To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Kłopoty Luci

Trzykrotka - Śro 19 Lis, 2025 19:03
Temat postu: Kłopoty Luci
Nadejszła wielkopomna chwila, panie i panowie - Zaczynamy ostatni tom opowieści o Luci, Jurusiu, Elizabeth i całej reszcie.

Trouble for Lucia - ten tom został wydany w 1939 roku. Na szczęście jedyna wojna jaka w nim występuje, to ta podjazdowa, między Mapp-Flintami, a Pillsonami.

Trzykrotka - Śro 19 Lis, 2025 19:08

Ten tom uważałam przedtem za najsłabszy, ale gdzie ja miałam głowę? On jest - IMHO równie rozkoszny jak Mapp i Lucia, a w Tilling będzie się działo że hoho!
Wystarczy poczytać, jak Lucia przymierza się do pełnienia swej poważnej funkcji :mrgreen:


Rozdział pierwszy

Pewnego październikowego poranka Lucia Pillson, burmistrz - elekt miasteczka Tilling i jej mąż Juruś rozmawiali w pokoju ogrodowym w Mallards. Rozmowa ta i decyzje do pojęcia wymagały od nich uruchomienia najwyższych władz umysłowych. Oto dlaczego.
Czy Lucia, gdy w przyszłym miesiącu zacznie kierować urzędem miasta, powinna nadal każdego ranka po śniadaniu wychodzić z wiklinowym koszem na High Street i robić własnoręcznie zakupy w piekarni, w spożywczym, u rzeźnika i gdziekolwiek jeszcze będzie wymagało ich codzienne zapotrzebowanie? Trzeba było rozważyć wszystkie za i przeciw, a Lucia rozpatrywała każdą opcję z tą męczącą klarownością, z jaką dwie zwaśnione strony zwracają się do Wysokiego Sądu. Można się było wręcz spodziewać, że gdy skończy eksplorację całego tematu, będzie w pełni kompetentna, aby wygłosić werdykt ławy przysięgłych i wyrok sądu. Przewidując, że wkrótce będzie zmuszona wygłaszać wiele mów jako urzędujący burmistrz, ilekroć sobie o tym przypomniała, szlifowała oratorski styl i pedantyczny, oksfordzki akcent.
- Muszę być bardzo ostrożna, Jurusiu – mówiła. – Choć doskonale wiesz, jak bardzo demokratyczna jestem, w najszczerszym znaczeniu tego słowa, to jednak dziewiątego listopada bieżącego roku zostanie mi powierzone zadanie podtrzymywania godności i szlachetnej tradycji mojego wysokiego stanowiska. Nie jestem pewna, czy powinnam jak dotąd wpadać i wypadać ze sklepów i krzątać się jak każdy inny. Pozwól, że przedłożę ci to na przykładzie. Powiedzmy, że widzisz nowo mianowanego lorda kanclerza biegającego po ulicach Westminsteru w szortach, dla zdrowia. Jak byś się czuł w takiej sytuacji? Jaka byłaby twoja reakcja?
- Mam nadzieję, że nie zamierzasz wskakiwać w szorty, co? – zapytał Juruś marząc, by nadać rozmowie lżejszy ton.
- Oczywiście, że nie – powiedziała Lucia. – To tylko przykład. Albo taka sytuacja. Nie do przyjęcia dla moich demokratycznych przekonań byłoby, gdyby – jeśli wejdę do spożywczego kupić puszkę sardynek – inni klienci odsuwali się i ustępowali mi miejsca, żebym mogła być obsłużona pierwsza. Tak być nie może. Nigdy!
Juruś z roztargnieniem przyglądał się ładnemu haftowi, nad którym pracował. Haftował herb Tilling kolorowymi jedwabiami na wierzchniej stronie białych rękawiczek z koźlęcej skóry, które Lucia miała założyć podczas ceremonii inauguracyjnej, i nie był do końca pewien, czy umieścił ten symbol dokładnie na środku.
- Co za paskudztwo – powiedział. – No cóż, musi wystarczyć. Pewnie się jeszcze rozciągnie. Co do lorda kanclerza w szortach. Nie sądzę, żebym miał mieć coś przeciw. Pewnie zależałoby to od tego, jakie ma kolana. Co do klientów puszczających cię bez kolejki, bo jesteś burmistrzem - tego nie musisz się obawiać. Mało prawdopodobne.
Lucia nagle zainteresowała się rękawiczkami.
- Mój drogi, są wręcz zbyt eleganckie na cokolwiek – powiedziała. – Piękna robota, Jurusiu. Cudowna. Przypominają mi te obszyte klejnotami rękawiczki, jakie widuje się na dawnych obrazach włoskich na dłoniach klęczących papieży i adorujących biskupów.
- Myślisz, że herb jest dokładnie pośrodku?- zapytał.
- Doskonale wygląda. Mogę przymierzyć?
Lucia pokazała wierzch dłoni w rękawiczce, skłaniając czoło elegancko na czubki palców.
- Tak, wygląda w porządku – powiedział Juruś. Oddaj, jest jeszcze nie skończony. Co do twojego pytania. Dałoby się zauważyć, że nagle przestałaś robić zakupy, tak jak robiłaś je przez ostatnie dwa lata, czy coś koło tego. Prócz niedziel. Niektórzy mogliby powiedzieć, że zadzierasz nosa, bo jesteś burmistrzem. Elizabeth na pewno.
- No może. Ale też trudno byłoby mi wymienić ot tak od ręki coś, co obchodziłoby mnie mniej niż to, co sądzi o mnie ta biedna kobieta, Elizabeth Mapp-Flint. Wyraź swoje zdanie, nie jej.
- Możesz stopniowo ograniczać zakupy, jeśli uważasz to za niegodne zajęcie – powiedział Juruś ziewając. – Idź z koszykiem codziennie w tym tygodniu, a w przyszłym w poniedziałek, środę i piątek…
- Nie, mój drogi – przerwała Lucia. – To byłby unik, a ja ich nie stosuję. Jedno albo drugie.
- Unik może uchronić cię od ciosu – powiedział Juruś błyskotliwie.
- Georgino, to prawie przysłowie! Co dokładnie masz na myśli? Jaki cios?
- Jakikolwiek - odrzekł Juruś. – Ot, popełniasz błąd, bo nie byłaś czujna. Tilling jest najeżone pułapkami.
- Nie boję się pułapek, dopóki sumienie nie zapewnia mnie, że postępuję według właściwych zasad. Muszę świecić przykładem zarówno prywatnie jak publicznie. Jeśli postanowię nie zmieniać nawyku codziennych zakupów, postawię sobie za punkt honoru by kupować tylko tanie, pospolite produkty. Kapustę i rzepę na przykład, ale nie szparagi.
- Ich akurat mamy pełno w ogrodzie – odparł Juruś.
- … dorsza, ale nie solę. Jabłka – ciągnęła Lucia, jakby się w ogóle nie odezwał. – Proste życie w domowym zaciszu – wszyscy usłyszą jak kupuję tanie warzywa – splendo, te śliczne rękawiczki publicznie. I wysokie ideały w obu przypadkach.
- Dobrze to zabrzmi w mowie inauguracyjnej – zauważył Juruś.
- Mam nadzieję. Co chciałabym zrobić z naszym drogim Tilling, to podnieść jego ton, stworzyć z niego prawdziwe centrum intelektualne i artystyczne. Musi to iść w parze z reformami społecznymi i dobrobytem warstw uboższych. Slumsy muszą zniknąć. Musi nastąpić koniec przeludnienia. Pasteryzacja mleka, Jurusiu, ścisła cenzura filmów, ławeczki w słonecznych miejscach. Oczywiście, to będzie kosztowało. Chciałabym, aby podatki wzrosły skokowo.
- To ci nie przysporzy popularności – powiedział Juruś.
- Przyjmę z radością wszelką niepopularność, jaką mogą przynieść mi takie reformy. I jeszcze dekoracyjna strona życia. Skrzynki z kwiatami w oknach nawet najuboższych domostw. Tanie bilety wstępu na koncerty pierwszorzędnej muzyki. Odrodzenie starożytnych obyczajów, jak grodzenie. Muszę się swoją drogą dowiedzieć, co to jest.
- Rada miejska obchodziła w procesji granice parafii – powiedział Juruś – a burmistrz wbijał kamienie graniczne. Może lepiej trzymajmy się kwestii czy masz robić zakupy, czy nie?
Pomysł układania kamieni granicznych nie przypadł Luci do gustu…
- Racja, kochanie. Pogrążyłam się w marzeniach. Mówiliśmy, że musimy dawać przykład prostego życia. Chciałabym, aby było wiadome, że prowadzę skromne gospodarstwo. Aby było słychać, jak zamawiam baranią karkówkę u rzeźnika.
- A ja nie zjem baraniej karkówki dla żadnego przykładu – powiedział Juruś. – I osobiście, jakąkolwiek decyzję ty podejmiesz, ja nie zrezygnuję z porannych zakupów. Tam można dowiedzieć się wszystkiego. Przecież to byłoby jak życie bez telefonu! Byłbym kompletnie zagubiony, ty zresztą też.
Lucia usiłowała wyobrazić sobie siebie odciętą od tej ochoczej codziennej wymiany plotek, kiedy to krąg jej przyjaciół z Tilling krążył po High Street z koszami na zakupy i wpadał na siebie w wąskich drzwiach sklepów. Słońce czy deszcz, parasole i kalosze, czy parasolki od słońca i najcieńsze bluzki, była to ożywcza pora podnosząca apetyt na komplikacje dnia. Myśl o wyrzeczeniu się jej był niedorzeczny i bez najmniejszego trudu dopisała szlachetne pobudki i wysokie poczucie obowiązku chęci kontynuowania zwyczaju.
- Masz rację, kochanie – powiedziała. – Dziękuję za twoje wskazówki! Teraz, na moim nowym stanowisku, bardziej niż kiedykolwiek będzie dla mnie kluczowe, co Tilling myśli i czuje. Muszę trzymać palec na jego pulsie. Ta książka, którą ostatnio czytałeś, która zrobiła na mnie tak piorunujące wrażenie – cóż to było na miłość boską? Biografia.
- Katarzyna Wielka? - spytał Juruś. Lucia ostatnio podczytywała książkę, ale sugestia miała być humorystyczna.
- Tak; zaraz zapomnę jak sama się nazywam. Ona zawsze trzymała rękę na pulsie nastrojów swojego ludu: a to moim zdaniem było prawdziwym źródłem jej wielkości. Przebierała się, pamiętasz, za wieśniaczkę – żonę mużyka, dobrze pamiętam? – i wymykała się tylnym wyjściem Pałacu Zimowego, i siadała w karczmach i kawiarniach, czy gdzie tam piją wódkę i herbatę z samowarów – i słuchała, co mówią prości ludzie, zaskakując potem ministrów swoją wiedzą.
Juruś był już rozpaczliwie znudzony nią i tymi jej potwornymi bzdurami. Lucia dbała tyle co nic o to, co mówią „prości ludzie”. W tej godzinie zakupów na High Street chciała dowiedzieć się, jakie nowe łotrostwo wymyśliła Elizabeth Mapp-Flint, co porabia major Benjy Mapp-Flint i czy potwierdziło się, że irlandzki terier Divy Plaistow ma świerzb i czy Irene Coles uzyskała zgodę Miejskiego Wydziału Geodezji na namalowanie na frontonie domu fresku z nagą Wenus wyłaniającą się z morza i czy Susan Wyse naprawdę usiadła na swej papużce zgniatając ją na placek. Zamiast się przyznać, prawiła morały o obowiązkach burmistrza-elekta Tilling i trzymaniu palca na pulsie miasta wzorem Katarzyny Wielkiej. Na takie bzdury najlepiej było odpowiedzieć toną sarkazmu.
- To byłoby całkiem coś nowego, moja droga – powiedział. Pomyśl tylko, jak przebierasz się za Cygankę i wykradasz przez drzwi dla służby i przesiadujesz w barach i pubach. To dopiero byłoby coś!
- Ach, bierzesz moje słowa zbyt dosłownie, Jurusiu – powiedziała. – To była tylko luźna analogia. Pod pewnymi względami wstydziłabym się zachowywać jak ta wspaniała kobieta. Ale co za niezwykła myśl, słuchać, co mówią mużycy kiedy wódka rozwiązuje ich języki. In vino veritas.
- Nie zawsze – odpowiedział Juruś. – Na przykład major Benjy pił dziś po południu w klubie. Za mocno wiało na grę w golfa, więc zajął się porto… Rozumiesz, sztorm na oceanie, porto w porcie. Całkiem dużo porto.
Juruś oczekiwał, że żona nagrodzi go brawami za tę piękną grę słów, ale ona była zatopiona w myślach o sobie i Katarzynie Wielkiej.
- Cóż, jemu wino nie nakazało mówić prawdy, wręcz przeciwnie – ciągnął. – Wygadywał najokropniejsze idiotyzmy o upolowanych tygrysach i jakie to w młodości miał wzięcie u kobiet.
- Biedna Elizabeth – powiedziała Lucia bez śladu współczucia.
- Robił się coraz okropniejszy – powiedział Juruś – opowiadając o swych dniach kawalerskiej wolności. I miał czelność dźgnąć mnie w żebra i szepnąć: „Coś o tym wiemy, mój stary, co nie? Ha ha. Dobrze mówię?”
- Jurusiu, co za impertynencja! – zawołała Lucia. – No nie, porównywać Elizabeth ze mną!
- A mnie z sobą – dopowiedział Juruś.
- Strasznie to wszystko niesmaczne. Jeszcze jakieś wieści?
- Tak, rozmawiałem przez chwilkę z Divą. Paddy nie ma świerzbu, to tylko lekka egzema. A ona zdecydowała, że otworzy herbaciarnię. Spytała mnie, czy sądzę, że zgodziłabyś się poprowadzić ceremonię otwarcia i wypić u niej pierwszą filiżankę herbaty. Powiedziałem, że moim zdaniem się zgodzisz. Takie éclat dla niej gdybyś wystąpiła w todze! Ani jedna muffinka nie zostałaby na koniec dnia.
Lucia zmarszczyła brwi, ale tak naprawdę z radością weszła znów w skórę burmistrza.
- Jurusiu, wolałabym, żebyś nie budził w niej nadziei, że się zgodzę – powiedziała. – Z przyjemnością dałabym Divie wspaniale otwarcie, ale muszę być bardzo ostrożna. Powiedzmy, że następnego dnia ktoś otworzy sklep z butami, a ja już stworzę precedens i będę musiała nosić pierwszą parę. Albo sklep z kapeluszami. Musiałabym otwierać wszystkie, żeby nie faworyzować nikogo. Z przyjemnością, naprawdę wielką przyjemnością pójdę i wypiję pierwszą filiżankę herbaty u Divy jako pani Pilson, ale nie oficjalnie. Oficjalnie muszę być incognita.
- Będzie rozczarowana – powiedział Juruś.
- Biedna Diva, tego się obawiam. Ale co do togi, nie ustąpię. Burmistrz nigdy nie występuje w todze, chyba że w towarzystwie całej rady miejskiej. Nie mogę prosić moich urzędników i radnych, żeby wypili herbatę u Divy w moim towarzystwie. Wykazała się wielką przedsiębiorczością, ale nie chce mi się wierzyć, że jej mały lokalik będzie taką kopalnią złota, jak ona się spodziewa.
- Nie wydaje mi się, żeby robiła to dla pieniędzy – powiedział Juruś – choć oczywiście nie pogniewałaby się, gdyby zarobiła.
- To dlaczego to robi? Pomyśl jakie to koszty, filiżanki i spodki i stoły i łyżeczki. I ile kłopotu. Powiedziała mi, że chce sama obsługiwać gości.
- Po prostu zamierza świetnie się bawić – powiedział Juruś – wpadając do kawiarni i wypadając i rozmawiając z gośćmi. Ma niespożyty zapał do rozmawiania z każdym, a samotne życie jest przecież bardzo ciche. Jeśli kawiarnia się spodoba, to będzie miała dostęp do nieustającej rozmowy.
- Cóż, możesz mieć rację – powiedziała Lucia. – Och, jeszcze jedno. Mój burmistrzowski bankiet. Pół nocy oka nie zmrużyłam – no, może nie aż pół – myśląc o nim i nie pojmuję, jak ty mogłeś spać.
- Co za okropność – powiedział Juruś. – Czemu nie miałbym spać?
- To skomplikowana sprawa. Jeśli ci powiem, stworzę precedens…
- Za dużo myślisz o precedensach – przerwał jej Juruś. – Nikogo to nie obejdzie.
- Ale posłuchaj. Bankiet jest całkowicie oficjalny. Zaproszę burmistrzów sąsiednich gmin, biskupa, lorda namiestnika, wikarego, który jest moim kapelanem, moich radnych i urzędników i sędziów pokoju. Ty, mój drogi, nie piastujesz oficjalnego stanowiska jesteśmy, z całym szacunkiem, jak królowa Wiktoria i Książę Małżonek.
- Już to mówiłaś – powiedział Juruś – a ja to sprawdziłem. Kiedy ona otwierała obrady parlamentu, on towarzyszył jej do parlamentu i siadał obok niej na tronie. Tron…
- Ciekawe, czy to prawda. Niektóre z tych życiorysów królowej są bardzo wątpliwe. W takim razie żona lorda kanclerza powinna zasiąść w rogu na woolsack1 Ale gdzie ty będziesz siedział? Obok mnie nie możesz. Po mojej prawej musi siedzieć lord namiestnik, a po lewej biskup…
- Jeśli przybędą – zauważył Juruś.
- Naturalnie, że nie zasiądą, jeśli nie przybędą. Po nich idą burmistrzowie, urzędnicy i radni. Musiałbyś siedzieć za nimi wszystkimi, a dla mnie byłoby to nie do zniesienia.
- Wszystko mi jedno, gdzie będę siedział – powiedział Juruś.
- Bardzo chcę, żebyś tam był, Jurusiu – powiedziała. – Ale w jakim charakterze? To będzie oficjalne, powtarzam ci. Pomyśl o tradycji.
- Ale taka tradycja nie istnieje. Jeszcze nigdy kobieta nie była burmistrzem Tilling; często mi to powtarzałaś. Ale nie kłóćmy się o to. Uważam, że Tilling uzna to za dziwne, jeśli mnie tam nie będzie. Mogę wybrać się do Londynu tego dnia, a ty powiesz wszystkim, że zostałem wezwany.
- To się nigdy nie uda! – krzyknęła Lucia. Tilling na pewno uzna to za bardzo dziwne, jeśli nie będzie cię tam w moim wielkim dniu.
- Zjem kolację samotnie w Mallards – rzekł Juruś gorzko. – Karkówka z baraniny, o której mówiłaś.
Wstał.
- Pora na kąpiel – powiedział. – A ja więcej nie będę o tym ani mówił ani myślał. Zostawiam to tobie.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Czw 20 Lis, 2025 15:39

Ojojoooj, czyżby szykował się jakiś rozłam w tej doskonałej parze :opad_szczeny: :paddotylu: ? zbyt wysoka pozycja, dla utrzymania szczęścia domowego ? Oby nie :trzyma_kciuki: :trzyma_kciuki: :trzyma_kciuki: ciekawe, czy wszyscy planowani notable zechcą faktycznie nawiedzić mianowanie i bankiet :twisted:
Trzykrotka - Czw 20 Lis, 2025 18:13

Juruś trafił na pechowy dla siebie okres w życiu Luci - z królowej życia towarzyskiego Tilling awansowała na jego burmistrza- będzie się biedak męczył, nie da się ukryć.



Juruś poszedł na górę, zirytowany w najwyższym stopniu. Rozebrał się, założył swój błękitny jedwabny szlafrok i przygotował sobie kąpiel hojnie sypiąc do wanny sole o zapachu werbeny. Zanurzył się w wonnej wodzie i skoncentrował umysł na temacie, o którym postanowił więcej nie myśleć. Lucia obecnie była w stanie skupić myśli tylko wyłącznie na sobie i swoich obowiązkach i godnościach, jakie miała pełnić w przyszłości.
- „Egalo-megalo-mayoralo-mania”, tak na to mówię – powiedział Juruś do siebie zduszonym szeptem. – Katarzyna Wielka! Delirium! Myśli, że całe miasto jest tak podeskcytowane jej nowym stanowiskiem jak ona sama. Tymczasem ona mają to w wielkim poważaniu… Wszyscy prócz Elizabeth, która aż się trzęsie z furii i zazdrości kiedy widzi Lucię… Ale ona zawsze tak miała… Do licha! Upuściłem mydło, śliskie jest jak węgorz… Co za paskudztwo. Lucia nie umie myśleć o niczym innym… Śniadanie, obiad, podwieczorek, kolacja, tylko jeden temat… Kompleks burmistrza… A nudne to śmiertelnie, ot co… I bez końca wypomina mi, że ja nie mam oficjalnego stanowiska.. Halo, kto tam? Nie, nie możesz wejść, kimkolwiek jesteś.
Kaskada stuknięć w drzwi łazienki. A potem głos Luci:
- Nie, nie chcę wchodzić – powiedziała. – Ale eureka, Jurusiu. Ho trovato: ho ben trovato!
- Co znalazłaś? – krzyknął Juruś siadając prosto w wannie.
- To. Ja. Mój bankiet. Powiem ci przy kolacji. Pospiesz się.
„Pewnie pozwoli mi serwować sery” pomyślał Juruś nadal w ponurym nastroju. „Wcale mi nie spieszno, żeby tego posłuchać.”
Wrócił do sypialni w szlafroku i zielonych marokańskich pantoflach. Kiedy był w kąpieli, przyniesiono dla niego paczkę i Faljambe, pokojówka i lokaj w jednym, położyła ją na jego różowej kołdrze.
„To pewnie mój nowy garnitur” powiedział do siebie. „Przez te wszystkie nerwy zupełnie o nim zapomniałem."
Przeciął sznurki i oto był: marynarka i kamizelka i spodnie z rubinowego aksamitu z guzikami z syntetycznego onyksu, naprawdę wspaniały. Był to urodzinowy prezent Luci dla niego; miał zamówić taki garnitur jaki mu się spodoba, a rachunek miał być wysłany do niej. Nie wiedziała nic więcej, prócz jego słów, że będzie to strój naprawdę niezwykły i całe Tilling oniemieje. Stał oczarowany jego śmiałą urodą.
„A teraz niech pomyślę” medytował. „Jedna z moich plisowanych koszul i czarna muszka i granatowe spinki. I mój różowy podkoszulek. Nikt go nie ujrzy, ale ja będę wiedział, że tam jest. I czerwone skarpetki. A może się nie ośmielę?
Szybko wśliznął się w tę zachwycającą kreację. Pasowała przepięknie z przodu, a on zadzwonił po Foljambe, by oceniła, czy z tyłu jest równie wspaniale. Rozległo się jej mistrzowskie pukanie do drzwi, a on zawołał, żeby weszła.
Foljambe wydała przenikliwy okrzyk.
- Boziu! – powiedziała. – Czy to jakieś przebranie?
- Ani trochę – powiedział Juruś. – Mój nowy garnitur wieczorowy. Czy nie piękny, Foljambe? Dobrze leży na plecach?
- Na to wygląda – powiedziała Foljambe obciągając mu rękaw. – Proszę się wyprostować, sir. – Tak, bardzo ładnie leży. Dałam się zaskoczyć.
- Nie podoba ci się? – zaniepokoił się Juruś.
- Cóż, to tylko lekki szok, sir. Mam nadzieję, że niczego pan na niego nie wyleje, bo oczyścić aksamit z czegoś lepkiego to sztuka, a pan czasami upuszcza jedzenie. Ale zaczynam w nim gustować.
Juruś przeszedł do bawialni naprzeciwko, gdzie nad kominkiem wisiało duże lustro i włączył wszystkie światła. Stanął na krześle, by lepiej się sobie przyjrzeć i obrócił się powoli w jaskrawym świetle. Tak się pławił w swoim narcyzmie, że nie usłyszał, że Lucia wychodzi ze swej sypialni. Drzwi były otwarte na oścież, więc zajrzała przez nie do środka. Na widok rosłego mężczyzny stojącego na krześle tyłem do niej wydała zduszony okrzyk. Zjawisko było niezwykłe. Juruś odwrócił się na dźwięk jej okrzyku.
- Spójrz! – powiedział. – Twój rozkoszny prezent. Czekał na mnie gdy wyszedłem z kąpieli. Czyż nie piękny?
Lucia otrząsnęła się z szoku.
- Dosłownie Wenecjanin – powiedziała. – Prawdziwy Tytan.
- Uważam, że jest zachwycający – powiedział Juruś schodząc z krzesła. – Tilling będzie zachwycone. Dziękuję ci tysiąckrotnie.
- I tysiąc życzeń urodzinowych, Georgino – powiedziała. – Och, i moje odkrycie! Geniusz ze mnie, kochanie. Na moim bankiecie będzie wysoki stół przez całą salę i dwa stoły łączące się z nim w rogach. Ja oczywiście będę siedzieć na środku tego głównego stołu. Goście zostaną usadzeni tylko po jednej stronie stołów. A ty, zupełnie sam, usiądziesz naprzeciwko mnie. Twarzą do mnie. Ani oficjalna pozycja, ani szary koniec. Po prostu mąż pani burmistrz, bliski jej, ale oficjalnie niejako zawieszony w powietrzu.
Z dołu dobiegł wesoły dźwięk dzwoneczków wzywających na kolację. Grosvenor, druga pokojówka, wygrywała dziś na nich bardzo miłą melodyjkę, co świadczyło, że jest zadowolona z życia. Gdy była skwaszona, tworzyła niemiłe, brzękliwe dźwięki.
- To rozwiązuje wszystko! – powiedział Juruś. – Genialne. Ależ jesteś sprytna! Prawdę mówiąc czułem się nieco zraniony na myśl, że mnie z wami nie będzie. Posłuchaj: Grosvenor też się cieszy. Wszyscy jesteśmy zadowoleni.
Podał jej piękne, aksamitne ramię i zeszli na dół.
- I moja szpila z granatem – powiedział. – Prawda, jak pasuj do tego stroju? Muszę starannie utknąć serwetkę. Okropnie byłoby się pochlapać. Bardzo się cieszę na bankiet.
- Tak jak ja, kochanie. To byłby jakiś koszmar, gdyby cię nie było. Muszę jednak godzić uczucia życia prywatnego z etykietą życia publicznego. Musimy być gotowi na rozwiązywanie takich problemów związanych z moją funkcją…
- Ależ dobra ryba – powiedział Juruś starając się odciągnąć ją od odwiecznego tematu.
Na próżno.
- Doskonała, prawda? – odrzekła Lucia. – W czasach królowej Elżbiety, Jurusiu, burmistrz Tilling był odpowiedzialny za zaopatrywanie dworu w ryby. Dwa razy w tygodniu wysyłano do Londynu karawanę jucznych mułów. Ależ byłoby wspaniale, gdyby zdołała przywrócić ten zwyczaj! To byłby impuls dla tutejszych rybaków.
- Dwór musiał gustować w zgniłych rybach – rzekł Juruś. – Nie miałbym ochoty na witlinka przywiezionego do Londynu na mule w upale, ani w chłodzie też, prawdę mówiąc.
- Och, nie miałam zamiaru wracać do mułów – powiedziała Lucia – choć to musiało być bardzo malownicze – załadunek na brzegu rzeki i muły wyruszające z królewską misją. Teraz skorzystalibyśmy z kolei. Ciekawe, czy to byłoby możliwe. Ekspres „Ryba dla Króla.”
- Chcesz wysyłać specjalny pociąg pełen soli i homarów dwa razy w tygodniu do Pałacu Buckingham lub Royal Lodge? - zapytał.
- Wystarczyłby samochód – chłodnia. Śmiem twierdzić, że gdybym przeszukała archiwa, odkryłabym, że Tilling miało monopol na zaopatrzenie królewskich stołów i że to prawo nigdy nie zostało zniesione. Jeśli tak, to pomyślałbym o petycji do króla: „Wierni poddani Waszej Królewskiej Mości z Tilling pokornie proszą o przywrócenie im tego przywileju”. Albo może najpierw jakieś wstępne zapytania od dyrektorów Southern Railway. Ależ prestiż. A stały popyt byłby cudowną rzeczą dla przemysłu rybnego.
- Zapotrzebowanie jest już wystarczające – powiedział Juruś. - I tak nie ma tu zbyt wiele ryb nawet dla nas.
- Jurusiu! Gdzie twój zmysł ekonomiczny? Popyt zawsze zwiększa podaż. Zbudowałoby się więcej kutrów, więcej ludzi wyruszyłoby na morze. Zmniejszyłoby się bezrobocie. Pomyśl o kwitnącym rynku w Yarmouth. Jak bardzo chciałabym przenieść część z tego do naszego Tilling! Nie mogę o tym zapomnieć wśród tych wszystkich planów, które tak nieustannie snuję… Ale ale, dzień był pracowity: odprężmy się trochę i pograjmy w pokoju ogrodowym.
Wstała, a jej głos nabrał nonszalanckiej lekkości.
- Widziałam dzisiaj – powiedziała – w jednym z moich starych oprawionych wolumenów z duetami aranżacji Bachantki Głazunowa na cztery ręce. Atrakcyjnie wygląda. Możemy go przećwiczyć.
Juruś też to widział, tydzień temu, a choć większość nut Luci była mu znajoma, był pewien, że tego utworu nigdy nie ćwiczyli. Przeziębił się mocno i nie mogąc przez dzień czy dwa wyjść na swój zwykły spacer, kilkakrotnie przegrywał partię basową, gdy Lucia się gimnastykowała: kiedyś mogło się przydać. Tego samego popołudnia, krzątając się w ogrodzie, usłyszał długi, cichy dźwięk i słusznie domyślił się, że Lucia w tajemnicy ćwiczy partię sopranową… Wyszli do pokoju ogrodowego, a Lucia znalazła Bachantkę. Jego nowy garnitur sprawił, że poczuł się bardzo życzliwie usposobiony.
- W takim razie musisz zagrać sopran – powiedział. - Nigdy bym tego nie odczytał.
- Aleś ty leniwy, mój drogi – powiedziała, siadając natychmiast do fortepianu. – Cóż, próbuj jeśli nalegasz, ale nie wolno ci na mnie krzyczeć jeśli narobię bałaganu.
Wyszło przepięknie. Przez głowy obojga przebiegały dziwne myśli. „Dlaczego ona jest taką hipokrytką?” zastanawiał się on. „Połowę popołudnia to ćwiczyła”… Jednocześnie Lucia mówiła sobie: „Juruś nie może tego grać po raz pierwszy. Musiał to wcześniej ćwiczyć.” Na koniec pogratulowali sobie nawzajem: każde pomyślało, że to drugie zagrało zadziwiająco dobrze. Potem przyszła pora snu. Posłała mu całusa zamykając drzwi sypialni, a Juruś okręcił się kilkakrotnie przed lustrem w sypialni nim zdjął z siebie nowy garnitur. Dzięki ujmującej wymianie uczuć Lucia miała barwne sny o morzu w kolorze rubinowego aksamitu, a Juruś o nowym liniowcu Cundara, Queen Mary, osiadającym na dnie rzeki na monstrualnej ławicy witlinków i homarów.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Pią 21 Lis, 2025 09:33

:rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: zaczyna się odkrywanie prawdziwych charakterów, ciekawe, kiedy nastąpi rozwód :twisted: Juruś w rubinowym aksamicie :paddotylu: :mrgreen:
Trzykrotka - Pią 21 Lis, 2025 23:19

Słabość Jurusia do pięknych strojów jest urocza - jak on się musiał krygować przed lustrem! :rotfl: I ta Foljambe ostrzegająca, żeby uważał przy jedzeniu... Kocham ich po prostu.


W nocy nadszedł pierwszy jesienny przymrozek, choć nie na tyle mocny by zmrozić wspaniałe dalie Luci w ogrodzie, a wkrótce zniknął. Trawnik pokrywała perłowa rosa gdy ona i Juruś spotkali się przy śniadaniu, a dachy Tilling lśniły pogodnie w porannym słońcu. Lucia już zawczasu zatrudniła piszącą na maszynie i stenografującą sekretarkę, by przyzwyczaić się do nowych obowiązków, nim zacznie napływać lawina oficjalnej poczty burmistrza, ale dziś poczta przyniosła jedynie trochę ulotek, które od razy wylądowały w koszu na papiery. Nie można było jednak pozostawić pani Simpson zupełnie bez zajęcia, więc przed wyruszeniem na poranne zakupy Lucia podyktowała jej zaproszenia dla pani Bartlett i padre, dla Susan i pana Wyse, dla Elizabeth Mapp-Flint i majora Benjy’ego na kolację i brydża na następny dzień. Po powrocie miała napisać inwokacje i złożyć podpisy, przepraszając za każdym razem, że nawał pracy nie pozwolił jej napisać całego listu odręcznie.
- Jurusiu, muszę nauczyć się pisania na maszynie – powiedziała, gdy wyruszyli. – Widzę oczyma wyobraźni jakiś miejski kryzys, który może pochłonąć panią Simpson, przy całej jej pracowitości. Albo, jest przecież urządzenie zwane dyktafonem?... Jak rozkosznie ciepłe jest słonce! Kiedy wrócimy, muszę namalować moje dalie w giardino segreto. Każda noc może je zmrozić i poczernić, a ja żałowałabym wtedy, że ich nie utrwaliłam. Ecco, Irene macha do nas przez okno. Chodzi o ten jej fresk, jak przypuszczam.
Irene Coles wyskoczyła na ulicę.
- Luciu, moja ukochana – krzyknęła. – Co za okrucieństwo! Ten parszywy Wydział Geodezji Miejskiej odmawia zatwierdzenia mojego projektu fresku przedstawiającego Wenus wyłaniającą się z morza. Wejdźcie do mojej pracowni i spójrzcie na szkic, który mi odesłali. Goci, Wandalowie i pani Grundy w jednym!
Szkic był uderzający. Naga, dobrze odżywiona, o skórze barwy ochry, pokryta zielonymi cieniami, balansowała na muszli ostrygi, podczas gdy bokser, symbolizujący wiatr i rozciągnięty na niebie, niósł ją z nadętymi policzkami w górę rzeki w kierunku czerwonego miasta nad brzegiem, które prezentowało Tilling z prerafaelicką wiernością.
- Ojej! Całkiem botticellowski! – powiedziała Lucia.
- Co? – wrzasnęła Irene. – Kochanie, jak możesz porównywać moją wielką, biuściastą Wenus godną matki bohaterów z tą anemiczną niunią Botticellego? Wiesz, jakie pokolenie wyrośnie nam tu w Tilling gdy moja Wenus dobije do lądu?
- Tak. No właśnie. Taka pełna energii! Taka alegoryczna! - powiedziała Lucia. - Ale, Irene kochana, czy chcesz, żeby wszyscy o tym myśleli, kiedy będą szli ulicą?
- Czemu nie? Czy jest coś szlachetniejszego niż macierzyństwo? – zapytała Irene.
- Nic! Nic! - zapewniła ją Lucia. - Dla szpitala położniczego…
Irena wzięła szkic i przedarła go.
- Wiem, co zrobię – powiedziała. – Przemaluję moją wspaniałą helleńską boginię na wiktoriańską matkę. Ubiorę ją w tartanowy szal i spódnicę i czepek z kokardą pod brodą i buty na guziki i dam jej parasol. Dam mojemu pożądliwemu Wiatrowi z Południa surdut i melonik i poślę znów szkic do tego cholernego departamentu z pytaniem, czy usunęłam wszystkie niepożądane elementy. Jurusiu, kiedy następnym razem przyjdziesz w odwiedziny, nie będziesz musiał się rumienić.
- Ani razu się nie zarumieniłem! – powiedział oburzony Juruś. – Jak możesz wygadywać takie głupstwa?
- Kochana Irene jest tak pełna wigoru! – powiedziała Lucia gdy wracali na ulicę. – Czysty ozon! Czuję się przy niej, jakbym stała na wietrze i tylko się zastanawiam, czy włosy mi się nie potargały. Ale przy odrobinie taktu można ją utemperować… Ach! Diva stoi w oknie. Możemy wpaść do niej na minutkę, a ja powiem jej, co ustaliłam odnośnie otwarcia jej kawiarni… Uważaj, Jurusiu! Royce Susan pędzi prosto na nas.
Wielki samochód pani Wyse, skręcając w High Stret, przejechał dokładnie między nimi a domem Divy. Susan opuściła okno i w miejscu szyby pokazała się jej duża, okrągła twarz. Jak zawsze miała na sobie ciężkie sobolowe futro, ale kapelusz był całkiem nowy, a na jego boku, zamiast kokardy, umieszczono trofeum z piórek w kolorze niebieskim, żółtym i zielonym, coś jak skrzydła, ogon i pierś małego ptaszka.
- Mogę cię podwieźć, kochana? – zapytała żałośnie. – Jadę na zakupy na High Street. Pana też, panie Jurusiu, oczywiście, jeśli nie ma pan nic przeciwko siedzeniu z przodu.
- Wielkie dzięki, kochana Susan – odpowiedziała Lucia – ale nie warto, bo już jesteśmy an High Street.
Susan skinęła smutno głową, podciągnęła okno i dała znać szoferowi, by ruszał. Po dziesięciu metrach dotarła do sklepu spożywczego i samochód znów się zatrzymał.
- Jurusiu, przypięła sobie do kapelusza szczątki papużki falistej – rzekła Lucia podekscytowanym szeptem gdy przechodzili przez ulicę. – Tak, Divo, wpadniemy na minutkę.
- Nosi ją – powiedziała Diva telegraficznym stylem gdy otwarła im drzwi – na kapeluszu.
- A więc to prawda, Divo? Spytała Lucia. – Usiadła na swojej papużce?
- O tak. U niej na herbacie. Klatka otwarta. Papużka falista fruwająca po pokoju. Nieporządny ptak. Nagle Susan powiedziała: „Ćwir, ćwir. Gdzie mój niebieski ptaszek?”. Ani śladu. „Wszystko w porządku” powiedziała Susan. „W pianinie albo gdzieś indziej.” Więc dopiłyśmy herbatę. Susan wstała i zobaczyłam niebieskiego ptaszka. Martwego i płaskiego jak naleśnik. Natychmiast wyszłam.
- Bardzo taktownie - powiedział Juruś. - Ale na kapeluszu nie było łebka, jestem prawie pewien.
- Pewnie go wypchała. Dołoży później między skrzydła. Jak ten nowy garnitur, panie Jurusiu?
- Gdzie na miłość boską pani o nim słyszała? – zapytał zaskoczony Juruś. Nowiny w Tilling rozchodziły się jak ogień po prerii. Dopiero co, wczoraj wieczorem, podczas kolacji w domowym gronie, nosił po raz pierwszy rubinowy aksamit, a już, dość wczesnym rankiem następnego dnia, Diva o nim wiedziała. Naprawdę, w Tilling znano nawet sprawy, które się jeszcze nie wydarzyły.
- Moja Janet nadawała list o dwudziestej drugiej – powiedziała Diva. – Foljambe też nadawała list. Pogawędziły sobie. Jest naprawdę czerwony?
- Sama się pani przekona – powiedział Juruś, bardzo zadowolony, że jego garnitur już robi sensację. – Już niedługo.
Cała ta rozmowa odbywała się na progu Divy.
- Wejdźcie na chwilę – powiedziała. – Chciałam się was poradzić na temat mojego salonu zanim zamienię go w kawiarnię. Usunę te dwa duże stoły i wstawię sześć mniejszych, po cztery osoby przy każdym. Na tyłach jest pokoik pełen rzeczy, których trudno się pozbyć. Klatki dla ptaków. Połamane kubełki na węgiel. Stare podkowy. Teraz je powyrzucam, jako że nie szykuje się żadna wyprzedaż. Przestawię tę dużą szafę pod ścianę i dodam stoliki karciane. Może w deszczowe dni po herbacie ludzie będą chcieli zagrać roberka lub dwa. Ja zawsze jestem chętna służyć za czwartą jeśli będzie trzeba. Prawda, ze przytulnie?
- Naprawdę bardzo przytulnie – powiedziała Lucia. Ale czy możesz udostępniać miejsce na hazard nie obawiając się najazdu policji?
- Nie widzę przeciwwskazań – powiedziała Diva. – Mogę tu położyć szachy i warcaby i co stoi na przeszkodzie, żeby ludzie w nie grali? Dlaczego nie karty? A ty przyjdziesz w swojej todze, w dzień mianowania, żeby otworzyć moją kawiarnię?
- Moja droga, to raczej niemożliwe – powiedziała Lucia stanowczo. – Jak już mówiłam Jurusiowi, musiałabym przybyć w towarzystwie radnych, jak na jaką wielką publiczną uroczystość. Ale przyjdę jako pani Pilson i wszyscy powiedzą, że burmistrz poprowadziła ceremonię otwarcia. Ale oficjalnie muszę być incognita.
- To już coś – rzekła Diva. – A mogę wywiesić kilka plakatów w informacją, że lokal otworzy pani Pillson?
- Co do tego nie mam zastrzeżeń – powiedziała Lucia serdecznie. – To nie naruszy mojego incognita. Tylko u góry duże litery „Ye Olde Tea-House” i – jeśli uznasz, że moje nazwisko pomoże, to znowu duże litery i napis „Pani Pillson” lub „Pani Pillson z Mallards.” Tak. Jeszcze jakieś wieści? Słyszałam, że Paddy nie ma świerzbu.
- Chyba nic nowego… A tak, Elizabeth była tu dopiero co i pytała, kto będzie twoją burmistrzynią.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Trzykrotka - Sob 22 Lis, 2025 18:33

- Moją burmistrzynią? – spytała Lucia. – Przecież to ja jestem i jednym i drugim.
- Ja tam się nie znam – powiedziała Diva. – Ale ona mówi, że każdy burmistrz ma burmistrzynię.
- Biedna Elizabeth, jej zawsze wszystko się miesza. Och, Divo, czy mogłabyś… nie nic, ja też jestem w rozsypce. Do widzenia, kochana. Przytulnie nad podziw. A więc otwarcie za miesiąc od dziś. Jurusiu, przypomnij mi żebym to zapisała.
Lucia z mężem przeszli przez ulicę.
- W ostatniej chwili! – powiedziała. – Właśnie miałam zaprosić Divę na obiad i brydża jutro, bo zapomniałam, że zaprosiłam Bartletów i Wyse’ów i Mapp-Flintów. Wiesz co, nasz zwyczaj zapraszania małżeństw razem jest dość wiktoriański. Postarza nas. Powinnam zrobić w nim wyłom kiedy tylko ten pierwszy straszny tydzień urzędowania się skończy. Jeśli będziemy zapraszać tylko pary, single jak Diva zostaną wykluczeni.
- Ja też, jeśli inni to zrobią – powiedział Juruś. – Patrz, prawie dogoniliśmy Susan. Idzie na pocztę.
Gdy Susan, kilka jardów przed nimi, wysiadała z Royce’a z ciężkim tąpnięciem, otwarła się głową o wewnętrzną część drzwiczek, a papuzie skrzydełko o jasnych piórkach, niezbyt mocno przymocowane, upadło na chodnik. Nie zauważyła swojej straty i weszła do urzędu. Juruś podniósł tę garść piórek.
- Lepiej włóż to do samochodu, na tylne siedzenie – wyszeptała Lucia. – Oddawanie jej tego publiczni będzie nietaktowne. Zobaczy je gdy wsiądzie.
- Może znowu na nim usiąść – szepnął Juruś.
- Połóż na tym dalszym siedzeniu, nie przeoczy go.
Ułożył je starannie w środku i ruszyli dalej.
- Zawsze z radością wymyślam te małe, drobne gesty uprzejmości – powiedziała Lucia. – Najpierw drobiarz, Jurusiu. Jeśli goście przyjmą zaproszenia na jutro, lepiej od razu zamówię dwie pary kuropatw.
- Pychota – powiedział Juruś – ale co z prostym życiem? Ach, już wiem: dopiero kiedy już zostaniesz burmistrzem… Dzień dobry, padre.
Wielebny Kenneth Bartlett wyszedł właśnie ze sklepu przed nimi. Zawsze przemawiał on mieszaniną udawanej szkockiej i niby-elżbietańskiej angielszczyzny. Początkowo miała być to zabawne urozmaicenie, lecz wkrótce przeszło w nawyk i póki nie porwała go rozmowa, rzadko wypowiadał się po ludzku.
- Dobry dzionek, wielce czcigodna damo – powiedział. – Dobrze cię widzieć, bo wszystkich ciekawość tu spiera, kogóż to obierzesz na swoją burmistrzynię?
- Już drugi raz tego ranka zadano mi to pytanie – powiedziała Lucia. – Nie mam oficjalnej informacji, że mam mieć burmistrzynię.
- Ano, jeszcze pora wczesna. Jeszcze miesiączek nim mus będzie ją mieć. Ale prawo stanowi: burmistrza i burmistrzynię mieć będziesz. Tak żem sobie myślał…
Zniżył głos do szeptu.
- Jest ci tu ta moja pomocnica – powiedział. – Nie żeby była jakaś gadka o tem między nami. Ale dziś rano rzuciła uwagę: „Ciekawe, kogo też mistress Pillson wybierze na burmistrzynię”, a ja rzekłem że nie wiem i na tym stanęło.
- Bardzo rozsądnie – powiedziała Lucia zachęcająco.
Język padre niemal się zanglicyzował.
- Ale wpadłem na pomysł, że moja Evie mogłaby pani pomóc w każdy możliwy sposób. Będzie cię informować o wszystkich sprawach kościelnych, które, jak wiem, leżą ci na sercu, o szkółkach niedzielnych i tak dalej. Pamiętajmyż o tym. Nie obiecuję, że się zgodzi, ale myślę, że to prawdopodobne, choć nie chciałbym łudzić się złudnymi nadziejami. Oczywiście, wszystko poufne; może będę musiał się wycofać.
Rozejrzał się jakby brał udział w jakimś mrocznym spisku i odszedł.
- Jurusiu, ciekawe, czy jest w tym jakieś ziarno prawdy – powiedziała Lucia. - Oczywiście, nic na świecie nie przekona mnie, żeby biedna, kochana Evie została burmistrzynią. Równie dobrze mogłabym wybrać mysz. O, jest major Benjy: zaraz mnie zapyta, kto ma być moją burmistrzynią. Szybko, do drobiarni.
Pospieszyli do sklepu. Pan Rice ukłonił się jej nisko.
- Dzień dobry, pani burmistrz… zaczął.
- Jeszcze nie, panie Rice – powiedziała Lucia. – Jeszcze przez miesiąc nie. Kuropatwy. Będę chyba potrzebowała dwóch par kuropatw na jutrzejszy wieczór.
- Mam kilka młodych, pierwszorzędnych ptaków, burmis… proszę pani – odrzekł pan Rice.
- Bardzo dobrze. Proszę zatrzymać dla mnie cztery. Od razu jutro z rana dam panu znać, czy ich potrzebuję.
- Zaklepane, proszę pani – odpowiedział pan Rice z zapałem.
Lucia ostrożnie wyjrzała ze sklepu. Major Benjy ewidentnie zauważył, że czmychnęli przed nim i teraz roztargnionym wzrokiem przyglądał się grzejnikom elektrycznym w na wystawie sklepu obok. Gdy zobaczył, że wychyla się i rozgląda, wykonał w jej stronę wojskowy salut.
- Dzień dobry – powiedział serdecznie. – Prawda, jaki piękny dzień? Październik to mój ulubiony miesiąc. Spokojny październik, co? Zastanawiałem się tak sobie spacerując, pani Pillson, czy wybrała już pani szczęśliwą damę, która będzie miała zaszczyt zostać pani burmistrzynią.
- Dzień dobry, majorze. Co za przypadek, ktoś inny zadał mi to samo pytanie przed chwilą.
- Ha! Stawiam pięć na jednego, że wiem, kto to był. Zamieniłem właśnie kilka słów z padre i temat wypłynął na tapis, jak to mówią we Francji. Ciekawe, że on w ogóle mógł pomyśleć, że ta jego mała, cicha żonka… - ale to byłoby naprawdę niedorzeczne…
- Nic jeszcze nie ustaliłam – powiedziała Lucia. – Ostatnio jestem zawalona pracą. Na pewno poświęcę temu uwagę. U Elizabeth wszystko dobrze? To świetnie.
I czym prędzej odeszła z Jurusiem.
- Kwestia burmistrzyni wisi w powietrzu jak grypa, Jurusiu – powiedziała. - Muszę zadzwonić do ratusza, jak tylko wrócimy i dowiedzieć się, czy muszę ją mieć. Nie widzę takiej potrzeby. Susan Wyse znów macha.
Susan opuściła szybę w samochodzie.
- Właśnie wracam do domu – powiedziała. - Podwieźć cię na górę?
- Nie, sto razy dziękuję – powiedziała Lucia. - To tylko sto jardów.
Susan ze smutkiem pokręciła głową.
- Nie przesadzaj, kochanie – powiedziała. -W drodze przez życie, musimy uważać na wzgórza.
- Ta sprawa burmistrzyni mnie martwi, Jurusiu – powiedziała Lucia gdy Susan odjechała. – Jeśli to prawda i muszę ją mieć, to kogo na miłość boską mam wybrać? Nikt o kim myślę się nie nadaje. Wiesz, wydaje mi się, że major Benjy zasadził się na nas, bym mi zarekomendować Elizabeth.
- Niemożliwe! – zawołał Juruś. – Równie dobrze ja mogę zarekomendować ci Foljambe.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Sob 22 Lis, 2025 20:00

Noooo, uroki urzędowania się zaczynają :twisted: :twisted: :twisted: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: kto to w ogóle ma być, ta burmistrzyni :mysle: ? rozpłaszczona papużka i piórka na kapeluszu :serce: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Taaak , Juruś lubi się stroić - i dlaczego nie :serce: ?

Nie zdziwiłabym się , gdyby to Juruś ostatecznie został burmistrzynią :-P

Trzykrotka - Nie 23 Lis, 2025 13:54

Papużka jeszcze nam namiesza w Tilling :mrgreen:
Wiesz, ja też się zastanawiałam, po co ta burmistrzyni i dlaczego Juruś nie mógłby z urzędu dostać tej pozycji. Coś jak oficjalna żona pomagająca przy przyjmowaniu gosci? Nie mam pojęcia.
Z powodu "burmistrzyni" miała problem z nazewnictwem. Od czasu objęcia urzędu do Luci zwracają się przez "wasza łaskawość," czy jakoś tak. Sprawdzałam, ale w Polsce burmistrz nie ma przypisanej żadnej łaskawości, wysokości, miłości. Uznałam, że tak to zostawię i Lucię nazywam po prostu burmistrzem lub panią burmistrz, skoro będzie jeszcze burmistrzyni. Jej wybór też narobi sporo zamieszania w Tilling i będzie miał pewne - hmmm :lol: - artystyczne konsekwencje.

Tamara - Pon 24 Lis, 2025 09:28

Irene :excited: :excited: :excited: ??? Ale by było :rotfl: :rotfl: :rotfl:
No właśnie, co to za funkcja, bo mam wrażenie że to coś jakby zastępca czy wice, bo jest wspomniane o jej obowiązkach w urzędzie i wszyscy mówią o wyborze kobiety na to stanowisko, więc chyba jednak nie coś w rodzaju pierwszej damy, a formalne urzędowe stanowisko. Może sekretarka czy co ?

A będzie następna papużka czy nadal ta sama, rozplaskacona jak orzechy Jagienki :-P ?

Trzykrotka - Pon 24 Lis, 2025 11:32

Papużka - tego się nie spodziewasz, jakie przygody przeżyje po śmierci pod rozłożystą sempietrną swojej pani :mrgreen:
Burmistrzyni to chyba właśnie coś jak pierwsza dama - w książce do końca jej funkcje nie zostały wyjaśnione. Pamiętam tylko autentyczną opowieść z czasów, kiedy to premierem któregoś z państw europejskich został pan, który miał męża. I to właśnie ten mąż na jakimś bankiecie zabawiał inne premierowe - podobno wykazał się dogłębną wiedzą o zastawie stołowej, obrusach itd i podobno panie były zachwycone. Podejrzewam że o kogoś takiego chodziło i nadal widzę w tej roli Jurusia.

Tamara - Pon 24 Lis, 2025 16:43

Juruś byłby absolutnie idealny :serce: :serce: :serce: :serce: - przecież o robótkach, modzie, sztukach wszelkich , zastawie stołowej i wszystkim, co uprzyjemnia życie, dom i ogród wie więcej niż ktokolwiek w Tilling, nawet więcej niż Lucia, bo jej, przyznajmy szczerze, chodzi głównie o efekciarstwo a nie prawdziwy komfort i luksus, tutaj znawcą jest Juruś :serce: :serduszkate:
Trzykrotka - Pon 24 Lis, 2025 18:43

Otóż to! Ale widać to jeszcze zbyt nowoczesne, taka zamiana ról, więc Juruś nawet nie staje do konkursu :-D Za to panie stają w szranki


Rozdział drugi

Po powrocie do Mallards Lucia odkryła, że pani Simpson wykonała żmudne zadanie przepisania na maszynie trzech identycznych zaproszeń na kolację na następny dzień dla pani Wyse, pani Bartlett i pani Mapp-Flint z mężami. Dopełniła je nagłówkami: „Najdroższa Susan, Evie i Elizabeth” i dodała wyrazy najczystszej sympatii. Choć Lucia łamała sobie głowę, nie mogła wymyślić żadnego innego zadania dla swojej sekretarki, więc pani Simpson wzięła te listy i wręczyła je adresatom osobiście, oszczędzając w ten sposób czas i koszty wysyłki.
- A czy jutro mogłaby pani być tu o dziewiątej trzydzieści? - zapytała Lucia - zamiast o dziesiątej, na wypadek gdyby praca zaczęła dawać się we znaki? Sprawy wyrastają tak nagle, że nie wypada popadać w zaległości.
Lucia spojrzała na swój terminarz. Jego czyste, białe strony upewniły ją, że na razie niczego nie ma w planach.
- Marzę o kilku dniach spokoju, kochanie – powiedziała do Jurusia. – Wzięłabym sobie małe wakacje na malowanie, muzykę, czytanie. Kiedy zacznie się urzędowanie, niewiele będzie czasu na takie zajęcia. Jednak nie daje mi spokoju myśl, że jest coś, co domaga się mojej pilnej uwagi. A tak! Muszę się dowiedzieć, czy mam wyznaczyć burmistrzynię. I muszę kazać doprowadzić telefon do pokoju ogrodowego, by sobie zaoszczędzić biegania w tę i z powrotem gdy ktoś dzwoni.
Lucia weszła do środka i zadzwoniła do urzędnika w ratuszu. Tak: był pewien, że każdy burmistrz ma swoją burmistrzynię, którą burmistrz zapraszał na to stanowisko. Zmarszczyła brwi i zwróciła się do Jurusia.
- Tak, to prawda” – powiedziała. - Będę musiała znaleźć jakąś zdolną i uprzejmą kobietę, z którą będę mogła harmonijnie współpracować. Ale kogo?
Metaliczny brzęk klapki skrzynki pocztowej w drzwiach wejściowych sprawił, że wyjrzała przez okno. Diva szybko odchodziła swoim żwawym, ptasim krokiem. Lucia otworzyła zostawiony list i przeczytała go. Choć Diva była telegraficzna w rozmowie, jej styl epistolarny był płynny.

NAJDROŻSZA LUCIU,
Nie miałam śmiałości dzisiaj o tym z tobą rozmawiać, bo lepiej wszystko napisać, nie uważasz, kiedy trudno jest znaleźć właściwe słowa i użyć ich kiedy potrzebne, więc tym sposobem zawiadamiam cię, że jestem do twojej dyspozycji i będę [uwaga: brak wiersza w zeskanowanej kopii] o wiele dłużej w Tilling niż ty, kochana, że może będę mogła być ci użyteczna w pełnieniu funkcji obowiązków. Nie żeby prosiła cię o wybranie mnie na burmistrzynię, bo sama o takich rzeczach myśleć nie mogę. Żadnych nacisków!
Chcę więc tylko powiedzieć, że jestem do twoich usług, choć możesz czuć się trochę niepewnie prosząc mnie o pomoc, bo niezręcznie byłoby mi odmówić jako takiej starej przyjaciółce, gdybym sama nie miała na to ochoty. Ale ja po prostu z ochotą ci pomogę, niezależnie od mojej powinności jako przyjaciółki.
Twoja oddana
DIVA.


- Biedna, kochana, niedorzeczna, mała Diva! – powiedziała Lucia wręczając Jurusiowi tę naiwną epistołę. – Taka ambitna i taka żałosna! A teraz szybko muszę namalować moje dalie. Nie dam sobie już zakłócić tego poranka żadnymi sprawami publicznymi. Potrzebuję czasu dla siebie… A to co znowu?
Kolejny metaliczny brzęk skrzynki pocztowej i Lucia, którą ciekawość zżerała, znowu zerknęła z kąta okna i zobaczyła pana Wyse z jego laską z malakki i panamą na głowie i w czarnym welwetowym płaszczu, oddalającego się szybkim krokiem.
- Podejrzewam, że to odpowiedź na zaproszenie na jutro – powiedziała. – Susan pewnie po stracie papużki nie jest w nastroju do pisania. Rano była taka… przemoczona i poobijana, nie sądzisz? Jak kartonowe pudełko, które za długo stało na deszczu. Zwiotczała. Bezsilna.
Czyniąc te krzepiące uwagi, Lucia wyjmowała list pana Wyse ze skrzynki. Przebiegła go szybko wzrokiem, a jej usta otwierały się coraz szerzej.
- Posłuchaj Jurusiu! – powiedziała.

DROGA I ŁASKAWA PANI BURMISTRZ-ELEKT,
Doszły mnie słuchu (ploteczki szanownych Dam), że w nadchodzącym roku, w którym to z takim poświęceniem własnej wygody zgodziłaś się Pani pełnić najważniejszy urząd jakim nasze drogie małe Tilling może się chlubić, oddając sobie tym samym o wiele większy hołd niż tobie, będziesz potrzebowała asystentki, która pomoże ci udźwignąć nowe, wymagające obowiązki. Po małych, niemal nieświadomych objawach, niewielkich mimowolnych znakach, które zauważam u mojej drogiej Susan sądzę, że mogę śmiało zachęcić cię, Pani do powzięcia nadziei, że być może uda się ją namówić do uhonorowania siebie i ciebie przez podjęcie się tego trudnego stanowiska, które, jak słyszałem, jest jeszcze nie obsadzone. Nie zamieniłem z nią ani słowa na ten temat. Nie jest też ona świadoma, że do Pani piszę. Jak Pani wie, przeżywa ona ciężką żałobę po stracie swego małego, skrzydlatego towarzysza. Odważyłem się jednak powiedzieć jej: „Carissima sposa, musisz się podźwignąć. Nie możesz pozwolić, by martwy ptak, choćby i najdroższy twemu sercu, stanął między tobą, a powinnościami i szansami, jakie życie może teraz ci podsuwać.” A ona odrzekła (czy odgadła cel mojej przemowy, tego nie wiem) „Postaram się, Algernonie.” To dobrze wróży na przyszłość.
O wyróżnieniu, które czyni ją tak odpowiednią na stanowisko burmistrzyni nie muszę mówić, bo doskonale zna Pani jej charakter. Przypomnę jednak, że sam nasz nieżyjący już, ukochany Władca nadał jej insygnia Orderu Członka Imperium Brytyjskiego, a zatem wniesie ona do swojego nowego urzędu prestiż, jakiego nie dostąpi żadna z skądinąd szacownych dam z Tilling. W tym bolesnym rozdźwięku, jaki panuje obecnie między królestwami Anglii i Włoch, fakt, że droga Susan jest bratową mojej drogiej siostry Amelii, hrabiny di Faraglione, mógłby pomóc w załagodzeniu różnic między krajami. Podsumowując, droga Pani, nie sądzę, aby mogła Pani zrobić lepiej niż zaproponować mojej Susan stanowisko, do którego jej wybitne zasługi i zdolności tak znakomicie ją predystynują i może Pani być pewna, że wykorzystam swój wpływ, aby ją do niego nakłonić.
A rivederci, illustrissima Signora, ed anche presto!1
ALGERNON WYSE.
P.S.: Jestem dostępny w każdej chwili do spotkania z Panią
P.P.S.: Otwieram kopertę, aby dodać, że Susan właśnie otrzymała Twoje serdeczne zaproszenie na jutro; oboje będziemy zaszczyceni możliwością przyjęcia.



Lucia i Juruś spojrzeli na siebie w ciszy przeczytawszy tę wytworną epistołę.
- Pięknie wyrażona, muszę przyznać – powiedziała ona. – Och, Jurusiu, to straszna odpowiedzialność, mieć w rękach tak kluczowy patronat! Moim zadaniem jest dać komuś nie tylko honor, ale i możliwość czynienia dobra najwyższego rodzaju. Jedno moje słowo i Susan będzie moją burmistrzynią. Ale dobra Susan nie ma za grosz energii, której ja zdecydowanie szukam w kandydatkach. Nie mogłabym polegać na jej osądzie.
- Nakłoniła Algernona do napisania tej pięknej epistoły – powiedział Juruś. – Jak one wszystkie walczą, by być burmistrzynią!
- Ani trochę mnie to nie dziwi, kochany – powiedziała Lucia z godnością. – Nie wątpię, że i Eve wysłała padre żeby ją zarekomendował…
- A Diva zarekomendowała siebie samą – zauważył Juruś – bo nie ma nikogo, kto mógłby zrobić to dla niej.
- A major Benjy z pewnością powiedziałby słówko za Elizabeth gdybym mu nie przerwała – powiedziała Lucia. – Bardzo brzydkie to, biedactwa, współczuję ich ambicjom, które same w sobie są szlachetne. Muszę napisać dwa bardzo taktowne listy do Divy i pana Wyse’a, zanim pani Simpson jutro się zjawi. Jak dobrze, że kazałam jej przyjść o wpół do dziesiątej. Ale na razie wyrzucę to wszystko z głowy i poszukam godziny spokoju z moim pudełkiem z farbami i moimi belli fiori. Co zamierzasz robić do obiadu?
- Mam dziś dzień czyszczenia moich bibelotów – powiedział Juruś. - Ależ to wszystko pędzi!
Juruś poszedł do salonu i zabrał się do pracy. Wkrótce zdawało mu się, że słyszy kolejny metaliczny brzęk skrzynki pocztowej, a spiesząc do okna, zobaczył majora Benjy’ego szybko odchodzącego od drzwi.
„To będzie pewnie kolejny formalny wniosek”, powiedział sobie i zszedł na dół, trzymając w ręku myjkę. W skrzynce pocztowej leżał list, ale ku jego zaskoczeniu był on zaadresowany nie do Luci, a do niego. Brzmiał tak:

MÓJ DROGI PILLSON,
Moja żona otrzymała właśnie jak najuprzejmiejsze zaproszenie od Jej Łaskawości na kolację chez vous na jutro. I tak miałem do ciebie pisać, więc moja prosi mnie żeby powiedzieć, że będziemy zachwyceni. A teraz, mój drogi staruszku (jeśli nie masz nic przeciwko, że tak cię nazywam), mam ci coś do powiedzenia. Zawsze najlepiej być szczerym i otwartym, prawda? Przynajmniej takie jest moje doświadczenie z dwudziestu pięciu lat służby w armii królewskiej (niech Bóg go błogosławi). Posłuchaj. Re Mayoress. Dla twojej żony będzie to ogromny atut dla sukcesu na najważniejszym stanowisku, jeśli uda jej się znaleźć mądrą i zrównoważoną kobietę, która będzie jej pomagać. Kobietę o władczym charakterze, na tyle wielkoduszną, by ignorować drobne zamieszanie i niepokoje związane z jej stanowiskiem, a przede wszystkim taktowną i nigdy nie tracącą dobrego humoru. Niektórzy z naszych wspólnych znajomych – nie wymienię nazwisk – są aż nazbyt skłonni do intryg, knucia i plotek. Mogę wskazać tylko jedną osobę, która jest całkowicie wolna od takich wad, a mianowicie moją drogą Elizabeth. Nie mogę ręczyć za to, że przyjmie to stanowisko. To wiele wymagać od każdej kobiety, ale moim zdaniem, gdyby Twoja żona zwróciła się do Elizabeth w odpowiednim duchu, jasno dając jej do zrozumienia, jak nieocenioną pomocą byłaby dla niej (burmistrza) ona (Elizabeth), myślę, że moglibyśmy liczyć na przychylną odpowiedź. Może jutro wieczorem mógłbym z Tobą porozmawiać na osobności.
Z poważaniem,
BENJAMIN MAPP-FLINT (Major)


Juruś ze swoją skórzaną szmatką w dłoni pospieszył do giardino segreto w którym Lucia szkicowała dalie. Wyciągnął list w jej stronę, ale ona ledwo odwróciła głowę.
- Nie musisz mi mówić, kochanie, to list jest w imieniu kolejnej kandydatki. Elizabeth Mapp-Flint, jak mniemam. Przeczytaj mi go, kiedy będę rysować. Takie wykwintne kształty: nie przyglądamy się kwiatom wystarczająco uważnie.
Gdy Juruś czytał, machała pewnie ołówkiem, ale kiedy doszedł do fragmentu o zwróceniu się do Elizabeth w odpowiednim duchu, jej ręka gwałtownie drgnęła.
- Jurusiu, to nie może być prawda! – krzyknęła. – Pokaż… Tak. Moja gumka? Ach, tu jest.
Juruś skończył czytać list, a Lucia, zmazawszy chaotyczną linię, którą narysował jej ołówek, kontynuowała w skupieniu rysowanie dalii.
- Luciu, to niedorzeczne udawać, że jesteś pochłonięta szkicem – powiedział niecierpliwie. - Co zamierzasz zrobić?

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Wto 25 Lis, 2025 09:36

:rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: zdecydowanie uważam, że burmistrzynią powinna zostać Irene :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Trzykrotka - Wto 25 Lis, 2025 10:58

Jedyna, która nie aplikowała :mrgreen:
Tamara - Wto 25 Lis, 2025 12:02

No i zdeklarowana stronniczka Luci, w dodatku kompletnie niezainteresowana sprawami publicznymi, a zawirowania towarzyskie traktująca jak rozrywkę :mrgreen:
Trzykrotka - Wto 25 Lis, 2025 19:44

Już za chwilę się dowiemy - Lucia wybrała zaskakująco, choć logicznie.
Ponadto mamy rewię męskiej mody i oblężenie Jurusia i Luci :mrgreen:


Lucia zdawała się wybudzać z krainy spokoju i piękna.
- Elizabeth będzie moją burmistrzynią – powiedziała spokojnie. - Nie rozumiesz, kochanie, że byłaby o wiele bardziej uciążliwa, gdyby nią nie była? Jako burmistrzyni będzie miała, że tak powiem, nałożony kaganiec. Oficjalnie będzie musiała wykonywać zadania, które jej przydzielę. Ulegnie, a to bardzo jej wyjdzie na dobre. Poza tym, jakie jeszcze mamy opcje? Divę z jej herbaciarnią? Biedną Susan? Małą myszkę Evie Bartlett?
- Ale czy ty możesz sobie wyobrazić, że podchodzisz do Elizabeth w odpowiednim duchu? – zapytał.
Lucia zaśmiała się wesoło.
- Oczywiście, że nie mogę. Poczekam, aż ona do mnie podejdzie. Będzie musiała przyjść i mnie błagać. Do tego czasu nic nie zrobię.
Juruś rozważył tę niezwykłą decyzję.
- Uważam, że jesteś bardzo pochopna – powiedział. – A ty i Elizabeth nienawidzicie się szczerze…
- Ależ nie, zdecydowanie nie – odrzekła Lucia. – Czasami zdarzało mi się potraktować ją z góry. Czasami czułam potrzebę podłożenia jej nogi. Ale nienawiść? Nigdy. Nie myśl w ogóle o całej sprawie. I nie bój się, że zbliżę się do niej w jakimkolwiek duchu.
- Ale co ja mam powiedzieć Benjy’emu gdy poprosi mnie o słówko na stronie jutro wieczorem?
Lucia znów się roześmiała.
- Mój drogi, jutro wieczorem każdy z panów weźmie cię na słówko. Padre patronuje biednej małej Evie. Pan Wyse promuje Susan. Wszyscy będą chcieli wiedzieć, ku komu się skłaniam i zapewnić sobie u mnie twoje poparcie. Bądź jak pan Baldwin i powiedz, że masz pieczęć na ustach, lub jak jakiś inny minister – chyba minister, prawda? – który powiedział: „poczekamy, zobaczymy.” Razem z Divą mamy cztery kandydatki – przypomnij mi, żebym przypomniała pani Simpson, żeby je wszystkie zapisała – i listę będzie można uznać za zamkniętą. Zostaw to mnie i bądź dyskretny… I im więcej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonana, że to Elizabeth Mapp-Flint ma być moją burmistrzynią. Lepiej jest mieć ją na smyczy, związaną ze mną więzami wdzięczności niż czającą się na mnie jak bezpański pies i warczącą. Prawda, do wdzięczności to ona nie jest zdolna, ale ja zawsze wolę szukać w ludziach dobra, jak pan Somerset Maugham w jego rozkosznych opowiadaniach.
Pani Simpson, przybywszy następnego ranka o wpół do dziesiątej, musiała odczekać odpowiednią chwilę, by Lucia napisała taktowne listy do Divy i pana Wyse; Juruś i ona jeszcze długo po śniadaniu siedzieli zapisując i wymazując na połówkach kartek i kopertach wywróconych na lewą stronę, aż stworzyli w końcu w miarę grzeczne listy. Lucia nie chciała napisać Divie wprost, że nawet nie myślała o wybraniu jej na burmistrzynię, ale nie mogła też rozbudzać fałszywych nadziei. Mogła jedynie serdecznie podziękować jej za ofertę pomocy („To cała ty, droga Divo!”) i zapewnić, że nie zawaha się z niej skorzystać, jeśli nadarzy się okazja. Panu Wyse’owi napisała, że nikt bardziej niż ona nie doceniał wielkich talentów Susan (jakże słusznie uznanych przez króla) i nikt bardziej nie ubolewał nad nieszczęsnym zaostrzeniem stosunków międzynarodowymi między Anglią a Włochami… Juruś krótko odpowiedział na list majora Benjy’ego zawiadamiając, że przekazał jego treść żonie, która była nią poruszona. Lucia uznała, że lepiej będzie, jeśli listy te dotrą do adresatów dopiero po jej przyjęciu, dlatego pani Simpson wysłała je później tego samego dnia.
Lucia miała całkowitą rację co do mężów burmistrzyń in spe, którzy będą tego wieczora szukać towarzystwa Jurusia. Major Benjy i Elizabeth zjawili się pierwsi, całe dziesięć minut przed wyznaczoną godziną i wyjaśnili Foljambe, że ich zegar spieszy w czasie, gdy Juruś w swym czerwonym garniturze rozkładał na stole menu napisane wcześniej na maszynie przez panią Simpson. Nieostrożnie wystawił głowę zza drzwi jadalni gdy goście się tłumaczyli i Benjy go zauważył.
- Ha, na słówko, mój staruszku – krzyknął i dołączył do Jurusia, podczas gdy Elizabeth została zaprowadzona do pokoju ogrodowego by tam czekać na Lucię.
- Słowo daję, co za głupota z naszej strony, że przyjechaliśmy tak wcześnie – powiedział zamykając za sobą drzwi jadalni. – Mówiłem Liz, że będziemy za wcześnie… ach, zegar nam spieszy. Ale nie przeszkadzaj sobie; przepiękne kwiaty i, słowo daję, co za wyjątkowy garnitur. Kolor sukni mojej żony. Ale nie to jest teraz najważniejsze. Chciałbym cię namówić, żebyś przekonał swoją żonę żeby wykorzystała chęć Elizabeth do zostania burmistrzynią - dla dobra miasta. Rozumiem, że jest gotowa poświęcić sprawie swój czas i odpoczynek. Pani Pillson i pani Mapp-Flint – to byłby dopiero sojusz! Lecz Elizabeth jest zdania, że jej oferta jest czasowa i nie będzie trwała wieki i że spodziewa się, że twoja żona podejmie decyzję jeszcze dziś.
- Ale przecież mówił mi pan, majorze – powiedział Juruś – że twoja żona nie wie nic o twoim liście do mnie? Zrozumiałem, że to tylko twoje zdanie, że jeśli się odpowiednio do niej podejdzie…
Rozległo się pukanie do drzwi i wszedł pan Wyse. Odziany był w nowy garnitur, nigdy wcześniej nie oglądany w Tilling, z szafirowego aksamitu, z miękko plisowanym gorsem koszuli, z szpilką z szafirem i błękitnymi skarpetkami. Obaj panowie wyglądali jak modele w średnim wieku.
Pan Wyse rozpoczął serię ukłonów.
- Pan Juruś! – powiedział. – Major Benjy! Gwar głosów. Wydawało mi się, że może zgodnie z pięknym włoskim obyczajem my, mężczyźni zbieramy się tutaj na szklaneczkę wermutu, więc moja żona udała się wprost do pokoju ogrodowego. Obawiam się, że przyjechaliśmy nieco przed czasem. Royce po prostu przeskoczył wzniesienie od Starling Cottage.
Juruś był rozczarowany, że jego rubinowy aksamit nie był jedyną modową sensacją tego wieczoru, ale przyjął to ze spokojem.
- Dobry wieczór – powiedział. – Proszę, to jest coś, co nazywam pięknym garniturem. Kończyłem układać kwiaty kiedy major Benjy tu zajrzał. Chodźmy do pokoju ogrodowego, gdzie podadzą nam trochę sherry.
Drzwi otwarły się jeszcze raz.
- O, oto i wszyscy chłopacy – powiedział padre. - Panie Wyse, przystojna szata, sir. Dokładnie w kolorze sukienki, którą żonka na dziś wybrała. Poszła do pokoju ogrodowego. Chciałem z panem zamienić kilka słów, panie Pillson, a pańska pokojówka powiedziała mi, że pan tu jest.
- Obawiam się, że musimy teraz wyjść do pokoju ogrodowego, padre – powiedział Juruś, nieco zdenerwowany. – Wszyscy będą na nas czekać.
Skłonić ich do ruchu było bardzo trudno, bo każdy odsunął się by zrobić miejsce innym, tym samym zostawiając sobie możliwość rozmowy z Jurusiem.
W końcu Kościół niechętnie poprowadził mały orszak, za nim ruszyła armia zwabiona obietnicą sherry, a pan Wyse zręcznie zamknął drzwi jadalni i stanął przed nimi.
- Na słowo, panie Jurusiu – powiedział. – Miałem wczoraj zaszczyt napisać liścik do pańskiej żony zupełnie prywatnej natury – nie w tajemnicy przed panem, rzecz jasna – i ciekaw jestem, czy rozmawiała z panem na temat jego treści. Dowiedziałem się później od mojej drogiej Susan…
Drzwi otworzyły się ponownie i z głuchym hukiem uderzyły go w pięty i tył głowy. Foljambe zajrzała do środka.
- Proszę wybaczyć, proszę pana – powiedziała. - Wydawało mi się, że słyszę, że panowie wychodzicie.
- Musimy iść za innymi – powiedział Juruś. - Lucia będzie się zastanawiać, co się z nami stało.
Żony patrzyły wyczekująco w twarze mężów gdy ci weszli do pokoju ogrodowego, wypatrując oznak jakichś wieści. Juruś przywitał się z paniami, a Lucia z panami. Juruś zobaczył, jak jego garnitur świetnie pasuje do sukni Elizabeth, a strój pana Wyse mógł równie dobrze być skrojony z tego samego materiału, co suknia pastorowej. Kolejnym olśniewającym punktem kolorystycznym była papużka Susan Wyse. Skrzydło, które odpadło wczoraj, zostało ponowne przyszyte, a głowa, jak przewidziała Diva, wypchana i dopełniła figurę ptaszka. Przypięła tę wyjątkową ozdobą centralnie na obfitym biuście. Juruś zaczął rozważać, czy podziwianie jej będzie taktowne, czy tylko niepotrzebnie otworzy stare rany? Ale skoro Susan tak ostentacyjnie obnosiła się ze swoją stratą, byłaby raczej rozczarowana, gdyby udawał, że jej nie zauważył. Podał jej kieliszek sherry i odsunął się wraz z nią na bok.
- Cudownie, pani Wyse – powiedział, wskazując ją wzrokiem. – Śliczna! Bardzo udana.
Dobrze zrobił; szeroki, łzawy uśmiech rozjaśnił twarz Susan.
- Tak się cieszę, że się panu podoba – powiedziała – a od kiedy go noszę, panie Jurusiu, czuję się pocieszona myślą o Ptaszynce. Wydaje mi się, jakby nadal ze mną był. Bardzo silne poczucie. Niemal mistyczne.
- To bardzo ciekawe. Wzruszające – powiedział Juruś ze współczuciem.
- Prawda? Mam nadzieję, że znów nawiążę z nim kontakt. Jego śliczne, słodkie zachowanie! I czy wolno mi panu także pogratulować? Co za piękny garnitur!
- Prezent od Luci – powiedział Juruś – choć sam go wybrałem.
- Co za zbieg okoliczności! – powiedziała Susan. – Nowy garnitur Algernona to również prezent ode mnie i on sam go wybrał. Fale mózgowe krążą w kosmosie, nawet za najdalszymi gwiazdami.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Śro 26 Lis, 2025 13:23

:rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: ależ to musiało wszystko pięknie wyglądać, i pan Wyse w błękicie, i Susan z papużką, ciekawe czy ten łebek nie odpadnie i nie wpadnie do talerza jakiegoś :lol: :rotfl: jak oni wszyscy cierpią i nie mogą się doczekać :excited: :angeldevil: :angeldevil: :angeldevil:
Trzykrotka - Śro 26 Lis, 2025 20:26

Papużka będzie miała coś w rodzaju tej właśnie przygody :paddotylu:

Foljambe zaanonsowała kolację. Jeszcze nigdy rozmowa, nawet przy stole Luci, nie miała tak poważnego, rzeczowego charakteru. Szczególnie panie, choć nie padło słowo „burmistrzyni,”prześcigały się nawzajem w dociekliwych uwagach odnośnie spraw miejskich, aby pokazać, jak głęboko się nimi interesują. Wyglądało to tak, jakby same poddały się ostrej selekcji na jakieś niewymienione stanowisko. Wypowiedzi kierowały do Luci i były wobec siebie bardzo krytyczne.
- Nie, droga Evie – mówiła Elizabeth. – Nie zgadzam się z tym, co mówisz o harcerkach. Harcerzy popieram całym sercem. Musztra i zasady uczą ich dyscypliny, ale najlepsza dyscyplina dla dziewcząt to pomoc mamie w domu. Gotowanie, sprzątanie, rozpalanie ognia, ojcowskie kapcie. Zgadzasz się ze mną, droga gospodyni?
- Ech, mistress Mapp-Flint – rzekł padre, wspierając żonę z całych sił. – Nie masz pani nawet krztyny doświadczenia Evie z pracy z berbeciami z parafii. Połowa niedomagań dziewuszek wynika z trzymania ich w domach bez możliwości ruchu, bez powietrza, nauki radzenia sobie. Można mieć dość matczynego fartucha i jeszcze bardziej ojcowskich kapci. Nie popieram też żadnych kar cielesnych wobec młodzieży bez względu na pleć.
- Och, padre, proszę nie myśleć, że coś takiego popieram! - wykrzyknęła Elizabeth.
- A jeszcze pozwalanie, by dzieci rozpalały w piecu – rzekła Susan. – To bardzo groźne. Żadne dziecko nie powinno brać do ręki pudełka zapałek. Muszę też powiedzieć, że chciałabym, aby straż pożarna w Tilling była lepiej zorganizowana i skuteczniejsza. Jeśli choć raz rozpęta się ogień, całe miasto może pójść z dymem.
- Droga Susan, czy to możliwe, że nie słyszałaś, że w zeszłym tygodniu wybuchł pożar na Ford Place? Wyobraź sobie! I jesteś w dziwnym błędzie co do skuteczności straży pożarnej, bo byli tam trzy minuty od momentu alarmu, a pożar ugaszono w ciągu kolejnych pięciu minut.
- Luciu, w Tilling bardzo potrzeba lepszego oświetlenia ulic – powiedziała Susan. - Kiedy wieczorem wracam do domu, mój Royce dosłownie pełznie przez Porpoise Street.
- Mocniejsze reflektory w samochodzie załatwią sprawę, kochana - powiedziała Elizabeth. – To nie taki znów wielki wydatek. Moim zdaniem to naprawa nawierzchni ulic domaga się uwagi. Onegdaj omal nie upadłam, bo trafiłam nogą na wielką dziurę. I drogi: droga naprzeciwko mojego domu to niewiele więcej ponad bajoro dla bekasów. Pisałam o tym nieskończoną ilość razu do Hampshire Argus.
Pan Wyse ukłonił jej się przez stół.
- Z przykrością stwierdzam, że przeoczyłem pani listy – powiedział. – To wielkie moje zaniedbanie. Był jakiś w zeszłym tygodniu?
Evie pisnęła jak mysz, co znaczyło, że w duchu się ubawiła.
- Ja też przeoczyłam – powiedziała. - Jak chyba my wszyscy. Przypominam ci, Elizabeth, że Grebe stoi poza granicami parafii. Nie ma nic wspólnego z Tilling. To droga gminna, możesz to sprawdzić na mapie. Luciu, kolejna sprawa, która nas niepokoi to przeludnienie. Jest mi to bardzo bliskie, jak każdemu, kto cokolwiek o tym wie. A do tego dochodzą przesyłki pocztowe. Szokujące. Napisałam ostatnio list...
Był to jeden z tematów, na które szykowała się Susan Wyse. Pochyliła się do przodu i oparła potężny łokieć na stole budując w ten sposób ogromną górę tkanki między Evie a Lucią, za którą mała myszka zupełnie zniknęła.
- I poczta tylko dwa razy dziennie, Luciu – powiedziała. – To bardzo niedogodne, dostawać listy dwa razy dziennie, zwłaszcza że w drugim rzucie przychodzą głównie okólniki. Nie ma bardziej zaniedbanego pod tym względem hrabstwa w Anglii. Podobno, jeśli wyśle się petycja do zarządu poczty, a podpisze ją pięćdziesiąt procent populacji miasta, dyrektor jet prawnie zobowiązany do dostarczenia nam przesyłek trzy razy dziennie. Algernon i ja z wielką przyjemnością zajmiemy się petycją...
Algernon z drugiej strony stołu nagle jej przerwał
- Susan, uważaj! - krzyknął. - Twoja papużka: twój suflet malinowy!
Ale było już za późno. Papużka wpadła w sam środek obficie zaopatrzonego talerza Susan. Wyjęła ptaszka ociekającego sosem malinowym i zawinęła w serwetkę, zawodząc cicho. Sos zabarwił ją na czerwono, jakby na Ptaszynie znów ktoś usiadł, a Foljambe bardzo taktownie podała Susan talerz, na którym ta go złożyła. Po skądinąd smutnym, ale i idiotycznym incydencie, trudno było wrócić to tematów najwyższej wagi. Padre zaczął z niższego poziomu.
- Niedługo w mieście zacznie działać nowy lokal pani Divy Plaisow – powiedział. – Rzekła mi, że jo otwarcie będzie pierwszą funkcją naszego nowego burmistrza. Zaiste, piękny gest na dobry początek.
W umysłach obecnych przy stole kandydatek pojawił się podejrzenie, że Diva (choć to przecież niemożliwe) też startuje w wyścigu. Niczym psy rzuciły się na nieobecną ofiarę.
- Trochę za przytulny jak na mój gust – powiedziała Elizabeth. – Jeśli wszystkie stoliki, które chce wstawić do jadalni się zapełnią, to może nazwać lokal „Sardynki w puszce.” Nie mówiąc już, że siedzący przy dwóch stolikach będą się wędzić z dymie z kominka, z dwóch pozostałych będą na przeciągu za każdym razem kiedy otworzy się drzwi. Będziesz otwierać oficjalnie, droga Luciu?
- Oczywiście, że nie – powiedziała Lucia. – Powiedziałam, że z przyjemnością wypiję pierwszą filiżankę herbaty, ale jako pani Pillson, nie jako burmistrz.
- Biedna Diva nie umie parzyć herbaty – pisnęła Evie. – Nigdy nie umiała. Podaje albo gorącą wodę, albo czystą taninę.
- I zamierza sama piec te wszystkie ciasteczka – powiedziała smętnie Susan. – Lepiej już trzymać się chleba z masłem i zwykłego ciasta. Wielkie ambicje, tak to nazywam, ale ostatnimi czasy Diva taka jest. Więcej planów, o ile nam wiadomo.
- I jaka reformatorka – powiedziała Elizabeth. – Mówi o szybszych połączeniach kolejowych z Londynem. Zna szwagra jednego z dyrektorów. Oczywiście, jedno słówko Divy i sprawa załatwiona. Pachnie mi to niepokojąco zbliżającą się paranoją.
Panie wyszły. Major Benjy dopił duszkiem swoje porto, aby przy następnej kolejce dostać pełen kieliszek.
- Bardzo przyjemny kieliszek porto – powiedział. – Cóż, nie mam nic przeciwko następnemu. Im dłużej żyję z moją Liz, Pillson, tym bardziej zadziwia mnie jej wręcz męskie podejście do nowych idei.
- Uwagi mojej Susan o dodatkowej porze dostarczania poczty i oświetleniu ulic pokazały jej wnikliwe rozumienie reform, których nasze miasto najbardziej potrzebuje – powiedział Algernon. – Jej osąd jest zawsze trafny. Często mnie zadziwia…
Padre rozmawiający z majorem Benjy podniósł głos, żeby Juruś go słyszał i uderzył pięścią w stół.
- Energia żonki jest niespożyta – powiedział. – Często jej powtarzam: „Odetchnij-że sobie krzynkę” mówię, a ona zawsze na to: „Niebiosa dopasowują plecy do ciężaru,” powiada i jeśli jest jeszcze więcej roboty do wykonania i odpowiedzialności do wzięcia, Evie jest gotowa.
- Nie pozwól jej się przemęczać, padre – powiedział Benjy z wielką powagą. – Już teraz ma ręce pełne roboty. No i nie jest już taka młoda jak dawniej.
- Ech, to akurat odnosi się do wszystkich dam z Tilling – odparował padre - a ona jest młodsza o paru, których nie wymienię. Niezmordowana. Gdyby jutro zrobili mnie arcybiskupem, stałaby się matką całej prowincji, bez ochyby.
Dla Benjy’ego to już było za wiele. Byłoby to rażącym zaniedbaniem obowiązków, gdyby nie uwolnił rażącej siły satyry.
- Nie, nie, padre – powiedział. – Tilling cię nie wypuści. Cantenbury musi znaleźć kogoś innego.
- Tak, tak, a jeśli Ministerstwo Wojny powoła ciebie, majorze, musisz powiedzieć nie. Taki niech będzie układ między nami. Ale mnie chodzi o to, że moja Evie jest chętna gotowa na każde wezwanie, które może nadejść. Do tego zmierzałem.
- Ha ha, padre, daj mi znać, jak już dotrzesz, wtedy porozmawiamy. Cóż, jeśli porto stoi przed tobą bezczynnie…
Juruś wstał. Dość już miał tych niechcianych rekomendacji, a kiedy Benjy robił się ironiczny, był to znak, ze trzeba zakręcić kurek z porto.
- Myślę, że już pora na naszego brydża – powiedział. – Lucia mnie skrzyczy jeśli będę was trzymał za długo.
Pomaszerowali zwartą grupą do pokoju ogrodowego, gdzie Lucia trzymała pełne nadziei burmistrzynie na dystans przy pomocy muzyki, a dwa stoliki stały już gotowe. Juruś i Elizabeth w rubinach grali przeciw panu Wyse i Evie w szafirach i drugi stolik w porównaniu z nimi wydawał się blady i nijaki. Wieczór zakończył się nadzwyczajnie późno i tuż przed północą trzy pary gości, nie mogąc porozmawiać na osobności z żadnym z gospodarzy, rozeszły się smutno jak pokonana armia. Royce odwiózł Wyse’ów tuż za róg, na Porpoise Street, a Susan, jak blade widmo Salome, trzymała w dłoni talerz z malinową chusteczką w którą zawinięta była papużka; czekająca od dawna taksówka zawiozła Mapp-Flintów pomiędzy mokradła, a dwie pary kaloszy poprowadziły na plebanię padre i jego żonkę.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Czw 27 Lis, 2025 16:10

Biedna papużka :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: uroczy wieczór to był, nie ma co, ale jak świetnie mimo wszystko wszyscy trzymali nerwy na wodzy :oklaski: :oklaski: :oklaski: :rotfl: :rotfl: :rotfl: cóż to będzie, gdy Lucia oficjalnie ogłosi , kto zostanie burmistrzynią :excited: :excited: :excited:
Trzykrotka - Czw 27 Lis, 2025 23:21

Jest jeszcze warunek - Elżbieta musi przyjść i poprosić - to dopiero będzie zmaganie z samą sobą :rotfl:
Na razie komentujemy przyjęcie.

Taktowne listy od Luci dotarły do adresatów następnego ranka. Pan Wyse uznał, że nie wszystko stracone, choć zdziwiło go, że Lucia nie wczoraj nie odciągnęła Susan na bok i nie błagała jej by została burmistrzynią. Z kolei Diva, trafniej oceniając takt Luci, natychmiast domyśliła się, że nic z tego i zawołała: „Do licha, więc to na tyle!” dała list Luci Paddy’emu do zabawy i ruszyła na poranne zakupy. Miała dość innych spraw, które ją absorbowały. Susan z ozdobą z papużki falistej na kapeluszu wyjrzała przez okno Royce’a, ale ku zdumieniu Divy, zmienił się kolor upierzenia ptaszka; był teraz czerwony jak burzowe niego o zachodzie, z plamami błękitu tu i ówdzie. Czyżby Susan, z jakichś duchowych powodów go ufarbowała?... Juruś i Lucia nadchodzili od strony Mallards, ale Diva, po tym taktownym liście, nie miała ochoty na spotkanie z nimi, póki nie wymyśli jakiejś ciętej riposty. Skręcając w High Street zderzyła się ostro koszykami z Elizabeth.
Dzień dobry, kochana – powiedziała Elizabeth. – Masz ochotę na pogawędkę?
- Tak – odrzekła Diva – Wejdź. Na zakupy pójdę później. Jakieś wieści?
- Benjy i ja jedliśmy wczoraj kolację z burmistrzem Wyse’owie, Bartletowie, brydż. Brakowało nam ciebie.
- Nie byłam zaproszona – powiedziała Diva. – Dobra kolacja? Dobra wygrana?
- Kuropatwy trochę żylaste - powiedziała Elizabeth w zamyśleniu. – Oczywiście, stare ptaki są tańsze. Coś tam wygrałam, ale nie tyle, by starczyło na taksówkę. Ciekawy, osobliwy wieczór. Chwilami było dość żenująco, ale nie można narzekać. Evie i Susan – och, stało się coś strasznego. Susan miała na gorsie ptaszka, a on wpadł do malinowego sufletu. Plum!
Diva odetchnęła z ulgą.
- To jest wyjaśnienie – powiedziała. Widziałam ją przed chwilą i mnie zaskoczyła. Mów dalej, Elizabeth.
- Żenujące, jak już mówiłam. Te dwie kobiety. Jedna opowiada o harcerkach, druga o poczcie, potem znów jedna o przeludnieniu, druga o straży pożarnej. Siedziałam, słuchałam i czerwieniłam się za nie. Takie tanie i oczywiste sztuczki.
- Ale co to było takiego taniego, oczywistego i wywołującego rumieńce? – spytała Diva. – Brzmi to jakoś nudno.
- Całe to pozorne zainteresowanie sprawami miejskimi. Czy Susan przejmowała się kiedyś pocztą, a Evie przeludnieniem? Krótko mówiąc, próbowały zrobić wrażenie na Luci i skłonić ją, by poprosiła je, a przynajmniej jedną, o zostanie burmistrzynią. A z tego, co mówił mi Benjy, ich mężowi wykazywali równy tupet kiedy weszli do pokoju ogrodowego. Wieczór intryg i autoreklamy. Phi!
- Faktycznie phi! – rzekła Diva. – Jak Lucia to przyjęła?
- Ledwo zwróciłam uwagę. Byłam zbyt zniesmaczona tymi zakulisowymi intrygami. Tak łatwo to przejrzeć! Biedna Lucia! Ufam, że wybierze kogoś, kto naprawdę jej pomoże. Skoczy niestety na głęboką wodę bez wsparcia kobiety rozsądnej i z doświadczeniem.
- Czy garnitur pana Jurusia był naprawdę taki piękny?
Elizabeth przymknęła oczy, jakby chciała go sobie zwizualizować.
- Przepiękny kolor – powiedziała. – Zupełnie jak ta sukienka, którą nie tak dawno farbowałam na czerwono, jeśli jeszcze pamiętasz. Oczywiście skopiował kolor.
Ktoś zadzwonił do drzwi. Szybciej będzie pójść samej, niż czekać, aż Janet wyjdzie z kuchni i potoczyła się do wyjścia.
- Wejdź, Evie – powiedziała. – Jest u mnie Elizabeth.
Ale Elizabeth nie czekała i teraz Evie zdała swoje sprawozdanie z ubiegłego wieczoru. Było podobne do tego Elizabeth, tylko teraz to Elizabeth i Susan (zamiast zniesmaczać) budziły śmiech swoim nagłym zainteresowaniem sprawami miejskimi.
- Ojej – mówiła. A pan Wyse i major Benjy jeszcze dokładali do pieca. To było jak ten utwór muzyczny, kiedy masz melodię graną sopranem, a zaraz potem powtarzaną basem. Fuga, tak to się nazywa. Tych czworo byli jak koncert Bacha. Kenneth i ja tylko słuchaliśmy. I jeśli mnie mój osąd nie myli, Lucia i pan Juruś przejrzeli ich na wylot.
Diva miała teraz kompletny obraz wieczoru: sześcioczęściowa fuga.
- Ale kogoś musi wybrać – powiedziała. – Ciekawe, kogo.
- Może ciebie, he, he! – rzuciła Evie żarcik.
- Tylko nie to! – krzyknęła z naciskiem Diva zerkając na kawałki taktownego listu Luci rozwleczone po pokoju. – Prędzej piekło zamarznie. Pomyśl sobie, być na każde skinienie Luci, kiedy tylko będzie chciała, żeby zrobić coś, na co sama nie ma ochoty. Nie warto tracić życia na coś takiego. Nie, dziękuję.
- Ja tylko żartowałam – powiedziała Evie. – Nie myślałam tak na serio. Były jeszcze inne niespodzianki. Pan Juruś w czerwieni…
- Już wiem, kolor farbowanej sukienki Elizabeth – wtrąciła Diva.
- … i szafirowy aksamit pana Wyse. Jak moja druga najlepsza sukienka, którą wczoraj nosiłam.
- Nie! O tym nie słyszałam – powiedziała Diva. – Czyż panowie z Tilling to nie strojnisie?
Przez następny tydzień napięcie wzrosło do poziomu niemal nie do zniesienia, gdyż Lucia, niczym Wyrocznia Pytyjska w niesprzyjających okolicznościach, pozostała niema, czekając, Elizabeth ją poprosi. Napięcie naznaczyło wszystkich i za każdym razem, gdy w domach kandydatek rozbrzmiewał dzwonek telefonu, ona lub jej mąż biegli do telefonu, aby sprawdzić, czy nadchodzi wiadomość o nominacji. Jednakże, podobnie jak podczas nierozstrzygającego posiedzenia konklawe dla wyboru papieża, z najważniejszego miejsca nie nadchodziło obwieszczenie; a każdego wieczoru, gdy robiło się chłodniej, z komina pokoju ogrodowego wydobywał się słup dymu. Czy Lucia, podobnie jak kardynałowie, nie mogła podjąć decyzji, czy może wybrała już burmistrzynię i zarządziła ciszę przed ogłoszeniem światu wyboru? Żadne z tych przypuszczeń nie wydawało się prawdopodobne, bo po pierwsze, Lucia była osobą zdecydowaną, po drugie – wszyscy czuli, że wybrana nie byłaby w stanie zachować tej wieści dla siebie.
Nastąpił ciąg dziwnych wydarzeń, które dla wybujałej zbiorowej wyobraźni Tilling zdawały się być niemal omenami. Zegar na wieży kościelnej wybił trzynastą w południe, a potem zatrzymał się z przeraźliwym zgrzytem. To z pewnością źle wróżyło żonie padre. Z klifu nad domem Mapp-Flintów wytrysnęło źródło i spływając do ogrodu, zmyło po drodze grządkę szparagów. Miało to świadczyć, że i nadzieje Elizabeth również się rozmywają. Royce Susan Wyse miał kolizję z furgonetką na High Street i miał zgnieciony błotnik; to była kiepska wróżba dla Susan. Potem Elizabeth, wyczerpana nieustannym napięciem, nabrała przekonania, że to Diva została wybrana. Prawdopodobieństwa przypuszczeniu dodawał fakt, że Diva tak gwałtownie oświadczyła Evie, że nigdy nie da się namówić na przyjęcie tego stanowiska. Jakby biedna Diva myślała, że ktokolwiek uwierzy tak monstrualnej bzdurze; przekonało to tylko Elizabeth, że Diva kłamie tak koncertowo, żeby coś ukryć. Pewnie uznała, że postępuje jak Bismarck, ale tak nie było. Bismarck powiedział kiedyś, że mówienie prawdy to użyteczna sztuczka dla dyplomatów, bo inni będą pewni, że kłamie. Ale nigdy nie powiedział, że mówienie kłamstw skłoni innych do przekonania, że mówi prawdę.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Pią 28 Lis, 2025 12:40

Napięcie rośnie jak u Hitchcocka :serce: :serce: :serce: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: ciekawe czy droga Elżbieta pójdzie do Canossy po stanowisko czy nie :angeldevil:
Swoją drogą papużka malinowo-błękitna też jest piękna :serce: :rotfl:

Trzykrotka - Sob 29 Lis, 2025 21:20

Przekonajmy się, co będzie silniejsze - honor czy stanowisko :lol: :lol: :lol:

Dni mijały i Juruś zaczął tracić cierpliwość, czy Elizabeth kiedykolwiek zdobędzie się na pokorę i przyjdzie po namaszczenie.
- Czas mija – powiedział, gdy pewnego ranka Lucia siedziała w pokoju ogrodowym. - Co na miłość boską zrobisz, jeśli nie przyjdzie?
- Przyjdzie – powiedziała Lucia – choć muszę przyznać, wytrzymuje dłużej niż się spodziewałam. Nie znałam prawdziwej siły tej jej fałszywej dumy. Ale zaczyna słabnąć. Przez większość poranka siedziałam w oknie – miałam masę spraw do przemyślenia – a od śniadania ona przeszła obok domu już cztery razy. Raz zaczęła już przechodzić przez ulicę w stronę drzwi wejściowych, ale mnie zobaczyła i zawróciła. Mój widok musiał biedactwu uświadomić, jakie ma przed sobą zadanie. Ale dojdzie do siebie. Pomówmy o czymś istotniejszym. Ten mój pomysł ożywienia rybołówstwa. Królewski Ekspres Rybny. Zrobiłam kilka notatek…
Lucia jeszcze raz spojrzała w okno.
- Jurusiu! – zawołała. – Elizabeth znów się zbliża. Po raz piąty. Krąży w kółko i w kółko jak wiewiórka w klatce.
Wśliznęła się w kryjówkę za zasłoną i wyglądając ostrożne raportowała jak sprawozdawca sportowy na zawodach łodzi w Oxfordzie.
- Jest już naprzeciwko, na wysokości drzwi wejściowych – mówiła. –Przyspiesza. Przechodzi przez ulicę. Zwalnia przed wejściem. Podnosi dłoń do dzwonka. Znów ją opuszcza. Odwraca się – nie, chyba mnie nie widziała. Biedactwo, co za awantura! Jestem z niej taka dumna. Jurusiu, nacisnęła dzwonek. Foljambe otworzyła drzwi; pewnie odkurzała korytarz. Foljambe ją wpuściła i zamknęła drzwi. Zaraz tu będzie.
Weszła Foljambe.
- Pani Mapp-Flint, proszę pani – powiedziała. – Mówiła, że zapewne jest pani zajęta, ale nalega na kolka minut rozmowy w sprawie ogromnej wagi.
Lucia szybko usiadła i rozłożyła na stole przed sobą jakieś papiery.
- Jurusiu, proszę, wyjdź do ogrodu – powiedziała – bo nie weźmie się w garść jeśli nie będziemy same. Tak, Foljambe, powiedz jej, że mogę jej poświęcić kilka minut.



Rozdział trzeci


Pięć mint później Elizabeth znów stała na stopniach Mallards, niepewna, czy wracać do domu, do Grebe przez plebanię i przekazać nowiny dociekliwej Evie, czy przejść raczej via Irene i Diva. Zdecydowała się na tę drugą trasę nieświadoma, jak wielkie problemy będą wiązały się z tym pozornie trywialnym wyborem.
W ten ciepły październikowy poranek nie mająca ogrodu dziwaczna Irene zażywała relaksu na stercie poduszek na progu domu. Miała przy sobie aparat na wypadek, gdyby w zasięgu wzroku pojawiły się jakieś ciekawe obiekty i robiła w szkicowniku wstępne szkice swojej Wenus w kraciastej chuście. Irene zauważyła coś osobliwie radosnego w tym, jak Elizabeth szła i pamiętając o swojej Wenus zawołała:
- Stań spokojnie przez chwilę, Mapp. Stań na jednej nodze, w takim wykroku. Potrzebuję tego małego podskoku. Jedna ręka do przodu, jeśli dasz radę, ale nie unoś jej.
Elizabeth w tym tryumfalnym nastroju zapozowałaby nawet diabłu.
- O tak, mój ty dziwaczny skarbie? – spytała.
- Doskonale. Wytrzymaj przez chwilę, aż cię pstryknę.
Irene nastawiła obiektyw i pstryknęła.
- Jeszcze pół godzinki – powiedziała sięgając po szkicownik. – Bądź gotowa żeby zrobić krok do przodu.
Irene naniosła ważne linie i krzywizny.
- Wystarczy – powiedziała. – Uchwyciłam cię. Jeszcze nie widziałam cię takiej giętkiej i elastycznej. Co jest? W jesieni życia uwiodłaś jakiegoś młodziana?
- Och, ty mała skandalistko – powiedziała Elizabeth. – Niegrzeczna! Miałam właśnie cudowną małą rozmowę z naszą słodką Lucią. Mam ci opowiedzieć, czy się z tobą podrażnić?
- Jak tam chcesz – powiedziała Irene dodając trochę cieniowania. – Nie obchodzi mnie to.
- To ci podpowiem. Dygnij ładnie przed burmistrzynią.
- Bzdura – rzekła Irena.
- Nie kochanie. Nie bzdura. Dobra nowina.
- Mój Boże, co ty masz za wyobraźnię – rzekła Irene. – Jak ty to robisz? Znowu coś ci się przyśniło?
- Dobra nowina, powtarzam – powiedziała Elizabeth. – I taka radość, kochanie, że ty pierwsza o tym usłyszysz, zaraz po panu Jurusiu.
Irene spojrzała na nią i musiała uwierzyć. Z twarzy Mapp promieniowała nieskrępowana radość, nie udawała, że się cieszy, pławiła się wręcz w potokach szczęścia.
- Dobry Boże, opowiadaj – powiedziała. – Lucy, przynieś jeszcze jedną poduszkę – krzyknęła do jej służącej olbrzymki wychylającej się z okna jadalni i słuchającej zachłannie.
- Cóż, kochanie, dla mnie też było to największe zaskoczenie – powiedziała Elizabeth. – Taka myśl nigdy nie przyszła mi do głowy. Przechodziłam sobie właśnie obok Mallards. Często tamtędy chodzę, by popatrzeć na słodki stary dom, który kiedyś był mój…
- Tę część możesz pominąć – powiedziała Irene.
- … i zobaczyłam Lucię w oknie pokoju ogrodowego, wyglądającą na niespokojną i wyczerpaną. Wśliznęła się za zasłonę i nagle poczułam, że ona mnie potrzebuje. Takie przeczucie. Zadzwoniłam więc do drzwi – och, to też było dziwne, bo ledwie położyłam dłoń na dzwonku, drzwi się otwarły, jakby poczciwa Foljambe czekała na mnie – i zapytałam, czy Lucia mnie przyjmie.
Elizabeth na chwilę powstrzymała swoje fantazjowanie.
- Więc Foljambe poszła ją zapytać – ciągnęła – i wróciła prawie biegiem i zabrała mnie do pokoju ogrodowego. Lucia siedziała zajęta ewidentnie jakimiś papierami. Czy to nie dziwaczne, że jeszcze chwilę wcześniej zerkała zza zasłony? Widziałam, że jest zdenerwowana i popatrzyła na mnie tak błagalnym wzrokiem, że się wzruszyłam.
Melancholijny uśmiech rozjaśnił jej twarz.
- A potem to się stało – powiedziała. - Nie winię jej za powstrzymywanie się: podejrzewam, że to rodzaj dumy, której nie mogła przełknąć. Błagała mnie, żebym zajęła to stanowisko, a ja czułam, że to mój obowiązek. Obawiam się, że to straszliwe obciążenie mojego czasu i energii, a przede mną trudne chwile, bo nie zawsze łatwo nią kierować. Nie wiem, co powie mi Benjy, ale muszę robić to, co uważam za słuszne. Jakież to błogosławieństwo móc pomagać innym!
Irene jeszcze się hamowała, choć aż drżała z wysiłku.
Elizabeth ciągnęła, wciąż bardzo melancholijnie.
- Miła, słodka pogawędka – powiedziała – a potem w ogrodzie pojawił się pan Juruś. Podszedł do mnie przez trawnik z tak pytającym wzrokiem, bo chyba domyślił się, o czym rozmawiałyśmy…
Irene nie mogła już dłużej wytrzymać. Wydała z siebie maniacki krzyk.
- Mapp, niedobrze mi się robi! – wrzasnęła. – Pewnie Lucia – biedne, zagubione kochanie – naprawdę mianowała cię burmistrzynią, ale nie tak to się stało. To bujda, Mapp. Marzyłaś żeby być burmistrzynią, chudłaś - co ci na dobre wyszło – ze zdenerwowania. Poprosiłaś ją – nie - ty ją błagałaś. Nie polemizuję tu z tobą, po prostu mówię… Halo, idą tu obydwoje. Nie odchodź, Mapp, pięknie będzie zobaczyć tę ich wdzięczność wobec ciebie.
Elizabeth wstała. Godność nie pozwoliła jej zniżyć się do odpowiedzi na te sarkastyczne uwagi. Zrobiła to wdzięcznie. Zatrzymała się żeby posłać całusa nadchodzącej Luci i odeszła bez pośpiechu. Ale gdy tylko znalazła się za zakrętem High Street, to wedle Foljambe: „puściła się prawie biegiem.”

c.d.n.
tlum. Trzykrotka

Tamara - Pon 01 Gru, 2025 11:46

:omg: :omg: :omg: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: jakże to cudnie musiało wyglądać, gdy Irene puściły nerwy, i potem ucieczka sprintem :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: no przecież miód po sercu się rozlewa, gdy się to czyta :serce: :serce: :serce: :serce: :serce: Irene jest naprawdę boska :serce: :serce: :serce: :serce: :serce:
Trzykrotka - Pon 01 Gru, 2025 12:55

Irene jest potrzebna jak powietrze w tym towarzystwie :mrgreen: I Diva, która też potrafi walić prawdę prosto w oczy.
Ucieczka Elizabeth mnie ubawiła, zwłaszcza po tym, jak nałgała najbezczelniej na świecie. Zemsta Irene za Lucię będzie słodka :banan:



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group