To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Mapp i Lucia

Trzykrotka - Pon 26 Maj, 2025 21:21
Temat postu: Mapp i Lucia
Poznałyśmy już obie królowe na ich włościach - pora by się spotkały!

Póki co wracamy do starych znajomych z Riseholme :kwiatek:

Rozdział pierwszy


Choć od śmierci męża minął prawie rok, Emmeline Lucas (przez przyjaciół powszechnie zwana Lucią) nadal nosiła głęboką i bezkompromisową żałobę. W czerni było jej oczywiście bardzo do twarzy, ale nie miało to nic wspólnego z jej wytrwałym noszeniem, cokolwiek ludzie mówili. Pepino i ona byli przez dwadzieścia pięć lat najbardziej oddaną parą, a jej żal po jego śmierci był szczery. Tęskniła za nim stale i mocno. Ale z jej żywotną i aktywną osobowością kilka miesięcy temu poczuła jak najbardziej naturalne pragnienie zanurzenia się znów w te ekscytujące zajęcia, które czyniły życie w elżbietańskiej wiosce Riseholme tak wspaniałym, a jeszcze nie była gotowa na podjęcie kroku, za którym tak tęskniła. Choć znaków żałoby nie traktowała jak luksus, to, może tylko odrobinę, nosiła je na pokaz.
Weźmy choćby taki przykład. Przy błoniach była księgarnia, „Ye Signe of ye Daffodille,” pod której szyldem Pepino wydał bardzo limitowane edycje swych Fugitive Lyrics i Pansieri Persi. Pełne pół roku po jego śmierci Lucia przechodziła obok w towarzystwie Jurusia Pilsona i zobaczyła na wystawie książkę, którą chciała kupić. Ale obok niej na półce stał tom Pansieri Persi Pepina i prawdę mówiąc dość melodramatycznie zatrzymała się na progu jak wryta i z oczami robiącymi wszystko, by napełnić się łzami powiedziała do Jurusia:
- Nie zdobędę się by tam wejść, Jurusiu. Kiepsko z mojej strony, wiem, ale tak jest. Czy możesz zajrzeć tam, caro i poprosić, by przysłali mi Lata chłopięce Beethovena? Ja ruszę dalej.
Tak więc Juruś krzepiąco uścisnął jej dłoń i zrobił o co prosiła, a ten pełen żałości mały incydent powtórzył innym. Opowieść rzecz jasna obrosła szczegółami i wkrótce w całym Riseholme wiedziano, że biedna Lucia weszła do 'Ye Signe of ye Daffodille' by kupić książkę o dzieciństwie Beethovena i widok stojących na półce poematów Pepina w oprawionych w surowy brązowy len z ciemnozieloną tasiemką do zawiązywania tak nią wstrząsnął (choć taki sam stał u niej w domu), że prawie załamała się nerwowo. Niektórzy twierdzili, że potrzebne były sole trzeźwiące.
Podobnie nie była w stanie zmusić się ponownie do grania w golfa, czy powrotu do czytania Dantego i skoro ustanowiła tak silne przekonanie, że jej życie rozpadło się na kawałki, trudno jej było teraz postanowić, że we wtorek czy środę zacznie składać je do kupy. W rezultacie była rozbita na tak wiele kawałków jak przedtem. Jako kobieta rozsądna dbała o zdrowie fizyczne i skoro żałoba odcięła ją od gry w golfa i szybkich przechadzek, posłała po niezwykle odkrywczą książkę zatytułowaną Idealny system kalisteniki dla już nie całkiem młodych i w odległym kącie ogrodu wystawiała się na tyle na ile to było przyzwoite na energetyzujące działanie słońca kiedy tylko ono wychylało się zza chmur i urządzała sobie długie sesje podskoków i robiła wymachy i skłony i kołysała tułowiem wdzięcznie i energicznie i zgodnie z instrukcjami. Efekty były bardzo zadowalające i gdzieś w bardzo, bardzo odległym kącie umysłu uznała za możliwe, że któregoś dnia poprowadzi lekcje kalisteniki dla tych pań z Riseholme, które nie były już takie młode.
Potem była jeszcze poważniejsza sprawa elżbietańskiego festynu, który miał się odbyć w sierpniu, gdy w Riseholme tłoczno było od turystów. Pomysł był całkowicie luciny i przed śmiercią Pepina odbyło się nawet kilka posiedzeń komitetu do spraw festynu (którego rzecz jasna ona była przewodniczącą). Zaplanowała odegranie wielkiej sceny: wizyty królowej Elżbiety na statku Złota Łania, gdy po zakończeniu podróży dookoła świata Francis Drake zaprosił Jej Wysokość na obiad na pokładzie w Deptford i gdzie pasowała go na rycerza. Złota Łania miała być zacumowana na stawie przy błoniach, a dokładnie miano tam na palach zbudować platformę w kształcie statku, z masztami, sterami, armatami i burtami i sztandarami i różnymi starożytnościami - zwłaszcza z nimi. Staw stanowiłby wspaniałą oprawę, bo wokół niego ustawiono by rzędy ławek i każdy miałby doskonały widok. Procesja królowej z trębaczami, rycerzami i damami dworu miała ruszać z Domku przy Zagajniku, czyli domu Luci i przejść w chwale i muzyce przez błonia do Deptford przy dźwiękach madrygałów i średniowiecznych marszów. Lucia miała wcielić się w królową, Pepino miał podążać za nią jako Releigh, a Juruś miał być Francisem Drake. Lecz już na wstępnym etapie przygotowań Pepino zmarł, a Lucia uwikłała się w nieubłagane wdowieństwo. Od tej chwili stery rządów wpadły w pulchne rączki Daisy Quantock, a ona zarówno w tej jak i innych sprawach zaczęła uważać się za królową Riseholme póki Lucia nie wykona ruchu i nie da jej nauczki.
Pewnego czerwcowego poranka, jakieś siedem tygodni przed ustaloną datą festynu, pani Quantock zadzwoniła ze swojego domu położonego o sto jardów dalej, by powiedzieć, że bardzo zależy jej na spotkaniu z Lucią i czy mogłaby zajrzeć na małą pogawędkę. Lucia ostatnio nie słyszała nic o przygotowaniach do festynu, bo kiedy ostatnio ktoś o nim wspomniał w jej obecności, przełknęła głośno ślinę i usiadła zakrywając oczy dłonią, owładnięta na moment wspomnieniem, jak wesoło to wszystko planowała. Wiedziała, że przygotowania muszą iść już pełną parą i odgadła, że w tej sprawie Daisy chciała się z nią widzieć. Czasami miewała podobne przeczucia i podejrzewała, że to było jednym z nich. Pewnie Daisy chce zwrócić się do niej z poruszającym apelem, by dla dobra Riseholme uczyniła ze święta okazję do wyjścia z hermetycznego wdowieństwa. Pomysł nasunął się Luci sam, bo przed wyznaczoną datą byłaby już wdową od ponad roku i pomyślała, że jej drogi Pepino nigdy nie chciałby aby poświęciła się na ołtarzu pamięci o nim: w grę wchodził też prestiż Riseholme. Poza tym korciło ją by znów być w siodle i zrzucić Daisy z jej niezgrabnego, pokracznego tronu, a to będzie bardzo dobra okazja. Więc tak jak to teraz miała w zwyczaju, westchnęła do telefonu, powiedziała słabym głosem, że będzie zachwycona goszcząc drogą Daisy i znów westchnęła. Daisy bardzo głupio wyraziła nadzieję, że Lucia nie złapała kaszlu i została uspokojona w tej kwestii.
Lucia poświęciła chwilę na rozważenie, czy powinna pokazać się przy fortepianie grając marsz pogrzebowy z beethovenowskiej sonaty A minor, którą znała już na pamięć, czy w ogrodzie Perdity nad poematami Pepina. Zdecydowała się na to drugie i założywszy słomkowy kapelusz z kokardą z krepy i zabierając tomik wierszy z półki pospieszyła do ogrodu. Wzięła też ze sobą dzisiejszego Timesa, którego jeszcze nie czytała.
Ogród Perdity wymaga kilku słów wyjaśnienia. Był to uroczy kwadratowy kawałek ziemi przed zrębową fasadą Domu przy Zagajniku, otoczony żywopłotem z cisów i przecięty ścieżkami z nieregularnego bruku starannie przysypanego żwirem, które prowadziły do elżbietańskiego zegara słonecznego z Wardour Street pośrodku. Ogród wiosną weselił się kwiatami, które (te i żadne inne) kochała Perdita. Były tam „fiołki przyćmione” i pierwiosnki i żonkile, które zakwitają nim jaskółki odważą się przylecieć (zwykle w kwietniu) i wspaniale znoszą wiosenne wiatry. Lecz teraz w czerwcu jaskółki odważyły się już dawno temu, a kiedy było już po wiośnie i żonkilach, Lucia zawsze pozwalała ogrodowi Perdity na większy, choć nadal szekspirowski zasięg. W pełnym rozkwicie były teraz krzewy dzikiej róży (odmiana z Penzance), wiciokrzew i goździki i pełno bratków dla pobudzenia myśli i jardy ruty (w tym roku bujniejszej niż zwykle), więc ogród Perdity cieszył oko także latem.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Wto 27 Maj, 2025 09:14

Ojej, Pepino opuścił Lucię, jak on mógł sobie pozwolić na taką dla niej niedogodność ??? Biedna osamotniona Lucia :cry2: :cry2: :cry2:
Ale widzę, że szykuje się piękne tło dla kampanii restauracyjnej Królowej Luci :angeldevil: Trzykrotko, jesteś boska i tyle :kwiatki_wyciaga: :love_shower: :cmok:

Trzykrotka - Wto 27 Maj, 2025 09:18

Ha! :cmok: Nawet nie wiesz, jak sie cieszę, że ciebie tak to cieszy :cheerleader2:
Będzie restauracja i powrót na tron, choć Pepina żal. Takim był dobrym potakiwaczem i podziwiaczem swojej wspaniałej żony.

Tamara - Wto 27 Maj, 2025 09:55

Pepino to był porządny , dobry człowiek, szkoda go.
Cieszy mnie okrutnie :cmok: :cmok: :cmok: :cheerleader2: :cheerleader2: :cheerleader2:

Trzykrotka - Wto 27 Maj, 2025 20:01

To prawda, lubiłam Pepina. Pozwalał Luci lśnić i bardzo jej kibicował, czegóż chcieć więcej? Wierzę, że szczerze go opłakała. W Podboju Londynu, pamiętasz, były już wzmianki o jego słabym zdrowiu i płucach, co dało Luci pretekst do wycofania się z towarzystwa księżnych z twarzą.

Zobaczmy, z czym Diva przychodzi do Luci


Tak więc tego ranka Lucia usadowiła się tutaj, obok zegara słonecznego, cała w czerni, na kamiennej ławeczce, na której wyryto napis:
Wietrze wiej z północy na południe,
zapach mych ziół w świat roznieś cudnie.

Siedząc tam z poematami Pepina i Timesem zasłaniała jakąś jedną trzecią tekstu, a mała gruba Daisy miała zasłonić resztę… Tasiemki, którymi związane były okładki wierszy Pepina splątały się w ciasny węzeł, którego nie była w stanie rozplątać, co ją zirytowało, bo planowała, że gdy Daisy nadejdzie, ona nie usłyszy jej kroków, tak będzie zatopiona w czytaniu poematu Samotność. Ale nie mogła rozplątać węzłów i kiedy usłyszała, że Daisy już idzie, zatonęła w rozmyślaniach z zamkniętą książką na kolanach i ze swym sławnym spojrzeniem w dal.
Poranek był upalny. Daisy, podobnie jak wiele kobiet w średnim wieku, które cieszyły się doskonałym zdrowiem, zawsze stosowała jakiś reżim medyczny natury higienicznej i teraz właśnie była niewolniczo oddana procesom wydalniczym organizmu. Najważniejsze w tym procesie były pory skóry i – po serii ćwiczeń fizycznych przy otwartym oknie sypialni przebiegła w tym upale całą drogę przez błonia by utrzymać procesy eliminacji. Przez dłuższą chwilę obcierała się i dyszała.
- Zrobiło to ze mnie całkiem nową kobietę – powiedziała. – Powinnaś spróbować, kochana Luciu. Ale jak to miło, że mnie przyjęłaś. Przejdę od razu do sedna. Ten elżbietański festyn, wiesz. Widzisz, odbędzie się dopiero w sierpniu. Może dałabyś się namówić, jak to mówią, by znów wejść między nas? Wszyscy za tobą tęsknimy: dałabyś nam taki zastrzyk inspiracji.
Lucia nie miała wątpliwości, że prośba to wyrażała nadzieję, że rozważy ona przyjęcie roli królowej Elżbiety i pod magicznym wpływem wspaniałego słońca wlewającego się do ogrodu Perdity, znów poczuła dreszcz i puls życia płynący przez jej żyły. Festyn będzie wspaniałą okazją do ponownego wejścia na arenę aktywności i – jak Daisy zauważyła (z wielką delikatnością jak na Daisy), że w sierpniu będzie już ponad rok jej wdowieństwa. Ze strony Daisy było to też poświęcenie, że sama miała to zaproponować, bo Lucia wiedziała, że zgodnie z obecnymi ustaleniami to Daisy miała przejąć rolę dziewiczej królowej, a Juruś powiedział jej kilka tygodni wcześniej (kiedy rozmowa zeszła na temat festynu), że Daisy już zajęła się kłuciem palców przy probie uszycia sobie kryzy otaczającej jej krótką, grubą szyję i że kupiła bardzo okazały sznur pereł u Woolwortha. Może droga Daisy zdała sobie sprawę, jak niedorzecznie będzie się prezentować jako królowa i dla dobra festynu zdecydowała się odstąpić od tak godnej politowania roli. Jakikolwiek był powód, dobrowolna abdykacja była naprawdę miłym gestem z jej strony.
Lucia uznała, że powinna skłonić Daisy do małego nacisku. W końcu proszono ją o poświęcenie osobistych uczuć, tak bardzo niechętnych rozgłosowi i dla dobra Riseholme uratowania festynu przed obróceniem się w farsę. Była więcej niż gotowa, ale odrobina nalegania była konieczna. Westchnęła więc znowu, pogłaskała okładkę wierszy Pepina i odezwała się nawet dość energicznie.
- Droga Daisy – powiedziała – nie sądzę, bym była w stanie stawić temu czoła. Nie mogę wyobrazić sobie, że wychodzę z domu w jedwabiach i klejnotach i zajmuję miejsce w procesji bez mojego Pepino za plecami. Pamiętasz, miał być Raleighem i miał kroczyć tuż za mną. Powitanie, okrzyki, radość, madrygały, tańce Morrisa ja z moim biednym, zrozpaczonym sercem! Ale może powinnam. Mój drogi Pepino, jestem pewna, chciałby tego. Ty też tak sądzisz, a ja zawsze szanowałam słuszność twego osądu.
Lekki cień przebiegł po czerwonej, okrągłej twarzy Daisy. Lucia szła za szybko i za daleko.
- Moja droga, nikt z nas nawet nie pomyślał, żeby prosić cię o zostanie królową Elżbietą – powiedziała. – Nie jesteśmy aż tak gruboskórni, bo oczywiście, byłby to dla ciebie zbyt duży ciężar. Nawet o tym nie myśl. Chciałam ci zaproponować rolę żony Drake’a. Wychodzi ona na przód tylko na chwilę, wykonuje dworski dyg przede mną – to znaczy przed królową – i cofa się w tłum dam dworu, halabardzistów i tych innych.
Ptasie oczy Luci wpatrywały się przez chwilę w zaniepokojoną twarz Daisy z osobliwą pogardą. Jaka głupia była ta biedna Daisy sądząc, że ona, Lucia, zgodzi się przyjąć jakąś podrzędną rólkę w żywych obrazach czy korowodzie czy czymkolwiek innym w tym Riseholme, którego tak długo była królową! Już się zdecydowała, że po lekkim naleganiu zagra rolę królowej wchodząc w ten sposób znów w życie towarzyskie Riseholme, ale nalegania całego świata nie skłonią jej do wcielenia się w kogokolwiek innego, póki nie będzie królową. Czy świat widział coś bardziej nietaktownego niż nietakt Daisy?
Uśmiechnęła się mroźnie i znów pogłaskała okładkę wierszy Pepina.
- Jak miło, że to proponujesz, kochana – powiedziała – ale naprawdę, byłoby to dla mnie za wiele. Zrobiłam błąd, że w ogóle się nad tym przez chwilę zastanawiałam. Naturalnie będę się tym wszystkim interesować, bardzo interesować i jestem pewna, że zrozumiesz, czemu nawet nie przyjdę na festyn. Przeczytam o nim wszystko w Worcestershire Herald.
Przerwała. Może bardziej pasowałoby do pustego serca gdyby już nic nie mówiła o festynie. Z drugiej strony czuła zachłanną ciekawość i pragnienie dowiedzenia się, jak im idzie. Westchnęła.
- Muszę zmusić się, by znów zacząć się interesować światem – rzekła. Więc jeśli tylko chcesz, opowiadaj Daisy.
Daisy poczuła wielką ulgę, że nawet rólka żony Drake’a okazała się zbyt wielkim wyzwaniem dla Luci. Była wolna od groźby że o wiele bardziej eksponowana rola królowej zostanie jej odebrana.
- Wszystko idzie świetnie – powiedziała. – Rozpoczynamy od zabawy na błoniach, madrygały i tańce Morris. Potem następuje scena na Złotej Łani, którą całkowicie tobie zawdzięczamy. Trochę ją tylko rozwinęliśmy. Będzie ogień na rufie statku, a może na dziobie?
- To zależy, kochana, którą część statku masz na myśli – rzekła Lucia.
- Tylna część, rufa. Rufa, tak? No więc na rufie będzie ogień potrzebny do gotowania. Całkiem bezpieczny, jak mówią, jeśli polana ułoży się na arkuszu blachy. Nad ogniem będziemy mieć elżbietański rożen i upieczemy na nim jagnię.
- Nie radziłabym – powiedziała Lucia, czując jak olśniewa ją blask tych planów. – Połowa się spopieli, reszta zostanie surowa.
- Nie, moja droga – odrzekła Daisy. – Zostanie upieczone w Ambermere Arms, a dopiero potem zawieszone nad ogniem na Złotej Łani
- Ach tak; tylko żeby trochę uwędzić je w dymie. – powiedziała Lucia.
- Nieważne. Oczywiście, ja go nie tknę, bo nie jem teraz mięsa, będę tylko udawać. Ale będziemy mieć scenę z przyrządzaniem posiłku dla królowej na pokładzie Złotej Łani, by wypełnić czas potrzebny na sformowanie orszaku. A właśnie, tak myślałam – może zgodziłabyś się, aby orszak ruszał raczej z twojego domu niż mojego. Trasa będzie bardziej na otwartym terenie, wszyscy lepiej to zobaczą. Jeśli pozwolisz, przyszłabym pół godziny wcześniej żeby się przebrać.
Lucia oczywiście doskonale wiedziała że Daisy ma być królową, ale chciała usłyszeć to od niej samej.
- Oczywiście zacznijcie tutaj – powiedziała. – Będę szczęśliwa mogąc pomóc. I ubierz się tutaj. A powiedz: kim masz być?
- Wszyscy nalegali, żebym była królową Elżbietą – powiedziała Daisy pospiesznie. – Gdzie to byliśmy? A tak: formuje się orszak, piecze się jagnię. Pieśni oczywiście, grupka kucharzy. Orszak przechodzi do Złotej Łani, potem obiad, potem pasuję Drake’a. Mamy piękny miecz. Potem elżbietańskie zabawy, biegi, skoki, zapasy i tak dalej. Myśleliśmy o sprowadzeniu niedźwiedzia z jakiejś menażerii, takiego łagodnego, ale zrezygnowaliśmy. Gdyby był spokojny – żadna atrakcja, gdyby wpadł w złość – byłoby strasznie.
- Bardzo rozsądnie – rzekła Lucia.
- Potem wymykam się do Ambermere Arms, które jest całkiem blisko i przebieram się w strój do jazdy konnej. Przy drzwiach będzie stał biały wierzchowiec, ten, który zawsze wozi wózek z mlekiem. Och, zapominałabym. Kiedy się przebieram, zanim przyprowadzą wierzchowca, z Plymouth nadjeżdża galopem jeździec na koniu spienionym mydlinami, żeby obwieścić, że na horyzoncie widać hiszpańską armadę. Chyba musimy mieć megafon, inaczej nikt go nie usłyszy. Więc wychodzę, wsiadam na rumaka i wygłaszam przemowę do wojsk w Tilbury. Wiesz, duża tablica z napisem Tilbury, jak na dworcu. Bardzo szekspirowskie. Będę musiała nauczyć się jej na pamięć i mieć Raleigha cały czas obok wierzchowca z egzemplarzem w ręku, żeby mi podpowiadał gdy się zatnę.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Śro 28 Maj, 2025 08:47

Pewnie biedny Pepino umarł na zapalenie płuc, antybiotyków jeszcze nie było :( :( :(

Noooo, już widzę płonącą Złotą Łanię, która się zajęła od przywędzanego jagnięcia i drogą Daisy uciekającą w popłochu w talerzowatej krzywej kryzie wokół szyi :lol: ale na pewno rzeczywistość przejdzie moje najśmielsze oczekiwania, impreza zapowiada się oszałamiająco, choć tyle jeszcze do niej czasu :serce: :serduszkate: :mrgreen:

Trzykrotka - Śro 28 Maj, 2025 09:23

I całe Riseholme ma wziąć w niej udział :banan: A biedna Daisy zaiste nie wie, co robi - mnie też zapaliła się lampka na słowa o prawdziwym ogniu na pokładzie.
Tamara - Śro 28 Maj, 2025 09:36

Taaaak :banan_czerwony: :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen: całe szczęście, że Łania ma stać w stawie :mrgreen:
Trzykrotka - Śro 28 Maj, 2025 10:01

A jeszcze planowany niedźwiedź :rotfl: Tu już na szczęście Daisy poszła po rozum do głowy :mrgreen:
Tamara - Śro 28 Maj, 2025 13:21

Tu decyzje podejmowało ciało zbiorowe :wink: mógł był to być pomysł Daisy, storpedowany przez kogoś roztropniejszego :wink:
Trzykrotka - Śro 28 Maj, 2025 20:19

Rozmowy i podejmowania ciąg dalszy :kwiatek:

W miarę opowieści Daisy dawny, dobrze znany blask zaczynał jaśnieć w głowie Lucie coraz mocniej i mocniej. Zastanawiała się, czy nie popełniła błędu nie przyjmując podrzędnej rólki żony Drake’a, tylko po to, by znów znaleźć się w wirze wydarzeń, chodzić na zebrania komitetu i stopniowo wypierając Daisy z pierwszoplanowej pozycji, samej zagrać rolę królowej. Czuła, że musi to dogłębnie przemyśleć i ustalić, czy na tak zaawansowanym etapie przygotować jest to w ogóle możliwe. Obecnie, póki nie podejmie decyzji, by nie wzbudzać podejrzeń, mądrzej będzie udawać, że te sprawy są dla niej bardzo odlegle. Okaże słabe, choć życzliwe zainteresowanie, takie jakie starsi okazują zabawom dzieci i uśmiechają się życzliwie do ich ładnych igraszek. Ale przyjście na festyn, gdy ten dzień nadejdzie, to było niewykonalne. Albo sama będzie królową Elżbietą, albo nie będzie jej wcale w Riseholme. To było to.
- Cóż, czeka cię ciężka praca, droga Daisy – powiedziała, szarpiąc dyskretnie za węzeł na taśmie książki Pepina. – Będziecie mieli mnóstwo zabawy, ale, mój Boże, jak odległe mi się to wydaje.
Daisy oderwała się od myśli o festynie.
- Nie potrwa to wiecznie, kochana – powiedziała, współczująco gładząc dłoń Luci. -Twoja radość życia powróci. Widzę, że masz tu poematy Pepina. Przeczytasz mi któryś?
Lucia odwzajemniła gest Daisy.
- Pamiętasz ostatni, który napisał? – powiedziała. – Nazwał go Samotność. Byłam wtedy w Londynie. Początek:
Chmury deszczem ciężarne wiszą na zgubnym niebie,
Gdy sam tu siedzę.
Gęsto w ciężkim powietrzu spadają nieme liście…


Ale nie przeczytam ci go. Może innym razem.
Daisy jeszcze raz współczująco pogłaskała ją po ręce i wstała.
- Muszę już iść – powiedziała. – Może wpadniesz dziś do nas na cichą kolację?
- Wielkie dzięki Daisy, ale nie mogę. Juruś będzie dziś u mnie na kolacji. Jakieś wieści w Riseholme dziś rano?
Daisy zastanowiła się przez chwilę.
- Ach, tak – powiedziała. – Pani Antrobus ma wspaniały nowy aparat. Ani trochę nie przypomina trąbki przy uchu. Przygryza małą skórzaną podkładkę i słyszy wszystko doskonale. Potem wyjmuje ją z ust i odpowiada ci i znów wkłada by słuchać.
- Nie! – powiedziała Lucia z ekscytacją – całą mokrą?
- Całkiem suchą. Trzyma ją w zębach. Nie jest bardziej mokra niż długopis, który wkładasz do ust, mówię ci.
Daisy pospieszyła do domu, by przed obiadem wykonać ćwiczenia i wypić kolejne szklanki gorącej wody. Czuła, że bezpiecznie wyszła z potencjalnie groźnej sytuacji, bo bez dwóch zdań Lucia, mimo wzdychania i tęsknego głaskania okładki książki Pepina i wielkiej kokardy z krepy zaczynała wykazywać objawy dawnego ożywienia. Rzuciła Daisy jedno czy dwa spojrzenia tym swym świdrującym, ptasim okiem i wykazała żywe zainteresowanie takimi detalami jak pieczone jagnię i przyrząd pani Antrobus, które kilka tygodni wcześniej nie wywołałoby najmniejszej reakcji w zbolałym umyśle i na szczęście, pomyślała Daisy, że Lucia dała jej zdecydowane zapewnienie, że nawet rola żony Drake’a byłaby dla niej zbyt dużym obciążeniem. Bóg jeden wie, jak szybko Daisy wróci do dawnego stanu, albo jak szybka będzie jej rekonwalescencja i jakie siły mentalne i metody i sposoby dominacji rozwinie po tym okresie jałowego spokoju. Dziś była wokół niej jakaś nowa aura: była jak czasami wiosenne poranki, kiedy to – choć wiatr może nadal być mroźny, a słońce blade i rozwodnione, to powietrze już jest brzemienne nieuchronnymi narodzinami nowego życia. Lecz ewidentnie do festynu nie chciała przykładać ręki, a to w tej chwili najbardziej interesowało Daisy. „Niech robi, co jej się podoba” – pomyślała ruszając truchtem, „ale to ja będę królową Elżbietą.”

Jej dom, z morwą od frontu i ogrodem na tyłach, sąsiadował na końcu ogrodu z domem Jurusia Pilsona i kiedy przeszła przez niego i wyszła na trawnik of tyłu, usłyszała po drugiej stronie płotu stuk młotka do krokieta o kulę, który ostatnio prawie codziennie naznaczał godziny każdego pogodnego poranka. Juruś zupełnie oszalał na punkcie krokieta granego w pojedynkę i spędzał na nim pół dnia zaniedbując akwarele i fortepian. Wydawało się, że stracił cały zapał do życia, za wyjątkiem krokieta; nie interesowały go żadne dawne sprawy i ekscytujące tematy z Riseholme. Opis nowego aparatu pani Antrobus podany mu przez Daisy w ogóle go nie zaciekawił, a perspektywa zagrania Francisa Drake’a w nadchodzącym festynie wzbudziła w nim umiarkowany entuzjazm. Księga z elżbietańskimi kostiumami, pełna wspaniałych, kolorowych rycin, wyrwała go na chwilę z letargu i wybrał dla siebie białą satynową tunikę z bufiastymi rękawami przeszywanymi karmazynem i płaszcz z różowego jedwabiu, nad którego odtworzeniem pracowała jego niezrównana pokojówka Foljambe, ale nawet to nie budziło w nim żadnego zapału. Oczywiście, otrzymał ostatnio kilka naprawdę okrutnych ciosów od losu: panna Olga Bracely, primadonna, której był tak oddany, opuściła Riseholme miesiąc temu, wyjeżdżając w roczną trasę operową po Stanach Zjednoczonych i Australii, co już było dla niego druzgocącym ciosem, podczas gdy determinacja Luci by porzucić wszystko to, czym kiedyś tak się cieszyli odarła go ze wszystkich duetów, które razem grywali. Co gorsza, po Riseholme niosło się, choć na razie szeptem, że Foljambe, ta perła wśród pokojówek, na której opierał się spokój i komfort jego domowego ogniska, umawia się z Cadmanem, szoferem Luci. Mogło to nie znaczyć nic, ale jeśli znaczyło i Foljambe zamierzała wyjść za mąż i porzucić Jurusia i Juruś się o tym dowiedział, to zaiste, było wiele powodów do utraty radości i zapału do życia, tej ponurej aury, która ostatnio tak często go otaczała. Wszystkie te powody, te ciosy, które Los już na niego zesłał, niepokój dotyczący nadciągającej katastrofy zapewne przyczyniły się do zaćmienia jego życiowej energii.
Daisy usiadła na ławce w ogrodzie i zaczęła robić serię głębokich wdechów i wydechów, pozostałość z czasów, gdy studiowała jogę. Ważne było, aby być skoncentrowanym (inaczej głębokie oddechy nie przynosiły żadnego pożytku), lub raczej osiągnąć całkowitą pustkę umysłu i wyrzucić z niego wszystkie sprawy przyziemne, które były Mają, czyli ułudą. Ale tego ranka trudno jej było: regimenty spraw wyrastały jak grzyby po deszczu. Gratulowała sobie, że zdecydowała się upewnić, czy Lucia zamierza wtrącić swoje trzy grosze w festyn, ale jednocześnie zaczęła mieć wątpliwości – to były grzyby niepokojące – czy to takie pewne, bo dziś Lucia była żwawsza niż kiedykolwiek od śmierci Pepina, a jeśli ta tendencja się nasili, jej rozbudzone zainteresowanie powrotem do życia z pewnością będzie szukało sobie ujścia. Potem do jej umysłu zaczęła przenikać myśl o jej własnej mowie do żołnierzy w Tilbury: czy kiedykolwiek zapamięta je tak dobrze, że żaden atak paniki, żadna trema nie zdoła usunąć go z jej głowy? A ponad tym wszystkim unosiło się to niepokojące tupanie z ogrodu Jurusia i jak bardzo nie starałaby się oczyścić umysłu, uznawała, że jest...
- Jurusiu, jesteś tam? - zawołała.
- Tak – dobiegł ją jego głos drżący z emocji. – Poczekaj chwilę. Przeszedłem już dziewięć bramek i – och, co za paskudztwo, ominąłem najłatwiejszą. O co chodzi? Wolałbym, żebyś mnie nie wołała w tej chwili.
Juruś był wysoki i mógł wychylić się poza płot. Daisy podciągnęła do niego stołek i weszła na niego, więc mogli rozmawiać mając głowy na tej samej wysokości.
- Tak mi przykro Jurusiu – powiedziała. – Nie widziałam, że bijesz taki rekord. Pomyśleć tylko, dziewięć! Chciałam ci tylko powiedzieć, że byłam u Luci.
- I to wszystko? Wiem o tym, bo cię widziałem – rzekł Juruś. – Polerowałem bibeloty w salonie. A wy siedziałyście w ogrodzie Perdity.
- Ale jest coś nowego – ciągnęła Daisy, która nie zamykała ust czekając, aż Juruś skończy. – Jest w lepszym stanie. Wyraźnie. Najbardziej zainteresowana, nie taka słaba i bliska omdlenia. Na przykład o pieczonym jagnięciu mówiła z sarkazmem.
- Co? Znowu mówiła o festynie? – spytał Juruś. – To wyraźna poprawa.
- Poszłam, by ją o niego zapytać. Spytałam, że zdobędzie się na wysiłek zagrania żony Drake’a. Ale powiedziała, że to za duże obciążenie.
- Moja droga, chyba nie poprosiłaś, żeby była żoną Drake’a? – zapytał Juruś z niedowierzaniem. – Równie dobrze mogłaś poprosić, żeby stała w tłumie wydającym okrzyki. Coś ty sobie myślała?
- Co myślałam to moje, a ona oświadczyła, że nie będzie nikim w ogóle – odparła Daisy. – Mam na to jej słowo. Ale na pewno dochodzi do siebie, jestem tego pewna, w jej głowie znowu zaroi się od planów. Nie jestem szczęśliwa z tego powodu.
- Chodzi ci o to, że boisz się, że może chcieć być królową – trafił Juruś w sedno.
- Nie ustąpię – powiedziała Daisy twardo, nie zawracając sobie głowy potwierdzeniem tak oczywistej interpretacji. – Zadałam sobie masę trudu, już prawie nauczyłam się przemowy do żołnierzy i uszyłam sobie kryzę i kupiłam sznur pereł. To nie byłoby w porządku, Jurusiu. Więc nie zachęcaj jej, dobrze? Wiem, że idziesz dziś do niej na kolację.
- Nie, nie będę jej zachęcał – odpowiedział. – Ale wiesz, jaka jest Lucia w pełnej formie. Jeśli czegoś chce, to jakoś to dostaje. Tak już jest. To wszystko, co można na ten temat powiedzieć.
- Cóż, teraz tak nie będzie – powiedziała Daisy dźwigając się z kosza na którym siedziała, a który już zaczął się zapadać. – To byłoby paskudne. I chciałabym, żebyś teraz do mnie wpadł i żebyśmy przećwiczyli scenę pasowania cię na rycerza. Musimy to zrobić bardzo sprawnie.
- Nie dziś – odparł Juruś. – Swoją partię znam: muszę tylko uklęknąć. Możesz ćwiczyć na końcówce sofy. Poza tym, jeśli Lucia naprawdę budzi się do życia, muszę zabrać ze sobą kilka duetów, a wcześniej je przećwiczyć. Od tygodni nie tykałem fortepianu. A ramię mnie boli od tego, jak mnie pasowałaś parę dni temu. Niezły siniak.
Daisy nagle coś sobie jeszcze przypomniała.
- I Lucia zacytowała mi kilka wersów z ostatnich wierszy Pepina – powiedziała. – Jeszcze miesiąc temu nie zrobiłaby tego bez załamania nerwowego. I jestem pewna, że przeczytałaby mi cały kiedy ją o to poprosiłam, ale ewidentnie nie mogła rozsupłać jednej z tych taśmy, którymi książka jest owinięta. Ciasny węzeł. Szarpała się z nim…
- Och, chyba wraca do siebie – odpowiedział. – I to bardzo.

c.d.n

Tłum. Trzykrotk
a

Tamara - Czw 29 Maj, 2025 15:09

Ojejuuu :serce: :serce: :serce: :serce: :serduszkate: :serduszkate: :serduszkate: jak cudownie znów być w tej rozkosznej świątyni sztuki, intelektu i szlachetności, jaką jest Riseholme :serce: :serduszkate: :rotfl: sądzę, że szykuje się niezła zadyma, jak powiedziałby major Benjy; a jeżeli dojdzie to zetknięcia drogiej Luci z drogą Elżbietą, świat może wystąpić z posad :excited: :rotfl: :cheerleader2:
Trzykrotka - Czw 29 Maj, 2025 21:54

O tak :rotfl:

Juruś wprowadza Lucię i nas w szczegóły przygotowań do festynu.


Tak więc Juruś poszedł ćwiczyć niektóre ze starych duetów na wypadek, gdyby Lucia poczuła się na siłach zagłębić się we wspomnieniach szczęśliwszych dni przy fortepianie, a Daisy uderzyła parasolem w końcówkę sofy z sześć razy, nakazując, by powstał sir Francis Drake. Nadal rozważała, czy Lucia nie knuje jakiegoś niegodziwego planu, ale choć faktycznie kilka minut bezpośrednio po ich rozmowie w ogrodzie Perdity mogło okazać się niezwykle groźne dla jej perspektywy zagrania królowej, to w czasie, gdy pasowała sofę, ta groźba minęła. Bo Lucia, wciąż rozmyślając, czy nie uknuć jakiejś intrygi zmierzającej do usunięcia Daisy, zamiast męczyć się ze splątaną taśmą sięgnęła po Timesa i dość nieobecnym wzrokiem przebiegła jego kolumny. Nie znalazła niczego, co mogłoby ją zainteresować, a jej spojrzenie wędrowało w górę i w dół po listach ofert i poszukiwań, rejsów parowców i domów do wynajęcia na letnie miesiące. Było tam zdjęcie jednego z nich, z prostym, przyjemnym frontonem w stylu królowej Anny, wychodzącym na brukowaną ulicę. Był bardzo atrakcyjny, a pod nim przeczytała, że panna Mapp szuka lokatora dla swojego domu w Tilling, zwanego Mallards, na sierpień i wrzesień. Siedem sypialni, cztery bawialnie, centralne ogrzewanie i ogród w starym stylu. W tym psychologicznie trafionym momencie szanse Daisy na zostanie królową Elżbietą wzrosły niebotycznie, bo ten dom do wynajęcia zrodził w głowie Luci pomysł, który wziął górę nad wszystkimi innymi. Musi dziś wieczorem omówić go z Jurusiem: do tego czasu niech dojrzewa. Samo nazwisko panny Mapp przywołało w jej głowie słabe wspomnienie dużej kobiety z szerokim uśmiechem, która kilka lat temu zatrzymała się w Ambermere Arms i była bardzo przyjemna, choć lekko wyniosła. Juruś pewnie będzie pamiętał… Ale tymczasem słońce zaczęło za bardzo przypiekać i Lucia zabrała swój tomik wierszy i Timesa i weszła do środka do chłodnego, wyłożonego kratowaną boazerią salonu muzycznego, w którym stał fortepian. Obok niego była biblioteczka z tomami oprawionych nut i z niej wyjęła ten zawierający duety, nad którymi ona i Juruś tak radośnie pracowali. Były to kwartety Mozarta zaaranżowane na cztery ręce, rozkoszne, falujące melodie: minęły miesiące od kiedy ich dotykała, abo od kiedy pokój muzyczny rozbrzmiewał czym innym niż ponurymi, refleksyjnymi tonami. Lecz dziś otwarła książkę i położyła na podstawce. „Uno, due, tres” powiedziała do siebie i zaczęła ćwiczyć partię wiolinową, najprzyjemniejszą do grania.
Juruś od razu dostrzegł różnicę gdy przyszedł na kolację tego wieczoru. Siedziała w ogrodzie Perdity i po raz pierwszy przywitała go po włosku, jak za dawnych czasów.
- Buona sera, caro – powiedziała. - Come sta?
- Molto bene – odpowiedział – i co za caldo dzień. Przyniosłem trochę muzyki na wypadek, gdyś poczuła chęć. Mozartino.
- Świetny pomysł! Un po’di musica potem, ale najpierw mam tanto tanto do pogadania z tobą. Wchodź, zaraz będzie kolacja. Jakieś nowiny?
- Niech pomyślę – powiedział. – Nie, chyba nic wielkiego. Jestem dość posiniaczony po tym, jak Daisy pasowała mnie któregoś dnia…
- Kochana Daisy! – rzekła Lucia. – Ma czasem ciężką rękę, nie sądzisz? Brakuje lekkości dotyku. Była tu rano żeby porozmawiać o festynie. Namawiała mnie, żebym zagrała. Jak myślisz, Jurusiu, jaką rolę? Nigdy nie zgadniesz.
- Nie zgadłbym, gdyby mi sama nie powiedziała. – odparł. – Najbardziej niedorzeczny pomysł, o jakim słyszałem.
Lucia westchnęła.
- Nie bardziej niedorzeczna niż to, żeby ona była królową, obawiam się – powiedziała. – Daisy na wierzchowcu przemawiająca do żołnierzy! Jurusiu drogi, wyobraź sobie tę scenę! To będzie parodia, nie wojna. Obawiam się, że Daisy jest nieprzytomna z emocji na myśl o zagraniu królowej. Biega, jest w amoku i zrobi z siebie nieopisane widowisko, a Riseholme stanie się pośmiewiskiem dla wszystkich tych amerykańskich turystów którzy zjadą się tu w sierpniu by obejrzeć naszą elżbietańską wioskę. Wioska przetrwa, ale co z Elżbietą? Tacete un momento,Jurusiu. Le domestiche.
Włoski Jurusia trochę zardzewiał po tak długim nieużywaniu, ale zdołał sobie przetłumaczyć to zdanie i wywnioskował słusznie, że Lucia nie chce drążyć tematu gdy w pokoju jest Grosvenor, pokojówka i jej koleżanka.
- Sicuro – powiedział i pospieszył by nabrać sobie ryby.
Wkrótce domestiche opuściły pokój, być czuwać na wezwanie dzwonkiem w formie srebrnego pomandera leżącym wśród solniczek i pieprzniczek przed Lucią. Ledwie drzwi się za nimi zamknęły, Lucia znów zaczęła mówić.
- Oczywiście po propozycji biednej Daisy nie wezmę udziału w festynie – powiedziała. – i choćby błagała mnie na kolanach żebym zagrała królową Elżbietę, nawet mi się to nie przyśni. Nie pozbawi mnie tego, co mogę skromnie nazwać dumą, a skoro uznała za stosowne zaproponować mi rolę żony Drake’a, która – jak spiesznie wyjaśniła – wysuwa się z tłumu na moment, żeby przed nią dygnąć, a potem cofa się w szeregi halabardników i dam dworu, moja godność, której jeszcze trochę mi pozostało, nie pozwala mi na tknięcie przedstawienia nawet końcem kija. Ale żal mi Daisy, że tak mało wie o swoich ograniczeniach i będę opłakiwać Riseholme jeśli biedaczka narobi takiego bigosu, jaki niewątpliwie narobi, jeśli pozwoli się jej zorganizować całą rzecz po swojemu. To wszystko.
Okazało się jednak, że zostało jeszcze trochę, bo Lucia szybko dokończyła rybę i od razu zaczęła od nowa.
- No więc po tym, co mi dziś rano powiedziała, sama nie mogę wyjść z propozycją, ale ty – gdybyś tylko chciał – możesz przekazać jej, Jurusiu, pamiętaj, nie ode mnie, tylko od siebie – że sądzisz, że byłabym skłonna z nią poćwiczyć i zrobić co tylko się da, żeby przekształcić ją w uosobienie wielkiej królowej Bess. Coś się z niej da zrobić. Jest niska, ale i królowa była. Ma kiepskie zęby, ale to nieważne, królowa miała takie same. Nie jest do końca damą, ale i królowa nosiła skazy wulgarności i prostactwa. W Tudorach było coś nieokrzesanego, zawsze tak sądziłam. Wszystko to drogi Jurusiu zadziała na naszą korzyść. Jeśli tylko droga Daisy nie będzie udawała wysokiej, jeśli będzie się dużo uśmiechała i zachowywała naturalnie, to to będą jej atuty, prawdziwe atuty. Lecz mimo to Daisy po prostu ośmieszy i siebie i Riselolme jeśli nie uda jej się przywołać choć cienia podobieństwa do godności i królewskości. Drobne gesty, małe zwroty głową, drobne oznaki łaskawości; na tym polega aktorstwo. Wymyśliłam to w dawnych, kochanych czasach gdy zaczynaliśmy to wszystko planować i jak powiedziałam, będę szczęśliwa mogąc przekazać biednej Daisy wszystkie wskazówki jeśli tylko tu przyjdzie i mnie o to poprosi. Tylko pamiętaj, Jurusiu, ta propozycja nie może wyjść ode mnie. Pozwalam ci powiedzieć, że uważasz, że będę skłonna jej pomóc, ale nic ponad to. Capite?
To włoskie słowo niezrozumiałe dla służby, padło raczej za późno, bo Lucia już nacisnęła dzwonek, nieświadomie podkreślając tym swą szlachetną propozycję, a Grosvenor i jej pomocnica znajdowały się w pokoju od dłuższego czasu. Ukrywanie się przed le domestiche nie było już więc możliwe. I tak naprawdę i Juruś i Lucia w ogóle o domestiche zapomnieli.
- To bardzo miłe z twojej strony, Luciu – powiedział Juruś. – Ale wiesz, jaka jest Daisy. Uparta jak---
- Jak jej wierzchowiec – przerwała Lucia.
- Tak właśnie. Oczywiście przekażę jej, co powiedziałaś, lub raczej zasugeruję, co mogłabyś powiedzieć, gdyby poprosiła o wskazówki, ale nie wierzę, żeby to miało jakikolwiek sens. Całe to święto to jedna wielka nuda. Sześć tygodni do przedstawienia, a ona codziennie chce robić próbę pasowania mnie na rycerza, urządza przemarsze procesji w tę i we wtę po ogrodzie, wszystkim rzemieślnikom każe maszerować przodem jako halabardnikom i kapitanom, kiedy oni powinni być w pracy, porcjować mięso i doić krowy. Wszyscy mają już tego dość. Marzę żebyś przejęła sprawę i sama była królową. Och, zapomniałem, że obiecałem Daisy, że cię nie będę namawiał. Mój Boże, okropność!
Lucia zaczęła się śmiać, dosłownie śmiać. Po wszystkich tych bladych uśmiechach była to rewolucyjna zmiana.
- Ależ nie okropność, Georgino mio – powiedziała. – Widzę oczyma duszy gorączkową obawę Daisy, że będę chciała uchronić ją przed śmiesznością. Uwielbia się ośmieszać, biedactwo, to jej kompleks – ta wspaniała nowa książka Freuda, którą muszę przeczytać – i podświadomie tęskni za śmiesznością na jak największą skalę. Ale co do mojego przejęcia – nie wchodzi to w grę. Zacznijmy od tego, że mnie tu wtedy raczej nie będzie. Dwunasty sierpnia, prawda? W Szkocji początek sezonu polowania na głuszce, a w Riseholme – szczucia niedźwiedzia.
- Nie, z tego zrezygnowano. – Sprzeciwiłem się temu przed całym komitetem. Powiedziałem, że jeśli w ogóle zdobędziemy niedźwiedzia, nie stanie do walki póki się go nie rozdrażni…
Lucia przerwała.
- A rozdrażniony będzie straszny – wtrąciła.
- Tak. Skąd wiesz, co powiedziałem? – spytał Juruś. – Sprytnie, co?
- Naprawdę sprytnie, caro – odrzekła. – Wiem, co powiedziałeś, bo Daisy przytoczyła te słowa jako swoje.
- A to oszustka! – powiedział Juruś z oburzeniem.
Lucia spojrzała na niego żałośnie.
- Ach, nie możesz tak źle myśleć o biednej Daisy – odrzekła. Oszustka to za mocne słowo. Może tylko zazdrosna o błyskotliwe, szybkie pomysły innych ludzi, bo sama nie jest zbyt bystra.
- Nieważne, powiem jej i tak, że wiem, że skradła mi żart – powiedział.
- Mój drogi, nie warto. Stworzysz całą masę nowych. To wszystko jest takie trywialne, Jurusiu, nie warte uwagi. Poniżej twojego poziomu.
Lucia pochyliła się z łokciami na stole jak za dawnych lat, zamiast zwisać z krzesła.
- Ale ale, mamy do omówienia ważniejsze sprawy niż małe oszustewka Daisy – powiedziała. – Od czego tu zacząć?
- Od początku – odrzekł Juruś zachłannie. Nie czuł się tak zainteresowany sprawami codzienności od kiedy Lucia pogrzebała się żywcem w swej żałobie.
- No więc początek stał się dziś rano – powiedziała – gdy zobaczyłam coś w Timesie.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Pią 30 Maj, 2025 11:57

No mówiłam, że to nie Daisy zrozumiała , że niedźwiedź jest niebezpieczny :mrgreen:
Lucia nareszcie zaczyna znowu rozwijać skrzydła, oj będzie sie działo :banan: :cheerleader2: :rotfl: :rotfl: :rotfl: I chciałabym zobaczyć drogą Daisy jako królową Elę konno :serce: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
I strasznie jestem ciekawa , jakie wrażenie na uduchowionej Luci wywrze Tilling :mrgreen:

Trzykrotka - Pią 30 Maj, 2025 20:26

Jak ona ma zamiar wspiąć się na konia, z jej wzrostem i wagą? Chyba, że sir Raleigh z Francesem Drake ją podsadzą :rotfl:

Pora się dowiedzieć, jak Lucia znajdzie się w Tilling :kwiatek:

- Ja nic nie zobaczyłem – odpowiedział Juruś. – Było coś o Riseholme i festynie? Daisy mówiła, że napisze list do Timesa na ten temat.
- Musiałam mrugnąć i przegapić – powiedziała Lucia – albo jakimś cudem tego nie umieścili. Nie, nic o festynie, nic o Riseholme. I to bardzo nic o Riseholme. Jurusiu, pamiętasz kobietę, która pewnego lata mieszkała w Ambermere Arms i nazywała się panna Mapp?
Juruś się skupił.
- Pamiętam nazwisko, bo było takie… okrągłe, jak mapa świata – powiedział. – Och, poczekaj, coś mi się kojarzy. Duża, z szerokim uśmiechem. Zęby.
- Tak, to ona – zawołała Lucia. – Telepatia, drogi Jurusiu. Oddziałujemy jedno na drugie… Nie jak globus, raczej hiena, przystojna hiena. Jeszcze nie głodna, ale za chwilę może zgłodnieć.
- Tak. I opowiadała o miasteczku zwanym Tilling, w którym ma dom w stylu królowej Anny. Znienawidziliśmy ją trochę za to. Ach, jeszcze była na moim gardem party. I wiem już kiedy to było. To było tego lata, gdy wymyśliłaś powiedzonko „au resevoir” zamiast „au revoire.” Mówiliśmy tak przez tydzień czy dwa aż się zmęczyliśmy. Panna Mapp była tu mniej więcej wtedy, bo podłapała powiedzonko na moim garden party. Została aż do końca, zajadała się porzeczkowym foolem i powiedziała, że odziedziczyła recepturę na niego po babci i że mi ją przyśle. I przysłała, a kucharka orzekła że jest do niczego. Tak, to był rok au reservoire, pamiętam, że tak się z wszystkimi żegnała i powiedziała, że zabiera powiedzonko do Tilling. To ona. A co?
- Jurusiu, twoja pamięć jest doskonała – powiedziała Lucia. – Teraz o ogłoszeniu, które znalazłam w Timesie. Panna Mapp chce wynająć na sierpień i wrzesień jej dom w stylu królowej Anny zwany Mallards, h & c i ogród w starym stylu. Chciałabym mnie tam jutro zawiózł i obejrzał go. Myślę, że jest duża szansa, że jeśli jest taki, jakiego się spodziewam, wynajmę go.
- Nie! – wykrzyknął Juruś. – No oczywiście, że cię tam jutro zawiozę. Co za zabawa! Ale co za okropieństwo jeśli wyjedziesz na dwa miesiące. Co ja mam począć? Najpierw Olga wyjechała na rok, teraz ty myślisz o wyjeździe, a mnie zostanie tylko krokiet i Drake.
Lucia rzuciła mu jedno z tych spojrzeń, w których kryło się tyle treści, które w odpowiednim czasie zostaną bez wątpienia ujawnione. Pszczoły już ożywiły się w ulu i niedługo wylecą by roić się, żądlić, zbierać miód… Cudownie znów było ją taką widzieć.
- Jurusiu, potrzebuję zmiany – powiedziała – i choć myśl, że będziesz tęsknił jest mi droga, to myślę, że muszę to zrobić. Muszę się przebudzić, wstrząsnąć, zabrać do działania. Inna scenerii, inne powietrze, inni ludzie. Chyba nikt z żyjących nie jest bardziej niż ja zanurzony w przestronnych elżbietańskich dniach, bardziej oddany szekspirowskiej tradycji i otoczeniu – może tylko sir Sidney Lee. Ale w tej chwili chcę od tego uciec, zwłaszcza gdy biedna Daisy planuje zrobić niesmaczną publiczną parodię z tego, co tak długo uważałam za święte.
Lucia połknęła trzy czy cztery truskawki jakby to były pigułki i upiła łyk wody.
- Nie sądzę, żebym zniosła że będę stąd uczestniczyć we wszystkich próbach – powiedziała – patrząc zza ruty i wiciokrzewu mojego słodkiego ogrodu i widzieć ją na jej rumaku przemawiającą do lenników z Riseholme i zmuszającą ich do kroczenia przed nią w procesji. Dziś rano wydawało mi się, że mogę interweniować, sama zagrać rolę królowej i zorganizować taką paradę, jaką zaplanowałam w tamtych szczęśliwych czasach, która przyniosłaby chwałę wiekowi i zaszczyt Riseholme, ale to zepsułoby życiowe marzenie Daisy, a dla ludzi trzeba być dobrym. Umywam od tego ręce, choć oczywiście pozwolę jej tu się ubrać i wyruszyć orszakowi spod mojego domu. Tak chciała, tak będzie mieć, ale oczywiście warunkiem jest, żeby w programie było napisane, że orszak wyrusza spod domu pani Filipowej Lucas. To już byłoby za dużo, gdyby goście – o ile jacyś przyjadą – myśleli że mój piękny Domek przy Zagajniku należy do Daisy. I, jak powiedziałam, będę szczęśliwa mogąc z nią poćwiczyć i przekonać się, co da się z niej wydobyć. Ale na festynie nie będę, a że gdzieś być muszę, pomyślałam o Tilling.
Przeszli do pokoju muzycznego, gdzie wśród wazonów z kwiatami stało popiersie Szekspira, a portret Luci autorstwa Tancreda Sigismunda, wyglądający jak szachownica z wystającymi z niej rękami, nogami i oczami wisiał na ścianie. Były tu też rysunki Jurusia, klapa fortepianu była otwarta, Dzieciństwo Beethovena leżało na stole z nożem do papieru miedzy kartkami i w pokoju znów pojawiło się życie.
Lucia usiadła na krześle, które równie dobrze mogło pochodzić z domku Anne Hathaway, choć nie było szczególnego powodu by przypuszczać, że tak było.
- Jurusiu, zaczynam znów czuć, że żyję – powiedziała. – Pamiętasz, co ten wspaniały Alfred mówi w Maud? „Moje życie wlokło się tam długo na złamanym skrzydle.” Tak było i z moim życiem, ale dość już tego. I póki co jestem „poza” czasami elżbietańskimi, częściowo z winy biednej Daisy, bez wątpienia. Ale przecież były i inne czasy, choćby epoka Peryklesa. Wyobraź sobie, że siedzisz u stóp Sokratesa czy Platona, przysłuchujesz się ich rozmowie, a słońce zachodzi nad Salaminą czy Pentelicus. Muszę odświeżyć swoją grekę, Jurusiu.. Swego czasu znałam trochę grecki, a jeśli kiedykolwiek urządzę jeszcze żywe obrazy, musimy mieć śmierć Agamemnona. Była epoka Anny. Co za cudowne czasy, Pope i Addison! Tacy wyrafinowani, tacy cywilizowani. Ich rauty, herbatki i gwałty na zamku. Przy całym splendorze epoki elżbietańskiej, w tamtych ludziach musiała być jakaś szorstkość i grubiaństwo. Nikt nie ceni ich bardziej niż ja, ale to błąd, tkwić tak długo na tych samych wodach. W życiu człowieka nadchodzi fala, która, jeśli nie zdusisz jej w zarodku, prowadzi do nudy.
- Moja droga, to twoje słowa? – spytał Juruś – I to tak z głowy, od ręki! Jakaś ty błyskotliwa.
Nie było to całkiem od ręki, Lucia wpadła na tę myśl w kąpieli. Ale nie było sensu teraz się nad tym rozwodzić.
- Obawiam się, że to podłe z mojej strony – powiedziała – ale wyraża moje obecne uczucia. Naprawdę pragnę zmiany, a fakt, że zobaczyłam wzmiankę o tym domu panny Mapp w Timesie wydaje mi się nadzwyczajnym zbiegiem okoliczności. Prawie, jakby został zesłany przez jakichś Przewodników. Tak więc jutro jedziemy do Tilling i obejrzymy go. Zróbmy z tego wycieczkę, Jurusiu, bo to daleka droga, i zostańmy na noc w gospodzie. Zyskamy mnóstwo czasu na obejrzenie tego miejsca.
To był raczej śmiały projekt i Juruś nie był pewien, czy do końca właściwy. Ale znal siebie na tyle dobrze, że był pewien, że żaden namiętny impuls tego świata nie sprawi, że Lucia będzie żałować złożenia tak intymnej propozycji.
- To będzie świetna zabawa – powiedział. – Zabiorę moje przybory malarskie. Od tygodni nie miałem pędzla w dłoni.
- Cattivo ragazo! - powiedziała Lucia. – Co w takim razie robiłeś?
- Nic. Nie było z kim grać na fortepianie i nikogo, komu mógłbym pokazać moje szkice. Krokiet całymi godzinami żeby zabić czas. Granie Drake’a. Ależ mnie ten festyn nudzi!
- O, ty biedactwo! – powiedziała Lucia używając znów dziecięcego gaworzenia, którym ona i Juruś zabawiali się tak często. Ale psiecies wlócę i będę bajdzio kzyceć jeśli nie odrobisz lekcji.
- A ja będę ziadowolony kiedy będzieś kzycała – rzekl Juruś. – Leniusek ze mnie! Mój Boże, jak miło znów tak pogadać! – wykrzyknął z entuzjazmem.
Zegar na dębowej komodzie wybił dziesiątą, a Lucia podskoczyła.
- Jurusiu, już dziesiąta! – zawołała - Jak ten czas leci. Napiszę zaraz telegram do panny Mapp żeby wysłać go z samego rana i zapowiem nas w Tilling na popołudnie by obejrzeć jej domu, a teraz tlośkę musica. Grywaliśmy taki duet Mozarta. Czas zmierzyć się z nim od nowa.
Otwarła nuty i położyła na fortepianie. Na szczęście wybrała ten, który Juruś ćwiczył dziś rano (Lucia również).
- Będzie pięknie – powiedział. – Ale nie wolno ksyceć gdy będzie baldzio źle. Od miesięcy w to nie zaglądałem.
- Ani ja – rzekła Lucia. – Zaczynamy. Mam wziąć terble? To łatwiejsze dla moich biednych palców. Teraz: uno, due, tre! Zaczynamy!

Koniec rozdziału pierwszego
c.d.n

Tłum. Trzykrotka

Trzykrotka - Sob 31 Maj, 2025 22:14

Tilling i Lucia spotykają się po raz pierwszy :kwiatek:


Rozdział drugi

Przybyli do Tilling wczesnym popołudniem, jadąc prostą płaską drogą biegnącą przez osuszone mokradła od zachodu. Niebieskie było niebo nad ich głowami, pełne skowronków i małych białych chmurek; miasto wygrzewało się w gorącym czerwcowym słońcu, a jego wąskie uliczki pełne były domów z czerwonej cegły i pokrytych dachówkami, które w zachwyconych uszach Luci na kilometr krzyczały „królowa Anna i król Jerzy I,” a Jurusia aż świerzbiły palce by sięgnąć po szkicownik.
- Drogi Jurusiu, doskonale czarujące! – wykrzyknęła Lucia. – Mówię ci, już czuję się tu jak u siebie. Patrz, kolejny śliczny dom. Musimy dojechać do końca tej ulicy i potem spytamy, gdzie jest Mallards. Popatrz na tych ludzi, podobają mi się. Twarze pełne zaciekawienia. Zupełnie jakby się nas spodziewali.
Samochód zatrzymał się, by móc skręcić w High Street ze stromej brukowanej uliczki prowadzącej na szczyt wzgórza. Na chodniku na rogu stała niezła grupka Tilignian: był tam ksiądz, była mała okrągła ruchliwa kobieta w fioletowej sukni pokrytej różowymi pączkami róż, które wyglądały na perkalowe, był wysoki mężczyzna o wojskowym wyglądzie z kijami golfowymi w dłoni i dziewczyna z gołą głową i krótkimi włosami, odziana w kurtkę rybacką i pumpy, zgrabnie plująca na chodnik.
- Musimy ich spytać, który to dom – powiedziała Lucia, wychylając się z okna swojego Rolls-Royce’a. – Przepraszam, czy byliby państwo tak niezwykle uprzejmi by powiedzieć mi…
Duchowny wysunął się do przodu.
- Zapewne to domu misstress Mapp pani szukasz – powiedział twardym szkockim akcentem. – Prosto ulicą do rogu i tam już zaraz stoi jej domostwo.
Dziwacznie wyglądająca dziewczyna wydała z siebie krótki, grzmiący śmiech, a cała grupa gapiła się na Lucię. Samochód z trudem zawrócił i zaczął wspinać się w górę wąskiej uliczki.
- Jurusiu, powiedział mi, gdzie stoi dom, zanim zdążyłam zapytać – powiedziała Lucia. – Pewnie w Tilling już wiedzą, że przyjeżdżam. Co za dziwny akcent miał ten duchowny! Jak myślisz, Szkot, czy tylko trochę zawiany? I ci inni! Bardzo to wszystko ciekawe i niezwykłe. Ojej, jaki ogromny samochód zjeżdża z naprzeciwka. Zdołamy się minąć, jak myślisz?
Operacja udała się dzięki temu, że ona samochody zjechały na chodnik po swojej stronie brukowanej uliczki, a Lucia zobaczyła w tym drugim dużą kobietę, która mimo upału panującego na zewnątrz miała na sobie imponujący płaszcz z soboli. Ściśnięty przy jej boku siedział drobny mężczyzna z monoklem. Następnie, po minięciu kolejnych domów z czerwonej cegły, samochód zatrzymał się na szczycie ulicy przy bardzo dostojnych drzwiach. Na wprost, tam gdzie ulica skręcała pod kątem prostym, znajdował się pokój z dużym oknem wykuszowym; choć był lekko oddzielony od domu, wydawał się do niego należeć. Jurusiowi wydawało się, że widzi w oknie kobiecą twarz zerkającą na nich zza na wpół zaciągniętych zasłon, ale ta szybko się schowała.
- Jurusiu, ja chyba śnię – wyszeptała Lucia, gdy stali na progu oczekując na otwarcie drzwi. – Ten cudowny komin, widzisz go, cały krzywy. Kościół, bruk, trawa i mlecze między nim… Och, czy panna Mapp jest w domu? Pani Lucas. Oczekuje mnie.
Ledwie postawili nogę w środku, gdy panna Mapp wybiegła w pośpiechu z drzwi od strony wykuszowego okna, w którym Juruś, jak mu się wydawało, widział wyglądającą twarz.
- Droga pani Lucas – powiedziała. – Nie trzeba prezentacji, cóż to za szczęśliwy traf, bo dobrze pamiętam panią z Riseholme, waszego pięknego Riseholme. I pan Pillson! Pańskie cudowne garden party! Wszystko nadal tak żywe w pamięci. Dni czerwonych liści! Pomyśleć tylko, że przejechaliście całą tę drogę, by obejrzeć mój domeczek. Herbata jak najszybciej, Withers. W pokoju ogrodowym. Długa podróż, ale i niebiański dzień na nią. Dostałam pani telegram rano przy śniadaniu. Prawie klasnęłam w dłonie z radości na myśl o takiej najemczyni jak pani Lucas z Riseholme. Ale napijmy się najpierw herbaty. Pani szofer? Oczywiście, że też dostanie herbatę. Withers, szofer pani Lucas. Zadbaj o niego.
Panna Mapp wzięła od Luci podróżną pelerynę i utrzymując swobodny ton gościnnego monologu poprowadziła gości przez mały wyłożony panelami salonik do ogrodu. Osiem stopni z baldachimem wisterii nad głowami prowadził do pokoju ogrodowego.
- Mój malutki kawałek ogrodu – powiedziała panna Mapp. – Bardzo skromny, jak widać, zaledwie trzy czwarte ara, ale bardzo dobrze osłonięty. Moje rabaty: słodkie róże, szylkretowe motyle. Całkiem ładny powojnik. Mój mały Eden, tak o nim mówię, mały, ale jakże ukochany.
- Czarujący! – powiedziała Lucia rozglądając się po ogrodzie nim weszła na stopnie prowadzące do drzwi pokoju ogrodowego. Był tam bardzo zielony i bardzo dobrze utrzymany trawniczek otoczony grządkami jasnych kwiatów. Treliaż na jednym jego końcu oddzielał go od ogrodu kuchennego, a wokół całości biegły wysokie mury z cegły, zza których wyglądały dachy innych domów. W jednym z murów wykuto łuk zwieńczony głową della Robbia.
- Może po prostu przeskoczymy przez trawnik – powiedziała panna Mapp wskazując na niego – i zajrzymy tam póki Withers nie poda nam herbaty? Dla rozprostowania no… kończyn, pani Lucas, po długiej drodze. Jest tam maleńki skrawek, mój ulubieniec. A oto i moja kicia – Pusia przyszła się przywitać. Istna owieczka. Moja pocieszka!
Przywitanie pocieszki polegało na gniewnym otarciu się o pieszczotliwie wyciągniętą dłoń pani i odskoczenie do kryjówki za piękne malwy, skąd rzucała im spojrzenia wyjątkowej niechęci.
- Mój mały tajemniczy ogród – kontynuowała panna Mapp gdy doszli do arkady. – Kiedy tu jestem i zamknę za sobą drzwi, nie wolno mi przeszkadzać niczym, chyba że telegramem. Zasada tego domu, przestrzegam jej surowo. Wieża kościoła, zawsze to mówię, czuwa nad mym zakątkiem i mnie strzeże. Poza nią nikt mnie tu nie widzi. Mała brukowana alejka wokół, jak pani widzie, rabaty, trawnik wielkości chusteczki do nosa, a pośrodku cokół z popiersiem dobrej Królowej Anny. Udało mi się je kupić tutaj w sklepie dosłownie za grosze. Jeden z moich szczęśliwych dni.
- Och, Jurusiu, czy to nie słodkie? – krzyknęła Lucia. Un giardino segreto. Molto bello!
Panna Mapp aż zamruczała z czystej rozkoszy.
- Jak cudownie jest tak mówić po włosku – powiedziała. – Tak się cieszę, że podoba się pani mój… jak to pani powiedziała? giardino segreto, tak? Może napijemy się teraz herbaty, bo jestem pewna, że pragną państwo orzeźwienia, a potem obejrzymy dom? A może woli pan odrobinę whisky z sodą, panie Pillson? Nie będę zaskoczona. Major Benjy – w właściwie major Flint - często woli małą whisky z sodą niż herbatę w upalny dzień gdy wraca z golfa i wpada, żeby się spotkać i mi o wszystkim opowiedzieć.
Intensywne zainteresowanie ludzkością, tak starannie pielęgnowane w Riseholme, oderwało na chwilę Lucię od zachwytów nad tajemniczym ogrodem.
- Ciekawe, czy to ten dżentelmen, którego widzieliśmy na rogi High Street – powiedziała. – Duży mężczyzna, żołnierska postawa, kije do golfa w dłoni.
- Opisała pani samo sedno w kilku słowach – powiedziała panna Mapp z zachwytem. – To nie mógł być nikt inny, tylko major Benjy. Udawał się bez wątpienia na tramwaj parowy (bardzo wygodny środek transportu, zawozi niemal na same pola golfowe) na partyjkę golfa po podwieczorku. Mówiłam mu, że wcześniej będzie na grę o wiele za gorąco. Powiedziałam, że skrzyczę go jeśli będzie niegrzeczny i pojedzie grać po lunchu. Przez wiele lat służył w Indiach. Hindustański zna prawie jak angielski. Woła „quai-hai” kiedy chce śniadania. Tomy wspaniałych dzienników, które – jak mamy nadzieję – któregoś dnia opublikuje. Jego dom stoi naprzeciwko mojego, po drugiej stronie ulicy. Masa tygrysich skór. Raczej nieprzewidywalny jako partner do brydża, czasami dość narwany. Gra pani w brydża oczywiście, pani Lucas. Sporo tu dobrych graczy.
Przeszli z powrotem przez trawnik do pokoju ogrodowego, gdzie Withers przygotowała herbatę. Był chłodny i przestronny, jedno okno ocieniały duże liście figowca, zza których panna Mapp zerkała czasami by sprawdzić, czy ogrodnik nie próżnuje. Nad dużym oknem wykuszowym wychodzącym na ulicę jedna zasłona była na wpół zaciągnięta, obok stał fortepian, szafki na książki zajmowały połowę ścian, a nad nimi wisiało wiele akwarelowych szkiców wskazujących na amatorskie wykonanie. Potwierdzały to ich tematy, bo jeden przedstawiał fasadę domu panny Mapp, drugi – sekretny ogród, kolejny krzywy - komin, a kilka kolejnych – kościelną wieżę wyglądającą znad dachów domów na trawnik panny Mapp.
Choć gospodyni nie przestawała zasypywać gości nieustannymi pochlebstwami i przyjemną rozmową o niczym, jej wewnętrzna uwaga zmagała się z problemem, jakiej kwoty za tydzień powinna zażądać od Luci gdy przyjdzie do omawiania delikatnej kwestii warunków wynajmu domu. W ogłoszeniu, które umieściła w Timesie cena nie była wymieniona, ale choć powiedziała w miejscowym biurze nieruchomości, że wyniesie ona dwanaście gwinei za tydzień, to ewidentnie Lucia była więcej niż zachwycona tym, co już zobaczyła, więc byłoby bezsensowną donkiszoterią wynajmować jej dom za dwanaście, jeśli – jak wszystko na to wskazywało – mogła z radością zapłacić i piętnaście. Co więcej, panna Mapp sprawdziła (zza zasłony, za którą widział ją Juruś), że Lucia ma Rolls-Royce’a, więc zapewne kilka dodatkowych gwinei tygodniowo nie zrobi jej różnicy. Oczywiście, gdyby Lucia nie pałała wobec domu takim entuzjazmem jak wobec ogrodu, żądanie piętnastu mogło nie być mądrym posunięciem, bo wtedy Lucia mogłaby uznać, że cena jest za wysoka i powiedzieć coś męczącego w stylu, że da pannie Mapp znać o swej decyzji gdy wróci do domu do Riseholme, a to z całą pewnością oznaczałoby odmowę. Ale jeśli dalej będzie gruchać i mówić po włosku kiedy już obejrzy dom, to piętnaście gwinei powinno być dobrą ceną. I ani grosza prowizji z tego nie powinni zobaczyć panowie Woolgar i Pipstow z agencji nieruchomości, skoro Lucia wyraźnie powiedziała, że ogłoszenie znalazła w Timesie. A to była sprawa panny Mapp, Woolgar i Pipstow nie mieli z tym nic wspólnego. W międzyczasie błagała Jurusia, by nie przyglądał się akwarelom na ścianach.
- Małe bazgroły własnej produkcji – powiedziała, bardzo chcąc, aby to było wiadome. – Pod ziemię się zapadnę ze wstydu drogi panie Pillson, jeśli będzie się pan im przyglądał, bo wiem, jakim artystą pan sam jest. Withers przyniosła herbatę… Podoba się panu ten z moim małym giardino segreto? (muszę zapamiętać tę piękną frazę). Jak to miło z pana strony! Chyba nie jest tak kiepski jak inne, bo temat mnie zainspirował, a to takie ważne, prawda, kochać temat obrazu? Majorowi Benjy’emu też się podobał. Śmietanki, pani Lucas? Widzę, że Withers zebrała dla nas trochę truskawek z mojego ogródka. Taki dobry rok na truskawki! Założę się, że major Benjy gawędził z przyjaciółmi, gdy go mijaliście.

C.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Nie 01 Cze, 2025 18:56

Pięęęęękne :serce: :serce: :serce: :serduszkate: :serduszkate: :serduszkate: nie mogę sie doczekać kiedy z której wylezie pirania , i z której najpierw :angeldevil: :serce: Obawiam się, że nawzajem się nie doceniają :angeldevil:
Trzykrotka - Nie 01 Cze, 2025 20:21

Tamara napisał/a:
Obawiam się, że nawzajem się nie doceniają :angeldevil:

O tak, zdecydowanie się nie doceniają i zupełnie fałszywie oceniają. I uwaga, hiena wychodzi z jednej z dam już teraz :twisted:

- Tak, z duchownym – powiedziała Lucia – który bardzo uprzejmie wskazał nam drogę do pani domu. Właściwie wydawał się wiedzieć dokąd jedziemy zanim otworzyłam usta, prawda, Jurusiu? Twardy szkocki akcent.
- Drogi padre! - rzekła panna Mapp. – To takie jego małe dziwactwo, mówić po szkocku choć pochodzi się z Birmingham. Bardzo dobry brydżysta, gdy tylko uda mu się wygospodarować czas, co zwykle się udaje. Wielebny Keneth Bartlett. Była z nim mała, szczupła kobieta o wyglądzie myszy? To jego żona.
- Nie, nie była ani trochę szczupła – powiedziała Lucia pochłonięta tematem. – Wprost przeciwnie: dosłownie okrągła. Fioletowy żakiet i spódnica obszyta pączkami róż wyglądającymi jakby były z perkalu.
Pannie Mapp pierwszy lyk herbaty prawie poleciał do tchawicy, ale jakoś to opanowała.
- No naprawdę, zaczynam się pani bać, pani Lucas – powiedziała. – Ależ ma pani oko. Droga Diva Plaistow, którą wszyscy bardzo cenimy. Imię chrzcielne – Godiva! Taka kłoda pod nogi! A róże są perkalowe; wycięła je ze starych zasłon i poprzyszywała. Ma absurdalną, pyszną fantazję. Wszyscy czasami pękamy ze śmiechu. Ktoś jeszcze?
- Tak, dziewczyna bez kapelusza, z fryzurą a la Eton. Ubrana w rybacką kurtkę i pumpy.
Panna Mapp wyglądała na zamyśloną.
- Dziwaczna Irene – powiedziała. – Irene Coles. Nasza odrobina ekstrawagancji, która czasami działa orzeźwiająco, ale najczęściej żenująco. Oddana sztuce. Maluje dziwaczne obrazy, kobiety i mężczyzn bez ubrania. Trzeba pamiętać żeby pukać gdy idzie się odwiedzić dziwaczną Irene w jej pracowni. Ale bardzo oryginalna.
- A potem, kiedy skręciliśmy na High Street – powiedział Juruś z ożywieniem – spotkaliśmy drugiego Rolls-Royce’a. Bałem się, że nie zmieścimy się w uliczce.
- Ja też – powiedziała panna Mapp niechcący zdradzając, że podglądała ich z pokoju ogrodowego. – Ten samochód wiecznie jeździ w górę i w dół.
- W środku siedziała duża kobieta – rzekła Lucia. – Przy tym upale owinięta była sobolami. Obok niej nieduży mężczyzna.
- Pan i pani Wyse – powiedziała panna Mapp. – Właśnie się pobrali. Ona była panią Poppit, M.B.E. Nadęta godnością i bardzo snobistyczna.
Gdy herbata została wypita, a mieszkańcy Tilling jeden po drugim zgrillowani, ruszono na oględziny domu. Był pełen małych wyłożonych panelami bawialni z dużymi oknami wpuszczającymi do środka potoki powietrza i światła i z wazonami świeżych kwiatów na stołach. Schody były szerokie, z niskimi stopniami i Lucia z każdą chwilą była coraz bardziej zakochana w tych prostych pokojach o dobrych kształtach. Wszystko wprawiało wrażenie tak białego i wygodnego i - dla kogoś kto pragnął zmiany - tak kompletnie różnego od Domku przy Zagajniku z jego małymi podzielonymi na kwatery oknami, stromymi nieregularnymi schodami, pojedynczym stopniem w górę i w dół na progu każdego pomieszczenia. Ludzie w epoce królowej Anny mieli zdaje się o wiele lepszy pomysł na wygody domowe i włoskie okrzyki Luci stawały się przyjemnie częste. Do sypialni panny Mapp weszła sama z właścicielką, zostawiając Jurusia za drzwiami, bo delikatność nie pozwoliłaby mu oglądać pokoju, w którym panna Mapp rozbierała się co wieczór do snu i gdzie się do niego układała. Poza tym Luci było łatwiej zadać to ważne a bezpośrednie pytanie o warunki, a pannie Mapp odpowiedzieć gdy były same.
- Dom mnie oczarował – powiedziała Lucia. – I co dokładnie…. To znaczy ile za dwa miesiące?
- Piętnaście gwinei tygodniowo – odpowiedziała panna Mapp jednym tchem. – Cena obejmuje pozwolenie na używanie fortepianu. To słodki Blumenfelt.
- Wynajmę go na sierpień i wrzesień – powiedziała Lucia.
- A ja mam nadzieję, że będzie pani równie zachwycona – rzekła panna Mapp – jak jestem teraz ja, mając taką lokatorkę.
Nagle olśnił ją genialny pomysł i uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
- Oczywiście opłata nie obejmuje pensji mojego ogrodnika, to taki miły, pracowity człowiek – powiedziała – ani produktów z ogrodu. Kwiaty do domu jak najbardziej, ale nie owoce i warzywa.
W tej chwili Lucia, oślepiona namiętnością do Mallards, Tilling i jego mieszkańców zgodziłaby się chętnie płacić i za wodę. Gdyby panna Mapp to przewidziała, nie omieszkałaby wymienić i ten warunek.
Na prośbę Luci panna Mapp wynajęła pokoje dla niej i Jurusia w przyjemnym zajeździe w pobliżu, zwanym Trader’s Arms i towarzyszyła im gdy poszli tam spacerem, z samochodem Luci jadącym za nimi jak karawan na pogrzebie, żeby sprawdzić, czy wszystko dla nich gotowe. Musiało dojść do jakiegoś przekłamania, bo Juruś odkrył, że przygotowano dla nich pokój dwuosobowy. Na szczęście Lucia zatrzymała się na zewnątrz z panną Mapp podziwiając widok na mokradła, a Juruś, czerwony z zażenowania wytłumaczył w recepcji, że to absolutnie nie wchodzi w grę, a dłonie spociły mu się ze zdenerwowania póki nie skorygowano pomyłki. Potem panna Mapp ich zostawiła, a oni poszli pospacerować po mieście. Lecz dla zakochanych oczu Luci Mallards był nieodpartym magnesem, więc wkrótce na nowo się do niego podkradli. Zdążyli zorientować się, że o tej porze roku wiele domów w Tilling było oddanych na wynajem z umeblowaniem, a Juruś też zapłonął pragnieniem wynajęcia jednego dla siebie. Riseholme bez Luci będzie strasznie ponure, bo był pewien, że kiedy tylko festyn się skończy i opadnie cała ekscytacja, zrobi się tylko gorzej; może nawet nie zostanie pasowany na rycerza. Narysował już wszystko co było warte narysowania, nie będzie z kim grać duetów, cale miejsce popadnie w stagnację do powrotu Luci, tak jak już popadło podczas jej nieubłaganej żałoby. Natomiast tutaj tematów dla jego pędzla było bez liku, a Lucia będzie w Mallards z Blumenfeltem w pokoju ogrodowym i – co już teraz było oczywiste – wirem pomysłów na różne zajęcia już szalejącym w jej mózgu. Major Benjy ją zainteresował, Irene też i padre, właściwie to cała grupa, którą widzieli, a która miała taką wiedzę co do ich destynacji.
Mur ogrodu panny Mapp, który znali już od wewnątrz, biegł od frontu Mallards do miejsca, w którym stali i Juruś zauważył nagle, że zaraz obok stoi najsłodszy mały dom z dwuspadowym dachem i tablicą, że jest do wynajęcia z umeblowaniem.
- Luciu, spójrz – powiedział Juruś. – Ależ to fascynujące! Gdyby nie ten przeklęty festyn, mógłbym się skusić na wynajęcie go, gdybym mógł go dostać na ten czas, kiedy ty tutaj będziesz.
Lucia tylko na to czekała. Zamierzała wkrótce zasugerować coś takiego sama jeśli on tego nie zrobi i postanowiła, że do kolacji zamówią butelkę szampana, żeby, kiedy po kolacji pójdą jeszcze na mały spacer, na co była zdecydowana, Juruś, amator szampana, nie będzie mógł już dłużej opierać się światłu zachodzącego słońca na georgiańskich frontonach i na równinach otaczających miasto. Jak to dobrze, że poczekała, bo Juruś zasugerował to sam.
- Mój drogi, co za pyszny pomysł! – powiedziała. – Naprawdę o tym myślisz? To wprost niebiańsko dla mnie, mieć tu przyjaciela zamiast wylądować wśród obcych. A ten domek jest po prostu uroczy. Chyba nikt w nim nie mieszka, dym nie leci z komina. Myślę, że możemy zerknąć do środka przez okno, żeby mieć pojęcie, jak on wygląda.
Stanęli na palcach żeby tego dokonać, ale osłaniając oczy przed blaskiem zachodzącego słońca wyrobili sobie jakie takie pojęcie o wnętrzu.
- To musi być jadalnia – powiedział Juruś zapuszczając żurawia do środka.
- Śliczny otwarty kominek – powiedziała Lucia. – Ależ przytulnie.
Przesunęli się w bok jak kraby.
- Mały holl! - powiedziała Lucia. – Piękne schody na górę.
Kolejny ruch kraba w bok.
- Salon – powiedział Juruś. – Całkiem ładny, a jeśli przyciśniesz tu nos to przez drugie okno zobaczysz mały ogródek z tyłu. Drewniany plotek jest chyba taki sam jak u ciebie.
Wyszli z powrotem na ulicę żeby zorientować się w okolicy i panna Mapp wyglądając ze swojego okna wykuszowego tam ich zobaczyła. Była nimi równie zainteresowana jak oni domem.
- A na górze prawdopodobnie trzy sypialnie – powiedziała Lucia – a nad nimi dwa strychy. Mnóstwo miejsca.
- Pójdę do agencji nieruchomości zaraz jutro z rana – powiedział Juruś. – Już sobie wyobrażam jak mi tu będzie wygodnie.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Pon 02 Cze, 2025 09:00

Noooo, droga Elżbieta wysunęła pazurki, ale jeszcze nie wie chyba , z kim ma do czynienia. Oj będzie się działo (mam nadzieję) :angeldevil: i jeszcze Juruś obok, ależ lato nas czeka :serce: :rotfl:
Trzykrotka - Pon 02 Cze, 2025 10:24

Oj, będzie się działo, bo przecież w Tilling nie uchowa się żaden sekret! :excited:

Ja też uważam, że Lucia z Jurusiem jako reprezentacja Riseholme w Tilling, to dopiero będzie duet, cale szczęście, że sobie znalazł idealny domek dla siebie (i Foljambe, nie zapominajmy :lol: )

Tamara - Pon 02 Cze, 2025 11:57

Już przebieram nogami z niecierpliwości :serce: :serce: :serce: :excited: :excited: :excited: :excited: :excited:
Trzykrotka - Pon 02 Cze, 2025 20:42

Poznajemy coroczny biznes praktykowany w Tilling przez jego mieszkanki :kwiatek:
(siedzenie w tym małym światku to teraz dla mnie czysta ulga i ucieczka...


Cofnęli się na nieczynny cmentarz i Lucia odwróciła się by rzucić jeszcze jedno spojrzenie na Mallards, a panna Mapp szybko kucnęła pod parapetem, żeby jej nie zobaczyli.
- A z tym elżbietańskim festynem – powiedział Juruś – to tak, że nie zostawię Daisy z tym samej, bo w życiu nie znajdzie innego Drake’a.
- Ale możesz pojechać tam na tydzień – powiedziała Lucia, która już wszystko sobie przemyślała – i wrócić, jak tylko święto się skończy. Już do tej pory wiesz, jak dać się pasować. Nie musisz brać udziału w niekończących się próbach. Jurusiu, co za cudowny zegar na wieży.
- Śliczny – powiedział Juruś nieobecnym głosem. – Powiedziałem Daisy, że nie musi mnie co dzień pasować. Ramion mi nie starczy.
- A to musi być moim zdaniem ratusz miejski – powiedziała Lucia. – Masz rację co do tego częstego pasowania. Jaki doskonały szkic zrobiłbyś z tego.
- W domku jest pod dostatkiem pokoi dla nas wszystkich – ciągnął Juruś. – Mam nadzieję że jest bawialnia dla służby.
- I tak większość dnia wszyscy będziemy spędzać w Mallards – powiedziała Lucia. – Tak, jest piękny pokój dla służby
- Jeśli tylko będę mógł go nająć, to najmę – powiedział Juruś. – Spróbuję wynająć mój dom w Riseholme, choć wcześniej muszę zabrać stamtąd moje bibeloty. Od lat ciągle ktoś mnie o to nagabuje. Mam nadzieję, że Foljambe spodoba się Tilling. Byłoby fatalnie, gdyby się nie spodobało. Letnia woda, zmechacone ubrania.
Czas był już wracać do zajazdu żeby się rozpakować, ale Juruś pragnął jeszcze raz spojrzeć na swój domek, a Lucia na Mallards. Kiedy tylko skręcili za róg, skąd mieli te widoki, z okna pokoju ogrodowego panny Mapp wysunęła się ręka trzymająca białą chusteczkę, która nią pomachała. Była chyba jedwabna.
- Jurusiu, cóż to może być? – wyszeptała Lucia. – To chyba jakiś sygnał. Albo może panna Mapp machała nam na dobranoc?
- Nie sądzę – odparł. – Poczekajmy chwilę.
Ledwie zdążył to powiedzieć, gdy na trzy stopnie wiodące do drzwi frontowych Mallards wbiegła panna Cole, a za nią pani Plaistow, zupełnie bez tchu. Obie wpuszczono do środka.
- Diva i dziwaczna Irene – powiedziała Lucia. – Tak, to musiał być sygnał.
- Może to przypadek – rzekł Juruś. Lucia nie uznała nawet za stosowne odpowiadać na tę dziecinną sugestię.
Oczywiście, że był to sygnał i to od dawna ustalony, bo dla kilku gospodyń w Tilling było sprawą najwyższej troski, czy panna Mapp znajdzie najemcę Mallards i obiecała ona Divie i dziwacznej Irene, że pomacha chusteczką z okna pokoju ogrodowego dokładnie o szóstej, o której to godzinie można już było rozsądnie się spodziewać, że goście ją opuszczą. Te dwie damy, krążące niespokojnie po ulicy poniżej wypatrywały sygnału, by pospieszyć po wieści – wspaniałe lub najgorsze.
Ich zainteresowanie sprawą było żywotne, bo jeśli pannie Mapp udałoby się wynająć Mallards, obiecała wynająć od Divy jej Wasters na dwa miesiące za osiem gwinei za tydzień (dom był znacznie mniejszy), a wtedy Diva miała wynająć od Irene jej Taorminę (jeszcze mniejszą) za pięć gwinei za tydzień, Irene - zająć czteropokojowy domek robotnika rolnego (bezimiennego) tuż za miastem za dwie gwinee za tydzień, a robotnik, który wraz z rodziną wynajmował się do żniw w sierpniu, a do zbierania chmielu we wrześniu, miał zamieszkać w jakimś stogu i nie płacić nic. Tak więc od góry do dołu tej drabinki najemców i odnajmujących wszyscy wychodzili na swoje, bo zarabiali więcej niż wydawali i wszyscy mogli cieszyć się dobrodziejstwem zmiany bez konieczności wydatków na hotele i podróże. Każda z tych pań miała budzić się rano w obcym pokoju, siadać na nieznanych krzesłach, czytać nie swoje książki (a listy pewnie też), oglądać nie swoje obrazy i zdjęcia, chłonąć wszelkie bodźce nowego otoczenia bez konieczności opuszczania Tilling. Żaden prawdziwy Tillingnianin nie był szczęśliwy z daleka od swego miasta; za granicą ludzie byli dziwaczni i podejrzani, a jeśli nie smakowało ci jedzenie, nie można było zatrudnić innego kucharza do hotelu, którego nie byłeś właścicielem. Co roku w Tilling zakładano od nowa tę drabinę wynajmu i cieszyła się ona zasłużoną popularnością. Ale wszystko to zależało od udanej transakcji w Mallards, bo jeśli Elizabeth Mapp nie odnajmie Mallards, to nie wynajmie Wasters od Divy, a Diva – Taorminy od Irene.
Tak więc Diva i Irene popędziły do pokoju ogrodowego, gdzie miano ogłosić im ich los; Irene parła do przodu długim, męskim krokiem, którym z łatwością dotrzymywała tempa majorowi Benjy’emu, krótkonoga Diva migała stopami, przypominając w ruchu drozda drobiącego po trawniku.
- I co, Mapp, jaki skutek? – spytała Irene.
Panna Mapp poczekała, aż Diva dołączy.
- Chyba się dziś z wami podrażnię – powiedziała żartobliwie, uśmiechając się szeroko.
- Och, dawaj – popędziła ją Irene. – Już po samej twarzy widać, że wynajęłaś. Inaczej wszystko poszłoby się paść.
Panna Mapp, choć była bez wątpienia królową towarzyskiego kółka Tilling, czuła się mała, kiedy gdy Irene tak się do niej odnosiła. A Irene miała nieprzeciętny dryg do naśladownictwa, które jest bronią niską, ale bardzo groźną. Lepiej i mądrzej było nie drażnić parodystów.
- Cierpliwości, odrobinę cierpliwości, kochana – powiedziała kojąco panna Mapp. – Jeśli wiesz, że się dogadałam, to po co czekałaś?
- Bo napiłabym się drinka – rzekła Irene. – Jeśli mnie poczęstujesz, możesz się ze mną dalej drażnić.
- No dobrze, wynajęłam na sierpień i wrzesień – powiedziała panna Mapp woląc raczej wyrzec się przekomarzanek niż poczęstować Irene drinkiem. – I mam wielkie szczęście z moją lokatorką. Nigdy nie spotkałam słodszej kobiety niż pani Lucas.
- Chwała Bogu – powiedziała Diva przyciągając krzesło do wciąż nie uprzątniętego stołu. – Poczęstuj mnie filiżanką herbaty, Elizabeth. Nie byłam w stanie nic przełknąć póki się nie dowiem.
- Ile z niej zdarłaś? – spytała Irene.
- Że co, proszę? – spytała panna Mapp, po której nie można było spodziewać się znajomości takiego języka.
- Na jaką kwotę ją wkręciłaś? Ile ci będzie płacić? – spytała Irene niecierpliwie. - Jaką kasę dostaniesz?
- Natychmiast przystała na cenę, którą zasugerowałam – powiedziała panna Mapp. – Jestem przekonana, cudaku, że nic ponad tę informację nie jest twoją sprawą.
- Z tym się nie zgodzę – odparła dziwaczna. – Powinna być jakaś regulacja cen. Jeśli wyciągnęłaś jakąś cenę z księżyca, Diva też powinna od ciebie zażądać ceny z księżyca i ja powinnam tak samo policzyć jej. Równość, Braterstwo, Księżycowość.
Rozbrojona panna Mapp wybuchnęła śmiechem i zadzwoniła po drinka, który mógł powstrzymać Irene przed drążeniem tematu, gdyż skala opłat wysokości dwanaście – osiem-pięć gwinei za tydzień stanowiła bazę kalkulacji w ubiegłych latach. Lecz jeśli Lucia tak chętnie zgodziła się zapłacić więcej, to nie była to z pewnością niczyja sprawa, tylko stron umowy. Irene uciszona perspektywą wypicia drinka porzuciła niebezpieczny temat, za to usiadła do fortepianu panny Mapp i wystukała God Save the King jednym niepewnym palcem. Jak tylko skończyła, przybył jej drink.
- Dziękuję, kochana – powiedziała panna Mapp. – Słodka muzyka.
- Zdróweńko! – powiedziała Irene. – Nałożyłaś na tę Lucas dodatkową opłatę za możliwość korzystania z tak starego, pięknego instrumentu?
Panna Mapp musiała odpowiedzieć wprost i stanowczo.
- Nie kochanie, nie nałożyłam – powiedziała – jeśli już lubisz wtykać nos w nie swoje sprawy.
- Dobrze, już dobrze, bez obrazy – odrzekła Irene. – Dzięki za alkohol. Wpadnij jutro między dwunastą a pierwszą do mojego studia jeśli chcesz zobaczyć kawał dobrze zbudowanego mężczyzny. Idę już, muszę przygotować kolację. Au reservoir.
Panna Mapp dokończyła kilka truskawek, które oszczędziła Diva i westchnęła.
- Nasza droga Irene ma w swej naturze coś bardzo prostackiego, Divo – rzekła. – Nie jest zła, po prostu pospolita. Smutne. Taki kontrast wobec drogiej pani Lucas. Taka wytworna: rzuca włoskie słowa, pięknie je wymawia. I tak się wszystkim zachwyca.
- Mamy ją odwiedzić? – spytała Diva. – No wiesz, wdowa w żałobie.
Panna Mapp już się nad tym zastanawiała. Jeden plan był taki, żeby wziąć Lucię pod swoje skrzydła (zakładając, że będzie chciała tam wejść), drugi – żeby dać Tilling do zrozumienia (jeśli nie będzie chciała), że Lucia nie życzy sobie wizyt. To podziałałoby na Tilling odpychająco, bo jedyne, czego to nie znoszono to (mimo wdowiego wianka) wszelkich oznak wywyższania się. Choć Lucia miała być w Tilling tylko przez dwa miesiące, panna Mapp nie chciała, aby stała się ona zbyt popularna sama z siebie, niezależnie. Chciała… Chciała mieć Lucię w kieszeni, brać ją za rękę i przedstawiać w Tilling, ale pod kontrolą. Trzeba się było nad tym zastanowić.
- Wybadam ją gdy się tu sprowadzi – powiedziała. – Zapytam, bo naprawdę, już czuję jakby była moją starą przyjaciółką.
- A kim jest ten mężczyzna? – spytała Diva.
- Drogi pan Juruś Pillson. Zabawiał mnie tak czarująco gdy kilka lat temu spędziłam w Riseholme dwa czy trzy dni. Zatrzymali się w Trader’s Arms, ale jutro wracają do siebie.
- Co? Zamieszkali tam razem? – zapytała Diva.
Panna Mapp lekko odwróciła głowę jakby chcąc uniknąć jakiegoś słabego, nieprzyjemnego zapachu.
- Divo droga – powiedziała. – Jesteśmy starymi przyjaciółkami, ale słowo daję, nie chciałabym mieć umysłu jak twój. Okropność. Za dużo powieści się naczytałaś. Jeśli wdowia żałoba nie będzie wystarczającą ochroną przed takimi insynuacjami, to dziewczynka w szatce do chrztu tez nie będzie bezpieczna.
- Ludzie kochani, nie robiłam żadnych insynuacji! – powiedziała zdumiona Diva. – Miałam na myśli tyle, że to dość śmiały krok. I tak jest. Cała reszta wyszła z twojej głowy, Elizabeth, nie mojej. Proszę cię tylko, żebyś nie zwalała tego na mnie, a potem mówiła, że ja jestem okropna.
Panna Mapp uśmiechnęła się najszerzej jak potrafiła.
- Oczywiście przyjmuję twoje przeprosiny, droga Divo – powiedziała. – W pełni, bez żadnych komentarzy.
- Ale ja wcale nie przeprosiłam i nie przeproszę! – krzyknęła Diva. – To ty powinnaś to zrobić.
Dla tych, którzy nie są jeszcze zaznajomieni ze zwyczajami pań z Tilling, takie gorzkie wypowiedzi prosto w twarz mogą okazać się oznaką poważnych tarć między starymi przyjaciółkami. Ale ani Elizabeth ani Diva nie żywiły takich uczuć: obie byłyby zaskoczone gdyby postronny słuchacz wyobraził sobie coś tak absurdalnego. Takie wybuchy, nawet mocniejsze niż ten, były niczym więcej niż orzeźwiającymi podmuchami i naładowaniem energii, lub ćwiczeniami dla sprawnego umysłu. Żadnej prawdziwej obrazy.
- Jeszcze herbaty? – spytała panna Mapp życzliwie.
To tak po elżbietańsku – pomyślała Diva: to była cała Elizabeth. Gdy logiczne i wypowiedziane w dobrej wierze argumenty były dla niej nie do podważenia, zmieniała front i pytała, czy chcesz jeszcze zimnej herbaty, czy zimnej baraniny, czy cokolwiek tam miała.
Diva złożyła broń. Wiedziała, że nie jest dla niej żadną przeciwniczką i poprosiła o herbatę.
- Co do naszych spraw – powiedziała – jeśli wszystko jest już ustalone---
- Tak, kochana, słodko i harmonijnie – odpowiedziała Elizabeth.
Diva przełknęła urazę i ciągnęła, jakby nikt jej nie przerwał.
-… to pani Lucas obejmuje ten dom pierwszego sierpnia – powiedziała. – Znaczy to, że ty chciałabyś tego samego dnia wprowadzić się do Wasters.
- I to o poranku, Divo, jeśli możesz – rzekła Elizabeth – bo chcę dać moim służącym czas na posprzątanie i uporządkowanie. Ja zjadę o poranku, a służba dołączy później. Gładko pójdzie.
- Jest jeszcze jedna kwestia – powiedziała Diva. – Plony z ogrodu. Ty swoje zostawiłaś najemczyni, jak przypuszczam.
Panna Mapp wydała z siebie lekki śmieszek.
- Nie będę wykopywać ziemniaków, obiegać fasoli ani drzew owocowych – powiedziała. I myślałam – popraw mnie jeśli się mylę – że moje osiem gwinei za tydzień za twój domek obejmuje i korzystanie z plonów z ogrodu, a to wszystko odnośnie naszych obopólnych spraw. Chyba się co do tego zgodziłyśmy.
Gdy ta kwestia została wyjaśniona, panna Mapp pychyliła się do przodu z miną, jakby chciała podzielić się jakąś tajemniczą informacją.
- Divo, mam coś ekscytującego – powiedziała. – Czystym przypadkiem wyjrzałam przez okno kilka minut nim do was pomachałam i widziałam, że pani Lucas i pan Pillson zaglądali, dosłownie zaglądali przez okna do Mallards Cottage. Nie mogę przestać myśleć o tym, że może pan Pillson myśli o wynajęciu go. Wydawali się całkowicie nim pochłonięci. Jest na wynajem, bo Isabel Poppit wynajęła sobie z kolei ten mały brązowy domek bez porządnej kanalizacji tuż przy polach golfowych.
- Ekscytujące! – powiedziała Diva. – W ogrodzeniu między tym małym ogródkiem na tyłach Mallards Cottage a twoim ogrodem jest furtka. Mogliby ją otworzyć i---
Przerwała, bo to sugerowało dalszy ciąg rozważań na temat, za który żadna z nich nie przeprosiła.
- Ale nawet jeśli pan Pillson myślałby o wynajęciu go, to co z tego, Elizabeth? – zapytała.
Panna Mapp pochyliła się by pocałować róże w pięknym bukiecie, który ułożyła dziś rano specjalnie przed wizytą Luci.
- Nic szczególnego, kochanie – powiedziała. – To tylko taka moja mała idea. Ty i ja mogłybyśmy wziąć Mallard Cottage na siebie, jeśli ci się ten pomysł spodoba. Słodka Isabel chce za niego tylko cztery gwinee za tydzień. Jeśli się okaże – to w końcu tylko spekulacje – że pan Pillson chce go wynająć, mogłybyśmy powiedzieć sześć. Sześć gwinei to bardzo tanio.

c.d.n
Tłum. Trzykrotka

Tamara - Wto 03 Cze, 2025 11:02

:serce: :serce: :serce: :serce: :serce: powiem Ci, że dla mnie to też ratunek psychiczny...
Przewiduję wspaniałe lato, pełne nieoczekiwanych i zaskakujących wydarzeń w niespotykanej do tej pory skali i typie :serce: :angeldevil: :rotfl:

Trzykrotka - Wto 03 Cze, 2025 22:33

Uwaga, teraz będzie prawdziwy przebój a la Riseholme. Zobacz, jaki stres przeżywają Lucia i Juruś - każde w swoim pokoju :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen:

Diva wstała.
- Kijem tego nie tknę – powiedziała. – A jeśli pan Pillson wcale go nie chce? Czysta spekulacja.
- Być może wiąże się z tym pewne ryzyko – rzekła panna Mapp. – I jak się nad tym teraz zastanawiam, to może-może nawet byłoby to jak sprzątnięcie go sprzed nosa – tak na to mówią – moim przyjaciołom.
- No, zdecydowanie – odparła Diva –nie ma co do tego żadnego może-może.
Panna Mapp skrzywiła się na moment przy tej ciętej ripoście i zmieniła temat.
- No to pozostał mi mniej niż miesiąc w moim drogim domu – powiedziała – nim się z niego usunę. Muszę wykorzystać go w pełni i zapewnić wam wszystkim mnóstwo małych uciech.

Juruś i Lucia po kolacji wybrali się na kolejny spacer po mieście. Wielkie niebieskie znaki zachowywały się jak należy; tak jakby sam duch Tilling sprawił, że słońce, księżyc i gwiazdy pokazały dla jego dobra swe najlepsze zdolności reklamowe, bo ledwie ognie zachodzącego słońca przestały płonąć na czerwonych murach i dachach miasta i rozświetlać wąskie pasma mgły unoszące się nad mokradłami, wielki księżyc wzeszedł punktualnie na wschodzie i wykonał najwspanialszy nokturn w czerni i srebrze.
Odkryli wspaniałą normańską wieżę trzymającą straż nad wybrzeżem i edwardiańską bramę z okrągłymi wieżami zwróconymi w stronę lądu; znaleźli platformę widokową wybudowaną na stromym zboczu na wschód od miasta, a w powietrzu unosił się zapach kwitnących tam głogów gdy stali i patrzyli na mrugającą w oddali latarnię morską. Przy innej ulicy odkryli rząd elżbietańskich domków z cegły i drewna, bardzo malowniczych, ale nie budzących zainteresowania w kimś, kogo dom był w Riseholme. Były też ludzkie ciekawostki: przy płonącym zachodzie słońca dziwaczna Irene siedziała na krześle turystycznym na środku ulicy , bez kapelusza i w spodniach, malując niezwykły obraz, zapewne Sąd Ostateczny, bo świat na nim pogrążony był w ogniu. Właśnie kiedy przechodzili, jej sztaluga się złożyła, a ona powiedziała wściekle na cały głos: „do diabła z tą przeklętą bestią.” Potem zobaczyli, jak Diva pędzi przez High Street z klatką dla ptaków w dłoni. Zawołała żałośnie przez otwarte okno: „Doktorze Dobbie, proszę! Mój kanarek miał atak!” Z innego okna, szeroko otwartego i nie zasłoniętego, wręcz napraszającego się, by w nie zaglądać, dobiegał baryton śpiewający 'Will ye no' come back again?” i – jak można się było spodziewać – był to padre z Birmingham z małą szarą myszką brzęczącą na fortepianie. Nie odeszli stamtąd (pod oknem stało wiele zasłuchanych osób) póki pieśń się nie skończyła, a potem przekradli się ulicą u szczytu której stal Mallards, a z domu naprzeciwko dobiegł stłumiony okrzyk qui-hai! a Luci usta ułożyły się w sylaby „Major Benjy, nad dziennikami.” Na paluszkach przeszli obok samego Mallards, bo okno pokoju ogrodowego było szeroko otwarte i tak samo minęli Mallards Cottage, nim zniknęli z ludzkiego widoku.
- Jurusiu, zachwycające – rzekła Lucia. – Wszyscy są sobą, wszyscy tacy zajęci, a tacy ludzcy...
- Jeśli nie dostanę Mallards Cottage – powiedział Juruś – chyba umrę.
- Dostaniesz, musisz. Teraz już czas do łóżka, choć mogłabym tak wędrować bez końca. Musimy wstać wcześnie, żeby pójść do tych agentów nieruchomości jak tylko otworzą. Woogles & Pickstick, prawda?
- Namieszałaś mi teraz – odrzekł Juruś – Jakoś tak podobnie, ale nie identycznie.

Poszli na górę do łóżek; ich pokoje były obok siebie, połączone drzwiami. Po stronie Jurusia była zasuwa, więc podszedł szybko i ją zasunął. Jeszcze kiedy ro robił, usłyszał, że po drugiej stronie klucz obraca się cicho w zamku, Rozebrał się z ostrożnością włamywacza skradającego się przez dom, bo jakoś strasznie był onieśmielony tym, że on i Lucia kładą się spać tak blisko siebie, umył zęby z nieskończoną ostrożnością i pochylił się nisko nad umywalką by wypuścić (bo wypluciem się tego nie da nazwać) wodę, którą wypłukał usta, bo nie dopuściłby nigdy w życiu by odgłos tych intymnych manewrów przeniknął przez łączące drzwi. Gdy był już na wpół rozebrany przypomniał sobie, że nazwiska agentów nieruchomości brzmiały Woolgar & Pipstow i zapragnął zapukać do Luci drzwi i jej to powiedzieć, ale za nimi panowała już grobowa cisza; może Lucia już spała. A może i ona była równie ostrożna jak on? Cokolwiek to było (zwłaszcza jeśli chodziło o to ostatnie), nie mógł pozwolić, by wyczuła jego obecność. Położył się do łóżka i zgasił światło. To mógł zrobić zupełnie otwarcie, mogła to usłyszeć, bo dźwięk ten oznaczał jedynie, że dzień definitywnie się skończył. A potem, mimo, że rawie cały ten długi dzień spędził na powietrzu i oczy same powinny mu się zamykać, poczuł się dziwnie rozbudzony, gdyż temat, który od śmierci Pepina od czasu do czasu zajmował mu myśli rzucając na nie cień niejasnej obawy, nagle stanął mu przed oczami w całej jaskrawości. Przez lata, na skutek pięknej fantazji Riseholme zakładano, że był on nieubłaganie platonicznym, ale oddanym kochankiem Luci: ta interesująca bajka jakoś urosła, a Lucia z pewnością popierała ją tak samo jak on. Nijak nie zaprzeczała, że rzeczy inaczej się mają i wydawała się akceptować ten nieskalany żar. Lecz teraz, kiedy okres jej żałoby był już na ukończeniu, Juruś stanął twarzą w twarz wobec potwornego faktu, że nie ma już teraz żadnego ziemskiego powodu, ale którego nie miałby nie zażądać nagrody za lata poświęcenia i oddania i nie zamienić namiętnego celibatu na jeszcze namiętniejsze małżeństwo. Strasznie niepokojąca była myśl, że nim lato się skończy mógłby mieć prawo, żeby zapukać go takich łączących drzwi jak te tutaj, które tak starannie zaryglował (a ona zamknęła na klucz) i powiedzieć: „Mogę wejść, kochanie?” Czuł, że te słowa zamarłyby mu na ustach nim zdążyłby je wypowiedzieć.
Czy Lucia oczekiwała, że on się jej oświadczy? To był prawdziwy krzyż i jego wyobraźnia przybijała go do niego raz za razem. Przez lata pozorowali nieskończone oddanie wobec siebie, ale co jeśli dla Luci nie były to wcale pozory, ale potworna rzeczywistość? Czy zachęcał ją do nadziei przyjeżdżając tutaj i zamieszkując w tym hotelu w tak kompromitujący sposób? W tych strasznych nocnych rozmyślaniach wydało mi się całkiem prawdopodobne. Postąpił nierozważnie przyjeżdżając tu i poświęcając całe popołudnie tej lekkomyślnej sprawie. Powiedział, że jego życie będzie nic niewarte jeśli nie wynajmie Mallards Cottage, które było na rzut kamieniem (tak daleko to nawet on potrafił rzucić kamieniem) od domu, w którym miała zamieszkać ona i to sama. To naprawdę wyglądało, jakby ta bliskość czyniła w jego oczach domek tak pożądanym. Gdyby tylko wiedziała, jak żenująca była dla niego jej bliskość gdy szykował się do snu!...
Lucia zawsze dostawała to, czego chciała. Była w niej jakaś siła, jak przypuszczał (tak różna od gwałtownego pokrzykiwania i miotania się biednej Daisy), która naginała wszystko do jej woli. Zgadzał się na jej plany z zapałem, który – jak można się było spodziewać – interpretowała na swoją korzyść: ledwie godzinę czy dwie temu uroczyście oświadczył, że musi wynająć Mallards Cottage, a sprawę można ju z było uznać za niemal sfinalizowaną, bo jutro jedli śniadanie o ósmej żeby być w biurze nieruchomości (Woogle &Pipsweak, tak? Znowu zapomniał) kiedy tylko je otworzą. Tak to właśnie z nią było: dostawała to, czego chciała. „Ale nigdy przenigdy” myślał Juruś „nie dostanie mnie. Nie jestem w stanie jej poślubić i nie poślubię. Chcę żyć spokojnie, haftować, rysować i oglądać Lucię często i grać z nią tyle duetów ile będzie chciała, ale nie żenić się z nią. Boże drogi, żeby tylko tego nie chciała!
W pokoju obok Lucia również leżała bezsennie i gdyby każde z nich wiedziało, o czym myśli to drugie, bez trudu zapadliby w regenerujący sen zamiast wiercić się i obracać z boku na rok, tak to teraz robili. Ona też wiedziała, że przez całe lata wszyscy uważali za pewne, że oni są sobie bezgranicznie oddani i że oboje podtrzymywali to złudzenie. Było małe interludium, to prawda, kiedy na niebie Riseholme zajaśniała ta cudowna Olga Bracely (jak śpiewająca wieczorna gwiazda), ale teraz wyjechała z Anglii na rok; poza tym była mężatką, a nawet gdyby nie była, to z pewnością nie wyszłaby za Jurusia. „Olgi nie musimy brać pod uwagę” rozmyślała Lucia. „To chodzi tylko o Jurusia i mnie. Kochany Juruś, był tak okropnie zadowolony gdy znów zaczęłam być sobą i jak aż podskoczył na pomysł przyjazdu do Tilling i spędzenia tu nocy. I jak zamarł na pomysł wynajęcia Mallards Cottage gdy dowiedział się, że ja wynajmuję Mallards! Obawiam się, że zachęcałam go do nadziei. Wie, że mija już rok mojego wdowieństwa, a ja zabrałam go ze sobą na samotną wyprawę. Ojej, tak to wygląda, jakbym go zachęcała. Co za koszmar!”
Choć było ciemno, Lucia poczuła że się rumieni.
„Co na miłość boską mam teraz zrobić?” ciągnęła te niespokojne refleksje. „Jeśli poprosi mnie o rękę, muszę oczywiście odmówić, bo nie mogę tego zrobić, to po prostu niemożliwe. Ale znowu kiedy odmówię, będzie miał święte prawo obrazić się na mnie i powiedzieć, że go zachęcałam. Spacerowałam z nim przy księżycu, a teraz śpimy oboje w tym samy hotelu. Ojej, ojej!
Lucia usiadła na łóżku i zaczęła nadsłuchiwać. Pragnęła usłyszeć chrapanie z sąsiedniego pokoju, bo to by oznaczało, że myśl o spełnieniu długiego oddania nie dręczy go nie pozwalając zasnąć, ale nic nie słyszała.
- Muszę jutro coś z tym zrobić - powiedziała sobie - bo jeśli pozwolę, żeby to dalej tak trwało, te dwa miesiące z nim tutaj będą serią niepokoju i obaw. Muszę postawić sprawę jasno zanim się oświadczy. Nie mogłabym znieść myśli o zranieniu Jurusia, ale mniej go zrani gdy okażę mu wcześniej, że nie ma nadziei. Powiem coś o pięknie przyjaźni nie zakłóconej namiętnością. Coś o spokoju, który przychodzi z wiekiem… Ten wiekowy zegar kościelny wybija trzecią. Na pewno spieszy.”
Lucia znów się położyła: przynajmniej poczuła się senna. .
- Mallards - powiedziała sobie. dziwaczna Irene . . . Woffles i . . . Juruś będzie wiedział. Tilling naprawdę jest fascynujące . . . I intrygujące . . . miałoby się do czynienia z silnymi osobowościami . . . Wielka różnorodność, ale poradzę sobie . . . a co z panną Mapp? . . . Ten jej szeroki uśmiech . . . No, zobaczymy . . .'
Lucia obudziła siebie samą z drzemki głośnym chrapnięciem i przez jeden okropny moment pomyślała, że to Juruś, którego chrapanie miała nadzieję usłyszeć, w alarmującej bliskości jej samej. Spazm przerażenia szybko minął i pojęła, że sama wydała ten odgłos. I to po wszystkich staraniach żeby żaden dźwięk z jej pokoju nie przeniknął przez drzwi!
Juruś usłyszał. Zaczynał także robić się śpiący, mimo dręczących rozmyślań, ale był jeszcze na tyle przytomny, że dotarło do niego, skąd dźwięk dobiega.
- I do tego chrapie…. – pomyślał i zapadł w sen.

Koniec rozdziału drugiego

c.d.n
Tłum Trzykrotka

Tamara - Śro 04 Cze, 2025 08:40

BOSKIE :serce2: :serce2: :serce2: :serce2: :serce2: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: to jest po prostu boskie, Trzykrotko, jesteś absolutnym geniuszem, że takie cudo znalazłaś i przetłumaczyłaś :serduszkate: :serduszkate: :serduszkate: :kwiatki_wyciaga: :kwiatki_wyciaga: :kwiatki_wyciaga: :kwiatki_wyciaga: drama będzie jak złoto :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl: :rotfl:
Swoją drogą sama z rozkoszą bym wynajęła na dwa miesiące taki dom w takim miasteczku, żeby tam spędzić lato :serce2: :serce2: :serce2:



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group