Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Lucia robi postępy
Tamara - Pon 22 Wrz, 2025 19:57
no to jest po prostu urzekające
Trzykrotka - Pon 22 Wrz, 2025 21:38
Tak, nawet tak pospolita sprawa jak zakupy, zwłaszcza z Paddym
Wielkie pomieszanie wśród mieszkańców, wizja bogactwa na horyzoncie!
Zakupy zaczęły się dziś wcześnie, ale choć były sensacyjne, to także krótkie. W rezultacie gdy Elizabeth skręciła w ulicę prowadzącą do Mallards, spotkała swego Benjy’ego czekającego na tramwaj o jedenastej na pola golfowe. Trzymał w dłoni złożony kawałek papieru, który na jej widok wepchnął do kieszeni.
- Co tam, mój chłopcze, ruszasz do gry? – spytała. – Patrz, jaki tłuściutki królik na kolację. I nowiny. Lucia stała się wielką finansistką. Kupiła wczoraj pakiet Siriami, a dziś dokupiła.
Czy powinna mu powiedzieć, że sama też kupiła Siriami? Generalnie rzecz biorąc, to nie. Ogołociła własny prywatny fundusz awaryjny, a jeśli, przez jakąś niezgłębioną złośliwość losu przedsięwzięcie nie wypali, lepiej żeby nie wiedział. A z drugiej strony, jeśli zarobi pieniądze, to mądrzej będzie dla zamężnej kobiety mieć jakiś fundusik ukryty przed mężem.
- O rany, ma takobieta farta, Liz – powiedział.
Elizabeth roześmiała się wesoło.
- Nie, kochanie, jesteś w błędzie – odparła. – To indukcyjne rozumowanie, to studia nad sytuacją światową. Jak to miło, że ma takie zasoby umysłowe. Pa-pa.
Weszła do pokoju ogrodowego, wciąż sardonicznie rozmyślając nad zasobami Luci i zastanawiając się, czemu Benjy wyglądał na tak jakoś skrępowanego. Zawsze wiedziała, kiedy czuje się nieswojo, bo zamiast chytrego spojrzenia, rzucał jej zupełnie przeciwne; patrzył na nią tak jak przed chwilą, z taką zadziorną niewinnością, jakby rzucał jej wyzwanie, by ważyła się go podejrzewać. Do tego jeszcze ten papier, który wsunął do kieszeni. Wyglądał jak blankiet telegraficzny i natychmiast zaczęła się zastanawiać, czy i on kupił Siriami ze swego skromnego dochodu. Bardzo źle, jeśli to zrobił i nieładnie, że jej nie powiedział. Czasami czuła, że on nie ufa jej do końca i to ją smuciło. Oczywiście, nie była pewna, czy kupił Siriami, ale jakkolwiek nie obracałaby tej sprawy w myślach, nie mogła wymyślić innego powodu do telefonowania. Wtedy obliczyła, ile może zyskać, jeśli Siriami podskoczy o kolejne trzy szylingi i siadając na grzejniku przy oknie, które otwierało się na tak szerokie widoki, pozwoliła myślom powrócić do Jurusia. Kiedy tak wyglądała przez okno, zobaczyła Foljambe wychodzącą z jego domu i bez cienia wątpliwości zamknęła za sobą drzwi na klucz.
Szybkość, z jaką Elizabeth zerwała się na równe nogi nie miała nic wspólnego z rurami. Powódź domysłów po prostu zbiła ją z nóg. Lucia poszła odwiedzić Jurusia mniej niż pół godziny temu, czy więc Foljambe zamknęła ich razem? Albo czy Foljambe (gdyby Lucia już wyszła) zamknęła Jurusia z kucharką? Pospieszyła po raz drugi tego ranka by spojrzeć na front jego domu. Wszystkie rolety były opuszczone.
Rozdział trzeci
Następnego ranka zaufanie między młodą parą w Mallards zostało przywrócone w sposób, którego nawet najbardziej pomysłowi nie mogliby przewidzieć. Elizabeth usłyszała, że Benjy schodzi tupiąc po schodach pięć minut przed porą śniadania i wystawiła głowę ze swej sypialni z wielkim uznaniem, nazwała go dobrym chłopcem i kazała zaczynać bez niej. Potem nagle coś sobie przypomniała i pognała za nim. Bała się jednak, że będzie za późno.
Benjy poszedł prosto do jadalni, a tam na stole z Times i Daily Mirror leżały dwa egzemplarze Financial Post. Sam zamówił jeden, aby uzyskać pełniejsze informacje o Siriami, ale co z drugim? Wydawało się mało prawdopodobne, aby sprzedawca gazet przysłał dwa egzemplarze, skoro zamówiono tylko jeden. Słysząc kroki Elizabeth na schodach, szybko usiadł na jednym egzemplarzu, za który był odpowiedzialny, a ona weszła.
- Ach, mój Financial Post –powiedziała. – pomyślałam, że to będzie ciekawe, mój drogi, sprawdzić, co dzieje się z luciną kopalnią złota. Zaciekawiło mnie to ze względu na nią.
Przewróciła nieznane sobie strony i klasnęła w dłonie z pełną uznania radością.
- Och, Benjy–boy, czy to nie miłe dla niej? – zawołała. – Siriami poszło w górę o kolejne trzy szylingi. Niezła fortuna!
Benjy był równie zadowolony jak Elizabeth, choć trochę go zastanowiła radość, jaką jej przyniosło wzbogacenie się Luci.
- Nie! To niesamowite – powiedział. – Naprawdę miło dla niej.
- No pięknie! – wykrzyknęła Elizabeth. – Kochana Lucia! I artykuł o zachodnioafrykańskich kopalniach złota. Bardzo obiecujące perspektywy i coś o cenie złota: ten człowiek przewiduje, że jeszcze wzrośnie.
Elizabeth tak była zaabsorbowana, że pozwoliła, żeby jej jajko w koszulce wystygło.
- Rozumiem, o co chodzi! – powiedziała. - Rzeczywista cena złota rośnie, tak jakby to był węgiel lub tytoń, więc oczywiście złoto, które wydobywają z kopalni, jest warte więcej. Biedna, tępa Diva, myśląca, że liczba szylingów w funcie ma z tym coś wspólnego! I Diva też będzie zadowolona. Wiem, że kupiła wczoraj kilka akcji, po króliku, bo wysłała telegram, a urzędniczka zapytała, czy słowo to Siriami.
- Naprawdę? – spytał Benji. – Ile?
- Nie widziałam. Zadzwoń dzwonkiem, kochanie, i nie krzycz Quai-hai. Withers zapomniała o pieprzu.
Zachwycony Benjy zapomniał o swoim egzemplarzy Financial Post, na którym był siedział i teraz go odsłonił.
- Co? Jeszcze jeden Financial Post? – zawołała Elizabeth. – Ty też go zamówiłeś? Och Benjy, przyznaj się. Ty też kupiłeś Siriami, jak Lucia i Diva?
- No Liz, miałem sto funtów leżących bezproduktywnie. W końcu to niezły sposób na ich wydanie. Sto pięćdziesiąt akcji. Trzy razy tyle w szylingach. Nieźle.
- Aleś ty tajemniczy. I niegrzeczny!
Benjy’ego olśniło.
- Nie przyznasz się, ile ty kupiłaś? – zapytał.
Ewidentnie nie miało sensu zaprzeczanie. Elizabeth czuła instynktownie, że nie uwierzyłby, bo radość ze szczęścia Luci już ją zdradziła.
- Trzysta – powiedziała. – Och, ale radość! Co teraz robimy? Przewidują, że złoto będzie nadal szło w górę. Benjy, chyba jeszcze dokupię. Co za pożytek z powiedzmy stu funtów ulokowanych w pożyczce wojennej dających rocznie trzy funty z dziesięciu? Nie powinnam tracić trzech z dziesięciu rocznie… Ale muszę wracać do swoich zajęć. Nie wiem, czy dziś nie zaserwuję ci słonki, jeśli Susan Wyse mi jedną odstąpi.
Wśród rosnącego podniecenia z powodu Siriami Elizabeth zrobiło się wszystko jedno czy rolety u Jurusia były opuszczone czy podniesione. Przez cały następny tydzień cena akcji rosła i poranek po poranku Benjy pojawiał się na śniadaniu z godną pochwały punktualnością, spragniony lektury Financial Post. I jego i Elizabeth ogarnęła bezprecedensowa ekstrawagancja: on czasami jechał taksówką na pola golfowe, bo cóż znaczyło kilka szylingów, jeśli Siriami zasypywało go ich górą, a Elizabeth konkurowała z Susan wystawnością stołu. Brydż po trzy pensy za sto, dotąd wzbudzający najdziksze namiętności, teraz przestał pasjonować, a gdy następnym razem czwórka graczy – Mapp-Flintowie, Diva i Lucia spotkali się przy stoliku, wszyscy zgodnie postanowili podwoić stawkę, a nawet wtedy objawiali niespotykaną dotąd beztroskę w deklaracjach. Siedzieli przy herbacie pogrążeni w omawianiu cen złota, których znaczenie teraz już wszyscy rozumieli, a Mapp-Flintowie mieli rozdarte serca odnośnie tego, czy sprzedać akcje i zagarnąć zyski, czy zainwestować więcej w oczekiwaniu na dalszy wzrost. A Lucia jeszcze nigdy nie była tak olimpijska do mdłości. Mówiła o swoich „kilku akcjach,” podczas gdy wszyscy wiedzieli, że na początek kupiła pięćset, a potem dokupiła raz, a może nawet dwa i przemawiała, jakby sama była redaktorką naczelną.
- Dzwoniłam dziś do mojego maklera – zaczęła.
- Co? Połączenie międzymiastowe? – przerwała Diva. – Pół korony, prawda?
- Całkiem możliwe; przedłożyłam mu mój pogląd na sytuację odnośnie złota. Zgodził się ze mną, że jego cena jest już bardzo wysoka, a jeśli, jak sugerowałam, Ameryka odejdzie od standardu złota--- jednak to dość skomplikowane; mam nadzieję, że jutro da mi znać w tej sprawie. Potem zamieniliśmy kilka słów odnośnie kolei brytyjskich. Niewątpliwie ostatnio ruch jest większy, ale jestem mocno przekonana, że mogło być o wiele gorzej…
Diva wyglądała na wyczerpaną. Nie jadła prawie czekoladek i już przyznała, że bardzo źle spała.
- Nic mi nie mów o kolejach brytyjskich – powiedziała. – Cena złota jest wystarczająco denerwująca.
Lucia szeroko rozpostarła ręce w geście nieskończonych możliwości.
- Powinnaś poszerzyć horyzonty, Divo – powiedziała. – Przyjrzyj się spokojnie i szeroko sytuacji światowej. Spójrz z dystansu na rynki, złoto, przemysł, kolej; zyskaj panoramiczny obraz. Moich kilka akcji Siriami przyniosło mi znakomity zysk i zaczynam pytać samą siebie, czy nie ma kolejnych szans na zwiększenie kapitału, jeśli za mną nadążasz, gdzieś indziej. Na przykład srebro też rośnie – nie ma to nic wspólnego z ilością pensów w szylingu – i warto to rozważyć. Czuję wielką odpowiedzialność, bo Juruś kupił małą paczkę – tak na to mówimy – Siriami za moją radą. Jeśli kogoś interesuje srebro, to nie sądzę, by można było zrobić coś lepszego, a mój makler się ze mną zgadza – niż kupić kilka akcji Burma Corporation. Myślę poważnie o sprzedaniu Siriami i zainwestowaniu tam. Prawda, że to przeciekawe?
- To tak ciekawe, że spać nie daje – powiedziała Diva. – Od pierwszej w nocy do drugiej rozmyślałam, żeby dokupić więcej, a o szóstej pomyślałam, że sprzedam. Nie wiem, co robić.
Elizabeth wstała. Wykład Luci był nie do przyjęcia. Najwyraźniej sama ustanowiła się centralnym biurem wydawania dyspozycji finansowych. Jakie to do niej podobne: zawsze musi rządzić i wydawać polecenia. Te jej muzyczne przyjęcia, na których całe Tilling miało siedzieć w półmroku i słuchać jak ona i Juruś wygrywają niekończące się sonaty. Jej zajęcia gimnastyczne, teraz na szczęście już zawieszone, dla zachowania giętkości i formy w wieku średnim, a kiedy pojawił się brydż kontraktowy, zaproponowała szkolenie z jego zasad. Fakt, że to ona była początkiem bogacenia się ich wszystkich przez kupno Siriami, ale nawet wdzięczność nie trwa wiecznie i znana powszechnie mocna niezależność charakteru Elizabeth buntowała się przeciw okropnemu zachowaniu, które Lucia demonstrowała i w duchu postanowiła, że postąpi dokładnie na odwrót wobec wszystkiego, co Lucia zarekomenduje.
- Dziękuję, kochana – powiedziała – za wszystkie te informacje. Jakież to ciekawe i pouczające. Jak cudownie to ogarnęłaś! A teraz jak sądzisz, możemy wracać do brydża nim zrobi się za późno na kolejnego robra? eI oświadczam. Że nie pytałam o notre pauvre ami, pana Jurusia. Nikt od dawna go nie widział, choć Foljambe wciąż mi powtarza, że już mu lepiej. I coś dziwnego dzieje się w jego domu. Jednego dnia rolety są opuszczone, jakby dom stał pusty, a następnego Foljambe przychodzi o ósmej jak zawsze.
- Nie! Jakie to dziwne! – powiedziała Lucia.
Diva zdołała zjeść tylko jedną z czekoladek nugatowych, których zwykle zjadała cały talerz. Pożałowania godne jak mało przyjemności jej to dało i jak mało obchodziła ją tajemnica zaciągniętych rolet.
- Ja też to zauważyłam – powiedziała – ale od razu zapomniałam.
- Ale najpierw zasugerowałaś, że on może umarł, moja droga – rzekła Elizabeth. – Mam tylko nadzieję, że Foljambe dobrze się nim opiekuje.
- Widziałam się z nim dziś rano – powiedziała Lucia. – Ma wszystko czego potrzebuje.
Brydż przebiegał w sposób, który jeszcze tydzień temu wzbudziłby najwyższe emocje. Diva i Lucia grały przeciwko małżonkom i gładko wygrały trzy robry w tych nowych zawrotnych punktach. Nie padły ani obelgi między pokonanymi, ani okrzyki satysfakcji między zwyciężczyniami i choć końcowe podliczenia Divy jak zwykle nie zgadzały się z niczyimi innymi, poświęciła ona szylinga bez wykłócania się i ponowne podsumowania. Nie było emocji, nie było sarkazmu nawet gdy Benjy przelicytował przeciwników lub gdy Elizabeth zapomniała, że on zawsze gra treflami i myślała, że jakieś ma. Wszystko było blade i smętne; pamięć o wielkich przygodach finansowych sprawiła, że prawie nikogo nie obchodziło kto wygrał. Od czasu do czasu na koniec rozdania Lucia wygłaszała jakiś blef, który tak zbijał z tropu przeciwników, ale dziś nikogo to nie obchodziło.
c.d.n
Tłum Trzykrotka
Tamara - Wto 23 Wrz, 2025 11:21
No to teraz kolej na Wielki Krach albo coś równie spektakularnego, co Lucia zdąży przewidzieć i czego uniknie ale emocje faktycznie sięgają zenitu, bo nawet stan Jurusia nikogo jakoś specjalnie nie obchodzi...
Trzykrotka - Wto 23 Wrz, 2025 19:16
Gorączka złota w Tilling, ale też i niepokoju co niemiara
Diva spędziła ten wieczór samotnie, bez apetytu na swoją tacę. Wyprowadziła Paddy’eg na spacer, zauważając obojętnie, że ktoś, bez wątpienia robiąc przytyk do niego, zmienił napis na tabliczce przed jej domem z „Zakaz parkowania” na „Zakaz powarkiwania.” Usuwanie tego przykładu fatalnych manier nie wydało jej się godne wysiłku, a co do zwykłego pasjansa, który układała, by zabić godzinę przed snem, to nie chciało jej się nawet rozłożyć kart, za to usiadła przy kominku czytając od nowa wiadomości z City we wczorajszej i dzisiejszej gazecie. Wciąż rozmyślała o notatce odnośnie swego zakupu akcji Siriami: dodała ołówkiem na bibule małe sumy; żądza złota nakazywała jej rozważyć kupno większej ilości, instynkt przezorności popychał ją do wysłania telegramu do maklera z poleceniem sprzedaży wszystkich już zakupionych.
- Co tu zrobić? Och, na co mam się zdecydować? – mruczała do siebie.
Wybiła dziesiąta i jedenasta, było już dawno po jej zwykłej porze kładzenia się spać w samotne wieczory i w końcu zapadła w drzemkę. Drzemka przeszła w głęboki sen i Diva obudziła się o północy przy wygasłym ogniu, ale z decyzją.
- Sprzedam dwie akcje, a trzy zachowam - powiedziała na głos.
Po raz pierwszy od dawna przespała pięknie resztę nocy, aż do chwili gdy ją obudzono i wstała z łóżka świeża i chętna do rozpoczęcia dnia. Na jej toaletce leżały trzy półkoronówki, które wczoraj wieczorem wygrała od Elizabeth. Wydały jej się wtedy jakimiś obojętnymi i nieważnymi żetonami, teraz lśniły swoim zwykłym splendorem.
- I pomyśleć, że nawet nie ucieszyłam się gdy je wygrałam – pomyślała Diva wykonując kilka z tych dobrych dla gibkości skłonów i skrętów, których nauczyła się od Luci. Rzucając okiem na Financial Post dostrzegła, że Siriami poszło w górę o kolejnych sześć pensów, ale to nie zachwiało jej rozważnym postanowieniem zabezpieczenia części profitów.
Ten sam kryzys, który dla Divy wyssał całą słodycz z życia, Luci dostarczył więcej materiału do naśladowania damy Catherine Winterglass. Juruś, z siwą spiczastą brodą (sprytna Foljambe przycięła mu ją tak, jakby od urodzenia była barberką) po raz pierwszy zszedł na śniadanie tego ranka i rzucił się na Financial Post.
- Moja droga, znów sześć pensów w górę! – krzyknął. – Co mam robić?
Lucia już wiedziała; rzuciła szybko okiem do gazety kiedy zeszła na dół i odłożyła ją żeby wyglądała jak nietknięta. Pogroziła mu palcem.
- Jurusiu, co z moją zasadą, że przy jedzeniu nie rozmawiamy o interesach? Jak się czujesz? To o wiele ważniejsze.
- Piękna noc –powiedział Juruś – prócz snu o kopalni złota, jej dno odpadło i cała ruda zjechała w głąb ziemi.
- To się nigdy nie stanie, Jurusiu. Nie pozwól, by pieniądze zaprzątały ci myśli. Zajmę się twoimi sprawami gdy po śniadaniu usiądę do pracy. Jak twoja twarz i szyja, lepiej?
- Nadal okropnie swędzą. Nie wiem, kiedy będę w stanie się ogolić.
Lucia spojrzała na niego, lekko przechylając głowę, jakby był pejzażem, który zamierzała namalować. Ta schludna broda dodawała jego twarzy charakteru i wyrazistości. Ukrywała jego pulchny drugi podbródek i lekko cofnięty pierwszy: kolejny tydzień zarostu nadałby mu większą solidność. W jego twarzy było coś stuartowskiego, coś z Van Dycka. Co prawda kolor brody kontrastował dość dziwnie z kasztanowymi włosami i wąsami, w których nie było widać najmniejszego śladu siwizny, ale to można było naprawić. Nie nadszedł jednak jeszcze czas, aby cokolwiek o tym powiedzieć.
- To nie myśl teraz o tym – powiedziała. – A teraz co do dziś. Naprawdę uważam, że trzeba ci świeżego powietrza. Jest tak miło i ciepło. Otul się dobrze i wybierz się ze mną na przejażdżkę przed lunchem.
- Ale mnie zobaczą! – powiedział Juruś.
- Nie, jeśli mocno zsuniesz się na siedzeniu póki nie wyjedziemy z miasta. Pójdę tam by zająć się sprawami moimi i twoimi, bo na pewno będę musiała wysłać telegram, a samochód zawiezie ciebie i Foljambe prosto do twojego domu. Dołączę do was, tak, że będzie wyglądało, że wyruszamy stamtąd. Teraz muszę zabierać się do pracy. Widzę, że jest list od maklera.
Głos Luci przybrał stanowczy ton, o którym Juruś wiedział, że oznacza, że postawi ona na swoim i wszelki opór będzie tylko marnowaniem sił życiowych. Poszła do małego pokoju dawniej zwanego biblioteką, który teraz właściwie stał się Biurem. Było to jej nienaruszalne sanktuarium: Grosvenor miała przykazane, że nie wolno jej tam przeszkadzać, poza absolutną koniecznością, na przykład telefonem międzymiastowym z Londynu. Stół, przy który Lucia przesiadywała nad słownikami greckimi i łacińskimi, sztukami Arystofanesa i odami Horacego, został teraz opróżniony z klasyki i znalazła się na nim księga rachunkowa, plik prospektów, notatki odnośnie zakupów i klips z informacjami od maklera. Otwarła list, który otrzymała dziś rano i przeczytała go z wielką uwagą. Uważał, że wzrost cen złota (a w konsekwencji akcji kopalni złota) osiągnął już szczyt i powtórzył swoją sugestię, że na uwagę zasługują krajowe koleje i srebro. Leżał przed nią roczny raport Burma Corporation, który uznała za bardzo wymagający, ponieważ podawał dane w rupiach i annach zamiast funtów i szylingów, a nie wiedziała, ile warta jest anna ani jaki ma związek z rupią: równie dobrze mogłyby to być drachmy i obole. Potem było oświadczenie o dochodach Great Western Railway (Lucia nie miała pojęcia, ile osób jeździło pociągiem) i kolejne o Southern Railway, wykazujące znacznie lepszy dane. Jeszcze raz zajrzała do ostatnich dwóch listów swojego maklera, a następnie, z namysłem i zdecydowaniem godną damy Catherine, podjęła decyzję. Sprzeda wszystkie posiadane akcje Siriami, a salomonowym wyrokiem kupi pół na pół Burma Corporation i Southern Rails. Poczuła, że potraktowała po macoszemu znakomitą linię Great Western, ale trudno, musi się ona obejść bez jej wsparcia. Następnie napisała niezbędny telegram do swojego maklera i dotknęła dzwonka na swoim stole.
Grosvenor, zgodnie z rozkazami, uchyliła drzwi tylko na cal lub dwa, a Lucia posłała po Jurusia.
Jak klient przyciągnął sobie krzesło do stołu.
- Jurusiu, starannie przeanalizowałam sytuacje finansową – powiedziała – i sprzedaję moje Siriami. Jako że ty i inni w Tilling dokonaliście małych zakupów za moim przykładem, czuję się w obowiązku was tym powiadomić.
Juruś wydał głębokie westchnienie ulgi, jak kiedy kończył się jakiś bardzo szybki pasaż w duecie fortepianowym.
- To i ja sprzedaję – powiedział. – Bardzo się cieszę. Przy tym półpaśćcu nie dla mnie teraz taka ekscytacja. Bardzo jestem zadowolony, bo zarobiłem pięćdziesiąt funtów, ale mam dość. Zabierzesz po drodze i mój telegram?
Lucia zamknęła księgę, położyła przycisk do papieru na swoich prospektach i przypięła list od Mannoncasha do pliku.
- Uważam – jak mówię: uważam, że dobrze robisz, Jurusiu – powiedziała. – Sytuacja staje się zbyt trudna, bym mogła komuś doradzać i cieszę się, że postanowiłeś się ich pozbyć, a ja nie będę miała na karku odpowiedzialności. Teraz wyruszam do Tilling – uważam, że podejmowanie tych wielkich decyzji jest bardzo stymulujące - kwadrans po mnie wyjedźcie samochodem z Foljambe. Uważam – jak mówię: uważam, że Mammoncash, wiesz, mój makler, adres telegraficzny, zatwierdzi moją decyzję.
Jako że już wcześniej zalecał takie działanie, było pewne, że za nim pójdzie, a Lucia ruszyła żwawo na High Street. Potem, widząc, że Benjy i Elizabeth kręcą się przed pocztą, zwolniła nieco i przybrała skupiony, finansowy wyraz twarzy.
- Bon jour, chérie – rzekła Elizabeth obserwując, że Lucia wyjęła z torby dwa telegramy. – To słodkie Siriami. Znów w górę o sześć pensów.
Lucia wydawała się wracać myślami z dalekiej podróży i przeszła na włoski.
-Ah, si, si! Buono piccolo Siriami! . . .Tak się cieszę, Elizabeth i majorze Benjy, że mój pupil tak dobrze się wam przysłużył. Ale łamałam sobie nad tym głowę dziś rano i uważam, że cena złota jest już maksymalnie wysoka. Takie mam wrażenie…
Diva przemknęła przez drogę z warzywnego. Cała radość życia i blask do niej wróciły.
- Co za ulga, że wreszcie się zdecydowałam, Luciu – powiedziała. – Wysłałam telegram o sprzedaży dwóch trzecich z moich akcji Siriami, a resztę zatrzymam.
- I najpewniej dobrze robisz, moja droga – rzekła Lucia. – Całkiem możliwe, że ja się mylę, ale sprzedaję cały mój mały pakiet.
Pogodną twarz Divy zasnuły chmury.
- Och, ależ to jest okropnie denerwujące – powiedziała. – Może jestem zbyt zachłanna. Powiedz mi proszę, jakie masz zdanie.
Lucia uwolniła się już zupełnie od stanu finansowej abstrakcji i przemówiła do zebranych.
- Daleka jestem od doradzania komukolwiek – powiedziała. – Sytuacja walutowa jest dla mnie zbyt skomplikowana, bym miała brać odpowiedzialność. Ale mój makler uważa – przyznaję, czułam się pochlebiona – że miałby wiele do powiedzenia na temat mojego zdania i skoro wszyscy za moim przykładem kupiliście małe udziały w Siriami, czuję się w obowiązku powiedzieć wam, co dziś zamierzam zrobić. Sprzedaję wszystkie akcje Siriami i całość reinwestuję – błagam, tylko nie uważajcie tego za jakąś finansową poradę – w Burma Corporation i Southern Railway Preferred, Prefs jak je nazywamy. Przeprowadziłem pewne badania w tej sprawie i chociaż nie sądzę, aby ktokolwiek popełnił duży błąd kupując je, byłoby mi przykro, gdyby któryś z was poszedł za mną ślepo, nie zagłębiając się w sprawę osobiście...
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Śro 24 Wrz, 2025 11:55
No nieee , normalnie Tilling Wall Street ciekawe jakie będą skutki
Trzykrotka - Śro 24 Wrz, 2025 14:01
Oj, będą, bo zaraz się okaże, jaki kurs przybiorą inwestorzy
Trzykrotka - Śro 24 Wrz, 2025 19:25
Finanse na wielką skalę idą swoją drogą, ale wraca temat Jurusia!
Elizabeth po prostu nie była w stanie znieść tego ani chwili dłużej.
- Jak to słodko, że się z nami dzielisz, kochana – powiedziała – ale proszę, nie martw się żadną odpowiedzialnością za nas. Mój Benjy i ja także dokonaliśmy badań i zdecydowani jesteśmy dokupić Siriami. Tak więc wyzbądź się niepokoju.
Diva jęknęła.
- Ojej! Muszę to wszystko jeszcze raz przemyśleć – powiedziała gdy Lucia po tej przerwie w przemowie weszła na pocztę.
Elizabeth odczekała aż drzwi obrotowe się zamkną.
- Jestem coraz bardziej przekonana – powiedziała – że biedactwo nie ma większego pojęcia o czym mówi niż wtedy kiedy blefuje w brydżu. Zrobię dokładnie na odwrót niż ona zaleca.
- Strasznie to wszystko pokręcone – jęknęła znów Diva. – Żałuję, że w ogóle zaczęłam zarabiać pieniądze.
Elizabeth weszła za Lucią na pocztę, a Benjy poszedł na tramwaj, podczas gdy Diva, z szarą twarzą i zmarszczoną brwią, ruszyła w dół chodnikiem w agonii niezdecydowania, czy iść za przykładem Luci i sprzedać wszystkie pozostałe akcje, czy wspierać Elizabeth i odkupić sprzedane dwie.
„Jestem pewna, że cokolwiek zrobię, będzie źle” pomyślała i wtedy jej uwaga całkowicie uciekła od jakichkolwiek finansów. Przez High Street jechał samochód Luci. Cadman skręcił w uliczkę prowadzącą do kościoła i do Mallards Cottage, ale musiał się cofnąć, by Royce Susan mógł wyjechać. Foljambe siedziała obok męża na pudle i przez chwilę w oknie samochodu pojawiła się twarz mężczyzny dziwnie podobnego do Jurusia. Jednak to nie mógł być on, ponieważ miał schludną, białą brodę. Być może Lucia gościła u siebie przyjaciela, ale jeśli tak, to bardzo dziwne, że nikt o nim nie słyszał.
„Ależ to niezwykłe” pomyślała Diva. – „Kto to może być?” Drugiego spojrzenia nie mogła już rzucić, bo głowa gwałtownie się cofnęła, a Lucia wyszła z poczty tak spokojna, jakby kupowała znaczek za pensa, a nie dokonywała operacji finansowych na dużą skalę.
- Zrobione! – powiedziała lekko. – A teraz muszę iść i spróbować namówić Jurusia, żeby wybrał się na przejażdżkę.
- Twój samochód właśnie przejechał – powiedziała Diva.
- Tante grazie. Muszę pędzić.
Lucia poszła do Mallards Cottage i odkryła, że Juruś wszedł do domu ze strachu, że Elizabeth zapuści żurawia do samochodu, gdy go tam zobaczy.
- I byłem trochę nieostrożny – powiedział – bo po prostu nie mogłem oprzeć się żeby wyjrzeć gdy skręcaliśmy z High Street żeby zobaczyć, co się dzieje, a tam całkiem blisko stała Diva. Ale nie sądzę, że mnie rozpoznała.
Z uwagi na tę ewentualność ponowne wejście do samochodu opóźniono o kilka minut, a następnie przeprowadzono z zachowaniem dużej ostrożności. Dobrze, że tak się stało, bo Diva powiedziała Elizabeth o tym dziwnym osobniku w oknie samochodu, a Elizabeth po błyskotliwej i sarkastycznej uwadze, że to pan Montagu Norman zjechał żeby skonsultować z Lucią politykę Banku Angielskiego w dobie światowego kryzysu, zdecydowała, że sprawę należy natychmiast prześwietlić. Panie rozdzieliły się i Diva pospieszyła na Church Square na wypadek gdyby samochód opuścił dom Jurusia tą drogą, a Elizabeth poszła do Mallards, gdzie z okna pokoju ogrodowego mogła śledzić drugą drogę wyjścia… Tak więc, nim Juruś wsiadł do auta, Foljambe zrobiła rekonesans i wróciła z niepokojącą informacją, że Diva czai się na Church Square, a Elizabeth tkwi na swym zwykłym posterunku za zasłoną. W związku z tym Cadman i Foljambe stanęli jak ekrany po obu stronach drzwi wejściowych, a on zgięty wpół zakradł się do samochodu. Przejechali pod oknem pokoju ogrodowego, a Lucia przechylając się mocno w przód by zasłonić Jurusia, posłała całusa i pomachała w stronę na pół zaciągniętych zasłon, bo pokazać Elizabeth, że jest doskonale świadoma, kto się za nimi chowa.
- To je powstrzymało” – powiedziała, opuszczając okno, gdy minęli punkty zagrożenia. - Biedna Elizabeth nie mogła cię zobaczyć, a Diva może się kryć na Church Square do Dnia Sądu Ostatecznego. Wyjedźmy za pola golfowe wzdłuż drogi nad morzem i pozwólmy bryzie rozwiać wszystkie te błahostki.
Westchnęła.
- Jurusiu, jak ja się cieszę, że zajęłam się na serio finansami – powiedziała. – Mam przynajmniej w końcu prawdziwe zajęcie. Czas już na to był, bo w przyszłym tygodniu stuknie mi pięćdziesiątka. Oczywiście wydam przyjęcie i będę miała tort i pięćdziesiąt jeden świeczek, żeby przygotować się na przyszłość. W końcu wieku nie mierzy się latami, lecz energią i zdolnością do działania. Osiągnięciami. Przygodą.
- Jestem pewien, że byłaś tak zajęta, jak każda kobieta – powiedział Juruś.
- Możliwe, ale głupotkami, pacnięciem Elizabeth gdy za bardzo się rozpiera i takimi tam genius omne. Porzucam to. Odetnę się od wszystkich żałosnych plotek tego miasta. Zrobię…
- Och, patrz – przerwał jej Juruś. – Benjy gra w golfa z padre. O proszę! Kompletnie nie trafił w piłkę i teraz tupie z wściekłości.
- Nie! Tak jest! – zawołała Lucia, dziko zainteresowana. – Zatrzymaj się na chwilę, Cadman. Teraz znów uderza w piasek, a padre się z nim sprzecza. Ciekawe, w jakim języku.
- I to jest najlepsze w Tilling – krzyknął Juruś z entuzjazmem, porzucając ostrożność na cztery morskie wiatry i wychylając się z okna. – Zawsze dzieje się coś ciekawego. Jak nie jedno to drugie, a najczęściej i jedno i drugie!
Benjy zadał piaskowi jeszcze dwa straszne ciosy, a Lucia nagle przypomniała sobie, że skończyła z takimi błahostkami.
- Ruszaj, Cadman – powiedziała. – Jurusiu, obawiam się, że natura majora Benjy’ego nie pogłębiła się ani nie wzbogaciła przez małżeństwo. Można się było spodziewać, że małżeństwo to sprawi, ale nie widzę najmniejszej oznaki. Naprawdę, nie mogę nijak dojść do sedna z ich stadłem. Poklepują się i głaszczą i jest Benjy-boy i Dziewuszka, ale czy jest w tym coś poza deklaracjami i czubkami palców? Wiem, że niektóre kobiety odniosły największe tryumfy gdy ich młodość już dawno przeminęła: Diana de Poitiers miała pięćdziesiąt lat, prawda, kiedy została kochanką króla, ale ona była czarodziejką, a nikt rozsądny nie nazwałby tak Elizabeth. Oczywiście jeszcze ich razem nie widziałeś, ale sam zobaczysz na przyjęciu urodzinowym.
Juruś ostrożnie dotknął brody po chorej stronie.
- Nie ma na to wielkiej nadziei – powiedział. – Nie sądzę, żebym się do tego czasu tego pozbył. Straszne paskudztwo.
Lucia przyjrzała mu się z przechyloną głową.
- No cóż, zobaczymy – powiedziała. – Mój drogi, słońce migoczące na falach! Czy o tym pisał Homer – a może Ajschylos – jako o „niepoliczonym śmiechu oceanu”? Nieśmiertelna fraza!
- Nawet się nie zastanawiam, czy tak było – odrzekł Juruś. – A co do Benjy’ego i Elizabeth, to nie rozumiem, jak ktokolwiek mógłby oczekiwać, że można zostać pogłębionym i ubogaconym przez ślub z Elizabeth. Ani z Benjym, prawdę mówiąc.
- Może miałam za dużo optymizmu. Mam nadzieję, że nie narobią sobie kłopotów przez swoje spekulacje. Nie znają się na podstawach finansów. Powiedziałam obojgu dziś rano, co zamierzam zrobić. A oni poszli i zrobili na odwrót.
- Cudownie, że ty masz do tego taką smykałkę – powiedział Juruś. – Jestem o pięćdziesiąt funtów bogatszy dzięki twojej radzie---
- Nie, Jurusiu, nie radzie. Mojemu przewodnictwu, jeśli już.
- No to przewódź. Może spróbowałbym jeszcze raz.
- Nie robiłabym tego – powiedziała. - To zaczyna wchodzić ci do głowy, już śniłeś o kopalni złota. Nie bądź jak Diva: załamywała ręce na chodniku z rozpaczy, że nie wie, co robić.
- Jak ty sobie radzisz, żeby o tym nie myśleć?
- Ja o tym myślę – odpowiedziała – ale na chłodno, jakby finanse były dziedziną naukową, czym w istocie są. Studiuję je, zapisuję wnioski, działam. Przy okazji, wiesz może, ile jest warta rupia?
- Nie mam pojęcia – odparł Juruś- ale niewiele, jak mi się wydaje. Jeśli masz ich dużo, dają lakh. Ale nie wiem, ile ich trzeba na lakh, ani ile to ten lakh, jak już się w niego zbiorą.
W następnym tygodniu nie wydarzyło się nic szczególnego. Akcje Siriami nadal były stabilne, ale nieustające napięcie tak wyczerpało Divę, że po kupieniu jeszcze siedmiu, bo Mapp-Flintowie dokupowali, przeżyła pewnego ranka kryzys psychiczny gdy poszły one w dół o sześć pensów, sprzedała wszystkie (miała dziesięć) i przy pomocy kilku tabletek na uspokojenie odzyskała nadwątloną witalność. Jednak nadal z ogromnym zainteresowaniem śledziła ruchy na rynku, gdyż – jak to już często bywało – pomiędzy Elizabeth i Lucią toczył się śmiertelny pojedynek, tyle że tym razem toczył się on jak na wielkim polu bitwy złożonym z linii kolejowych przebiegających między kopalniami złota. Lucia, można rzec, gnała z wizgiem w lokomotywie linii kolejowej Southern ciągnącej ładunek Burma Corporation, podczas gdy Elizabeth układała na torach bryły rudy z Siriami, bo wykoleić jej pociąg. Bo akcje Southern Railway Prefs zaczęły wykazywać ruch: pewnego ranka wzrosły o jeden punkt, następnego już o trzy, a w Mallards dwoje wykończonych decydentów chwyciło swe egzemplarze Financial Post i zjadło śniadanie bez apetytu. Całe Tilling było świadome że trwa ta ognista rywalizacja i kiedy w następną niedzielę kazanie wygłosił gościnnie pewien misjonarz, który poświęcił się ewangelizacji pogan zarówno w Burmie jak i Afryce Zachodniej, Lucia siedząca wśród chóru pomocniczego po jednej stronie kościoła i Mapp-Flintowie po drugiej, wydawali się wcieleniem tych dalekich krajów. Pan Wyse uważanie słuchający kazania pomyślał, że to nadzwyczajny zbieg okoliczności: nawet misjonarz z obcych stron wydawał się być wciągnięty w ten wir.
Następnego ranka na stole śniadaniowym w Mallards znalazło się zaproszenie dla Luci, aby Mapp-Flintowie zaszczycili ją swoją obecnością na kolacji w przyszły piątek, z okazji jej Jubileuszu. Southern Prefs znów poszły w górę, a Siriami w dół, ale, jak przypuszczała Elizabeth, będzie tam „całe Tilling,” a jeśli ona i Benjy odrzucą zaproszenie, co wydawało się właściwym sposobem wyrażenia, co o tym wszystkim myślą, całe Tilling dojdzie do wniosku, że ich nie zaproszono.
- Nie jestem w stanie znieść jej obejścia – powiedziała Elizabeth, rozbijając czubek jajka z taką gwałtownością, że jego miękka zawartość rozbryznęła się po jej talerzu. – Jej wyniosłość, jej arogancja. Nawet jeśli nie mówi nic o Siriami, wiem, że się nad nami lituje, że nie poszliśmy za jej przykładem i nie kupiliśmy tych jej dzikich akcji. Jak tam stoi ta Bohemian Corporation, czy jak ona się zwie? Nie sprawdzałam.
- Sześć pensów w górę – powiedział major Benjy ponuro.
Elizabeth zwilżyła usta.
- Podejrzewałam, że tak będzie i widzisz, miałam rację. Ale myślę, że lepiej będzie jak pójdziemy na jej urodziny i może dowiemy się czegoś o tej tajemnicy Jurusia. Jestem pewna, że ona ukrywa coś mrocznego, czuję to po prostu. Starzejące się kobiety już takie są. Wiedzą, że latka lecą, atrakcyjność przemija, więc wymyślają tajemnice żeby ludzie jeszcze trochę się nimi interesowali, biedactwa. Jest ten mężczyzna z brodą, którego Diva widziała w jej samochodzie; ta tajemnica nie została wyjaśniona. Pewnie to był jej brodaty ogrodnik w przebraniu, a ona miała nadzieję, że my wszyscy pomyślimy, że mieszka u niej ktoś, o kim nic nie mamy wiedzieć. Ot i cała tajemnica.
- No cóż, ze sprzedaży Siriami i zakupu tych przeklętych Prefs nie robiła tajemnicy – powiedział Benjy.
- Czyli to pewnie moja wina – powiedziała Elizabeth z goryczą, potrząsając pieprzniczką nad kałużą żółtka na talerzu i nabierając z niej łyżką. – Rozumiem: powinnam pójść za przykładem Luci i zainwestować moje pieniądze tak, jak ona rekomendowała. I jeszcze dygnąć i powiedzieć: dziękuję wasza łaskawa wysokość. Jasne.
- Niczego takiego nie powiedziałem- odrzekł Benjy.
Elizabeth sypnęła pieprzem tak obficie, że dostała strasznego ataku kichania nim mogła odpowiedzieć w oczywisty sposób.
- Nie, ale tak sugerowałeś, Benjy, co jak sądzę jest jeszcze gorsze – odpowiedziała chrapliwie.
- Nic podobnego. Żadnego „powinnaś” w tym nie było. Ale prawdę mówię, żałuję, że nie poszedłem za jej radą. Southern Prefs poszły w górę o dziesięć punktów od kiedy nam o nich powiedziała.
- Nie mówmy już o tym proszę – powiedziała Elizabeth.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Czw 25 Wrz, 2025 13:38
Juruś doskonale trafił w sedno - Zawsze dzieje się coś ciekawego. Jak nie jedno to drugie, a najczęściej i jedno i drugie! droga Elżbieta zamierza zostać wilczycą z Wall Street , ale chyba ma kłopot
Nie mogę doczekać się przyjęcia urodzinowego ze świeczką na przyszłość
Trzykrotka - Nie 28 Wrz, 2025 21:23
Lucia knuje, jak przywrócić Jurusia do życia towarzyskiego w Tilling i odpalić wielką bombę...
Wszyscy przyjęli zaproszenie na jubileusz i Lucia uznała, że nadeszła chwila aby wprowadzić w życie jej plan przywrócenia Jurusia do świata Tilling. Był znowu sobą, prócz szpiczastej bródki, którą Foljambe znów bardzo zręcznie przycięła, jego kucharka miała następnego dnia wrócić z urlopu, a on wracał by znów zamknąć się w swoim małym, samotnym domku do czasu, aż będzie mógł pokazać przyjaciołom swą normalną twarz. Co do tego punktu był nieugięty: nikt nie może zobaczyć go z małą siwą bródką, bo to byłby koniec pozowania na naczelnego młodzieńca Tilling: żaden jeune premier nie nosi siwej brody, choćby niewielkiej. A doktor Dobbie zakazał nawet myślenia o „podrażnieniu końcówek nerwowych” brzytwą do czasu, aż nie będą podatne na uszkodzenia. Za jakieś trzy tygodnie, jak przewidywał doktor Dobbie. Ten werdykt przygnębił Jurusia: kolejne trzy tygodnie kulenia się w samochodzie, okutanym po uszy, i powrót do przerażającej samotności wieczorami. Chciał usłyszeć, jak padre miesza szkocki z irlandzkim, chciał zobaczyć Divę w nowej krótkiej fryzurce, chciał zbadać skutki małżeństwa u Mapp i Flinta, a tym bardziej tęsknił za tym chlebem powszednim, że Lucia dawkowała mu go skąpo; surowo stosowała się do nieludzkiego postanowienia, że kończy z przyziemnymi plotkami. Gdy się ją wzięło z zaskoczenia, nadal płonęła z chęci ujrzenia Benjy’ego uderzającego piłeczkę golfową do dołka, ale irytująco szybko się mitygowała i znów udawała obojętność. Pewnie ten brak ludzkich uczuć z czasem minie, ale padło na paskudną chwilę, bo on tak pragnął nowinek, a ona mu je wydzielała. Jednak tego wieczoru siedzieli przyjemnie przy kolacji, choć ona co rusz miała w oczach to odległe spojrzenie, jakby wpatrywała się w dalekie błękitne wzgórza, które oznaczało, że ma do rozwiązania jakiś niemały problem: Juruś przypuszczał, że chodzi o jakieś niesamowite operacje finansowe, o których nie będzie rozmawiała przy jedzeniu. Potem chyba już problem rozwiązała, bo spojrzenie na błękitne wzgórza zniknęło, przeszyła go świdrującym wzrokiem i nagle zaczęła paplać o nowoczesnych walorach idylli Teokryta.
- Może „nowoczesne” to złe słowo – mówiła. – Powiedzmy raczej: ponadczasowe, Jurusiu. Senza tempo właściwie. Nie sądzisz, że to charakterystyczne dla wielkich artystów: Vandycka ma to bardzo wyraźnie. Jak ponadczasowe portrety malował! Jego lady Castlemaine, jego Kéroualle, Nell Gwynn—
- Ależ to było już po Vandycku – zaczął Juruś. – No wiesz, Karol I, nie Karol II.
- Całkiem możliwe, pewnie masz rację – powiedziała Lucia ze swym zwykłym tupetem. - Ale moja teza pozostaje w mocy. Vandyck jest ponadczasowy, pokazuje godność, dystynkcję, które można mieć w każdej epoce. Ale zawsze utrzymuję – nie wiem, czy się ze mną zgodzisz – że jego portrety mężczyzn są o wiele, wiele lepsze niż portrety kobiet. Większa percepcja, bo wątpię, żeby kiedykolwiek naprawdę rozumiał kobiety. Za to jego mężczyźni! Ta moja kolorowa rycina jego Gelasiusza w drugim pokoju przy pianinie. Wyśmienita! Wypiłeś kawę? To chodźmy.
Lucia weszła do salonu, rzuciła okiem na książkę na stole, zagrała kilka dźwięków na fortepianie, jakby zupełnie zapomniała o Gelasiuszu.
- Zróbmy sobie dziś wagary, Jurusiu, nie ruszajmy tego stlaśnie tludnego Brahmsa – poprosiła. – Powinnam przećwiczyć swoją partię nim będę gotowa by zagrać z tobą. Cudowny Brahms! Jak Pater powiedział o kimś innym: „dusza z wszystkimi jej chorobami weszła w jego muzykę.”
Zamknęła fortepian i od niechcenia wskazała kolorową reprodukcję wiszącą na ścianie obok podróbki chippendalowskiego lustra.
- A oto Gelasiusz, o którym mówiłam – powiedziała. – Dość ciemny ten kąt. Muszę znaleźć mu odpowiedniejsze miejsce.
Juruś podszedł i przyjrzał się wizerunkowi. Istotnie, była to niezwykle dostojna twarz: wysokie brwi, bujna fryzura z kasztanowych włosów i mała spiczasta bródka. Mężczyzna w średnim wieku, najwyżej czterdziestoletni. Juruś nie pamiętał, by wcześniej go tu widział, w czym nie było nic dziwnego, bo Lucia kupiła go tego popołudnia. Zauważyła jego wielkie podobieństwo do Jurusia i nagle w błysku olśnienia stanął przed nią wspaniały pomysł.
- Ojej, co za uderzająca fizjonomia – powiedział. – Ale głupio, że wcześniej mu się nie przyjrzałem.
Lucia nie odpowiedziała i odwracając się dostrzegł, że patrzy uważnie najpierw na obrazek, potem na niego, potem znów na obrazek. Potem opadła na krzesło przy fortepianie i klasnęła w dłonie. - Absolutnie straordinario – powiedziała jakby do siebie.
- Co takiego? – spytał Juruś.
- Caro, nie udawaj, że nie widzisz! Przecież to skóra zdarta z ciebie. Przyjrzyj się dobrze, potem zrób krok w tył i spójrz na siebie w lustrze.
Juruś zrobił jak mu powiedziała i wstrząsnął nim dreszcz zachwytu. Od dawna wiedział (i bardzo nad tym ubolewał) że jego podbródek jest nieco cofnięty, a pulchny drugi podbródek wysuwa się do przodu, ale teraz broda całkowicie zasłoniła te mankamenty.
- Ach, już widzę, co masz na myśli – powiedział.
- Nie można tego nie zauważyć! Jurusiu, ty jesteś Gelasiuszem, którego zawsze uważałam za arcydzieło Vandycka. I to twoja broda to sprawiła. Jakbyś się z nią urodził! Pełna harmonia! I pomyśleć, że zamierzasz zamknąć się znów na trzy tygodnie, a potem ją zgolić. To zabójstwo. Artystyczne zabójstwo!
Juruś rzucił kolejne spojrzenie na Gelasiusza, a potem na siebie. Przez wszystkie ostatnie tygodnie patrzył na siebie tylko przelotnie i ze wstrętem z powodu horroru tej brody i był zupełnie ślepy na to, jak odmieniła jego twarz. Poczuł nagłe ukłucie pragnienia, by na zawsze zostać Galaciuszem, ale na drodze stała mu jedna przerażająca przeszkoda, niezależna od tego budzącego rumieńce momentu, w którym miałby pokazać się całemu Tilling w tak odmienionym stanie. Uznał, że z takim dodatkiem byłby w stanie sprostać wyzwaniu. Ale---
- I co? – spytała Lucia niecierpliwie. Miała rolę do odegrania.
- Najgorsze w tym wszystkim, że moja broda jest tak jasna, że można by ją nazwać siwą – powiedział. – We włosach i wąsach nie ma siwych włosów, a ta głupia rzecz wyrosła w takim kolorze. Bez koloru właściwie. Jak myślisz, to przez moje wyczerpanie?
Lucia się tego uchwyciła: była to genialna myśl Jurusia, która ułatwiła jej życie.
- Oczywiście, że dlatego – powiedziała. – Kiedy będziesz silniejszy, twoja broda na pewno odzyska kolor. To kwestia czasu. To już się chyba zaczęło.
- Ale co mam zrobić do tego czasu? – spytał Juruś. – Teraz dziwnie wyglądam.
Roześmiała się.
- Że też pytasz o to kobietę – powiedziała. – Ufarbuj ją, Georgino. Czasowo rzecz jasna, antycypując naturę. W Hastings jest barber, jedź do niego od razu jutro.
Tak naprawdę, Juruś miał na górze sporą butlę specyfiku o dokładnie tym odcieniu i poprawiał sobie odrosty dziś rano. Ale sugestia Luci co do Hastings była mu na rękę, bo świadczyła, że nie ma ona pojęcia o jego potajemnych praktykach.
- Nie bardzo mam na to ochotę – powiedział.
Teraz Lucia rozwinęła pełną moc perswazji. Znając Jurusia mogła doskonale zrozumieć, dlaczego wolał zamknąć się w domu na kolejne trzy tygodnie, niż pokazać się Tilling z kasztanowymi włosami i siwą brodą (i rzeczywiście, choć już do niego przywykła, widok był bardzo dziwny). Każdy mógłby wysnuć oczywisty wniosek, że farbuje on włosy, a choć i tak doskonale o tym wiedzieli, publiczny pokaz tego faktu byłby dla niego nie do zniesienia, bo biedny baranek ewidentnie był przekonany, że ten jego wielki sekret dzieli wyłącznie z farbą do włosów. Poza tym, ukrywała go już od dwóch tygodni jak jakiś rojalista dający schronienie królowi Karolowi i gdy on u niej mieszkał nikt z przyjaciół nie mógł jej odwiedzić, żeby go przypadkiem nie wypatrzeć. Jej dobroć buntowała się na myśl o jego osamotnieniu, ale faktem było, że dość już miała jego towarzystwa na wyłączność. Był uroczym kompanem; przyznała nawet sama przed sobą, że byłoby jej miło zamieszkać z nim na zawsze, ale przecież nie za cenę wyrzeczenia się towarzystwa innych… Wytoczyła armaty.
- Ależ to zupełnie nierozsądne – zawołała. – Farbowanie to tylko środek tymczasowy, póki broda nie odzyska koloru. A jaka poprawa! Mój drogi, nigdy u nikogo takiej nie widziałam. Diva nawet się nie umywa! I jak możesz nawet rozważać powrót do pustelnictwa, bo naprawdę tak to wygląda, na kolejne tygodnie, a na końcu ją zgolić? Ta dystynkcja, Jurusiu, ta szlachetność i – prawdę mówiąc- zupełne zniknięcie twojego podbródka, który był jedynym słabym punktem twej twarzy. Jest w twojej mocy zostać chodzącym arcydziełem Vandycka, a ty się wahasz, czy nie odrzucić – jak mówi psalm – tej cudownej szansy. Hastings jutro, zaraz po śniadaniu, zaklinam cię. Do lunchu będzie już sucha, prawda? No wiesz, kobieta mając perspektywę tak kolosalnego upiększenia nie zmrużyłaby oka w nocy z czystej radości. Och,amico mio – powiedziała w ich intymnym dialekcie - ti zezłościś Lubię baldzio-baldzio jeśli zgolisz vostra bella barba. [i]Di graziaJurusiu! (*twoją piękną brodę, na miłość boską!)
- Cieba pomyśleć – powiedział Juruś.
Wstał z krzesła i jeszcze raz popatrzył na Gelasjusza i na siebie i zastanowił się, czy będzie miał odwagę, by pokazać się bez ostrzeżenia na High Street, nawet z kasztanową brodą.
- Chyba masz rację – powiedział w końcu. – I pomyśleć, że to dzięki mojemu półpaścowi. Ale to jest ogromny przeskok.. Tak, tak zrobię. I ostatecznie będę mógł przyjść na twoje przyjęcie urodzinowe.
- Bez ciebie przyjęcia nie byłoby – odrzekła Lucia ciepło.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Nie 28 Wrz, 2025 21:43
O rany, ale niespodzianka czeka Tilling ja bym od raz pociągnęła sprawę w kierunku reinkarnacji i tak dalej, przecież w Tilling nigdy nie słyszeli o guru a może teraz wszyscy postanowią znaleźć swoje podobizny na portretach z przeszłości i się do nich poupodabniać?
Trzykrotka - Wto 30 Wrz, 2025 13:35
| Tamara napisał/a: | a może teraz wszyscy postanowią znaleźć swoje podobizny na portretach z przeszłości i się do nich poupodabniać? |
No, to byłoby fantastyczne! I powiem ci, że jedna z pań z Tilling, zupełnie niechcący stanie się prawie-postacią z pewnego arcydzieła malarstwa... ale to w następnym tomie.
Póki co naszych rentierów nadal zaślepia gorączka złota. Ale niedoszły skandal z obcym mężczyzną mieszkającym z Lucią zostanie zażegnany
Kucharka Jurusia wróciła z wakacji a następnego ranka po operacji i on wrócił do swego domu. Zabrał ze sobą do Hastings małe lusterko i przez całą drogę powrotną nieustannie w nie patrzył by przyzwyczaić się do siebie samego, bo miał dziwne uczucie, jakby zupełnie nieznajomy z XVII wieku siedział z nim w samochodzie, a jego niespokojna świadomość podpowiadała mu, że każdy, kto spojrzy na niego z bliska pomyśli, że ten nowo odkryty Vandyck (jak Carlisle Holbein) jest bardzo wątpliwy. Może to jakiś naśladowca, ale raczej popłuczyny. Foljambe mu otwarła drzwi Mallards Cottage i znacznie podreperowała jego nadszarpniętą pewność siebie. Na chwilę szczęka jej opadła, jakby została znokautowana, taki był szok na widok jego transformacji, ale szybko się otrząsnęła i posłała mu promienny uśmiech.
- Cóż, to miła odmiana, sir – powiedziała – po pańskiej siwej brodzie, za pozwoleniem.
A Juruś pospieszył na górę by uzyskać lepszy widok na siebie w dużym lustrze wiszącym w sypialni, niż dawało lusterko ręczne. Następnie zadzwonił do Luci by powiedzieć, że operacja zakończyła się sukcesem, a ona obiecała wpaść zaraz po lunchu i rozłączyła się.
Napięcie nerwowe zmęczyło go, podobnie jak ciągłe wycieczki na górę, by nabrać nowych wrażeń na swój temat. Nowoczesny strój był przeszkodą, ale bardzo ładna peleryna z futrem wokół szyi dała efekt Gelasiusza, a gdy przybyła Lucia, zszedł w niej. Była pełna podziwu: chodziła powoli wokół niego, by poznać różne punkty widzenia, wykrzykując: „Mój drogi, jaka poprawa” lub „Mój drogi, wspaniale”, na co Georgie odpowiadał: „Naprawdę ci się podoba?”, aż jej wersja w końcu przekonała go, że była szczera. Usiadł, by odpocząć przez resztę dnia po tych trudach i stanąć jak feniks z popiołów przed całym Tilling w godzinie zakupów następnego ranka.
- A tak serio, to jak myślisz, co oni wszyscy sobie pomyślą? – spytał. – Możesz sobie wyobrazić, jak potwornie się denerwuję. Byłabyś bardzo dobra, gdybyś wpadła jutro rano i przeszła się ze mną. Po prostu nie dam rady przejść sam przed oknem pokoju ogrodowego od pod okiem Elizabeth.
- Dziesiąta czterdzieści pięć, Jurusiu – powiedziała. – Co za poprawa!
Po jej odejściu popołudnie i wieczór strasznie się ciągnęły. Miło było znów zobaczyć swoje bibeloty, ale tęsknił za towarzystwem Luci. Choć od wielu lat byli sobie bardzo bliscy, nigdy wcześniej nie przebywali tak długo wyłącznie we dwoje. Książka i mała pogawędka z Foljambe sprawiły, że kolacja była znośna, ale potem ona poszła do domu do swojego Cadmana, a on został sam. Wypolerował swoją niegrzeczną tabakierkę, a potem zaczął pracować nad haftem petit-point z pasterką. Rozebrał ją tak, że była bardziej golutka niż Ewa i zastąpił zieleń jej sukienki różowością i teraz zamiast wyglądać jak szparag, mogła być sobie młodą damą, która z niewiadomych powodów woli pasać owieczki nieubrana, ale bardzo chciałby jeszcze komuś pokazać swoje dzieło, a z kucharką pogadać nie mógł. Albo wpadł mu do głowy ciekawy, temat, ale nie miał z kim się nim podzielić i grał pięknie na fortepianie, ale nikt go nie chwalił. Samotność okazała się przerażająca, choć bez wątpienia znów do nie przywyknie, i strasznie było pójść spać bez pogaduszek na schodach. Często wystawał z Lucią pod drzwiami jej sypialni kończąc rozmowę, a nawet wchodził do środka na jej wyraźne zaproszenie. Dziś wszedł na górę sam i słyszał tylko chrapanie kucharki.
Następnego ranka Lucia pojawił się punktualnie i wyruszyli pod obstrzałem spojrzeń z okna pokoju ogrodowego. Elizabeth tkwiła w nim jak zwykle i po chwili wpatrywania się z nich przez teatralną lornetkę, której używała do obserwacji ciekawych obiektów z dystansu, wydała pisk, który sprawił, że Benjy upuścił Financial Postzawiadamiający o rujnującym spadku Siriami o dwa szylingi.
- Pan Juruś zapuścił brodę! – krzyknęła i popędziła po koszyk i kapelusz i ruszyła za nimi High Street. Następnie zobaczyła go Diva wyglądająca z okna i nie mając przewagi Elizabeth, które widziała go jak wychodził z własnego domu, nie poznała go w pierwszej chwili. Musiała przejść przez sumę dowodów poszlakowych, zanim dotarła do jego tożsamości: był z Lucią, był takiego samego wzrostu i budowy, reszta jego twarzy była taka sama i miał na sobie dobrze znaną małą pelerynę z futrzanym kołnierzem. Q.E.D. (*jak zostało okazane). Gwizdnęła na Paddiego, złapała swój koszyk i rzucając się na ulicę, wpadła prosto na Elizabeth, która podążała sprintem z Mallards.
- Wyszedł. Pan Juruś. Broda – powiedziała.
Elizabeth szła tak szybko, że tchu jej brakło.
- O tak, kochana – wydyszała. – Nie wiedziałaś? A to dopiero! Gdzie oni poszli?
- Nie widziałam, ale szybko ich znajdziemy. Chodźmy.
Elżbieta, rozgoryczona tym, że nie może przekazać Divie tej nowiny, natychmiast postanowiła zająć przeciwne stanowisko i nie okazywać najmniejszego zainteresowania tą niezwykłą przemianą.
- Ale o co tyle krzyku, moja droga? – powiedziała. – Cóż to ma w ogóle za znaczenie. Czemu pan Juruś nie miałby zapuścić brody? Gdybyś to ty miała…
Dźwięk synajskie trąbki Royce’ a Susan sprawił, że obie wskoczyły na chodnik jakby grały na boisku Toma Tiddlera.
- Ależ nie pamiętasz – zaczęła Diva niemal w natchnieniu - … tu jesteśmy bezpieczne… nie pamiętasz tego mężczyzny z siwą brodą, którego widziałam w samochodzie Luci? To na pewno ten sam człowiek. Mówiłaś najpierw że to pan Montagu Norman, a potem że ogrodnik Luci w przebraniu. Ten, którego żeśmy śledzili, ty w swoim oknie, ja na Church Square.
- Gramatyka, droga Divo. Śledziłyśmy, nie żeśmy śledzili – przerwała Elizabeth żeby zyskać na czasie, podczas gdy w jej głowie piętrzyły się kluczowe pytania. Bo jeśli Diva miała rację i mężczyzną w Luci samochodzie był Juruś (z siwą brodą), to musiał wracać tym samochodem skądś do Mallards Cottage. Czyżby mieszkał w Grebe przez cały ten czas gdy udawał (lub Lucia udawała za niego) że jest w domu, zbyt chory, by się z kimkolwiek widzieć? Lecz jeśli tak, to dlaczego w niektóre dni jego dom wydawał się zupełnie opuszczony, a w inne zamieszkały? Z całą pewnością Juruś (kasztanowa broda) wyszedł z niego dziś rano z Lucią. Czyżby pomieszkiwali u siebie na zmianę? Czyżby żyli w grzechu?... biedna płytka Diva nie miała najmniejszego pojęcia o tych głębokich i najpewniej bolesnych sprawach. Jej ptasi móżdżek nie był w stanie wyjść poza kolor brody. Zanim Diva zdążyła sformułować odpowiednią odpowiedź na ten marny gramatyczny punkt, nastąpiła dosłownie erupcja emocji. Lucia z Jurusiem wyszli z poczty, Paddy wdał się w psią walkę, a padre i Evie Bartlett wyłonili się z bocznej ulicy naprzeciwko i, jakby wystrzeleni z katapulty, przemknęli przez ulicę tuż przed maską samochodu Susan.
- Na miłość boską, przejedzie ich! – krzyknęła Diva. – PADDY! A tam Lucia i pan Juruś. Ile się dzieje dziś rano!
- Divo, przesadzasz trochę – powiedziała Elizabeth uprzejmie i pogodnie. – Siwe brody, brązowe brody, wypadki samochodowe, też…! I voilà! Nawet Susan wysiadła z samochodu i prawie biegnie przez jezdnię żeby porozmawiać z panem Jurusiem i dziwaczna Irene w szortach. Co za zamieszanie! Zachowajmy godność, na miłość boską i róbmy dalej zakupy. Wszystko to zaaranżowała Lucia, a ja nie zamierzam temu ulegać.
- Ale ja muszę podejść i powiedzieć mu, że cieszę się, że lepiej się czuje – powiedziała Diva.
- Certainement, kochanie, jeśli wcześniej myślałaś, że jest chory. Ja uważam że to od początku była mistyfikacja.
Ale mówiła w pustkę, bo Diva walnęła Paddy’ego w żebra koszykiem na zakupy i pomknęła przez ulicę do grupy na chodniku, gdzie Juruś odbierał generalne gratulacje z powodu wyzdrowienia i wypięknienia. Werdykt był bardziej niż pochlebny i jeszcze długo po tym, jak przyjaciele napatrzyli się do syta, on spacerował w tę i we wtę po High Street i wchodził do sklepów, z których niczego nie potrzebował, aby wszyscy mogli ponapawać się jego epifanią, której tak się bał, a która okazała się czystą przyjemnością. Elizabeth bardzo długo udawało się nie wziąć udziału w przedstawieniu, jej zdaniem wymyślonym przez Lucię i zgrabnie go unikała, ale w końcu dopadł ją w warzywnym. Sprawdzała świeżość szpinaku aż ją plecy rozbolały i w końcu musiała się odwrócić i stanąć z nim twarzą w twarz.
- Prawda, jaki piękny poranek, panie Jurusiu? – powiedziała. – Jak to miło znów pana spotkać. Szpinaku za sześć pensów, panie Twistevant. Jaki świeżutki! – i wypadła ze sklepu, nadal nie zauważając jego brody.
- Co za męcząca kobieta – pomyślał Juruś. - Jeśli zobaczy garnek miodu, na pewno doda do niego łyżkę dziegciu.
Ale dostał już dziś tyle miodu, że dziegieć Elizabeth nie zepsuł mu dnia.
Koniec rozdziału trzeciego
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Śro 01 Paź, 2025 16:24
| Trzykrotka napisał/a: | | jedna z pań z Tilling, zupełnie niechcący stanie się prawie-postacią z pewnego arcydzieła malarstwa... |
Mam nadzieję, że nie będzie to Olimpia ani Maja naga
Nooo, Tilling zachowało się jak należy i dobrze, że Juruś wreszcie wrócił do żywych
Czyli teraz czekamy na przyjęcie urodzinowe?
Trzykrotka - Śro 01 Paź, 2025 17:17
| Tamara napisał/a: | | Trzykrotka napisał/a: | | jedna z pań z Tilling, zupełnie niechcący stanie się prawie-postacią z pewnego arcydzieła malarstwa... |
Mam nadzieję, że nie będzie to Olimpia ani Maja naga
|
Powiem tyle - malować będzie Irene, a wiesz, co ona lubi
Rozdział czwarty
Elizabeth Mapp-Flint miała co do swojego męża konkretne plany i zamierzała je zrealizować. Jako kawaler z zamiłowaniem do alkoholu i bardzo skromnymi dochodami, zamieszkujący mały domek w pobliżu Mallards, mógł sobie do woli, jeśli tylko chciał, wydatkować wciąż krzepką silę swych pięćdziesięciu pięciu lat na grę w golfa za dnia i lekkie odurzenie wieczorem. Ale przez małżeństwo zyskał nowy status: stał się panem, choć nie właścicielką, najlepszego domu w Tilling, dzięki żonie stał się personą z pozycją i jedynym słusznym kolejnym krokiem było dołączenie do władz miejskich. Zbliżały się wybory do rady miasta, a ona zdecydowała za siebie i za niego, że musi on do nich stanąć. To, że jeśli zostałby wybrany, postawiłby sobie za cel zrobienie porządku z samochodem Susan Wyse blokującym co rano przejazd na High Street, nie było hasłem przewodnim kampanii. Elizabeth pragnęła godności na lokalną skalę, którą wybór dałby nie tylko jemu, ale i jej, a jeśli biedna Lucia (zawsze pchająca się na front) zzieleniałaby z zazdrości, to cóż – trudno, nie Elizabeth byłaby winna. Póki co, program, który należało przedłożyć wyborcom, był jeszcze w powijakach, ale kluczem do sukcesu miały być miejskie oszczędności (major Mapp-Filnt i oszczędności...) i obniżka lokalnego podatku.
Noc urodzinowego przyjęcia Luci przeszła w dzień ulewnego deszczu, a ponieważ w golfa grać się nie dało, Elizabeth posłała kucharkę po zakupy (miała ona płaszcz przeciwdeszczowy) i po śniadaniu poszła do pokoju ogrodowego na pogawędkę. Zawsze pukała do drzwi, uchylała je i pytała: Mogę wejść, Benjy-boy?, by przypomnieć mu, jaka była szlachetna, że mu ten pokój oddała. Dziś usłyszała raczej szorstką odpowiedź, bo na pewno oszczędność nie była hasłem przyjęcia u Luci i podano na nim przerażającą obfitość jadła i wina: naprawdę, bardzo wulgarny popis, a Benjy zjadł jakieś potworne ilości i wypił o wiele więcej wina, niż potrzeba było, by zaspokoić pragnienie. Gdy jechali do domu, posprzeczali się trochę, bo on upierał się, że na torcie było pięćdziesiąt jeden świeczek i że wieczór był wyjątkowo wesoły, ona twierdziła, że świeczek było tylko pięćdziesiąt i że to bardzo wątpliwa gościnność, podawać gościom więcej potraw niż byliby skłonni zjeść lub chcieliby wypić. Jego brak apetytu przy śniadaniu następnego dnia mógłby świadczyć, że poprzedniego wieczoru zjadł na tyle, że wystarczy mu na jeszcze długie godziny, ale nadzwyczajnie duże spożycie herbaty nie dało się wytłumaczyć w podobny sposób. Lecz Elizabeth uważała, że wystarczająco skomentowała to przy śniadaniu (lub herbacie, jeśli o niego chodziło), a kiedy przyszła dziś rano na pogawędkę, nie miała zamiaru mu tego wypominać. Oskarżenie, że nie potrafił poprawnie policzyć do pięćdziesięciu lub pięćdziesięciu jeden, wciąż dręczyło go w umyśle, bo z pewnością sugerowało słabo zakamuflowane powiązanie z sherry, szampanem, porto i brandy.
- Jaka szkoda, że jest tak mokro, kochanie – powiedziała pogodnie. – Partyjka golfa zrobiłaby ci najlepiej na świecie. Rozwiałaby mgłę z mózgu.
Benjy’emu nie przypadł do gustu ten typ humoru i widząc w tym zdaniu aluzję do tematu z wczoraj, od razu przeszedł do sedna.
- Świeczek było pięćdziesiąt jeden – powiedział.
- Cinquante,Benjy – odrzekła twardo. – Ona ma pięćdziesiąt lat. Tak powiedziała. Więc musiało ich być pięćdziesiąt.
- Pięćdziesiąt jeden. Świeczek, znaczy. Ale właśnie myślę sobie, że ty myślałaś – jeśli nadążasz - że ja nie umiem liczyć. To bardzo niefajnie. Następnym razem powiesz, że widziałem sto. Widzę podwójnie, tak? I niby czemu partia golfa miałaby mi zrobić dobrze właśnie dziś? Nie lepiej niż każdego innego dnia, chyba, że chcesz, żebym złapał zapalenie płuc.
Elizabeth opadła na krzesło przy oknie tak nagle, jakby ktoś gwałtownie podciął jej kolana, i przyłożyła chusteczkę do oczu by ukryć fakt, że nie uświadczyło się w nich tam ani jednej łzy. Jako że jej mąż zwrócony był w stronę kominka, nie zauważył tego manewru i myślał, że podeszła do okna wyłącznie dla swych porannych obserwacji. Nadal snuł ponure refleksje nad Financial Post, które zawierało informację, że Siriami stoi słabo, a Southern Prefs bardzo mocno. Obie informacje przygnębiały po równo.
Elizabeth wahała się, co zrobić dalej. W trakcie ich małżeńskiego życia zdarzały się sprzeczki, w czasie których ona stosowała sarkazm i obelgi, ale z małym skutkiem. Benjy-boy albo się odgryzał, albo dąsał, a ona pozostawała z poczuciem nie opanowanego do końca rzemiosła. Polityka udawania głęboko zranionej była nowa, a że jej pierwszy sygnał nie został dostrzeżony, spróbowała drugiego i kichnęła.
- Zaziębiłaś się? – zapytał pojednawczo.
Nie było odpowiedzi, więc się odwrócił.
- Hej, co się stało? – zapytał.
- A to ci wesołe pytanie – powiedziała Elizabeth z piskliwością stłumioną chusteczką. – Mówisz mi, że chcę, żebyś złapał zapalenie płuc, a potem pytasz, co się stało. Uraziłeś mnie głęboko.
- No, zirytowałem się twoim łajaniem, że nie umiem liczyć. Sugerowałaś, że mam niestrawność, tylko dlatego, że zjadłem pyszną kolację. A świec było pięćdziesiąt jeden.
- Nieważne czy pięćdziesiąt, czy milion! – zawołała Elizabeth. – Ważne, że tak paskudnie się do mnie odezwałeś. Zamierzałam cię uszczęśliwić, Benjy, oddając ci mój najlepszy pokój i w ogóle… a w zamian co dostaję? Jednego dnia dowiaduję, że powinnam pozwolić Luci wodzić się za nos, a niemal zaraz potem, że mam nadzieję, że złapiesz zapalenie płuc.
Podszedł do okna.
- No, przecież wcale tak nie myślałem – powiedział. – Ty też czasami jesteś piekielnie ironiczna i mówisz mi masę uszczypliwości.
- Och, to już podłe kłamstwo – powiedziała Elizabeth gwałtownie. – Nigdy nie mówiłam ci niczego nieprzyjemnego. Jamais! Czasami bywam stanowcza, ale zawsze dla twojego dobra. Toujours!Nigdy nie nie przyświecało mi nic, tylko twoje szczęście.
Benjy zaniepokoił się nie na żarty: zapachniało histerią.
- Tak, Dziewuszko, wiem – powiedział kojąco. – Już dobrze? Wszystko w porządku?
Raz czy dwa otwarła i zamknęła usta jak ryba wyjęta z wody i odzyskała panowanie nad sobą.
- Nic więcej ci na razie nie powiem, kochany – powiedziała. – Nie pytaj. Ale nigdy więcej nie mów, że chcę cię wpędzić w zapalenie płuc. To mnie zraniło do głębi. No dobrze, temat zamknięty. Patrz, pan Juruś wychodzi na ten ulewny deszcz. Wiesz co, podoba mi się jego broda, choć powiedzieć mu tego nie mogłam - poza tym dziwnym połyskiem, jak na gotowanej wołowinie. Ale śmiem twierdzić, że on zniknie. Och, otwórzmy okno i spytajmy go, ile było świeczek… dzień dobry, panie Jurusiu. Co za piękny… znaczy paskudny poranek, ale za to wczoraj! Co za piękny wieczór! Wie pan na pewno, ile było świeczek na pięknym torcie Luci?
- Wiem, pięćdziesiąt jeden – powiedział Juruś – choć to były pięćdziesiąte urodziny. Dołożyła jedną, żeby zawczasu przygotować się do kolejnych urodzin.
- Co za piękny pomysł. Cała ona – powiedziała Elizabeth i zamknęła okno.
Benjy z wielkim taktem udawał, że nic nie słyszał, bo za nic nie chciał powrotu tych histerycznych objawów. Sensacyjne podejrzenie co do ich powodu pojawiło się mgliście w jego głowie, ale z całą pewnością było to niemożliwe. Tak więc powrócił spokój, usiedli razem „miło i przytulnie,” jak powiedziała Elizabeth, przy kominku co oznaczało, że zawłaszczyła sobie jego ogromny fotel i zagarnęła niemal całe ciepło) i zaczęli planować kampanię przed nadchodzącymi wyborami do magistratu.
- Lepiej po prostu po cichu zabierz się do roboty- powiedziała – i na początku tego nie rozgłaszaj, bo niestety Lucia jest zdolna do wystawienia i swojej kandydatury, jeśli się dowie, że ty to planujesz.
- Niestety, chyba jej wczoraj powiedziałem – rzekł Benjy.
- Och, co za papla! No cóż, nic już na to nie poradzimy. Miejmy nadzieję, że jakieś chore ambicje nie wpadną jej do głowy. No więc, l'Économie to właściwe hasło dla ciebie. Nie umiem wyobrazić sobie czegoś bardziej lekkomyślnego niż sposób, w jaki Rada Miejska wydaje pieniądze. Jakby Tilling było jakimś Eldorado. Żeby burzyć te małe śliczne slumsy wzdłuż torów kolejowych i budować nowe domy! Nie dość, że to potwornie drogie, to psuje miasto, odbiera mu całą oryginalność.
- I jeszcze ta nowa droga, którą budują na obrzeżach miasta – powiedział Benjy – żeby rozładować korki na High Street.
- Otóż to – wtrąciła się Elizabeth. – O wiele lepszy skutek odnieśliby, gdyby zabronili Susan parkować na ulicy i gdziekolwiek je się spodoba i na jak długo jej się spodoba. Takie trwonienie pieniędzy podnosi podatki skokowo; jakże, już teraz są dwa razy większe niż wtedy, gdy odziedziczyłam Mallards po słodkiej cioci Caroline. I nic z tego nie wynika, prócz drogi, której nikt nie chce i paru nowych brzydkich domów w miejsce tych malowniczych starych chałupek. Może i są trochę wilgotne, ale w końcu w zeszłym roku miałam w sypialni wielką plamę wilgoci i nie prosiłam Rady Miejskiej o remont Mallards za publiczne pieniądze. I ktoś mi mówił, że wszystkie te nowe domy mają łazienki, w których zapewne lokatorzy będą trzymać drób. Są jeszcze bezrobotni. Bzdury, Benjy! Pracy jest pełno dla każdego, tylko ci lenie wolą się wałęsać i wyciągać rękę po zasiłek. My musimy sknerzyć i oszczędzać, żeby ci tak zwani ubodzy mogli się pławić w luksusie. Gdybym co roku nie wynajmowała Mallards za dobre pieniądze, nie stać mnie byłoby na mieszkanie w nim, to możesz wykorzystać. Oszczędności! To jest to. Tak do nich mów, a wygrasz wybory.
Benjy słuchał tej pełnej ognia przemowy i nagle coś wpadło mu do głowy. Choć podobała mu się myśl o piastowaniu urzędu i godność z tym związana, wiedział, że czas na golfa zostanie obcięty przez kampanię, a jeśli wygra – przez obowiązki. Co więcej, on nie miał tak żywego i jadowitego języka.
Aż podskoczył.
- Słowo daję, Liz, lepiej, żebyś to ty kandydowała, nie ja – powiedział. – Masz gadane, wyrażasz się jasno i zdecydowanie, masz to wszystko w małym paluszku. Na dodatek to ty jesteś właścicielką Mallards, wszystkie te stawki i podatki tobie ciążą bardziej niż mnie. Co na to powiesz?
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Trzykrotka - Czw 02 Paź, 2025 13:19
Co na to Elizabeth?
I co na to Lucia?
Ten pomysł nigdy wcześniej nie zaświtał jej w głowie; ciekawe dlaczego. Ależ podobałoby jej się składanie wizyt w rozlicznych domach, które czuły ciężar wciąż zwiększających się opłat i pozyskiwanie ich głosów dla swojego programu oszczędności! Widziała swoje nazwisko na szczycie listy sondaży. Widziała siebie w Sali Obrad, jedyną obecną tam kobietę, z plikami statystyk na poparcie swej polityki. Elokwencja, komplementy, procesje do kościoła przy oficjalnych okazjach, status, niemal profesorska toga, pozycja, władza. Wszystkie te pokusy rzuciły się na nią i z wysokości wydawała się patrzeć na biedną Lucię, jakby tamta stała na dnie nieużywanej studni. Pięćdziesiąt lat, dueciki z Jurusiem, paplanina o wszystkich Arystofanesach, których przeczytała i kalistenice, którą ćwiczyła i zasadach blefowania w brydżu i radach, których udzieliła maklerowi, podczas gdy burmistrz Mapp-Filnt zajęta jest sprawami hrabstwa Borough. Dobra lekcja dla samozwańczej Królowej Tilling.
- Naprawdę, mój drogi – powiedziała – nie wiem, co powiedzieć. To dla mnie całkiem nowy pomysł, bo to jest przyszłość, którą dla ciebie planowałam gdy tak leżałam w nocy myśląc o tym. Muszę przestawić swoje myślenie na małą rewolucję w naszych planach. Ale coś jest w tym, co sugerujesz. To chodzenie od domu do domu, kobieta jest do tego bardziej odpowiednia niż mężczyzna. No wiesz, filiżanka herbaty z matką i zerkanie na dziecko. I to też prawda, że jako właścicielka Mallards mam solidniejszy udział w nieruchomościach niż ty. Wielkie nieba, zaczynam rozumieć twój punkt widzenia. Zdrowy, jak to u mężczyzny. Z drugiej strony, to, co nazywasz moim „gadanym” – bardzo plebejskie wyrażenie – twarde słowa przychodzą mi szybciej niż tobie, a to może okazać się potrzebne gdy przyjdzie do walki z marnotrawcami. Ale najpierw musiałbyś mi obiecać, że mi pomożesz, bo wiesz, jak na tobie polegam. Mam nadzieję, że zdrowie mi pozwoli na ten wysiłek i w takiej sprawie chętnie zapracuję się na śmierć. Lepiej umrzeć z przepracowania, niż zgnuśnieć z lenistwa.
- Jesteś wprost stworzona do tej pracy – powiedział Benjy z entuzjazmem. – A co do zapracowania się na śmieć, to twój mężuś do tego nie dopuści!
Jeszcze raz Elizabeth przywołała przed oczy jasną wizję władzy i redukcji stawek. Perspektywa była nie do odrzucenia.
- Jak zwykle, ulegam twojej woli, Benjy-boy- powiedziała. – Jak ja cię rozpieszczam! Co za tyran! Co? Już pora na dejeuner, Withers? Jak ten poranek zleciał!
Luci poranek zleciał równie szybko. Po śniadaniu poszła do swego biura, do którego przejście wyłożone było teraz linoleum z kauczuku indyjskiego, aby żaden odgłos kroków z zewnątrz nie rozpraszał jej, gdy zagłębiała się w operacje finansowe. Zapewniało jej to doskonały spokój, poza chwilami, gdy była pilnie potrzebna, w których to przypadkach pukanie Grosvenor do drzwi zrywało ją na równe nogi, bo nie słyszała jej nadejścia; jednak teraz ryzyko takich wypadków zminimalizowano instalując w biurze wewnętrzną linię telefoniczną. Dziś należało dokonać wpisu w księdze, bo sprzedała swe Southern Prefs z oszałamiającym zyskiem i musiała przestudiować listę rekomendacji od tego bystrego Mammonchasa na reinwestycję uwolnionego kapitału.
Przysunęła krzesło do ognia aby je przestudiować. Drogie akcje nie interesowały ją zbytnio: dostajesz tak mało za swoje pieniądze.
- To czego chcę – pomyślała – to dużo tanich akcji, jak te anielskie Siriami, które w ciągu kilku tygodni podwoiły swoją wartość, lecz lista nie zawierała niczego, co według Mammoncasha zapowiadałoby się podobnie. Zasugerował nawet, że nie byłoby źle ulokować połowę kapitału w akcjach ze złoconym brzegiem. Nudniejszej rady nie mogła dostać: dama Catherine Winterglass, Lucia była tego pewna, nie tknęłaby pożyczek rządowych nawet końcem kija. Następnie był jeszcze "London Transport 'C.'" Mammoncash uważał, że w ciągu roku można się po nich spodziewać znacznego wzrostu wartości kapitału...
Lucia odkryła, że myśli jej umyka i biegnie w stronę wczorajszego przyjęcia. Zauważyła, że Benjy rzadko miał w kieliszku wino dłużej niż przez chwilę i że Elizabeth miała go na oku. Choć wyrzekła się zainteresowania takimi płytkimi sprawami, to mogły być one glebą do poważniejszych przemyśleń, bo pod koniec kolacji powiedział jej, że zamierza kandydować do Rady Miejskiej. On i Elizabeth uważali, że to jego święta powinność.
- Roboty będzie mnóstwo – powiedział – ale dzięki Bogu ja się jej nie boję, a coś trzeba zrobić by ukrócić monstrualną rozrzutność magistratu. Mniej golfa dla mnie, pani Lucas, ale obowiązek przed przyjemnością. Niedługo pozwolę sobie do pani zajść i poprosić o pani głos.
Lucia nie była wtedy szczególnie zainteresowana tym tematem, ale teraz w jej głowie zaczęły buzować pomyły. Nie musiała rozważać idei jego wyboru – kto przy zdrowych zmysłach chciałby na niego głosować? – ale poczuła gwałtowny sprzeciw wobec programu oszczędności, który zamierzał wdrażać. Przecież dokładnie odwrotne działania same się nasuwały: trzeba było jakimś sposobem stworzyć więcej miejsc pracy dla bezrobotnych, przyspieszyć budowę porządnych domów dla ubogich. Do wykonania było mnóstwo pilnej i ważnej pracy. Zapatrzyła się w zamyśleniu w ogień, a w jej głowie zaczęły formować się osobiste, ambitne plany. Z pewnością była to godna kariera dla energicznej wdowy w średnim wieku. Wtem zadzwonił telefon i odebrała go przy stole. Juruś.
- Co za paskudny dzień i nie ma szansy na poprawę – powiedział. – Przyjdź do mnie na lunch, pogramy potem duety.
- Dobrze Jurusiu, świetny pomysł. Jak tam moje wczorajsze przyjęcie?
- Doskonałe. I czy nie zaskoczyłem wszystkich moim półpaśćcem? Benjy się trochę odurzył. W domu nie ma na to szansy.
- Raczej lubię, gdy ludzie folgują sobie moim kosztem – zauważyła Lucia. – Czuję się wtedy dobrą gospodynią. Jakieś wieści?
- Przechodziłem tamtędy godzinę temu – powiedział Juruś – a ona nagle otwarła okno i zapytała, ile świeczek miałaś na torcie, a gdy odpowiedziałem, że pięćdziesiąt jeden, zatrzasnęła je dość gwałtownie.
- Nie! Ciekawe, po co jej była ta wiedza i czemu się zdenerwowała kiedy jej powiedziałeś – powiedziała Lucia zapominając, że takie plotki są niewarte chwili uwagi.
- Nie mam pojęcia. Głowę sobie nad tym łamię.
Lucia przypomniała sobie zasady.
- Tak czy siak, to drobnostka – powiedziała – bez względu na wyjaśnienie. Będę u ciebie o wpół do drugiej. Muszę z tobą omówić coś bardzo ważnego. Coś zupełnie nowego: w życiu nie zgadniesz.
- Moja droga, ależ ekscytacja! Więcej pieniędzy?
- Raczej mniej dla nas wszystkich, jeśli się uda – powiedziała Lucia enigmatycznie. – Ale teraz muszę wracać do interesów. Po pierwszym rzucie oka na raport sądzę, że można liczyć na wzrost w Transporcie C.
- Transporcie morskim? – spytał Juruś.
- Nie, alfabetycznym. „C” jak w A.B.C.
- Te herbaciarnie? – spytał inteligentnie Juruś.
- Nie, raczej tramwaje, autobusy, metro.
Rozłączyła się, ale już w następnej chwili oświeciła ją tak genialna idea, że zadzwoniła do niego.
- Jurusiu, odnośnie tych świeczek. Wiem, o co chodzi. Elizabeth uważała, że było ich pięćdziesiąt. To wskazówka dla ciebie.
Znów się rozłączyła i pogrążyła w medytacji o przyszłości.
Juruś pobiegł do drzwi gdy Lucia przybyła i otworzył je sam nim Foljambe zdążyła do nich dotrzeć.
- … a Benjy powiedział, że było ich pięćdziesiąt jeden i że ona uważa, że on nie jest w stanie policzyć prawidłowo – wyrzucił z siebie jednym tchem. – Wchodź i mów do razu, co to za ważna rzecz. Lunch jest gotowy. Chodzi o Benjy’ego?
Juruś od progu zauważył, ż Lucię przygniata jakiś ciężar. Te jej humory były raczej męczące: czasami żałował, że nie może narzucić na nią kawałka zielonego sukna, jak na klatkę z kanarkiem, gdy ten nie przestaje śpiewać. (Foljambe, przynieś sukno dla pani Lucas – pomyślał).
- Tak, pośrednio o niego, a bezpośrednio o wybory do Rady Miejskiej. Uważam, że kandydowanie to mój obowiązek, Jurusiu a kiedy widzę przed sobą jasno mój obowiązek, to go spełniam. Widzisz, major Benjy ma zamiar kandydować, powiedział mi wczoraj i jest za obniżką stawek i progów…
- Ja też – rzekł Juruś.
Lucia odłożyła nóż i widelec i ku wielkiej irytacji Jurusia pozwoliła, by jej bażant ostygnął.
- Nie będziesz jeśli mnie wysłuchasz, mój drogi – powiedziała. – Stawki i podatki są wysokie, to prawda, ale dla dobra bezrobotnych powinny być jeszcze wyższe. Trzeba dać im pracę, Jurusiu: sama wiem, jak demoralizuje brak zajęcia. Nim rozpoczęłam karierę finansową, tonęłam w letargu. To samo dzieje się z naszymi uboższymi braćmi. Ta nowa droga, na przykład. Zatrudniono do budowy sporo mężczyzn, którzy inaczej zbijaliby bąki i pobierali zasiłek, ale to wciąż za mało. Praca zapewnia każdemu – i każdej – godność i szacunek do samego siebie, bez pracy wszyscy schodzimy na psy. Chciałabym, żeby ta droga była dwa razy szersza, choć mogłoby się to wydawać bezużyteczne, bo zapewniłaby moralne wybawienie setek więcej ludzi. I jeszcze te slumsy przy kolei: to prawda, że buduje się nowe domy w miejsce ruder, które są hańbą dla każdego chrześcijańskiego miasta. Ale ja domagam się większego programu. Slumsy powinny być zmiecione z powierzchni ziemi, natychmiast. Co do jednego. Koszty? Kogo to obchodzi? My, szczęśliwsi, rozłożymy je między siebie. My tu pławimy się w luksusie, a za rogiem, że tak to ujmę, lub przynajmniej u podnóża wzgórza stoją te chlewy, w których ludzie muszą mieszkać. Bez łazienek, jak sądzę, pomyśl tylko, Jurusiu! Czuję, że powinnam pozwolić się wykąpać każdemu, kto przyjdzie i o to poprosi, ale Grosvenor odeszłaby w jednej chwili. Miejskie plany budowlane na ten rok powinny być o wiele bardziej kompleksowe. To będzie mój bilet: wydawać, wydawać, wydawać. Jestem bardzo samolubna: muszę pracować dla dobra innych, więc zgłoszę swoją kandydaturę do Rady Miejskiej i od razu ruszam do agitowania. Jak się agituje?
- Chyba chodzisz od domu do domu i prosisz o poparcie – rzekł Juruś.
- Pomożesz mi oczywiście, mogę na ciebie liczyć?
- Ale ja nie chcę wyższych podatków - powiedział Juruś. – Nie tkniesz tego bażanta?
Lucia podniosła nóż i widelec.
- Ale pomyśl, Jurusiu. Oto ty i ja jemy sobie bażanta – molto bene e bellissime przyrządzonego – w twoim ślicznym, małym domku, a potem zagramy na twoim fortepianie, a tym kochanym, małym Tilling są ludzie, którzy nigdy nie zjedzą bażanta, ani nie dotkną fortepianu od Bożego Narodzenia do Nowego Roku, to znaczy na odwrót. Mam nadzieję dożyć tu reszty swoich dni i mam powinność wobec sąsiadów.
Lucia miała powinność także wobec bażanta – pochłonęła go. Jej głos nabrał teraz tonów empatii i uczucia, a Juruś, jak nieszczęsna ofiara Sędziwego Marynarza, Nie pozostawia mu wyboru, każąc słuchać.”
- Jurusiu, ty i ja – a szczególnie ja – powoli się starzejemy i nie przejdziemy tej drogi po raz drugi. (Czy to Kingsley, dobrze pamiętam?). No i musimy pomóc biednym, kulawym, małym pieskom przejść przez płotki. I ty i ja jesteśmy uprzywilejowani od pieluszek. Zawsze mieliśmy wszystko, czego chcieliśmy i teraz musimy zrobić troszkę więcej dla innych. Ostatnio mam wgląd w finanse i widzę, jaką pieniądze mają moc i co człowiek niesamolubny może dzięki nim zdziałać, jak ta cudowna Winterglass. Tych kilka lat, które mi jeszcze pozostały, chcę przeżyć z czystym sumieniem, cicho i spokojnie….
- Ale skoro Benjy stoi w przeciwnym narożniku, nie dojdzie raczej do tarć? – spytał Juruś.
- Zdecydowanie nie, jeśli chodzi o mnie - powiedziała Lucia stanowczo. – Będę dla nich tak samo serdeczna jak zawsze – mówię „dla nich,” bo oczywiście za jego programem stoi Elizabeth – i oddaję im sprawiedliwość, że ich polityka oszczędności jest tak samo szczera jak moja.
- Powiedzmy – odparł Juruś- bo gdy podatki wzrosną znacznie i jeśli nie uda im się co roku wynająć Mallards za wspaniałą cenę, to nie przypuszczam, by stać ich było na mieszkanie w nim. Będą musieli sprzedać.
Ptasie oczy Luci zalśniły nagłym, mimowolnym blaskiem, zupełni jak u drozda, który dostrzegł tłustą dżdżownicę. Natychmiast go zgasiła.
- Naturalnie, byłoby mi ich bardzo żal – powiedziała – gdyby musieli tak zrobić, ale to nie zmieni moich zasad. No i, Jurusiu, rysują się kolejne plany. Nie obawiaj się: tylko ja będę zapędzona do kieratu. Ale wszystko wymaga jeszcze przemyślenia. Wydaje mi się, że widzę… ale nieważne. Teraz usiądźmy do naszej muzyki. Ostatnio nie ćwiczyłam nawet przez chwilę, nie wolno ci na mnie krzyczeć. Zacznijmy od kochanego Beethovena, piąta symfonia. Los puka do drzwi. Czuję, jakby to było przesłanie dla mnie.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Czw 02 Paź, 2025 13:33
| Trzykrotka napisał/a: | malować będzie Irene, a wiesz, co ona lubi |
AUAAAAAA
AAAAAAAAA szykuje się wojna wyborcza !!! ostatnie wybory w USA to przy tym będzie maleńki pikuś i w ogóle nic
Trzykrotka - Czw 02 Paź, 2025 20:51
A co, brydżyki i ploteczki to za mało, czas wypłynąć na szersze wody!
Okno salonu Jurusia wychodzące na ulicę, umiejscowione było blisko drzwi wejściowych. Lucia, jak zwykle, wybrała partię sopranową, bo powiedziała, że nie byłaby w stanie zagrać trudniejszej, basowej, nie dodając, że ta sopranowa była o wiele ciekawsza do grania i już zbliżali się do końca pierwszej części, gdy Juruś odwracając stronę, zobaczył, że przed drzwiami stoi jakaś kobieta.
- To Elizabeth – szepnął do Luci. – Pod parasolką. A dzwonek u drzwi jest zepsuty.
- Uno, due. No i lepiej, pójdzie sobie – powiedziała Lucia akcentując słowa uderzeniem w klawisze.
Ale nie poszła. Juruś od czasu do czasu rzucając okiem zobaczył, że gdy pierwsza partia zbliżała się do końca, stała nadal pod drzwiami.
- Powiem Foljambe, że jestem zajęty – powiedział Juruś wstając ze stołka. – Czego ona chce? Jest za późno na lunch, a za wcześnie na podwieczorek.
Ale było za późno na wszystko. Kołatka zastukała energicznie i nim Juruś miał czas dać Foljambe instrukcje, otwarła ona drzwi właśnie w chwili, gdy on wyszedł z salonu, bo powiedzieć, żeby nie otwierała.
- Drogi panie Jurusiu – powiedziała Elizabeth. – Tak mi wstyd, ale podsłuchiwałam. Nie mogłam nie słuchać tej pięknej muzyki. Nie przerwałabym jej za nic!
Elizabeth wykonała ruch, który nazywała „prześciskaniem się.” Niemal niezauważalnie wcisnęła się i wierciła tak długo, aż minęła Foljambe i zyskała widok na salon Jurusia.
- O! Jest i kochana Lucia – powiedziała. – Ależ piękne przyjęcie wczoraj, chérie:całe Tilling tylko o tym mówi. Ale wiem, że przeszkodziłam. Duet, prawda Mogę usiąść w kąciku, cicho jak mysz pod miotłą gdy będziecie grać? To będzie istna uczta. Co za piękny utwór: wydaje mi się, że świetnie go znam. Nigdy obie nie wybaczę, że przerwałam wam w połowie, tracąc przy okazji wielką przyjemność. Je vous prie!
Wykonawcy wiedzieli oczywiście, że Elizabeth przyszła tu w jakimś celu wykraczającym poza muzyczną ucztę, ale zapadła w fotel przy kominku i przybrała tillingowską „muzyczną twarz” (patent Lucia) uśmiechając się tęsknie, patrząc w sufit i wspierając brodę na dłoni, co było postawą właściwą przy wolnych partiach.
Juruś usiadł więc na powrót i powolna część rozpoczęła się od nowa na swój długi, rozważny sposób, a Elizabeth nim skończyli była już przejedzona ową ucztą. Ciągle od nowa już miała nadzieję, że to koniec, ale melodia (raczej jak hymn – pomyślała) podejmowana była pod innym kątem, póki nie poznała jej od początku do końca, odwrotnie i na wylot. Jakby armia maszerowała obok, armia za armią, wszystkie takie same, ale w innych hełmach i kitlach zamiast spodni. W końcu zabrzmiało kilka głośnych dźwięków, Lucia westchnęła i Juruś westchnął, a nim i ona miała czas westchnąć, ruszyli znowu z kolejną częścią. Ta była znacznie żywsza i Elizabeth porzuciła smutną minę na rzecz radosnej i ożywionej, a tę z kolei na rzecz ledwo skrywanej niecierpliwości. Wydało jej się dziwne, ze dwoje ludzi było tak pochłoniętych tym przerażającym hałasem, że mogło pomyśleć, że ona przyszła tu, by ich słuchać. Fakt, prosiła ich, by sprawili jej tę przyjemność, ale kto mógłby przypuszczać, że podsuną jej tak gargantuiczną ucztę? Bum, bum, bum! Muzyka się skończyła, a ona wstała.
- Cudowne! – powiedziała. – Bach był zawsze moim ulubionym kompozytorem. Merci! Co za szczęście, że cię tutaj zastałam, Luciu. Jak myślisz, po co przyszłam do pana Jurusia? Zgadnij! Nie będę się z tobą droczyć. Te nadchodzące wybory do Rady Miejskiej. Benjy-boy i ja jesteśmy przekonani - chyba mówił ci o tym wczoraj wieczorem – że trzeba jakoś powstrzymać tę monstrualną ekstrawagancję, która tu się odbywa. Tout le mondejest przez to sparaliżowany, wszyscy pójdziemy z torbami, jeśli to potrwa. Czujemy, że naszym obowiązkiem jest to przerwać.
Juruś pogłaskał brodę, co stało się już jego nawykiem w chwilach niepokoju. Teraz musiało już dojść do ujawnienia się i to Lucia musiała to zrobić. Nie było tu miejsca na rycerskość i robienie tego za nią: w tym był jej interes. Zajął się więc nakładaniem obrączek, które zdjął był wcześniej z losu pukającego do drzwi i znów pogłaskał brodę.
- Tak, major Benjy wspominał mi wczoraj coś o swoich planach – rzekła Lucia – a ja zajmuję całkiem przeciwne stanowisko. Na przykład te slumsy powinny zostać zmiecione z powierzchni ziemi, a nowe domy wybudowane tutto presto.
- Moja droga, taki wandalizm – powiedziała Elizabeth. – Takie malownicze i – jak sądzę – bardzo przytulne. Co do naszych planów, to nieco się one zmieniły. Benjy tak nalegał, że w końcu ustąpiłam i to ja kandyduję, nie on. Biorę się więc do roboty toute suite, więc zajrzałam dziś, by uzyskać obietnicę pańskiego poparcia, monsieur, a potem pan i ja musimy nawrócić naszą Lucię.
Nadeszła wielkopomna chwila.
- Droga Elizabeth – powiedziała Lucia zdecydowanie – daj sobie spokój z takimi pomysłami. Ja sama staję do wyborów z dokładnie przeciwną polityką. Za wszelką cenę musimy pozbyć się slumsów i ograniczyć do maksimum bezrobocie w naszym ukochanym Tilling. To chrześcijański obowiązek. Juruś się ze mną zgadza.
- Cóż, do pewnego stopnia… - zaczął Juruś.
- Jurusiu, tuo buon’cuore (*twoje dobre serce) nie pozwala na nic innego – powiedziała Lucia przygważdżając go spojrzeniem świdrującego oka. – Byłeś szczerze entuzjastyczny wobec tych planów.
Elizabeth zignorowała Lucię i zwróciła się do niego.
- Monsieur Jurusiu, to dla nas wszystkich będzie ruina – powiedziała – Rada Miejska zachowuje się – jak powiedziałam właśnie mon mari, jakby Tilling było jakimś Eldorado złotem płynącym.
- Jurusiu, ty i ja pójdziemy jutro obejrzeć te przytulne, malownicze rudery, o których mówi droga Elizabeth – powiedziała Lucia – i przekonasz się jeszcze bardziej niż dotąd jesteś przekonany, że muszą zostać wyburzone. Oka nie zmrużysz w nocy wiedząc, że tolerowałeś ich istnienie. Cale rodziny śpiące w jednym pokoju. Brud, nędza, brak moralności, brak higieny…
W gorączce dyskusji panie porzuciły języki obce.
- Proszę wpaść o dowolnej chwili, panie Jurusiu – przerwała Elizabeth – a pokażę panu, jak cyfry i przekona się pan, jak władze miasta wydają moje i pańskie pieniądze. A ta nowa droga, której nikt nie chce, już kosztowała…
- Tutejsze bezrobocie, Jurusiu – powiedziała Lucia – doprowadziłoby do płaczu nawet anioły. Silni, młodzi mężczyźni, chętni, wręcz palący się do pracy, szukający jej rozpaczliwie, podczas gdy ty, ja i droga Elizabeth żyjemy sobie wygodnie i luksusowo w naszych pięknych domach.
Juruś stał między roznamiętnionymi damami, a jego głowa odwracała się szybko w prawo i w lewo, jakby oglądał mecz tenisowy. Czuł jednocześnie, jakby to on był piłką przerzucaną w tę i z powrotem między dwiema silnymi zawodniczkami a ich intensywność posiniaczyła i obiła go wewnętrznie. Na szczęście ten ostatni gwałtowny atak Luci skierował uwagę Elizabeth wprost na nią.
- Droga Luciu – powiedziała. - Oczywiście, jako stosunkowo nowa mieszkanka Tilling, nie możesz wiedzieć zbyt wiele o wydatkach miejskich, ale ja z przyjemnością pokażę ci, jak wzrosły stawki i podatki w ciągu ostatnich dziesięciu lat, z powodu przestępczej ekstrawagancji władz. To będzie dla mnie prawdziwa przyjemność.
- Z przyjemnością słyszę, że rosną – powiedziała Lucia. - Chcę, żeby wzrosły. To dla mnie kwestia sumienia.
- Nieładnie i lekkomyślnie z twojej strony – powiedziała Elizabeth drżąc lekko. – Nie masz pojęcia, jak bardzo to obciążą niektórych z nas.
Elizabeth z tym wyrazem twarzy niezmąconej pogody skrywającym morze jadu, zwróciła się do Jurusia i porzuciła zasady na rzecz osobistej wycieczki, która stała się nie do odparcia.
- Cóż za przypadek, prawda, panie Jurusiu – powiedziała – że kiedy Lucia tylko usłyszała, że mój Benjy-boy chce startować w wyborach, sama wystawiła swoją kandydaturę.
Lucia roześmiała się srebrzyście, co było oznaką dziecięcej, rozbrajającej wesołości.
- O, Elizabeth – powiedziała. – Jak możesz być tak niemądra?
- Czy ty nazwałaś mnie niemądrą? - zapytała Elizabeth, ze zbielałymi ustami.
Wkroczył Juruś.
- Ojej! – powiedział. – Napijmy się herbaty. Będzie nam o wiele przyjemniej zamiast…
Przestały zwracać na niego uwagę: zamiast być przerzucanym z jednej strony kortu na drugą, leżał jak piłeczka poza kortem, a dwie antagonistki ruszyły do siatki machając rakietami.
- Tak, kochana, powiedziałam „niemądra,” bo jesteś niemądra – powiedziała Lucia, jakby cierpliwie wyjaśniała coś tępemu dziecku. – Sugerujesz zapewne, że moim powodem do wystawienia własnej kandydatury była chęć zablokowania majora Benjy. Tym, co pchnęło mnie do tego kroku jest fakt, że on optuje za oszczędnością. Mnie to przeraża. Obudził moje sumienie i za to jestem mu ogromnie wdzięczna. Bezgranicznie. I powiem mu to przy pierwszej okazji. Dodam jeszcze, że traktuję was oboje z najwyższą serdecznością i przyjaźnią. Jeśli zostaniecie wybrani, co – jak mam nadzieję nie nastąpi, pierwsza wam pogratuluję.
Elizabeth przyłożyła palec do czoła.
- To dla mnie za trudne, obawiam się – powiedziała. – Takie uprzejmości wykraczają poza moje proste rozumowanie… Nie, dziękuję, nie zostanę na herbacie, nawet z muffinkami. Muszę ruszyć dalej z moją agitacją. I dziękuję za piękną muzykę, to takie podnoszące na duchu. Proszę mnie nie odprowadzać, ale zajrzeć któregoś dnia i przejrzeć cyfry.
Posłała Luci uśmiech hieny, a oni zobaczyli, jak szybko przechodzi obok okna, zupełnie zapominając rozłożyć parasol, jakby czekała na deszczową ochłodę. Lucia natychmiast i bez komentarza usiadła ponownie przy fortepianie.
- Jurusiu, mały kawałek niebiańskiego Mozartina, nie sądzisz, przed herbatą? - powiedziała. - To nas znowu dostroi po tych dysonansach. Biedna kobieta!
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Pią 03 Paź, 2025 12:24
Uuuuuuu, ale będzie się działoooo !..nie mogę się doczekać
Mam nadzieję że to będzie wojna z użyciem wszelkich możliwych rodzajów broni
A wygra i tak ktoś zupełnie inny
Trzykrotka - Pią 03 Paź, 2025 21:23
No to popatrzmy na tę kampanię Irene jak zwykle bez pudła
Następnego dnia kampania rozpoczęła się na dobre i z miejsca takie pola do rozmowy i spekulacji jak broda Jurusia i przyjęcie urodzinowe Luci umarły jak królowa Anna. Termin wyborów był niedaleki więc obie kandydatki musiały naprawdę się sprężyć. Lucia ledwo zaglądała do swojego biura, pozwalając „Transportowi C” piąć się w górę bez jej nadzoru, a Benjy, po krótkim i pełnym niesmaku rzuceniu okiem do Fiancial Post, który przynosił smutne wieści o Siriami, przejął domowe obowiązki swojej żony i o poranku ruszył na zakupy z jej wiklinowym koszem na przedramieniu. Każda z dam popełniła drobne błędy: Lucia na skierowała cały swój skomasowany urok na pana Twistevanta z warzywnego i kupiła jakąś nieludzką ilość importowanych grzybów, by dowiedzieć się – gdy przedstawiła mu przedmiot swojej krucjaty i opowiedziała o tych cuchnących (ni mniej ni więcej) chlewach, w których zmuszone są żyć istoty ludzkie – że jest on właścicielem kilku z nich i bardzo nie podoba mu się krytyka jego własności.
- To przecież miłe, ładne domki, p’sze pani – powiedział – i sam mógłbym z chęcią w takim zamieszkać. Grzyby poślę natychmiast...
A znowu Elizabeth, zobaczywszy samochód Susan blokujący ulicę (co zwykle doprowadzało ją do furii) poczęstowała komplementami jej sobolowe futro (które od dawna było w Tilling przedmiotem kpin) i umówiła się, że wpadnie dziś o szóstej na miłą przyjacielską pogawędkę i nieostrożnie nie zauważyła, że zaledwie jard dalej Juruś wygląda na nią z okna barbera. Dosłyszawszy termin spotkania, natychmiast zdradził go Luci, która wobec tego odwiedziła Susan dokładnie o tej samej godzinie. Obie kandydatki usiadły i przez półtorej godziny mówiły do niej, bo z sobą nie rozmawiały, o wszystkim, co tylko przyszło im do głowy, bo każda była zdeterminowana aby tej drugiej nie pozostawić pola. W końcu o wpół do szóstej dołączył do nich pan Wyse i przypomniał Susan, że pora już się przebierać, więc obie panie wyszły razem nie rzucając nawet słówka o wyborach. Gdy tylko znalazły się na ulicy, Elizabeth rzuciła się ulicą w górę, kołysząc się na kocich łbach jak statek na falach. Wyglądało to wręcz na celowe ignorowanie i kiedy następnego dnia Lucia, chcąc się upewnić, spotkała panią na Mallards na High Street i życzyła jej miłego dnia, Elizabeth równie dobrze mogła być ślepa i głucha. Obie szły z agitacją do Divy i przeszły przez ulicę łeb w łeb, ale to Lucia, dzięki zręcznemu skrętowi pierwsza stanęła na schodach domu Divy i zadzwoniła. Diva właśnie wychodziła ze swoim koszykiem na zakupy i sama otworzyła drzwi.
- Diva mia – zaczęła Lucia wylewnie. – Wpadłam, żeby zaprosić cię na obiad na jutro; wyślę po ciebie samochód. Masz może teraz wolne dwie minutki?
- Zaraz przyjdę, słodka Divo – zawołała piskliwie Elizabeth zza ramienia Luci. – Tylko najpierw zobaczę się z padre.
Lucia pospiesznie weszła do środka i zamknęła drzwi.
- Mogę zadzwonić do padre? – spytała. – Chcę i jego zaprosić na jutrzejszy wieczór. Dziękuję. Zaraz oddam ci pensa.
- Z przyjemnością przyjdę na obiad– powiedziała Diva – ale ostrzegam cię…
- Tilling 23 poproszę – powiedziała Lucia. – Tak, Divo?
- Ostrzegam, że nie będę na ciebie głosować. Nie stać mnie na większe stawki. Już teraz monstrualne.
- Divo, gdybyś zobaczyła stan tych domów… Och, czy to padre? Mam nadzieję, że razem z Evie zjecie ze mną jutro obiad. Cudownie. Poślę po was samochód. A mogę teraz wpaść na minutkę?... Ach, ona jest u was, prawda? Zadzwoni padre do mnie do Divy kiedy tylko sobie pójdzie?
- Już teraz ledwo wiążę koniec z końcem – powiedziała Diva. – Żal bezrobotnych i w ogóle, ale ta nowa droga to czysta rozrzutność Pieniądze wyjęte mi z portfela. Zagłosuję na Elizabeth. Mówię to wprost.
- Ale czy dzięki mojej wskazówce co do Siriami nie zarobiłaś fortuny? – spytała Lucia.
- Za dużo powiedziane. Nie ma sensu agitowanie mnie. Pogadajmy o czymś innym. Zauważyłaś zmianę, taką prawdziwą zmianę w Elizabeth ostatnio?
- Chyba nie – powiedziała Lucia z namysłem. – Kiedy ostatni raz się z nią widziałam – u Jurusia, kilka dni temu – była jak najbardziej sobą. Uznała za osobistą obrazę, że ktoś inny prócz niej śmiał kandydować do Rady Miejskiej, czego można się było po niej spodziewać. Może jest trochę bardziej zjadliwa niż zwykle, ale nic poza tym.
- Och, nie o to mi idzie – powiedziała Diva. – Tu nic się nie zmieniło: mówiła ci o króliku, prawda?
- Tak, jakie to do niej podobne – powiedziała Lucia. – Można było mieć nadzieję, że małżeństwo ją poprawi, złagodzi, zrobi z niej prawdziwą kobietę, ale choć pilnie wypatrywałam jakichkolwiek tego oznak, nie mogę powiedzieć…
Lucia urwała, bo nagle olśniło ją genialne przypuszczenie na temat tego, co Diva miała na myśli.
- Mów zaraz o czym myślałaś – powiedziała, świdrując okiem do samego środka duszy Divy. – Nie… nie o tym?
Diva potaknęła głową osiem razy dla podkreślenia.
- Tak, o tym – powiedziała.
- Ależ to nie może być prawda! – wykrzyknęła Lucia. – Niemożliwe. Powiedz mi ze szczegółami, dlaczego tak uważasz?
- Nie rozumiem, czemu nie miało by to być możliwe – powiedziała Diva – bo sądzę, że nie ma więcej niż czterdzieści trzy lata, choć możliwe, że tylko sobie to wmawia. Była tutaj któregoś dnia. Zmierzch. Zapytała, co oznacza, że zasypia o zmierzchu. Potem szybko zmieniła temat i zaczęła mówić o cenie mydła. I wróciła do tematu. Powiedziała, że w sklepie z zabawkami są takie ładne lalki. Myślała, czy by jednej nie kupić. U niej takie słowa są dziwne. Coś w tym może być. Postaram się przyglądać się jej bez uprzedzeń.
Obie damy usiadły na siedzisku przy oknie, gdzie muślinowe zasłony ukrywały je, ale nie przeszkadzały swobodnie wyglądać na High Street. Ta ekscytująca rozmowa została nagle przerwana przez donośne dzwonienie czegoś jak dzwonek na obiad, gdzieś niedaleko z prawej strony.
- To nie sprzedawca muffinek – powiedziała Diva – O wiele za donośny. A herold miejski ma grypę, więc to żaden z nich. Chyba dzwonią dwa dzwony, nie wydaje ci się? Zaraz się przekonamy.
Dzwony brzmiały coraz głośniej, na pewno były dwa, a w końcu dał się pokazać ni mniej ni więcej, tylko cały cortège1. Prowadziła go dziwaczna Irene. Ubrana była w swój zwykły szkarłatny sweter i spodnie, ale na głowie miała wielki blaszany hełm, jak Brytania na monecie pensowej; dzwoniła bez przerwy swoim dzwonkiem obiadowym i obracała się w kółko maszerując. Szły za nią cztery obdarte dziewczynki wcinające bułki i niosące wielki płócienny transparent z impresjonistycznym portretem Luci i złotym napisem „Głosuj na panią Lucas, Przyjaciółkę Ubogich.” Za nimi kroczyła Lucy, służąca – olbrzymka Irene, dzwoniąc drugim dzwonkiem obiadowym i skandując barytonem: "Wszyscy do urn!" Za nią podążało czterech obdartych chłopców, także z bułkami, którzy dźwigali kolejny transparent, z namalowanym na nim z paskudnym portretem Elizabeth i czarnym napisem: „Na pohybel pani Mapp-Flint, Nieprzyjaciółce Ubogich.” Cała procesja ewidentnie miała niezły ubaw.
- Ojej, to bardzo miłe ze strony Irene – powiedziała Lucia, lekko wzburzona – ale czy to nie za dużo hałasu? Co ludzie sobie pomyślą? Muszę ją poprosić żeby przestała.
Wybiegła na ulicę. Obracająca się Irene zobaczyła ją i – wstrzymując procesję – podbiegła do niej.
- Kochanie, jesteś w samą porę – powiedziała. – Czy to nie piękne? Dla ciebie warte setek głosów. W godzinę przemaszerujemy przez wszystkie ulice, a potem spalimy transparent Mapp-Flintowej przed Mallards. Trzy razu hurra dla pani Lucas, Przyjaciółki Ubogich!
Okrzyki rozległy się przy akompaniamencie pryskania okruszkami bułek i ogłuszającemu dzwonieniu w dzwonki obiadowe nim Lucia zdążyła powiedzieć choć słowo. Nie docenić tego bardzo pochlebnego entuzjazmu byłoby niewdzięcznością, więc stała na chodniku kłaniając się i uśmiechając.
- Kochana Irene, jakie to serdeczne i miłe z twojej strony – zaczęła gdy wiwaty umilkły - i co za uroczy mój portret, ale…
- I głośne buuu dla Nieprzyjaciółki Ubogich – wrzasnęła Irene.
Dokładnie w tym natężeniu hałasu na ulicy pojawił się major Benjy nadchodząc od strony Mallards ze swoim koszem, a od drugiej strony nadpłynęła Elizabeth wracająca ze spotkania agitacyjnego z padre. Usłyszała okrzyki, usłyszała buczenie, zobaczyła transparenty i swoją gigantyczną karykaturę i gwałtownie skinęła na swojego Benjy-boya, który ruszył ku niej truchtem.
- Wróg nadciąga – ryknęła Irene. – W drogę, dzieciaki.
Procesja ruszyła w dół High Street z przeraźliwym hałasem dzwonków i transparentami trzęsącymi się na prawo i lewo. Major Benjy pohamował się w ostatniej chwili, by nie cisnąć koszem na zakupy w Lucy i razem z Elizabeth ruszyli w pościg. Jednak w takim pościgu nie było za grosz godności, a nadziei na złapanie dzieciaków i tak nie było. Zatrzymali się, oboje bez tchu, na końcu ulicy, a orszak zniknął za odległym rogiem ulicy i brzęczenie dzwonków cichło stopniowo.
Sprzedawcy i klienci, urzędnicy z poczty, chłopcy na posyłki, kucharki i służące i zwykli mieszkańcy wybiegli gremialnie na ulicę wywabieni dźwiękiem wiwatów, buczenia i dzwonków, z otwieranych na oścież okien wychyliły się głowy z wytrzeszczonymi oczami i otwartymi buziami. Tłum chichotał i gadał; to było jak drugi akt Śpiewaków Norymberskich. Stopniowo ekscytacja cichła, a puls powszedniego dnia, przerwany na chwilę, zaczął znów tętnić regularnie. Kucharki wróciły do kuchni, służące do miotełek do kurzu, sprzedawcy do klientów, a wychylone głowy pochowały się i okna zamknięto. Major Benjy, kompletnie teraz niezdolny do zakupów, poszedł na golfa, a na przeciwległych chodnikach High Street stały naprzeciwko siebie Przyjaciółka i Nieprzyjaciółka Ubogich, obie niezdolne do stawienia czoła wszystkiemu, nawet sobie nawzajem.
Lucia nie miała bladego pojęcia, co robić. Nie przyłożyła w najmniejszym stopniu ręki do przerażającej demonstracji Irene na jej cześć, prócz tego, że zwykłe dobre maniery sprawiły, że uśmiechnęła się słabo i ukłoniła, kiedy cztery dziewczynki wiwatowały na jej cześć, ale było bardziej niż pewne, że Elizabeth wierzy, że to ona ukartowała całą sprawę. Ale, że tchórzostwa nie dało się jej zarzucić, przeszła przez ulicę do miejsca, gdzie podobnie nieustraszona Elizabeth zmierzyła ją stalowym spojrzeniem, a potem utkwiła wzrok w jakimś punkcie sześć cali nad jej głową.
- Podeszłam, by cię zapewnić – powiedziała Lucia – że nie wiedziałam o niczym czego właśnie doświadczyłyśmy, póki – no właśnie, nie doświadczyłam tego.
Elizabeth przechyliła głowę na bok, nie zwracając jednak na nią wzroku.
- Chyba rozumiem – powiedziała – nie widziałaś tego ładnego przedstawienia póki go nie zobaczyłaś. Jasne! Biorę cię za słowo.
- I zobaczyłam ten pochód dopiero kiedy wszedł na High Street - rzekła Lucia. – I bardzo mi przykro.
- Mnie ani trochę nie jest przykro – powiedziała Elizabeth gwałtownie. – Ludzie, kimkolwiek by nie byli, którzy zniżają się do planowania i wykonywania aktów tak odrażającego okrucieństwa, robią krzywdę tylko samym sobie. Może mi być ich żal, ale nic dla mnie nie znaczą. Nie uznaję ich istnienia. Ils n'existent pas pour moi.
- Ja również – rzekła Lucia, kierując się raczej generalnym uczuciem niż konkretną sytuacją. – Sono niente.
Potem obie panie odwróciły się do siebie plecami jak w jakiejś perfekcyjnie wykonanej choreografii baletowej i rozeszły się w przeciwne strony. Nic innego nie dało się zrobić.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Sob 04 Paź, 2025 19:38
O kurcze, chciałabym to wszystko zobaczyć to naprawdę musiało zrobić wrażenie
Trzykrotka - Sob 04 Paź, 2025 21:06
No mówię, Irene jest bezbłędna
No to patrzmy, jak skończą się wybory.
Do wyborów pozostały dwa dni, a obie znakomite kandydatki podwoiły (o ile to możliwe) swe wysiłki. Major Benjy zarzucił całkowicie golfa, bo wszędzie towarzyszył swojej małżonce, a Juruś ustanowił się takim samych ochroniarzem Luci; w istocie waśnie Montekich i Capulettich były jedynie bladym zwiastunem tego miejskiego konfliktu. Obie strony, nawet kiedy spotykały się na wąskich chodnikach w podrzędnych uliczkach, były kompletnie ślepe na siebie nawzajem, a w oczekiwaniu na wyniki, życie towarzyskie Tilling całkowicie ustało. Gdy w przeddzień wyborów zapadł zmrok, Lucia i Juruś ze stopami obolałymi od deptania nierównego bruku wczołgali się na wzgórze do Mallards Cottage by ostatecznie sprawdzić plan wizyt i pokrzepić się herbatą. Przeszli pod oknem pokoju ogrodowego przesłonięci nadchodzącą ciemnością, a tam zobaczyli sylwetki przeciwników, widoczne na tle oświetlonego okna. Elizabeth piła coś z kieliszka. Sylwetka Benjy’ego miała w dłoni butelkę szampana, co wyjaśniało od razu, czym pokrzepia się Elizabeth.
- Biedna Elizabeth, upija się chyba – powiedziała Lucia w tonie najgłębszego współczucia. – Zawsze obawiałam się wpływu Benjy’ego na nią. Jak jestem zmęczona – nie pamiętam, bym kiedykolwiek była naprawdę zmęczona – Pamiętasz, żebym kiedyś była zmęczona?...
- Nigdy – odrzekł Juruś łamiącym się głosem.
- No właśnie, jak jestem zmęczona, tak nic nie skłoniłoby mnie do tknięcia napoju wyskokowego. Och, jak miło będzie wreszcie usiąść.
Foljambe miała herbatę już zaparzoną i Lucia położyła się na sofie Jurusia.
- Bardzo mocną proszę, Jurusiu – powiedziała. – Dobrze zamieszaj w imbryku. Bez mleka.
Mocny napój szybko przywrócił Luci siły; wypiła dwie filiżanki, pierwszą niemal duszkiem, zdjęła nogi z sofy, a w jej głosie pojawił się znajomy, konwersacyjny ton.
- Odzyskałam siły, Jurusiu i musimy się zastanowić, co dalej – powiedziała. – Elizabeth i ja nie możemy w nieskończoność się ignorować. Ale co ja jeszcze mogę zrobić? Powiedziałam jej jasno, że nie miałam nic wspólnego z przedstawieniem drogiej, lojalnej Irene, a ona prawie tak samo jasno dała mi do zrozumienia, że mi nie wierzy. Czuję się pewnie co do wyniku wyborów, a jeśli znajdę się na szczycie sondażu, a ona będzie na samym dole, co jak sądzę, się stanie, zrobi się gorsza niż kiedykolwiek przedtem. Jedyne, co mogłoby ją uspokoić, to gdyby ona została wybrana, a ja nie. Ale z tego, co widzę, nie ma na to najmniejszej szansy. Mam flair,jak mawia Elizabeth, do takich rzeczy. Przez cały dzień czułam narastającą pewność, że stoi za mną lwia część opinii publicznej. Wyczuwam puls miasta.
- Śmiem twierdzić, ze Elizabeth czuje tak samo – powiedział – zwłaszcza po kieliszku. Co do planów, to na miłość boską, zaczekajmy chociaż na wyniki wyborów.
Lucia dopiła herbatę.
- Masz świętą rację, Georgino – powiedziała. – Zapomnijmy o tym. Co powiesz na un po di musica?
- Tak, zagraj mi coś – rzekł Juruś. – Ale żadnych duetów, nie mogę. Niemożliwe.
- Povero!- powiedziała Lucia. – Taki fatigato? To odpoczywaj, ja wracam do domu, bo chcę ze dwie godziny posiedzieć w biurze. Przez cały ten tydzień prawie niczego nie tknęłam. Buon riposo.
Wynik głosowania ogłoszono dwa poranki później z należytą pompą i okolicznościami. Głosy policzono w Sali komisji wyborczej w hotelu King’s Arms przy High Street, a w południe w uroczystym orszaku przybyli tam burmistrz i rada w togach, poprzedzani przez buławników. Ogłoszenie miało nastąpić z balkonu pierwszego piętra wychodzącego na High Street. Ruch uliczny został wstrzymany na czas ceremonii, a ulica wypełniła się mieszkańcami, bo zainteresowanie wyborami, zwykle, znikome, zostało znacznie pobudzone przez śmiertelną rywalizację między dwiema kandydatkami i burzliwe działania Irene. Lucia i Juruś zajęli miejsce w oknie salonu Divy, bo miejsce to byłoby dobrze widoczne, gdyby przyszło kłaniać się tłumom: Elizabeth i Benjy stali wciśnięci w mur poniżej, co wydało się dobrym omenem. Poranek był wspaniały, w blaski zimowego słońca szkarłatne szaty radnych i wielkie srebrne buławy olśniewały wzrok gdy orszak wkraczał do hotelu.
- Naprawdę wspaniały widowisko – powiedziała Lucia, której dłonie, mimo mocnego przekonania o wygranej, zwilgotniały lekko. – Cudowny efekt dają te kolory, piękne buławy; co za szkoda, że nie zabrałeś pudelka z farbami. Zawsze powtarzam, że nie ma godniejszego i bardziej zaszczytnego urzędu w królestwie niż urząd burmistrza. Słowo „mayor” jak sądzę jest tym samym co „major” – biedny major Benjy.
- W ratuszu jest wymalowany spis wszystkich burmistrzów Tilling od piętnastego wieku- rzekł Juruś.
- Naprawdę! Prawdziwa dynastia! –powiedziała Lucia. Jej palce zaczęły drżeć jak przy szybkich uderzeniach na fortepianie. – Spójrz, na chodniku naprzeciwko stoi Irene i pali fajkę. Uważam, że to fałszywa nuta. Mam nadzieję, że nie urządzi demonstracji gdy odczytają nazwiska, ale ewidentnie dzwonek wzięła ze sobą. Czy w Tilling była kiedyś kobieta – burmistrz, Divo?
- Nigdy – powiedziała Diva. – Raczej mało prawdopodobne. Idą.
Na balkonie pojawili się buławnicy, a burmistrz przeszedł między nimi i stanął przy barierce. W ręku trzymał deskę kreślarską z przypiętą do niej kartką papieru.
- To musi być lista – powiedziała Lucia łamiącym się głosem.
Herold miejski (nie Irene) zadzwonił swoim dzwonkiem.
- Mieszkańcy Tilling – zakrzyknął. – Cisza dla wielmożnego burmistrza miasta.
Burmistrz ukłonił się. Powiedział, że w radzie miejskiej są dwa wakaty i siedmiu kandydatów. Odczytał listę nazwisk z ilością głosów, które każdy uzyskał. Pierwsze dwie osoby zdobyły po około trzysta głosów każda. Kolejni trzej, idąc niemal łeb z łeb, otrzymali od stu pięćdziesięciu do dwustu głosów.
- Numer sześć – powiedział burmistrz – pani Emmeline Lucas. Trzydzieści dziewięć głosów. Równo z nią pani Elizabeth Mapp-Flint, także trzydzieści dziewięć głosów. Boże, chroń króla.
Skłonił się zgromadzonemu tłumowi i, poprzedzony przez buławników, zniknął we wnętrzu. Następnie orszak wyszedł z hotelu wracając do ratusza.
- Bardzo ciekawa ceremonia, Divo. Zupełnie średniowieczna – rzekła Lucia. – Bardzo się cieszę, że w niej uczestniczyłam. Mieliśmy świetny widok.
Tłum rozproszył się, gdy ona i Juruś wyszli na ulicę.
- Ta szlachetna historia pierwszego przemówienia Disraeliego w Izbie Gmin… – zaczęła…
Koniec rozdziału czwartego
c.d.n
Tlum. Trzykrotka
Tamara - Pon 06 Paź, 2025 08:46
No wiedziałam, że wygranej nie będzie, ale ten remis a trzeba będzie powrócić do normalnych stosunków jednakowoż to wszystko jest przecudowne
Trzykrotka - Pon 06 Paź, 2025 18:54
I jeszcze udawać, że wszystko jest dobrze i w ogóle nas nie obchodzi wynik
Rozdział piąty
Główną przyczyną, która doprowadziła do pojednania dwu ostatecznych kandydatek nie była chrześcijańska miłość bliźniego, lecz fakt, że ich fatalny antagonizm zrujnował wszelkie towarzyskie rozrywki w Tilling, bo Juruś i Lucia nie spotykali się z Mallards, a w Mallards nie przyjmowano Irene i póki to trwało, wszystkie te przyjemne podwieczorki na osiem osób z sesją brydża przed i po nie miały teraz miejsca. Poza tym obie strony odkryły, że poranne zakupy stały się męczące dla nerwu wzrokowego, bo robiono je jedynym okiem, a drugie wypatrywało, czy wróg się nie zbliża, po czym oboje oczu dotykała ślepota. Z drugiej strony, kazanie padre z następnej niedzieli, choć skomponowane z najlepszymi intencjami, bo jako komentarz do tekstu: Oto jak dobrze i miło, gdy bracia zgodnie mieszkają , a aluzje do smutnych rozłamów wynikających ze starcia ambicji, samych w sobie szlachetnych, były więcej niż czytelne. Obie protagonistki uznały jego wywody za przejaw fatalnego smaku, a Elizabeth całkowicie zignorowała i jego i Evie gdy spotkali się na ulicy, co było kolejnym klinem wbitym w tkankę życia towarzyskiego Tilling. Ale niedogodności, jak kropla nieustająco kapiąca na kamień, w końcu pokonały godność i kiedy w jakieś dziesięć dni po wyborach wiklinowe kosze Luci i Elizabeth weszły w gwałtowną kolizję w drzwiach sklepu rybnego, Lucia nagle okazała się cudownie uzdrowiona z czasowej ślepoty. „Bardzo przepraszam, kochana” – powiedziała. – „To całkowicie moja wina,” a Elizabeth, wspomniawszy, że Wielki Post to najlepszy czas na samouniżenie, odpowiedziała, że wina leży po jej stronie. Gawędziły przez kilka minut, dość ostrożnie, z twarzami w oszczędnych, lecz chętnych uśmiechach, a Diva, która była świadkiem tej ciekawej sceny, biegała po High Street w górę i w dół, by każdego zawiadomić, że pojawiły się jaskółki zawieszenia broni. Przyjęcia brydżowe na osiem osób zostały wznowione z podwójną częstotliwością dla nadrobienia czasu i choć Lucia wyrzekła się tak błahych przyjemnostek, to ze zwykłą sobie pomysłowością znalazła formułę, która pozwoliła jej nadal ochoczo w nich uczestniczyć.
- Tak, Jurusiu, przyjdę z przyjemnością po południu – powiedziała – bo nawet najbardziej zapracowani muszą mieć wytchnienie. Jak cudownie ujął to Horacy: „Non semper arcum tendit Apollo” (*nie zawsze z łuku celuje Apollo). Wszystko bym dała, żeby móc poznać Horacego. Zwięzły, dowcipny i mądry. To do zobaczenia o wpół do czwartej. Teraz muszę biec do domu, bo mój makler będzie chciał wiedzieć, co sądzę o zakupie Imperial Tobacco.
Taki był jej sposób na ujmowanie tematu, ale faktem było, że jakkolwiek by go nie ujmowała, zarabiała worki pieniędzy. Boom przemysłowy kwitł, a Lucia ślepo podążając za radami Mammoncasha, radziła sobie znakomicie. Była niemal przerażona szybkością, z jaką rósł jej majątek, lecz wciąż miała w pamięci olśniewającą karierę damy Catherine Winterglas, której portret, wycięty z kolorowego magazynu, stał oprawiony na stole w jej biurze. Dama Catherine dorobiła się majątku dzięki własnej umiejętności przewidywania trendów rynkowych; nie było to zasługą szczęścia, lecz zdolności, a obawianie się własnych zdolności było zupełnie obce naturze Lucii.
Grupa finansowa w Mallards, Mapp & Flint, nie wykazywała się taką samą przenikliwością i pewnego dnia doznała straszliwego szoku. U Divy odbywało się bardzo przyjemne przyjęcie brydżowe, a Elizabeth okazała jak całkowicie wybaczyła już Luci, pytając ją o radę odnośnie Siriami. Cena akcji szła ostatnio w dół jak ciśnienie przed tajfunem, a skoro malała, Elizabeth kontynuowała kupowanie. Co Lucia sądzi o tej polityce uśredniania?
Lucia podparła czoło dłonią w geście Szekspira i Damy Catherine.
- O mój Boże, tak dawno nie miałam do czynienia z Siriami – powiedziała. - Jakaś kopalnia złota w Afryce Zachodniej, dobrze pamiętam? Cena złota skłoniła mnie do kupna, jestem pewna. Pamiętam, że to sobie przemyślałam i doszłam do wniosku, że złoto pójdzie w górę. Były też pozytywne raporty z kopalni. A dlaczego sprzedałam? Jak wy wszyscy ćwiczycie mój biedny mózg! Ach! Eureka! Uznałam, że będę musiała zamrozić swój kapitał na zbyt długi czas: mój makler się ze mną zgodził, choć muszę powiedzieć zdecydowanie, że to obiecująca lokata. Siriami jest wciąż na wczesnym etapie rozwoju, rozumiesz, i nie można spodziewać się dywidendy przez kilka lat.
- Ale jak to? – spytał Benjy.
- Chyba ze dwa lata, jak sądzę? – spytała Lucia. – Nie bardzo już pamiętam. Ale każdy, kto się ich trzyma, w swoim czasie bez wątpienie zbierze złote żniwa.
- Ale to znaczy… że przez dwa lata nie dostanę ani grosza? – spytała Elizabeth głucho.
- Ach, proszę, nie polegaj na moim osądzie – powiedziała Lucia. – Jedyne, czego jestem pewna, to to, że na kopalni zarobiłam co nieco i uznałam, że nie mogę tak długo blokować mojego malutkiego kapitału.
Elizabeth zrobiło się lekko niedobrze. Benjy podał jej whisky z wodą, a ona pociągnęła duży łyk nie zdając sobie nawet sprawy, że nie powinna.
- Ojej, musimy się zbierać – powiedziała, bo pojednanie było tak świeże, że uznała, że mogłoby zostać zagrożone, gdyby musiała słuchać dłużej tych przechwałek. – Dziękuję kochana za podzielenie się opinią. Te wszystkie szylingi dla mnie? No proszę!
Padał ulewny deszcz gdy wyszli od Divy i szli gęsiego wąskim chodnikiem do Mallards, z głośnym bębnieniem deszczu o parasole i strumieniami wody spływającymi po plecach. Gdy dotarli do domu, Elizabeth poprowadziła do pokoju ogrodowego i położyła ociekającą parasolkę na osłonie kominka. Popołudnie było ponure i wilgotne, a przed wyjściem Benjy wypalił tam dwa cygara.
- Oczywiście to twój pokój, kochanie – powiedziała Elizabeth - i jeśli wolisz, żeby śmierdziało tu jak w spelunce, to tak będzie. Ale czy nie miałbyś nic przeciwko otwarciu okna na chwilkę, bo inaczej się uduszę.
Powachlowała się chusteczką i odetchnęła kilka razy bardziej rześkim powietrzem.
- Dziękuję. Już mi lepiej – powiedziała. – Musimy pomówić o Siriami. Moim zdaniem Lucia mogła nas uprzedzić, że nie wypłacają dywidend, ale nie wińmy jej za bardzo. Po prostu niektórzy ludzie nie są zdolni zważać na innych…
- Powiedziała ci, że sprzedaje wszystkie akcje Siriami jakie ma – odrzekł Benjy.
- Jeśli już skończyłeś stawać w jej obronie, Benjy, pozwól że będę kontynuować. Wrzuciłam do tej studni bez dna dwa tysiące funtów, albo, o ile pamiętam, nawet trochę więcej. A to oznacza, że przez następne dwa lata mój dochód zmniejszy się o siedemdziesiąt funtów.
- Boże dopomóż! – krzyknął Benjy. – Nie miałem pojęcia, że aż tyle w to zainwestowałaś.
- Moim zdaniem kobieta, nawet zamężna, może zrobić ze swoimi pieniędzmi co jej się podoba – odpowiedziała Elizabeth gorzko.
- Nie powiedziałem, że nie może, tylko że nie wiedziałem – odparł Benjy.
- Dlatego teraz cię uświadamiam. Bo krótko mówiąc, musimy jak najszybciej i na jak najdłużej wynająć ten dom, bo nie stać nas na mieszkanie w nim.
- Ale co jeśli pani Lucas się myli? Już kilka razy wyłapałem, że się myli….
- I ja też – przerwała Elizabeth – zwykle się myli, uściślijmy.; ale teraz musimy być przygotowani na to, że ma rację. Już teraz musiałam wynajmować Mallards na trzy, cztery miesiące w roku, żeby w ogóle móc w nim mieszkać. Pójdę jutro do Woolgara i Pipstowa i zostawię to im, z umeblowaniem (wszystkie nasze piękne rzeczy!) na sześć miesięcy. Może z opcją na rok.
- A my gdzie się podziejemy? – spytał Benjy.
Elizabeth wstała.
- Gdziekolwiek się da. Może w jednym z tych małych domków, jak myślisz, tych, które Lucia chciała wyburzyć. No i może, mówiłam ci, będziemy mieć do wykarmienia jeszcze jedną małą buzię, kochany.
- Chciałbym żebyś poszła do doktora Dobbie dla pewności.
- I co mi powie doktor Dobbie? Proszę dużo odpoczywać. Co mam właśnie zamiar zrobić.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Wto 07 Paź, 2025 19:51
NIEEEEEEEE droga Elzbieta na granicy bankructwa , żyjąca z slumsie z rosnącą małą duszyczką, o kurde ależ to się zapowiada ekscytująco !!!...
Trzykrotka - Śro 08 Paź, 2025 19:07
Elizabeth nie powinna brać się do czegoś na czym zna się jak kura na pieprzu. I jeszcze zacietrzewiać się, że zrobi dokładnie na odwrót niż Lucia doradzi. Ale dzięki temu będzie się działo, jak zwykle
Ale bociankowe wieści - to dopiero będzie
Wraz ze wznowieniem serdecznych stosunków między dwiema głównymi damami Tilling, fala nowinek mogła płynąć o poranku bez zawirowań, miast meandrować i być zawracaną przez tych, którzy ze sobą rozmawiali i blokowaną przez tych, którzy udawali że się nie widzą i choć nie pojawiło się nic pewnego w temacie, który Elizabeth i Benjy lekko poruszyli, były jednak aluzje, znaki i wskazówki bardzo znaczące dla tematu. Pierwszym godnym uwagi zdarzeniem był fakt, że następnego ranka major Benjy, zamiast jak zwykle jechać na golfa, jak to miał w żelaznym zwyczaju, poszedł na zakupy z Elizabeth, jak wtedy gdy zajęta była agitacją – i niósł koszyk swojej żony. Gdy wchodziła po dwóch wysokich stopniach do sklepu Twistevanta, podał jej ramię gestem w którym widać było troskę i czułość. Diva pierwsza zauważyła ten dziwny fenomen i oczywiście w zadziwieniu wrosła w ziemię, szykując się do dalszych obserwacji. Kiedy wyszli ze sklepu, nie miała już cienia wątpliwości, że Elizabeth popuściła starą zieloną spódnicę, którą wszyscy dobrze znali. Spływała teraz w o wiele obfitszych fałdach niż przedtem, a Divie żywo zajaśniała w pamięci dziwna rozmowa i lalkach i śnie o zmierzchu: jak brzemienna teraz się wydawała, w każdym sensie tego słowa!
Tych dwoje zajrzało do kolejnego sklepu i w tej samej chwili padre z Evie wyszli na High Street, kilka jardów dalej, a on wstąpił do sklepu tytoniowego zostawiając Evie na zewnątrz. Diva z trudem oderwała stopy od ziemi, podbiegła do niej i obie panie zaczęły wymieniać szeptem uwagi. Potem Mapp-Flintowie wyszli znów na ulicę i ruszyli w swoją drogę, prowadzeni czujnym spojrzeniem czworga oczu.
- Ale co do spódnicy nie ma wątpliwości – szepnęła Evie – i znów bierze majora Benjy pod ramię. Ależ to niezwykłe. Co to będzie za wydarzenie, jeśli ma rzeczywiście się stać! Nic takiego nie wydarzyło się dotąd w naszym kółku. Będzie istną heroiną. O, jest pan Juruś. Co za szkoda, że nie możemy mu o tym powiedzieć. Jaki piękny strój!
Juruś miał na sobie swoją obszytą futrem pelerynkę i nowy, błękitny beret, przekrzywiony lekko na bok. Zbliżał się z większą niż zwykle szybkością, a usta miał lekko otwarte, jakby miał przemówić, gdy tylko zbliży się wystarczająco.
- Tere-fere, Evie – powiedziała Diva. – Chyba nie myślisz, że pan Juruś w jego wieku ciągle uważa, że dzieci znajduje się w kapuście. Dzień dobry, panie Jurusiu. Czy widział pan Elizabeth…
- Spódnica – przerwał. – Tak, pewnie. Jakieś trzy cale na moje oko.
Evie wydała ciszy, pełen zgrozy pisk na ten nowoczesny brak powściągliwości w rozmowie z dżentelmenem, który nie jest twoim mężem, w sprawach tak najwyższej delikatności i poszukała schronienia w sklepie tytoniowym.
- I major Benjy niesie jej koszyk – rzekła Diva. – To musi być prawda, chyba, że go oszukuje.
- Proszę spojrzeć, skręcili w Malleson Street – zawołała Juruś. – Tam mieszka doktor Dobbie.
- I mają biuro Woolgar & Pipstow – powiedziała Diva.
- Ale nie będą wynajmować Mallards wcześniej niż w marcu – zaprotestował Juruś.
- To mało prawdopodobne. Zatem pewnie doktor. Zaczynam w to wierzyć. Początkowo kiedy opowiadała mi o lalkach i zasypaniu o zmierzchu, myślałam, że usiłuje tylko wyglądać intrygująco, zamiast….
- Nie słyszałem o lalkach i zasypaniu o zmierzchu – powiedział Juruś zaintrygowany.
- O, Irene na swoim motocyklu nadjeżdża z Malleson Street – zawołała Diva. - Może widziała, dokąd poszli. Ależ hałasuje! I jak pędzi. Pomyślałam, że musiała wpaść na Royce’a Susan i jakiego bigosu narobiłaby.
Irene, trąbiąc bez opamiętania, nadjechała z hukiem przez High Street, buchając spalinami z otwartej rury wydechowej. Ewidentnie chciała nadepnąć na hamulec i zatrzymać się przy nich na pogawędkę, ale nie doceniła własnej szybkości. Aby wyhamować, złapała ramię Jurusia, z on pognał przed siebie działając jak hamulec, aż się zatrzymała.
- Mój ty wybawco! - zawołała Irene żarliwie, zsiadając z rumaka. - Jurusiu, uwielbiam twoją brodę. Chowasz ją pod kołdrą, czy kładziesz na niej? Zaproś mnie którejś nocy gdy będziesz kładł się do snu. Bez obaw, kochane jagniątko, twoja płeć chroni cię przed jakąkolwiek zuchwałością z mojej strony. Jechałam właśnie zobaczyć się z Lucią. Mam nowiny. Daj mi miłego, suchego całusa, to ci powiem.
- Ani mi się śni – odparł Juruś. - Co by wszyscy pomyśleli?
- Kochany dziadziu – powiedziała Irene. - Powiedzieliby, że śmiały i odważny z ciebie staruszek. A byłoby to bezczelne kłamstwo. Jesteś kochaną starszą damą i kocham cię za to. O czym to mówiliśmy?
- Ty wygadywałaś straszne głupstwa – odrzekł Juruś naciągając pelerynkę na ramię.
- Tak, ale wiesz dlaczego? Wpadłam na cudowny pomysł. Pomyślałam jak oświecające byłoby przeżycie dnia wstecz. Więc kiedy wstałam dziś rano zaczęłam dzień jakby to był jego koniec, a nie początek. Wypaliłam dwie fajki i wypiłam whisky z sodą. Potem zjadłam kolację od tyłu, zaczynając od tostów z serem i jestem troszkę zawiana. Kiedy wrócę do domu, zjem podwieczorek i pójdę na spacer, potem zjem lunch i tuż przed pójściem do łóżka zjem śniadanie i wypiję sole. Widzisz teraz cały plan? Daje ci nowy wgląd na życie, widzisz je od zupełnie innej strony. Och, miałam powiedzieć wam nowiny. Widziałam Mapp-Flintów wchodzących do agencji nieruchomości. Wydawało się, że ona mnie nie widzi. Od dnia dzwonka na obiad ona mnie nie widzi. Mam nadzieję że rozumiecie to życie od tyłu. Zróbmy to: każdy i wszyscy.
- Moja droga, brzmi to świetnie – rzekł Juruś – ale jestem pewien, że mnie by nie posłużyło i mój jedyny wgląd byłby od lekarza strony… Divo, poszli tylko do Woolgara i Pipstowa.
Diva podbiegła.
- Czyli nie do lekarza – powiedziała. - Jestem rozczarowana. Mielibyśmy większą pewność.
- Pewność czego? - spytała Irene.
- Cóż, zastanawiamy się, czy Elizabeth się spodziewa… - zaczęła Diva.
- No nie mów! - powiedziała Irene. - A kto to jest sprawcą? Jurusiu, rumienisz się pod brodą. Romeo spod ciemnej gwiazdy! Widziałam, jak wspinałeś się po drabince sznurowej do pokoju ogrodowego kiedy niby to byłeś chory. Julia Mapp otworzyła ci okno, a to zamknąłeś się w namiętnym objęciu. Nie chciałam narobić ci kłopotów, więc nie pisnęłam ani słówka, a tu proszę, wpakowałeś ją w kłopoty, ty podły stary Romeo, przebóg i wciórności! Muszę być matką chrzestną, Jurusiu, a teraz lecę powiedzieć wszystko Luci.
Irene wskoczyła a motor i pomknęła w obłoku cuchnących spalin w stronę Grebe.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Czw 09 Paź, 2025 14:13
Irene jest absolutnie niezawodna, a Irene zawiana to po prostu cudo
No ciekawa jestem dalszego ciągu bociankowych wieści - śliczne to ujęłaś
|
|
|