Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Kłopoty Luci
Trzykrotka - Wto 10 Lut, 2026 20:14
Lucia sobie naprawdę nagrabiła, teraz co rusz musi się z czegoś wykręcać. I tak długo wszystko szło jej gładko.
Jak ci się podobał "makijaż" Irene?
Lucia zniosła uszczerbek na prestiżu z charakterystyczną dla niej galanterią. W istocie wydawało się, że nie jest w ogóle świadoma żadnej utraty i swój album nadal trzymała na klapie fortepianu otwarty na zdjęciach z Sheffield i wspominała lekko o florenckim lustrze które nie zmieściło się na zdjęciu z sypialni Poppy. Od czasu do czasu zdarzał się jakiś męczący moment, jak kiedy Elizabeth, korzystając, że jest dziadkiem na brydżu w pokoju ogrodowym, przestudiowała zdjęcia z zamku i wracając na miejsce powiedziała:
- Jakie to sprytne z twojej strony, że zrobiłaś tyle zdjęć w tak krótkim czasie.
Lucia ani na chwilę nie dała zbić się z tropu.
- Wszystkie robione były na krótkim czasie naświetlania, kochana – powiedziała. – Kiedyś ci to objaśnię.
Wszyscy uznali to za trafną ripostę bo teraz kryzys Poppy był już nieco zażegnany, a Tilling nie miało w zwyczaju przechowywać w pamięci takich incydentów: nie było to ani szlachetne, ani miłe i szybko stawało się nudne. Ale Lucia odpłaciła jej jej własną monetą, bo następnego dnia, gdy grali w brydża u Mapp-Flintów, utkwiła długie uważne spojrzenie w szpicrucie Benjy’ego wiszącej znów na dawnym miejscu między fartuszkami z koralików i malajskimi kirysami.
- Czy to ta, którą złamał w trakcie swojego ciekawego odczytu, Elizabeth – spytała – czy ta, którą zgubiłaś w herbaciarni Divy?
Evie piszczała w niekontrolowany sposób przez całe następne rozdanie, a kryzys Poppy został na razie zażegnany.
Na pierwszy plan bieżących emocji wysunęła się wkrótce doroczna wystawa sztuki i artyści z Tilling nadesłali na nią swe kontrybucje: Lucia studium dalii zatytułowanie Belli fiori i szkic dziedzińca zamku Sheffield, który dla celów sztuki wyplewiła. Nazwała go Z pamięci, choć tak naprawdę był ze zdjęcia i nie precyzując nazwy zamku, dodała motto: „Zamkowe mury, wspaniałość natury”. Elżbieta przysłała Mglisty poranek na mokradłach. Uwielbiała mgliste poranki, ponieważ warunki klimatyczne absolutnie uniemożliwiały precyzyjny rysunek. Juruś (bez zamiaru konkurowania z nią) przysłał Słoneczny poranek na mokradłach, z bardzo wyraźnie zaznaczonymi owcami, wałami i kępami starca; pan Wyse jedną ze swych zwyczajowych martwych natur: srebrny kufel, kieliszek napełniony do połowy (zapewne) winem z Capri i gałązka nasturcji; Diva – drugą martwą naturę, pastel przedstawiający dwie bułeczki i tartaletkę (zapewne z sardynką) na talerzu. Był to pewien najazd na wyłączne prawo pana Wyse do produkowania martwych natur, ale Diva tak często musiała być w kuchni czekając, aż woda się zagotuje lub bułeczki wyrosną, że zostawało jej niewiele czasu, który mogła poświęcić pejzażom. Susan Wyse przysłała mistyczny wizerunek papużki z aureolą nad główką i promieniami pomarańczowego światła emanującymi z najdłuższych piór rozpostartych skrzydeł, pod wzruszającym tytułem Utracona chwila. Lecz pomimo tych wszystkich perełek wystawa była tak naprawdę pokazem Irene. Została obwołana członkinią honorową komitetu selekcjonującego obrazy i na jego spotkaniu pokazała, ze w pełni docenia ten fakt.
- Moje Narodziny Wenus – oświadczyła – muszą wisieć osobno w jednym końcu sali, a pod nimi wszystkie szkice, które robiłam do obrazu. Są niezwykle interesujące. Na przeciwległej ścianie, również osobno, musi wisieć moje studium Luci. Do niego nie robiłam szkiców, to było czyste natchnienie, ale żaden z waszych nędznych obrazków nie może się znaleźć w pobliżu. Powieście je sobie gdzie się wam podoba – och, Luciu kochana, nie masz nic przeciwko temu, że twoje dalie i mury zamku zawisną dalej, prawda? Ale takie są moje warunki, a jeśli się wam nie podobają, zabieram moje obrazy. I ściany, na których zawisną, mają być pomalowane na kolor zieleni kaczego jaja. Bierzecie albo nie. Nie zawracam sobie głowy, jak ma wisieć reszta, więc zbieram się. Dajcie mi tylko znać, co postanowiliście.
Nie było wyboru. Odrzucenie obrazu roku i drugiego, który – jak obiecywała Irene – będzie obrazem następnego roku, było nie do pomyślenia. Krótsze ściany pracowni, w której miała odbyć się wystawa, pomalowano na kolor kaczego jaja, pod każdym z obrazów postawiono doniczki z hortensją i paprocią, a przed nimi – rząd krzeseł. Lucia jako burmistrz otworzyła wystawę i wygłosiła mowę inauguracyjną, kreśląc w niej historię malarstwa od lat najdawniejszych i przechodząc stopniowo do współczesności, nawiązała do obrazów swoich przyjaciół, poetyckich studiów mokradeł, pełna miłości wierność oddania przedmiotów martwej natury, duchowe uwznioślenie papużki falistej. „O dwóch wielkich dziełach panny Coles” – podsumowała – „które uczynią naszą wystawę tak niezapomnianą, nie muszę nawet mówić. Jedno z nich zyskało już światową sławę i mam nadzieję, że nie zostanie to uznane za egoizm z mojej strony, jeśli z przekonaniem przewiduję, że drugie również ją zdobędzie. Nie zdradzę wielkiej tajemnicy, mówiąc, że pozostanie ono w Tilling w jakimś widocznym i publicznym miejscu, i będzie na zawsze ukochaną własnością naszego historycznego miasta”.
Kłaniała się, uśmiechała i przyjęła specjalny egzemplarz katalogu, który Juruś przybrał niebieską wstążką i bardzo taktownie, zamiast podziwiać swoją podobiznę, usiadła wraz z nim przed wizerunkiem Elizabeth i Benjy’ego, na głos wskazując mu jego różne piękności.
- Wspaniałe pociągnięcia pędzlem – powiedziała machając katalogiem, jakby to był pędzel. – Ile życia, ile ruchu! Te fale. Guziki na bucikach Wenus, zupełnie niderlandzkie. Ale jak Irene się rozwinęła od tego czasu! Teraz obejrzymy mój portret mając to wszystko w pamięci.
Elizabeth i Benjy, zmuszeni uprzejmym przykładem Luci, musieli zasiąść przed jej obrazem i omawiali go szeptem, schowani za katalogami.
- Nic z tego nie rozumiem – mamrotał Benjy. – W życiu nie widziałem takiego bałaganu.
- W pierwszej chwili można się zastanawiać – rzekła Elizabeth – ale zaczynam powoli pojmować. Siedzi przy fortepianie, widzisz, żeby pokazać, jak niebiańsko gra. Szkarłatna toga i łańcuch, żeby pokazać, że jest burmistrzem. Porozrzucane karty oznaczają brydż. To raczej niemiłe. Rower oparty o fortepian. Kaseta z farbami, bo taka z niej wielka malarka. Szkoda, że wszystko to wygląda jak wyprzedaż staroci, z burmistrzem jako licytatorką. Jako dzieło sztuki świadczy o strasznym spadku poziomu. Obawiam się, że sukces uderzył Irene do głowy.
- Czas obejrzeć nasz obraz – rzekł Benjy. – Wyobraź sobie ten bohomaz w ratuszu, jeśli to miała na myśli mówiąc o publicznym, szanowanym miejscu.
- Jeszcze tam nie wisi – wyszeptała Elizabeth – a jako radna mam na ten temat coś do powiedzenia.
Przeszli na drugą stronę pokoju, mijając po drodze Lucię i Jurusia, niczym podczas jakiejś lansjerskiej musztry. Przed Wenus stali już Evie i padre, a Evie wybuchnęła serią przenikliwych pisków.
- Ojejusiu! Dasz wiarę, Kenneth! – mówiła. – Biedna Elizabeth. Co za twarz i jaka podobna!
- No zaiste! – odparł Kenneth. – Widzę ja, że ta bidna muszla nie dźwignie ciężaru i pójdzie ci ona na dno jak kaczka. A major w chmurkach ze swoją butelczyną… Ech, jest i mistress Mapp-Flint we własnej osobie, ona i jej druga połowa. Dumnyć to dzień dla was. Chodź, żoneczko.
Irene nie było na otarciu, ale teraz przyszła w swych szortach i szkarłatnym swetrze. Jej oko padło na hortensję pod obrazem Wenus.
- Zabierzcie to ohydztwo! – wrzasnęła. – Zabija mi obraz. Co, jeszcze jedno pod moją Lucią! Niech ktoś wyrzuci to na ulicę. Kto wymyślił, żeby tu to postawić? Gdzie jest komitet? Wzywam komitet rozmieszczający obrazy.
Zelżone rośliny zostały wyniesione przez Jurusia i padre, a Irene, ochłonąwszy nieco, dołączyła do Elizabeth i Benjy’ego przed Wenus. Popatrzyła na obraz, na nich i znowu na obraz.
- Mój Boże, jak ja poprawiłam technikę od tego czasu! – powiedziała. – Myślę, że muszę to i owo przemalować i dodać trochę charakteru waszym twarzom.
- Nie ruszaj go, kochana – powiedziała Elizabeth nerwowo. – Jest doskonały taki jaki jest. Genialny.
- To wiem – odparła Irene- ale kilka dotknięć pędzlem sprawi, że będzie jeszcze bardziej zjadliwy. Masz teraz róż na policzkach, Mapp, a to dodałoby twojej twarzy głodny, niestosowny wyraz. Zajmę się tym dziś po południu, gdy wystawa się zamknie.
- Ale nie rób tego, dopóki jest na wystwie, ty dziwadło – argumentowała Elizabeth. – Komitet przyjął go takim, jaki jest teraz. To wbrew zasadom.
- Spodoba im się bardziej kiedy go poprawię – powiedziała Irene. – Przekonasz się.
I dołączyła do Luci i Jurusia.
- Kochanie, wart jest ciebie, prawda? – spytała. – I jakie to szlachetne z twojej strony, że oddajesz go gminie żeby wisiał w ratuszu. Musi zostać powieszony nad krzesłem burmistrza. To jedyne miejsce dla niego.
- Nie będzie z tym problemu – powiedziała Lucia.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Śro 11 Lut, 2026 11:48
Makijaż Irene boski jak ona sama
I kto to powiedział, że sztuka łagodzi obyczaje przecież oni wszyscy pozjadaliby się najchętniej na miejscu, och jaka szkoda, że to tylko powieść i nie można tej wystawy obejrzeć
Irene radzi sobie wspaniale z miejscowymi artystami - róbcie jak wam mówię albo zabieram się i idę do domu
Trzykrotka - Śro 11 Lut, 2026 22:25
Teraz może pogwiazdorzyć, ma na to papiery
Przygody Przed nami przygody różnych obrazów
Na następnym posiedzeniu ogłosiła swój dar dla Ratusza Miejskiego i dodała, że wolą artystki jest, by wisiał on na ścianie nad krzesłem burmistrza. Po jej wdzięcznej przemowie nastąpiły wątłe, pełne szacunku oklaski, a potem niezręczna cisza, gdyż większość radnych już wcześniej oglądała dzieło sztuki z uczuciem oszołomienia i osłupienia. Następnie oficjalnie podziękowano jej za hojny zamiar, a sekretarz miasta zasugerował, że przed przyjęciem jakiegokolwiek daru przez gminę zawsze powoływana jest mała komisja do jego inspekcji. Poza Elizabeth, która stwierdziła, że będzie zaszczycona możliwością zasiadania w tej komisji, pojawiło się trochę nieśmiałości; kilku radnych wyjaśniło, że nie znają się na sztuce malarskiej, ale ostatecznie dwóch z nich zapewniło, że dołożą wszelkich starań.
Komitet zebrał się następnego ranka na wystawie i siedział w pełnym przygnębienia milczeniu przed obrazem. Wtedy Elżbieta westchnęła z żalem i cmoknęła, a dwóch pozostałych spojrzało na nią, szukając wskazówki. Nadal patrzyła na obraz.
- Ja mam zabrać głos, panowie? – spytała, świadoma nagle ich wzroku. – No dobrze, skoro nalegacie… Mam nadzieję, że nie zgodzicie się z tym, co – jak czuję – muszę powiedzieć, bo inaczej, jak się obawiam, będzie czekał nas smutny obowiązek. To takie szczodre ze strony ukochanej burmistrz, takie bardzo w jej stylu, prawda? Ale naprawdę nie wiem, jak mielibyśmy rekomendować radzie przyjęcie daru. Za nic w świecie nie chciałabym stawać okoniem wobec waszych opinii, ale tak właśnie czuję. Dla mnie to bardzo niezręczne, sami rozumiecie, bo jestem tak bliską jej przyjaciółką, ale prywatne odczucia nie mogą równać się z odpowiedzialnością publiczną.
Po tej przemowie rozległ się cichy pomruk współczucia, a komitet uznał, że jednogłośnie i ze względów na spokój sumienia, nie mogą rekomendować Radzie Miasta przyjęcia daru burmistrza.
- Bardzo to smutne – powiedziała Elizabeth kręcąc głową. – Rozumiem, że nasze obrady są poufne dopóki nie przekażemy werdyktu radzie.
Gdy jej koledzy sobie poszli, burmistrzyni wypuściła się na spacer po galerii. Mglisty poranek na mokradłach wyglądał naprawdę wspaniale: jego widmowa, perłowa opalizacja zdawała się jeszcze podkreślać wadliwy rysunek w jurusiowym słonecznym poranku na mokradłach i tartaletkach Divy. Oderwawszy się od niego podeszła do Wenus i z jej piersi wyrwał się okrzyk przerażenia. Dziwaczna Irene spełniła swą straszną groźbę, zabarwiła jej policzki nienaturalną barwą i obrysowała usta cienką cynobrową kreską, nadając im kokieteryjny, kuszący kształt. Tak odrażająca parodia jej twarzy, a także charakteru, nie mogła tam pozostać: trzeba było coś z tym zrobić. Opuszczając galerię w wielkim poruszeniu, udała się prosto do Mallards, ponieważ nikt poza Lucią nie miał najmniejszego wpływu na tę osobliwą i jadowitą młodą osobę.
Pani burmistrz uszczknęła trochę wolnego czasu z nieustającego trybu pracy i zajmowała się szkicowaniem kilku pięknych malw w ogrodzie. Czuła się bardzo lekko, bo kryzys Poppy wydawał się już być zażegnany i wiedziała, że prawidłowo odgadła powód, dla którego jej burmistrzyni tak pilnie chciała się z nią zobaczyć. Na trawniku przed nią, niewidoczny dla ludzkiego oka, stał kubeł lodowatej wody, którą miała wylać na jej głowę.
- Dzień dobry, droga Elizabeth – powiedziała. - Właśnie wyrwałam dla siebie pół godziny, podczas gdy dobra pani Simpson wypisuje dla mnie listy na maszynie. Susan i pan Wyse błagali mnie, żebym zrobiła jeszcze jedno małe studium kwiatów do naszej esposizione, żeby zapełnić wolne miejsce po daliach. Nazwę je „Olśniewający lipiec”. Jak wiesz, zawsze jestem do twojej dyspozycji. Jakiż to pomyślny wiatr cię tu przywiał?
- Cudownie, że znalazłaś dla mnie czas – powiedziała Elizabeth. – Wracam właśnie z esposizione; poczułam, że moim obowiązkiem jest powiadomienie cię bez zwłoki. Dziwaczna Irene zrobiła coś okropnego. Przemalowała moją twarz; nadała jej paskudnego wyrazu. Obraz w obecnym stanie nie może pozostać na wystawie. Pomyślałam sobie, że ty, z twoimi wielkimi wpływami…
Lucia przymknęła oczy i przyjrzała się obrazkowi z nieznośnym samozadowoleniem.
- Tak, ten osobliwy portret autorstwa Irene – powiedziała w końcu. – Co za geniusz, istny Puk! Byłam z nią w naszej galerii kilka godzin temu by zobaczyć co zmieniła w Wenus: bardzo chciała znać moje zdanie i jej małych poprawkach.
- Zniewaga, paskudztwo! – krzyknęła Elizabeth.
- Nie ujęłabym tego aż tak dosadnie – powiedziała Lucia wracając do swoich malw i z wykwintną delikatnością zaznaczając żyłkę na jednym z liści. - Ale powiedziałam jej, że nie pochwalam tych nowych akcentów. Wprowadziły one, moim zdaniem, nutę farsy do jej satyry, co było nie na miejscu, choć samo w sobie zabawne. Zgodziła się ze mną po krótkiej kłótni, w której szczegóły nie będę się wdawać. Zlikwiduje zmiany w porze lunchu.
- Och, dziękuję ci, kochana – powiedziała wylewnie Elizabeth. – Zawsze wiedziałam, jaka z ciebie dobra przyjaciółka. Byłam okropnie zdenerwowana.
- Nie ma sprawy – powiedziała Lucia ssąc końcówkę pędzla – To było łatwe.
Elizabeth zwróciła teraz całą uwagę na malwy.
- Co za śliczny szkic! – powiedziała. – Ależ ubogaci naszą wystawę. Jeszcze raz ci bardzo dziękuję. Nie będę dłużej ci przeszkadzać w pracy. Jak ty znajdujesz na to wszystko czas, to mnie nie przestaje zadziwiać.
Oddaliła się w wielkim pośpiechu. W tak świetlanej chwili byłoby niezręcznie gdyby Lucia zapytała, czy komitet artystyczny wyłoniony przez radę obejrzał już inne arcydzieło Irene.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Czw 12 Lut, 2026 16:41
Oooo nieee, Irene tak pięknie poprawiła portret Elżbiety i ma to zlikwidować ? no dramat widzę te rumieńce i usta w serduszko
no to teraz Elzbieta musi się wycofać rakiem z nierekomendowania przyjęcia daru pani burmistrz
Trzykrotka - Czw 12 Lut, 2026 21:07
A tymczasem nadchodzą kolejne wakacje i pojawiają się letnicy oraz letnia zamiana komórek do wynajęcia
Zbliżały się wakacyjne miesiące sierpnia i września, w których to damy z Tilling miały zwyczaj wynajmować swoje domy i same przeprowadzać się do mniejszych, płacąc niższy czynsz niż ten, który otrzymywały. Na przykład Diva, wynajmując własny dom, miała zwyczaj przeprowadzać się do Irene, a ta wynajmowała odludny domek na mokradłach, gdzie mogła rozwijać swoją sztukę i malować akty samej siebie oglądanej w lustrze. Lecz w tym roku Diva postanowiła nie porzucać herbaciarni, bo w mieście pełnym turystów mogła zbić latem fortunę; Wyse’owie nie pojechali do Włoch by spotkać się z contessą, bo stosunki międzynarodowe stawały się dość napięte, a Lucia wiedziała, że jako burmistrz ma obowiązki i została w Tilling. Jedynym, który wynajął swój dom był w istocie padre, który opiekę nad parafią powierzył wikaremu i wraz z Evie wybrał się do pięknej Szkocji, a plebanię wynajęli Mapp-Flintom, którzy w tym roku mieli ekscytującą lokatorkę. Była to panna Susan Leg, która, jak z zachwytem wyczytało Tilling z wywiadu, którego udzieliła ona była londyńskiej gazecie, była nikim innym, jak światowej sławy powieściopisarką, Rudolphem da Vinci. Panna Leg (tak twierdziła w wywiadzie) nigdy nie wyjeżdżała na wakacje. „Nie spocznę” oświadczyła z uśmiechem „póki cienie wieczornej pory życia nie zamkną się wokół mnie” i wyjaśniła dalej, że w ramach badań do następnej książki, będzie studiować to małe centrum prowincjonalnego angielskiego życia. „Jestem świadoma” mówiła panna Lego „ że moi czytelnicy spodziewają się po mnie arystokratycznej oprawy dla moich romansów, ale zamierzam im udowodnić, że życie w każdej prostej, skromnej wsi jest równie pełne atrakcji jak w Belgravii i wiejskich posiadłościach.”
Lucia przeczytała ten wywiad na głos Jurusiowi. Wydawał się nasuwać różne możliwości. Rozwinęła myśl we właściwy dla siebie sposób.
- Rudolph da Vinci – powiedziała z namysłem. - Jak się zastanowić, to chyba słyszałam to nazwisko. Zdaje się, że uważa nas za wiejskich prostaków. Zdaje się, że będzie musiała nieco zmienić poglądy. Z pewnością zostanie mi przedstawiona, a ja z pewnością zaproszę ją na herbatę. Jeśli jest tak arogancka i wyniosła, na jaką tu wygląda, to będzie na tyle znajomości. Nie życzymy sobie bestsellerów o naszym kulturalnym, pełnym energii życiu tutaj. To takie tanie i wulgarne, zupełnie niezgodne z naszą tradycją.
Juruś wiedział, że nie ma nic, co skłoniłoby Lucię do większego zacięcia się w dumie niż naruszanie tych tradycji i wulgaryzacja ich życia, ale wypowiadając te wzniosłe myśli już miała w głowie wizję pani Rudolph da Vinci piszącej bestseller, którego akcja rozgrywa się w Tilling, w którym ona sama, wcale nie zmieniona, wodzi prym w przedsięwzięciach społecznych i towarzyskich.
- Nie przesądzajmy jednak z góry – powiedziała, podczas gdy ta wizja w niej rosła. - Muszę zamówić jakąś jej książkę i przeczytać nim wydam osąd o jej twórczości. Może się okazać, że to bardzo miła kobieta. Może lepiej odwiedzę ją, Jurusiu, bo nie chciałabym, żeby myślała, że ją lekceważę, a potem zaproszę ją na kolację, très intime, tylko ty, ona i ja. Nie chciałabym, żeby od razu nabrała fałszywego wyobrażenia o Tilling. Weźmy Divę; gdyby zobaczyła Divę z tymi nadzwyczajnymi brwiami przynoszącą herbatę z kuchni, z czerwoną twarzą i pomyślała, że to reprezentantka naszego życia towarzyskiego, byłaby kompletnie zmylona. Albo Elizabeth z uróżowanymi policzkami zapraszająca ją na kolację na plebanię, a Benjy opowiada swoje historie o tygrysach. Tak, zadzwonię do niej jak tylko przyjedzie i ją przejmę. Zabiorę ją na naszą wystawę i pozwolę jej wpisać się do książki pamiątkowej burmistrza jako znamienitemu gościowi i dam jej wstęp do naszego domu bez ceremonii. Pokażemy jej nasze prawdziwe życie wewnętrzne. Może gra w brydża, dowiem się tego, kiedy tu przyjdzie. Mogę się z nią spotkać na stacji, jeśli dowiem się, kiedy przyjedzie. Albo lepiej, żebyś spotkał się z nią na stacji jako mój reprezentant, a ja odwiedzę ją w Grebe pół godziny później. Tak byłoby bardziej stosownie.
- Elizabeth mówiła mi, że przyjeżdża dziś tym o trzeciej dwadzieścia pięć – powiedział Juruś. - Już wynajęła samochód i jedzie po nią.
Nie trzeba było nawet tak czujnego nosa jak luciny żeby wyczuć zapach rywalizacji, ale nie dała nic po sobie poznać.
- Bardzo słusznie – powiedziała. - Elizabeth bez wątpienia zawiezie ją do Grebe i pokaże lokatorce dom.
W porze herbaty Lucia pojechała na rowerze do Grebe, ale dowiedziała się, że panna Leg w towarzystwie burmistrzyni pojechała na herbatę do miasta. Zostawiła więc swoją burmistrzowską wizytówkę i pojechała wprost na plebanię. Ale Elizabeth nie było i Lucia domyśliła się od razu, że zabrała ona pannę Leg na herbatę do Divy. Bardzo chciała jechać za nimi i od razu zacząć operację przejmowania, ale zdecydowała pozwolić, by jej wizytówka zrobiła swoje. W drodze do domu kupiła 25 wydanie powieści pisarki Czułe serca i korony i pogrążyła się w lekturze. Wszystko tam ociekało wystawnością. Na pierwszej stronie przedstawiono markizę, która obiecuje, że otworzy wiejski targ i właśnie wybiera się, by to zrobić, gdy dzwonią z informacją, że córka króla chciałaby ją odwiedzić tego popołudnia. „Powiedzcie jej wysokości” mówi ta dobra kobieta „że mam od dawna umówione spotkanie i nie mogę zawieść moich ludzi. Pospieszę z powrotem gdy tylko ceremonia się skończy...” Lucia wyobraziła sobie, że wraca dość późno, by podjąć pannę Leg lunchem – Juruś miał ją powitać – ponieważ tego dnia miała czytać pensjonariuszkom przytułku. Wróci z egzemplarzem „Czułych serc i koron” w ręku, tłumacząc, że drogie staruszki błagały ją o dokończenie rozdziału. Myśl o pannie Leg piszącej bestseller o Tilling stała się oszałamiająco słodka.
Wszedł Juruś niosąc wieczorną pocztę.
- List od Olgi – powiedział. – Do mnie też napisała, więc pewnie to samo. Chce, żebyśmy przyjechali jutro do Riseholme na dwa dni, bo urządza przyjęcie muzyczne. Przyjeżdża kwartet smyczkowy.
Lucia przeczytała swój list.
- To strasznie miłe z jej strony – powiedziała. - Ale jak ja mam się wyrwać? Ach, przewidziała to pisze, że zrozumie, jeśli na będę zbyt zajęta. Wyglądałoby to strasznie, gdybym wyjechała zaraz po tym, jak przyjechała tu panna Leg.
- To już ty musisz osądzić – powiedział. - jeśli uważasz, że to ważne, to pewnie masz rację, bo Elizabeth zdaje się już dość mocno objęła ją w posiadanie. Zostałem jej przedstawiony: Elizabeth przyprowadziła ją na herbatę do Divy.
- Przewidziałam, że tak się stanie – powiedziała Lucia. - Jaka jest?
- Zabawne, małe, okrągłe, czerwone stworzenie, coś jak Diva. Szykowna. Powiedziała nam, że przywiozła lokaja i kamerdynera, a jej nowy Daimler przyjedzie późnym wieczorem. I pytała, czy w okolicach Tilling osiedliła się jakaś arystokracja.
- Powiedziałeś jej, że byłam na kolacji i spa…. że księżna Poppy zaprosiła mnie na kolację i nocleg w zamku? - przerwała Lucia.
- Nie – powiedział Juruś, - Myślałem o tym, ale uznałem, że mądrzej będzie już nie wspominać o tym więcej. Zjadła całą górę bułeczek i była bardzo miła dla Divy (co Divie niezbyt się podobało) i powiedziała, że przyśle swojego szefa kuchni – jej własne słowa – z przepisem na wafle z kremem. Elizabeth schlebia jej jak może. Powiedziała: „Och, jak miło panno Leg. Masz szczęście, droga Divo.” potem miały iść zwiedzać kościół, a panna Leg je jutro kolację z Mapp-Flintami.
Lucia przetrawiła te dość złowieszcze informacje.
- Bardzo niemiło mi będzie rozczarować Olgę – powiedziała – ale myślę, że lepiej będzie jeśli tu zostanę. A ty?
- Ja oczywiście pojadę – odparł Juruś.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Pią 13 Lut, 2026 13:32
szykuje się nowa wojna, jak miło
Ciekawa jestem, kto wygra
Trzykrotka - Sob 14 Lut, 2026 22:38
A jakże
Juruś wyjeżdża cieszyć się Francją i towarzystwem Olgi, a Elizabeth przypuszcza atak.
To lecimy:
Następnego ranka Juruś wyruszył do Riseholme bez służącej, bo ze względu na rozrywki, które być może będą się odbywać w Mallards, Lucia nie mogła odstąpić mu ani Grosvenor ani Foljambe. Spędziła dużą część popołudnia w oknie pokoju ogrodowego i powiedziała kucharce, żeby miała w pogotowiu herbatę gotową natychmiast do podania, bo panna Leg z pewnością przyjdzie dziś z rewizytą. W tej chwili ogromny samochód nadjechał ulicą kołysząc się na bruku. Sądząc po rozmiarach Lucia pomyślała, że należy on d Susan. Ale obok szofera siedział człowiek w liberii i odgadła od razu. Samochód zatrzymał się przy Mallards, a Lucia zza zasłony dostrzegła, że w środku siedzą Elizabeth i druga kobieta. Pulchna, mała rączka wysunęła się przez okno trzymając wizytówkę, którą służący w liberii wrzucił do lucinej skrzynki na listy. Zadzwonił do drzwi, lecz nim mu otworzono wsiadł znów do samochodu, który zaraz ruszył.
Nawet sto stron fikcji literackiej pisanej strumieniem świadomości nie wyjaśniłoby Luci sytuacji bardziej wyczerpująco niż jej własny przebłysk intuicji. Elizabeth ewidentnie powiedziała pisarce, że pani burmistrz wystarczy zostawić wizytówkę i mieć ją z głowy. To, co nastąpiło na plebanii tego wieczoru, gdy panna Leg jadła kolację z Mapp-Flintami potwierdziło trafność intuicji Luci.
- Bardzo zwyczajny, prosty posiłek, droga panno Leg – powiedziała Elizabeth gdy zasiadły do stołu. – Ot, przegląd resztek z całego dnia, jak panią ostrzegałam, więc tylko mam nadzieję, że ma pani wiejski apetyt.
- Ja mam z całą pewnością – powiedział Benjy z przekonaniem. – Partyjka golfa sprawia, że głodny jestem jak w czasach gdy strzelałem do tygrysów w dżungli.
- A więc to pańskie trofea są w Grebe – powiedziała panna Leg. – Polowanie na tygrysy – to moim zdaniem jest naprawdę męskie zajęcie. To właśnie uważam za sport, ryzykowanie życiem, a nie siedzenie w fotelu i strzelanie do wyhodowanych w zagrodzie stad bażantów. Taki „myśliwy” podobno nawet sam nie ładuje swojej strzelby. Rzeźnicy i drobiarze, tak ich nazwałam w jednej z moich książek.
- Mocne! Dotkliwe! – zawołała Elizabeth. – Ale w pełni zasłużone. Benjy wygłosił niedawno porywający odczyt o swych zapierających dech przygodach. Można było usłyszeć przelatującą muchę.
- Ach, to już stare dzieje – powiedział Benjy. – Moje dni shikarri już przeminęły. A w Tilling nie ma mężczyzny, który nawet widziałby tygrysa, chyba że za kratami, w Zoo. Taki Juruś Pillson na przykład…
- Przedstawiłam go pani wczoraj w kawiarni, panno Lego – wtrąciła Elizabeth. – Mąż naszej drogiej burmistrz. Bródka w szpic. Pięknie maluje i robi znakomite hafty. Mój niegrzeczny Benjy przezwał go kiedyś panną strojnisią Michałową Aniołową.
- To też było dotkliwe – rzekła panna Leg, zajadając się z wiejskim apetytem górami kosztownego, średnio wysmażonego łososia.
- No, no, może i miłe to nie było, ale lubię żeby mężczyzna był mężczyzną – rzekł Benjy. – Wezmę jeszcze trochę ryby, Liz. Smaczna, świeża rybka. Co podasz nam po niej?
- Tylko parę głuszców – powiedziała Elizabeth.
- A tak. Starzy przyjaciele ze szkockich wrzosowisk nie zapomnieli o mnie, panno Leg. Drogi, stary generał!
- Twoja panna strojnisia wyjechała, Benjy – powiedziała Elizabeth. – Zatrzymał się u panny Olgi Bracely. Pewnie ją pani zna, panno Leg. Primadonna. Fascynująca kobieta.
- Wyjechał sam? Bez żony? – spytała panna Leg. – Ja tego nie pochwalam. Obowiązkiem żony, burmistrza czy nie, jest być zawsze u boku męża i vice versa. Jeśli nie może wyjechać, powinna jego też zatrzymać w domu.
- Droga Lucia jest trochę leniwa w tych sprawach – powiedziała z żalem Elizabeth. – Ale daje nam do zrozumienia, że wszyscy oni są starymi przyjaciółmi.
- Im starsi tym lepsi – powiedziała panna Leg z przymrużeniem oka i wszyscy bardzo się uśmiali.
- Proszę opowiedzieć więcej o tej waszej Luci – zarządziła, gdy ich śmiech już ucichł.
- Nie sądzę, żebyście miały ze sobą wiele wspólnego – powiedziała Elizabeth po zastanowieniu. - Uważana jest za skłonną do intryg i knucia, które potem odbija się na wszystkich. Czasami nieco wyniosła.
- Wybór na burmistrza uderzył jej do głowy – powiedział Benjy. – Narobiłaby strasznego bałaganu gdyby nie ty, Liz.
- Robię co mogę – westchnęła Elizabeth – choć czasami to istna orka. Jestem burmistrzynią i radną, panno Leg, a ona naprawdę potrzebuje wsparcia i pomocy. Och, te jej kochane, małe wymysły! Łudzi się, że potrafi grać na fortepianie i czasami raczy nas próbkami swego talentu, a my nie wiemy wtedy gdzie oczy podziać. A nie tak dawno temu – będzie pani krzyczeć panno Lego – powiedziała każdemu po kilka razy, że zamierza zatrzymać się u księżnej Sheffield, a kiedy wróciła, pokazała nam pliki fotografii zamku na dowód że tam była…
- Byłam niedawno na koncercie charytatywnym u księżnej w jej rezydencji na Grosvenor Square – powiedziała panna Leg. – Pięć gwinei za wstęp. Mieszka w pobliżu?
- Nie, kawał drogi stąd. A oto wisienka na torcie. Okazało się, że burmistrz wypiła tam tylko herbatę. Dziwne. Prawie podejrzewam, że wcale nie była zaproszona, że zdarzyła się jakaś pomyłka. I zawsze mówiąc o niej nazywa ją Poppy; a czy tak się do księżnej zwraca, to inna kwestia.
- Ewidentnie snobka – powiedziała panna Leg. – A jeśli czegoś nienawidzę, to snobizmu.
- Och, niech jej pani nie nazywa snobką – zawołała Elizabeth. – Złościłabym się na samą siebie gdybym przekazała takie wrażenie o niej.
- A ten dom, w którym zostawiłam dziś kartę wizytową, czy to dom rodzinny jej męża? – spytała panna Leg.
Elizabeth westchnęła.
- Och, co za tragiczne pytanie! – powiedziała. – Nie, oni są właściwieparvenusw Tilling; a ten piękny dom —i ten wyjątkowy ogród – należały do mojej rodziny. Nie mogłam sobie pozwolić na mieszkanie w nim i sprzedałam. Lucia zapłaciła żałosną kwotę, ale żebracy nie mogą narzekać. Okrutne wspomnienia!
- Co za szkoda – powiedziała panna Leg. – Stare domy w Anglii wpadają w ręce parweniuszy i intruzów. Mam nadzieję, że pani noga tam już nie postała.
- Walczę z sobą za każdym razem – rzekła Elizabeth – ale mam poczucie, że i jako burmistrzyni i jako przyjaciółka Luci, muszę zachować dobrosąsiedzkie stosunki. Nie mogę przestać jej wspierać i w życiu magistratu i na gruncie towarzyskim.
Zrobiły plany na następny dzień. Elizabeth zabawnie i z przekąsem opowiadała o porannych zakupach swoich przyjaciółek.
- Istny cyrk! – powiedziała. – To nieodłączny element tutejszego życia, musi pani to zobaczyć. Zobaczy pani Divę wpadającą i wypadającą ze sklepów jak spłoszony królik (tak mówi mój Benjy) gdy goni go fretka i Susan Wyse, pewnie jadącą na swej trójkołówce i Lucię i dziwaczną Irene Coles, która namalowała obraz roku, a ten wisi teraz na naszej wystawie, musi go pani zobaczyć. Potem możemy zajrzeć do ratusza miejskiego, a ja pokażę pani nasze starożytne statuty nai wspaniałym elżbietańskim talerzu. I czy zaszczyci nas pani wpisaniem swego nazwiska do księgi burmistrza przeznaczonej dla wybitnych gości?
- Oczywiście, z przyjemnością – odpowiedziała panna Leg – choć nieczęsto rozdaję autografy.
- Och, jak miło. Będę więc czekać na panią o dziesiątej – nie za wcześnie? – i oprowadzę panią. Naprawdę musi pani już iść? Benjy, sprawdź, czy piękny Daimler panny Leg jest gotowy. Au reservoir!
- O-co? – spytała panna Leg.
- Niektórzy z naszych mieszkańców mówią „au reservoir” zamiast au revoire – wyjaśniła Elizabeth.
- Ale dlaczego? – chciała wiedzieć panna Leg.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Pon 16 Lut, 2026 08:43
Ojjjj czy aby ta antyluciowa kampania nie wyjdzie drogiej Elżbiecie bokiem? szarżuje jak zaślepiony nosorożec, że użyję myśliwskiego porównania, ciąg dalszy zapowiada się naprawdę ciekawie
Trzykrotka - Pon 16 Lut, 2026 18:29
Na koniec (bo już niedługo kończymy ) Elizabeth jeszcze zdrowo namiesza - ta kobieta jest nie do dobicia po prostu
Lucia, jako że kolację jadła w samotności, rozmyślała o wrogich poczynaniach, które – jak czuła – nadciągają. Była całkiem zdecydowana, że zagarnie pannę Leg by stać się centralną postacią jej kolejnego bestsellera, ale Elizabeth też zamierzała ją zaanektować i Lucia była świadoma, że w tej sprawie nie mogą się zjednoczyć. Duma nie pozwalała jej na zdobycie dostępu do panny Leg za pośrednictwem Elizabeth i Elizabeth, w ten czy inny sposób, trzeba wyrzucić z siodła. Siedziała do późnej nocy rozmyślając w pokoju ogrodowym, a gdy następnego ranka burmistrzyni zadzwoniła jak co dzień w porze śniadania, podeszła do telefonu gotowa na wszystko.
- Dzień dobry, droga pani burmistrz – powiedziała słodkim głosem. – Jaki piękny dzień.
- Prześliczny! – potwierdziła Lucia.
- Masz coś dla mnie co zrobienia, kochana?
- Nic, dziękuję – powiedziała Lucia i czekała.
- Zabieram pannę Leg…
- Kogo? – spytała Lucia.
- Susan Leg, moją lokatorkę, Rudolpha da Vinci – wyjaśniła Elizabeth.
- A tak. Zostawiła mi wczoraj wizytówkę, tak mówiła Foljambe. Bardzo uprzejmie. Mam nadzieję, że miło spędzi u nas czas.
- Zabieram ją dziś do ratusza. Proszę, bądź tak miła i powiedz strażnikowi, żeby wyjął historyczne statuty, które chciałaby obejrzeć. Będziemy około wpół do jedenastej, więc jeśli będą gotowe do kwadransa, to nie będzie opóźnienia. I choć ona rzadko rozdaje autografy, to obiecała, że wpisze się do księgi burmistrza.
Ze szczęścia Lucia aż westchnęła. Nie marzyła nawet o tak pochopnym ruchu Elizabeth.
- Moja droga, niezręczna sytuacja – powiedziała. - Widzisz, statuty wystawiane są na widok publiczny we wtorki o trzeciej – a może o drugiej, lepiej się upewnij – i wyjmowanie ich to wielki ambaras. Nie robi się tego dla pierwszego lepszego gościa. A przywilej wpisywania się do księgi burmistrza jest zarezerwowany tylko dla naprawdę znamienitych odwiedzających, których wizytę poczytuje się jako honor. Olgi na przykład.
- Ale kochana burmistrz – powiedziała Elizabeth – ja już jej obiecałam, że obejrzy te statuty.
- Nic prostszego. O drugiej lub trzeciej popołudniu, o której tam to następuje, we wtorek.
- A księga pamiątkowa burmistrza? Poprosiłam ją o wpis.
Lucia roześmiała się wesoło.
- Załóż księgę burmistrzyni, kochana – powiedziała. - Możesz podsuwać ją do wpisania się komukolwiek zechcesz.
Po zakończeniu rozmowy Lucia zamyśliła się przez chwilę. Potem zadzwoniła do ratusza.
- Czy to woźny? - spytała. - Mówi burmistrz. Pamiętajcie, aby nie wyciągać historycznych statutów i wystawiać mojej księgi pamiątkowej bez mojego wyraźnego polecenia. Na razie nie dałam żadnego. Co za piękny poranek.
Lucia dała pani Simpson wolne, bo nie miała dla niej żadnych zadań i zeszła w dół do High Street po zakupy. Jej umysł przypominał współczesną armię wspieraną przez siły powietrzne i ciężki sprzęt. Był gotowy do zwiadu i potyczek, do urządzania zasadzek, do obrony lub ataku na nieprzyjaciela ogniem dział lub gazem bojowym (jedynie w odwecie, bo była pewna, że zostanie on użyty przeciwko niej). Diva wyglądała na nią z okna, ewidentnie na nią czekając – i otwarła je na oścież.
- Widziałaś ją? - zapytała.
W tej chwili w mieście była tylko jedna „ona.”
- Tylko jej rękę – powiedziała Lucia. – Wystawiła ją przez szybę – dość pulchna była ta dłoń – wczoraj wieczorem. Zostawiła mi kartę wizytową, a raczej jej lokaj wrzucił ją do mojej skrzynki na listy, nie pytając nawet, czy mnie zastał. Była z nią Elizabeth. Potem odjechały.
- Tyle powiem, to było bardzo niegrzeczne – powiedziała Diva gorąco. – Wyniosła i zarozumiała, taka właśnie jest. Powiedziała mi, że jej szef kuchni przyśle mi przepis na wafle z kremem. Spróbowałam je upiec. Paskudztwo. Dałam jednego Paddy’emu i pochorował się. A on zadzwoniła przed chwilą, żeby mnie zaprosić na herbatę dziś po południu. Czy ona sobie wyobraża, że ja wybiorę się do Grebe w godzinach szczytu w kawiarni, żeby zjeść więcej jej paskudztwa? Ani myślę. Wczoraj jadła kolację u Elizabeth, a Janet dowiedziała się od pokojówki Elizabeth, co jedli. Zupa pomidorowa, smażony łosoś przysłany z Hornbridge, dwa głuszce od Rice’a, brzoskwiniowa melba, ale z kremem zamiast śmietanki i kawior z puszki. I Elizabeth nazwała to imprezą „co się nawinie”! O takim nawijaniu jeszcze nie słyszałam, z winem czy bez. Elizabeth chce nią sterować, ot co. Niech sobie steruje na zdrowie! Pójdę z tobą na zakupy. Sprawdzę tylko, jak się ma Paddy, ale chyba już to z siebie wyrzucił. Wafle z kremem, rzeczywiście! Poczekaj chwilkę.
Kiedy czekała chwilkę, Lucia dostrzegła Royce’a Susan, z nią i jej mężem w środku, podążającego całą swą wielką ciężkością w stronę High Street. Gdy podjechał do sklepu rybnego, sokole oko Luci wypatrzyło jak Elizabeth i niska, tęga, okrągła kobieta, co do tożsamości której nie mogło być wątpliwości, idą w jego stronę. Pan Wyse wysiadł, a Elizabeth ewidentnie przedstawiała go swojej towarzyszce. Stał z kapeluszem w dłoni, co było jego uprzejmym zwyczajem, gdy rozmawiał z damami pod błękitnym niebem, a nawet w deszczu, a następnie zaprowadził ją do otwartych drzwi Royce'a, gdzie Elizabeth rozmawiała z Susan.
Lucia ruszyła spacerem w ich stronę, ale gdy tylko Elizabeth ją zobaczyła, zakręciła się bez uśmiechu czy śladu powitania i pociągając za sobą pannę Leg, poszła w górę ulicy, gdzie Irene w jej zwyczajowych szortach i swetrze rozstawiała właśnie sztalugi na skraju chodnika.
- Dzień dobry, droga Susan – zawołała Lucia. –Och, panie Wyse, proszę założyć kapelusz; słońce praży niemiłosiernie. Kim jest ta dziwna mała osóbka z moją burmistrzynią, z którą właśnie rozmawialiście?
- Wydaje mi się, że burmistrzyni powiedziała „Leg” – odparł pan Wyse. – I powiedziała też mojej Susan, że jeśli zaprosi ona pannę Leg na kolację, ta najpewniej przyjmie zaproszenie. Zaprosiłaś ją, kochanie? Jeśli tak, musimy kupić więcej ryby.
- Oczywiście, że nie zaprosiłam – powiedziała Susan. – Kto to jest ta Leg? Czemu Elizabeth miałaby narzucać mi swoje przyjaciółki? To niesłychane.
- Leg? Leg? – powiedziała Lucia z namysłem. – Ach, tak. Lokatorka Elizabeth. Powieściopisarka. Czy nie pisze pod pseudonimem Rudolph da Vinci
- Bardzo zadowolona z siebie kobietka, jakkolwiek by siebie nie nazywała – powiedziała Susan z niezwykłą dla niej surowością – i nie będzie jadła u mnie kolacji. Może jeść u Elizabeth.
Diva właśnie do nich dotruchtała i usłyszała to.
- Już jadła. Wczoraj – powiedziała. – Wszystko na wystawnie i bogato. Ale pomyślcie tylko, zostawić kartę u Luci i nawet nie spytać, czy jest w domu! Szczyty nieuprzejmości.
- Naprawdę tak zrobiła? - zapytał zaszokowany pan Wyse. – Nie przywykliśmy do takich manier w Tilling. Bardzo dobrze zrobiłaś, że jej nie zaprosiłaś, Susan. Intuicja cię nie zawiodła.
- Wydawało mi się to dziwne – rzekła Lucia – ale śmiem twierdzić, że gdy się ją zostawi samej sobie, okaże się, że to porządna, prosta kobieta. Elizabeth z nią była, gdy zostawiała wizytówkę.
- To wszystko wyjaśnia – powiedziały razem Susan i Diva.
-… a Elizabeth zadzwoniła przed śniadaniem i poprosiła, żebym nakazała, aby przygotować średniowieczne statuty, by jej przyjaciółka mogła przeprowadzić inspekcję o 10:30. I żeby księga pamiątkowa czekała na jej wpis.
- To się w głowie nie mieści! – powiedziała Diva. – I może jeszcze dzwonić w dzwony kościelne. I żeby trębacz miejski odegrał hymn Italii na cześć Rudolpha da Vinci, jak mniemam. Co odpowiedziałaś?
- Grzecznie odmówiłam.
W ich rozmowę wdarł się głos Irene o kilka jardów dalej, głośny i zniecierpliwiony.
- Nie, Mapp! – krzyczała, - Nie pójdę na wystawę żeby pokazać tobie i twojej przyjaciółce - jak tam ona się nazywa – moich obrazów. I nie znoszę żeby zaglądać mi przez ramię kiedy maluję. Odsunąć się.
Wydawało się, że nie mają tam czego szukać i Lucia podeszła do Irene.
- Słyszałaś? – zapytała Irene. – Posłałam Mapp i jej przyjaciółkę gdzie raki zimują. Kto to jest ta mała babka?
- Panna Leg, tak słyszałam powiedziała Lucia. – Pisze powieści pod pseudonimem. Lokatorka Elizabeth; zdaje się, że przyjęła ją pod swoje skrzydła.
- Biedaczyna. Pocałunek Mapp, śmiertelny. A teraz ekscytujące wieści, ukochana. Dyrekcja Carlton Gallery na Bond Street poprosiła o wypożyczenie Wenus na ich jesienną wystawę. Mam też ofertę kupna od amerykańskiego kolekcjonera. Zażądam oszałamiającej ceny. Ale najpierw wystawię ją w Carltonie i z całą pewnością przywrócę Mapp różane policzki i uśmiech kokoty. Mogę niedługo wpaść do Mallards?
- Wpadnij, kochana. Mam dziś luźniejszy dzień.
Lucia poszła dalej z tym niegasnącym żalem, że Irene nie namalowała jej na muszli ostrygi, z Jurusiem w chmurach i kończąc zakupy wróciła do domy przez ratusz miejski. Woźny stał na schodach, lekko zarumieniony.
- Burmistrzyni z przyjaciółką dopiero co tu była, pani burmistrz – powiedział. – Kazała mi wyjąć statuty i księgę pamiątkową pani burmistrz. Powiedziałem, że nie mogę bez pani polecenia. Zaczęła mi grozić
- Świetnie się spisaliście – powiedziała Lucia z wdzięcznością. – Ta sama odpowiedź za każdym razem, proszę.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Wto 17 Lut, 2026 10:09
Ojojojooooooj biedna droga Elżbieta w ciąż jeszcze nie zorientowałą się, że inteligencją i sprytem nie sięga Luci do pięt Irene jak zwykle boska bardzo jestem ciekawa, jak sie pobyt panny Leg skończy i czyje będzie na wierzchu
Trzykrotka - Śro 18 Lut, 2026 11:23
Fragment z odwiedzinami wystawy będzie boski
Zapomniałam wczoraj wrzucić odcinek
Trzykrotka - Śro 18 Lut, 2026 20:43
W międzyczasie Elizabeth i panna Leg, których plany ratuszowe zostały pokrzyżowane, ruszyły do sali wystawowej, gdzie Elizabeth zażądała darmowego wstępu dla siebie jako znamienitego gościa. Ale i tutaj bileter był równie nieugięty jak woźny w ratuszu , więc Elizabeth wydała sześciopensówkę i sześć miedziaków. Poszły najpierw obejrzeć Wenus i Elizabeth zaskoczyła bardzo niemiła niespodzianka, bo znana pisarka nie zostawiła na obrazie suchej nitki.
- Bardzo przykra parodia znakomitego włoskiego obrazu Boticellego – powiedziała. – i proszę tylko spojrzeć na tę starą wiedźmę na muszli i tego zawianego pijaczynę w cylindrze. Szokujące! Jestem wstrząśnięta, że pozwoliliście, by to tutaj wisiało. Namalowała to ta bezpłciowa, niemiła dziewczyna w szortach? Jej maniery są dokładnie takie jak jej obraz.
Po tym oświadczeniu Elizabeth nie czuła się na siłach wyjaśniać, że to ona jest starą wiedźmą na muszli, a Benjy pijaczyną, ale że była zadowolona, że panna Leg tak surowo potraktowała sztukę niemiłej dziewczyny w szortach, zaprowadziła ją przed portret Luci.
- To kolejny obraz autorstwa panny Cole – powiedziała – który jest o wiele gorszy od tamtego. Proszę tylko spojrzeć; przypomina mi sprzedawczynię na wyprzedaży staroci. Rower, fortepian, stare paczki kart, pudełko z farbami…
Panna Leg wydała głośny okrzyk zadowolenia i podziwu.
- Znakomite dzieło! – powiedziała. – O, tu jest na co popatrzeć. Olśniewające kolory, wspaniała kompozycja. I co za interesująca twarz. Kto to jest?
- Nasza burmistrz, nasza droga Lucia, o której gawędziłyśmy wczorajszego wieczoru – powiedziała Elizabeth.
- Pani opis mnie zmylił. Ta kobieta ma wspaniały charakter. Proszę ją zaprosić, żeby się ze mną spotkała, i malarkę też. Ma prawdziwy talent, pomimo tego pierwszego obrazu. Może kolacja u pani dziś wieczorem: po prostu skromny posiłek, taki jak wczoraj. Nie zwracam uwagi na to, co jem. Albo herbata. Herbata też by mi odpowiadała.
W głowie burmistrzyni skłębiły się niespokojne myśli. Wciąż rozpaczliwie pragnęła zachować swoje prawa własności do panny Leg, ale kolejny skromny posiłek u niej nie wchodził w grę. Co więcej, nie można było oczekiwać, że nawet najbardziej zagorzały chrześcijanin wybaczy jej, do tego stopnia, że zaprosił Lucię na obiad, jej potworną nieuprzejmość wobec statutów założycielskich i księgi pamiątkowej burmistrza, a wybaczenie Irene wymagałoby posiadania heroicznych chrześcijańskich cnót. Herbata była wszystkim, na co mogła sobie pozwolić, a zawsze istniała nadzieja, że odmówią.
- Niestety, Benjy i ja mamy dziś inne zobowiązania – powiedziała. – Ale zaproszę je.
Rozejrzały się po reszcie galerii: mglisty poranek na mokradłach, pomyślała Elizabeth, wyglądał bardzo poetycko.
- Tradycyjnie miejscowe bohomazy – zauważyła panna Leg nie poświęcając im nawet spojrzenia. – Ale malwy są urocze, dalie też. Pewnie też pędzla panny Cole.
- Elizabeth po prostu nie mogła znieść myśli, że wie, kim jest autorka.
- Maluje świetne studia kwiatów – powiedziała Elizabeth.
Irene była w pokoju ogrodowym z Lucią gdy zadzwoniła Elizabeth.
- Właśnie odwiedziłam z panną Leg naszą wystawę, droga burmistrz. Wręcz pragnie poznać ciebie i dziwaczną Irene. Wpadniecie dziś po południ na herbatę? Będzie u mnie.
- Jak miło! – powiedziała Lucia. – Muszę sprawdzić terminarz.
Zakryła dłonią słuchawkę i myślała przez chwilę intensywnie.
- Irene – wyszeptała. – Elizabeth zaprasza nas obie na herbatę i spotkanie z panną Leg. Ja chyba nie chcę. Nie chcę jej poznawać za pośrednictwem Elizabeth. A ty?
- Ja w ogóle nie chcę poznawać Leg – odpowiedziała Irene.
Lucia odsłoniła słuchawkę.
- Niestety! – powiedziała. – Jestem zajęta, tak jak się spodziewałam. Irene jest u mnie i żałuje, ale też nie może przyjść. Co za szkoda. Do widzenia.
- O co chodzi z moim żalem? - spytała Irene. – I o co w ogóle chodzi?
Lucia westchnęła.
- Strasznie to wszystko nużące – powiedziała – ale Elizabeth zmusza mnie, żebym w zwyczajnym odruchu samoobrony, poszła w te małe intrygi i podstępy. Jak mnie to nudzi!
- Kochanie, to cię napędza! – powiedziała Irene. – I tak pięknie to robisz.
W ciągu kolejnego i następnych dni panna Leg nie zdołała wniknąć ani o milimetr głębiej w życie Tilling. Nazajutrz dołączyła do parady zakupowej. Diva i Wyse’owie stali razem i rozmawiali, ale nie poświęcili jej nic więcej poza chłodnymi uprzejmymi uśmiechami, a kiedy ich minęła, do grupy dołączyła Irene i dało się słyszeć głośny śmiech. Następnie ujrzała Lucię, którą rozpoznała po portrecie, idącą z wysokim mężczyzną z vandyckowską bródką, który musiał być jej zbiegłym, ale już powracającym mężem. Zbliżała się też Elizabeth cała w uśmiechach; z pewnością zamieni z nimi kilka słów, a potem ich sobie przedstawi, ale Lucia i wysoki mężczyzna natychmiast przeszli przez ulicę. Wszystko to było bardzo dziwne: Lucia i Irene odmówiły zaproszenia na herbatę do Mapp-Flintów, Wysowie nie zaprosili na kolację jej, Diva odmówiła przyjścia na herbatę do Grebe, a Elizabeth nie załatwiła ani statutów, ani księgi pamiątkowej. Zaczęła się zastanawiać, czy Mapp-Flitowie nie są jakimiś pariasami, z którymi nikt nie chce mieć do czynienia. To była straszna myśl, bo może wpadła w niewłaściwe ręce i podczas, gdy oni trzymali ją, reszta Tilling także się trzymała – na dystans. Pamiętała znaczną ilość pogardliwych komentarzy Elizabeth na temat Luci i komentarze Benjy’ego o Jurusiu, a teraz nabrały one całkiem innego wymiaru. Czyżby były inspirowane przez złośliwości zazdrość i niemożność wspięcia się na wyżyny towarzyskie Tilling? „Nie mam teraz żadnej broni” myślała panna Leg. „Muszę coś zrobić. A może pani Mapp-Flint ma jakąś przeszłość, choć raczej na to nie wygląda?”
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Czw 19 Lut, 2026 14:59
aaaale pięknie się zrobiło panna Leg najwyraźniej nie jest taką idiotką, jak droga Elżbieta sądziła, i należycie doceniła talent Irene
Trzykrotka - Pią 20 Lut, 2026 20:25
Juruś dokłada do pieca
Dzień był bardzo upalny i Juruś i Lucia wybrali się na przejażdżkę rowerową po herbacie. Do tej pory pokój ogrodowy był najchłodniejszym miejscem w domi i po lunchu grali w nim na fortepianie i siedzieli przy oknie z widokiem na ulicę. Juruś spędził dwa cudowne dni w Riseholme i opowiadał o nich z większym entuzjazmem niż taktem.
- Olga była po prostu cudowna – powiedział. – Śpiewała bosko i wszystkich inspirowała. Bardzo ją cieszy dawanie radości innym ludziom. W oba wieczory koncert o siódmej, z Kwartetem Hiszpańskim i pieśniami w wykonaniu Olgi. Półtorej godziny muzyki, a potem pyszna kolacja w ogrodzie, w wszystkimi z Riseholme jako gośćmi i żadnych księżnych i takich tam. Tylko Riseholme. To cała ona, po prostu nie zna słowa „snob.”A ja dostałem ten sam pokój co poprzednio, z łazienką naprzeciwko i śniadaniem na balkonie. I żadnych plotek i intryg, którymi my zawsze się otaczaliśmy. To dopiero była zmiana!
Na twarzy Luci pojawił się kamienny wyraz, którego pochłonięty tematem Juruś nie zauważył.
- I ściągnęła mnóstwo statystów z Covent Garden – ciągnął – i zakwaterowała ich w Ambermere Arms. I jej uprzejmość dla wszystkich starych przyjaciół, na przykład mnie, starego nudziarza. Wynajęła teraz willę w Le Touquet i zaprosiła mnie tam na cały tydzień. Będę płynąć z Seaport, a wymyślili teraz bardzo skuteczne tabletki na chorobę morską….
- Czy najdroższa Olga wspomniała przypadkiem, że i mnie się spodziewa? – zapytała Lucia doskonale spokojnie.
Juruś w jeden chwili spadł z tych słonecznych przestrzeni, jak samolot z zepsutym silnikiem. Miał twarde lądowanie.
- Nie pamiętam, żeby coś takiego mówiła – powiedział.
- Tego raczej nie zapomniałbyś – powiedziała Lucia. – Masz wspaniałą pamięć.
- Założę się, że nie chce ci zawracać głowy zaproszeniami – powiedział Juruś zręcznie. – Widzisz, mówiłaś jej sporo o tym, jak trudno jest ci się wyrwać i jak musisz zabierać ze sobą te pudełka pełne urzędowych dokumentów…
Twarz Luci pojaśniała.
- Najpewniej tak było – powiedziała.
- I kilka tygodni temu obiecałaś, że spędzisz z nią weekend od soboty do poniedziałku – ciągnął Juruś – a potem wyjechałaś w niedzielę z powodu posiedzenia rady, a znowu przedwczoraj nie mogłaś wyjechać z Tilling z powodu panny Leg. Olga zaczyna zdawać sobie sprawę, nie sądzisz, jak zajęta jesteś… Co się stało?
Lucia zerwała się na równe nogi.
- Samochód tej Leg nadjeżdża ulicą – powiedziała. – Jurusiu, stań przy drzwiach i – jeśli podniosę kciuk o tak, leć do głównego budynku i powiedz Grosvenor, że jestem w domu. Jeśli pokażę kciuk w dół, jak na rzymskiego gladiatora, też leć, ale powiedz, że mnie nie ma. To będzie zależało od tego, czy jest z nią Elizabeth. Później ci wyjaśnię.
Lucia wsunęła się za zasłonę przy oknie, a Juruś stał u drzwi, gotowy do lotu. Uniesiony kciuk jego żony zaczął kiwać się gwałtownie, więc pospieszył do domu. Wrócił równie szybko, a Lucia pociągnęła go do fortepianu, na którym już rozłożyła znajomy duet Mozarta.
- Szybko! Od góry strony- powiedziała. – Uno, due, tre. Pom! Doskonale.
Zdążyli zagrać z pół tuzina świetnych taktów, gdy Grosvenor otwarła drzwi i zaanonsowała:
- Panna Leg.
Lucia nie zwróciła na nią uwagi i grała dalej, póki Grosvenor nie powiedziała „panna Leg” o wiele głośniej, a wtedy, z melodyjnym okrzykiem zaskoczenia, odwróciła się i wstała.
- Ach, panno Leg, bardzo mi miło – powiedziała przeciągając okropnie słowa. – Jak się pani ma? Poznałeś już pannę Leg, Jurusiu? A tak, zdaje mi się., że spotkaliście się u Divy któregoś popołudnia. Jurusiu, powiedz proszę komuś, że panna Leg zostanie na herbacie – zostanie pani, prawda? Mój mały pokój ogrodowy, który może zauważyła pani z zewnątrz. Mówiono mi, że nazywają go Izbą Gwiaździstą… (*Izba Gwiaździsta - wywodzący się z średniowiecza specjalny sąd królewski, sądzący w sprawach przeciwko monarsze i państwu)
Panna Leg spojrzała w sufit, jakby spodziewała się zobaczyć tam wyobrażenia zastępów niebieskich.
- No właśnie. Dlaczego tak to nazywają? - zapytała.
Lucia, oczywiście, sama wymyśliła tę nazwę dla pokoju ogrodowego. Machnęła ręką w stronę sterty blaszanych pudełek z Departamentu.
- Sekrety spraw miejskich – powiedziała lekko. – Ściśle tajne, wie pani: Arlington, Bolingbroke… Może przejdziemy się po ogrodzie, póki nie podadzą nam herbaty? Malutki kawałek ziemi, ale bardzo mi drogi, czerwone ceglane ściany, skromny domek…
- Kupiła go pani niedawno od pani Mapp-Flint, jak słyszałam – powiedziała panna Leg.
Mądra Lucia zgadła od razu, że Elizabeth nakarmiła ją już własną wersją.
- Tak, biedactwo – powiedziała. – Bardzo byłam zadowolona, że mogłam jej pomóc wydobyć się z opresji. Należał wcześniej do jej ciotki. W jakim on był stanie! Dżungla chwastów w ogrodzie, ale go odzyskuję. A tutaj jest mój mały sekretny ogród: gdy w nim jestem, a furtka jest zamknięta, nikt nie może mi przeszkadzać. Zapracowani ludzie, jak pani z jej wspaniałą kreatywną pracą i ja z życiem pełnym szarpaniny, musimy mieć jakieś sanktuarium, czyż nie?... Całkiem ładne malwy.
- Urocze! – powiedziała panna Leg, która skłonna była nienawidzić Lucię za jej wyniosłość i jej „Gwiaździstą komnatę,” ale jednak uważała, że to ona może być kluczem do Tilling. – Mam ich prawdziwy zagajnik w moim domku na wsi. Na waszej małej wystawie jest ładne studium malw. Panna Cole malowała, chyba tak powiedziała mi pani Mapp-Flint.
Lucia wybuchnęła wesołym śmiechem.
- Och, ta moja słodka, zamroczona burmistrzyni! – zawołała. – Jurusiu, słyszałeś? Elizabeth powiedziała pannie Leg, że mój obrazek z malwami namalowała Irene. Cała ona. Herbata gotowa?
Harmonia dojrzewała. Panna Leg wyraziła wielki podziw dla portretu Luci pióra Irene i głęboki niesmak wobec Wenus i obiecała, że złoży ponowną wizytę, by przyjrzeć się obliczom głównych postaci, bo poprzednio obraz tak ją zdegustował, że ledwo rzuciła na nie okiem. Nim skończyła drugą bułeczkę Lucia zadzwoniła do woźnego z ratusza i poprosiła go o wydobycie patery założycielskiej i księgi pamiątkowej burmistrza, bo niedługo przyprowadzi tam znamienitego gościa, a nim panna Leg zdążyła popodziwiać tablicę i wpisać się do księgi („Susan Leg” i poniżej „Rudolph da Vivci”), dostała zaproszenie na kolację w Mallards na następny dzień.
- Tylko kilkoro przyjaciół – powiedziała Lucia – którzy będą szczęśliwi mogąc panią poznać.
Nie zaprosiła Elizabeth ani Benjy’ego, bo panna Leg widywała ich ostatnio bardzo często, ale, z obawy, że mogą poczuć się zlekceważeni, uprosiła ich, by zajrzeli potem na kawę i pogawędkę. Elizabeth uznała to raczej za policzek, nie zaproszenie i ona i Benjy wypili kawę i odbyli ożywioną pogawędkę we własnym towarzystwie.
Przyjęcie było bardzo wesołe, a o nieobecnych opowiedziano mnóstwo anegdotek. Na koniec większości z nich Lucia wołała: „Ach, nie bądźcie dla nich tacy złośliwi! I czasami dorzucała kolejną. Było blisko północy gdy towarzystwo się rozstało, a wszyscy zostali zaproszeni do panny Leg na kolację następnego wieczoru.
- Co za przyjemny wieczór, czy mogę tak powiedzieć – Luciu? – spytała stojąc na schodach i wystawiając swą czerwoną okrągłą twarz w stronę pani burmistrz, by dokonała wyboru.
- Ależ tak, droga Susan – powiedziała. – Ale chyba musisz być Susanną. Zgadzasz się? Jedną drogą Susan już mamy.
Ucałowały się
Koniec rozdziału dziesiątego
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Sob 21 Lut, 2026 18:54
Juruś na chwilę stracił orientację, ale myślę, że Lucia wybaczy, zwłaszcza że tak wychwalał jej pracowitość i po raz kolejny droga Elżbieta nie doceniła Luci, i co teraz będzie ?
Trzykrotka - Sob 21 Lut, 2026 20:28
Jesteśmy już prawie na finiszu naszej historii, ale afer jeszcze nie koniec
Rozdział jedenasty
Juruś nadal był bardzo nietaktowny odnośnie rozlicznych doskonałości Olgi i choć jego dziewicza namiętność wobec niej nie budziła w Luci najmniejszego niepokoju (za dobrze znała Jurusia), zastanawiała się, co Tilling powie na jego samotną wizytę w La Touquet. Wrodzony tupet pomógł jej wyciszyć kryzys Poppy, ale uratowanie Susan Leg, jak jakiejś dojrzałej Andromedy, ze szponów jej burmistrzyni wzbudziło głęboką wrogość Mapp-Flintów i była w pełni świadoma, że Elizabeth wykorzysta każdą okazję by jej dopiec. Była więc przygotowana na kłopoty, ale szczęśliwie dla jej spokoju ducha, nie miała pojęcia, jaka burza udręk się nad nią zbiera…. Juruś i Foljambe wyjechali bardzo wczesnym pociągiem do Seaport, by zająć sobie dobre miejsce na śródokręciu, gdzie najmniej kołysało, nim przyjedzie ekspres z Londynu na kontynent, a każde z nich miało przy sobie fiolkę pastylek na chorobę morską.
Tegoż ranka Elizabeth wpadła do Divy na pogawędkę.
- Pojechali – powiedziała. – Właśnie spotkałam burmistrza. Wyglądała na bardzo zdenerwowaną, biedactwo, a wcale się jej nie dziwię.
Diva zarzuciła malowanie brwi. Zabierało to zbyt wiele czasu, poza tym była zmęczona wyglądaniem na wiecznie zdziwioną nawet gdy, jak w tej chwili, wcale taka nie była.
- Pewnie chodzi ci o to, że pan Juruś pojechał sam – powiedziała.
- Między innymi. Benjy i ja dosłownie nad nią płaczemy. Zauroczenie pana Jurusia ewidentnie rośnie. Najpierw tamta noc tutaj…
- Nie; Lucia wróciła – powiedziała Diva.
- To się do końca nie wyjaśniło, tak mi się wydaje. A potem on pojechał do Riseholme bez niej, chyba że chcesz mi wmówić, że burmistrz przyjeżdżała tam co wieczór i wracała tu o pianiu kogutów żeby pełnić swoje obowiązki tutaj.
- Tak czy siak, Olga zaprosiła ich oboje – powiedziała Diva.
- Tak nam powiedziano, ale czy rzeczywiście? A tym razem Lucia na pewno nie została zaproszona. Robi się coraz gorzej i dla niej musi to być okropne. Wszystko, czego się wcześniej obawialiśmy, spełnia się teraz, tak jak przewidywałam. A ja ani trochę nie wierzę, że on wróci pod koniec tygodnia.
- To byłoby upokarzające - powiedziała Diva.
- Nie mam zamiaru niczego insynuować – powiedziała z naciskiem – ale gdybym to ja była w sytuacji Luci, nie podobałoby mi się to, tak samo jak nie podobałoby mi się, gdybyście ty i Benjy pojechali razem na tydzień i to jeszcze do Le Touquet.
- Mnie by się też to nie podobało – powiedziała Diva – Ale Luci jest mi żal.
- Założę się, że wkrótce będzie potrzebować naszego współczucia – powiedziała Elizabeth mrocznie. – I jak szczerze jestem jej wdzięczna, że uwolniła mnie od tej całej Leg. Co za zmora. Nie wnikam, jak to zrobiła. Może zatruła umysł Leg jakimiś pomysłami na mój temat, ale wolę już być zatruta, niż ją więcej oglądać.
- Teraz ci się miesza, Elizabeth – zaprotestowała Diva. – Twierdziłaś, że to umysł Leg został zatruty, nie ty.
- To głupstwo, moja kochana – powiedziała Elizabeth zdecydowanie. – Nie możesz zaprzeczyć, że Benjy i ja byliśmy bardzo uprzejmi dla tej kobiety. Zaprosiłam nawet Lucię i Irene by ją poznały, co było dużym krokiem zważywszy Luci zachowanie w strawie tablicy założycielskiej i księgi pamiątkowej. Ale nie mogłam już znieść Leg i musiałam się od niej odciąć… Muszę już iść; jestem dziś tak samo zajęta jak burmistrz. Po południu posiedzenie rady…
Lucia zawsze lubiła swoje posiedzenia Rady. Lubiła przewodniczyć, lubiła być uprzejma, pełna wdzięku i głęboko świadoma swojej woli przewodnictwa. Zajmując dziś miejsce, spojrzała na ścianę za sobą, gdzie wkrótce miał wisieć jej portret pędzla Irene. Odczytano protokół z poprzedniego posiedzenia, przyjęto, omówiono i przyjęto raporty różnych komisji. Ostatnim z nich był raport komisji, która została powołana, aby przedstawić Radzie rekomendację dotyczącą jej portretu. Przemyślała jedno czy dwa trafne zdania: powie, jakim zaszczytem jest uczynienie tego dzieła geniuszu na stałe własnością gminy. Panna Coles, czego nie trzeba przypominać Radzie, jest Tillingnianką, z której wszyscy są bardzo dumni i także autorką Obrazu Roku, na którym to figurują podobizny dwojga znaczących obywateli Tilling, z czego jedno jest szanowanym członkiem rady („tutaj ukłonię się w stronę Elizabeth” myślała Lucia. „Doceni to”).
Spojrzała do harmonogramu dnia.
- A teraz przechodzimy do ostatniego punktu, panie i panowie – powiedziała – Prosimy o raport komitetu do sprawy oferty burmistrza podarowania miastu jej portretu.
Elizabeth wstała.
- Jako przewodnicząca tego komitetu – powiedziała – mam obowiązek powiedzieć, że doszliśmy jednomyślnie do wniosku, że nie rekomendujemy radzie przyjęcia hojnego daru burmistrza.
Pełna łaskawości suwerenna postawa Luci nie zachwiała się na ani minutę.
- Kto jest za przyjęciem ustaleń komisji? – spytała. – Myślę, że jednomyślnie.
Jeszcze nigdy w całej tryumfalnej karierze Lucia nie doznała tak poważniej porażki, i to takiej, z której nie wyniosła żadnych korzyści. Odprawiono ją z zamku Sheffield po najkrótszej możliwej wizycie, ale uwiozła stamtąd pliki zdjęć. Z powodu niemożności znalezienia hamulca w rowerze pędzącym przez zatłoczone ulice, wybudowała sobie pomnik determinacji i sprawności fizycznej. Nawet w najciemniejszych chmurach zawsze dostrzegała srebrne obwódki, ale teraz, choć wnikała w nie głęboko, widziała tylko ciemność. W wyobraźni zaplanowała dla tego portretu olśniewającą przyszłość. Miał zawisnąć na ścianie za nią, rada miasta na jej prośbę miała wypożyczyć go (po ubezpieczeniu na wysoką kwotę) na wystawę Akademii Królewskiej w maju przyszłego roku, gdzie jednogłośnie zostanie okrzyknięty arcydziełem przewyższającym Wenus sprzed roku. Miał być fotografowany, powielany, reprodukowany, ona sama miała sygnować pięćdziesiąt pierwszych kopii. Zwiedzający będą tłoczyć się w ratuszu by go obejrzeć; rozpoznają, że to ona śmigała obok nich na rowerze, czy szkicowała w jakimś malowniczym zakątku, będą podziwiać pastelowy fronton Mallards, rodowej siedziby burmistrza, będą wniebowzięci na wiadomość, że pianistka, której wykwintne nuty wylatują z okna pokoju ogrodowego to ta sama kobieta, której portret wiszący nad jej oficjalnym krzesłem właśnie podziwiali. Nie były to wizje ściśle uformowane, płynęły jak zamki w chmurach, falując i zmieniając się, ale zawsze elegancko.
Teraz nic nie zostało z tych baśniowych konstrukcji. Wenus miała być wystawiona w Carlton Gallery, a potem zapewne będzie perłą kolekcji jakiegoś amerykańskiego milionera, a Elizabeth i Benjy wyruszą w podróż w wielki świat, podczas gdy jej portret wróci do Mallards z podziękowaniem komitetu, tak jak jurusiowy poranek na mokradłach i papużka Susan i tartaletka z sardynką Divy. (I gdzie u licha ma ona powiesić to nieustające przypomnienie o zawiedzionych marzeniach?)… Uderzył ją jeszcze jeden upadek. Zawsze uważała się za dobroczynną prowodyrkę wszelkich miejskich działań, a teraz rada zgodziła się jednogłośnie z wnioskiem małego, pełnego zjadliwości komitetu, zamiast zgromadzić się wokół niej z oburzeniem wyrażającym pogardę dla tak małostkowej niewdzięczności. Na taki afront nie widziała innej odpowiedzi niż natychmiastowa rezygnacja z urzędu, ale to znów sugerowałoby, że odczuła ten afront, a na to nie można było pozwolić. Poza tym, gdyby przyjęto jej rezygnację, nie zostałoby jej już nic.
c.d.n
Tłum. Trzykrotka
Tamara - Pon 23 Lut, 2026 09:07
Ojojoj a to sie narobiło i co teraz? Jak Lucia wybrnie???
Trzykrotka - Pon 23 Lut, 2026 09:47
Elżbiecie tym razem się udało zranić Lucię do żywego. A jeszcze na domiar złego Juruś pofrunął do Olgi i nie ma w im oparcia.
Tamara - Pon 23 Lut, 2026 13:57
Mimo to wierzę w Lucię, ktoś o takiej osobowości nie da się chyba złamać jakiejś tam burakowej Wenus
Juruś by się przydał, ale najcięższe walki i tak stacza się w samotności...
Trzykrotka - Śro 25 Lut, 2026 00:13
A to jeszcze nie koniec przykrości
Po zakończeniu posiedzenia zamyślona poszła do pokoju ogrodowego, a jasne japońskie twarze wymalowane na pudelkach z etykietami Muzeum, Straż Pożarna czy Dom Pogrzebowy nie dawały żadnej pociechy. Ich bezosobowe twarze zdawały się z niej kpić. Gdyby był tu Juruś, mogłaby podzielić się z nim upokorzeniem bez uszczerbku na honorze. Współczułby jej na swój własny sposób: powiedziałby: „Moja droga, co za paskudztwo! Ta podła Elizabeth: oczywiście że ona to zainspirowała. Wymyślmy razem, jak się jej odpłacić.” Ale bez jego wsparcia czuła się zbyt przygnębiona, by w ogóle myśleć o Elizabeth. Jedyne, co mogła zrobić, to zachować swój zwykły spokój dobrze prosperującej samowystarczalności. Zadrżała na myśl o współczuciu Tilling, bo wnikając w głąb siebie zdawała się wyczuwać pod tą powierzchowną litością jakąś skrywaną satysfakcję z tego, że dostała za swoje. Jedyną szczerą byłaby bez wątpienia Irene, ale czy jej prestiż artystki dozna uszczerbku i co to dla niej za różnica, że rada miejska Tilling odrzuciła jej obraz, gdy Carlton Gallery w Londynie pożąda wypożyczenia Wenus, a amerykański milioner wręcz się do niej ślini? Irene potraktuje pewnie sprawę jak kolosalny żart; może zaprojektuje kartę bożonarodzeniową pokazującą Mapp jako nagą Kupidynkę w średnim wieku, przeszywającą serce Benjy’ego jego szpicrutą. Gdy tylko wymyśliła tę przyjemną wizję, uśmiechnęła się blado. Ale uśmiech szybko zbladł: nawet najgorsza obraza Elizabeth niczego nie naprawi. Jedyną postawą godną burmistrza było zadarcie wysoko głowy i udawanie, że nic złego się nie stało.
Posiedzenie rady było krótkie, bo raport żadnego z komitetów (szczególnie ten ostatni) nie wzbudził protestów, więc Lucia szybko i energicznie zeszła ze wzgórza, żeby publicznie napić się herbaty u Divy i pokazać, że jest w pogodnym, a nawet radosnym nastroju. Tuż przy wejściu parkował ogromny samochód, z tyłu którego przytroczono kosz na sukienki i inne okazałe bagaże z inicjałami P.S. „Wielkie postscriptum” pomyślała Lucia, usiłując ulżyć ciężarowi na sercu dzięki humorystycznym fantazjom. Okrążyła ten monstrualny pojazd i wyszła na chodnik. Z Ye Olde wychodziły właśnie dwie kobiety: jedną była Elizabeth cała w obłudnych uśmiechach, a drugą – Poppy Sheffield.
- A oto i nasza słodka burmistrz we własnej osobie – powiedziała Elizabeth. - W samą porę by panią spotkać. Jaki szczęśliwy traf!
W sercu Luci zbudził się mroczny niepokój, gdy Poppy odwróciła się w jej stronę patrząc na nią pustym wzrokiem bez śladu rozpoznania. Zdołała jednak wydobyć z siebie słaby powitalny okrzyk.
- Droga księżno! - powiedziała. - Jaka pani niegrzeczna, żeby przyjechać do mojego małego Tilling nie dając mi znać. Gdy się ostatnio żegnałyśmy, powiedziałyśmy sobie au revoir.
Poppy wciąż wydawała się zdezorientowana, a potem (być może niestety) zaczęła sobie przypominać.
- Ach, oczywiście! - powiedziała. - Przyjechała pani odwiedzić mnie w zamku przez jakieś głupie nieporozumienie. Moja koszmarna pamięć. Proszę przypomnieć mi pani nazwisko.
- Lucia Pillson – powiedziała nieszczęsna kobieta. - Burmistrz Tilling.
- Tak, wszystko mi się przypomina – powiedziała Poppy ciepło potrząsając jej dłonią. - Tak jest. Myślałam, że to pani mąż jest burmistrzem Tilling i to jego oczekiwałam. Właśnie. Ależ głupio z mojej strony. A potem herbata i zdjęcia, prawda? Ufam, że dobrze wyszły.
- Pięknie. Zapraszam do mnie – to dwa kroki stąd – a pokażę je pani.
- Niestety! Nie mam ani chwili. Spędziłam mnóstwo czasu gawędząc z pani przyjaciółmi. Ktoś – pani nazwiskiem Leg, jak mi się wydaje – przedstawiła mi wszystkich. Powiedziała, że była u mnie w Londynie, co – śmiem twierdzić – mogło być prawdą. Nigdy nie wiadomo. Ale zdążam – taką przynajmniej mam nadzieję – na wieczorny prom do Seaport, żeby pojechać do Olgi do La Torquet. Bardzo przyjemnie było znów się z panią spotkać.
Lucia przyjęła dzielną postawę.
- W takim razie w drodze powrotnej proszę przyjechać na kolację, zanocować u mnie i odpocząć przed powrotem do domu – powiedziała. - Może pani przyjechać zawiadamiając mnie w dowolnej porze, jak wszyscy moi przyjaciele. Wystarczy telegram albo telefon. Juruś i ja z pewnością będziemy. Niemożliwe, żebym w tych szczytowych miesiącach gdzieś się wymknęła...
- Byłoby uroczo – powiedziała Poppy. - Do widzenia: pani Pillson, dobrze pamiętam? Tak. Jak to miło, z całą pewnością. Proszę prosto na nabrzeże w Seaport – zawołała do szofera.
Lucia posłała całusa dłonią za samochodem.
- Jakie szczęście, że zdołałam choć na chwilę ją złapać – wycedziła do Elizabeth gdy szły razem do herbaciarni. - Niegrzeczna, że nie dała mi znać. Jej pamięć robi się coraz gorsza.
- Szokująco – powiedziała Elizabeth. - Powinnaś ją namówić, żeby się kogoś w tej sprawie poradziła.
Lucia przywołała na pomoc całą swoją odwagę przed czekającym ją spotkaniem w herbaciarni Ye Olde. Gdy tylko spojrzała na zebrane tam przyjaciółki, Evie i Leg i Divę, wiedziała, że będzie jej potrzeba.
- Rozminęłaś się właśnie ze starą znajomą, Luciu – powiedziała Susanna (Czy w jej słowach czuło się cień ironii, z której znany był Rudolph da Vinci?)
- Niestety, droga Susanno – powiedziała Lucia. - Ale zamieniłam z nią słówko. Powiedziała, że udaje się do Le Touquet. Ach! Nie powiedziałam jej, że spotka tam Jurusia. Moja pamięć robi się równie kiepska jak jej. Divo, zrobisz mi jedną za sześć pensów?
Diva zwykle schodziła do kuchni żeby samej przygotować herbatę za sześć pensów, ale teraz wykrzyczała tylko zamówienie do Janet. W jej twarzy brakowało zwykłej serdeczności.
- Ominęła cię taka miła rozmowa – powiedziała.
Zapadła cisza brzemienna w kłopoty. Niemożliwe, pomyślała Lucia, żeby jej imię nie pojawiło się podczas tej miłej rozmowy, albo Poppy nie wykazała tej przygnębiającej, tak widocznej na zewnątrz ignorancji. Tak czy inaczej Elizabeth wkrótce rozpowszechni tę paskudną nowinę, jeszcze nieznaną, że została zaproszona do zamku Sheffield tylko dlatego, że Poppy myślała, że to Juruś jest burmistrzem Tilling. Radosna odwaga była jedyną możliwą postawą.
- Prawdziwy pech – powiedziała – a mogłam być tutaj pół godziny wcześniej , bo mieliśmy krótkie posiedzenie rady. Nic kontrowersyjnego, wszystko poszło gładko….
Wspomnienie tego jednogłośnego odrzucenia jej portretu sprawiło, że zamarła. Potem widok melancholijnie, słodko uśmiechniętej twarzy Elizabeth znów wprawił ją w ruch.
- Będziesz się śmiała, Susanno – powiedziała pogodnie – kiedy ci powiem, że rada jednogłośnie odrzuciła pomysł przyjęcia mojego portret namalowanego przez Irene, który tak ci się podobał. Mały komitet im to odradził. I ecco!
W śmiechu Susanny brakowało pogardy i lekceważenia dla decyzji rady, na które liczyła Lucia. Wyglądała raczej na ubawioną.
- Cóż, wielka szkoda – powiedziała. - Nie podobał się im po prostu. Ale nie możesz zmusić ludzi żeby podobało im się to, co się im nie podoba mówiąc im, co powinni myśleć.
Dezercja Susanny była szokująca. Lucia spojrzała bez zapału na wystawną sześciopensową herbatę, którą przyniosła jej Janet, ale jej głos pozostał spokojny.
- Sądzę, że niepotrzebnie im go w ogóle proponowała – powiedziała. - Powinnam była wiedzieć, że go nie zrozumieją. Ależ będziemy miały ubaw z Irene gdy jej o tym opowiem. Już słyszę jak krzyczy: „Filistyni! Wandale!” i wybucha tym swoim piskliwym śmiechem. I co to za radość, mieć go znowu w Mallards!
Elizabeth nie przestawała się uśmiechać.
- Nie ma jak w domu, co, kochana? - powiedziała. - Gdzie go powiesisz?
Lucia zrezygnowała z pomysłu zjedzenia tartaletki z sardynką. Miała zamiar zostać w herbaciarni aż Susanna i Elizabeth wyjdą i potem wyciągnąć od Divy, co się o niej mówiło przed jej przyjściem. Poruszyła kilka lekkich generalnych tematów, otrzymując w zamian tylko zdawkowe odpowiedzi i paraliżującą uprzejmość. Ta atmosfera skrywanej wrogości zaczynała ją męczyć. Wiedziała, że jeśli wyjdzie pierwsza, Elizabeth powtórzy wszystko, co wymknęło się Poppy na zewnątrz, ale może im szybciej się dowiedzą tym lepiej. Wypiwszy herbatę i poparzywszy usta wstała.
- Musze się zbierać – powiedziała. - Do zobaczenia wkrótce, Susanno. - Szyling i sześć pensów, Divo? Pyszna herbata.
Elizabeth uśmiechała się dopóki drzwi za Lucią się nie zamknęły.
- Na zewnątrz działy się takie dziwne rzeczy – powiedziała. - Jej Poppy jej nie rozpoznała. Spytała ją, kim jest. A burmistrz w ogóle nie była zaproszona do zamku Sheffield. Poppy myślała, że to pan Juruś jest burmistrzem i zaproszenie było dla niego. To dlatego burmistrz tak szybko wróciła.
- Ludzie, co za kraksa! - powiedziała Diva.
- W końcu zawsze przychodzi na to czas – powiedziała Elizabeth w zamyśleniu. Biedaczka, musimy wyć wobec niej bardzo delikatne, ale ilu tematów musimy teraz unikać!
Odliczyła je na pulchnych paluszkach.
- Księżne, zamki, fotografie – ciekawe, czy to nie były pocztówki – primadonny, bo pewna jestem, że pojechałaby do Le Touquet, gdyby była zaproszona – portrety – moim obowiązkiem było rekomendować radzie by nie przyjmowała tego bohomazu – rozpustni mężowie… palców brakuje. Tyle tematów, które mogą rozdrapać stare rany i sama to wszystko na siebie sprowadziła, co musi być dla niej tym bardziej gorzkie.
Diva, która nie znosiła niczego marnować (a w tym upale niczego nie dało się zachować na później) zjadła Luci tartaletke z sardynką.
- Nie przechwalaj się, Elizabeth – powiedziała. - Możesz mówić, że jej współczujesz, ale w twoim tonie czuć wrogość. Mnie naprawdę jest jej żal.
- Właśnie to próbowałam wyrazić – odparowała Elizabeth.
- No to ci się nie udało. Kompletnie inne wrażenie. O ludzie, idzie nowa grupa. Janet!
c.d.n
tłum. Trzykrotka
Tamara - Śro 25 Lut, 2026 08:51
O mamuniu, cios za ciosem i Jurusia nie ma, jak Lucia sobie z tym poradzi ? Poppy to prawdziwy kawał larwy
Trzykrotka - Śro 25 Lut, 2026 09:19
Ma wielkopański brak pamięci. I oczywiście też ma w nosie ludzi, prócz tych z ładnymi brodami, albo sławnych, jak Olga. Lucia postawiła na kiepskiego konia. A druga larwa to ta cała panna Leg
Tamara - Śro 25 Lut, 2026 10:28
W sumie to tam tylko Irene i Juruś nie są larwami w mniejszym lub większym stopniu. Panna Leg też faktycznie larwa, ale czego oczekiwać od kogoś o nazwisku Noga
Trzykrotka - Śro 25 Lut, 2026 11:04
| Tamara napisał/a: | ale czego oczekiwać od kogoś o nazwisku Noga |
I Rudolph da Vinci!
Tamara - Śro 25 Lut, 2026 11:41
Racja
|
|
|