Muzyka - Cead Mile Failte, czyli kto spiewa w gaelicu i nie tylko...
Szafran - Śro 26 Sie, 2015 20:53
No i gdzie nasza relacja:)?
praedzio - Czw 27 Sie, 2015 05:32
Pisze się. Dobrze, ze zapisałam sobie w notatniku, bo by mi wcięło posta.
praedzio - Sob 05 Wrz, 2015 17:47
Prehistoryczny koncert Clannad: https://www.youtube.com/watch?v=nPEd725KJho
Jaka Maire była kiedyś śliczna!
Admete - Sob 05 Wrz, 2015 18:53
Przypomniały mi się dawne czasy...
Aragonte - Sob 05 Wrz, 2015 22:28
Mnie też
To może jeszcze druga siostra:
https://www.youtube.com/watch?v=HcT6Pov5gN4
praedzio - Nie 06 Wrz, 2015 08:55
Na tym koncercie, co go podlinkowałam, były obie siostry. Rozczuliły mnie ciuchy, w jakich wystąpił zespół. To był osiemdziesiąty drugi rok?
A tymczasem z innej beczki. Skoro wstałam wcześniej (kicior mnie obudził, a później nie mogłam już zasnąć), to stwierdziłam, że napiszę obiecaną dawno recenzję z XIII odsłony FMC. Kto spragniony nieskładnych wynurzeń - zapraszam.
Sama nie wiem, co najbardziej lubię w festiwalu - czy piątkowy wieczór, kiedy z tobołami wtaczamy się na dziedziniec Ośrodka Kultury i rozglądamy się po znajomych twarzach, czy pierwszy taniec pod sceną, czy fakt, że zupełnie najnormalniej w świecie zaczynam z kimś gadać podczas tańca, czy koncertu, czy warsztatów, czy podczas wspólnego mycia zębów w szkolnej łazience, a może późne powroty z trwających do białego rana sesji muzyczno-tanecznych (w sobotę, a właściwie w niedzielę poszłam spać gdzieś koło piątej rano ). Lubię nawet samotne poranki, kiedy reszta towarzystwa leży pokotem i odsypia nocne szaleństwa, a ja po porannym prysznicu wymykam się cichaczem na Będzin, spacerując po znanych kątach i przy okazji kupując świeże bułeczki w piekarni. Tak właśnie odkryłam wspaniały sklepik z kawą i herbatą, do której zaciągnęłam później znajomych.
W tym roku to właśnie ta atmosfera najbardziej mi się podobała. Koncerty - owszem, warte grzechu były. Nie mogę również narzekać na brak okazji do potańczenia an dro, hanter dro, rond de loudeac, plinna, polki czy circassiena. Godnym uwagi był czeski zespół Bal Lab, którego wokalista przeczołgał nas w sobotę przez warsztaty tańca bretońskiego. Wynikiem tego było oczywiście stadne pląsanie podczas sobotniego koncertu ww. grupy, co okazało się (według relacji BreTomka) wielkim zaskoczeniem dla instruktora. W Czechach podczas koncertów zespołu na ogół mała grupka zapaleńców pląsa pod sceną, a olbrzymia większość się po prostu przygląda - u nas było odwrotnie. Ciekawostką był również fakt, że Mikuláš (wokalista Bal Lab) uczył nas zupełnie innych tańców, niż do tej pory Bre-Tomek - tak więc mieliśmy okazję poszerzyć nasz repertuar pod sceną.
Podczas koncertu Beltaine - wiadomo - szał ciał. Pląsałyśmy pod sceną z dziewczynami ze szkoły A.-M. Cunningham z Wawy oraz kilkoma z Treblers (prowadziłam nawet korowód podczas an dro, do którego dołączyła lwia część publiki! *puchnie z dumy*). I nowinka: Belmiśki mają nowego perkusistę. Z Matthsem rozstali się jakoś w maju - według słów Agi "Szpilki" - menedżerki sceny festiwalowej, z którą jechałyśmy w piątek na FMC. Zrobiło mi się trochę smutno, ale Pierre - nowy perkusista zespołu - jest rzeczywiście niezły. Widać (a raczej słychać) różnicę w brzmieniu. Komentowaliśmy sobie później z Andrzejem, że Pierre gra bardziej miękko, finezyjnie, z wieloma ozdobnikami - innymi słowy: "swinguje". Matths, oczywiście, też był na festiwalu, zupełnie prywatnie. No, dobra - ale dość plotek, lecim dalej.
Teatr Ognia... hmmm... Mam mieszane uczucia. Może to przez to, że stałam praktycznie pod sceną - tak, że czułam gorący podmuch bijący od akcesoriów Los Fuegos. Jednak trwająca dwa miesiące susza plus mój ukryty lęk przed ogniem (byłam świadkiem dwóch pożarów w sąsiedzwie, kiedy byłam dzieckiem) nie pozwoliły mi w pełni cieszyć się spektaklem - zwłaszcza, że chłopcom zdarzyło się kilkakrotnie upuścić swoje pochodnie podczas żonglerki. Dziewczyna za to była niesamowita. Muzyka plus gibkość zespołu podczas ewolucji stanowiły naprawdę piękne połączenie. Cóż, jak trafiło na nie do końca dopasowanego widza.
A potem... A potem była sesja. Tańce, hulanki, swawole... później nocny spacer po Będzinie, a jeszcze później usiedliśmy warszawską grupą na dziedzińcu Ośrodka i zaczęliśmy grać w grę pt. "Ja nigdy". Nie próbujcie tego robić na trzeźwo, serio. Po czym - tak gdzieś o czwartej rano stwierdziliśmy, że może czas najwyższy iść już do szkoły na nocleg. No, i poszliśmy - tańcząc i śpiewając, bo przecież to nie pora na normalny spacer. Dobrze, że nie zarobiliśmy w głowę żadną doniczką. Pod szkoła większość towarzystwa się rozeszła, a ja z dwójką znajomych jeszcze staliśmy przez około godzinę na zewnątrz (dokładnie na tych samych barierkach, co sześć lat temu rozpijaliśmy mazurski miodek - Aine i Basia powinny pamiętać) i oglądaliśmy wybrane fragmenty Dancing on Dangerous Ground.
W niedzielę przez warsztaty bretońskiego tańcowania tym razem przeczołgał nas Bre-Tomek, który stwierdził, że w tym roku nie będzie prowadził warsztatów dla początkujących - tylko zrobi dla zaawansowanych. :o Jak powiedział, tak i zrobił. Część moich późniejszych zakwasów, to przez niego. Cholerny Loudeac!
Później były znane nam już z poprzednego roku "Galeony Baśni", podczas których Edyta Poskrobko zaprowadziła nas w świat szkockich baśni i legend. Akompaniował jej na skrzypcach Radzio Rakowski. Cieszę się, że istnieje moda na opowiadanie historii. Gawędziarz musi umieć zaczarować opowieścią słuchaczy tak, żeby nie tylko słyszeli daną historię, ale także poczuli się jej uczestnikami. W Warszawie cyklicznie odbywają się takie spotkania, na które z wielką radością chodzę.
Niedzielne koncerty stanowiły wisienkę na torcie. Duani rozgrzali publikę tak, jak tylko oni potrafią. Do końca świata i jeden dzień dłużej będę się o nich wyrażać z ciepłym uczuciem, bo chyba tylko oni potrafią muzycznie przybliżyć Irlandię polskim słuchaczom. Inne grupy mniej lub bardziej tworzą wariacje na temat, a Duani od początku do końca serwują nam muzyczne potrawy serwowane w różnych hrabstwach Szmaragdowej Wyspy.
Co do tańca irlandzkiego - w tym roku niespecjalnie jakoś mnie zaciekawił, więc występy poszczególnych grup spędziłam na łażeniu po okolicznych straganikach z rękodziełem. Chociaż o Comhlanowej "Sylfidzie" widzowie wyrażali się naprawdę ciepło - ja, przyznaję, oglądałam ich tylko jednym okiem, bo podczas ich występu stałam w kolejce po płytę Bran - czeskiej grupy, która już gościła na Zamku - bodajże dwa lata temu. Tym razem również dali cudny koncert - ich wersja "La jument de Michao" na stałe wejdzie do mojego kanonu najczęściej słuchanych piosenek. Zespół wzbogacił się o saksofonistkę, która nadała bretońskim pieśniom brzmienie bardziej jazzowe. Grali tak zacnie, że nawet członek francuskiej grupy-legendy Plantec stał pod sceną i ich nagrywał.
No, i nadszedł finał. Plantec zaiste dało czadu.... Kiedyś trafiłam w sieci na ich występ i skrzywiłam się, bo brzmieli według mnie zbyt elektronicznie, a za mało tam było muzyki tradycyjnej. Ale tym razem... Nabyte podczas warsztatów zakwasy odezwały się boleśnie, ale nie dałam sobie wytchnienia i wpadłam kolejno w suitę plinnową i loudeacową. Wysuszona ziemia pod naszymi stopami reagowała wznoszeniem się tumanów kurzu i pyłu, który później zaległ nam w nosach, gardłach i płucach - nie mówiąc już oczywiście o ciele i ubraniach. Nie zważaliśmy na to, bo byliśmy jak w transie. Pewnie już o tym nieraz wspominałam, ale taniec bretoński ma cechę charakterystyczną, która mnie osobiście bardzo odpowiada: ludzie łączą się ze sobą w kręgu, bądź korowodzie i w jednym rytmie tańczą niemal do upadłego. To ważne, żeby zachować jeden rytm, bo wtedy ma się wrażenie, że krąg stanowi jeden organizm - nie ma tu miejsca na solowe popisy. Pomaga mi podczas tańca zamknięcie oczu - i pozwolenie porwania się rytmowi.
Po koncertach szybkie doprowadzenie się do ładu (zmycie z siebie czarnego pyłu i przebranie się w czyste ciuchy) - znowu huzia na sesję. Tym razem czadu dała jedna trzecia trio Plantec, która rozgrzana koncertem dobijała swoją energią kolejnych sesyjnych muzyków. Tym razem wcześniej się urwałam (koło pierwszej), bo praktycznie nieprzespana poprzednia noc dała mi się we znaki (oraz atak kobiecości, grrr...). Tak więc ciepło pożegnałam się ze wszystkimi i pozwoliłam się odwieźć Andrzejowi pod szkołę.
Ech, to by było z grubsza na tyle. Pisanie o tym znów pozwoliło mi na chwilę przenieść się do Będzina. A teraz nie pozostaje mi nic innego, jak odliczać dni do kolejnego festiwalu.
Szafran - Nie 06 Wrz, 2015 10:33
Dzięki za relację:). Muszę się tam kiedyś wybrać, bo brakuje mi uczestniczenia w takich festiwalach (no w tym roku już się prawie wybrałam, tylko termin kolidujący z wcześniejszymi planami przeszkodził;)).
Co prawda muzycznie jestem teraz w innych rejonach, ale sentyment i został i jak jest okazja, słucham nadal z przyjemnością. No i te pląsy w kręgu ogromnie mi się zawsze podobały, choć wszystko mi się plątało;).
Admete - Nie 06 Wrz, 2015 11:36
Mnie żal, że się nie udało, bo transportu zabrakło...za gorąco było i koleżanka z transportem miała gości.
praedzio - Nie 06 Wrz, 2015 12:17
Tak sobie myślę, że na następny festiwal załatwię sobie nocleg w hoteliku. Rozmawiałam z paroma osobami, które tak zrobiły i cenowo było tylko ciut drożej niż w szkole - a komfort o wiele lepszy. Wiadomo, że się w ten sposób rezygnuje z uroków stania w kolejce do kibelka, czy pod prysznic (raz myjąc zęby usłyszałam rumor z prawej, a to spadł drążek z zasłonką podczas prysznicowania się jednego z chłopaków i moim zaskoczonym oczom ukazały się bardzo interesujące prospekta ) oraz stadnego nocno-porannego chrapania współ-festiwalowiczów - no, ale jakoś to przeboleję.
Szafran - Nie 06 Wrz, 2015 13:03
Te noclegi w hotelu to mi się z konwentami sprzed lat kojarzą:).
Aragonte - Nie 06 Wrz, 2015 13:06
| Szafran napisał/a: | | Te noclegi w hotelu to mi się z konwentami sprzed lat kojarzą:). |
Mnie też
Praedzio, jeśli zdecydujesz się na nocleg w hoteliku, to ja też będę zainteresowana wyjazdem, spanie na karimacie pokotem to już nie dla mnie, za stara jestem na to
Aragonte - Nie 06 Wrz, 2015 13:10
| praedzio napisał/a: | Na tym koncercie, co go podlinkowałam, były obie siostry. Rozczuliły mnie ciuchy, w jakich wystąpił zespół. To był osiemdziesiąty drugi rok? |
Pewnie były, ale nie słuchałam całości
Dzięki za wrażenia z Będzina
praedzio - Nie 06 Wrz, 2015 13:16
Teraz są materace, nie karimaty! Postęp! Ale serio - wezmę namiary od Skelliga i oblukam hotelik, zwłaszcza, że był prawie vis a vis szkoły, w której nocowaliśmy.
praedzio - Nie 06 Wrz, 2015 13:35
Jak już rzekłam, mam mało zdjęć z FMC, bo stwierdziłam, że albo biorę udział, albo stoję z boku i kameruję. Tak więc... tego...
O, ale udało mi się nagrać np. filmik z sobotnich warsztatów tańca bretońskiego, gdzie Mikuláš w pocie czoła usiłował nam wpoić kroki: https://youtu.be/shzPBjmH-8k
Szafran - Nie 06 Wrz, 2015 13:48
Materace nie własne karimaty? O tempora, o mores!
Oczywiście z konwentami skojarzyły mi się noclegi w szkole, nie hotelu, ale na szczęście zrozumiałyście mnie dobrze:D
Ja też już nie czuję się na siłach na zbiorową salę i wspólną podłogę:D Cierpię już nawet straszliwie, nocując w hostelach:).
Anonymous - Nie 06 Wrz, 2015 15:08
Nie dziwie sie odejsciu Mathsa. Dziwilabym sie, gdyby zostal.
praedzio - Nie 06 Wrz, 2015 20:05
Najwyraźniej ich drogi się rozeszły. Z jednej strony szkoda, bo byli ze sobą parę ładnych lat i stworzyli niezłą historię - a z drugiej strony - to nie małżeństwo przecie, nie muszą być ze sobą do grobowej deski.
Beltaine Będzinowo (gościnnie na saksofonie Witek Kulczycki z Duan):
Seizh
Chicken In The Bucket
Beltaine
Anonymous - Pon 07 Wrz, 2015 11:18
| praedzio napisał/a: | Najwyraźniej ich drogi się rozeszły. Z jednej strony szkoda, bo byli ze sobą parę ładnych lat i stworzyli niezłą historię - a z drugiej strony - to nie małżeństwo przecie, nie muszą być ze sobą do grobowej deski.
Beltaine Będzinowo (gościnnie na saksofonie Witek Kulczycki z Duan):
Seizh
Chicken In The Bucket
Beltaine |
To nie drogi, a licho. Sytuacja stala sie patowa, wiec juz od ponad roku sie spodziewalam, ze ktorys peknie i biorac pod uwage relacje, przypuszczalam, ze Maths. Sama zrobilabym tak na jego miejscu...
praedzio - Pon 07 Wrz, 2015 11:28
Możesz jaśniej? Może być na PW.
Barbarella - Śro 09 Wrz, 2015 18:43
| praedzio napisał/a: | | (dokładnie na tych samych barierkach, co sześć lat temu rozpijaliśmy mazurski miodek - Aine i Basia powinny pamiętać) |
Pamiętam.
Śliczne dzięki za relację.
Też na chwilę przeniosłam się do Będzina.
praedzio - Sob 17 Paź, 2015 17:31
Wciąż mnie zadziwia, jaki ta pani ma piękny głos: Eliza Carthy - Blow the winds
Anonymous - Sob 17 Paź, 2015 21:24
Aniol i diabel.
praedzio - Śro 21 Paź, 2015 20:34
A taki klimatyczny kawałek dziś zapodam: Stockton's Wing - The Golden Stud
praedzio - Nie 22 Lis, 2015 21:11
Czemu u nas tak nie grają w metrze?
https://www.youtube.com/watch?v=iK8ciRUHsNY
praedzio - Pon 28 Gru, 2015 10:34
Wczoraj wieczorem muzycy z grupy Solas oraz Tannahill Weavers poinformowali o śmierci Andy'ego M. Stewarta, który - jak się dowiedziałam - od kilku miesięcy był sparaliżowany. Jakoś nie mogę w to uwierzyć... Miał dopiero 63 lata. Uwielbiam jego głos, który dla sympatyków muzyki celtyckiej był, jest i będzie jednym z najbardziej charakterystycznych. Czy to w solowych dokonaniach, czy z grupą Silly Wizzard, czy w duecie z Manusem Lunny....
Spoczywaj w pokoju, Andy.
Andy M. Stewart & Manus Lunny - Take her in your arms
Andy M. Stewart & Manus Lunny - The Haughs Of Cromdale
|
|
|