troszkę sobie o tym porozmawiałyśmy.
- Ale w takim razie co można teraz zrobić? – spytał Juruś.
- Z tego co wiem, to nic, prócz tego, że urządzić festyn – rzekła Lucia. – Ale nie ma sensu zapraszać ją do komitetu imprezy, której tak ostro nie aprobuje, więc podarłam list, który napisałam w tej sprawie do padre.
Lucia nagle skupiła wzrok i uwagę na drzwiach frontowych i ton ciepłego ludzkiego zainteresowanie zmieszał się w jej głosie z śmiertelnym chłodem.
- Jurusiu, wychodzi – powiedziała. – Ile rzeczy taszczy! Stary czajnik i skrobaczkę do butów i dywanik z dziurą i jeden pręt z balustrady. Jakiś wiór z drzwi wejściowych, do których przytwierdzają większe zasuwki przyczepił się jej do spódnicy…. Upuściła pręt… Major Benjy go podnosi podaje jej.
Juruś pospieszył do okna by zobaczyć te ekscytujące wypadki, ale panna Mapp, ściskając odzyskany pręt, już zniknęła z widoku.
- Szkoda, że dałem jej mój rysunek Landgate – powiedział. – To był jeden z moich najlepszych. Ale nie miałaś opowiedzieć mi o waszej rozmowie? Jak należy, to znaczy ze szczegółami.
- Nic wartego wzmianki – rzekła Lucia. Spytała, czy sprowadzę menażerię i będę trzymać tygrysy i rekiny w pokoju w ogrodzie. Takie tam głupstwa, pusta gadanina. Wyjdźmy, Jurusiu. Chciałabym iść na małe zakupy. Copeln powiedział mi, że w ogrodzie dojrzały wspaniałe renklody, które zamierza wywieźć do Twistevantsa.
Była to godzina, w której zbiorowe życie towarzyskie Tilling kwitło najpełniej. Wydarzenia poprzedniego wieczoru, podwieczorki i brydże – o wszystkim wiedziano i omawiano gdy panie domów z koszami w dłoniach zderzały się ze sobą wpadając i wypadając ze sklepów i blokując chodniki. W Wasters zajmowanym teraz przez pannę Mapp zostawiono wiele paczek, jako że kiermasze na rzecz godnych ich placówek były bardzo popularne, bo każdy miał w domu masę rupieci, których nie potrafił wyrzucić, ale dla których żywcem nie miał zastosowania. Diva przyszła właśnie do własnego domu z Taorminy (tak jak Elizabeth ze swojego) i wydobyła z szafki na rupiecie parę szczypiec, które wykręcały się gdy chciałeś chwycić w nie grudę węgla i upuszczały ją na dywan, ale pod każdym innym względem były doskonałe. Było też wiadro na węgiel z dziurą w dnie, przez którą powoli sypał się miał węglowy i świecznik bez jednej nóżki i szklany kałamarz, niegdyś piękny, teraz popękany. Te skarby, hojny datek na kiermasz, ale bez szczególnej wartości, zaniosła do własnego holu, gdzie ofiarodawcy mieli zostawiać swoje fanty i gdzie dowiedziała się od Withers, pokojówki panny Mapp, niemiłej informacji, że cały kiermasz ma się odbyć tutaj. Niedobrze jej się zrobiło na samą myśl, że wszelkie łachmyty i powsinogi z Tilling będą się snuć po jej domu, nanosić kurz na dywany i ocierać się o ściany. W tej chwili sama panna Mapp weszła do holu niosąc czajnik i skrobaczkę i inne rzeczy. Obmyśliła po drodze z pół tuzina ripost, którymi mogła była zmiażdżyć Lucię.
- No nie, Elizabeth – powiedziała Diva. – Tutaj nie może być kiermaszu. Narobi się straszny bałagan.
- Och nie, kochana – powiedziała panna Mapp, z palącym wspomnieniem ostatniej rozmowy wciąż żywym w pamięci. – Ludzie przejdą tylko przez przedpokój, gdzie nie ma dywanu i zrobią zakupy. Jakie piękne szczypce! Na mój kiermasz! A to dopiero! Dziękuję, kochana Divo.
- Ale nie zgadzam się na kiermasz staroci w moim domu – powiedziała Diva. – Za chwilę sprowadzisz tu menażerię.
To było jak uśmiech losu.
- Nie, kochanie, nawet mi się nie śni – odparła panna Mapp. – Aż się otrząsam na myśl o tygrysach i rekinach w całym domu. Niedorzeczne!
- To może ja ustawię karuzelę w pracowni dziwacznej Irene w Taorminie – powiedziała Diva.
- Wątpię, żeby było tam dość miejsca, moja droga – odrzekła panna Mapp, znów uzyskując przewagę – ale możesz zmierzyć. To oczywiście całkowicie legalne, skoro w moim domu mają się odbywać przyjęcia dla biedoty, ty równie dobrze masz prawo postawić karuzelę w domu Irene, a ja urządzić kiermasz w twoim.
- To nie to samo! – zaprotestowała Diva. – Wystawianie pięknych żywych obrazów w twoim ogrodzie różni się znacznie od wykorzystania mojego pięknego holu z boazerią do sprzedaży dziurawych czajników i wiader na węgiel.
- Śmiem twierdzić, że w żywych obrazach znalazłoby się równie dużo dziur – powiedziała Panna Mapp.
Diva nie wymyśliła celnej odpowiedzi na tak błyskotliwą ripostę, więc zamiast odpowiadać, zabrała po prostu szczypce, wiadro, świecznik i kalamarz i schowała je z powrotem do kredensu, z którego je wyjęła i zostawiła swoją najemczynię, by lśniła sama.
Większość używanych przedmiotów na kiermasz musiała już dotrzeć i po poukładaniu ich w gustowne grupy panna Mapp usiadła na chwiejnym wiklinowym fotelu podarowanym przed padre, by pomyśleć. Z całą pewnością odebranie darów nie było ładne ze strony Divy (nikt nie powiedziałby, że Diva jest ładna), ale o tym nie było sensu rozmyślać. Jej umysł zajmował jeden ważny temat, a było to zachowanie Luci. Jak diametralnie różna się okazała od tej słodkiej kobiety, do której od początku poczuła tyle ciepłej sympatii, którą planowała tak czule schować pod swoje skrzydła i dawkować małymi porcjami jak jakiś przysmak socjecie Tilling. Lucia obróciła się przeciw niej i dosłownie ugryzła głaszczącą dłoń. Za pomocą wystawnych kolacyjek i ohydnych pochlebstw przekabaciła majora Benjy i padre i Wyse’ów i biedną Divę, którzy myśleli teraz, jaka to z niej wyjątkowa i cudowna kobieta, a we wszystkich tych manewrach panna Mapp dostrzegła szokującą i podstępną próbę obwołania się królową kółka towarzyskiego Tilling. Od swojego powrotu Lucia wydała trzy proszone kolacje w trzy kolejne wieczory, zgłosiła się do komitetu tego festynu, którego (choć panna Mapp oświadczyła, że się na niego nie zgadza) żadnym sposobem nie potrafiła zatrzymać i choć Lucia była tu tylko tymczasową mieszkanką, to tygodnie jej pobytu mogą okazać się nie do wytrzymania jeśli będzie nadal tak arogancko się panoszyła. Najwyższy czas, by panna Mapp utrwaliła swą pozycję, nim ta buntowniczka dokona dalszych postępów i choć proszone kolacje nie były powszechnym zwyczajem w Tilling, była zdeterminowana, żeby samej wydać jedną czy dwie, zajmujące i zabawne, a na żadną, rzecz jasna, nie zaprosić Luci. Ale tego było stanowczo za mało: musi wymierzyć tej kobiecie jakiś potężny cios (lub ciosy). Juruś jechał na tym samym koniu i też musiał cierpieć, bo Luci to się nie spodoba. Siedziała więc wśród tej sieci zepsutych żelazek i wyłysiałych dywanów jak pajęczyca, medytując nad odwetem. Może szkoda, że posprzeczała się z Divą właśnie teraz gdy potrzebowała sojuszników, ale kolacja wszystko załatwi. Wkrótce wstała z zadowoloną twarzą.
- To będzie dobre na początek, nie spodoba jej się – powiedziała sobie i wyszła z domu na spóźnione zakupy.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Trzykrotka - Nie 22 Cze, 2025 22:07
Elizabeth kontratakuje:
Minęła Lucię i Jurusia, ale postanowiła ich nie zauważyć i – energicznie machając do pani Bertlett zajrzała do sklepu Twistervanta, z którego oni właśnie wyszli. W tej chwili dziwaczna Irene, zamieniwszy kilka słów z padre, dostrzegła Lucię i przebiegła do niej przez ulicę. Jak zwykle była z gołą głową, miała na sobie koszulę bez kołnierza i pumpy, czego nie nosiła żadna inna dama z Tilling, ale kiedy zbliżyła się do Luci na jej twarzy wykwitł kwaśny i okropny uśmiech, zupełnie jak u kogoś innego i odezwała się przesłodzonym, aksamitnym głosem, którego ton był nie do pomylenia z innym.
- Chłopak stał na płonącym pokładzie, Lulu – powiedziała. – Wszyscy prócz niego już stamtąd uciekli, kochanie. Słodkie płomienie, które oświetlały wrak, tańczyły wokół niego…
Dziwaczna Irene przerwała nagle, bo w drzwiach Twistevantsa pojawiła się panna Mapp. Spojrzała gdzieś nad ich głowami i pospieszyła przez ulicę do Wasters niosąc mały słomiany koszyk jej własnych pysznych renklod.
- O rany! – powiedziała Irene. – Nasza Mapp w ogniu, stało się. Wyrecytuję ci to na festynie. Jurusiu, co za śmiały kapelusz! Szłam właśnie do Taorminy żeby odgrzebać parę starych szkiców na wystawę Towarzystwa Artystycznego, a tu to się stało. Nie odwołałabym tego nawet za sto funtów.
- Przyjdź dziś na kolację – powiedziała Lucia ciepło, bijąc wszelkie rekordy gościnności.
- Dobrze, jeśli nie muszę zakładać sukienki i odwieziesz mnie potem do domu Mieszkam teraz pół mili za miastem i mogę być zawiana, bo major Benjy mówi, że masz dobrą wesołą gorzałeczkę, quai-hai, a króla niech Bóg błogosławi. Do widzenia.
- Ależ oryginał! – powiedziała Lucia. – A kontynuując, Jurusiu, Liblib powiedziała, że nie pozwoli, żeby jej małe domowe sanktuarium… dzień dobry, padre. Panna Mapp wdarła się dziś do Mallards bez pukania, wyłamując łańcuch, który był w drzwiach, tak jej było pilno powiedzieć mi, że nie pozwala aby jej małe domowe sanktuarium, jak właśnie mówiłam Jurusiowi – było zadeptywane przez wszystkich łachmytów i powsinogów z Tilling.
- Wciórności! – wykrzyknął padre. – A co na wszelkie nieba panna Mapp na do gadania? I kto to, pytam się, urządza wyprzedaż staroci u mistress Plaistow? Wpadłem tam z kupką swoich śmieci i w życium nie widział takiego bajzlu. No no! Trzeba grać fair, a my i tak zrobimy swoje. Przepraszam, żonka mnie potrzebuje.
- To już wojna – powiedział Juruś, gdy padre pobiegł w stronę Myszki stojącej po drugiej stronie ulicy, żeby powiedzieć jej co się stało.
- Nie, ja tylko się bronię – powiedziała Lucia. – To dobrze, niech ludzie wiedzą, że wyrwała mi łańcuch u drzwi.
- No cóż, czuję ducha czwartego sierpnia 1914 – powiedział Juruś. – Jak myślisz, jaki będzie jej następny krok?
- Możesz być pewien, Jurusiu, że będę gotowa, cokolwiek ona wymyśli – rzekła Lucia. – Nie podniosę na nią palca jeśli będzie się zachowywała. Ale będzie dzwonić do drzwi, a ja nie będę rozstawiana po kątach i nie będę nazywana Lulu. Nie ma jednak bezpośredniego zagrożenia. Chodź, Jurusiu, wracajmy do domu i dokończmy nasze szkice. Potem damy je do oprawy i poślemy do Liblib na wystawę. Może to ją przekona o tym, że mam dobrą wolę, a tak jest, zapewniam cię.
Następnego dnia otwarto kiermasz dobroczynny i Juruś, zabrawszy swój rysunek domu Luci i jej rysunek jego domu do oprawy poszedł do Wasters z zamiarem kupienia czegoś, co choćby w najmniejszym byłoby przydatne do czegokolwiek i tym samym także okazania dobrej woli organizatorce. Panna Mapp biegała tam i z powrotem zachęcając nabywców, trzymając czajnik w półmroku by dziura w dnie nie była widoczna i rzuciła mu uśmiech, który wyglądał raczej jak grymas, ale przypominał i tak te uśmiechy, które rozdawała innym. Juruś wybrał szczotkę do kominka, kilka kółek do zasłon i łapkę do czajnika. Potem w ciemnym kącie natknął się na dużą kartonową tacę, na której złożono mnóstwo drobiazgów podpisanych „wszystko po 6 pensów.” Były tam naparstki, były fotografie z lekko uszkodzonymi ramkami, obtłuczone ozdoby z porcelany i korkociągi i był tam rysunek Landgate, który wymalował osobiście i dał pannie Mapp. Withers, pokojówka panny Mapp siedziała przy biurku przy drzwiach kasując należności, a on położył przed nią swe nabytki.
- Dziewięć pensów za szczotkę, trzy pensy za kółka – powiedział Juruś drżącym głosem – i sześć za łapkę do czajnika. Tutaj obrazek z tacy za sześć pensów, co daje dwa szylingi.
Obładowany tymi różnościami poszedł prosto do Mallards. Lucia siedziała przy oknie pokoju ogrodowego, a jej bystre oko od razu wypatrzyło, że coś się stało. Podniosła szybę.
- Obawiam się, że na drzwiach jest łańcuch, Jurusiu – powiedziała. – Będziesz musiał zdzwonić. Co się stało?
- Pokażę ci – odparł.
Zostawił w holu szczotkę, kółka i łapkę i z obrazkiem pobiegł do pokoju w ogrodzie.
- Szkic, który jej dałem – powiedział. Na tacy za sześć pensów. No wiecie, sama rama kosztowała szylinga.
Twarz Luci skamieniała.
- W życiu czegoś takiego nie słyszałam, Jurusiu – powiedział. – Ta potworna kobieta!
- Może trafił tam przez pomyłkę – jęknął Juruś wystraszony jej obliczem Meduzy.
- Bzdury, Jurusiu – odrzekła Lucia.
Obrazy na doroczną wystawę w Towarzystwie Sztuki, którego przewodniczącą była panna Mapp, zostały dostarczone w sporych ilościach do Wasters i zostały ustawione pod ścianami wokół holu, w którym kilka dni wcześniej odbywała się wyprzedaż staroci, czekając na werdykt komitetu, który decydował o ich przyjęciu, składającego się z Przewodniczącej, Skarbnika i Sekretarki; dwa ostatnie stanowiska zajmowali pan i pani Wse. Panna Mapp przysłała pół tuzina akwareli, Skarbnik martwą naturę z filiżanką herbaty, pomarańczą i kwiatem doniczkowym, a Sekretarka – pastelowy portret króla Włoch, którego widziała raz z daleka w Rzymie ubiegłej wiosny. Mocne wrażenie, jakie a niej wywarł odświeżyła sobie fotografiami. Wszystkie te dzieła, podobnie jak robiono to w na wystawie Akademików Królewskich w Burlington House, miały bez dyskusji być zawieszone w jednej linii i w związku z nimi nie mogło być żadnych tarć. Ale dziwaczna Irene przysłała kilka takich, co do których panna Mapp uznała, że są jakieś granice. Jak zwykle, były oczywiście dziwaczne i bardzo nowoczesne: jeden z nich, co prawda nieszkodliwy, ale okropny, przedstawiać miał kościół w Tilling w świetle księżyca: jasnozielona iglica (przypuszczała, że to iglica) cała przekrzywiona, wyrastała na tle pasa fioletowego nieba, a reszta płótna była czarna. Był obraz przedstawiający plecy nagiej osoby leżącej na szmaragdowej sofie, a najgorszy ze wszystkich był obraz nazwany „Zapaśniczki,” od którego panna Mapp szybko odwróciła oczy. Już samo poszanowanie zasad przyzwoitości, nawet gdyby Irene nie recytowała „Chłopiec stał na płonącym pokładzie” parodiując ją, nakazałoby jej sprzeciwić się, choćby zębami i pazurami, wystawienia tych bezwstydnych atletek. Niestety pan Wyse miał najwyższe uwielbienie dla pracy dziwacznej Irene i gdyby zobaczył obraz splecionych ze sobą zapaśniczek, pewnie powiedziałby: „Mój Boże, ależ to mocne!” Trudno było mu się przeciwstawić, bo jeśli on i panna Mapp mieli jakieś skrajnie różne zdanie odnośnie któregoś z przesłanych obrazów, on wycofywał się i zaczynał zasypywać ją całą górą uwielbienia dla jej własnych dzieł, a to wytrącało jej broń z ręki.
Spotkanie komitetu wybierającego obrazy na wystawę miało odbyć się w południe. Pół godziny przed tym terminem chłopiec na posyłki przybiegł do Wasters od ramiarza przynosząc, zgodnie z zamówieniem, które otrzymał, dwie paczki, z których jedna zawierała wizerunek Mallards pędzla Jurusia, druga – luciny obraz Mallards Cottage; dołączono do nich wizytówki autorów. „Bzdurne małe bazgroły” pomyślała panna Mapp, „ale pewnie Wyse’owie będą je chcieli.” Wtem zuchwały demon zemsty wziął ja w posiadanie i zawróciła chłopca mówiąc, że ma dla niego kolejne zadanie.
Kwadrans przed południem chłopiec przybiegł do Mallards i zadzwonił do drzwi. Grosvenor zdjęła łańcuch i przyjęła od chłopca cienką kwadratową paczkę z oznaczeniem „Ostrożnie.” Minutę później taką samą paczkę chłopiec oddał w ręce Foljambe w Mallards Cottage i wypełnił tym samym zlecenie panny Mapp. Dwie pokojówki przekazały paczki swym pracodawcom, a Juruś i Lucia, zdzierając papier, stanęli oko w oko z własnymi obrazkami. Napisana na maszynie kartka dołączona do każdej przesyłki zawierała serdeczne podziękowania od komitetu, oraz wyrazy ubolewania, że brak miejsca na ścianach wystawy uniemożliwia im ich wystawienie i przyjęcie na wystawę.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Pon 23 Cze, 2025 10:35
Ożeeeesz toż to normalnie pełnoskalowa wojna !!! no nie mogę się dalszego ciągu doczekać, droga Elżbieta odpaliła wyrzutnię rakiet, ciekawe czego Lucia użyje w odpowiedzi zdecydowanie jestem po stronie Luci, żmija bo żmija, snobka bo snobka, ale jednak reprezentuje wyższy poziom niż droga Elżbieta, co też to będzie pani kochana, co też to będzie
Trzykrotka - Pon 23 Cze, 2025 12:25
Droga Elżbieta nie powinna działać w emocjach, z Lucią to nie przejdzie. Zemściła się pięknie, ale niestety tak, że szybko się do zweryfikować, co to "komitet" nie przyjął obrazków.
Tak, panie porzucają pozory zanim upłynął jeszcze pierwszy tydzień najmu
Tamara - Pon 23 Cze, 2025 13:22
No ba, inaczej byłoby nudno
| Trzykrotka napisał/a: | | , panie porzucają pozory zanim upłynął jeszcze pierwszy tydzień najmu |
zwłaszcza droga Elżbieta, bo gdyby stosowała się do powszechnie stosowanych zasad najmu, afery nie osiągnęłyby takiego rozmiaru... a Lucia - no cóż, nie miała do Elżbiety nic, poza wyjaśnieniem jej, że nie jest jej zdobyczą, niestety Elżbieta wyeskalowała sytuację, że tak powiem
Trzykrotka - Pon 23 Cze, 2025 22:08
Elizabeth właśnie tak bez głowy działa i większość kłopotów sprowadza na siebie sama. Jej zachowanie względem lokatorki było bardziej niż słabe, nawet przed włamem niemal "na rympał
No to mamy kolejny festyn, tym razem nie elżbietański, ale też całkiem-całkiem...
Juruś wybiegł na swój mały dziedziniec i zajrzał przez płot do ogrodu Luci. W tej samej chwili Lucia otworzyła na oścież okno pokoju ogrodowego, które wychodziło na płot.
- Jurusiu, dostałeś może… - zawołała.
- Tak – odpowiedział Juruś.
- Ja też.
- Co teraz zrobisz? – zapytał.
Twarz Luci przybrała wyraz tego zapału i zamyślenia, z jakim słuchała Beethovena. Przez chwilę intensywnie myślała.
- Kupię karnet na wystawę – powiedziała. - I stale…
- Kiepsko cię słyszę – zawołał Juruś.
Lucia natężyła głos.
- Kupię karnet na wystawę – krzyknęła – i będę tam chodzić dzień w dzień. Wierz mi, to jedyny sposób. Nie chcą naszych obrazów, ale nam nie wolno okazać małości. Godność, Jurusiu.
Do takiej deklaracji nie było już nic do dodania i Lucia podeszła do wykuszowego okna wyglądając na ulicę. W tej chwili Royce Wyse’ów wyjechał z Porpoise Street i skręcił na High Street. Lucia wiedziała, że oboje są w komitecie, który właśnie odrzucił jeden z jej najbardziej udanych rysunków (bo krzywy komin wyszedł po prostu przepięknie), ale nie czuła do nich urazy. Bez wątpienia postępowali zgodnie z sumieniem, więc pomachała w odpowiedzi na trzepot soboli z samochodu. Wkrótce sama udała się na High Street aby posłuchać porannych nowin i zobaczyła samochód Wyse’ów zaparkowany przez Wasters. Przypomniała sobie, że komitet miał się zebrać dziś rano i podejrzenie, zbyt okropne by było prawdopodobne, przebiegło przez jej głowę. Ale odrzuciła je jako niegodne zajmowania czystego umysłu. Zrobiła zakupy i po powrocie do domu zdjęła słomkowego koloru obrazek autorstwa panny Mapp wiszący w pokoju ogrodowym, a na jego miejsce powiesiła swój własny, przedstawiający Mallards Cottage i krzywy komin. Potem ten potężny banał przyszedł jej do głowy i powiedziała sobie, że czas pokaże…
Panna Mapp nie zamierzała być świadkiem profanacji ogrodu przez biedaków z przytułku i innych podobnych przybytków. Skonsultowała się z adwokatem odnośnie swego prawa do zabronienia urządzania rozrywki masowej, ale on zapewnił ja, że nie istniał precedens w angielskim prawie, który zabraniałby najemcy urządzać przyjęć. Postanowiła więc, podobnie jak Lucia przy elżbietańskim festynie w Riseholme, nie być świadoma imprezy, nie mieć pojęcia, że rozważa się przygotowanie takiej uroczystości i nigdy w życiu o nią nie zapytać. Ale w miarę zbliżania się tego dnia zaczęła podejrzewać, że gorąca fala ciekawości powstająca w niej w rosnącym tempie, zakończy się pewnie powodzią i zatopieniem jej pryncypiów. Widziała padre ubranego w długi czarny płaszcz wchodzącego do Mallards z wielkim toporem w dłoni, widziała Divę w białej satynowej sukni pędzącą w dół ulicy do Taorminy, a te dwa cuda razem wzięte sugerowały, że szykuje się egzekucja Marii, królowej Szkotów (Diva jako królowa!)
Widziała deski i słupy wnoszone do ogrodu i ogromną ilość czerwonej tkaniny, więc może to miała być scena dla tych obrazów. Bardziej intrygujące było pojawienie się majora Benjy niosącego kartonową koronę błyszczącą złotkiem. Co u licha to zwiastowało? Trzeba było też mieć oko na owoce: ci mali chórzyści ganiający po ogrodzie w przerwach między pieśniami, mogliby pewnie ogołocić grusze do cna. Umierała z ciekawości, co tam się dzieje, ale skoro unikała najmniejszej wzmianki o imprezie, inni szanowali jej decyzję w najwyższym stopniu. Nic nie wiedziała, mogła tylko snuć szalone domysły, no i jeszcze była ta cała Lucia, w samym oku cyklonu między katami i królowymi i chórzystami, zamiast znać swoje miejsce przydzielone jej przez uprzejmość panny Mapp i zadowalać się takim dostępem do socjety Tilling jaki ta sama jej przyzna. „Dwa tygodnie temu” myślała miła panna Mapp „wpadałam sobie i wypadałam z domu, a ona była Lulu. Ale jednak cios jaki otrzymała przez zwrot obrazka był paskudny, więc muszę ją znosić bez urazy. Pójdę na festyn, bo nie mogę się oprzeć, będę dla niej serdeczna i będę podziwiać jej żywe obrazy. W końcu jesteśmy chrześcijankami, a ja nienawidzę małostkowości.”
Przygnębiło ją, że musiała zapłacić pół korony za wstęp do jej własnego Mallards, ale nie było innego sposobu sforsowania Grosvenor. Przygnębiający był też widok Luci w pełnej krasie w postaci królowej Elżbiety łaskawie witającej przybyłych na skraju trawnika, tak jakby to było jej przyjęcie, a ludzie, którzy zapłacili po pół korony za wstęp byli jej zaproszonymi gośćmi. Gorzką była myśl, że to ona (choć może niekonicznie ubrana w całą tę pompę, tak rażącą w świetle dnia) powinna witać te tłumy, bo do kogo w końcu należał Mallards i kto pozwolił (bo nie mógł zabronić) otworzyć jego bramy na oścież? Na dole schodów pokoju ogrodowego wisiała kartka „Wstęp wzbroniony” ale to oczywiście nie tyczyło się jej. Kiedy tamtędy przechodziła, przez na wpół otwarte drzwi zobaczyła znajomą, choć smutnie przemienioną postać, siedzącą w szacie i królewskiej koronie i nalewającą sobie coś do kieliszka; bez wątpienia więc pokój ogrodowy pełnił rolę garderoby dla występujących w żywych obrazach, którzy, mniej żądni rozgłosu niż Lulu mogli ukryć się tutaj do czasu póki nie nadejdzie czas wyjścia na zewnątrz. Wybierała się tam, lecz teraz jej obowiązkiem, gorzkim lecz koniecznym, było przywitanie gospodyni. Wpadła na pewien pomysł; podeszła do Luci i wykonała głęboki dyg.
- Najposłuszniejsza pokorna sługa Waszej Wysokości – powiedziała i wierząc, że Lucia domyśliła się kpiącej natury tego gestu, rozpłynęła się w serdeczności.
- Moja droga, jaki piękny kostium – powiedziała. – I co za piękny dzień na święto! I jakie tłumy! Półkoronówki spływają jak deszcz. Nie dziwię się wcale, że chyba całe Tilling się tu zeszło.
Lucia odpowiedziała na te serdeczności z równym zapałem i mniej więcej taką samą szczerością.
- Elizabeth! Jak miło, że przyszłaś! – powiedziała. – Ecco, le due Elizabethe! Podoba ci się moja suknia? Jak to słodko z twojej strony! Tak. Tilling naprawdę opowiedziało na wezwanie szpitala. A twój kiermasz dobroczynny też był sukcesem, prawda? Mówiono mi, że wszystko zostało wykupione.
Panna Mapp miała moment zastanowienia, czy nie powinna stanąć przy Luci, witać wraz z nią przybyłych, ściskać im dłonie i wygłaszać słowa powitania, ale uznała, że będzie o wiele skuteczniejsza jeśli się uniezależni i będzie grać gospodynię na własną rękę. Ponadto wzmianka o wyprzedaży nieco ją zaniepokoiła. Withers powiedziała jej, że Juruś kupił swój własny obrazek Landgate z sześciopensowej tacy, a Lucia (z całą serdecznością) może być gotowa z zemsty zastawić na nią jakąś okropną pułapkę.
- Tak, istotnie – powiedziała. Mój mały sklepik bardzo szybko był równie pusty jak kredens matki Hubbarda. Ale nie wolno mi monopolizować się, moja droga, bo jeszcze mnie zlinczują. Cała kolejka ludzi czeka żeby zamienić z tobą słówko. Jak się cieszę na ruchome obrazy! Nie mogę się doczekać.
Wśliznęła się w tłum. Byli tam ci okropni starzy nieszczęśnicy z przytułku, stare próchna, a niektórzy z nich palili fajki na jej trawniku i rzucali zapałki na ziemię i częstowano ich herbatą pod nadzorem Irene i padre.
- Tak się cieszę, że was wszystkich tu widzę – powiedziała – w moim ogrodzie, przy herbatce. Muszę przygotować dla was ładne bukiety na do widzenia. Co słychać, panie Sturgis. Cudowne, że przyszedł pan do pomocy w zabawianiu starszych mieszkańców. Dzień dobry, panie Wyse, tak, pięknie wygląda mój mały ogródek, prawda? Susan, moja droga! Widziałaś moją grządkę ostróżek? Muszę dać ci nasiona. Och, miejski herold dzwoni swoim dzwonkiem! To pewnie znaczy, że mamy zajmować miejsca do żywych obrazów. Co za dobra scena! Mam nadzieję, że po tych słupkach nie będzie za dużych dziur w moim trawniku. Och, jeden z tych niegrzecznych chórzystów krąży wokół mojego drzewa figowego! Na to nie pozwalam!
Pospieszyła by zapobiec ewentualnej grabieży i zrobiła przy okazji kilka wyraźnych aluzji do ósmego przykazania, kiedy rozbrzmiał drugi sygnał herolda miejskiego i procesja artystów zeszła po schodach pokoju ogrodowego i przechodząc przez trawnik zniknęła za sceną. Biedny major Benjy (dał się wciągnąć w coś takiego, zupełny brak kręgosłupa!) wyglądał doskonale w swojej koronie (kogóż on miał przedstawiać?) a co do Divy… Za nią szedł Juruś (Drake, dajcie spokój!), a orszak zamykała królowa Elżbieta z trenem niesionym przed dwóch chłopców z chóru. Biedna Lucia! Cały tydzień przedstawienia w Riseholme to za mało, musiała przenieść swoje orszaki i przebieranki także i tutaj. Niektórzy to mają parcie na sławę.
Panna Mapp nie była w stanie zmusić się, by usiąść blisko sceny i dać się widzieć jak klaszcze – zdaje się, że jest jakiś problem w kurtyną: nie, rozprostowała się, co za szkoda! – więc kręciła się na obrzeżach widowni. Między scenami żywych obrazów śpiewał chór; jak cienko brzmiały głosy tych małych chłopców w plenerze! Następnie Irene, przebrana za marynarza; opowiedziała swój absurdalny skecz. Salwy śmiechu. Następnie major Benjy jako Cophetua: oto dlaczego miał koronę. Ojej, ojej! Co za smutny widok: straszy, sensowny człowiek (bo w najlepszym wydaniu taki właśnie był) prowadzony na pasku przez natrętną kobietę. Ostatnim żywym obrazem, oczywiście (każdy by się domyślił) było pasowanie Drake’a na rycerza przez królową Elżbietę. Następnie wśród przypochlebczych oklasków cała procesja wróciła tą samą drogą do pokoju w ogrodzie. Pan i pani Wyse pospieszyli za nimi, całkiem oczywistym się stało, że będą tam mieli prywatny podwieczorek. Bez wątpienia i jej zaczną zaraz szukać w tłumie z wiadomością od Luci, że ma ona nadzieję, że panna Mapp dołączy do nich w jej własnym pokoju ogrodowym, ale jako że nic podobnego się nie wydarzyło, uznała, że Luci będzie miło jeśli sama dołączy i doda swój głos do chóru ogólnych pochwał i gratulacji, jaki bez wątpienia ją otacza. Zapukała więc energicznie do drzwi, zapytała „czy mogę?” i weszła.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Wto 24 Cze, 2025 08:38
Droga Elżbieta coś nie rozumie, na czym wynajem polega, mam nadzieję, ze paskudnie to się dla niej skończy
W takim momencie urwać, Trzykrotko, toż to czysty sadyzm
Trzykrotka - Wto 24 Cze, 2025 09:07
Kochana Elizabeth jest nie do pobicia Nawet półkoronówkę wyłożyła żeby wejść do swojego ogrodu i pilnować, żeby nikt nie kradł fig
Tamara - Wto 24 Cze, 2025 11:17
Pytanie, czy potem nie zażąda jej zwrotu, jako prawowita właścicielka ogrodu, no i tytułem strat, jakie jej słodki ogródek poniósł na skutek najazdu nieokrzesanych hord z Tilling
|
|
|