Z Południa na Północ Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.
Fantastyka - Zmierzch, Nów i inne fazy ;)
BeeMeR - Pią 15 Sty, 2010 12:53 Aaaleście tu naświntuszyły jak mnie nie było
jeszcze sporo do doczytania mi zostało, jak widzę, ale czytanie was to przyjemność
Nie wyświetla się?
U mnie widać
To zresztą nic nowego - ot przypomnienie zgarniętego przy czytaniu opisu Zmierzchu obrazka, który mnie rozbawił
spróbuję jeszcze raz - jako miniaturkę i normalny
Spoiler:
Agn - Pią 15 Sty, 2010 13:18 O, widzę! Wiiiiidzęęę!!!
Nawiasem pisząc przemogłam się i dokańczam NM. I zachodzę w głowę, czemu zgarnianie Belli do Włoch było JEDYNYM pomysłem. Ja bym rzekła - tylko ekstremalnym. Volturi pewnie mieli jakiś telefon (skoro mieli i sekretarkę). Zadzwonić, powiedzieć, o co chodzi. Volturi wstrzymują E. przed spektakularnym samobójstwem - dalszy ciąg wygląda inaczej.spin_girl - Pią 15 Sty, 2010 14:15
Agn napisał/a:
Nawiasem pisząc przemogłam się i dokańczam NM. I zachodzę w głowę, czemu zgarnianie Belli do Włoch było JEDYNYM pomysłem. Ja bym rzekła - tylko ekstremalnym. Volturi pewnie mieli jakiś telefon (skoro mieli i sekretarkę). Zadzwonić, powiedzieć, o co chodzi. Volturi wstrzymują E. przed spektakularnym samobójstwem - dalszy ciąg wygląda inaczej.
z tego co zrozumiałam Volturi nie bawili się w prewencję. Nawet na rynek wysłali ekipę do zgarnięcia Edwarda w ostatniej chwili, kiedy już będzie zdecydowanie wyłaził na słońce. Poza tym Alice tłumaczyła, że Edward i tak nikomu by nie uwierzył, że Bella żyje - Volturi musieli by go trzymać przemocą, a w to (przynajmniej na tym etapie) też się nie bawili, zresztą nie mieli takiej władzy. Istnieje też pewna, niewielka ale zawsze, szansa, że Cullenowie po prostu nie mieli numeru do Volturi, a ci ostatni pewnie się nie ogłaszali w Internecie i książkach telefonicznych
Uważam, że zabranie Belli do Włoch, żeby zdążyła powstrzymać Edwarda przed czynami ekstremalnymi było najlepszym pomysłem - zobaczył ją, na własne oczy przekonał się, że żyje i od razu zaczął współpracować. Zresztą Bella sama się pchała do Włoch, więc czemu nie?Agn - Pią 15 Sty, 2010 14:52 Numery telefonów nie są niezdobywalne. Choćby Carlisle mógł mieć na nich namiary (z sentymentalnych względów, by mieć kontakt z dawną "rodziną", zresztą Aro go chyba dość cenił). No i jakaś szybka łączność być musiała, by powiadamiać ich o np. złamaniu prawa przez jakiegoś wampira. Bo skądś się o tym dowiadywali. Przecież nie przez gołębie pocztowe?
Zdaje się, że każdy wiedział, gdzie jest siedziba Volturi, jaki to więc problem z kontaktem? I "królewska rodzinka" mogła też kazać straży przytrzymać siłą Edwarda, zwłaszcza, jeśli np. Alice miała wizję, co zamierza zrobić. Tudzież nie bawić się w fizyczną przemoc - zdaje się, że któryś z pobocznych (czy to nie Alec? albo inny Demetri?) mógł go pozbawić zmysłów, nie dałby rady nigdzie się wybrać.
Uważam, że pchanie się Belli do Włoch jest przesadzoną wycieczką. Zawsze, po zatrzymaniu Edwarda, można było to telefonicznie załatwić. Dać ją do telefonu, by pogadała osobiście. Masz, Edwardzie, Bella żyje, przestań bawić się w emo.
A, nie, sorry, to głupi pomysł. Skoro Alice nie była w stanie rozróżnić przez telefon żywego człowieka od nagrania z kasety, to pewnie E. też nie dałby rady.
A tak abstrachując - zadziwia mnie, że A. nie miała wizji o tym, co mogło się wydarzyć na przyjęciu urodzinowym i jakoś temu zapobiec. No ale wtedy pewnie nie byłoby NM... spin_girl - Pią 15 Sty, 2010 14:58
Agn napisał/a:
Numery telefonów nie są niezdobywalne. Choćby Carlisle mógł mieć na nich namiary (z sentymentalnych względów). No i jakaś szybka łączność być musiała, by powiadamiać ich o np. złamaniu prawa przez jakiegoś wampira. Bo skądś się o tym dowiadywali. Przecież nie przez gołębie pocztowe?
Ok, wycofuję się z pomysłu z brakiem numeru
Agn napisał/a:
A tak abstrachując - zadziwia mnie, że A. nie miała wizji o tym, co mogło się wydarzyć na przyjęciu urodzinowym i jakoś temu zapobiec.
z tego co zrozumiałam, wizje Alice były ograniczone do decyzji podejmowanych przez innych oraz ich następstw - dlatego zobaczyła pędzącego na Bellę vana dopiero kiedy prowadzący go Tyler podjął decyzję o wejściu z zakręt pod pewnym kątem, dlatego wiedziała o planowanym ataku Victorii dopiero kiedy Victoria podjęła decyzję u ten plan ułożyła, to samo z wizytą Volturi. Zacięcie się Belli w palec nie było niczyją decyzją, tylko dziełem przypadku, toteż Alice nie mogła tego przewidzieć...Agn - Pią 15 Sty, 2010 15:02 Uhm, pamiętam, jak Meyer o tym pisała. Jednakowoż A. świetnie przewidywała pogodę, a w tym przypadku ciężko mówić o podejmowaniu przez kogoś decyzji. A także przewidziała, którą drogą pobiegnie James, ZANIM podjął o tym decyzję (tzn. jak go kiwali z zapachem Belli - już wiedziała, którym tropem pobiegnie). Nie przewidziała natomiast, że Bella im czmychnie sprzed nosa, choć ona już tę decyzję podjęła, że zwiewa, by ratować mamę. Brak mi tu konsekwencji.
<prowokatorka Agn>
PS Alice nie cierpię chyba bardziej niż Edwarda. </prowokatorka Agn> spin_girl - Pią 15 Sty, 2010 17:28 Wiesz co, mnie się też zawsze wydawało, że te wizje Alice działają w kratkę i tylko wtedy, kiedy są potrzebne do wątku, ale jakoś nie mam pary się nad tym zastanawiać, przynajmniej chwilowo. Dręczy mnie okropne przeziębienie i obecnie zbieram siły na studencki weekend, który muszę zaliczyć, bo to ostatni przed sesją, dlatego chwilowo nie dam się sprowokować. Zostawię sobie to zagadnienie "on the back burner" i wrócę do tego jak się lepiej poczuję, ok?
Tylko odnośnie tej pogody, przypominam sobie, że o tym była mowa, że pogoda jest przewidywalna, w przeciwieństwie do ludzi. Może chodzi o to, że w pogodzie zachodzą procesy, które mają logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy i dlatego dawały się przewidzieć? Nie wiem zresztą....Agn - Pią 15 Sty, 2010 17:41 Hmm, do pogody nie trzeba wizji Alice, by wiedzieć, że będzie burza. Ale i mnie się wydaje, że wizje Alice działały tak, jak autorce akurat pasowało.
Wracaj do zdrówka, Spin! Bo z kim ja tu będę zawzięcie dyskutować o wszystkich duperelach, które obchodzą tylko nas? *przesyła dobre uroki* ZIUM!!!
Na cudowne ozdrowienie palący wzrok Edwarda. Podesłałabym ci Jacoba, ale E. ma na ciebie nieco lepszy wpływ (szybciej spłyną na ciebie siły witalne). spin_girl - Pią 15 Sty, 2010 18:24 Heh, dzięki, świetna fotka!
Jak przeżyję weekend to postaram się powrócić do mojego zwykłego zaczepno-obronnego stylu
Tym bardziej, że naprawdę chcę podyskutować o Alice...RaczejRozwazna - Pią 15 Sty, 2010 19:02
Spin napisał/a:
Ale i mnie się wydaje, że wizje Alice działały tak, jak autorce akurat pasowało.
Mnie się też tak zdaje, a raczej jestem przekonana. Przypomina mi się scena w Eclipse, kiedy Alice przepowiada Edwardowi kiedy Bella wybudzi się z omdlenia
Agn - zdjęcie naprawdę świetne, podoba mi się mimo całej mojej awersji do Edwarda tudzież Pattisona. Ale dawaj tu też tego Jacoba, dla mnie. Chciałam Ci też nieśmiało przypomnieć, że miałaś wrzucić fragment ze "Zmierzchu i filozofii" o Jake'u
Agn napisał/a:
PS Alice nie cierpię chyba bardziej niż Edwarda.
a własnie chciałam już kiedyś Cię zapytać, dlaczego tak nie cierpisz Alice?
Dobra, idę spisać resztę mojego snu. Na ff go nie przerobię, bo mi się nie chce (generalnie nie znoszę pisać, a często muszę to robić zawodowo). Ale mogę komuś odstąpić prawa autorskie Agn - Pią 15 Sty, 2010 19:32 No dobrze, spesior for ju! I for mi takoż. Palący wzrok Jacoba.
I ja już klepię tego Jacoba z ZiF...
Dzięki za przypomnienie. Zapomniało mnie się!RaczejRozwazna - Pią 15 Sty, 2010 20:17 ło żesz Ty, zarąbiste jest to zdjęcie! jak on tu dojrzale wygląda I wzrok ma powalający (a propos - znacie jakiegoś dobrego psychiatrę? )
No a teraz dalszy ciąg mojego snu
Odwracam się twarzą do Edwarda, wściekła jak osa (myślę, że w tym śnie skumulowała mi się nie tylko moja do niego niechęć ale w ogóle napięcie i zmęczenie z kilku ostatnich tygodni mego realnego życia ) i mając za sobą ciche przyzwolenie reszty uczestników mojego snu, zaczynam go ochrzaniać na czym świat stoi. Trochę to trwało – wiem, że często padały określenia „dureń” „nie sądziłam, że jesteś aż tak głupi”, oraz „kto jak kto, ale TY powinieneś wiedzieć, co to są zasady, których trzeba się trzymać”. Poza tym porządnie wytarmosiłam go za koszulę (a miał na sobie taką podatną na tarmoszenie, białą, romantyczną koszulę a’la Słowacki, mmmm) , a gdy pokornie osunął się przede mną na kolana z niewyobrażalną skruchą malującą się na twarzy (Spin, spodobałby Ci się wtedy ) to przyłożyłam mu jeszcze tą chochelką przez bujną czuprynę. Cóż to było za oczyszczające przeżycie… Ale naprawdę, od tego czasu trochę zaczęłam go lubić.
Wyładowawszy na biednym Edwardzie swój gniew decyduję, że trzeba iść dalej. Nadal mam tę czarną chochelkę. I nagle słyszymy głosy wydawane – jak się wydaje – przez stado ptactwa. Idziemy dalej i rzeczywiście, przy drodze napotykamy ogromną czarną klatkę pełną równie czarnych ptaszysk; są tu wrony i kruki, ale mniejsze też. Czynią one odpychające wrażenie – krzyczą niemiłosiernie, biją skrzydłami, kotłują się w tej klatce. Jednak mimo to coś mnie tknęło, żeby podejść bliżej. Harmider ptactwa się wzmaga – nie wydaje się, żeby miały one dobre zamiary (notabene nie znoszę wron, brrr) Już chcę iść dalej, ale nagle spostrzegam, że te ptaki jakoś marnie w sumie wyglądają. Patrzę, a w tej klatce są takie korytka na wodę – wszystkie suche jak pieprz. Patrzę dokładniej – a te ptaki krzyczą i wyrywają się do strumyka, który płynie nieopodal . Spoglądam na moją chochelkę – może jednak nie miała służyć jedynie temu, czemu już posłużyła…. Decyduję się więc – nabieram wody chochlą, wracam, ale okazuje się, że oczka klatki są za małe, nie da się bez jej otwarcia napełnić korytek wodą. Co robić? Mrucząc – „mam nadzieję, że wiesz co robisz” Edward z Carlisle próbują wyłamać tę klatkę – ale ani drgnie (ptactwo cały czas się drze i kotłuje). Rozglądam się więc dookoła i na pobliskim drzewie spostrzegam coś w rodzaju wielkiej łopatki do naleśników (czemu te wszystkie artefakty związane były z gotowaniem? ), czarnej jak smoła. Biorę ją ostrożnie i próbuję podważyć klatkę od dołu. Ku memu zaskoczeniu podnosi się od razu, ptactwo nagle się uspokaja, ja napełniam te korytka wodą i nagle jeden z tych kruków zwraca ku mnie dziób, inteligentne oczy i – przemawia ludzkim głosem: „wiem czego tu szukacie. Ponieważ, wbrew pozorom, które świadczyły przeciw nam zdecydowaliście się nam pomóc, to ja pomogę wam. Chata, do której chcecie się dostać, ma jedno miejsce, przez które można to łatwo uczynić. Na północnej jej ścianie jest jedna żółta cegła. Dotknijcie ją najpierw, a następnie popchnijcie ścianę, a zawali się odsłaniając przejście. Dam wam coś, co sprawi, że podejdziecie domu niepostrzeżenie.” I wyciąga dziobem czarny (a jakże) mieszek z jakimś proszkiem i sypie nim na nas (nie pamiętam w jaki sposób to zrobił – dziobem?). Podziękowawszy krukowi idziemy dalej i za zakrętem nagle wyrasta nam na drodze chata, do której zdążamy. Na progu czyha jakaś postać, patrzy w naszą stronę, ale zdajemy sobie sprawę,, że nas nie widzi… podchodzimy więc bliżej, przeskakujemy przez niski płot z tyłu domu, odnajdujemy żółtą cegłę. Dotykam jej, a później, zamiast lekko popchnąć ścianę wszyscy czworo czynimy potężny wykop i razem ze ścianą wpadamy do środka chaty. I w tym momencie zaczęłam się wybudzać (przypuszczam, że ten wykop zrobiłam też w realu ), zdążyłam tylko z niepomiernym zdziwieniem zauważyć, że w środku jest niesamowicie przytulnie i ciepło, pali się ogień na kominku, a razem z znajomymi i nieznajomymi wampirami siedzącymi z zadowoloną miną na sofach i fotelach, oraz Bellą jest tam też moja rodzina; moja mama parzy właśnie herbatę gadając z Esme i odwracając się ku nam z uśmiechem mówi:” jesteście wreszcie – w sam raz na herbatkę”
The End.
To był rzeczywiście jeden z ciekawszych snów, jakie mi się kiedykolwiek śniły. Gdy go później analizowałam zastanowiły mnie dwie rzeczy:
1. Wszystko w tym śnie było na odwrót – białe i piękne niekoniecznie było dobre (koń), a czarne i na pierwszy rzut oka odpychające okazywało się być dobre (ptactwo). No i ta chata, która miała być siedliskiem wrogów, a okazała się celem wędrówki, domem…
2. W śnie w ogóle nie było Jacoba – co dla mnie mogło być powodem do zmartwienia. A później w lekkim szoku zdałam sobie sprawę, że to chyba ja zajmowałam jego miejsce – bo i byłam wtajemniczona w całą historię, i nie lubiłam Edwarda i ratowałam Bellę. Zanim zaczęłam się jednak martwić uświadomiłam sobie, że NA PEWNO nie byłam w Belli zakochana, co – powiedzmy – z lekka mnie uspokoiło.
EDIT: wracaj do zdrowia szybko Spin Agn - Pią 15 Sty, 2010 21:24 Piękne! Gry komputerowe ustąpiły miejsca baśniom jak u braci Grimm!
RR, nie wiem, co ty popijasz przed snem, ale ja też chcę. Może być z chochelki. A nie byłaś zakochana w Belli, bo przecież Jake wpoił się w (Loch)Ness, a tej nie było, więc...
A fotkę to i ja uwielbiam. Mam wrażenie, że niekoniecznie ma te swoje naście lat, hehe.
W ramach reperowania zdrowia Spin wrzucam tapetkę z nowego filmu z Robertem.
I dla zachowania równowagi w przyrodzie...
A teraz... speaking of Jacob...
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Tao Jacoba Rebecca Housel
Cytat:
Tao jest jak pustka we wnętrzu naczynia. Choćby napełniać naczynie, prędzej czy później zostanie ono opróżnione, zawsze odzyskując stan wewnętrznej pustki. (...) Dlatego też mocy Tao nie można wyczerpać, nieustannie stanowi ona źródło pokarmu dla wszelkiego istnienia.
Laozi, Tao te ching
Jacob Black nie ma w życiu lekko. Dziewczyna, w której jest zakochany, chodzi z bogatym, przystojnym, inteligentnym, utalentowanym, nieśmiertelnym wampirem. Tak jest, wampirem. Kto mógłby z takim konkurować? Cóż, dzięki mądrości starożytnych mistrzów Jacob akurat może. Chociaż kiedy spotykamy go po raz pierwszy, ma piętnaście lat i żaden z niego mistrz, a już na pewno nie starożytny, to możemy zaobserwować, jak w szybkim tempie staje się osobą coraz bardziej dojrzałą, co jest charakterystyczne u młodych ludzi doświadczanych przez los. W odróżnieniu od typowego nastolatka, Jacob nie dostaje nic na tacy. Mieszkając w rezerwacie Indian, ma już świadomość, czym jest izolacja wynikająca z różnic społecznych. W dodatku jego ojciec Billy jeździ na wózku, to na Jacoba więc spadają obowiązki związane z prowadzeniem domu i opieką nad innymi.
Aby podążać „drogą” czy też „ścieżką” (chińskie tao) opisaną w dziele filozoficznym Tao, należy wykazać się pokorą, współczuciem i umiarem. Jacob, w którym liczne trudności życiowe rozwinęły inteligencję emocjonalną, posiada wszystkie te trzy cechy.
Tao te ching, główny tekst taoizmu, napisany przez Laozi ponad dwa i pół tysiąca lat temu, skupia się na koncepcji tao, według której pokora, współczucie i umiar są „trzema cennymi skarbami” pomagającymi nam żyć zgodnie z taoistycznymi zasadami. Jacobowi ta mądrość życiowa jest już znana, i to mimo że rozważania starożytnego chińskiego filozofa nie mają bynajmniej nic wspólnego z legendami i podaniami plemienia Quileutów.
Wspominając w Tao te ching „mistrzów z dawnych czasów”, Laozi mógł mieć na myśli Huang Di oraz Fuxi, dwóch władców, którzy w istotny sposób przyczynili się do ukształtowania taoizmu. Obaj rządzili Chinami mniej więcej cztery tysiące siedemset lat temu, czyli na dwa tysiące dwieście lat przed narodzinami Laozi. Huang Di jest kojarzony z najwcześniejszymi formami taoizmu, z kolei Fuxi jest często uważany za twórcę koncepcji yin i yang.
NAJCIEMNIEJ JEST ZAWSZE PRZED ŚWITEM
Jednym z najważniejszych symboli taoizmu jest biało-czarne koło zwane jako yin-yang. Yin jest bierne, zimne, ciemne i miękkie. Yang jest aktywne, gorące, jasne i twarde. Nie są to jednak tak do końca swoje przeciwieństwa – zazębiają się z sobą i każde jest w drugim obecne, co symbolizują biała kropka na polu czarnym i czarna kropka na polu białym. W świecie Zmierzchu Jacob jest yin. Wie, że Bella Swan jest bardziej zainteresowana związkiem z Edwardem Cullenem niż z nim. Okazuje zazdrość, ale nigdy nie przeradza się ona w przemoc. Chłopak podkreśla ustawicznie, że bez względu na to, jakich wyborów dokona Bella, zawsze będzie jej przyjacielem, i do końca cyklu dotrzymuje słowa. Dowodząc swojej wysokiej inteligencji emocjonalnej, Jacob odnosi się do innych ze współczuciem i pokorą, jak prawdziwy taoista.
Edward, przeciwnie, reprezentuje yang. Laozi powiedział: „Człowiek, który zabiega o zaszczyty i bogactwo, sam jest swoją zgubą”. Edward spogląda na wszystkich z góry, jakby był lepszy od innych. Obnosi się ze swoim bogactwem, jeżdżąc drogimi samochodami, nosząc ubrania ekskluzywnych marek i drwiąc z mniej prestiżowych dóbr, takich jak zdezelowana furgonetka Belli. Jacob jest zupełnie inny. Kiedy Bella przywozi mu dwa zniszczone motocykle, obiecując mu jeden na własność, jeśli pomoże jej oba zreperować, jest zachwycony. Nie obchodzi go to, że motory nie są ani nowe, ani drogie. Żyje skromnie, wiedząc, jak zachować umiar, dzięki czemu czuje się zazwyczaj usatysfakcjonowany tym, co ma. Jacob rozumie, że nie jest pępkiem świata, i ma dość rozumu, żeby nie pragnąć takiej pozycji. Jak powiedział Laozi: „Kto jest zadowolony ze swojego stanu posiadania, jest bogaty”.
Arogancki Edward nie ma w sobie ani krztyny yin – i nie można go nawet za to winić. Wybrany przez Carlisle'a Cullena, nie tylko pokonał śmiertelną chorobę, ale i zmienił się w istotę silniejszą, szybszą i bystrzejszą od wszystkich ludzi – i to po wieczność. Osoby, które mają za sobą walkę z potencjalnie śmiertelną chorobą, taką jak rak, wychodzą zazwyczaj z takiego doświadczenia pełne pokory, potrafią cieszyć się drobiazgami, codziennością, ponieważ o mało co tego nie utraciły. Jacob, którego matka zginęła w wypadku, kiedy był dzieckiem, doświadczywszy śmierci, także się takiej pokory nauczył. Posiadając niepełnosprawnego ojca, wie też, jak to jest zmagać się z kalectwem. To właśnie stykając się ze śmiercią i niepełnosprawnością, stał się człowiekiem zdolnym do okazywania głębokiego współczucia. Chłopak jest również przyzwyczajony do umiaru – mieszka w skromnym domku w rezerwacie i jeździ starym samochodem ojca.
Jacob jest prawdziwym przywódcą nie dlatego, że nadużywa władzy, nie dlatego, że jest bogaty i nie dlatego, że obiecuje innym złote góry. Jest przywódcą, ponieważ niezależnie od swoich pragnień, potrafi dokonywać odpowiedzialnych wyborów. Nie decyduje się dowodzić watahą, chociaż to jego święte prawo – zamiast tego pozwala dzierżyć władzę Samowi. Postępując tak, wciela w życie taoistyczną zasadę wu wei, „działania bez działania”. Czasem lepiej jest nie forsować agresywnie swoich pomysłów, ale pozwalać, by wydarzenia biegły swoim torem. Taoizm głosi, iż naturalnym stanem rzeczy jest porządek i harmonia – aby żyć w harmonii w przyrodą i kosmosem, musimy więc dać się porwać tao, wczuć się w naturalne interakcje yin i yang. Podkreślmy tu dla jasności, że filozofia ta nie propaguje całkowitej bierności. Taoiści nie sugerują, że powinniśmy godzić się z wszystkimi przejawami niesprawiedliwości, jakich przychodzi nam doświadczać. Zdarza się, że musimy stawać do walki, jednak bitwy należy planować z rozwagą.
Kiedy w Jacobie budzi się wilk, pojawia się przed nim możliwość zaatakowania Edwarda, ale nigdy z niej nie skorzysta. Kiedy Bella wychodzi za mąż za jego rywala, a co gorsza zapowiada, że wkrótce po ceremonii zostanie zmieniona w wampira, Jacob, wbrew samemu sobie, przychodzi na wesele. Narażając na szwank ich przyjaźń, ostrzega też Bellę przed Edwardem i przed konsekwencjami wyborów, jakich Bella dokonuje. Chłopak postępuje w taki sposób, ponieważ tak właśnie zachowują się dobrzy przywódcy – nie robią koniecznie tego, co może przynieść popularność albo uszczęśliwić innych. Nawet gdy wiąże się to z ryzykiem utraty przyjaciela czy utraty kontaktu z ukochaną osobą, dobry przywódca postępuje zgodnie ze swoim sumieniem.
Kiedy zdesperowany Edward proponuje Jacobowi, żeby miał z Bellą ludzkie dzieci, Jacob nie uważa, że to okazja, której nie może przegapić. Chociaż jest świadomy, że to dla niego jedyna szansa na związek z Bellą – niewielka, ale zawsze jakaś – czuje ogromną ulgę, kiedy ta opcja przestaje wchodzić w grę. Bądź co bądź, Jacob zdaje sobie przecież sprawę, że łącząca go z Bellą więź jest toksyczna, i czasami przestaje się widywać z przyjaciółką, pragnąc uleczyć swoje serce i pozwolić dziewczynie żyć po swojemu. Dla kontrastu, kiedy Edward opuszcza Bellę, niby to z nieegoistycznych pobudek, traktuje ją brutalnie, co głęboko ją rani. To Jacob, okazując bohaterce przyjaźń, pomaga jej wrócić do pełni zdrowia, zachęcając ją nie tylko do bycia sobą, ale także do czerpania siły z podejmowania nowych wyzwań. Chłopak nie wymaga od Belli, żeby się zmieniła. Nie ocenia jej sposobu ubierania się, jej furgonetki czy jej znajomych (poza Edwardem i Cullenami, ale ma po temu powody). Zawsze jest na jej zawołanie, okazując jej szacunek i wsparcie, jak przystało na prawdziwego przyjaciela.
Edward, przeciwnie, kiedy nie może mieć Belli (bo sam ją brutalnie porzucił, usiłując „uratować”), podejmuje próbę samobójczą. Dokonuje wyborów, jakich dokonuje, i bezustannie zachowuje się nieodpowiedzialnie, ponieważ obce jest mu uczucie pokory – za to arogancja towarzyszy mu jak cie. Jak powiedział Laozi: „Polując dla sportu, goniąc dziko za przyjemnościami, łatwo możemy doprowadzić swoje umysły do szaleństwa”. W wypadku Edwarda możemy odczytać to zdanie jak najbardziej dosłownie – porusza się on z nadludzką prędkością i regularnie wyrusza na łowy. Laozi twierdził, że zdolność do widzenia, słyszenia i smakowania wszystkiego tak naprawdę czyni daną osobę ślepą, głuchą i niewrażliwą na smak. Oto źródło braku pokory u Edwarda, jego słabość, ale również źródło zalet Jacoba. Meyer chciała najwyraźniej stworzyć z Edwarda i Jacoba klasyczną parę pozostających z sobą w opozycji bohaterów, o jakiej pisze Joseph Campbell – dwie strony tej samej monety, yin i yang. Chociaż Jacob, jako dobry przywódca, zasługuje na uznanie, będąc człowiekiem skromnym, nigdy nie będzie dążył do zaszczytów, pielęgnując w sobie to, co Laozi nazywał „drogą niebios”. „Droga niebios” to dla Jacoba światełko w tunelu.
ZA KAŻDY DOBRY CZYN CZEKA SIĘ KARA
Joanne K. Rowling także bazuje na yin i yang, kreując bohaterów swoich książek. Pomyślcie tylko o Harrym Potterze i Draco Malfoyu. Chociaż różnią się od siebie w istotny sposób, nie są swoimi całkowitymi przeciwieństwami. Jak zawsze, w yin jest nieco yang, a w yang nieco yin – panuje równowaga. Harry'emu zdarza się postępować karygodnie, a Malfoy nie jest tak do końca złym człowiekiem. Podobnie Edward, może i jest całkowicie wyzbyty pokory, ale nie zasługuje na miano zwyrodnialca. A Jacob, chociaż nie wie, co to arogancja, oczywiście popełnia błędy. Różnica polega na tym, że u Meyer Edward cieszy się statusem, na który nie zasługuje, porównywalnym ze statusem, jakim cieszą się w społeczeństwie inne piękne, „błyszczące w słońcu” osoby, takie jak celebryci. Jego wady i przewinienia są mu wybaczane, a nawet jest za nie nagradzany. Jacob jest zawsze na przegranej pozycji – niezależnie od tego, ile spełni dobrych uczynków, ile razy się poświęci, spotyka go kara. To nie wina postaci, że tak się dzieje – winę ponosi wyłącznie Meyer. Rowling nagradza swoich pozytywnych bohaterów – Meyer nie.
Jacob musi zmierzyć się z najróżniejszymi trudnościami. Mieszkając w rezerwacie Indian, jest w dużym stopniu odizolowany od społeczeństwa. Ponieważ należy do plemienia Quileutów, ciąży na nim odpowiedzialność za zmienianie się w wilka – Jacobowi i innym mu podobnym zostaje ona narzucona, wywołana przez pojawienie się w okolicy nowych wampirów, które przyciąga obecność Cullenów. Bycie w sforze to jednak dla Jacoba nie koniec obowiązków – jego matka przecież nie żyje, a ojciec jest niepełnosprawny, chłopak musi więc zajmować się domem, a nawet opiekować się samym Billym i wozić go autem, jakby to Billy był jego dzieckiem. Tymczasem Meyer pisze kolejną część sagi, Midnight Sun, z punktu widzenia Edwarda. Po co? Edward dostaje zawsze wszystko, czego zapragnie – Jacob nie. Owszem, w ostatnim tomie „dostaje mu się” Renesmee, ale dla uważnego czytelnika to żadna nagroda. Czy nie powinniśmy mieć żalu do Meyer, że nie traktuje Jacoba tak, jak ten na to zasługuje?
Na szczęście Laozi ma dla nas gotową odpowiedź: „Po stokroć lepiej byłoby dla nas, gdybyśmy potrafili (...) odrzucić swoją mądrość”. Chiński mędrzec pragnął nam przez to powiedzieć, że życie nie sprowadza się do czerpania wiedzy z książek – wiedzę można czerpać również z samego życia. Meyer nagradza arogancję i karze pokorę – podobnie jak to się nierzadko dzieje w prawdziwym życiu. W filozofii taoistycznej podkreśla się, że wiedza może pochodzić z wielu różnych źródeł. Do naszych zadań nie należy zastanawianie się, co jest „dobrą” wiedzą, a co nie.
NAGIĄĆ SIĘ OZNACZA POZOSTAĆ WYPROSTOWANYM
„Nagiąć się oznacza pozostać wyprostowanym” - pisał Laozi, tłumacząc, jak radzić sobie w wypadku konfliktu z inną osobą. Postępowanie takie może wydać nam się sprzeczne z tym, co podpowiada intuicja, ale Laozi miał na myśli to, że odejście od własnych pragnień („nagięcie się”) wymaga od nas więcej odwagi i więcej siły niż kurczowe trzymanie się własnego stanowiska tylko po to, by w końcu i tak zostać „złamanym”. Kto potrafi tak się zachować, ten zyskuje otwarte na uczucia serce. Jacob jest zrozpaczony, kiedy Bella wybiera Edwarda i życie wampira. Chociaż prawdą jest, że część tej rozpaczy bierze się z pragnienia Jacoba, by dziewczyna odwzajemniła jego uczucie, najbardziej przeraża go jednak myśl o świecie bez takiej Belli, jaka jest teraz. Większość kompanów Jacoba z watahy doświadczyła już wilczego „wpojenia”, są więc szczęśliwie zakochani. Kiedy Bella wybiera Edwarda, a w konsekwencji śmierć, dla Jacoba jest to jednoznaczne z utratą jedynej osoby na ziemi, z którą mógłby być szczęśliwy. Jako nowy członek rodziny Cullenów i przedstawicielka rasy „Zimnych”, Bella byłaby w dodatku jego naturalnym wrogiem. Chłopak czuje się bezradny i traci nadzieję. Na szczęście dla siebie, naprawdę kocha Bellę i chce, by była szczęśliwa, bez względu na to, jaką sam miałby zapłacić za to cenę. To właśnie jego serce sprawia, że w samym środku konfliktu Jacob zaczyna się w końcu taoistycznie „naginać”.
Jacob przychodzi zobaczyć się z Bellą zaraz po powrocie młodej pary z miesiąca miodowego i odkrywa, że jego ukochana cierpi straszliwie z powodu przyspieszonej ciąży, której donoszenie grozi jej śmiercią. Idąc do Cullenów, bohater spodziewa się, że Bella jest martwa, a dokładniej że zabito ją, by stała się nieśmiertelna – ale że przynajmniej jakaś jej cząstka nadal żyje. Widok jej nabrzmiałego brzucha to dla niego szok – czegoś takiego zupełnie nie brał pod uwagę. Nagle okazuje się, że Bella w każdej chwili może najnormalniej w świecie naprawdę umrzeć.
Trzy cenne skarby taoizmu przydają się tu Jacobowi po raz kolejny: współczując Belli, jest w stanie jej wybaczyć, pokora pomaga mu jej nie oceniać, a umiar pozwala zostać w domu Cullenów, by chronić Bellę i Renesmee przed Volturi, którzy przybywają oskarżyć Bellę i Edwarda o stworzenie nieśmiertelnego dziecka – czegoś, co w świeci wampirów jest absolutnie zakazane. Pod koniec książki wychodzi na jaw, że sytuacja Belli i Edwarda nie jest tak wyjątkowa, jak do tej pory sądzono – nieczuły na ludzką krzywdę wampir z Ameryki Południowej także zapładniał swoje kochanki-śmiertelniczki. Dzieci z tych związków, podobnie jak Renesmee, są hybrydami, pół wampirami, pół ludźmi, a nie istotami, których tworzenia Volturi zakazali – ludzkimi dziećmi zmienionymi w niezdolne się kontrolować wampiry, jeszcze bardziej niebezpieczne od wampirów dorosłych.
Kiedy Jacob widzi Renesmee po raz pierwszy, ponieważ ma w sobie siłę, by w konflikcie z Bellą nie obstawać twardo przy swoim, jego serce jest otwarte na nowe uczucia i chłopak jest w stanie doświadczyć wpojenia. To bardzo szczęśliwy splot okoliczności dla Meyer, która bez wątpienia pragnęła jakoś wynagrodzić bohatera za jego niesamowitą cierpliwość. Renesmee rośnie błyskawicznie, ale i tak miną lata, zanim będzie mogła stać się dla chłopaka kimś więcej niż tylko uwielbianą podopieczną. Na razie Jacobowi musi wystarczyć rola niańki małej i głównego źródła krwi podczas jej posiłków – jak na każdym z wilków, wszystko goi się na nim błyskawicznie, więc ugryzienia dziewczynki nie czynią mu szkody. Jacob jest gotowy znieść naprawdę wiele, ale rozstając się z nim w tomie Przed świtem, czytelnik wie, że nic go już nie złamie.
POCZĄTEK NOWEJ EPOKI
Rzecz jasna, chińskiemu myślicielowi nigdy nawet nie przyszło do głowy, że fikcyjna postać z odległej przyszłości będzie ucieleśniać opisany przez niego ideał. Także sama Meyer nie zdawała sobie najprawdopodobniej sprawy z tego, że konsekwentnie opisywała Jacoba jako taoistę. Bez względu na to, czy należycie do fanów Edwarda czy fanów Jacoba, musicie przyznać, że Jacob jest wyjątkowo porządnym facetem. Jest kimś, na kim można polegać w każdej, nawet najbardziej krytycznej sytuacji – i nie tylko dlatego, że potrafi się zmienić w wielkiego wilka. Jako prawdziwy taoista jest lojalny, skromny i pełen współczucia. Również jego bliska relacja z przyrodą jest zgodna z naukami Laozi. Najbardziej godne podziwu w Jacobie jest jednak to, że niemal załamany stanem Belli, pomimo własnej rozpaczy, jest w stanie się pozbierać: „Czyżby pusta była starożytna mądrość, że to, co podzielone staje się jednością? Tylko będąc jednością z wszelkim istnieniem można ją w pełni zrozumieć. Dlatego rozważmy te słowa dopiero, gdy osiągniemy ową jedność”.
Laozi może i nie znał Jacoba, ale te słowa są o nim. Chłopak nagina się, ale pozostaje jednością. Starożytni mędrcy, których wspomina Laozi, jakże bliscy Jacobowi duchowo, mieli rację. Skromność podpowiada bohaterowi, że nie można narzucać nikomu swojego zdania. Bella nie wysłucha nigdy jego próśb. Edward nie zniknie. Kiedy Jacob przestaje czuć potrzebę walczenia o swoje, otwiera się jego serce. Staje się on na powrót jednością, wraca do samego siebie. Zamiast marnować czas na walkę z wiatrakami, może wreszcie odnaleźć szczęście. Gdybyśmy wszyscy potrafili być tacy jak Jacob i pójść za tao, otworzyłyby się przed nami nowe możliwości.
Stephen King napisał w swoich wspomnieniach: „Pamiętam, że na tę myśl ogarnęło mnie poczucie niewiarygodnych możliwości, jakby wpuszczono mnie do ogromnego budynku pełnego zamkniętych drzwi i pozwolono otwierać te, które tylko zechcę. Jest ich więcej, niż można by otworzyć w ciągu całego życia”. U Meyer to poczucie nieograniczonych wręcz możliwości również się pojawia – książki i filmy to dopiero początek. Może pisarka przeczyta ten rozdział i dojdzie do wniosku, że świat Jacoba pełen jest drzwi, które mogłaby uchylić przed swoimi czytelnikami? Kto wie, być może przed nami początek nowej epoki.RaczejRozwazna - Pią 15 Sty, 2010 21:42
Agn napisał/a:
A nie byłaś zakochana w Belli, bo przecież Jake wpoił się w (Loch)Ness, a tej nie było, więc...
Nie strasz mnie!!!
A propos - czy Leah mogła się wpoić w kogoś?
a co do tego fragmentu - niech no tylko Spin wyzdrowieje już widzę jak się oberwie autorom za obsarowywanie Edwarda.
Ale szczerze powiedziawszy to Jakob - taoista niezmiernie mnie ubawił.
Trochę naciagana ta filozofia
Agn napisał/a:
Yin jest bierne, zimne, ciemne i miękkie
Jakob jest może ciemny i miękki ( ) ale bierny i zimny ?
Agn napisał/a:
Jacob jest gotowy znieść naprawdę wiele, ale rozstając się z nim w tomie Przed świtem, czytelnik wie, że nic go już nie złamie.
Akurat w "Przed świtem" Jakob to okropny amerykański nastolatek, bez cienia czaru dawnego Jakoba. Rzekłam.
Nie przekonuje mnie ten cały "Zmierzch i filozofia". Autorzy za dużo naczytali się opracowań o myśli chińskiej i na siłe dopasowują swoje teorie do Zmierzchu. Jakob i Konfucjusz...
EDIT - Tapetka z Jacobem...
EDIT 2 - kto to jest to dziewczę koło Pattisona?
Aha już wiem - nowy film. Jaki?Agn - Pią 15 Sty, 2010 22:05 A mnie się to dobrze czytało, a filozofiami zewsząd jesteśmy tak nasiąknięci, że i tak już nie pamiętam, co się skąd wzięło.
Obok Rpattza stoi Emily De Ravin (coś koło tego), a film zwie się "Remember me". Trailer: http://www.youtube.com/watch?v=uWQV6-QgGjI
Bardzo chcę to zobaczyć...spin_girl - Pią 15 Sty, 2010 22:07 Ze złości prawie ozdrowiałam!!! Co za bezczelny, tendencyjny tekst! Pełen błędów wynikająych z niedoczytania dokładnie sagi i w dodatku nadinterpretacja na każdym kroku!!! Idioci!!!
Od kiedy to noszenie markowych ubrań jest przejawem arogancji?! Edward i brak pokory?! Toż on nic innego nie wykazuje jak tylko pokorę!!! Nawet od Rozważnej chochelką razy z pokorą przyjmował! ( ) Nie mam czasu teraz szukać cytatów, ale pokory jest w Edwardzie mnóstwo. Okazuje się, że posiadanie drogiego auta jest grzechem i arogancją, a jednak Edward swojego Astona Martina trzymał w garażu, a jeździł najmniej rzucającym się w oczy rumakiem ze stajni Cullenów. Ja tu widzę typową nienawiść do bogatych ludzi.
Agn napisał/a:
Edward spogląda na wszystkich z góry, jakby był lepszy od innych. Obnosi się ze swoim bogactwem, jeżdżąc drogimi samochodami, nosząc ubrania ekskluzywnych marek i drwiąc z mniej prestiżowych dóbr, takich jak zdezelowana furgonetka Belli
To jest jedna wielka bzdura. A z furgonetki Belli nabijali się wszyscy, z Bellą włącznie. I Jacobem też.
Agn napisał/a:
Kiedy w Jacobie budzi się wilk, pojawia się przed nim możliwość zaatakowania Edwarda, ale nigdy z niej nie skorzysta.
no hello!!! Mało to razy już się zaczynali bić? Za każdym razem to Edward nie chciał skrzywdzić Jacoba ze względu na Bellę.
Agn napisał/a:
Nie ocenia jej sposobu ubierania się, jej furgonetki czy jej znajomych (poza Edwardem i Cullenami, ale ma po temu powody). Zawsze jest na jej zawołanie, okazując jej szacunek i wsparcie, jak przystało na prawdziwego przyjaciela.
Zupełnie jak Edward.
Agn napisał/a:
Kiedy Bella wychodzi za mąż za jego rywala, a co gorsza zapowiada, że wkrótce po ceremonii zostanie zmieniona w wampira, Jacob, wbrew samemu sobie, przychodzi na wesele
WTF?! Jacob przychodzi na wesele ZANIM Bella oświadcza, że za chwilę będzie uprawiać seks, a kiedy się o tym dowiaduje jego atak agresji musi wyciszać stado wampirów i wilkołaków.
BTW, co robi przykuty do wózka Billy, kiedy jego cudownie odpowiedzialny Jacob biega tygodniami po lesie jako wilk?
No po prostu tym razem szlag mnie trafił
Czy naprawdę nie można lubić Jacoba bez opluwania Edwarda? Czy naprawdę nie można dostrzegać zalet obu panów?
I dlaczego Edwardowi ciągle obrywa się za to, że jest bogaty? Czy to jest grzech?RaczejRozwazna - Pią 15 Sty, 2010 22:11
spin_girl napisał/a:
Ze złości prawie ozdrowiałam!!! Co za bezczelny, tendencyjny tekst! Pełen błędów wynikająych z niedoczytania dokładnie sagi i w dodatku nadinterpretacja na każdym kroku!!! Idioci!!!
A nie mówiłam?
Ale zgadzam się Spin z Tobą. Mnie też przytoczona charakterystyka Edwarda nie podeszła, mimo, iż - delikatnie mówiąc - nie jestem jego fanką.
O żesz Ty. Pattinson mi się tu NAPRAWDĘ podoba! Świat się kończy... Agn - Pią 15 Sty, 2010 22:18 Kurde, to ja ci tu kurację szykuję Edwardową, a widzę, że niepotrzebnie - wystarczyło przepisać rozdział, który ci się nie spodoba.
A poważnie...
Mnie tam się podobał. Edwarda nie znoszę (już pisałam tysiąc razy, dlaczego) i, z całą przykrością, jedynymi momentami, kiedy patrzę na niego życzliwszym okiem są chwile, kiedy pisze o nim Spin. Akurat za arogancję uważam np. decydowanie za Bellę, z kim się może spotykać, a z kim nie (patrz: Zaćmienie) czy nie zwracanie uwagi na jej słowa, bo się leci z własnym "genialnym" planem (patrz: Zmierzch, kiedy zaczyna się ucieczka przed Jamesem), więc po co słuchać słabej, ludzkiej kobiety. Odnośnie drogich samochodów - dziwnym trafem furgonetka nagle podejrzanie "zniknęła" w czwartym tomie, a dla Belli jedynym dobrym samochodem okazał się jakiś wypasiony merc, którego jeszcze nigdzie nie można kupić. A samochodem najmniej rzucającym się w oczy jeździli nie ze skromności, tylko by się właśnie nie rzucać się w oczy wśród ludzi. Do szkoły. Diabli wiedzą, co robili po weekendach.
A drogie ubrania? Zdaje się, że każdy ciuch nosili tylko po razie. Widocznie nie mieli, czego przerabiać na szmatki. Mnie to zaśmierdziało wtedy BH90210, gdzie dzieciaki normalnie się nie ubierały. Być może to wina Alice, ale wobec tego proponuję Edwardowi, zamiast kolejny raz iść na studia, poćwiczyć asertywność.
Odnośnie tej pokory - jak dla mnie E. jednak patrzył na ludzi z góry. Dowód? Midnight Sun:
Cytat:
She was advanced then, intelligent for a human.
Jak na człowieka to była inteligentna? Wobec tego ludzie to zgraja niedorastających mu inteligencją do pięt jemiołków? Znielubiłam po tym tekście Edwarda całkowicie. A o samym Charlie'm mówił, że uważał go za człowieka o powolnym intelekcie, przy czym opierał się na pozorach, bo kiepsko mu szło czytanie jego myśli (ale na to nie wpadł). O nauczycielu biologii też mówił, że jest: "a man of no more than average intellect". Na podstawie czego? Bo nie skończył 50 razy medycyny i jest nauczycielem w szkole średniej? A dzieciakami w szkole to, odnosiłam takie wrażenie, wręcz gardzi, jedynej Angeli Webber przyznając odrobinę empatii. Wg mnie Edward naprawdę patrzy na rasę ludzką z wyższością. A to nie jest postawa pełna pokory.
Fakt, że bardzo jednostronnie autorka potraktowała obie postaci, ale cóż - ja się jednak zgadzam. Powiedzmy, że łączę się z autorką w nielubieniu. Bo naprawdę Edwarda lubię tylko w twoim wydaniu, Spin. Ewentualnie jak sama o nim piszę w jakichś fanfikach.
No i teraz to ja dostanę chochlą przez łeb.
EDIT: Brak odp. Chyba nie chce ze mną rozmawiać. Ja i tak najostrzejszej jazdy po Edwardzie nie przepisałam... Ech...
Świat się kończy! Rozważna zauważyła, że Rpattz w RM wygląda atrakcyjnie! Łoluduluduludu!!! RaczejRozwazna - Pią 15 Sty, 2010 22:34 No ale on mi się tak strasznie nie podobał!
Qrczę, może ja rzeczywiście po tym śnie przeżyłam cos w rodzaju katharsis ?? Zaczynam bronić Edwarda, podoba mi się Pattinson... Ja nie chcę!!! Czuję się, jakbym traciła właśną osobowość, buuuu....Agn - Pią 15 Sty, 2010 22:35 Spin? Masz może wódkę? Bo takie fenomeny to trzeba oblać.
*leci po ogórki*
O ile nie straciłaś do mojego oślego względem E. uporu cierpliwości...
A poważnie - wg mnie od początku Robert był b. atrakcyjnym facetem. Nie, wróć, w Potterze mi się nie podobał, ale wtedy był nastolatkiem, a ciekawy się zrobił jak skończył te 20 lat. Nie ma się czego wstydzić, Rozważna, jesteś wśród swoich.
Darth Vader byłby ze mnie dumny...Agn - Sob 16 Sty, 2010 09:36 Zapomniałam odpisać na jedno pytanie...
RaczejRozwazna napisał/a:
A propos - czy Leah mogła się wpoić w kogoś?
Wiesz co, ciężko w sumie powiedzieć. Najpierw to wpojenie wyglądało jak po prostu wilcza sprawa. Potem, chyba w czwartym tomie ktoś coś mówił, że wpojenie trafia się w momencie, kiedy jest jakaś idealna pula genów do przekazania czy coś w tym guście, że dana para może mieć jak najlepsze potomstwo. Nie wiem, na ile to prawda, ale w takim wypadku Lei wpojenie by nie groziło - była, jak to sama siebie nazwała, "ślepą końcówką".
Może Spin coś więcej powie, bo lepiej zna detale sagi, niż ja.RaczejRozwazna - Sob 16 Sty, 2010 14:43 Aha, no to miałoby sens. Kołatał mi się kiedyś taki pomysł na ff, że Jacob przeciwstawia się wpojeniu, ale jednocześnie przestaje być wilkiem. Taki motyw wyzwolenia się z przeznaczenia.
Widziałam ten wstępny scenariusz Eclipse, który jakoby miał był wycieknąć do mediów (ech, ta promocja... ). Wydaje mi się, że coś z tego wprowadzą bo jest bardzo "filmowo" zrobiony. Parę uwag krytycznych:
Spoiler:
Łagodzą i słodzą. Edward jest jeszcze bardziej idealny (wcale nie był nadopiekuńczy ), Bella ma swoje zdanie, a Jacob dośc szybo godzi się z rzeczywistością. Nie wiem jak zniosę ilośc lukru między E. a B. (ostatnia scena - czuję, że tak skończą, po prostu czuję to. To już wolałabym Jakoba na rykowi.. ekhm wyjącego do księżyca ). Ale dla Jake'a zdzierżę to wszystko. Kilka momentów może być zabawnych (pierwsza wizyta Belli w Forks i spotkanie ze sforą )
Szkoda mi strasznie jednej sceny (bo ze spojlerów foto wygląda, że własnie tak to będzie zrobione) - a mianowicie zamierzają połaczyć obie sceny "motorowe" - czyli nie będzie ucieczki Belli z Jakobem spod szkoły. W scenariuszu Bella na złość Edwardowi, aby go "ukarać" za to, iż nie powiedział jej prawdy o wizji Alice odjeżdża na motorze z Jakobem już przy pierwszym z nim spotkaniu. Bez sensu. Pomijam fakt, iż Bella robiąca na złość Edwardowi jest raczej nieprawdopodobna, ale scena ucieczki sprzed szkoły była jedną z moich najbardziej ulubionych! Ta rozlazła Bella faktycznie dała tu świadectwo, że dla Jake'a zdolna jest przeciwstawić się nawet swoim ukochanym Cullenom, że naprawdę zależy jej na spotkaniu z przyjacielem. Tym jednym posunięciem dała większe świadectwo o więzi, która ją łączy z Jakobem, niż wszystkim, co działo się później. Robienie z tego jakichś rogrywek pomiędzy nią a Edwardem jest bez sensu, po co mieszać go do wszystkiego
Czytając ten scenariusz przypomniała mi się nasza dyskusja o zdrobnieniach. To "Jake" jakim Bella zwraca się do przyjaciela jest niesamowicie ciepłe. Nie pamiętam - czy ktoś jeszcze tak Jakoba nazywał? W sumie dziwne też, że Bella nie ma swojego własniego określnia dla Edwarda. Edward - to brzmi surowo dostojnie i majestatycznie. Scena z życia;
Jake pozbieraj te skarpetki!
Edwardzie, czy mgłbyś zabrać te skarpetki?
Nie wytrzymałabym... Dobra nie zaczynam znowu.
(Cóz, wygląda na to, że chyba wracam do siebie . Ale mam też nadzieję, że Spin nie zaszkodziła nasza wczorajsza dyskusja )
Agn - jeszcze Cię pomęczę. Nie odpowiedziałaś mi dlaczego nie lubisz Alice?spin_girl - Sob 16 Sty, 2010 15:02 Się nie zgadzam i się w ogóle nabzdyczyłam teraz.
Powiem szczerze, codziennie natykam się na przejawy ogólnego zidiocenia wśród ludzi, czasami wręcz zastanawiam się, jak niektórzy mogą w tym samym czasie chodzić i mówić, skoro w ich umysłach najwyraźniej nie zachodzą żadne procesy myślowe. Gdybym jeszcze potrafiła usłyszeć te głupoty, które myślą chyba bym straciła na wieczność resztki szacunku dla ludzkiej rasy. Jednocześnie wspomniane jest to, że wampiry jako gatunek używają jakiejś większej powierzchni mózgu, Bella zresztą sama to zauważa, że może myśleć na kilku poziomach jednocześnie, dokładne mierzenie odległości czy jakiś tam kątów nachylenia nie spprawia jej po przemianie żadnych poziomów i w ogóle jest "quicker on the uptake", więc nie mam pretensji o lekką pogardę Edwarda dla głupich nastolatków ze szkoły w Forks. Sama mam więcej niż lekką pogardę dla nastolatków, których superinteligentne wymiany zdań zdarza mi się słyszeć w autobusie czy gdzie indziej.
Poza tym cytowane przez Ciebie zdanie z MS zinterpretowałabym inaczej, że według ludzkich standartów świadectwem inteligencji jest dostanie się do advanced placement program.
Poza tym wstrętni autorzy tego wstrętnego, tendencyjnego kawałka ze "Zmierzchu i filozofii" zestawiają Edwarda z Jacobem w najidiotyczniejszy możliwy sposób. Z ich opisu wynika, że Edward jako bogaty automatycznie jest arogancki a Jacob jako biedny automatycznie jest dobry. To idiotyzm. Poza tym w każdej szanującej się pracy naukowej przy rzuceniutakiej bomby jak "Edward jest arogancki" należałoby wskazać konkretny przykład arogancji, w postaci cytatu lub parafrazy, na co autorzy się nie wysilili. Jakby mi się chciało, to za 15 minut mogłabym przekleić tu z 15 cytatów świadczących o olbrzymiej pokorze Edwarda.
Po trzecie, czy które tam, Kolejne idiotyczne i niesprawiedliwe zestawienie to kwestia rodziny. Jacob jest cacy bo jego mama zginęła w wypadku i musiał sobie radzić sam, a Edward został "wybrany" przez Carlisle'a na syna i wygrał z chorobą, więc ma syndrom boga. Słowem nie jest wspomniane, że owa choroba zabiła oboje jego rodziców, a jemu samemu odebrała fundamentalną część siebie - człowieczeństwo, z czym przed dekady starał się uporać. Tymczasem autorzy usiłują sprzedać ten kawałek, jakby Edward wygrał w konkursie, co jest wstrętne i nieprawdziwe. Jacob miał tatusia i dwie siostry i jeszcze cały rezerwat krewnych, Edward swoją rodzinę budował od początku.
Poza tym z tym Carlislem to jeszcze było tak, że spędzenie kilkudziesięciu lat jako wybrany syn tak wspaniałej osoby jak Carlisle, z takimi zasadami moralnymi, charakterem, dobrocią i wewnętrzną siłą nauczyło Edwarda głębokiej pokory, która silnym echem odbija się w każdej jego wypowiedzi o przybranym ojcu.
Na końcu zapytam już całkiem agresywnie: i co z tego, że Edward nosił codziennie inne markowe ubrania i jeździł drogim samochodem? Nie wolno mu? Krzywdził tym kogoś? Czy kiedykolwiek oceniał innych w zależności od ich ubrań?
Jeśli chodzi o Eclipse to o ile dobrze pamiętam Edward miał zastrzeżenia tylko i wyłacznie do bandy młodych wilkołaków jako towarzystwa Belli i tylko dlatego, że były potencjalnie niebezpieczne. Później zresztą zrobił reewaluację i było ok. Natomiast przypominam sobie jawnie wrogą reakcję Jacoba przy sławetnej wycieczce do kina w New Moon. Najpierw nie był happy, że Bella zabiera całą paczkę, potem zachowywał się jak idiota w stosunku do Mike'a Newtona.
Jeśli chodzi o ciężarówkę Belli to ponoć padła sama. Poza tym Edward miał swojego małego świra na punkcie jej bezpieczeństwa i chciał żeby jeździła czymś bezpiecznym, stąd ten mercedes guardian, nawet nie kuloodporny ale rakietoodporny. Uważam, że to było zabawne, a poza tym, gdybym ja miała grube miliony, a mój ukochany jeździłby złomem to też bym mu kupiła ładne auto. Zabijcie mnie za to, bo chyba jestem okropnie arogancka.
W momencie kiedy Edward nie chciał słuchać planu Belli odnośnie ucieczki przed Jamesem, nie chciał słuchać również nikogo ze swojej rodziny, więc to nie była dyskryminacja Belli jako człowieka, tylko totalny atak paniki, który zresztą szybko mu przeszedł.
Jeszcze wrócę do tej pokory. Cokolwiek by się działo, Jacob zawsze tkwi w przeświadczeniu, że byłby dla Belli idealnym partnerem. Edward tymczasem w rozmowie z Jacobem obiektywnie stwierdza, że być może Jacob byłby dla niej lepszy, ale mówi, że nie chce podważać wyboru Belli. Który sposób myślenia świadczy o większej pokorze?
Rozważna, nie wiem czy Leah mogła się wpoić, oni sami chyba nie wiedzieli ponieważ Leah była pierwszą kobietą-wilkołakiem i wszystko co ją spotykało to była nowość.
BTW, widzę, że tu wszyscy założyli, że padłam rażona apopleksją po przeczytaniu tego fragmentu ZiF. Nic takiego, po prostu wczoraj musiałam wcześniej iść spać, a dzisiaj od rana byłam na uczelni, więc dopiero teraz mogłam odpisać. Co nie zmienia faktu, że kładłam się wczoraj solidnie wk*****na spin_girl - Sob 16 Sty, 2010 15:26
RaczejRozwazna napisał/a:
Qrczę, może ja rzeczywiście po tym śnie przeżyłam cos w rodzaju katharsis ?? Zaczynam bronić Edwarda, podoba mi się Pattinson...
Rozważna - idź dalej tą drogą.....
RaczejRozwazna napisał/a:
Edward - to brzmi surowo dostojnie i majestatycznie.
a także ślicznie, staroświecko i romantycznie. Poza tym niektóre imiona się ładnie nie zdrabniają, na przykład moje (Marta). I dlatego wszyscy mówią do mnie używając pełnej wersji mojego imienia. Poza tym sam Edward nigdy nie porozrzucałby swoich skarpetek, więc dyskusję uważam za bezprzedmotową
BTW, Rozważna, gdybyś w jakimś równoległbym świecie poślubiła na przykład pana Darcy'ego, mówiłabyś do niego per "Fitzuś" albo "Willy"? Moim zdaniem niektórzy są tak potężnymi osobowościami, że zdrobnienia po prostu do nich niepasują. Edward to nie Ed. Rzekłam. (Bosh, mam nadzieję, że nie obudziłam śpiącego powora...)RaczejRozwazna - Sob 16 Sty, 2010 15:32 Myślę, że nie poślubiłabym człowieka, którego imienia nie umiałabym się zdrabniać, albo dla którego nie byłabym w stanie znaleźć mojego osobistego określenia. Ja do życia potrzebuję ciepła i czułości, a potęzne osobowości to mogę spotykać na swej drodze, ale niekoniecznie się z nimi wiązać
Czekam na ripostę Agn. Jak ja was lubię czytać, dziewczyny.