To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Kłopoty Luci

Trzykrotka - Czw 22 Sty, 2026 22:56

Widzisz? Kto by się spodziewał, że w Jurusiu nadal tli się taki ogień? Oj, ta Olga - czarodziejka :serce: I nawet Tilling stało się "Tą Dziurą"! :paddotylu:
Tamaro, czuj duch - w zasięgu wzroku pojawiła się KSIĘŻNA! A to z kolei namiętność wiesz-czyja :mrgreen: I pojawia się jej zmora - Cortese :rotfl:


Rano Juruś poczuł się lepiej po dwóch filiżankach bardzo gorącej herbaty przyniesionych mu przez Foljambe, która przyjechała z nimi jako pokojówka dla obojga. Przeczytał gazety, zjadł śniadanie w pokoju jak za wygodnych kawalerskich dni. Wszędzie pisano o Lukrecji, ale nigdzie nie było wzmianki – jako że na spektaklu było obecnych pięć księżnych – która dokładnie była tą ich, która tak krępowała go swym uporczywym spojrzeniem. Ale potem Foljambe przyniosła mu jeszcze jedną gazetę, którą Lucia chciała z powrotem. Niebieskim ołówkiem zaznaczyła w niej wzmiankę, że książę i księżna Sheffield oraz burmistrz Tilling uczestniczyli w spektaklu z loży panny Bracely. To dało mu sporą satysfakcję bo teraz ci wszyscy ludzie, którzy co chwilę patrzyli na ich lożę będą pewni, że to on jest burmistrzem Tilling… Potem poszedł sam na zakupy, bo Lucia przysłała mu wiadomość, że dostała plan kolejnego posiedzenia rady, który musi przestudiować - i cieszył się nimi nadzwyczajnie. Znalazł kilka pięknych nowych krawatów i ładną bieliznę i zamiast iść na jakąś wystawę, na którą Lucia bez wątpienia miałaby ochotę, mógł się pogapić na atrakcyjne witryny. Potem z niecierpliwym niepokojem udał się do Ritza na lunch i odkrył, że Luci jeszcze nie ma. Ale w holu zobaczył Olgę, która powitała go wysokim, czystym sopranem, tak że wszyscy dowiedzieli się, że on jest Jurusiem, a po timbrze jej głosu mogli domyślić się, że ona to Olga.
- Mój drogi, jak miło cię widzieć! – zawołała. – Ale broda, Jurusiu! Cóż to znaczy? Wszystko mi o niej opowiedz. Gdzie twoja Lucia? Nie rozwiodła się już z tobą, mam nadzieję? Napijesz się drinka? Nalegam, bo fatalnie to wygląda, gdy pani w pewnym wieku pije w samotności, a ja marzę o koktajlu. Podobała ci się opera wczoraj? Uważam, że śpiewałam nadzwyczajnie, nawet Cortese mnie nie skrzyczał. Jak to cudownie być znów w starym, zatłoczonym Londynie; wieczorem ruszam do Riseholme na tydzień, a ty musisz…. Ach, jest i Lucia! Natychmiast ruszamy na lunch. Zaprosiłam Cortese, ale przyjdzie dopiero później. Będzie tylko Poppy Sheffield, zjawi się pewnie około podwieczorku. Zakocha się w Jurusiu, bo ona uwielbia brody, a mówi, że tak rzadko się je teraz widuje. Nie przerażaj się, moja ty owieczko: nie chce ich dotykać, ale sam ich widok jakoś odświeża ją psychicznie. Ach, przecież była wczoraj z wami w loży. Nienawidzi muzyki i słucha jej tylko dla umartwienia ciała, którego ma pod dostatkiem. Stuknięta, ale nieszkodliwie.
Długo trwało nim dotarli do stolika, bo Olga po drodze ciągle z kimś się witała, a Lucia od nowa zaczęła jej nienawidzić. To była czysta nonszalancja, żeby trzymać tak na stojąco burmistrza Tilling, poza tym Lucia, której poglądy na makijaż były bardzo zdecydowane, poczuła się nieswojo widząc ile kobiet, łącznie z Olgą, było niestety umalowanych. A jednak cudownie było przeciskać się przez zatłoczoną restaurację z primadonną nie czekając na księżnę: gdyby tylko mógł to teraz widzieć ktoś z Tilling! Z drugiej jednak strony Olga z dużą swobodą położyła rękę na ramieniu Jurusia i wskazała mu jego miejsce. W osobnych przegródkach Lucia gromadziła za zmianę urazę i najgłębszą satysfakcję.
Szparagi. Zimne i skąpane w maśle. Olga chwytała łodyżki palcami i otwarcie je ssała. Lucia używała schludnych szczypczyków do szparagów leżących przy jej talerzu. Może Olga nie wiedziała, do czego służą.
- A ty i Juruś musicie przyjechać do Riseholme na weekend – powiedziała. – Ja jadę dziś wieczorem, więc dołączcie do mnie jutro.
Lucia potrząsnęła głową.
- Uroczo z twojej strony, ale to niemożliwe, obawiam się. Tyle obowiązków. Jutro jest piątek, prawda? Tak: jutro po południu rozdanie nagród i coś wieczorem, jak mi się zdaje. Poniedziałek o dziesiątej posiedzenie sądu okręgowego. Jedna rzecz po drugiej, nie ma końca, dzień po dniu. Tylko nadzwyczajnym zbiegiem okoliczności udało mi się wczoraj wyrwać.
Juruś wiedział, że to jawne bzdury. Od czterech dni Lucia nie miała żadnych urzędowych zajęć i spędzała czas jeżdżąc na rowerze, rysując i grając w brydża. Chciała tylko zaimponować Oldze niezliczonymi obowiązkami swego stanowiska.
- Jaka szkoda! – powiedziała Olga. – Jurusiu, nie wolno ci pozwalać, żeby zapracowywała się tak na śmierć. Ale jeśli jej nie namówimy, to ty sam przyjedziesz, prawda?
Oto była szansa na samodzielną akcję. Rzucił się wręcz na nią.
- Oczywiście. Z rozkoszą. Będę w siódmym niebie – powiedział z emfazą.
- Kapitalnie, czyli ustalone. Ale i ty musisz przyjechać, Luciu. Jak wszyscy w Riseholme ucieszą się na twój widok.
Lucia chciała jechać, zwłaszcza, że Juruś wybrałby się i bez niej, a byłaby bardzo zażenowana gdyby jej odmowa została uznana za ostateczną. Przycisnęła dwa palce do czoła.
- Niech pomyślę! – powiedziała. - Nie mam nic po piątkowym wieczorze, prawda, Jurusiu, aż do posiedzenia rady w poniedziałek? Zawsze dbam, żeby soboty mieć wolne. Nie, chyba nic nie mam. Mogłabym przyjechać z Jurusiem w sobotę rano, ale w poniedziałek musielibyśmy wyruszyć bardzo wcześnie. To zbyt kuszące by odmówić, kochana Olgo. Słodkie miejsce i te dni wypełnione zajęciami, albo takimi się wtedy wydawały, ale z perspektywy czasu widać, że to były istne wakacje!
Poppy zjawiła się gdy właśnie skończyli lunch, a Lucia zdumiała się odkrywając, że nie ma ona najmniejszego pojęcia, że już się kiedyś widziały. Gdy jej się przypomniała, Poppy wyjaśniła, że kiedy wybiera się by słuchać muzyki, jest głucha i ślepa na wszystko inne.
- Zostałam dosłownie uniesiona – powiedziała. – Nie wiedziałam, gdzie jest góra, a gdzie dół.
- Gdybyś została uniesiona, wylądowałabyś na plecach – powiedziała Olga. – Co będziesz jadła?
- Garnirowanego kraba i mnóstwo czarnej kawy – powiedziała Poppy zdecydowanie. – To dzięki nim mam idealne zdrowie.
Gdy uświadomiła sobie obecność Jurusia i wbiła wzrok w jego brodę, do restauracji wpadł Cortese i niczym nurt rzeki Severn podpłynął do stolika Olgi, głośno rozpaczając po włosku, że nie mógł być obecny na lunchu. Ucałował dłoń Olgi, ucałował dłoń Poppy, a po krótkiej przerwie na rozpoznanie ucałował też dłoń Luci.
- Si, si – zawołał – to dama, która przyszła posłuchać pierwszych próbek Lukrecji w twoim Riseholme i mówiła po włosku z takim czystym akcentem. Come sta, signora?
I dalej już paplał po włosku.
Lucię ogarneło straszliwe uczucie, że to wszystko już kiedyś się działo i że za chwilę od nowa okaże się, że nie zna ona włoskiego. Lunch jednak już się skończył i mogła zacząć niechętnie się żegnać. Odważyła się na kilka słów w tym odrażającym języku.
- Cara – powiedziała do Olgi – musimy się rozstać. A rivederci, non e vero, dopo domani.Musimy zdążyć na pociąg. Burmistrz, zapracowane biedactwo, musi wracać do obowiązków.
- Och, on jest burmistrzem? – spytała Poppy z zainteresowaniem. – Bardzo niezwykłe.
Nie było czasu na wyjaśnienia; lepiej było już pozwolić, by Juruś na czas jakiś królował w myślach Poppy jako burmistrz, niż narażać się na ryzyko i Lucia przedarła się do wyjścia wąskim przejściem między stolikami. Ostatecznie miała teraz mnóstwo materiału do stworzenia olśniewającej opowieści dla Tilling. Juruś poszedł za nią i z wściekłością zatrzasnął drzwi taksówki.
- Nie rozumiem, co cię tak pogoniło – powiedział. – Świetnie się bawiłem, a teraz zanudzimy się na dworcu.
- Lepiej nie ryzykować spóźnienia na pociąg – odparła. – Musimy jeszcze podjechać po Foljambe i nasze bagaże.
- Ależ nie musimy – powiedział Juruś. – Specjalnie tak to zorganizowaliśmy, żeby pojechała z bagażami prosto na dworzec Wiktorii.
- Jurusiu, ależ głupio z mojej strony! – powiedziała Lucia bez mrugnięcia okiem. – Wybacz.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Pią 23 Sty, 2026 12:25

Ojojooooj :excited: :excited: :excited: :excited: widzę pękające rysy na kryształowej tafli tego tak udanego stadła, czy zdołają się opamiętać, czy mania wielkości Luci wszystko zniszczy :omg: ??? Olga jest niezrównana, sądzę, że znakomicie dogadałyby się z Irene, a wtedy świat miejscowy zadrżałby w posadach :serce: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Trzykrotka - Pią 23 Sty, 2026 22:40

Lucia sprawdziła, że następnego wieczoru nie ma żadnych zajęć, więc czym prędzej urządziła kolację z brydżem, by móc w swobodnej atmosferze podzielić się tymi wspaniałymi doświadczeniami. Pan Wyse i Diva (Susan była niedysponowana), Mapp-Flintowie i padre z Evie stanowili komplet gości. Była dość zaskoczona, że przy kolacji nikt nie zadaje jej żadnych pytań o wypad do Londynu, ale nie domyślałaby się w życiu, że Tilling przeczytało już w gazecie, że ona wraz księciem i księżną gościła w loży Olgi, w związku z czym zawiązało złowrogi spisek – dla jej własneg0 dobra – aby nie okazywać najmniejszego zainteresowania tym tematem. I dlatego, mimo, że jej goście umierali z pragnienia informacji, rozmowa przy kolacji toczyła się wyłącznie wokół lokalnych spraw, a ilekroć Lucia robiła jaką swobodną uwagę o operze, ktoś głośno zaczynał mówić o czymś innym. Lecz kiedy po kolacji panie przeszły do pokoju ogrodowego, napięcie ciekawości stało się nieznośne, więc Lucia spróbowała jeszcze raz.
- Rozkosznie jest wrócić do spokojnego Tilling – powiedziała, jakby nie było jej tu przez trzydzieści sześć tygodni, nie godzin – choć obawiam się, że nie na długo. W Londynie jest tak straszny hałas i pośpiech. Oczywiście zaraz po przyjeździe poszliśmy do Akademii żeby zobaczyć Obraz Roku, droga Elizabeth.
Po było sprytne posunięcie; Elizabeth nie mogła się nie zainteresować.
- Dopchałaś się, kochana? – spytała.
- Bez trudu. Nie było wielkich tłumów. Technicznie rzecz biorąc byłam trochę rozczarowana. Dzieło bardzo energetyczne, duża brawura…
- Co to znaczy? – spytała Diva.
- Jakby to ująć? Zajmujący, przykuwający uwagę efekt, zręczność bardzo oczywista – powiedziała Lucia gestykulując jak malarz śmiało pociągający pędzlem. – Szkoda, że nie mieliśmy więcej czasu, aby się przyjrzeć, bo Irene na pewno będzie chciała wiedzieć, co o nim myślę, ale musieliśmy się przebrać i zjeść kolację przed spektaklem. Droga Olga dała nam miejsca w doskonałej loży, choć może trochę za blisko sceny.
To już było więcej niż zwykły śmiertelnik mógł znieść: spisek milczenia rozsypał się na kawałki.
- Czytałam w gazecie, ze byli tam też książę i księżna Sheffield – powiedziała Evie.
- W gazetach o tym pisali? – spytała Lucia tonem najwyższego zdumienia. – Ależ ci dziennikarze są dociekliwi! On i Poppy Sheffield weszli w połowie drugiego aktu. Byłam raczej zła, obawiam się, bo nienawidzę takiego przeszkadzania.
Elizabeth została sprowokowana do zabrania głosu.
- Bardzo nieładnie – powiedziała. – Mam nadzieję, że jej wygarnęłaś, pani burmistrz.
Lucia uśmiechnęła się pobłażliwie.
- Ach, ludzie, którzy nie są naprawdę muzykalni – biedna Poppy Sheffield nie jest – nie mają pojęcia, jakiego bólu głowy przysparzają. A co się działo tutaj po naszym wyjeździe?
- Siedemnaście osób na herbacie wczoraj – powiedziała Diva. – A jak opera?
- Nadzwyczajna. Olga śpiewała mi swoją wielką scenę lata temu i przyznaję, że nie doceniłam jej wtedy. Trochę zbyt nowoczesna jak na mój klasyczny gust, ale robota wspaniała. Wspaniała. I jej głos nadal jest nadzwyczajny; może lekkie forsowanie w górnych rejestrach, ale ja jestem okropnie krytyczna.
Spisek milczenia zmienił się w krzyżowy ogień pytań. Jak na przesłuchaniu, wręcz trzeba było wymuszać na niej informacje.
- A potem poszliście na kolację? – spytała Evie.
- Och nie! Muzyka za bardzo wyciąga ze mnie siły. Powrót do hotelu i do łóżka, jak mawia Pepys.
- A następny poranek, burmistrzu, po takim ekscytującym wieczorze? – spytała Elizabeth.
- Biedna ja! Plik dokumentów na poniedziałkowe posiedzenie rady. Ślęczałam nad nimi jak niewolnica prawie do lunchu.
- Ty i pan Juruś w hotelu? – spytała Diva.
- Nie, droga Olga nalegała, żebyśmy zjedli z nią lunch w Ritzu – powiedziała Lucia powolnym, przeciągłym głosem, którego używała gdy jej słuchacze siedzieli w napięciu. – Nie przyjęcie, tylko nasza czwórka.
- Kto był czwarty?
- Księżna. Przyszła bardzo spóźniona, tak jak do opery. Jakaś jej obsesja. Więc nie czekaliśmy.
Nie czekanie na księżną wywołało piorunujący efekt.
Pierwsza otrząsnęła się Diva.
- Dobre jedzenie? – spytała.
- Niezłe, tak to określiłabym. Chyba że pytasz o jedzenie Poppy? Uśmiałabyś się. Garnirowany krab i oceany czarnej kawy. Jedyna dieta, na której czuje się naprawdę dobrze.
- Brzmi kompletnie niestrawnie – powiedziała Diva. – Co za dziwny żołądek. A potem?
- Ależ mnie wszystkie spowiadacie! Potem przyszedł Cortese. To kompozytor, muszę wyjaśnić, Lukrecji, także dyrygował. Włoch, z całą to żywotnością Południowca…
- Pewnie dobrze się wam rozmawiało po włosku, kochana – powiedziała Elizabeth złośliwie.
- No właśnie nie. Musieliśmy wybiec natychmiast po jego wejściu żeby złapać pociąg. Prawie słowa nie zamieniliśmy.
- A po pech! – powiedziała Elizabeth. – A teraz? Bo coś mówiłaś, że długo nie zostajecie. Znowu w drogę?
- O tak, niestety, choć może niewdzięczna jestem mówiąc „niestety” – powiedziała Lucia, wciąż przeciągając słowa. – Kochana Olga ubłagała Jurusia i mnie, żebyśmy spędzili z nią weekend w Riseholme. Po prostu nie przyjęła do wiadomości odmowy. Namówię ją, żeby dla nas zaśpiewała. Ci wielcy śpiewacy zawsze dają z siebie wszystko w małym, życzliwym kółku przyjaciół.
- A będą tam jakieś księżne? – spytała Elizabeth nie mogąc stłumić goryczy w głosie.
- Chi lo sa?1 - odpowiedziała Lucia z absolutną obojętnością. – Ach, są i panowie. Siadajmy do brydża.
Panowie, którzy także należeli do spisku, wykazali się większą samokontrolą niż panie i nie zadali Jurusiowi ani jednego pytania o życie wyższych sfer, ale dowiedzieli się, że kupił nowe krawaty. Evie nie mogła się pohamować, by na stronie nie powiedzieć do męża:
- Pomyśl tylko, Kenneth, księżna Sheffield odżywia się tylko garnirowanymi krabami i czarną kawą.
Któż oparłby się tak kuszącej przynęcie? Z pewnością nie padre.
- Ech, zaprawdę niepospolita dieta – powiedział – i to mistress burmistrz powiedziała ci o tym? A cóż ona robi kiedy kraba akurat nie ma?
Po zapale w jego głosie Lucia domyśliła si, że panowie o niczym nie słyszeli i że ciekawość ich zżera.
- Dosyć już tej mojej głupiutkiej paplaniny – powiedziała. – Mamy ważniejsze sprawy. Elizabeth, czy ty, padre i pan Wyse zagracie przy moim stole?
Przez jakąś chwilę karty odgrywały pierwszoplanową rolę, ale jasne było, że panowie pragnęli poznać to, do czego dostęp zamknęła im przysięga samokontroli: najpierw jeden, potem następni podczas rozdań poczęli czynić aluzje do dań z owoców i morza i do rodziny Borgiów. Lecz Lucia była nieugięta: z całą pewnością umówili się, że nie okażą żadnego zainteresowania szczegółami londyńskiej wizyty i muszą zostać ukarani. Gdy jednak przyjęcie się skończyło, pan Wyse nalegał, że odwiezie Divę i po drodze zasypał ją pytaniami, a major i padre nim wrócili do domu, wiedzieli tyle, ile ich żony.


c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Nie 25 Sty, 2026 19:37

:rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: niezrównani oni są, naprawdę :serce: :serce: :serce: :serce: :serce:
Trzykrotka - Nie 25 Sty, 2026 23:51

Lucia poganiana przez Elizabeth mogłaby służyć jako strateg w niejednej bitwie na serio... Całe towarzystwo świetne jest w te klocki.

A teraz radujmy się - Lucia z Jurusiem i Grosvenor jadą do Riseholme :excited:

Lucia i Juruś z Grosvenor jako służącą (bo sprawiedliwość nakazywała, aby i ona miała udział w tych wspaniałych wyprawach) następnego ranka pojechali samochodem do Riseholme. Lucia zapakowała między innymi metalowe pudełko oznaczone jako „Mieszkania” aby być na bieżąco ze sprawami miejskimi, ale w pośpiechu przedwyjazdowym zapomniała włożyć do niej jakiekolwiek dokumenty. Była chętna zabrać i panią Simpson, ale Grosvenor zajmowała miejsce obok szofera, a na tylnym siedzeniu w trójkę byłoby niewygodnie. Po południu Olga wydała garden party na jej cześć i Lucia była jak najmilsza dla wszystkich dawnych znajomych na sposób królowej wdowy, która co prawda znalazła sobie większe królestwo, ale zachowała czułe wspomnienia o dawnych poddanych, choćby bardzo skromnych i miała dla każdego miłe słowo. Gdy towarzystwo się rozeszło, na, Olga i Juruś siedzieli nadal w ogrodzie, a jej uśmiechy zabarwione były smutkiem.
- Jaka to radość, spotkać się znów z tymi kochanymi, osobliwymi ludźmi – powiedziała – ale też jaka smutna zmiana nastąpiła w tym miejscu! Riseholme, które dawniej wręcz kipiało wszelkimi nowymi zainteresowaniami stało się jak każda inna wegetująca mała wioska…
- Ani trochę się z tym nie zgadzam – powiedział Juruś głośno. – Tu nadal kwitną wszelkie zainteresowania. Daisy Quantock zatrudniła francuską pokojówkę, która jest ateistką, a pani Antrobus nauczyła się alfabetu migowego, bo jej słuch tak się pogorszył, że nie pomagały nawet najdroższe trąbki. Wszyscy inni też się go nauczyli i kiedy pani Boucher w zeszłym tygodniu wydała dla niej przyjęcie urodzinowe, wszyscy tylko do siebie migali, żeby pani Antrubus wiedziała, co się dzieje. Takie maniery to ja rozumiem.
Dawny płomyk zamigotał na moment w piersi Luci.
- Nie! – zawołała. – I co jeszcze?
- Jeszcze nie skończyłem tego – powiedział Juruś. – I tak bardzo rozmawiali rękami, że nie mogli w ogóle skupić się na jedzeniu i zabrało im to półtorej godziny, choć podano tylko cztery dnia.
- Jurusiu, jakie to ekscytujące! – powiedziała Olga. – Mów dalej.
Juruś odwrócił się do życzliwszej słuchaczki.
- Bo widzisz, nie mogli rozmawiać szybko, bo dopiero się uczyli, ale kiedy pani Antrobus odpowiadała, robiła to z wprawą i w takim tempie, że tylko Świnka i Gąsia…
Lucia przechyliła głowę zerkając na Olgę zajętą lusterkiem i szminką.
- Ach tak, przypominam sobie. Jej córki – powiedziała.
- No tak, oczywiście. Mogły tłumaczyć, co mówiła, jeśli patrzyły, ale jeśli akurat nie patrzyły, trzeba było zgadywać jak wtedy gdy ktoś mówi w obcym języku, którego nie rozumiesz zbyt dobrze i musisz się zastanawiać, co powiedział.
Lucia rzuciła mu świdrujące spojrzenie. Ale oczywiście Juruś nie mógł robić aluzji do niej i kryzysu włoskiego…
- Te ich kochane, małe śmiesznostki! – powiedziała. – Każdy z kim rozmawiałam był tak ciekaw Tilling i mojej pracy jako burmistrza, że nie dowiedziałam się niczego, co dzieje się tutaj. Jak oni zasypywali mnie pytaniami! Co jeszcze, Jurusiu?
- No, ludzie, którzy kupili twój dom założyli w ogrodzie basen i urządzają nad nim urocze mieszane przyjęcia kąpielowe.
Lucia stłumiła ukłucie żalu, że sama nigdy o tym nie pomyślała i wydała okrzyk zaskoczenia.
- Och, co za smutna profanacja! – powiedziała. – Gdzie go wybudowali? W żwirowej alejce czy w ogrodzie Perdity?
- W alejce i basen jest wielkim sukcesem. Żałuję, że nie przywiozłem kostiumu kąpielowego.
- A czy urządzają nadal moje ruchome obrazy i festyny elżbietańskie i kręgi literackie? – spytała.
- Nic o tym nie słyszałem, ale dzieje się naprawdę dużo. Jest bardzo wesoło i wielu ludzi z miasta przyjeżdża na weekendy.
Lucia wstała.
- I pewnie koktajle – powiedziała. – No cóż, trzeba liczyć się z tym, że ręka czasu zaciera po nas ślady. Ten cudowny sonet Szekspira na ten temat. Olga mia, mogę się oddalić aż do kolacji? Muszę przestudiować plany mieszkaniowe, bo inaczej nie będę mogła w poniedziałek pokazać się radzie.

Lucia zeszła na kolację ze zmartwioną miną, pogrążona po uszy w domniemanej zawartości swojego pudełka na dokumenty.
- Te szeregowce! – powiedziała. – To jeden z największych problemów, z jakimi muszę się zmierzyć.
Olga wyglądała na kompletnie zdezorientowaną.
- Szeregowce? – spytała. – Tacy żołnierze?
Lucia roześmiała się radośnie.
- Głupia jestem, że nic nie wyjaśniłam, moja droga – odpowiedziała. – Skąd miałabyś wiedzieć? Osiedla: ohydne, okropne domy wzdłuż słodkich wiejskich dróg prowadzących do Tilling. Rudery z czerwonej cegły zamiast żywopłotów z głogu i ostrokrzewu. Istna profanacja.
Juruś westchnął. Lucia już mu zrelacjonowała, co powie na posiedzeniu rady w poniedziałek po południu i z pewnością powtórzy to, co powie a poniedziałek wieczorem.
- Gąsienice! – krzyknęła w przypływie natchnienia. – Mogę porównać te rzędy domów do gąsienic, głodnych czerwonych gąsienic pełznących przez mokradła i pożerających ich bujną zieleń. Potrzeba takiej działającej na wyobraźnię metafory. Ale wiem, kochana Olgo, że nic, co ci powiem, nie zostanie przekazane dalej. Moi radni mają prawo znać mój osąd przed wszystkimi.
- Moje usta są zapieczętowane – odrzekła Olga.
- No i jednak musimy budować te nowe domy – powiedziała pani burmistrz kładąc łokcie na stole i ignorując talerz z kurczakiem. – Musimy wyplenić slumsy z Tilling, a to oznacza budowanie dróg za miastem. Taka mnogość sprzecznych interesów.
- To ogromna praca, jak sądzę – rzekła Olga.
- Myślę, że możemy nazwać ją ogromną, prawda Jurusiu? – spytała Lucia.
Juruś był na nią strasznie zirytowany. Robiła to tylko po to, by zaimponować Oldze, ale im płomienniej jej potakiwał, tym szybciej – miejmy nadzieję – da sobie spokój.
- Potworna. Przytłaczająca- potwierdził.
Nadzieja była płonna.
- Nie, kochany, nie przytłaczająca – powiedziała zjadając kurczaka w wielkim pośpiechu. – Ja nie czuję się przytłoczona. Praca dla dobra innych zwiększa ludzką zdolność do pracy. Dla mojego drogiego Tilling bez większego wysiłku mogę podjąć się rzeczy, które w innym wypadku zrobiłyby ze mnie ruinę. Ich Dien (*ja służę). Oczywiście, muszę poświęcić inne zainteresowania. Moje czytanie? Prawie nie otwieram książki. Malowanie? Nie stworzyłam nic od szkicu boskich dalii w moim jesiennym ogrodzie, co Juruś uznał za całkiem niezłe.
- Śliczne – powiedział Juruś drewnianym głosem.
- Dziękuję ci kochany. – Moja muzyka? Zagrałam ledwo jedną nutę. Ale jak zapewne wiesz, droga Olgo, muzyka tworzy nieprzemijający zbiór wspomnień w pigułce: okruchy Mozarta, fragmenty Beethovena słyszalne gdzieś wewnątrz głowy.
- Dobrze pamiętam, jak grałaś wolną część Sonaty Księżycowej – powiedziała Olga, usiłując tak jak Juruś oderwać jej uwagę od tematów burmistrzowskich. Ale efekt był przerażający. Lucia przybrała wniebowziętą, muzyczną minę z oczami utkwionymi w suficie, wygrywając na obrusie powolne triole. Jej palce osłabły, potem odzyskały siły i nikt nie mógł odgadnąć jak długo to potrwa; zapewne aż do końca utworu. Ale przerywanie tego symbolicznego recitalu wydawało się niestosowne. Na szczęście wkrótce westchnęła.
- Niegrzeczne palce – powiedziała jakby strząsała z nich triole. – Takie zapominalskie!
Jakimś cudem udało się jej wyssać z nich życie. Na szczęście kolacja się skończyła i przeszli do pokoju muzycznego Olgi. Fortepian był otwarty, a Lucia, jak w lunatycznym śnie, jak Lady Macbeth, wśliznęła się na stołek przy nim. Niegrzecznym palcom nagle się polepszyło, a właściwie stały się tak sprawne jak zawsze. Długo rozwodziła się nad ostatnią nutą słynnej wolnej części, tęsknie spoglądając w górę i zgodnie z tradycją grania przez Lucię Sonaty Księżycowej, wszyscy na koniec westchnęli.
- Dziękuję, kochana. Doskonale – powiedziała Olga.
Lucia nagle z lekkim śmiechem zerwała się ze stołka.
- Lepiej niż się obawiałam – powiedziała – ale daleko do doskonałości. A teraz, droga Olgo, czy mogę się ośmielić? Możemy oboje? Jedna mała pieśń. Mogę spróbować ci akompaniować?
Olga pomyślała, że sama może sobie akompaniować i Lucia usadowiła się na czymś w rodzaju tronu tuż obok niej i znów przywołała swą zachwyconą minę gdy Olga odśpiewała „Ave” z Lukrecji. Ta uroczysta melodia wydała się Luci niejasno znajoma, ale nie mogła jej jakoś umiejscowić. Czy to był Beethoven? Czy to fragment z Fidelia, albo z Hymnu stworzenia? Może mądrzej byłoby tylko podziwiać i wzruszać się, nie wgłębiając się w omawianie twórczości kompozytora.
- Ta cudowna, stara nuta! – powiedziała. – Co za rozkosz znów ją usłyszeć. Te wspaniałe melodie są podwalinami muzyki.
- Ale czy to nie była modlitwa z Lukrecji? – spytał Juruś.
Lucia natychmiast sobie przypomniała, że tak.
- Tak, oczywiście, Jurusiu – powiedziała – Ale w formie prostej pieśni. Źle się wyraziłam.
„Nie miała najmniejszego pojęcia co to było” pomyślała Olga, „i wykręca kota ogonem.” Na głos powiedziała:
- Tak, taka była intencja Cortese. Będzie zadowolony wiedząc, że uznałaś, że to uchwycił. A właśnie, dzwonił przed kolacją by spytać, czy on i żona mogliby wpaść tu jutro po południu i zostać na noc. Zgodziłam się z rozkoszą.
- Moja kochana, rozpieszczasz nas! – powiedziała Lucia w ekstazie. – Będzie cudownie!

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Pon 26 Sty, 2026 10:03

:rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: Lucia robi się wprost potworna, podziwiam wszystkich, a zwłaszcza Jurusia, że jeszcze z nią wytrzymują, ale z drugiej strony - cóż oni mają lepszego do roboty :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Trzykrotka - Pon 26 Sty, 2026 16:36

Ale też potrafi kobieta zanudzić na śmierć z wysokości swojego stanowiska i służby dla społeczeństwa. Z całym szacunkiem.

Uwaga, kółka w głowie Luci zaczynają się kręcić...


Abstrahując od jej ekstazy, wiadomość była poważna i Lucia położyła się do łóżka rozmyślając nad nią. Będzie Cortese, którego angielski był mocno ograniczony (choć nie tak ograniczony jak jej włoski), będzie Olga, która – choć twierdziła, że jej włoski jest potworny - mówiła płynnie i doskonale go rozumiała i żona Cortese, zapewne w ogóle nie znająca angielskiego. Gdyby tak było, rozmowa musiałaby odbywać się głównie po włosku, a żywa wyobraźnia podsunęła Luci obraz Olgi tłumaczącej jej, co wszyscy mówią, a potem tłumaczącej wszystkim, co ona powiedziała. Potem bez wątpienia dla nich zagra, a ona będzie musiała zgadywać, czy gra Beethovena, czy Mozarta, czy prostą pieśń, czy Cortese. Byłby to wieczór pełen zagrożenia i upokorzenia. Może lepiej, pod pozorem nawału zajęć w poniedziałkowy poranek wyjechać w niedzielne popołudnie, nim pojawią się ci groźni cudzoziemcy. „Gdybym tylko mogła zdobyć się na wyznanie, że nie mówię ani nie rozumiem po włosku i nic nie wiem o muzyce!” myślała Lucia. „Ale po tych wszystkich latach po prostu nie mogę. To okropne, musieć tak rejterować, ale nie zniosłabym upokorzenia.”
Juruś zszedł na śniadanie bardzo późno. Śnił o Oldze śpiewającej do jego akompaniamentu. Stała za nim z rękami na jego ramionach i twarzą przy jego twarzy. Potem on też zaczynał śpiewać i ich głosy brzmiały razem wyśmienicie… Ubieranie się było czystą przyjemnością, bo obok miał wyłożoną kafelkami łazienkę i debatował długo nad kwestią, który z jego nowych krawatów spodoba się Oldze najbardziej. Grosvenor powiedziała mu, że śniadanie podano na werandzie, ale było tak ciepło, że pelerynka nie była mu potrzebna.
Inni byli już na dole.
- Jurusiu, tak nie można – powiedziała Olga, gdy do nich dołączył. – Lucia mówi, że po południu musi wracać do Tilling. Przywołaj ją do porządku. Powiedz jej, że nie może.
- Luciu, co się stało? – spytał. – Jeśli wyjedziemy jutro wcześnie rano, będziesz miała mnóstwo czasu do posiedzenia rady.
Lucia zaczęła bełkotać.
- Mnie też bardzo to smuci – powiedziała – ale kiedy wczoraj poszłam na górę, zajrzałam znowu do tych papierów które z sobą przywiozłam i odkryłam, że muszę omówić jeszcze kilka spraw z sekretarzem miejskim jeśli mam być przygotowana na popołudniowe spotkanie rady. Wiesz, jak to jest w poniedziałek rano, Jurusiu. Nie mogę zaniedbywać moich obowiązków, choćbym musiała poświęcić dzisiejszy rozkoszny wieczór tutaj. Muszę być nieugięta.
- Bardzo to smutne – powiedziała Olga. – Ale nie ma powodu, żebyś i ty jechał, Jurusiu. Odwiozę cię jutro. Mój drogi, co za piękny krawat!
- To zostanę – odpowiedział. – Nie mam nic pilnego w Tilling. Tak myślałem, że krawat ci się spodoba.
O tym wariancie Lucia nie pomyślała i wcale jej się to nie spodobało. Ale skoro zadeklarowała nieugiętość, nie mogła teraz zmięknąć na zawołanie. Pozostała jeszcze jedna szansa na zabranie go z sobą.
- Będę musiała zabrać Grosvenor - powiedziała.
Juruś wyobraził sobie, że obca służąca przynosi mu herbatę, szykuje mu kąpiel, a on ryzykuje, że odkryje jego tupecik i inne pomoce do młodzieńczości. Zmierzył się z tym – warto było.
- To nie ma znaczenia - odpowiedział. – Dam sobie świetnie radę sam.

Rozdział dziewiąty


Pechowy ciąg wypadków nękający Lucię zaczął się już tego właśnie popołudnia. Na dziesięć minut przed odjazdem jej i Grosvenor do Tilling, przyjechał Cortese z żoną. Ta ostatnia była Angielką i znała nawet mniej włoskich słów niż Lucia. A Cortese przywiózł ze sobą pierwszy akt nowej opery. Za późno już było żeby zmieniać plany, więc cóż, odjechała po jak najserdeczniejszym pożegnaniu z Olgą, którą uprosiła, żeby przyjechała i zatrzymała się u niej w Tilling o dowolnej porze i dowolnie krótkim uprzedzeniem. Wystarczy telefon, że przyjeżdża i może od razu ruszać i być pewną jak najserdeczniejszego przyjęcia… Ale to wszystko i tak było wysoce irytujące, bo bez wątpienia Cortese będzie chciał wieczorem „przejść” przez ten pierwszy akt swojej opery, a panika językowa, która nakazała jej uciekać z Riseholme, jakby było ogarnięte zarazą, zostawiając za sobą ukochanych i najbliższych, okazała się całkowicie bezpodstawna. Na razie to było wszystko, co wiedziała: gdyby wiedziała, co wydarzy się w pół godziny po jej wyjeździe, na pewno zawróciłaby samochód do ogarniętej zarazą wioski, ufając, że jej nieograniczona pomysłowość wymyśli jakiś powód nagłego powrotu. Do madame Cortese zadzwoniła księżna Sheffield.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Wto 27 Sty, 2026 13:43

Seria niefortunnych zdarzeń ruszyła :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: ? mimo wszystko trochę Luci współczuję - w końcu wkłada w kreowanie siebie i swojego życia tyle wysiłku i ciężkiej pracy, że naprawdę szkoda by było, żeby sprawa się rypła i taka Elżbieta zatriumfowała :confused3: :confused3: :confused3:
Jurusiowi należą się wakacje od Luci, choćby to miało być tylko jedno popołudnie :rotfl: :rotfl: :rotfl:

Trzykrotka - Wto 27 Sty, 2026 22:44

Oj tak, seria ruszyła - zaraz drobny kamyczek poruszy małą tillingowską lawinę :shock:

Mimo, że Lucia lubi się puszyć, to jednak myślę, że jest dobrym burmistrzem. Nie dowiemy się, czy podniesiono podatki miejskie tak jak zapowiadała, ale jej pomysły są naprawdę szlachetne i w swoją funkcję wkłada dużo pracy i serca. Żeby tylko nie ta slabość do wielkiego świata i księżnych!


- Biedna wariatka, kuzynka Poppy – powiedziała. – Czegóż ona może chcieć?
- Garnirowanego kraba – krzyknęła za nią Olga, gdy ta szła do telefonu. – Cortese kochany, zróbmy próbę twojej Diany de Poitiers po kolacji. Nie miałam pojęcia, że już prawie skończyłeś pierwszy akt.
- Ani ja. Poszło gładko jak po margarynie – powiedział Corese, któremu żona nakazała jak najszybciej nauczyć się angielskiego i który w jej obecności nie śmiał mówić po włosku. – I jaka tam aria dla ciebie. Kiedy usłyszysz, podskaczesz z radości. Ja podskaczę, ty podskaczesz, oni podskaczono. Cholernie dobra.
Madame wróciła od telefonu.
- Poppy w pół minuty wystrzeliła serią pytań jak z karabinu maszynowego – powiedziała. – Wysłuchałam pierwszych dwóch lub trzech i kazałam jej czekać. Po pierwsze, czy przyjedziemy jutro do jej okropnego zamku na kolację z noclegiem. Po drugie: kto jest tutaj. Olga, powiedziałam, i Coretese i pan Pillson z Tilling. „Oczywiście, znam go!” odpowiedziała Poppy. „Jest burmistrzem Tilling i spotkałam go na Lukrecji i na lunchu w Ritzu. Przepiękna broda.” Po trzecie…
- Ale ja nie jestem burmistrzem Tilling – krzyknął Juruś. – To Lucia jest burmistrzem i brody nie ma…
- Jurusiu, nie bądź taki pedantyczny – powiedziała Olga. – Ewidentnie o ciebie jej chodzi…
- La Barba e mobile – zaintonował Cortese. – Una barba per due. Scusi. Powinienem powiedzieć „Broda dla dwojga”, moja Dorotheo.
- Nie jest mobile – powiedział Juruś, myśląc o swoim tupeciku.
- Pewnie że nie – powiedziała Olga. – To ładna, naturalna broda. No i co z Poppy? Jedźmy wszyscy jutro po południu.
- Ja nie, muszę wracać do Tilling – powiedział Juruś. – Lucia mnie oczekuje i…
- Aha, pantoflarz a pana! – wykrzyknął Cortese. – Jam też pantoflarz, prawda, moja Dorotheo?
- Jedziesz z nami, Jurusiu – powiedziała Olga. – Zadzwoń do Luci rano i jej to powiedz. Tak po prostu. I powiedz Poppy, że przyjedziemy we czworo, Dorothy. To już postanowione.
Lucia, mimo całego zdenerwowania, była zachwycona nowinami, gdy Juruś zadzwonił do niej następnego ranka. Szczególnie podkreślił, że burmistrz Tilling został zaproszony, bo był pewien, że będzie jej miło. Choć z bólem myślała o tym, co straciła swoim pochopnym wyjazdem wczoraj, Lucia bardzo serdecznie pozwoliła mu udać się do Zamku Sheffield, ponieważ to Juruś powinien tam być, a nie ona, i przesłała Poppy wyrazy miłości i żalu. Następnie, po przewodniczeniu posiedzeniu sądu okręgowego (które trwało dokładnie dwadzieścia sekund, ponieważ nie było żadnych spraw), zamiast naradzić się z sekretarzem miasta, pospieszyła na High Street, aby przekazać nowiny niczym nowy film.
- Droga pani burmistrz z powrotem w domu – krzyknęła Elizabeth przebiegając przez ulicę. - Miła wizyta?
- Rozkoszna – powiedziała Elizabeth przeciągając słowa. – Kochane Riseholme! Jak wszyscy się ucieszyli na mój widok. U Olgi nie było przyjęcia, tylko Cortese i jego żona, très intime, ale co za muzyka. Wróciłam wczoraj wieczorem by przygotować się do dzisiejszych obowiązków.
- A pan Juruś nie? – spytała Elizabeth.
- Nie. Nalegałam żeby jeszcze został. Tak naprawdę to spodziewam się go dopiero jutro, bo właśnie dzwonił, że księżna Poppy – kuzynka madame Cortese – zaprosiła nas wszystkich do Sheffield na kolację i nocleg. Zaproszenie w ostatniej chwili, ja oczywiście nie mogę skorzystać z racji na posiedzenie rady dziś po południu. Biedactwo nie rozumie, że ludzie miewają obowiązki których nie można ignorować.
- Co za szkoda i jakie rozczarowanie dla ciebie, kochana - powiedziała Elizabeth aż skręcając się od napadu umysłowej kolki. – Ale Sheffield to trochę za daleko jak na jedną noc. Mieszka w mieście?
Lucia wydała z siebie melodyjny trel radości.
- Nie, to Sheffield Castle, niedaleko Riseholme, jednym z dailmlerów Olgi. Normańska wieża. Fosa. Nie tak dawno był w Country Life… Dzień dobry, padre.
- A gdzież to pani ślubny? – spytał padre.
Lucia zastanowiła się, czy powtórzyć te wspaniałe nowiny. Ale szlachetniej było tego nie robić, zwłaszcza, że gdy Elizabeth już wiedziała, ich rozejście się po mieście było tak pewne, jakby obwieścił je herold miejski.
- Jutro przyjedzie – powiedziała. – A jakie nowiny tutaj?
- Wielebny wygłosił wczoraj takie piękne kazanie – powiedziała Elizabeth by złagodzić kolkę. – Wszystko o tym, że bogactwo i pozycja w świecie to marność i pył. Szkoda, że nie mogłaś go wysłuchać, pani burmistrz.
Lucia mogła sobie pozwolić na uśmiech w odpowiedzi na tę nachalną uwagę i ruszyła dalej na zakupy i wybierając dla siebie żadnych specjałów, skoro Juruś miał jeść kolację z księżną. Uznała, że los nie był zbyt życzliwy dla niej, choć lepiej potraktował Jurusia. Okrutne, że nie znała narodowości żony Cortese i jej głęboko zakorzenionego sprzeciwu wobec mówienia przez niego po włosku, nim uparła się, że wróci do Tilling, a gorycz była tym większa, że gdyby nadal była na miejscu w momencie nadejścia zaproszenia Poppy, może dałoby się sprawić (a właściwie – sprawiłaby z całą pewnością), że zastępca zająłby jej miejsce na dzisiejszym posiedzeniu, na którym jej obecność była tak niezbędna gdy uciekała przez nawałą włoską.
Zaczęła się zastanawiać, czy mimo wszystko nie udałoby jej się dołączyć do książęcego orszaku. Nie mieli wiele do omawiania na posiedzeniu rady; mogło się skończyć w pół godziny, a jeśli wyruszy zaraz po nim, to zdąży akurat na kolację w zamku Sheffield. A może bezpieczniej byłoby zadzwonić do zastępcy i poprosić by zajął jej miejsce, bo ona dostała nagłe wezwanie.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Śro 28 Sty, 2026 09:00

Nooo, coś mi się zdaje że Lucia szybkim krokiem podąża w kierunku przedobrzenia i wyczuwam kłopoty :mysle: ale chociaż Juruś spędzi przyjemnie czas, należy mu się.
Trzykrotka - Śro 28 Sty, 2026 10:14

Oj prawda! Juruś będzie się bawił jak król z miłymi ludźmi. Widziałaś, jak ładnie Cortese uczy się angielskiego dla swojej Dorotei? :-D I jak ci się podobał powrót do Riseholme?
Tamara - Śro 28 Sty, 2026 13:52

No cóż, połowica to połowica, nie darmo diabeł od pani Twardowskiej zwiał gdzie pieprz rośnie, a co dopiero taki Cortese, a z kimś o imieniu Dorotea na mój gust lepiej w ogóle nie zadzierać :wink: :mrgreen:
Lucia niepotrzebnie spanikowała, ale cóż, sama sobie zepsuła zabawę w ten sposób.

Trzykrotka napisał/a:
I jak ci się podobał powrót do Riseholme?

To było do przewidzenia, ze Riseholme po wyprowadzce Lusi umrze i stanie się ciemną zapadłą dziurą bez kultury, gdzie największą rozrywką stanie się machanie rękami :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: swoją drogą z pewnością po wyjeździe Luci zrobiło się tam znacznie spokojniej, nie wiem o czym oni tam mogli plotkować i czym żyć :mrgreen:

Trzykrotka - Śro 28 Sty, 2026 21:29

Lucia wyprawia się na zupelny hazard :banan:

Zastępca burmistrza zgodził się bardzo chętnie. Wyraził nadzieję, że nie dostała złych wiadomości i został o tym zapewniony. Pozostało tylko zadzwonić do zamku Sheffield i powiedzieć, że burmistrz Tilling będzie zachwycony mogąc przyjąć przekazane przez pana Pillsona zaproszenie Jej Wysokości na kolację i nocleg. Odpowiedziano, że burmistrz Tilling jest oczekiwany. „A tak dla żartu” pomyślała Lucia „nie powiem tym w Riseholme że przyjeżdżam. Będą mieli uroczą niespodziankę, gdy zjawię się tam pierwsza. Mogę wyjechać zaraz po lunchu i spokojnie tam dotrę.”
Z lekkim ukłuciem niepokoju przypomniała sobie, że powiedziała Elizabeth, że obowiązki w Tilling nie pozwalają jej pojechać do Sheffield Castle, ale niepokój nie trwał długo. Przemilczy to, albo zaprzeczy, że to powiedziała. Poszła do pokoju ogrodowego zwolnić panią Simpson i jednocześnie zapewnić sobie rozejście się wieści, że jedzie do swojej księżnej.
- Nie będę na posiedzeniu rady po południu, pani Simpson – powiedziała – jako że nie ma dziś w planie nic ważnego. Będzie to czysta formalność, więc robię sobie wagary. Po lunchu opuszczam Tilling by zdążyć na kolację i nocleg w zamku Sheffield, u księżnej Sheffield. Fosa i chyba most zwodzony. Proszę tam dzwonić gdyby wydarzyło się coś, czym muszę się zająć osobiście, a poświęcę temu uwagę. Nie ma sensu dziś pani tu zatrzymywać. To jeden z naszych nielicznych wolnych dni.
Wracając do domu pani Simpson spotkała Janet Divy i powtórzyła jej smakowite nowiny. Janet pognała do domu i zbiegła wprost do kuchni, w której jej pracodawczyni piekła bułeczki. Już wiedziała o Jurusiu od Elizabeth.
- Nie wierzę w ani jedno słowo – powiedziała Diva. – Pomieszało ci się, Janet. Jeśli już ktoś w ogóle, to pan Juruś jedzie do zamku Sheffield.
- Bardzo panią przepraszam – powiedziała Janet gorąco – ale nic mi się nie pomieszało. Pani Simpson powiedziała mi wprost, że burmistrz wyjeżdża, a jak już mowa o mieszaniu, to trzeba wymieszać dwa razy tyle rodzynek, jeśli to mają być bułeczki.
W pokoju na górze zadzwonił telefon i Diva popędziła po schodach, prósząc mąką.
- Diva, czy to Diva? – odezwał się w słuchawce głos Luci. – Mam fatalną pamięć; czy ja nie powiedziałam, że wpadnę dziś na herbatę?
- Nie, a co? – spytała Diva.
- A to dobrze – powiedziała Lucia. – Bałam się, że będę musiała odwoływać. Jadę z Jurusiem na jednodniową wizytę do przyjaciółki. Nie dało się odmówić. Wracam jutro.
Diva odłożyła słuchawkę.
- Janet, zwracam honor – zawołała w dół, w kierunku schodów kuchennych. – Dokończ te bułeczki. Muszę iść i powiedzieć wszystkim.
Samochód Luci podjechał po lunchu. Foljambe (bo była kolej Foljambe, a Juruś był do niej przyzwyczajony) czekała w holu z aparatem fotograficznym i kasetką na biżuterię, a Lucia zabierała z pokoju ogrodowego metalowe pudełko „Likwidacja slumsów” by je zabrać ze sobą, gdy w hallu zadzwonił telefon. Miała mgliste poczucie zbliżającej się katastrofy gdy pytała „ Kto mówi?” najpewniejszym głosem, na jaki mogła się zdobyć.
- Dzwonię z zamku Sheffield. Czy mówię z burmistrzem Tilling?
- Tak.
- Mówi pokojówka Jej Wysokości, pani burmistrz. Jej Wysokość zjadła dziś swój zwykły lunch…
- Garnirowanego kraba? – wtrąciła Lucia.
- Tak. I teraz odczuwa bóle.
- Bardzo współczuję – powiedziała Lucia. – Krab był z puszki?
- Świeży, jak rozumiem. Przyjęcie zostało odwołane.
Lucia jęknęła głucho do słuchawki, a służąca Jej Wysokości pospieszyła z pocieszeniem.
- To nic poważnego, pani burmistrz – powiedziała – ale uznała, że nie będzie miała siły na przyjęcie.
Towarzyska katastrofa obudziła w Luci całą jej błyskotliwość. Stawka była za wysoka, by przeszkodziła drobna niestrawność.
- Ani trochę nie martwię się pokrzyżowaniem moich planów – powiedziała – ale niepokoję się nieco o drogą Wysokość. Rozumiem doskonale, dlaczego przyjęcie zostało odwołane, bardzo mądrze, że oszczędza sobie wyczerpania. Byłoby dla mnie wielką ulgą gdybym mogła jednak przyjechać i upewnić się na własne oczy. Miałam właśnie wyruszać, moja pokojówka czeka, bagaże spakowane. Nie sprawiłabym żadnego kłopotu. Moja służąca poda mi tacę, nie potrzebuję kolacji. Czy to możliwe?
- Zapytam – powiedziała służąca Jej Wysokości, mile połechtana takim oddaniem. – Proszę poczekać.
Czekała. I czekała. I czekała, jakby czekała na samo życie, aż wreszcie, po nieskończenie długiej przerwie, nadeszła odpowiedź.
- Jej Wysokość będzie szczęśliwa mogąc się spotkać z burmistrzem Tilling, ale resztę gości odwołuje – powiedział ten niebiański głos.
- Dziękuję, och dziękuję! – zawołała Lucia. – jak to miło z jej strony. Ruszam od razu.
Złapała „Likwidację slumsów” i wbiegła do domu tylko po to, by w holu zderzyć się z kolejnym dzwonkiem telefonu. Ogarnęła ją panika, że to Poppy zmieniła zdanie.
- Niech dzwoni, Grosvenor – powiedziała. – Nie odbieraj. Wsiadaj, Foljambe. Szybko.
Wskoczyła do samochodu.
- Ruszamy, Chapman – zawołała.
Samochód zakołysał się w drodze do High Street, a Lucia opuściła okno i rozejrzała się czy nie ma w pobliżu jakichś przyjaciół. Na rogu stała Diva i Lucia zatrzymała przy niej samochód.
- Jadę, Divo – powiedziała. – Księżna Poppy kiepsko się czuje, właśnie się dowiedziałam.
- Nie! Krab? – spytała Diva.
- Ewidentnie, ale nie z puszki i mam się nie denerwować. Nalegała, żebym mimo to przyjechała. Przede mną taka piękna jazda. Zabieram ze sobą trochę pracy.
Lucia znowu podciągnęła szybę i uszczypnęła się nią w palec, ale prawie nie zwróciła na to uwagi, tyle miała na głowie. Na przykład Olga w Riseholme musiała już być zawiadomiona, że przyjęcie jest odwołane, a mimo to Juruś nie zadzwonił żeby powiedzieć, że wraca dziś do Tilling. Nieprzyjemna myśl przemknęła jej przez głowę, że skoro dostał pozwolenie na wyjazd do zamku Sheffield, zamierza teraz zostać u Olgi jeszcze jedną noc, nie mówiąc jej o tym, i z pewną ulgą przypomniała sobie o zignorowanym telefonie, który przyspieszył jej wyjazd. Bardzo prawdopodobne, że to Juruś dzwonił, żeby powiedzieć jej, że wraca dziś do Tilling. Smutnym zaskoczeniem byłoby dla niego, gdyby jej tam nie zastał.
Jej trasa wiodła przez Riseholme i przejeżdżając obok błoni wiejskich wypatrywała uważnie znajomych postaci. Zobaczyła Gąsię i Świnkę z panią Antrobus: wszystkie bardzo mocno gestykulowały, co wyglądało bardzo dziwnie póki nie przypomniała sobie, że rozmawiają językiem migowym. Zobaczyła też bardzo smukłą, elegancką młodą kobietę, którą uznała za ateistyczną francuską pokojówkę Daisy Quantock, ale nigdzie nie było śladu Jurusia czy Olgi. Przez chwilę biła się z myślami, czy nie powinna zajrzeć do Olgi i upewnić się, że Juruś wyjechał, ale odrzuciła ten pomysł jako sugerujący bezpodstawne podejrzenia. Zapewne ten telefon, którego omal nie odebrała, miał ją zawiadomić, że to zrobił, więc szybko wycofała się w głąb samochodu, by go nie zobaczyć, jeśliby nadal tu był… Potem wjechali na mniej znajome tereny, pasy drzew, fragment wrzosowiska rozświetlony popołudniowym słońcem, wręcz domagający się naszkicowania go akwarelami, a już wkrótce drogowskaz „Do dolnego Sheffield.” Znowu drzewa, mała wioska z szarymi, kamiennymi domami, a przed nią potężny mur zwieńczony blankami z wieżą nad bramą i mostem nad fosą prowadzącym do niej. Lucia zatrzymała samochód i wysiadła z aparatem w ręku.
- Co za dostojny wygląd – powiedziała do siebie. – Ciekawe, czy dostanę pokój w tej wieży.
Zrobiła kilka zdjęć i wsiadając znów do samochodu wjechała na most i przejechała przez bramę.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Czw 29 Sty, 2026 13:47

:excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: przewiduję serię jeszcze bardziej niefortunnych niż dotąd zdarzeń, no i co z Jurusiem i Olgą :excited: :excited: :excited: :excited: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: to jest cudne po prostu :serce: :serce: :serce: ciekawe czy ten krab w istocie był nieświeży czy też był to krab dyplomatyczny,który i tak nie wypalił :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Trzykrotka - Czw 29 Sty, 2026 17:38

Lucia narobi naprawdę nieziemskiego zamieszania :rotfl:


Za bramą znajdował się brukowany dziedziniec w stanie nieopisanego zaniedbania. Chwasty rozrastały się między kamieniami, pod oknami rozciągała się dżungla nie wyplewionych klombów, gdzieniegdzie widać było porośnięte mchem kamienne siedziska. Na jednym z nich, pod wypłowiałymi drzwiami z odpryskującą farbą siedziała Poppy z otwartymi ustami, pogrążona we śnie. Gdy Lucia wysiadła, Poppy ocknęła się i spojrzała na nią z wyrazem oszołomienia i głębokiej dezaprobaty.
- Kim pani jest? – zapytała.
- Droga księżno, jak to miło, że pozwoliła mi pani przyjechać – powiedziała Lucia myśląc, że chyba nie do końca się ona przebudziła. – Lucia Pillson, burmistrz Tilling.
- Ależ skąd – powiedziała Poppy. – To mężczyzna i ma brodę.
Lucia roześmiała się dźwięcznie.
- Ach, mówi pani i moim mężu – powiedziała. – Co za dokładny opis. Pasuje do niego jak ulał. Ale burmistrzem jestem ja. Spotkałyśmy się w loży drogiej Olgi i następnego dnia w Ritzu.
Poppy ziewnęła od ucha do ucha i siedziała w milczeniu przyswajając sobie tę informację.
- Obawiam się, że zrobiło się absolutne zamieszanie – powiedziała. – Myślałam, że to on przyjedzie. Widzi pani, poczułam się mile połechtana jego żarliwą chęcią spędzenia cichego wieczoru ze mną i moją niestrawnością, więc powiedziałam „tak.” Zapewniam panią, nie było w tym nic zdrożnego. Wszystko jasne jak słońce; byłby przy mnie bezpieczny jak przy własnej babci, o ile ona jeszcze żyje. Mój mąż wyjechał, a ja zatęskniłam za miłym towarzystwem. I pomyśleć, że to była pani, przez cały czas. A to dopiero!
Nie trzeba było przenikliwego umysłu Luci żeby się zorientować, że Poppy jej tu nie chce i nie zamierza zatrzymywać. Jej kolejne uwagi nie rozwiały wszelkie wątpliwości.
- Ale przed wyjazdem napije się pani herbaty, prawda? – spytała. – Nalegam aby napiła się pani herbaty, chyba że woli pani kawę. Jeśli zadzwoni pani dzwonkiem u drzwi, ktoś na pewno przyjdzie. O, widzę, że ma pani aparat. Proszę zrobić parę zdjęć. Może pani zacząć ode mnie, choć dziś nie wyglądam bosko.
Mimo, że sytuacja była koszmarna, Lucia zachowała zimną krew, a w końcu poczęstunek w zamku i możliwość zrobienia zdjęć to już było coś. Był potencjał na jakiś sensacyjny materiał jeśli rozegra to prawidłowo. Najpierw sfotografowała Poppy i ponury dziedziniec, potem poszła do sypialni Poppy żeby ogarnąć przed herbatą i zrobiła zdjęcie jej umywalki i narożnika elżbietańskiego łoża. Po podwieczorku Poppy zabrała ją do jadalni, mrocznej galerii obrazów i przez szereg zakurzonych salonów, a Lucia przez cały czas paplała pełne zachwytu komentarze.
- Wspaniały gobelin – mówiła. – I ach, widok na park z okna. Czy zechciałaby pani stanąć tam, księżno i popatrzeć przez okno z pieskiem na parapecie? Moje śliczności! Doskonale. I ten dostojny hol. Boazeria przy tym wykuszu byłaby ślicznym obrazkiem. I ten stół w refektarzu!
W końcu Poppy miała już dość i stanowczo zaprowadziła ją do drzwi wyjściowych i podała jej rękę na pożegnanie.
- Cieszę się, że się spotkałyśmy – powiedziała – choć nie mam głowy do nazwisk. Wieczór jest piękny, będzie pani miała przyjemną podróż do domu. Żegnam, a może au revoir.
- Byłoby mi bardzo miło – powiedziała Lucia, do końca serdeczna.
Wyjechała przez bramę, którą wjechała trzy kwadranse wcześniej, i zatrzymała samochód, żeby przemyśleć plany. Jej pierwszym pomysłem było spędzenie nocy w Ambermere Arms w Riseholme, a następnego ranka powrót do Tilling z aparatem pełnym niewywołanych zdjęć zamku Sheffield i Poppy, w domyśle – po spędzonej tam nocy. Ale to było ryzykowne: trudno było zapobiec wydostaniu się przez Foljambe informacji, że niczego takiego nie zrobiła, a demaskacja połączona z utratą prestiżu byłaby nieskończenie bolesna.
- Muszę wymyślić coś lepszego – powiedziała do siebie i nagle spłynęło na nią wielkie olśnienie. – Powiem prawdę – postanowiła bohatersko – w każdym szczególe. Powiem, że służąca Poppy powiedziała mi, że ja, burmistrz Tilling, jestem oczekiwana. Że, choć odwołała resztę gości, chce żebym ja przyjechała. Że kiedy przyjechałam, spała na tym paskudnym dziedzińcu i wyglądała okropnie. Że ewidentnie nie była w nastroju do podejmowania mnie, ale nalegała na herbatę. Że obfotografowałam całe to miejsce. Sama prawda i tylko prawda i nie ma sensu opowiadać o tej jej niewiarygodnej pomyłce, że myślała, że to Juruś jest burmistrzem Tilling.
Zastukała w szybę.
- Zjemy kolację w Ambermere Arms w Riseholme, Chapman – zawołała – a potem wracamy do Tilling.
Było około wpół do jedenastej w nocy gdy samochód Lucia zajechał przed drzwi Mallards. Ledwie mogła uwierzyć, że to wciąż ten sam dzień, w którym obudziła się tutaj żałując, że uciekła z Riseholme z powodu fałszywego alarmu, przechwalała się wizytą Jurusia w zamku Sheffield, uchyliła się od obowiązku uczestnictwa w posiedzeniu rady, sama wystarała się o zaproszenie do zamku, pozostała w nim może trzy kwadranse i jadła kolację w Riseholme. „Zupełnie jak w tej opasłej, strasznej książce pana Jamesa Joyce, która dzieje się cała w ciągu jednego dnia” rozmyślała wysiadając z samochodu.
Podnosząc oczy dostrzegła, że w pokoju ogrodowym się świeci i równocześnie usłyszała dźwięk fortepianu: a więc Juruś tymczasem musiał wrócić do domu. Bez pomyłki (tym razem) rozpoznała melodię: to była modlitwa z Lukrecji. Grał burzliwe wprowadzenie z absolutnym mistrzostwem, a musiał grać z pamięci, bo nie mógł mieć partytury, a nawet gdyby ją miał, nie mógłby jej rozczytać. A potem ten jedyny w swoim rodzaju sopran (choć nieco wysilony w górnych partiach) zaczął śpiewać. Radio? Czyżby Olga śpiewała dziś Lukrecję w Londynie? Niemożliwe, skoro ledwie kilka godzin wcześniej podczas tego niekończącego się dnia miała być na kolacji i nocować w zamku Poppy. Poza tym, gdyby to była transmisja z Covent Garden, Oldze towarzyszyłaby orkiestra, nie fortepian. Musiała śpiewać w pokoju ogrodowym, a nią musiał być Juruś i nikogo więcej… To wyglądało jak materiał na kolejną potworną książkę pana Jamesa Joyce, a dzień się jeszcze nie skończył. „Zachowam całkowity spokój i postawę damy” pomyślała Lucia skupiając całą wewnętrzną moc na tym szlachetnym wyczynie gdy przechodziła przez hol i wchodziła do ogrodu. Ale zanim weszła do pokoju ogrodowego zatrzymała się, bo z szacunku dla Sztuki czuła, że nie powinna przerywać porywającego występu. Olga jeszcze nigdy nie śpiewała tak olśniewająco jak teraz kiedy robiła to tylko dla Jurusia… Ostatnią nutę zaśpiewała pianissimo. Utrzymywała ją w stopniowym crescendo póki nie zaśpiewała fortissimo. Urwała i było to tak, jakby zgasł jakiś wielki, biały płomień.
Lucia otwarła drzwi. Juruś siedział w oknie: haft nad którym pracował wypadł mu z ręki, a on sam wpatrywał się w śpiewaczkę.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Pią 30 Sty, 2026 14:41

O jasny gwint :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: robi się zoraz gorzej - nic nie dzieje się jak powinno i tu jeszcze sam na sam Jurusia z Olgą w domu Luci :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Zresztą podejrzewałam, że Poppy idzie o Jurusia i ze Lucia pocałuje klamkę wykopana za drzwi :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Opasła straszna książka pana Joyce'a przypomniała mi, że dotąd nie przebrnęłam przez Ulissesa, wstyd :zawstydzona2: :rotfl:

Trzykrotka - Nie 01 Lut, 2026 20:35

E tam, zaraz wstyd... Ja już dawno pożegnałam się z wewnętrzną poganiaczką nakazującą poznanie wszystkiego co koniecznie trzeba przeczytać...

Lucia narobiła bigosu z tym wypadem do zamku z fosą, a teraz Tilling węszy woń skandalu, a Olga pęka z tłumionego śmiechu.


- Co za cudo… - zaczął myśląc, że to Grosvenor nadchodzi z drinkami. Wtem, dzięki jakiemuś szóstemu zmysłowi uświadomił sobie, ze to nie Grosvenor i odwracając się zobaczył swą żonę.
W tej chwili ogarnęła go seria emocji, które w pełni dorównywały jej emocjom. Pierwszą była czysta konsternacja. Po niej przyszła galanteria pełna zmieszania i oszałamiająca wdzięczność za to zmieszanie. Przez cały wieczór imaginował sobie, że jest cudownie zakochany w Oldze, ale uwierała go równocześnie niemiła myśl, że każdy mężczyzna z ikrą do tej pory napomknąłby już coś o jej magnetycznym uroku. Byłoby to niezwykle ryzykowne posunięcie. Rozkoszował się uczuciem, że jest w niej zakochany, ale powiedzenie jej o tym mogłoby doprowadzić do jakiegoś małego, fizycznego objawienia jego namiętności, a ta myśl napawała go chłodem i obawą. Mogła się odwzajemnić (raczej nie, ale było to możliwe, wiedział, bo ostatnio czytał książkę bardzo mądrego pisarza, która ukazywała, jak lekko damy artystycznej profesji przyjmują czułości adoratorów) i był raczej przekonany, że nie jest w tym dobry. Z drugiej strony mogła go odrzucić, a to zraniłoby go do żywego. Cokolwiek by się stało, zepsułoby to ich piękny wieczór. Biorąc pod uwagę to wszystko nigdy jeszcze nie cieszył się tak bardzo na widok Luci.
Przeszyła go swym świdrującym wzrokiem, a potem spokojnie i wdzięcznie zwróciła głowę ku Oldze.
- Co za niespodzianka! – powiedziała. – I cudowna oczywiście. A wy, bez wątpienia, jesteście równie zaskoczeni na mój widok.
Lucia była w tym momencie damą tak doskonałą, że Olga aż się wzdrygnęła i zadrżała od tłumionego śmiechu.
- Jurusiu, tłumacz natychmiast – powiedziała. – To najwspanialszego bałagan jaki kiedykolwiek się wydarzył.
- No cóż, to było tak – zaczął Juruś z namysłem. – Jak mówiłem ci przez telefon dziś rano, Poppy zaprosiła nas wszystkich na noc. Potem dostała niestrawności po lunchu i odwołała zaproszenie. Zadzwoniłem znowu, żeby ci powiedzieć że wracam i przywożę Olgę. Powiedziałaś jej, żeby się wprosiła kiedy tylko będzie miała ochotę i właśnie…
Lucia skłoniła się w stronę Olgi bardzo uprzejmie.
- To prawda. Ale nie dostałam żadnej wiadomości. Och…
- No wiem, że nie dostałaś – powiedział Juruś. – Nie odebrałaś telefonu. Ale wiedziałem, że będziesz zachwycona na jej widok, a kiedy przyjechaliśmy tutaj długo przed kolacją, Grosvenor powiedziała, że pojechałaś do Poppy na wieczór i noc. Dlaczego nie odbierałaś telefonu? I czemu nie powiedziałaś, że wyjeżdżasz. A w ogóle – co się z tobą działo?
Podczas tej krótkiej ale przekonującej narracji pokrzywdzona Muza Tragedii zadarła spódnice i uciekła. Lucia wydała w siebie trel radosnego śmiechu.
- Nadzwyczajne – powiedziała. – Komedia pomyłek. Jurusiu, powiedziałeś mi dziś rano bardzo wyraźnie, że Poppy zaprasza burmistrza Tilling. Bardzo dobrze. Sprawdziła, że podczas posiedzenia rady nie będzie niczego, co wymagałoby mojej osobistej obecności i zadzwoniłam do zamku Sheffield żeby poinformować, że zdołam przyjechać. Powiedziano mi, że mnie oczekują. Właśnie wyjeżdżałam, gdy nadeszła wiadomość, że biedna Poppy jest chora i odwołuje przyjęcie.
Lucia zatrzymała się na chwilę, by jeszcze raz prześledzić wszystko, co już wcześniej przećwiczyła i podjęła temat swym wysokim, przeciągłym głosem.
- Trochę się o nią martwiłam – powiedziała – a że nie miałam już żadnych zajęć na to popołudnie, zaproponowałam, że choć goście nie przyjadą, to mogę przyjechać ja – samochód stał już pod drzwiami – i zostać na noc. Powiedziała, że powita mnie z radością. I rzeczywiście, bardzo miło mnie podjęła, ale ewidentnie daleko jej było do dobrego samopoczucia i sama widziałam, że nie ma siły, żeby mnie zabawiać. Wypiłam więc tylko herbatę - bardzo na to nalegała – i oprowadziła mnie po zamku i nakłoniła do zrobienia masy zdjęć. Jej samej, jej sypialni, galerii, tego zabytkowego wykuszu w holu. Obym nie zapomniała wysłać jej odbitek. Urocza godzinka lub dwie, a potem się pożegnałam. Myślę, że moja wizyta dobrze jej zrobiła. Była jakby pogodniejsza. Potem coś przekąsiłam w Ambermere Arms; widziałam, że twój dom jest ciemny, kochana Olgo, inaczej bym wpadła. No i jestem. Ta cudowna modlitwa z Lukrecji mnie przywitała. Stałam na schodach za drzwiami póki nie skończyłaś.
Tylko potężny, długotrwały wysiłek zdołał powstrzymać Olgę od wybuchu homeryckiego śmiechu. Tym razem nie śpiewała modlitwy z Lukrecji, tylko Les feux magiques Berlioza. Lucia nie była zdolna – choć oczywiście była koneserką muzyki – odróżnić modlitwy, choćby nie wiem ile razy jej słuchała. Ale była naprawdę podziwu godna. Kto jak nie ona miałby tyle geniuszu by wykorzystać złudzenie Poppy, że tu Juruś jest burmistrzem Tilling? A co z szybkim powrotem Luci z zamku Sheffield? Bez wątpienia Poppy odesłała ją bez zwłoki ujrzawszy, że jej gość nie ma brody i jest kobietą, a ta sprytna osoba wykręciła kota ogonem, że to ona się wycofała, bo Poppy tak źle się czuła. I przywiozła galerię zdjęć na dowód, że naprawdę tam była. Potem przypomniała sobie twarz Luci, gdy ta weszła do pokoju ogrodowego kilka minut wcześniej, twarz damy w każdym calu, która wróciwszy niespodziewanie do domu, zastaje w nim rozwiązłą kobietę i uwodzicielkę, sam na sam ze swym mężem. A może ta ewidentna ulga na twarzy Jurusia na jej wejście była jeszcze śmieszniejsza? Nie potrafiła zdecydować, ale nie wolno jej było się roześmiać póki nie schowa twarzy w poduszce. Lucia zjadła kilka kanapek by odświeżyć się po podróży i wszyscy udali się na spoczynek. Obie kobiety pocałowały się na dobranoc. Jurusia nikt nie pocałował.

Następnego dnia Tilling, nieświadome powrotu Luci, wkrótce zaczęło sypać domysłami, które jak grzyby po deszczu wyrastały na całej High Street. Nim zrobiła zakupy w choć jednym sklepie, Elizabeth pospieszyła do herbaciarni Divy, by upewnić się, że Diva naprawdę poprzedniego popołudnia widziała Lucię odjeżdżającą z Foljambe i bagażami en routedo zamku Sheffield.
- Oczywiście, że tak – odpowiedziała Diva. – A co?
Elizabeth ściągnęła brwi w przypływie moralnego cierpienia.
- Chciałabym wierzyć – powiedziała – że to tylko zasłona dymna i że nasza burmistrz wcale nie pojechała do zamku Sheffield, tylko chciała, żebyśmy tak myśleli; i po krótkiej przejażdżce wróciła do domu inną drogą. Może to i oszukaństwo, ale byłoby o wiele lepsze niż to, co jak się obawiam, mogło się tu wydarzyć.
- Pewnie jak zwykle wywęszyłaś jakiś fałszywy trop – odparła Diva. – Opowiadaj.
W odpowiedzi na tę grubiańską uwagę Elizabeth zrobiła krok w stronę drzwi, ale zawróciła.
- Coś strasznego, Divo – powiedziała. – Wczoraj wieczorem, mogło być jakoś wpół do siódmej, szłam ulicą w stronę Mallards. Wyminął mnie samochód wypchany bagażami i zatrzymał się przed drzwiami.
- I jak podejrzewam, ty też się zatrzymałaś – powiedziała Diva.
-… i wysiadł z niego pan Juruś i wysoka, ładna – tak, przyznaję, bardzo ładna – kobieta, ale jakaś taka pospolita. Przez chwilę stała na progu i rozglądała się, po czym wyśpiewała: „Georgino! Jak divino!” Mówię ci, jaki pisk! Tyle mogę sądzić o jej głosie. Weszli do środka, a za nimi wniesiono bagaż i drzwi się zamknęły. A tym mi mówisz, że burmistrz wyjechała!
- Wielkie nieba! – powiedziała Diva.
- Możesz tak powiedzieć. I możesz powiedzieć, że się zatrzymałam. Dosłownie wbiło mnie w ziemię. Każdego by wbiło. W tej chwili zza rogu wyszedł padre i też stanął jak wryty. Ponieważ nie byłam wtedy pewna, czy burmistrz rzeczywiście wyjechała – mógł to być tylko jeden z jej wielkich planów, o których już teraz nie słyszymy – nic mu nie powiedziałam, bo to byłoby okropne, rozgłosić skandal, póki nie zna się faktów. Dla mnie to bardzo ponuro wygląda i nie powinnam tak myśleć o panu Jurusiu. Jakiekolwiek były jego wady – wszyscy je mamy – uważałam go za człowieka nieposzlakowanego. Wciąż mam nadzieję, że taki jest, bo o ile wiem, zawsze zachowywał się przyzwoicie wobec dam z Tilling, ale nie sądzę, by takim pozostał.
Diva zaśmiała się ochryple.
- Niezbyt wiele pokus – powiedziała – od takich starych próchen jak my. Ale dziwne, że przywiózł kobietę tego rodzaju do Mallards akurat tego dnia, gdy Lucia ma nocować poza domem. I jeszcze coś. Powiedziała nam, że to on ma nocować wczoraj u Poppy…
- Nie podejmuję się wyjaśniać wszystkiego, co opowiada nam burmistrz – powiedziała Elizabeth. – To za wiele jak na mój mózg.
- … a on był tu – ciągnęła Diva. – Tylko nie zdziwiłabym się, gdybyś jakimś cudem znów pomyliła fakty. Taki już masz nawyk, Elizabeth. W końcu ta kobieta mogła być przyjaciółką Luci…
- … i dlatego pan Juruś sprowadził ją pod jej nieobecność. Rozumiem – powiedziała Elizabeth.
Jej pełne namysłu spojrzenie powędrowało w stronę okna i nagle zesztywniała jak seter wystawiający zwierzynę, bo oto ulicą od strony Mallards nadchodził Juruś z pospolitą, ładną, piskliwą kobietą. Elizabeth nic nie powiedziała Divie, bo wszak można było coś zrobić w ramach oryginalnych badań, i wstała.
- Bardzo ciemne chmury – powiedziała – ale trzeba się modlić, żeby się rozeszły. Jeszcze nie zrobiłam żadnych sprawunków. Przypuszczam, że burmistrz wróci dziś z koszykiem liści truskawek jeśli Poppy jej jakieś odstąpi. Bo inaczej życie gmin miejskich zostanie zawieszone. Nie żeby miało jakieś znaczenie, czy jest obecna, czy nie. Zwykła figurantka.
- Teraz to już nie jesteś fair – krzyknęła za nią Diva, - Nie możesz grać tak na dwa fronty. Po co w ogóle ona mianowała cię burmistrzynią…
Ale Elizabeth już trzasnęła za sobą drzwiami.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Nie 01 Lut, 2026 21:26

:excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited: ale sie narobiło!!! :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: ciekawie teraz będzie gdy wszystko będzie się wyjasniać :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Trzykrotka - Pon 02 Lut, 2026 22:41

Stare, dobre, rozplotkowane Tilling - i Elizabeth złapała wiatr w żagle :excited:
A jego mieszkanki raptem odkrywają nowy świat - makijażu.


Diva zeszła do kuchni z mimowolnym odruchem podziwu dla Jurusia, co było wręcz wstrząsem dla jej zasad moralnych. On i jego petit points, jego pelerynka, jego maniery starej panny – czy to możliwe, że pod tym wszystkim skrywał się ognisty temperament? Kim mogła być ta ładna, pospolita kobieta? Gdzież on ją poderwał? Może w hotelu, w którym zatrzymali się z Lucią w Londynie, bo Diva gdzieś kiedyś słyszała, że najbardziej zmysłowe romanse zdarzają się czasem z bardzo szacownych miejscach. Co za zbój! I jakie to straszne dla Luci, gdyby się tylko dowiedziała. „Naprawdę mam nadzieję, że się nie dowie” – pomyślała Diva „ale byłoby dobrze gdyby ktoś utarł jej nosa, choć tak naprawdę wcale jej tego nie życzę. Nie wolno jednak wysnuwać pochopnych wniosków. Ale jestem zaszokowana tym, że czuję teraz dla pana Jurusia większy respekt niż kiedykolwiek. Nie pojmuję tego.”
Diva zabrała się do pieczenia ciastek, ale jakiś dziwny nurt myśli nadal się w niej tlił.
Jakże głodową dietą dla mężczyzny o ognistym temperamencie jakim teraz wydał jej się Juruś, musiało być życie w Tilling, w którym wszystkie kobiety były tak mało pociągające. Gdyby tylko była tu choć jedna kobieta z odrobiną błyskotliwości, którą mógłby podziwiać i flirtować z nią trochę, obecnej sytuacji można by uniknąć. Zostawiła Janet by dokończyła kruche ciastka i wyszła z domu, by sprawdzić rozwój sytuacji.
Elizabeth tymczasem natychmiast wyśledziła swoją ofiarę i z bliska obserwowała, jak ta bezwstydna para wchodzi do fotografa. Czyżby te bezczelne stworzenia, zastanawiała się, szły zrobić sobie wspólną fotografię? To był taki wariacki czyn, jaki grzesznicy często popełniali i gorzko go potem żałowali. Wśliznęła się tam za nimi, ale Juruś jedynie dawał ekspedientowi rolkę negatywów do wywołania, zrobienia odbitek i posłania ich jak najszybciej do Mallards. Na jej widok bardzo uprzejmie uchylił kapelusza, ale wyszedł z zakładu nie przedstawiając jej swojej towarzyszce, co było naturalne i pokazywało dobry humor. Z całą pewnością ta kobieta była uderzająco piękna. Ślicznie ubrana. Sznur pereł tak wielkich, że nie mogły być prawdziwe. Bez kapelusza, z włosami ułożonymi w fale. Róż. Szminka… Znów ruszyła w pościg. Minęli padre z żoną, którzy odwrócili się o 180 stopni, by za nimi popatrzeć, minęli Susan w Royce (póki ci odstawiła rower, za gorąco było) która wystawiała głowę przez okno aż piesi ich jej zasłonili, a Diva stojąca na progu swojego domu z koszem na zakupy wrosła w ziemię tak mocno, jak Elizabeth poprzedniego wieczoru. Kobieta była uosobieniem piękna, z olśniewającą cerą i wygiętymi łukowato brwiami. Odzyskawszy zdolność ruchu, Diva udała się do salonu fryzjersko-kosmetycznego.

Elizabeth kupiła trochę pasternaku u Twistevanta, pogrążona w głębokiej zadumie. Choć była zgorzkniałą moralistką, nie umiała wyzbyć się podziwu dla nieznajomej. Diva dość obcesowo nazwała panie z Tilling „starymi próchnami” i czyż nie było w tym ziarenka prawdy? Nie dbały wystarczająco o swoją urodę. Ile blasku nadawały twarzy umiejętnie nałożone szminka i róż! Bez nich nieznajoma mogłaby wyglądać na nawet o dziesięć lat starszą i o wiele mniej atrakcyjną. „Włosy też” pomyślała Elizabeth. „Ten delikatny brąz, tak zbliżony do natura[nego kolorytu. Ale paznokcie jak ociekające świeżą tętniczą krwią: nigdy!” Poszła prosto do salonu fryzjersko – kosmetycznego. Diva właśnie stamtąd wychodziła niosąc małą paczuszkę.
- Małe przyjemnostki, kochanie? – spytała Elizabeth, odczytując w niej nieomylnie własne myśli.
- Proszek do zębów – powiedziała Diva bez wahania i przebiegła przez ulicę tam, gdzie Susan nadal wychylała się z Royce’a i kiwała na nią.
- Widziałam ją – powiedziała (nie było potrzeby pytać, o jakiej „onej” mówi). I rozpoznałam ją od razu po zdjęciu z Tatlera. W życiu nie zgadniesz.
- Nie. Wiem, że na pewno nie zgadnę – rzekła Diba niecierpliwie. – Kto?
- Sławna primadonna. Ojej. Zapomniałam jak się nazywa. Lucia pojechała do Londynu żeby posłuchać jak ona śpiewa – powiedziała Susan. – Bransolet, czy jakoś tak.
- Bracely? Olga Bracely? – krzyknęła Diva. – Jesteś całkiem pewna?
- Najpewniejsza. Piękna i co za włosy.
To wystarczyło. Diva śmignęła z powrotem przez ulicę, by dopaść Elizabeth, która wychodziła właśnie z zakładu fryzjersko – kosmetycznego z różową torebką, którą natychmiast ukryła pod pasternakiem.
- Strasznie piskliwy głos, tak powiedziałaś, prawda, Elizabeth? – zapytała.
- Tak, potwornie, Brzmiał dosłownie jak gwizdek kolejowy. A co?
- To primadonna, Olga Bracely. Tylko tyle – powiedziała Diva. – Pewnie straciła głos. Tak mi przykro. Cieszę się, że ci powiedziałam, kim ona jest.
Po niedługim czasie już cale Tilling wiedziało, kim jest piękna, umalowana kobieta z perłami, która spędziła z Jurusiem noc sam na sam w Mallards. Luci nikt tego ranka nie widział, więc uznano za pewnik, że jeszcze nie wróciła ze swej snobistycznej ekspedycji, dla której opuściła posiedzenie rady. Choć Olga (jak twierdziła) była jej serdeczną przyjaciółką, z pewnością będzie bardziej niż zaskoczona kiedy po powrocie zastanie przyjaciółkę z jej mężem, w jej własnym domu i to wtedy, gdy powiedziała całemu Tilling, że i Olga i Juruś śpią poprzedniej nocy w zamku Sheffield. A może Olga opuści Tilling nim Lucia wróci? Można było snuć niekończące się interpretacje tego pasjonującego incydentu, lecz Tilling zbyt było oczarowane samą primaddonną, jej perłami, jej pięknością, jej reputacją Królowej Pieśni, by ją osądzać. Co za wcielenie czaru i urody, z tymi lekko zaróżowionymi policzkami i szkarłatnymi ustami, z tą aurą radosnego, nieskalanego pogaństwa! Evie szczególnie przyciągnęły jej krwisto czerwone paznokcie i również ona poszła do zakładu fryzjersko- kosmetycznego i w drzwiach zderzyła się z wychodzącą stamtąd Susan.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Wto 03 Lut, 2026 09:57

O JA NIE MOGĘ :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
teraz wszystkie Tillinżanki zamienią się w drag queens ze swoim brakiem umiejętności makijażowych, a Juruś zyskał opinię Casanovy :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: ależ to będzie cudne :excited: :excited: :excited: :excited:

Trzykrotka - Wto 03 Lut, 2026 17:53

Dokładnie! :rotfl: :rotfl: :rotfl: Szkarłatne paznokcie jako pierwszy makijaż to bohaterskie posunięcie. I róż i wszelkie kobiece dobro :rotfl:
Juruś skandalista, no no no :excited:

Lucia tymczasem spędzała poranek w nad sprawami miasta w pokoju ogrodowym nie pokazując się ani na moment w oknie. Otaczały ją pudełka z dokumentami wszystkich wydziałów, ale nie poświęcała im wiele uwagi. Była zupełnie usatysfakcjonowana wyjaśnieniem dziwnych wydarzeń, które doprowadziły do szokującego odkrycia Olgi i Jurusia samych w jej domu poprzedniego wieczoru i zastanawiała się teraz, czy Tilling musi koniecznie wiedzieć, jak krótka była jej wizyta u Poppy. Na pewno nie było jej sprawą opowiadanie przyjaciołom, że jedyną gościnnością, jaką jej okazano była filiżanka herbaty. Były jeszcze zdjęcia (jeśli wyjdą) gotowe na jutro i jeśli wyda wieczorne przyjęcie, położy otwarty album z nimi na fortepianie. Nie będzie zwracać na nie uwagi, ale one tam będą, dostarczając niezaprzeczalnie naocznego dowodu jej wizyty… Po lunchu zadzwoniła więc do wszystkich znajomych z najbliższego kręgu i nie mówiąc otwarcie, że właśnie wróciła do Tilling z zamku Sheffield, dała do zrozumienia, że tak właśnie było. Co za śliczny poranek, miała tak przyjemną jazdę samochodem, po powrocie odkryła, że ma masę zaległości i zaprasza wszystkich na kolację następnego wieczoru na ósmą. Przeprosiła za powiadomienie w ostatniej chwili, ale jej droga przyjaciółka Olga Bracely, która gości właśnie z krótką wizytą, pojutrze wyjeżdża – wieczorem ma galę operową – i bardzo pragnie ich wszystkich poznać. Ale kiedy następnego wieczoru szły z Olgą się przebrać, powiedziała jej, że kolacja będzie około ósmej: powiedzmy dziesięć po ósmej. Był ku temu subtelny powód – zdjęcia zamku w Sheffield dotarły i wkleiła je do swojego albumu. Tilling miał więc czas podziwiać i zazdrościć, zanim pojawi się Olga: Lucia czuła, że ​​jej przyjaciółki nie będą się nimi zbytnio interesować, jeśli ona tam będzie.
Jeszcze nigdy goście żadnego przyjęcia w Tilling nie prezentowali się tak olśniewająco i niespodziewanie, jak ci, którzy zebrali się w pokoju ogrodowym następnego wieczoru. Evie i Padre przybyli pierwsi: paznokcie Evie wyglądały, jakby przytrzasnęła je wszystkie drzwiami, przez co krew swobodnie spływała pod każdym. Zapomniała tylko o jednym, przez co wyglądał jak odmrożony. Następni byli Elizabeth i Benjy. Policzki Elizabeth były jak płatki dzikiej róży, ale nie miała odwagi, by pomalować usta karmazynowym kolorem, więc dla kontrastu sprawiały one wrażenie dotkniętych przedśmiertną sinicą. Diva natomiast przeraziła się widokiem kwitnącej młodości, którą dawał jej róż, i starła go w ostatniej chwili, zachowując za to łuk Kupidyna na cynobrowych ustach i dwie cienkie, łukowate brwi w kolorze węgla drzewnego. Susan z orderem Imperium Brytyjskiego na piersi, nosiła falowane, siwe włosy, przypominające falisty blaszany dach. Pan Wyse i Juruś przywdziali aksamitne garnitury. Wszyscy potrzebowali kilku minut by się do siebie nawzajem przyzwyczaić, by byli jak motyle, które wcześniej znały się tylko z fazy poczwarki lub gąsienicy i uśmiechali się i wdzięczyli jak nowi znajomi z eleganckich kręgów, a nie jak starzy znajomi z krytycznym okiem. Olga jeszcze się nie pojawiła, mieli więc czas na obejrzenie zdjęć Luci, z którymi album leżał otwarty na fortepianie, a ona objaśniała im swobodnie, co na nich widzą.
- Róg dziedzińca zamku Sheffield – powiedziała. – Nie wyszedł zbyt dobrze. Normańska wieża. Sala jadalna. Sypialnia księżnej; cudowne elżbietańskie łoże. Galeria obrazów. Stoi przy oknie ze swoim pekińczykiem wyglądając na ogród. Kochana psinka. Wskoczył na parapet tuż przed naciśnięciem migawki. Księżna przy stoliku herbacianym…
- Co za wielkie ciasto – przerwała Diva ze znawstwem. – Do tego oprószone cukrem pudrem. Czyli jednak jada coś poza garnirowanym krabem. Mam nadzieję, że po niestrawności nie zaaplikowała sobie ciasta.
- Co za niechlujny dziedziniec – powiedziała Evie. – Wydawałoby się, że księciu powinno zależeć na schludniejszym dziedzińcu. Czemu nie każe ogrodnikowi wyplewić chwastów?
Elizabeth poczuła, że pęknie, jeśli nie powie czegoś zjadliwego.
- Droga burmistrz, kiedy będziesz pisać do Jej Miłości dziękując za miłą wizytę, musi- tak dla żartu oczywiście – napomknąć, że oczekujesz, że przed następną dziedziniec zostanie uprzątnięty.
Lucia doskonale radziła sobie z takim niezdarnym sarkazmem.
- Co za świetny pomysł! – powiedziała. – Ty zawsze trafiasz w sedno, Elizabeth. Z pewnością tak zrobię. Przypomnij mi, Jurusiu.
Tak więc zdjęcia spełniły zadanie. Tilling nie mogło wątpić, że Lucia została przyjęta z otwartymi rękami w zamku Sheffild i po cichu, ale stanowczo postanowiło nigdy, przenigdy nie poruszać tego bolesnego tematu. Luci pasowało to doskonale, bo wszak mogły paść pytania odnośnie jej wizyty, które zaowocowałyby niefortunnymi wyznaniami. I właśnie gdy jej przyjaciółki odwracały się z zazdrością i smutkiem od albumu, na schodach dały się słyszeć kroki i Olga stanęła w drzwiach. Biała suknia, wysoka przy szyi, wcielenie Molyneux (*paryski dom mody) i prostoty. Szkarłatna szarfa i te same perły, co rano.
- Droga Luciu! – zawołała. – Widzę, że się spóźniłam. Wybacz.
- Mojaś ty! Zawsze ci wybaczam, jak tylko cię zobaczę, tylko nigdy nie ma czego wybaczać – powiedziała Łucja wylewnie. – Nikomu nie muszę cię przedstawiać, ale to pani Bartlett i nasz padre, a to państwo Wyse, a to Diva Plaistow, a to moja ukochana burmistrzyni, Elizabeth Mapp-Flint i major Mapp-Flint…
Olga przeniosła wzrok z Benjy’ego na Elizabeth i z powrotem.
- Ależ ja państwa rozpoznaję – powiedziała. – Ten wspaniały obraz, nad którym wszyscy tak się rozpływają…
- Tak, to ja, biedna – powiedziała rozpromieniona Elizabeth – i mój Benjy w chmurach. Ależ ma pani oko, panno Bracely!
- A to mój mąż – ciągnęła Lucia z lekkim humorem –który twierdzi, że zdaje mu się, że cię skądś zna…
- I mnie się wydaje, że gdzieś się poznaliśmy, ale takie wieki temu, że mnie nie pamięta – powiedziała Olga. – Ach, Jurusiu, nie mogę pić sherry, ale skoro mi już nalałeś…
- Kolacja – powiedziała Grosvenor dość surowo.
W ostrym świetle jadali panie z Tilling, makijażowe debiutantki, wyglądały dziwnie nienaturalnie, ale świadomość, że każda z nich się odmłodziła, połączona z radosną obecnością Olgi sprawiła cuda – wszystkie poczuły się olśniewające. Rozmowa przy stole była pogodna i ożywiona, a wszyscy zwracali się do niej, pragnąc zwrócić na siebie jej uwagę. Benjy, który siedział obok niej, zaczął relacjonować jej jedną ze swych tygrysich przygód, ale Susan natychmiast podniosła głos opowiadając o swoim trójkołowcu. Jej mąż się wtrącił i zerkając na Olgę oznajmił Luci, że jego siostra, contessa di Faraglione, jest gorącą wielbicielką epoki Lukrecji Borgii. Diva, chcąc skusić Olgę do odwiedzin w jej herbaciarni, opowiadała głośno o nowych tartinkach z sardynkami, ale Lucia storpedowała ten reklamowy chwyt, wprowadzając motyw burmistrzowski i rozprawiając o slumsach. Sama Olga rozmawiała i śmiała się i była jedyną osobą, która nie martwiła się, czy wywiera dobre wrażenie. Zapaliła papierosa na długo przed końcem kolacji choć Elizabeth nazwała kiedyś palenie „ohydnym cudzoziemskim nawykiem”, zapaliła także. Olga zjadła wiśnię, zaczynając od końca szypułki, a Benjy natychmiast spróbował zrobić to samo, wykrzykując, gdy wpadła mu do miseczki: „Nie tak łatwo, na Jowisza”. Tego wieczoru nie było brydża, ale dzięki nieustannemu opowiadaniu o dawnych tańcach, Lucia wyżebrała w końcu prośbę o zatańczenie menueta z Jurusiem. Olga im towarzyszyła, a wstając od fortepianu, zdała sobie sprawę, że wszyscy patrzą na nią z wyczekującym wyrazem twarzy psów, które mają nadzieję, że zostaną wyprowadzone na spacer.
- Oczywiście, jeśli tylko sobie życzycie – powiedziała.
Usiadła znowu do fortepianu. I zaśpiewała.

Koniec rozdziału dziewiątego

c.d.n
Tłum Trzykrotka

Tamara - Śro 04 Lut, 2026 09:09

Och jak ja bym chciała to wszystko zobaczyć, te makijaże, tę nową lekkość i frywolność wielkiego świata :serce: :serce: :serce: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: Elżbieta w makijażu :serce: :serce: :serce: :serce: :serce: :serce: :serce: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited:
Trzykrotka - Pon 09 Lut, 2026 13:52

Przepraszam za przerwę - wyjechałam na kilka dni, ale dziś wieczorem odcinek będzie.
Trzykrotka - Pon 09 Lut, 2026 21:45

Odpowiedź Irene na nową modę w Tilling jak zawsze w punkt :rotfl:

Rozdział dziesiąty


Choć w głębi duszy Tilling pozostało takie samo, krótka wizyta Olgi znacząco zmieniła dekoracyjny charakter jego czołowych obywatelek. Pudrowanie twarzy w bardzo upalne dni, kiedy to wyraziste rysy twarzy miały tendencję do przybierania szkarłatnego odcienia, lub w bardzo chłodne, kiedy wyraziste rysy twarzy miały tendencję do przybierania fioletowego odcienia, było zawsze akceptowane, ale to, że upiększały się różem, szminką i wygiętymi brwiami, było prawdziwą rewolucją. Zawsze uważały, że takie zabiegi właściwe są dla kobiet, które bezwstydnie manifestują swe pragnienie wywołania podziwu mężczyzn, a to akurat dalekie było od ich intencji. Diva odkryła, że łukowate brwi starannie namalowane tam, gdzie przedtem nie było nic, nadają jej twarzy wygląd szlachetnego zaskoczenia, Elizabeth – że policzki pokryte rumieńcem, które teraz widziała w lustrze, sprawiają, że czuje się (a nie tylko wygląda) o dziesięć lat młodziej, Susan – że fryzowane włosy nadają jej wygląd francuskiej markizy. Irene, która spędziła dwa tygodnie w Londynie, gdzie żyła jak gwiazda, tak była zdumiona zmianą, jaka zaszła po powrocie, że wyraziła swoją opinię na jej temat, pojawiając się na High Street z czubkiem nosa pokrytym zieloną kredą bilardową. Natychmiast też zabrała się do pracy nad portretem, który zamówiła Lucia. Rozwinęła biograficzną sugestię Lucii i przedstawiła ją w pełnej todze burmistrza, z łańcuchem i w trójgraniastym kapeluszu, grającą na pianinie w pokoju ogrodowym. W tle piętrzyły się pudełka z dokumentami, na pokrywie fortepianu leżała talia kart i kasetka z farbami, a o nie oparty był jej rower.
- Symbole, ukochana – powiedziała artystka - okażą twoją cudowną wszechstronność. Przecież wiem, że nie jeździsz rowerem po pokoju ogrodowym, ani nie grasz w karty na fortepianie, ani nie zakładasz togi, żeby grać, ale ja otaczam cię twoją pełnią. Ach! Zatrzymaj na chwilę ten wyraz pobłażliwej pogardy dla szaleństwa tego świata. Pomyśl o wiedźmach z Tilling i ich rumieńcach.
- O tak? – zapytała Lucia wydymając wargę.
- Nie, zupełnie nie tak. Spróbuj jeszcze raz. Bądź dumna i spokojna. Myśl że spędzasz wieczór ze swoją księżną - kochanie, czemu z ciebie taka snobka? – lub po prostu myśl o sobie, z wszystkimi swoimi wadami i splendorem. Doskonale!
Irene odstąpiła od sztalugi.
- No i mam to! - krzyknęła. - Nie ma żyjącego artysty, a i niewielu zmarłych, którzy mogliby to tak bezbłędnie uchwycić. Jakież to potworne, że moja twórczość jest znienawidzona tylko dlatego, że jestem kobietą!
- Przecież twoje dzieło zostało obrazem roku – powiedziała Lucia – i wszyscy krytycy byli zachwyceni.
- Tak, ale wyczuwałam podskórną wrogość. Mężczyźni to takie egocentryczne bestie. Poczekaj tylko aż opublikuję moje wspomnienia.
- Nie za młoda jesteś na to?
- Nie, mam dwadzieścia pięć lat, a w tym wieku każdy już doświadczył wszystkiego, co ważne, albo to sobie wyobraził. Och, powiedz mi jak to naprawdę było z tym, o czym szepczą wszystkie te pacykowane wiedźmy. Juruś i Olga Bracely sam na sam tutaj. Do czego tak naprawdę doszło? Ty to dla nich zaaranżowałaś? Jak to cudownie! Tylko ty mogłabyś być tak nowoczesna i bezpruderyjna. A szacunek Tilling dla Jurusia skoczył pod niebiosa.
Lucia wpatrywała się z nią przez chwilę przyswajając sobie tę potworną sugestię, a potem z zerwała się na równe nogi z sapnięciem horroru.
- Och, te jadowite języki! – krzyknęła. – Ach te żmije. Poza tym…
Przerwała. Zorientowała się, że zaplątała się w sieć, którą sama utkała i że nigdy żaden znany historii naturalnej pająk nie oplótł się nią tak całkowicie. Powiedziała Tilling, że zamierza zjeść obiad i przenocować w zamku Poppy i pokazała wszystkim te eleganckie fotografie jako milczący dowód, że tak właśnie zrobiła. Tilling doszło zatem do wniosku, że Olga i Juruś spędzili noc sami w Mallards, a oto Irene nieznośnie chwali ją za otwartość umysłu nie tylko za tolerowanie, ale i zorganizowanie tego spotkania. Stawką była piękna sława, nieskazitelna moralność jej i Jurusia, nie wspominając już o Oldze i (och, jak to bolało!) będzie zmuszona nadać najwyższy rozgłos faktowi, że wróciła do Tilling tego samego wieczoru. To będzie straszna strata prestiżu, ale nie miała wyboru. Zaśmiała się pogardliwie.
- Głupio z mojej strony, że nawet przez moment oburzałam się na taki pomysł! – powiedziała. – W życiu nie słyszałam większych bzdur. Gdy przyjechałam, biedna Poppy była w kiepskim stanie, więc tylko wypiłam z nią herbatkę, trochę z nią posiedziałam, zrobiłam zdjęcia i od razu ruszyłam do domu. Nie mam po prostu słów dla Tilling!
- Kochanie, co za rozczarowanie! – powiedziała Irene. – To byłby wyczyn z twojej strony. I jaki spadek z piedestału dla biednego Jurusia. Znowu do roli starej panny.

Wieści szybko się rozeszły i Tilling poczuło, że Lucia i Juruś ich zawiedli. Wszystko było takie ekscytujące i książęce i kompromitujące i nic z tego nie zostało. Elizabeth i Diva nie tracąc czasu omówiły to w herbaciarni Divy następnego ranka po zakupach i osąd obu był surowy.
- Podstępność, oto czym brzydzę się najbardziej – powiedziała burmistrzyni. – O wiele gorsza od snobizmu. Burmistrz głosiła na prawo i lewo, że nocuje u Poppy, a potem wraca chyłkiem i nie pokazuje się w ogóle następnego ranka, żebyśmy wszyscy myśleli, że jeszcze jej nie ma…
- I pokazuje nam te wszystkie zdjęcia – wtrąciła Diva – jak jakiejś… jakie to było słowo?
- Nie wiem, kochana – odparła Elizabeth, przypatrując się z aprobatą swoim różanym policzkom w lustrze nad kominkiem.
– Alibi, ot co, jakby zeznawała, że spała u Poppy. Nie przyznała się, że nie spała.
- Mój prosty umysł nie nadąża za jej sztuczkami – powiedziała Elizabeth – i wcale mnie to nie smuci. Ale jestem jej dozgonnie wdzięczna że wróciła. Podejrzewam, że padre kamień spadnie z serca gdy się dowie. Zastanawiam się, jeśli chcesz znać moje zdanie, czy pan Juruś w jakiś sposób zwabił tę śliczną istotę do Tilling mówiąc jej, że zastanie tu Lucię. To tylko moje przypuszczenie, więc jeśli tak, musimy postarać się mu wybaczyć, bo jeśli w tej szemranej sprawie jest coś pewnego, to to, że on jest w niej szaleńczo zakochany. Wiem ja dobrze, jak wygląda mężczyzna…
Diva aż sapnęła, ale jej brwi nie mogły już wyrazić ani odrobiny większego zadziwienia niż już wyrażały.
- Och, Elizabeth! – krzyknęła. – Jakiś mężczyzna był w tobie do szaleństwa zakochany? Kto? Opowiadaj!
- Są sprawy, o których nie mogę powiedzieć nawet tak starej przyjaciółce jak ty – rzekła Elizabeth. – Tak, on jest w niej zakochany do szaleństwa i moim zdaniem nasza burmistrz o tym wie. Zauważyłaś, jak demonstrowała sympatię dla słodkiej Olgi? Robiła co mogła, widziałam, przybierając – no, powiedzmy nie bezczelną, ale dobrą minę do złej gry. My wszyscy byliśmy tacy roześmiani, a ona wyglądała na niespokojną i wyczerpaną. I ten żałosny menuecik! Aż mi jej żal. Kiedy wyszła za pana Jurusia, myślała, że życie będzie bezpieczne i wygodne. Biedactwo, smutne przebudzenie… Och, i jeszcze nowina. Dziwaczna Irene powiedziała mi, że maluje portret pani burmistrz. Wręcz cudowny, jak mówi i że będzie gotowy na naszą letnią wystawę. Po niej Lucia zamierza sprezentować go władzom miasta i powiesić w ratuszu. Obraz Irene z Akademii, ten z Benjym i mną, też wróci na czas na naszą letnią wystawę. Ciekawie będzie je porównać.

c.d.n

Tłum. Trzykrotka

Tamara - Wto 10 Lut, 2026 09:27

No nieeeee, taki upadek w imię moralności i cnoty, trzeba było powiedzieć prawdę, faktycznie Lucia sama złapała się we własną pajęczynę :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: ale portret Luci będzie absolutnie boski :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group