Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Kłopoty Luci
Trzykrotka - Śro 25 Lut, 2026 21:42
Biedna Lucia wraca do domu - kompletnie pognębiona. Ale to jeszcze nie koniec dnia!
Lucia minęła sklep rybny i jakiś podświadomy impuls skłonił ją do zamówienia garnirowanego kraba, którego zobaczyła na wystawie. Potem poszła do domu i usiadła w pokoju ogrodowym. Ten drugi cios, który przyszedł zaraz po pierwszym, sprawił że się zachwiała. Do wszystkich ponurych refleksji wywołanych odrzuceniem jej portretu doszły te wywołane przez ten drugi, a obraz mentalny, na jaki składały się oba, był przerażający. Z pewnością jakaś złośliwa Moc, oddana szczególnie służbie nad jej niepowodzeniami, musiała kierować wszelkimi wpadkami (i ich doskonałą zbieżnością w czasie) tego szalonego popołudnia: złośliwa Moc była mistrzynią sztuki scenicznej. Kto byłby w stanie przeciwstawić się niestrudzonemu tragikowi? Lucia nie była i po jej policzkach spłynęły dwie łzy żalu nad samą sobą. Była zdumiona czując ich łaskotanie, bo zawsze uważała się za odporną na taką słabość, ale jednak one tam były. Większa spadła na jej bibułę, a mniejszą starła z policzka.
Wzięła się w garść. Jakiekolwiek upokorzenie na nią spadło, jej postanowienie by być nadal żwawą, dominującą i niepowstrzymaną było mocne jak zawsze, a ona musi przełknąć ludzką litość i pogardę udając, że ich wcale nie odczuła. Podeszła do fortepianu i mimo lekko zamglonego wzroku przećwiczyła trudną partię duetu, który grali z Jurusiem przed jego wyjazdem. Wykonała kilka odprężających ćwiczeń gimnastycznych i serię głębokich oddechów. „Straciłam sporo prestiżu” powiedziała sobie, gdy zatrzymywała powietrze w płucach, a potem gwałtownie je wydychała „ale to mnie nie złamie. Podźwignę się z tego. Za dwa tygodnie, może mniej, wierzyć mi się nie będzie chciało, że mogłam w ogóle czuć się tak sponiewierana i tak słabo się zachowywać. Sursum corda! Muszę…”
Zadzwonił jej telefon. Musiała zebrać całą odwagę jaką jeszcze miała, by podnieść słuchawkę, bo kto wie, jaką nową katastrofę mogła zwiastować ta rozmowa? Kiedy rozmówczyni się przedstawiła, Lucia prawie się rozłączyła, tak niemożliwe jej się to wydało. Pewnie ktoś stroi sobie głupie żarty jej kosztem. Ale słuchała.
- Spóźniłam się na prom – mówił głos w słuchawce – a po noclegu w hotelu chora jestem przez tydzień. Czy byłaby pani tak cudownie miła i przyjęła mnie na kolacji i noclegu? Była pani uprzejma mi to zaproponować po południu. Jutro rano wsiądę na pierwszy poranny prom.
W gardle Luci podniósł się szloch radości.
- Jestem zachwycona, księżno – powiedziała. - Tak się cieszę ze wzięła mnie pani za słowo i sama się zaprosiła.
- Wielkie dzięki. Będę u pani za około godzinę.
Lucia skoczyła do dzwonka i trzymała na nim palec tak długo, aż Grosvenor nadbiegła.
- Grosvenor, księżna Sheffield będzie tu za jakąś godzinę, na kolację i nocleg – zawołała Lucia wciąż dzwoniąc. - Co mamy na kolację?
- Nie jestem pewna, wiem tyle, że właśnie przynieśli garnirowanego kraba… - zaczęła Grosvenor.
- Tak! Zamówiłam go! - krzyknęła Lucia w ekscytacji, wypuszczając wreszcie dzwonek. - To było instynktowne, Grosvenor, to było prowadzenie. Takie rzeczy często mi się przydarzają. Sprawdź co jeszcze - i mnóstwo mocnej kawy.
Grosvenor weszła do domu, a przez umysł Luci popłynęła muzyka tryumfalnej medytacji. „Zaprosić Benjy’ego i Elizabeth?” myślała. „To zmiażdżyłoby Elizabeth na wieki, ale tak naprawdę nie życzę jej takiego losu. Diva? Nie. Dobra, mała, miła poczciwina, ale Poppy może poczuć się dziwnie siadając do stołu z kimś, komu płaciła szylinga za herbatę, a może osiemnaście pensów. Susanna Leg? Nie: wygłaszała bardzo niemiłe uwagi na temat obrazu. Mam posłać po księgę pamiątkową burmistrza , żeby Poppy mogła się do niej wpisać? I to nie. Będzie wyglądało, jakbym chciała oficjalnie odnotować jej wizytę, a przecież ona jest tu tylko przejazdem. Zjemy same. O wiele bardziej chic.”
Grosvenor wróciła z dość skromnym menu, a Lucia dodała mu smaku.
- I nie będę się przebierać, Grosvenor – powiedziała. - Jej wysokość (ależ bogate słowa!) wyjeżdża bardzo wcześnie i pewnie nie będzie chciała się rozpakowywać.
Jej wysokość przybyła. Wydawała się zdziwiona, że nie ma Jurusia, ale potem wyraźnie się ucieszyła na wieść, że spotka go u Olgi w Touquet. Zaraz po kolacji poszła do łóżka i o ósmej następnego ranka wyjechała. Jeszcze nigdy Lucia tak bardzo nie mogła doczekać się pory wyjścia na zakupy, kiedy to od niechcenia, przeciągając słowa, rzuci im swoje nowiny.
Pierwszą osobą którą spotkała była sama Elizabeth, która przebiegła przez ulicę z odrażającym uśmiechem życzliwego współczucia na twarzy.
- Musi ci być smutno tak samej, bez pana Jurusia – powiedziała. - Wpadnij dziś do nas na kolację.
Lucia mogłaby wręcz zaśpiewać na głos na myśl o tym, jak szybko ten obłudny wyraz pożałowania zniknie z twarzy burmistrzyni. Przycisnęła palec do czoła.
- Niech pomyślę – powiedziała. - Obawiam się… Nie, to jutro… Tak, jestem wolna. Dziękuję za zaproszenie.
Urwała, przeciągając oczekiwanie na cudowną nowinę.
- A jaką miałam wczoraj wieczorem dziwaczną, ale uroczą niespodziankę – wycedziła. - Wróciłam do domu po herbacie u Divy… No przecież, byłaś tam – i pograłam trochę na fortepianie. Potem znów ten wieczny dzwonek telefonu. Jak myślisz, kto chciał zjeść ze mną kolację i przenocować u mnie z tak krótkim powiadomieniem?
Elizabeth cisnęło się na usta „księżna Poppy,” ale to byłoby wszak zbyt niemiłe i sarkastyczne.
- Kto, kochana? - spytała.
- Księżna – powiedziała Lucia. - Pamiętasz, prosiłam ją gdy wczoraj na chwilę spotkałyśmy się we trzy, żeby się wprosiła… I godzinę później zrobiła to. Kochana, roztrzepana istota. Spóźniła się na statek, a że nie lubi hoteli, zadzwoniła. Miły, spokojny wieczór. Wyjechała dziś bardzo rano, żeby złapać poranny prom. Ciekawe, czy jej się uda tym razem. To co, dziś o ósmej? Będzie mi bardzo miło.
Lucia weszła do sklepu zostawiając oniemiałą Elizabeth na chodniku, z szeroko otwartymi ustami. Potem je zamknęła, a jej twarz zasnuła ponura chmura. Zaczęła przechodzić przez ulicę, ale znów wskoczyła na chodnik na ostry dźwięk klaksonu tuż przy uchu Royce’a Susan.
- Tak mi przykro, że musiałaś skakać – powiedziała Susan wystawiając twarz przez okno – ale słyszałam, że była tu wczoraj księżna Luci i okazało się, że nie zna jej od Adama. Ani od Ewy. Od żadnego z nich. To prawda?
- Byłam przy tym – powiedziała Elizabeth. - Nie miała pojęcia, kim jest nasza burmistrz.
- Dziwne, zważywszy te wszystkie zdjęcia.
- Jest coś jeszcze dziwniejszego – rzekła Elizabeth. - Burmistrz właśnie mi powiedziała, że miała gościa na kolacji i noclegu, który wyjechał dziś o świcie. Zgadnij kogo.
- Wiesz, że nie umiem zgadywać – powiedziała Susan. - Kogo?
- Ją! - wrzasnęła Elizabeth. - A Lucia miała tupet, żeby mi coś takiego powiedzieć!
Pan Wyse, schowany na ogromną masą swojej żony wystawił głowę zza jej ramienia. Dzika twarz burmistrzyni tak go przeraziła, że schował się z powrotem.
- Że sumienie pani burmistrz pozwala jej opowiadać takie banialuki, to jej sprawa, nie moja – ciągnęła burmistrzyni. - Nie mogę tylko znieść myśli, że ona bierze mnie za idiotkę, która w nie uwierzy. Czy jedna kobieta prosi drugą, której nie zna, żeby ją nakarmiła i przenocowała? No jak? Prosi?
Pan Wyse zawsze szerokim łukiem omijał kryzysy towarzyskie.
- Ruszaj – powiedział niskim głosem przez tubę do szofera i samochód ruszył z miejsca. Elizabeth wrzasnęła za nim „Prosi?!”
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Czw 26 Lut, 2026 12:54
atomówka to przy tym jest wartość ujemna energii ciekawe tylko, jak droga Elżbieta da sie przekonać, że Poppy faktycznie nocowała u Luci
Trzykrotka - Czw 26 Lut, 2026 21:17
O, droga Elżbieta złapała wreszcie wiatr w żagle i tak łatwo nie popuści!
Wieści szybko się rozeszły, a werdykt był jednogłośny. Lucia ewidentnie wymyśliła tę historyjkę żeby załagodzić cios upokorzenia, bo wczoraj Poppy jej nie rozpoznała.
- Jakie to głupie – powiedziała Diva gdy Elizabeth zajrzała do herbaciarni żeby jej wszystko opowiedzieć. - Lepiej było to spokojnie przełknąć. Każdy z nas musi czasami coś przełknąć. Sama sobie to utrudnia. Co jest dobrego w zmyślaniu historii, w które i tak nikt nie wierzy? Kiedy ty i ja kłamiemy, Elizabeth, mamy przynajmniej nadzieję… O co chodzi, Janet?
- P’sze pani, Grosvenor mi właśnie powiedziała, że mieli wczoraj wieczorem gościa w Mallards i jak pani myśli, kto…
- Tak, słyszałam – powiedziała Diva. - Zaraz zejdę do kuchni.
- I jeszcze zrobiła z Grosvenor swoją wspólniczkę – powiedziała Elizabeth. - Przyjdź dziś na kolację, Divo. Zaprosiłam panią burmistrz i musisz pomóc Benjy’emu i mnie przetrwać wieczór, Musisz pomóc nam odciągać ją od tematu, bo inaczej stracę samokontrolę, zapomnę że jestem damą i powiem jej w oczy, że kłamie.
Lucia spędziła cudownie szczęśliwy dzień. Po przekazaniu Elizabeth wieści poszła prosto do domu - bo o wiele bardziej elegancko było nie rozgłaszać jej osobiście i nie okazywać, jak bardzo jest ucieszona – i tam oddała się muzyce i czytaniu, jako że tego dnia nie było żadnych spraw miejskich którymi musiałaby się zająć. Na długo nim nastał wieczór wszyscy będą wiedzieli, a ona po prostu będzie mogła przy stole tylko rzucać uwagi odnośnie jej gościa i rozpalać ich ciekawość. Założyła sznur perełek i wyszła w świetnym humorze.
- Drodzy gospodarze – powiedziała wchodząc. – Jak to miło z waszej strony, że zlitowaliście się nad moim słomianym wdowieństwem. Nie, majorze Benjy, dziękuję za sherry, choć naprawdę na nie zasłużyłam po tym długim dniu. Śniadanie o wpół do ósmej…
- Coś takiego! Bardzo wcześnie – przerwała Elizabeth.
Weszła Diva.
- Bardzo przepraszam – powiedziała. – Trochę spóźniona. Okropnie pracowite popołudnie. Wykończona. Tak, majorze Benjy: pół kieliszka.
- Mówiłam właśnie, że też miałam długi dzień – powiedziała Lucia. – Mój gość wyjechał o ósmej żeby złapać wczesny prom do Seaport…
- Świetna linia pasażerska – wtrącił Benjy. – Liz i ja też nim płynęliśmy w podróż poślubną.
-… i dojechać do Le Touquet w porze lunchu.
- Cóż, kolacja, kolacja – powiedział Benjy i przeszli do jadalni.
- Nie widziałam dziś Susan Leg – zauważyła Diva. – Zwykle codziennie przychodzi na herbatę.
- Pisze od rana do wieczora – odparła Elizabeth. – Wpadłam do niej na minutkę. Mówi, że teraz ma dopiero masę materiału.
To mroczne stwierdzenie dla Lucia miało jasną barwę. W swym optymistycznym umyśle doszła do wniosku, że Susanna dowiedziała się o jej gościu – i roześmiała się radośnie, gdy podano garnirowanego kraba.
- Co za przypadek – powiedziała. – Wczoraj wieczorem zamówiłam garnirowanego kraba zanim… - droga Elizabeth, nigdy nie mam go dość – zanim zadzwoniono do mnie z Seaport. Czy to nie szczęśliwy traf? Jej ulubione danie.
- To ile herbat podałaś dziś, Divo? – spytała Elizabeth.
-Nie umiem ci powiedzieć. Janet jeszcze nie skończyła liczyć. Ludzie nadal w ogrodzie gdy wychodziłam.
- Miałam dziś wieści od Jurusia – powiedziała Lucia. – Wraca z Le Touquet w sobotę. Dom już był pełen po dach, jak mówił i że nie wie, gdzie Olga pomieści kolejnego gościa.
- Jaka śliczna wrześniowa pogoda – powiedziała Elizabeth. – Świetna dla zbiorów.
Lucia poczuła się lekko zmieszana. Wszyscy tak niecierpliwie oczekiwali na wieści o jej wizycie w zamku Sheffield, a teraz, gdy tylko napomykała coś na podobny temat, Elizabeth albo Diva ucinały go ze szczególną nagłością. Całkiem możliwe, że Elizabeth była trochę zazdrosna i trochę miała za złe Luci, że nie zaprosiła ją wczoraj na kolację. Ale Lucia mogła to wytłumaczyć.
- Wczoraj niestety było za późno – powiedziała – by zwołać choćby niewielkie przyjęcie – powiedziała – choć bardzo chciałam tak zrobić. Nie było po prostu czasu. Nawet się nie przebierałyśmy.
Elizabeth wstała.
- Taka krótka wizyta – powiedziała – i śniadanie o wpół do ósmej. Pomyśleć tylko! Zagrajmy robra, bo żadne z nas nie musi jutro zrywać się o świcie.
Lucia wracała do domu w jasnym świetle księżyca, snując dobroczynne plany. Jeśli Poppy przerwie swą podróż powrotną by zatrzymać się u niej na noc, to musi urządzić przyjęcie.
Niejasno żałowała, że nie zrobiła tego wczoraj: dla niej byłaby to wielka przyjemność i powinna cieszyć się z każdej okazji do sprawienia radości swoim przyjaciołom… To drażliwi ludzie; dziś przy brydżu byli da siebie opryskliwi, ale wobec niej zachowali nienaganną uprzejmość, przyjmując wszystkie krytyczne uwagi co do swej gry w potulnej ciszy. Może w końcu zaczynało do nich docierać, że ona jest graczem z innej półki niż oni. Gdy delektowała się w duchu tą pełną próżności myślą, zatrzymała się, by podziwiać czystą jasność księżycowego światła na wieży kościelnej, która zdawała się wskazywać na niebo, jak w stronę własnej spokojnej wyższości pośród gwiazd. Nagle w jej umyśle nastąpiło gwałtowne trzęsienie ziemi i wszystko się zawaliło.
- Wcale mi nie uwierzyli, że Poppy u mnie nocowała – jęknęła. – Uważają, że zmyślam. Co za hańba!
Koniec rozdziału jedenastego
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Pią 27 Lut, 2026 13:08
No jasny gwint, katastrofa na całego ciekawe jak to się skończy
Trzykrotka - Pią 27 Lut, 2026 20:20
Przed nami ostatni rozdział. Luciu, do dzieła!
Rozdział dwunasty
Przez cały następny dzień nikt z mieszkańców Tilling, prócz pani Simpson i służby, nie widział pani burmistrz. Wysiłkiem woli po śniadaniu Lucia wzięła koszyk z zamiarem zrobienia zakupów, ale wyjrzawszy z okna w holu zobaczyła, że Elizabeth stoi na chodniku naprzeciw drzwi szkicując fasadę domu przodków swej ciotki – powinowatej. Nie była jeszcze w stanie stawić czoła Elizabeth, bo to okropne mentalne trzęsienie ziemi z wczoraj nadszarpnęło jej nerwy. Burmistrz sama uwięziła się we własnym domu, jak papież w Watykanie.
Odłożyła koszyk i wróciła do pokoju ogrodowego. Musi pokazać Elizabeth, choć nie w trakcie bezpośredniego spotkania, że jest szczęśliwa, błyskotliwa i zapracowana. Usiadła do fortepianu i zaczęła ćwiczyć gamy. Potem nastąpiły olśniewające arpeggia i pasaże. Nieco zmęczona po tym pięknym pokazie zakradła się za zasłonę i zerknęła. Elizabeth wciąż tam stała, więc, by podtrzymywać wrażenie intensywnej działalności artystycznej, Lucia nastawiła gramofon i płytę z Sonatą Księżycową. Pod jej koniec wyjrzała znowu – Elizabeth zniknęła. To wreszcie odpędziło tę złowrogą obecność z najbliższego sąsiedztwa, ale też przeniosło jej złowróżbny wpływ w inne rejony. Przypomniała sobie uwagę Susanny odnośnie odrzuconego portretu (który obecnie wydawał się nie mieć w ogóle znaczenia): „Nie możesz zmusić ludzi, by podobało się im coś, co się im nie podoba, mówiąc im, że powinno im się podobać” i teraz podobny aforyzm nasunął się znękanemu umysłowi Luci.
- Nie możesz zmusić ludzi, żeby wierzy w coś w co nie wierzą, mówiąc im, że to prawda – szepnęła do siebie. – A przecież Poppy tu była: była, była! I to takie niesprawiedliwe, że mogę utracić jeszcze więcej prestiżu przez coś, co powinno przywrócić to, co utraciłam… O co chodzi, Grosvenor?
Grosvenor wręczyła jej telegram.
- Pan Juruś wraca w poniedziałek, nie w sobotę – powiedziała Lucia bezbarwnym głosem. – Coś jeszcze?
- Czy kucharka ma iść po sprawunki, proszę pani, jeśli pani nie wychodzi? Niedługo będą zamykać.
- Tak. I kolację i lunch zjem sama – powiedziała Lucia pragnąc, by dało się różne ludzkie sprawy zamknąć tak jak sklepy. Zajrzała znowu do telegramu Jurusia, zdumiona lekkością tonu. „Świetna zabawa” brzmiał. „Olga nalega żebym został do czwartku. Wiem, że nie masz nic przeciwko. Oddany Juruś”.
Tęskniła za oddanym Jurusiem i fantastyczne pomysły zrodzone z czystej rozpaczy rodziły się w jej głowie. Pomyślała żeby odpowiedzieć: „Wracaj natychmiast i stań przy mnie. Nikt nie wierzy, że Poppy tu spała.” Pomyślała o zwrócenie się do radia BBC o nadanie S.O.S: „Niech Jerzy Pillson, widziany ostatnio dziś w Le Touguet wraca natychmiast do Tilling, gdzie jego żona burmistrz….” Nie, nie może powiedzieć, że jest ciężko chora. To by go przeraziło, poza tym po powrocie odkryłby że cieszy się doskonałym zdrowiem. Mógłby nawet wracać samolotem, a potem samolot mógłby się rozbić, a on spłonąć. Zdała sobie sprawę, że myśli ma coraz bardziej makabryczne i pomyślała, że może kieliszek sherry je rozproszy. Ale oparła się pokusie. „Nie będę ryzykować zostania drugim majorem Benjy” pomyślała „i muszę sama ścierpieć to wszystko aż do poniedziałku.”
Godziny wlokły się ponuro: zjadła lunch, podwieczorek i kolację w wyłącznie własnym towarzystwie. Poprzez Grosvenor dotarł do niej kawałek wiadomości i nie były one zachęcające. Jej kucharka pyszniła się przed pokojówką Elizabeth, że szykowała kolację dla księżnej, a pokojówka śmiejąc się dziwnie poradziła jej, żeby się jeszcze nad tym zastanowiła. Kucharka wróciła w stanie wielkiego oburzenia, co prawdopodobnie wyraziła zasypując zupę dla Luci pieprzem i dodając tyle musztardy do jej kurczaka po szatańsku, że mógł on służyć jako knebel dla pokojówki. Być może te ogniste substancje pomogły Luci ponownie się podnieść, a przez cały dzień w robocie były bodźce psychiczne: nieugięta duma, skrajna nuda samotności i świadomość uczciwości. Następnego ranka, upewniwszy się, że Elizabeth nie czai się w pobliżu, Lucia wyruszyła z koszykiem na zakupy. Irene właśnie wychodziła z domu i powitała ją z poważną i współczującą miną.
- Kochanie, tak mi przykro – powiedziała.
Lucia oczywiście uznała, że mówi ona o odrzuceniu jej portretu.
- Nie myśl o tym w ogóle – powiedziała. - To będzie wielka radość mieć go w Mallards. Oni wszyscy to Goci, Wandale i Elżbiety.
- Ach, to! - powiedziała Irene. - Kogo to obchodzi? Poczekaj tylko, aż dotknę Elizabeth i Benjy’ego do galerii Carlton. Nie, chodzi mi o tę hipotetyczną księżnę. Czemu to zrobiłaś? Bardzo nierozsądnie!
Lucia przeraziła się, że dojrzał jakiś nowy horror i w ustach jej zaschło.
- Czemu zrobiłam co? - spytała.
- Powiedziałaś, że była u ciebie, podczas gdy ona nawet cię nie poznała. Strasznie daremne!
- Ale ona była u mnie! - krzyknęła Lucia.
- Nie, nie – rzekła Irene kojąco. - Nie powtarzaj tego. To mnie rani. Naturalnie, że byłaś zirytowana, że cię nie poznała. Spotkałaś ją gdzieś wcześniej, prawda?
- Ale to niedorzeczne! - zawołała Lucia. - Musisz mi uwierzyć. Zjadłyśmy garnirowanego kraba na kolację. Poszła wcześnie spać. Spała w pokoju gościnnym. Chrapała. Zjadłyśmy śniadanie o wpół do ósmej…
- Kochanie, już nie mówmy o tym – powiedziała Irene. - Przyjdę do ciebie kiedykolwiek będziesz potrzebowała. Tylko po mnie poślij.
- Będę cię potrzebowała – powiedziała Lucia z przerażającą stanowczością – kiedy będziesz mnie błagała o wybaczenie, że mi nie uwierzyłaś.
rene wydała z siebie żałosny okrzyk i weszła do domu. Lucia z kamienną twarzą ruszyła dalej High Street. Kiedy wychodziła ze spożywczego, jej koszyk zderzył się z koszykiem Divy, która tam wchodziła.
- Przepraszam – powiedziała Diva. - Dość się spieszę. Moja wina.
Brzmiało to tak, jakby przepraszała góra lodowa, która nadpłynął wprost z Bieguna Północnego. Pan Wyse właśnie wchodził na chodnik i stał bez kapelusza, gdy go pozdrowiła.
- Piękna pogoda, prawda? - powiedziała. - Juruś pisze, że taką samą mają w Le Touquet. Musimy urządzić kilka przyjęć brydżowych gdy wróci.
- Pani bardzo lubi brydża i pięknie w niego gra – powiedział pan Wyse z ukłonem. - I proszę mi wierzyć, ja nigdy nie zapomnę pani dobroci w sprawie papużki Susan.
Dla Lucia będącej w stanie dużego poruszenia zabrzmiało to okropnie, jakby zapewniał ją, że jego przyjaźni nie utraciła. W przypływie odwagi postanowiła trwać przy swoim.
- Wizyta księżnej spadła na mnie z tak krótkim wyprzedzeniem – powiedziała – że dosłownie nie zdołałam zebrać kilku przyjaciół. Byłaby zachwycona mogąc poznać Susan i pana.
- Bardzo miło z pani stroni, że pani to mówi. Ja – ja słyszałem, że spędziła noc pod pani gościnnym dachem. Ach! Widzę, że Susan na mnie macha.
Zakupy nie poprawiły humoru Luci, a kiedy wyszła znów na ulicę w stronę Mallards, na chodniku naprzeciwko stała Elizabeth za sztalugami. Ale teraz jej widok podbudował Lucię. Przebiegło jej przez głowę, że jej droga burmistrzyni wybrała ten temat do szkicu aby mieć ją na oku, obserwować, jakby pod jakimś złośliwym mikroskopem, jej smutne wyjścia i powroty i donosić przyjaciołom, jak szaro i mizernie wygląda: inaczej Elizabeth nigdy nie podjęłaby się malowania niczego, co wymagałoby umiejętności narysowania linii prostej i wiedzy, choćby podstawowej, o perspektywie. Był to kolejny powód, by Lucia pokazała się od najlepszej strony, najbystrzejsza, najbardziej uprzejma i miażdżąca.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Trzykrotka - Nie 01 Mar, 2026 20:17
Elizabeth zauważyła kątem oka, że Lucia się zbliża i posłała jej całusa końcem swego pędzla.
- Dzień dobry, droga burmistrz – powiedziała – Zakupy i pogawędki z przyjaciółmi? Jakieś wieści?
- Dzień dobry, sindaca mia – powiedziała. - To znaczy „burmistrzyni,” moja droga. Och, jaki obiecujący szkic! Ale czy dobrze uchwyciłaś ton moich cegieł w pokoju ogrodowym? Zasugerowałabym lekkie dotknięcie brązem marzanowym.
Pędzel Elizabeth zaczął drżeć.
- Dziękuję kochana – powiedziała. - Brąz marzanowy. Muszę zapamiętać.
- Albo odrobina marzany różanej zmieszanej z paloną sieną też by się nadała – kontynuowała Lucia. - Taka nakrapiana. Przekonasz się, że to da pożądany lśniący efekt.
Elizabeth zastanawiała się, czy Lucia aby zdała sobie sprawę, że nikt w Tilling nie wierzył, że Poppy kiedykolwiek się u niej zatrzymała, a mimo to pozostała tak samo zadowolona i wyniosła. Miała nadzieję, że znajdzie okazję, by poruszyć ten temat. Ale najpierw musiała znaleźć coś do powiedzenia na temat sztuki.
- Jak to cudownie dla dziwacznej Irene, że odniosła tak ogromny sukces tym obrazem ze mną – powiedziała. - Galeria Carlton, tak mi powiedziała, a potem zapewne ten amerykański kupiec. Jaka szkoda, że to arcydzieło musi wyjechać z kraju. Na szczęście jej obraz z tobą raczej tu pozostanie.
- Dla Irene to był przykry cios – powiedziała tak gładko, jakby wyuczyła się tego dialogu na pamięć – gdy twój komitet zarekomendował Radzie odrzucenie jej dzieła.
- Nie dało się przyjąć innego stanowiska – odparła Elizabeth. - Bohomaz. Nie mogliśmy powiesić czegoś takiego w naszym pięknym ratuszu. I nie oddaje ci sprawiedliwości, kochana.
- Ciekawe, że właśnie ty to mówisz – powiedziała Lucia. - Droga Irene dokładnie to samo myśli o swoim obrazie z tobą. Czuje, że nie nadała twojej twarzy dość charakteru. Zamierza dokonać małych przeróbek nim wyśle go do galerii Carlton.
To było alarmujące: Elizabeth pamiętała „małe przeróbki”, których dokonała Irene przedtem. Ale nie pozwoliła wytrącić się z równowagi.
- Czasami obawiam się, że już nigdy więcej nie wzniesie do poziomu Wenus – westchnęła. - Jej szczyt. Twój portret w jej wykonaniu na przykład. Całkiem jak martwa natura pana Wyse: rower, fortepian, paczki kart.
- Któregoś dnia gdy znajdę czas, postaram się wyjaśnić ci podstawy symbolizmu – obiecała Lucia.
Elizabeth ujrzała ścieżkę do pożądanego tematu.
- Dziękuję, kochana – powiedziała żarliwie. - To będzie uczta. Ale wiem, jak jesteś zajęta wszystkimi obowiązkami i zajęciami. Miałaś może jeszcze jakichś gości na kolacji i noclegu, którzy wyjechali nim zdążyli obejrzeć cokolwiek z naszego pięknego Tilling?
Cios był absolutnie nieoczekiwany i wstrząsnął Lucią. Wzięła się w garść.
- Niech pomyślę – powiedziała, - Tylu ludzi u mnie bywa. Nie! Wydaje mi się, że kochana księżna była moim ostatnim gościem.
- Jaki piękny wieczór musiałyście mieć – powiedziała Elizabeth. - Dwie stare przyjaciółki razem. Jak ja lubię tête-à-tête, takie jak teraz, gdy nikt nie przerywa. Krążymy od tematu do tematu, jak pszczoły wśród kwiatów. Ile ja się zawsze od ciebie nauczę. Różana marzana i siena palona dla dodania blasku….
Lucia uchwyciła się powrotu do tego tematu i przestudiowała szkic Elizabeth.
- Cieszę się, że mogłam dać ci tę małą wskazówkę – powiedziała. - Ogromna poprawa, prawda? Jak te cegły teraz lśnią…
- Nie dodałam jeszcze żadnej marzany, różanej czy brązowej – zagruchała Elizabeth – ale cieszę się, że znam jej właściwości. Czy pamięć drogiej księżnej jest naprawdę tak zła jak się wydaje? Straszne byłoby dla ciebie, gdyby zapomniała własnego imienia, tak jak twojego.
Lucia nagle uświadomiła sobie, że nie ma w sobie już ani odrobiny siły. Wykrzesała z siebie tylko wesoły śmiech.
- Byłby z tego rozkoszny kryzys towarzyski – powiedziała. – Powinnaś wysłać to do jakiegoś działu z kawałami w gazecie. Ależ nam się miło rozmawiało! Mogłabym tak stać cały ranek i gawędzić, ale niestety mam sto zaległości do nadrobienia. Addio, cara sindaca.
Bez pośpiechu weszła po schodach do swoich drzwi i chwiejnym krokiem wyszła do pokoju ogrodowego. Wkrótce podkradła się do punktu obserwacyjnego za zasłoną i wyjrzała. Benjy dołączył do burmistrzyni, a coś, co powiedziała, wywołało u niego serdeczny śmiech… I nawet oddana Irene nie wierzyła, że Poppy kiedykolwiek tu nocowała.
Nazajutrz była niedziela. Słuchając radosnego bicia dzwonów Lucia zastanawiała się, czy bez Jurusia będzie w stanie stawić czoła nowej próbie, gdy po nabożeństwie towarzystwo z Tilling zgromadziło się przed kościołem przy południowym portyku na niedzielną pogawędkę w miejsce ploteczek przy zakupach. Nie wzięcie udziału w tym rytuale byłoby milczącym przyznaniem się, że nie jest w stanie spojrzeć przyjaciołom w oczy: z towarzyskiego punktu widzenia mogła równie dobrze nie pójść do kościoła w ogóle. Ale choć katastrofa wydawała się tak kompletna, wiedziała, że jej istota jej ducha nie została podłamana: czuła, że „dane jej będzie” w jakiś sposób przekonująco to zamanifestować.
Śpiewała bardzo głośno hymny i psalmy, krzywiła się, gdy organista miał drobne nieporozumienie z chórem, pozwalała, by kościelny uśmiech błąkał się po jej twarzy, gdy sympatyzowała z doktryną kazania proboszcza, złożyła hojną ofiarę na tacę. Po zakończeniu nabożeństwa czekała przed południowym portykiem. Elżbieta podążała tuż za nią, a za Elżbietą były inne znajome twarze. Luci nieodparcie nasunął się na pamięć hymn, który właśnie śpiewała o zastępach Madianu, które „krążyły i krążyły”… Tym gorzej dla zastępów Madianu.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Nie 01 Mar, 2026 22:04
Ooooch , mam nadzieję, że Juruś przyjedzie z Poppy, która nie omieszka ponownie skorzystać z zaproszenia do odwiedzin, kiedy tylko zechce naprawdę żal mi Luci, bo akurat wtedy, kiedy mówi prawdę, nikt jej nie wierzy
Trzykrotka - Pon 02 Mar, 2026 20:03
I wychodzi na to, że tylko Poppy może teraz uratować reputację Luci
- Dzień dobry, kochana –powiedziała Elizabeth. – Nie ma pana Jurusia w kościele? Nie jest chory, mam nadzieję?
- Nie, świetnie się czuje – odparła Lucia – i tak dobrze bawi się w Le Touquet, że zostaje tam do poniedziałku.
- Jak słodko, że się na to zgadzasz – odpowiedziała Elizabeth – bo bez niego czujesz się pewnie samotna.
W tym właśnie momencie Lucię ogarnęło uczucie, które dotąd było jej obce, mianowicie czysta, gwałtowna wściekłość. Podczas wszystkich licznych kryzysów jej umysł zawsze był zajęty zdobywaniem tego, czego chciała, i spokojnym triumfem, gdy już to osiągnęła, albo obmyślaniem planów wyplątania się z opresji i odstraszaniem tych, którzy zastawili na nią pułapki. Teraz wszystkie te mdłe emocje zniknęły; wściekłość na wyrządzoną jej niesprawiedliwość wstrząsnęła każdą komórką jej istoty i to uczucie wydało jej się rozkoszne. Zaczęła dość delikatnie.
- Samotna? – spytała. – Nie znam tego słowa. Jak miałabym być samotna wśród moich książek, mojej muzyki i mojej pracy, a nade wszystko tylu lojalnych przyjaciół takich jak ty, droga Elizabeth, tak blisko mnie?
„ Może to ją wreszcie zatka. Aż się skrzywiła” pomyślała i otwierając wielkie drzwi odwróciła się do grupy lojalnych, kochających przyjaciół, którzy wyszli z kościoła i teraz ją otaczali.
- Jak widzicie, nadal jestem słomianą wdową – powiedziała wesoło. – Mój Juruś wprost nie może oderwać się od syren z Le Touquet, Olgi, Poppy i całej reszty. Och, panie Wyse, ależ się pan przeziębił! Musi pan na siebie uważać: pańska siostra contessa do Faraglione na pewno nie pozwoliłaby panu wychodzić w takim stanie! Droga Susan! Bez Royce’a? Naprawdę przyszłaś piechotą z Porpoise Street? Nie wolno ci się tak forsować! Divo, jak tam Paddy? Mam nadzieję, że się znów nie pochorował po zjedzeniu jednej z twoich pysznych sardynkowych tartaletek. Tak, Juruś jeszcze nie wrócił. Myślę, czy by nie polecieć tam aeroplanem dziś po południu, żeby zjeść kolację, zanocować – jak Poppy – i wrócić razem z nim jutro. Susanna! Słyszałam, że jesteś pochłonięta nową powieścią o Tilling. Mam nadzieję, że znajdziesz wydawcę gdy ją ukończysz. Droga Divo, popełniłam głupi błąd: oczywiście, to wafle z kremem, na które dostałaś przepis od chefa Susanny wywołały niestrawność u Paddy’ego. Irene? Ty w kościele? Prawda, jakie pouczające było dziś kazanie, o obgadywaniu przyjaciół? Dzień dobry, majorze Benjy. Musi się pan podzielić z panem Wyse swoim ulubionym lekarstwem na przeziębienie. Szklanka whisky, prawda? Co dwie godziny, z kapką wrzątku wedle uznania. Au revoir wszystkim. Do zobaczenia jutro, mam nadzieję.
Uśmiechnęła się, posłała całusa i odeszła nie odwracając się za siebie, trochę zdyszana od potoku słów, ale lekka od radości i jak nowa.
- To była przyjemność – powiedziała do siebie – a pomyśleć, że kiedykolwiek bałam się spojrzeć im w oczy! Co za tchórz! Chyba nikogo nie pominęłam: obraziłam każdego w obecności innych. Mają za swoje, że nie uwierzyli, że Poppy tu nocowała i że myśleli, że jestem zdołowana i chowam się w mysiej dziurze. Dałam im popalić. Odpłaciłam im pięknym za nadobne i ciekawe, co będzie dalej.
Lucia oczywiście nie zamierzała latać do Le Touquet, ale następnego ranka pojechała samochodem do Seaport, żeby odebrać Jurusia ze statku. Miał na sobie nowy francuski strój żeglarski, z dwurzędową marynarką z mosiężnymi guzikami.
- Moja droga, cudownie, że po mnie przyjechałaś! – powiedział. – Mieliśmy bardzo spokojny rejs. Podoba ci się mój strój?
- Po prostu dech zapiera, Jurusiu, a ja strasznie się cieszę, że cię znów widzę. Mam ci tyle do opowiedzenia, że nie mogłam o tym nawet pisać.
- Elizabeth była grzeczna? – spytał.
- Diabelska. Prawdziwy kryzys, Jurusiu, a ty tkwisz w jego epicentrum. Opowiem ci o wszystkim po drodze.
Lucia przedstawiła obiektywny i klarowny opis tego, co się wydarzyło, okraszony zarówno oburzonymi, jak i podekscytowanymi komentarzami z jego strony:
- Poppy to kretynka – tak, nazywam ją Poppy, bo sama o to prosiła – pomyśl tylko, że cię zapomniała: to właśnie taka rzecz, na której żeruje ta wstrętna Mapp. To całkiem w jej stylu, namówić radę żeby odrzuciła twój portret – kochana, płakałaś? Tak mi cię żal i to w ogóle nie w twoim stylu… Nie wierzą, że Poppy się u ciebie zatrzymała? Ależ oczywiście, że tak było! Opowiadała o tym… Nawet Irene?... Ależ stado jadowitych żmij!... Hurra, cieszę się, że dałaś im popalić po kościele. Kapitalnie! Zrobimy coś niesamowitego, teraz kiedy możemy oboje się nad tym naradzić. Musisz opowiedzieć mi to wszystko jeszcze raz, kawałek po kawałku. O proszę, już High Street. Jest i Mapp, szczerząca się jak kot z Cheshire. Damy jej o łapach, ot tak, na dobry początek, nie możemy się pomylić.
Juruś umilkł na chwilę.
- I wiesz, naprawdę się cieszę, że już wróciłem – powiedział. – Olga była przesłodka, jak zawsze, ale były i inne sprawy. Byłoby o wiele lepiej gdybym wrócił do domu w niedzielę.
- Jurusiu, jakie to ekscytujące! – zawołała Lucia zapominając na chwilę o własnym kryzysie. – Co się stało?
- Wszystko ci później opowiem. Dzień dobry, Grosvenor, jak się masz? Tak, chyba wezmę gorącą kąpiel po podróży i odpocznę do podwieczorku.
Gdy odpoczął, do herbaty usiedli razem w jego bawialni, w której ustawiał od nowa swoje bibeloty, bo Grosvenor po odkurzeniu ich nie odstawiła ich na miejsca tak jak lubił. Gdy skończył, podjął swój haft i opowieść.
- Dość to było denerwujące – powiedział. – Poppy okropnie chorowała podczas przeprawy i zobaczyłem ją dopiero następnego dnia, po tym, jak ustaliłem, że zostaję u Olgi do niedzieli, wysłałem ci telegram. A potem zaczęła się dziwnie zachowywać. Podczas kolacji wciąż łapała mnie za rękę pod stołem., nacisnęła moją stopę i uśmiechała się dość dziwnie. Nie gra w brydża, ale przyszła do nas i usiadła przy mnie. Jedno po drugim…
- Jurusiu, co za okropna kobieta – powiedziała Lucia. – Jak ona śmiała? Czy próbowała może…
- Nie – pospiesznie zapewnił ją Juruś. – Nic poważnego. Olga zapewniła mnie, że ona nie ma jakichś zdrożnych zamiarów, po prostu tak się zachowuje przy mężczyznach z brodą. Olga nie bardzo mi współczuła: właściwie to nawet któregoś wieczoru przyszła do mojego pokoju i po prostu skręcała się ze śmiechu.
- W twojej sypialni, Jurusiu? – spytała Lucia.
- Tak. Często to robiła gdy wchodziliśmy na górę i jeszcze chwilę rozmawialiśmy. Ale Poppy okropnie krępująca. Ja nie jestem dobry w takich rzeczach. A wczoraj namówiła mnie na wspólny spacer wzdłuż plaży i chciała żebyśmy razem popływali. Ale wtedy oparłem się stanowczo. Powiedziałem, że natychmiast wracam na suchy ląd, jeśli będzie się upierać.
- Bardzo słusznie, kochany. Sama też tak zrobiłabym – rzekła Lucia z uznaniem.
- I tym sposobem ostatnie dwa dni nie były już takie miłe. Byłem skrępowany i żałowałem, że nie wróciłem w niedzielę.
- Strasznie to męczące dla ciebie, mój drogi – Powiedziała Lucia. – Ale już jest po wszystkim.
- No właśnie nie jestem tego taki pewien – odpowiedział. – Jutro wyjeżdża od Olgi i ma zamiar wysłać ci telegram, pytając, czy mogłaby się tu zatrzymać na kilka dni. Podobno błagałaś ją żeby się tu wprosiła. Musisz naprawdę jej powiedzieć, że mamy komplet gości, albo że wyjeżdżasz. Choć Olga twierdzi, że ona nie ma nic zdrożnego na myśli, przyjemne to to nie jest.
Lucia zerwała się z krzesła.
- Jurusiu, Opatrzność nade mną czuwa! – zawołała. – Jeśli tylko przyjedzie, ukręcę łeb tej ohydnej potwarzy, że wcale jej tu nie było. Będą zmuszeni uwierzyć. Och! Ależ tryumf!
- No cóż, jeśli ona tu będzie, to ja się na trochę wyprowadzę – powiedział juruś twardo. – Irytuje mnie. Miałem nerwy napięte jak postronki.
- Ale jeśli ciebie nie będzie, ona tu nie zostanie – błagała Lucia. – Poza tym, jak mówi Olga, ona tak naprawdę nie chce cię uwieść, a ja będę przy tobie ciągle; z pewnością taka ochrona wystarczy. Ne zostawię cię z nią sama na sam ani na minutę. A jeśli się denerwujesz, możesz spać w moim pokoju. Tylko na czas jej wizyty, oczywiście.
- Chyba żadnemu z nas to by się nie podobało – odparł Juruś – a Foljambe na pewno uznałaby to za dziwne.
- No to możesz zamykać drzwi na klucz. Och, Jurusiu, to naprawdę niewielkie poświęcenie, a mnie postawiłoby wyżej niż kiedykolwiek, tam, gdzie nie dosięgną mnie ich niskie insynuacje. Spalą się ze wstydu.
Weszła Grosvenor.
- Telegram do pani. Opłacony.
Drżącymi dłońmi Lucia rozerwała papier i, na użytek Grosvenor, zaczęła mówić przeciągając słowa
- Od księżnej, mój drogi – powiedziała. – Pyta czy może przyjechać tu jutro na dwie noce wracając z La Touqet. Chyba lepiej będzie się zgodzić, skoro sama ją zachęcałam żeby się wprosiła.
- Co robić, no dobrze – odparł Juruś.
- Georgino, anioł z ciebie – powiedziała Lucia. – Kochany, przez cały czas gdy byłam tu taka nieszczęśliwa widziałam, że gdy tylko wrócisz, wszystko się ułoży i proszę bardzo. Naradźmy się od razu. Myślę że na ten pierwszy wieczór nie będziemy nikogo zapraszać…
- Ani na drugi, miejmy nadzieję – powiedział Juruś. – Ale daj im nauczkę. Poza tym po tym, co im wczoraj powiedziałaś po kościele, pewnie i tak nie przyszliby. To byłby cios.
Lucia wpatrzyła się w róg sufitu z tym odległym, nieobecnym spojrzeniem, z jakim słuchała muzyki.
- Jeśli chodzi o to, czy przyjdą, to założę się o całą moją znajomość ludzkiej natury, że stawią się co do jednego. Co do tego, czy ich zaproszę, to wiesz, jak ufam twojemu osądowi, ale w tym punkcie się z tobą nie zgodzę. Nie sądzisz, że wybaczenie wszystkim i zachowywanie się jak gdyby nigdy nic, będzie największą karą jaką mogę wymyślić? Nic nie boli tak, jak pogardliwe puszczenie w niepamięć. Wiele razy się o tym przekonałam.
- Nie chcesz chyba powiedzieć, że zaprosisz Elizabeth Mapp-Flint na kolację? – spytał Juruś.
- Myślę że zaproszę, Jurusiu, tę biedulkę. Jeśli tego nie zrobię, będzie czuła, że mnie zraniła i chcę jej za to odpłacić. Nie chciałabym, żeby tak się czuła. Nie chcę jej zostawić niczego, na czym mogłaby się oprzeć. Aż do teraz nigdy nie pragnęłam jej zdeptać, ale teraz czuję, że zbytnio jej pobłażałam. Jeśli ma się stać lepszym człowiekiem, potrzebuje ode mnie ostrzejszej lekcji niż proste ignorowanie. Mogę jej przypomnieć jakimś spontanicznym gestem, co próbowała mi zrobić, ale w tej kwestii zdam się na podszepty chwili.
Jurusia przekonały argumenty Luci odnośnie wartości mściwego przebaczenia, a ponadto spodobała m się myśl zwracania się do księżnej po imieniu przed Mapp i spółką. Nie miałby nawet nic przeciwko gdyby łapała go za rękę gdyby świadkami było całe towarzystwo.
- To będzie wspaniałe przyjęcie – powiedział. – Nawet lepsze niż to, które wydałaś dla Olgi. Zaczynam przebierać nogami. Mam ci pomóc z wypisywaniem zaproszeń?
- Nie trzeba kochany, dziękuję – odparła Lucia. – Zaproszę wszystkich ot tak, zwyczajnie przez telefon po południu w dniu przyjęcia. Zostaw to mnie.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Wto 03 Mar, 2026 09:08
jak bosko !!! ależ będzie się działo, droga Elżbieta chyba zje własny kapelusz ze wstydu normalnie nie mogę się już doczekać dalszego ciągu
Trzykrotko, jeżeli Twoje tłumaczenie doczeka się wydania w formie książkowej - kupuję od razu całość serii
Trzykrotka - Śro 04 Mar, 2026 23:38
Sprawdzamy
Poppy przyjechała następnego wieczoru, znów znękana chorobą morską i jak najdalsza od nastroju do romansowania. Ale dobrze przespana noc ją uzdrowiła i cała trójka wybrała się na poranny spacer po High Street, żeby wszyscy mogli ich zobaczyć. Lucia, granitowo pewna, że kolacja w Mallards będzie tłumna, zamówiła odpowiednie zaopatrzenie. Po południu wybrali się na przejażdżkę, a tuż przed startem Lucia przykazała Foljambe obdzwonienie całego kółka przyjaciół z zaproszeniem na kolację i przeprosinami za powiadomienie w ostatniej chwili. Foljambe ani słowem nie wspomniała o księżnej. I tak wiedzieli.
Podczas gdy książęcy orszak przemierzał wiejskie drogi, telefony w całym Tilling wesoło dzwoniły. Bowiem Wyse’owie mieli tego wieczoru zjeść kolację i zagrać w brydża z Mapp-Flintami, więc Susan, pewna że kogo jak kogo, ale Mapp-Flintów na pewno nie spotka w Mallards, zadzwoniła do Elizabeth żeby jej powiedzieć, że niezbyt dobrze się czuje i bardzo żałuje, ale nie będzie jednak mogła jej odwiedzić. Algernon, dodała, nie chce zostawiać jej samej. Ku jej zaskoczeniu Elizabeth była samą serdecznością: niech droga Susan nie myśli o wychodzeniu, to żaden kłopot, umówią się innego wieczoru. Następnie z westchnieniem ulgi obie zadzwoniły do Mallards i przekonały się, że linia jest zajęta, bo Susan Leg, wyjaśniwszy Divie, że popełniła głupią pomyłkę, bo zamierzała zaprosić ją nie na dziś, lecz na jutro, mówiła właśnie Foljambe, że będzie zachwycona mogąc przyjąć zaproszenie. Następnie Diva zajęła linię i Elizabeth zirytowana niemożnością dodzwonienia się do Mallards posłała tam Benjy’ego, by powiedział, że będą zachwyceni. Następnie, aby mieć pewność, wszyscy napisali formalne listy potwierdzające. Co do Irene, to była tak przepełniona wyrzutami sumienia, że kiedykolwiek zwątpiła w słowa Luci, i tak przytłoczona jej szlachetnym przebaczeniem, że wybuchnęła płaczem i zapomniała odpowiedzieć w ogóle.
Poppy bardzo się spóźniła na kolację i wszyscy goście Luci zdążyli przybyć, nim się pojawiła. Wszystkich przepełniała nieśmiała lecz gorąca serdeczność, jakby ledwie byli w stanie uwierzyć, że taka wspaniałomyślność jest możliwa, a ich gospodyni była wcieleniem uprzejmości. Szczególnie miła była dla Elizabeth, którą dopytywała o jej szkic. Potem, gdy Poppy wciąż się spóźniała, powiedziała do Jurusia:
- Pobiegnij do pokoju Poppy, kochanie i powiedz, żeby się pospieszyła.
Ledwie zdążyła skończyć to miłe zdanie, Poppy się pojawiła.
- Niegrzeczna! – powiedziała Lucia i ujęła ją pod ramię by przedstawić jej całe towarzystwo. – Pan i pani Wyse, panna Leg (wiesz moja droga, Rudolph da Vinci), panna Irene Coles – obraz roku – i pani Plaistow: kosztowałaś jej pysznej herbaty gdy byłaś tu kiedyś, prawda? I moja burmistrzyni, pani Mapp-Flint. Chyba jej nie spotkałaś, gdy byłaś u mnie w zeszłym tygodniu. I major Mapp-Flint. Teraz już każdy zna każdego. Sherry, droga Poppy?
Podczas kolacji Juruś trzymał ręce na stole, a Poppy od czasu do czasu głaskała tę bliższą niej; przy tak wielu świadkach i jasnym świetle Juruś nie miał nic przeciwko. Jej próba przespacerowania się z nim sam na sam po ogrodzie po kolacji spaliła na panewce, bo Lucia tak jak obiecała, natychmiast do nich dołączyła i sprowadziła ich do pokoju ogrodowego. Dała się namówić na zagranie dla wszystkich, a Poppy siedząca przy Jurusiu na sofie zapadła w krzepiący sen. Gdy muzyka przestała brzmieć, obudziła się gwałtownie i spytała, która godzina. Panowała atmosfera niezwykłej elegancji i choć przyjęcie nie miało lekkości i wesołości festiwalu Olgi, to było bardziej dostojne. Gdy goście się rozchodzili, Lucia miała miłe słowo dla każdego i dziękowała wszystkim, że przyjęli zaproszenie mimo tak krótkiego powiadomienia.
Elizabeth wracała do domu z Benjym w zupełnym milczeniu. Jej ekscytacja wyparowała w nocnym powietrzu jak opary wina, a zastąpiło ją pełne irytacji przygnębienie.
- No cóż, nic nie poradzisz – powiedziała gorzko, gdy on zmagał się z zamkiem na plebanii. – Ale śmiem twierdzić, że już niedługo… No pospiesz się.
Pół godziny później w Mallards Lucia odprowadziwszy Poppy do drzwi jej pokoju, zapukała dyskretnie do drzwi Jurusia. Przeraziło go to śmiertelnie, ale przypomniał sobie, że zamknął je na klucz.
- Nie, nie możesz wejść – powiedział. – Dobranoc, Poppy. Miłych snów.
- To ja, Jurusiu – powiedziała Lucia niskim głosem. – Otwórz drzwi, tylko uchyl. Jej tu nie ma.
Juruś przekręcił klucz w zamku.
- Doskonale! – wyszeptała. – Co za uczta dla nich wszystkich! Zapamiętają na długo ten wieczór. Doskonale.
KONIEC
Trzykrotka - Śro 04 Mar, 2026 23:40
No i to już koniec, ten tryumf Luci będzie już ostatnim.
Tamaro to była wielka przyjemność, czytać sobie te historie z tobą Pięknie dziękuję!
Tamara - Czw 05 Mar, 2026 13:17
to ja dziękuję Trzykrotko za cudowną lekturę i mnóstwo radości, to było naprawdę wspaniałe i tak odprężające,
Jak ja teraz będę żyć
|
|
|