PLIKI COOKIES  | Szukaj  | Użytkownicy  | Grupy  | Profil  | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  | Zaloguj
Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: Gosia
Sob 08 Mar, 2008 19:23
Megafanfik - czyli D&U oczyma Darcy'ego
Autor Wiadomość
Alison


Dołączył: 18 Maj 2006
Posty: 6625
Wysłany: Pią 17 Lis, 2006 14:51   

Hej Dziewczynki, przepraszam , że dziś późno, ale w domu zawirusował mi się tak paskudnie komputer, że dziś rano już go nawet nie włączałam, musiałam wymontować twardziela i przywieźć go do roboty, żeby mi coś tu z nim zrobili i już jest OK.
No to ptysia z kremem raz poproszę! Maryannka stawia! ;-)

Rozdz. 3, cz. II
Ruszył w kierunku schodów, nagle zatrzymał się i odwrócił do przyjaciela z poważną miną.
- Ostrzegam cię, Bingley, jeżeli myślisz, że na uniwersytecie było trudno, to mogę cię zapewnić, że zdobycie stypendium w Cambridge jest niczym wobec stania się właścicielem ziemskim w pełnym tego słowa znaczeniu. Wiem to od największego autorytetu w tej dziedzinie.
- A któż to taki, powiedz, proszę, mistrzu? – zażartował Bingley.
- Mój ojciec – odpowiedział cicho Darcy odwracając się i wchodząc na schody – Zrobił jedno i drugie.
Kiedy wszedł do swojego pokoju ostrożnie wyjął z kieszeni list Georgiany i raz jeszcze przeczytał jego pierwszą część. Przebiegł oczami ostatnie zdanie: „Pod jej opieką wrócę do zdro-wia i stanę się silniejsza”. Delikatnie złożył list i przycisnął go do ust. „Boże, proszę, niech tak będzie” szepnął wkładając list do sekretarzyka. Potem pociągnął za dzwonek, aby wezwać Fletchera, swojego pokojowca i wydać dyspozycje, czego będzie potrzebował w ciągu dnia.
***
Reszta poranka minęła im szybko w bibliotece, w otoczeniu groźnie wyglądającej sterty papierów i połamanych piór. Kiedy Stevenson zapukał do drzwi z informacją, że podano popołudniowy posiłek i panie ich oczekują, obaj podnieśli się znad swojej pracy usatysfakcjono-wani z poczynionych postępów i gotowi na odmianę.
- Co właściwie robiłeś przez całe rano, Karolu ? Karolina i ja nie mogłyśmy cię nigdzie znaleźć ! – żaliła się pani Hurst nalewając herbatę dla panów i siostry – Pan Hurst szczególnie pragnął zobaczyć dziś rano kuropatwy i porozmawiać o planowanym polowaniu, nieprawdaż, mój drogi ?
Przerwała, spoglądając przez chwilę na męża, który w tej chwili był bardziej zainteresowany łowami na znajdujące się przed nim potrawy, niż bardziej ryzykownymi na zewnątrz. Darcy i Bingley wzięli swoje filiżanki i szybko usiedli na drugim końcu stołu.
- Spędziłem bardzo satysfakcjonujący poranek, Luizo. Darcy zgodził się udzielić mi rad, jak mogę zmodernizować Netherfield, uczynić je bardziej …
- Podobne do Pemberley ! – wykrzyknęła panna Bingley, utkwiwszy w Darcy’m błagalne spojrzenie – Och, panie Darcy, czy to możliwe ?
- Karolino, źle mnie zrozumiałaś – Bingley spojrzał na nią z irytacją – Musisz wiedzieć, że Netherfield nigdy nie będzie Pemberley, tak jak Hertfordshire nie może być Derbyshire ! Niemniej jednak wierzę, a Darcy się ze mną zgadza, że Netherfield ma duże możliwości, które czas i cierpliwość pomogą ujawnić.
A teraz – dodał szybko – jakie wieści mamy od naszych sąsiadów ? Oczekiwałem kilku biletów wizytowych po ostatnim wieczorze.
- Tak, przypuszczam, że można to nazwać kilkoma – prychnęła Karolina trąciwszy palcem stertę korespondencji znajdującą się przed nią na tacy – Mamy tutaj tuzin listów powitalnych, siedem zaproszeń na kolację, cztery na herbatę i trzy wiadomości o przyjęciach lub wieczorach muzycznych. Doprawdy, Karolu, co można zrobić dla towarzystwa w takim miejscu ?
- Dla towarzystwa ? Cieszyć się nim ! Przyjęcie w ostatni wieczór na przykład. Jestem przekonany, że rzadko spędzałem milsze wieczory. Naprawdę ! Nie marszcz brwi, Karolino ! Muzyka była skoczna, ludzie przyjęli nas bardzo ciepło, a młode panny …
- Karolu, jesteś zbyt mało wybredny – przerwała mu panna Bingley – Nigdy nie spotkałam ludzi mających mniejsze pojęcie o konwersacji, czy stylu i bardziej zarozumiałych. A co do młodych panien, rzeczywiście były młode, ale …
- No, Karolino, nie pozwolę ci tak mówić przynajmniej o jednej młodej pannie – przerwał Bingley. Odwrócił się do Darcy’ego, który właśnie wstał od stołu z filiżanką i spodkiem w ręce – Darcy, poprzyj mnie ! Czyż Jane Bennet nie jest piękna jak marzenie ?
Darcy podszedł do okna popijając herbatę i spojrzał na otoczoną żywopłotem z bukszpanu murawę i żwirowaną ścieżkę. Brak wzajemnego zrozumienia między rodzeństwem Bingley'ów miał długą historię, a Darcy w trakcie swojej z nimi znajomości mógł obserwować jego najróżniejsze przejawy. Zwykle w takich przypadkach współczucie Darcy’ego zwracało się w stronę Bingleya, dzisiaj jednak kierunek rozmowy przypomniał mu podjęte poprzedniego dnia postanowienie ostrzeżenia przyjaciela.
Nie odwracając się odparł:.... "c.d.n." :cool:
Ostatnio zmieniony przez Alison Sob 18 Lis, 2006 20:20, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Alison


Dołączył: 18 Maj 2006
Posty: 6625
Wysłany: Sob 18 Lis, 2006 08:59   

No to dziś macie już troszkę bez adrenalinki "reklamowej" ;-)
Maryann przedstawia:

Rozdz. 3, cz. III
- Piękna ? Na pewno nazwałbym ją ładną. Jeżeli uważasz, że ona jest piękna, to chylę głowę przed twoim sądem, ponieważ to ty z nią tańczyłeś. Ja nie.
- Ale masz przecież oczy, człowieku ! – odparł Bingley gwałtownie.
- Których na twoje nalegania użyłem, jak zapewne pamiętasz – Darcy zmienił pozycję, w dalszym ciągu patrząc na widok za oknem. Pociągnął łyk herbaty – Zbyt dużo się uśmiecha.
- Zbyt dużo się uśmiecha – powtórzył Bingley z niedowierzaniem.
- Człowiek musi się zastanawiać nad taką ilością uśmiechów. Jaki może być ich powód ? – Darcy odwrócił się i popatrzył przenikliwie na Bingleya, jakby chciał natchnąć go własną dezaprobatą – „Względy są zwodnicze a piękno jest próżne” jeżeli wolno mi zacytować. Pomyśl ! Czy te uśmiechy oznaczają szczęśliwe, łagodne usposobienie, czy też są wyuczoną pozą, grą mającą na celu złapanie kogoś w pułapkę lub ukrycie braku intelektu ? – Przerwał, bo te słowa przypomniały mu innego, którego uśmiechy i pochlebstwa masko-wały nikczemną, sprzedajną naturę. Nie chcąc się zdradzić z tymi emocjami odwrócił się gwałtownie do okna.
Bingley przyglądał się przyjacielowi z lekkim zdumieniem, podczas gdy jego siostry mądrze kiwały głowami na znak zgody z opinią Darcy’ego.
- Pan Darcy jest spostrzegawczy jak zwykle, Karolu – pośpieszyła ze wsparciem panna Bingley – Panna Bennet wygląda na słodkie dziewczę, ale co mogą oznaczać te ciągłe uśmiechy ? Muszę powiedzieć, że nie znalazłam dotąd niczego tak zabawnego ani przyjemnego, że miałabym się stale uśmiechać. To niegodne i świadczy o braku wychowania. A co ty powiesz, Luizo ?
- Zgadzam się całkowicie, Karolino. Panna Bennet wygląda na słodkie, czarujące stworzenie i życzę jej wszystkiego najlepszego. Jednak reszta rodziny mi się nie podoba. Pomimo uśmiechów panny Bennet, to cud że są przyjmowani.
Darcy tylko częściowo brał udział w dokonywanym przez obie siostry rozrywaniu na strzępy ich nowych sąsiadów. Nagły przypływ gniewu, który poczuł rozmawiając z Bingleyem, zaskoczył go i nie bardzo wiedział, jak ukryć swoje emocje przed resztą towarzystwa. Przeszedł przez salon do najdalszego okna, jakby chcąc popatrzeć na trawnik z innej perspektywy. Potrzebował wysiłku – gwałtownego, fizycznego wysiłku – aby odegnać swego osobistego demona.
Wickham ! Czy nie przysięgał, że zapomni Wickhama i jego niegodziwość, nie przyrzekał sobie, że nie pozwoli, aby czyny i zdrada tego człowieka zakłócały jego spokój ? A jednak, niewinne uśmiechy uroczej nieznajomej na nowo wznieciły wściekłość i bezsilność, którą czuł … wciąż czuje.
Darcy oparł się ramieniem o ramę okienną. Jego ponura, blada twarz odbijała się w szybie. Dosyć ! Toksyczny wpływ Wichkama musi się skończyć. Inaczej Georgiana rozpozna go za każdym razem kiedy na niego spojrzy, a on nie mógłby znowu dodawać jej udręki, zwłaszcza teraz, kiedy odzyskała siłę, aby stawić czoło światu.
Próbując rozproszyć swoje obawy i uspokoić myśli westchnął cicho. Jego ciało nie było tak posłuszne. Czegóż by nie dał w tej chwili za dobrą szpadę i odpowiedniego przeciwnika ! Prawie się zaśmiał. Nie miał odwagi prosić Bingleya, aby z nim walczył. Nie po tym małym przedstawieniu ! Zamiast tego przypomniał sobie że jego celem było powstrzymanie gwał-townie rosnącego podziwu Bingleya dla panny Bennet, a nie namawianie Bingleya do niechę-ci do jego sąsiadów. Wiedział, że mógł być szorstki, ale miał najlepsze intencje. Nie byłoby dobrze dla Bingleya wiązać się tak młodo i to z wiejską dziewczyną. Niemniej jednak należy ocalić sąsiedztwo przed czułym zainteresowaniem ze strony sióstr Bingleya.
- … jej siostry, wszystkie cztery ! – pogardliwy śmiech panny Bingley gwałtownie przywołał go do rozmowy. – Panie Darcy, pana na pewno nie rozbawiło niestosowne zachowanie sióstr panny Bennet ? Nie życzyłby pan sobie, aby pańska siostra tak się zachowywała.
Skłonił się, zgadzając się z nią w milczeniu.
- Ale miejscowa milicja nie ma najwyraźniej nic przeciwko takim błazeństwom – ciągnęła panna Bingley – W tym zgadzają się z tobą, Karolu. Wszystkie panny Bennet to ulubienice miejscowego towarzystwa. Nie tylko najstarsza, ale też następna, panna Elżbieta Bennet, jest uznawana za piękność. Panie Darcy, co pan na to powie ? Czy panna Elżbieta Bennet jest pięknością ?
Ręka Darcy’ego, trzymająca filiżankę z delikatnej, chińskiej porcelany, mimowolnie zadrżała. Elżbieta ? Tak, to mogłoby być jej imię, imię królowej – tak otwarcie mu się przyglądała. Piękność ? Intrygująca kobieta … prawie nieznośna, z takim śmiałym sposobem bycia. Ale piękność ?
Jego uczucia były teraz zajęte zupełnie czymś innym. Nadal patrzył przez okno, stojąc tyłem do pokoju, nawet, kiedy Bingley zwrócił się do niego z więcej niż odrobiną irytacji w głosie:
- No więc, Darcy ?
Nie odwracając się, zebrał się w sobie, aby odeprzeć przytyk panny Bingley i przywołać do porządku swoje niezdyscyplinowane myśli.
- Ona pięknością ? – odparł dobitnie – Równie dobrze mógłbym jej matkę nazwać mądrą.
Ostatnio zmieniony przez Alison Sob 18 Lis, 2006 20:21, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Alison


Dołączył: 18 Maj 2006
Posty: 6625
Wysłany: Nie 19 Lis, 2006 13:52   

Maryann, pozwoliłam sobie to pozostawione przez Ciebie oryginalne "Morning In" przetłumaczyć na "Poranną wizytę" - nie masz nic "naprzeciwko"? ;-)

Rozdz. 3, cz. IV

Lekkie mgły jesiennego poranka wznosiły się wokół Netherfield, zapraszając na pola i do lasów. Darcy musiał odrzucić to zaproszenie z dużym wysiłkiem, szczególnie, że nie oczekiwał po dzisiejszym poranku żadnych przyjemności. Niechętnie odwrócił się od okna biblioteki i jego rozmyślania nad kuszącą perspektywą zostały zastąpione rozważaniami o ciężkiej próbie, jaką miał przed sobą. Nie miał wątpliwości, że mogła to być raczej męka niż przyjemność. Faktycznie, „Poranna wizyta” była tym rodzajem towarzyskiego rytuału, bez którego on mógł się doskonale obejść, ale obecne okoliczności i ich szczególna natura sprawiały, że nie mógł go uniknąć.
Darcy podniósł książkę, którą miał zamiar czytać zanim wciągnęło go piękno poranka i zagłębił się w jednym z wielkich foteli zdobiących teraz bibliotekę. Zdawał sobie sprawę, że w tym kolejnym kroku Bingley’a jako kandydata na ziemianina jego pomoc będzie niewielka, a przydatność wątpliwa. Nie miał wątpliwości, że Bingley musi wyrobić sobie pozycję wśród nowych sąsiadów, a to oznacza przyjmowanie najznaczniejszych spośród nich. Chociaż ro-dzina Bingley’a nie należała do najlepszych kręgów londyńskiego towarzystwa, miała wy-starczającą pozycję towarzyską, aby zająć pierwsze miejsce wśród mieszkańców Meryton i najbliższej okolicy. Takie oczekiwania wymagały „Porannych wizyt”. Nie można było tego uniknąć. Darcy zmarszczył brwi nieświadomie przewracając kartki swojej książki i podziwia-jąc roztaczający się przed nim obraz poranka.
- Tutaj jesteś ! – głos Bingleya przeszył ciszę zanim odgłos jego kroków dotarł do uszu Darcy’ego - Gwarantuję, że byłeś tu jeszcze przed śniadaniem – rozejrzał się po pokoju – Tak, widzę na stole twoją kawę, więc na pewno mam rację. Wiedziałem, że albo będziesz tutaj, albo pojechałeś konno – rzucił okiem na Darcy’ego przysuwając drugi fotel – Zabezpieczasz się przed najazdem – pochylił się do przodu i zniżył głos – czy planujesz stra-tegiczny odwrót ?
- To pierwsze, nieznośny młokosie – odparł z niechętnym humorem – chociaż dobrze wiesz, że to drugie bardziej by mi odpowiadało.
- Oj, nie będzie aż tak źle, Darcy – odparł Bingley odchylając się w fotelu i wyciągając nogi, aby dokładnie sprawdzić połysk swoich butów – Spotkaliśmy już wcześniej większość z nich, albo na przyjęciu w ostatni piątek, albo wczoraj w kościele. Prawie nie mogę się doczekać spotkania – spojrzał na twarz Darcy’ego
i wrócił do oglądania swoich butów – To jest, z niektórymi z nich. Chciałem powiedzieć, że cieszę się, że zobaczę … – urwał nagle.
Darcy żałował ochłodzenia stosunków, jakie nastąpiło między nimi od czasu jego ostrzeżenia dotyczącego panny Bennet i było mu przykro, że Bingley czuł się przy nim niezręcznie. Wiedział, że lepiej będzie to naprawić, zanim z upływem czasu wykopie to między nimi przepaść.
- Wyobrażam sobie, że kilka osób z pewnych rodzin pojawi się dzisiaj. – nagrodzony ostrożnym uśmiechem dodał cicho – Mam nadzieję że, dla twojego dobra, pani Bennet nie zabierze ze sobą wszystkich córek, bo będziesz musiał podzielić swoją uwagę tak bardzo, jak wczoraj.
Bingley się zaśmiał.
- Doceniam twoje życzenia, choć ich wyrażenie sprawiło ci trudność. W zupełności się z tobą zgadzam. Nie miałem pojęcia, że nasze przyjście do kościoła wywoła taką sensację – potrząsnął głową z niedowierzaniem. – Sam widziałeś ! Zanim mogłem skończyć zdanie zostałem zarzucony kolejnymi pięcioma prośbami czy zaproszeniami.
- Panny Bennet, o ile pamiętam, nie było w tym tłumie – zwrócił mu uwagę Darcy.
- Nie, ani jej siostry, Elżbiety – odparł Bingley w zamyśleniu. Darcy postanowił zignorować tę ostatnią uwagę. – Obie przez cały czas były zajęte pogawędką z pastorem i jego żoną.
- Żadnych uśmiechów ? – zapytał Darcy i zaraz pożałował, że nie powstrzymał się od drwi-ny.
- W rzeczy samej, żadnych – odparł Bingley spokojnie, niezupełnie pewien intencji tego pytania, a zdecydowany nie dać się zastraszyć – Miałem okazję zwrócić na siebie jej uwa-gę, zanim Karolina wepchnęła nas do powozu – przerwał i przyjął teatralną pozę z jedną ręką na sercu – Zostałem nagrodzony uśmiechem, którym moje nadzieje karmiły się przez około – ileż to ? – dwadzieścia cztery godziny.
Roześmieli się obaj, zarówno z występu Bingleya, jak z ulgi, że znowu są w dobrych stosun-kach.

cdn...
 
 
Alison


Dołączył: 18 Maj 2006
Posty: 6625
Wysłany: Pon 20 Lis, 2006 10:15   

Caitie przeczytaj wszystkie posty dokładnie, to zrozumiesz. Rozdz. 2 wkleję po tym 3.
Maryann mam kłopoty z kompem, ciągle mi sie wiesza, napiszę jutro z pracy w sprawie szczegółów "kuchennych".
Kursywą jest wstawiony fragment z wersji internetowej.


Rozdz. 3, cz. V.

Kiedy się opanowali, Bingley wstał.
- Wiesz, to już prawie czas. Przyszedłem powiedzieć ci, że stajenny przybiegł z wiadomością, że jakiś powóz jest o milę od bramy. – przerwał, odetchnął głęboko i patrząc prosto na Darcy’ego dodał – Wiem, że nie lubisz takich rzeczy i uważam się za wyróżnionego, że zgodziłeś się być obok mnie. Nie mogę myśleć, jak mogłem …
- Nie ma potrzeby, Bingley – przerwał Darcy, odwracając się lekko – Twoja przyjaźń jest powodem i nagrodą wystarczającą za każdą przysługę, jaką mogę ci wyświadczyć. – Podszedł szybko do małego stolika i sięgnął po karafkę. – Teraz dokończmy nasze przygotowania do przyjęcia. Co powiesz na mały kieliszek na odwagę zanim staniemy oko w oko z potworami z Meryton ?
Spodziewając się pozytywnej odpowiedzi wyjął kryształowy korek i nalał bursztynowego płynu do stojących kieliszków. Bingley wziął jeden i podniósł go w jego stronę. Darcy z całą powagą odwzajemnił gest.
W chwilę po tym, jak odstawili kieliszki, usłyszeli gwałtowne stukanie do drzwi biblioteki. Otwarto je, aby wpuścić pannę Bingley. Podnosząc się z ukłonu wyciągnęła rękę do brata i spojrzała na obu dżentelmenów z pełnym determinacji, promiennym uśmiechem.
- Karolu, panie Darcy, nasi pierwsi goście właśnie wysiadają ze swojego powozu. Powiedziano mi, że niedaleko widziano następnych. Mamy wypełniony poranek, bez wątpienia.
- A ty będziesz cudownie czyniła honory domu, Karolino – powiedział Bingley patrząc w dół na twarz siostry – Będziesz królowała w merytońskim towarzystwie od pierwszej chwili.
Panna Bingley przyjęła komplement brata z cierpkim uśmiechem.
- Zobaczymy, bracie – i zwróciła się do Darcy’ego z zupełnie innym wyrazem twarzy.
- Panie Darcy, muszę panu jeszcze raz podziękować za podzielenie się ze mną wczoraj swoim modlitewnikiem. Nie wiem, jak mogłam zgubić mój własny. To takie irytujące ! Jestem pewna, że niedługo go znajdę. Wie pan, nigdy się z nim nie rozstaję.
Podczas tej niezwykłej przemowy Bingley patrzył pytająco na siostrę, jednak po jej ostatniej uwadze drgnął wyraźnie i spojrzał na Darcy’ego, aby sprawdzić, jak zareaguje na najnowszą próbę uzyskania przez Karolinę jego aprobaty.
Darcy musiał przywołać na pomoc całą swą samokontrolę, aby nie zdradzić się drgnięciem warg, kiedy, z powagą godną biskupa zapewniał pannę Bingley o swoim przekonaniu co do powodzenia jej poszukiwań.
- Chociaż – stwierdził – taka stałość w studiowaniu jego wierszy czyni jego stratę nieistot-ną, bo na pewno zna go pani na pamięć.
Zapowiedź przyjazdu gości wybawiła pannę Bingley od konieczności udzielenia odpowiedzi. Z głębokim dygiem i szelestem spódnic szybko opuściła bibliotekę.
Bingley był w stanie się pohamować tylko do momentu jej wyjścia.
- O co chodzi – wykrztusił między gwałtownymi oddechami – z tym jej modlitewni-kiem ? – Niewinne spojrzenie Darcy’ego nie powstrzymało go przed powtórzeniem – Musisz mi powiedzieć ! Od momentu skończenia szkoły Karolina nie spojrzała na swój modlitewnik, ani nie przywiązywała wagi do nabożeństw. Kiedy zszedłeś wczoraj rano na śniadanie, goto-wy do nabożeństwa, myślałem, że moim siostrom oczy wyjdą na wierzch ! Jestem pewien, że powinienem wynagrodzić każdą z ich pokojówek gwineą za rwetes, jaki znosiły obsługując Karolinę i Luizę drugi raz tego samego ranka.
- Dlaczego miałyby być zdumione, że chodzę do kościoła ? – zapytał Darcy – Widziały mnie tam regularnie w Derbyshire i na pewno wiedzą, że mam ławkę u Św. … w Londynie, a ja i Georgiana rzadko opuszczamy nabożeństwo.
- Nie jestem pewien. Może dlatego, że nie jesteśmy w Derbyshire, ani w Londynie. – Widząc zdziwioną minę Darcy’ego, pośpieszył z wyjaśnieniem – Pewnie myślą, że robisz to tylko dlatego, aby być widzianym. One idą do kościoła tylko wtedy, kiedy usłyszą, że jakaś wpływowa osoba tam się wybiera. To, że ty częściej tam chodzisz tłumaczą, jak wnioskuję, tym, musisz świecić przykładem swoim dzierżawcom i siostrze, a twoja pozycja wymaga od ciebie tej obecności ze względu na utrzymywanie ważnych koneksji. – Skończył i popadł w zakłopotane milczenie.
Lewa brew Darcy’ego uniosła się podczas przemowy Bingleya. Kiedy przyjaciel skończył, Darcy zrobił krok w tył i powoli obszedł fotel, zwracając uwagę Bingleya na książkę, którą miał zamiar zacząć czytać – pierwszy tom „Kazań zebranych” czcigodnego George’a Withfielda. Bingley zaczerwienił się i zaśmiał się niepewnie.
- Oczywiście, gdyby znały cię tak dobrze, jak ja… Takie głupie pomysły …
Darcy wychylił się przez fotel, podniósł książkę i z kpiarskim uśmiechem rzucił ją Bingley'owi, na którego twarz wypłynęła ulga.
- Mogą wcale nie być tak dalekie od prawdy w swoich ocenach, Karolu. Nie mogę zaprzeczyć, że moją motywacją częściej bywa obowiązek niż coś bliskiego prawdziwemu przywiązaniu – skinął w kierunku ksiązki w rękach Bingleya. – Przynajmniej taka mogłaby być ocena czcigodnego Withfielda.
Bingley szybko odłożył książkę na stół, jakby nagle stała się zbyt gorąca.
- Chcesz jednak wiedzieć, o co chodzi z modlitewnikiem – Darcy zaśmiał się krótko – To naprawdę całkiem proste. Pamiętasz oczywiście, że przyjechaliśmy do kościoła spóźnieni, bo twoja siostra zmieniała suknię. Kiedy w końcu znaleźliśmy miejsca i otworzyliśmy śpiewniki, moją uwagę przykuł kobiecy głos dochodzący z tyłu. Tak pewnego, bogatego sopranu nie słyszałem nigdy poza londyńskim chórem. Wbrew zdrowemu rozsądkowi obróciłem się więc, aby zobaczyć, kto to mógł być.
- Panna Elżbieta Bennet, prawda, Darcy ? – kiedy przytaknął, dodał – Tak, też ją słyszałem i ogromnie mi się podobał jej śpiew. Jej głos zagłusza to zawodzenie, które Luiza nazywa śpiewem.
- Nie będę komentował talentów twojej siostry, ale zgadzam się co do panny Elżbiety Bennet – Darcy przerwał, jakby coś sobie przypominając – To była nieoczekiwana przyjemność słyszeć hymny śpiewane z takim uczuciem i tak pięknie. Muszę przyznać, że to one zainspirowały mnie do ponownego zmierzenia się z Withfieldem po pewnym czasie unikania go. – Wstrząsnął się lekko – Mimo wszystko, panna Bingley zauważyła moją nieuwagę i jej powód. Krótko potem odkryła brak swojego modlitewnika, a jedyne, co mogłem zrobić, to zaproponować jej mój własny. Prawie go nie potrzebowałem, bo najbardziej popularne znam na pamięć. Sądzę, że to też zauważyła, a złożywszy razem wypadki dzisiejszego poranka, dochodzimy do powodu rozmowy sprzed kilku minut.
Bingley potrząsnął głową, otwierając drzwi biblioteki z wyrazem konsternacji na twarzy.
- Muszę powiedzieć, że zniosłeś to bardzo dobrze, Darcy.
Potem popatrzył badawczo na hall i odwracając się z błyskiem w swoich rzadko zachmurzonych oczach zawołał:
- Wszystko jasne ! A teraz Darcy, z mieczami prawdy i tarczami uczciwości uniesionymi wysoko ... oraz napojem wspomagającym hart ducha...ruszajmy na spotkanie straszliwych smoków z Meryton!
Darcy zasalutował mu wyimaginowanym mieczem i skłonił się nisko „Tak jest, mój kapitanie!” Niepohamowany śmiech Bingley’a dotarł do uszu jego sióstr i ich gości w salonie, wywołując zaskoczone spojrzenia zgromadzonych tam pań.

Po czym ruszył korytarzem w kierunku salonu.
cdn..
 
 
Alison


Dołączył: 18 Maj 2006
Posty: 6625
Wysłany: Wto 21 Lis, 2006 19:59   

Na dobranoc bajka o dobrym braciszku i zagubionej siostrzyczce ;-)

Rozdz. 2, cz.1

Następny, po balu w Meryton, poranek zastał Darcy’ego samotnie rozkoszującego się przy stole, filiżanką pachnącej, czarnej kawy i czytającego list od siostry, Georgiany. Bingley’owie i Hurst’owie wciąż pozostawali w łóżkach dochodząc do siebie po ekscytacji czy też nudzie, w zależności o kogo chodziło, z poprzedniego wieczora. Nie widząc powodu, dla którego miałby rezygnować ze swojego zwyczaju wczesnego wstawania, Darcy zszedł na dół odkrywając, że pokój śniadaniowy ma do własnej dyspozycji i niecierpliwie zajął się oczekiwanym listem od Georgiany, czekającym na niego na kredensie. Napełnił filiżankę gorącym naparem, wsadził list pod pachę i rozejrzał się w poszukiwaniu miejsca na tyle wygodnego, by móc rozkoszować się obiema rzeczami naraz. Gdyby był w swoim londyńskim domu lub w Pemberley udałby się do swojej biblioteki. Jednak tu znajdował się w Netherfield. Tutejsza biblioteka była najbardziej zaniedbanym i niewygodnym pokojem w całym domu. Musiał usadowić się w bardziej uczęszczanym pokoju śniadaniowym i mieć nadzieję, że jego gospodarze pozostaną jeszcze na tyle długo w swoich sypialniach, że pozwolą mu na cieszenie się odrobiną prywatności podczas czytania listu i rozkoszowania się zasłużoną kawą.
Podczas gdy otoczył go pyszny, uderzający do głowy aromat, Darcy złamał pieczęć na treściwszym niż zazwyczaj liście otrzymanym od siostry. Ostatnio, od incydentu z Wickham’em, jej listy ograniczały się ledwie do kilku linijek zawierających: sprawozdanie z postępów w nauce, postępów w grze na pianoforte, nazwiska gości itp. Delikatna żarliwość, która dotychczas charakteryzowała ich wzajemne porozumienie rozpadła się w szary pył, jak był przekonany , z powodu szoku wywołanego perfidią Wickham’a. Darcy modlił się, by ta żarliwość zgasłą tylko na moment i by wystawienie się Georgiany na wpływ takiego zła, trwale nie zniszczyło jej możliwości zajęcia odpowiedniej pozycji w świecie. List więc wyglądał obiecująco. Rozłożył ładnie poskładaną kartkę i przeczytał:
Najdroższy Bracie,
Modlę się by ten list znalazł cię zadowolonym i szczęśliwym z pobytu u pana Bingley’a i jego rodziny. Jak ci się podoba Netherfield? Czy jest tak przyjemne jak obiecywał pan Bingley?
„Jak mi się podoba Netherfield?” – pomyślał Darcy. „Dwór jest dość przyjemny, poza biblioteką. To oczywiście całkowicie wystarczy Bingley’owi na tym etapie życia, na jakim on się znajduje. Tak, wystarczyłoby...gdyby tylko to towarzystwo...” Powrócił do listu.

Otrzymałam Twój list z X, z ostatniej środy i postanowiłam natychmiast Ci odpowiedzieć na Twoją uprzejmą prośbę, ale wtedy okazało się, że właściwie nie mam zbyt wiele do opisania. Zbyt mało, by uzasadnić kłopot wysłania listu do Hertfordshire. Teraz się to bardzo zmieniło i wątpię czy jestem w stanie wyrazić się adekwatnie do moich obecnych uczuć.

Darcy usadowił się głębiej czując delikatne mrowienie w dole pleców. Sięgnął po kawę i wypił spory łyk.

Wiem jak bardzo się o mnie martwiłeś od czasu wypadków ostatniej wiosny i szczerze mówiąc, najdroższy Bracie, było mi z tym bardzo źle. Nie mogłam sobie wyobrazić, że mogłabym zaufać komukolwiek, prócz Ciebie, czy przyjąć najzwyklejszą rzecz bez podejrzeń. Nie pragnęłam żadnych kontaktów towarzyskich i nie cieszyło mnie nic poza moją muzyką, która, muszę przyznać, także napawała mnie melancholią.
Nie pozostało to niezauważone przez moją nową towarzyszkę, którą mi przysłałeś. Pani Annesley, jest mądrą kobietą, powstrzymała się od żartów ze mnie w związku z tym czy czynienia mi zarzutów. Jednak namawiała mnie na dalekie spacery wokół Pemberley, organizując je tylko po to żebym jej pokazała jego piękno i oczywiście moje ulubione widoki. Zachęciła mnie także do tego, co nasza Matka robiła tak dawno temu – do odwiedzania rodzin naszych dzierżawców. Po rozważeniu jej propozycji, stwierdziłam, że bardzo pragnę tych wizyt. Tak naprawdę, powinnam była robić to już dawno temu. Nie wiem dokładnie jak to się stało, Bracie, ale dłużej już nie będę dręczyć się przeszłością. Zawsze byłam wrażliwa, ale teraz to już nie będzie miało na mnie wpływu. Delikatna rada pani Annesley i jej spokojny sposób bycia są prawdziwym balsamem i cennym wzorem dla mnie. Dokonałeś dobrego wyboru Bracie, i pod jej opieką, zmieniam się w silniejszą istotę.

List upadł łagodnie na stół kiedy Darcy odprężył się, z głębokim westchnieniem, którego nie mógł powstrzymać. Pozostała część listu zawierała zwykłe sprawozdanie z postępów edukacyjnych i muzycznych, aczkolwiek pisanych dużo żywiej i z większym zaangażowaniem niż w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Na krótko przymknął oczy, śląc ku niebu dziękczynną modlitwę. „Wszystko będzie z nią dobrze!” – upewnił sam siebie półgłosem.
Słysząc zbliżające się kroki, Darcy pospiesznie złożył list, wsunął go do kieszeni surduta i podniósł filiżankę z kawą. Panna Bingley wślizgnęła się do pokoju śniadaniowego, przez moment sprawdzając czy Darcy jest sam przy stole. Skinęła na służącego by porzucił swoją służbę przy drzwiach i służył jako kelner, skłoniła się w odpowiedzi na ukłon Darcy’ego i pozwoliła mu wybrać dla siebie krzesło.
 
 
Alison


Dołączył: 18 Maj 2006
Posty: 6625
Wysłany: Sro 22 Lis, 2006 09:48   

A na dzień dobry baja o miłej i calkowicie bezinteresownej pannie Karolinie ;-)

Rozdz. 2, cz. 2
- Panie Darcy, pan jest wzorem dla nas wszystkich – panna Bingley stała się wręcz wylewna, kiedy Darcy poczekał aż usiądzie – wstaje pan tak wcześnie – śmiem twierdzić, że przed świtem...po tak męczącym wieczorze, w dodatku w tak uciążliwym towarzystwie. Jestem pod wrażeniem pańskiej siły charakteru, sir!
Darcy wziął swoją kawę i zajął krzesło w dalekim końcu stołu.
- Nie traktowałbym tego jak zasługi, panno Bingley. Zwykłe przyzwyczajenie, upewniam panią.
- Jestem przekonana, że to dobrze przemyślane przyzwyczajenie, panie Darcy. Ale, pańska kawa musiała już wystygnąć. Proszę pozwolić Stevenson’owi nalać sobie świeżej. Będzie to tylko nieco bardziej nieprzyjemne niż zimna kawa! Nie mogę tego wytrzymać – panna Bingley wzdrygnęła się ładnie.
Darcy ukrył nagły grymas twarzy za filiżanką, z której napił się kolejny łyk. Kawa rzeczywiście zrobiła się letnia, ale nie zachęciłby Caroline Bingley do odgrywania tej przytulnej domowej scenki, jaką zaaranżowała. Odstawiając filiżankę na spodeczek, zaczął wstawać, kiedy panna Bingley zaskoczyła go pytaniem o list od Georgiany.
- Proszę mi powiedzieć, co pisze pańska droga siostra. Od dawna chciałam wiedzieć jak sobie radzi ze swoją nową towarzyszką. Jest z niej zadowolona? Czy jeszcze na to za wcześnie? Chciałabym żeby przyjechała z nami do Netherfield. Jakąż ulgą byłoby jej towarzystwo w porównaniu z tutejszymi bawidamkami i ich „zacnymi” damami.
Panna Bingley przełożyła jedzenie na swój talerz, rozmyślając o swoich nowych sąsiadach.
- Charles nalega żebyśmy bywali. Jestem pewna, że pan się zgodzi ze mną, panie Darcy, że to raczej marna przyjemność. Nic ponad przyjemność jaka spotkała nas na wczorajszej zabawie. Zapytam pana, sir, czy wczorajszy wieczór źle wpłynął na pańskie samopoczucie?
Odetchnąwszy z ulgą, że temat listu od siostry został porzucony, Darcy powrócił wspomnieniami do poprzedniego wieczoru. „Czy źle wpłynął na moje samopoczucie?” Niechciane echo wczorajszego dyskomfortu przeszyło całe jego ciało. „Tak, jak najbardziej wpłynął – pomyślał – natrętni nudziarze, wdzięczące się młode kobiety i napastliwe starsze. Wszyscy pozbawieni umiaru, ciężcy, z oczami śledzącymi każdy ruch....oczami!” Nagle Darcy przypomniał sobie oczy z pytająco uniesionymi brwiami, czyżby miały być wyzwaniem? Dla niego? Oczy błyszczące tajemnicą i rozbawieniem. Głośne uderzenia mieszającej kawę łyżeczki, obijającej się o boki filiżanki przypomniały mu o obecności zadającej pytanie.
Uśmiech panny Bingley ledwie pokrywał urazę jaką odczuła z powodu braku uwagi Darcy’ego. „O czym ten człowiek teraz myśli?” – zastanawiała się zmartwiona. Caroline Bingley miała się za osobę świetnie poinformowaną o wszystkim co dzieje się w towarzystwie. Nigdy nie czuła się zagubiona w żadnej rozmowie, w jakiej uczestniczyła, poza tymi z przyjacielem jej brata. W każdym razie, jeśli kiedykolwiek miała się za spostrzegawczą znawczynię ludzkich charakterów, pan Darcy wytrącał ją z tego próżnego mniemania o sobie. Jego milczenie ją niepokoiło, tak jak jego szczere zainteresowanie ciężkimi książkami i filozofią. Jego umysł, stwierdzała, był zupełnie innego rodzaju, odległy i być może, nieco niebezpieczny. Nigdy nie odczuła czy on prawdziwie jest nią zajęty lub czy ona jest nim zainteresowana bardziej niż powierzchownie. Niechętnie przyznała, że nigdy nie byłaby go w stanie prawdziwie poznać. „Ale on wciąż jest wolny” – pocieszyła się.
Oprócz pustelnicy Anne de Burgh, jej towarzyskie kontakty nie donosiły o żadnej możliwej rywalce , czy nawet kochance. „I tak długo jak on pamięta o swoim obowiązku względem rodziny – jej oczy zwęziły się, kiedy czekała na odpowiedź na zadane Darcy’emu pytanie – ja będę w pobliżu”.
- Czy źle wpłynął, panno Bingley? Być może, na takich dżentelmenów jak ja, którzy nie znajdują wielkiej przyjemności w tańcu. Ale, z pewnością pani, madam, była obiektem wielu uprzejmości i uwielbienia? Uśmiech Darcy’ego przypominał minę kota, który zapędził myszkę w kąt uniemożliwiając jej ucieczkę. Panna Bingley nie mogła odmówić przyznania się, że była wprost rozrywana na owej zabawie. Zlekceważenie tego przyznania się byłoby niestosowne. Jednocześnie, świadomość sukcesu towarzyskiego w tak ograniczonej społeczności nie była czymś, czym można by się było chwalić, szczególnie przed Darcy’m. Panna Bingley nie mogła znaleźć odpowiedniej odpowiedzi na uwagę Darcy’ego, więc wykręciła się kokieteryjnym uśmiechem.
- Pani wybaczy, panno Bingley – powiedział i podniósł się z krzesła.
Caroline uznała się za pokonaną po raz kolejny i skinąwszy głową wyszła.
„Nigdy nie zauważyłem – dumał Darcy kiedy ruszył w stronę drzwi i w kierunku stajni – jak puste wydają się oczy panny Bingley, kiedy nie patrzy zaczepnie. Są takie inne od...” Darcy zatrzymał się w pół kroku. Jego umysł spontanicznie stworzył obraz młodej kobiety z oczami podniesionymi ku niebu w rozmarzonym zadowoleniu. Potrząsnął głową kiedy znowu ruszył w kierunku stajni. „Śnisz na jawie Darcy? Na koń, sir! Są tu pola i zagrody, które musisz zbadać, a nie miejscowe ochronki!” Darcy wszedł do stajni, z zadowoleniem spojrzał na ulubionego konia osiodłanego i zapalczywie gotowego na wspaniały galop. Siadając na siodle zjednoczył myśli z pragnieniami swojego konia i ruszył w objazd po okolicy, obmytej rosą cudownego jesiennego poranka.
 
 
Alison


Dołączył: 18 Maj 2006
Posty: 6625
Wysłany: Czw 23 Lis, 2006 09:00   

Atmosfera sie zagęszcza a Darcy człowieczeje ;-)

"En garde!" - Rozdz. 4, cz. I

Darcy odczekał kilka uderzeń serca zanim podążył za Bingley’em do salonu. Wolno zamknął za sobą drzwi biblioteki, poczekał kolejnych kilka chwil aż solidne, ciężkie, dębowe drzwi się zatrzasną, a echo trzaśnięcia wybrzmi w ciszy pustego korytarza. Mierząc starannie własne kroki, szedł wolno, po czym zatrzymał się przed szklaną taflą, sprawdzając krawat i obciągając kamizelkę. Palce miał zimne jak lód kiedy wygładzał sobie ubranie na ramionach. „Symulant! - oskarżył swoje odbicie w szkle – Bingley miał wystarczająco dużo czasu by przygotować swoje wejście. Po prostu wśliźnij się cicho, przyjmij spokojnie postawę obronną i poczekaj aż się to przeklęte widowisko skończy!” Twarz w lustrze spojrzała na niego pytająco, wyraźnie wątpiąc w jego taktykę. „No co? Myślisz, że się nie uda? – Darcy oskarżył swoje odbicie – Zatem poradź mi coś lepszego, sir, a tak się stanie!” Osoba w lustrze spoglądała przez chwilę stanowczo, ale nie mając nic w zamian do zaoferowania, rozpłynęła się. „Tak myślałem!” burknął Darcy obciągając kamizelkę.
Odgłosy konwersacji i cichego śmiechu dotarły do jego świadomości, więc z ostatnim drwiącym spojrzeniem na swoje nieszczęsne odbicie, wyprostował ramiona i stanął w drzwiach salonu.
Stevenson zręcznie je otworzył i przygotowywał się do zaanonsowania jego przybycia. Kiedy służący zrobił głęboki wdech, Darcy szybko dotknął palcami jego ramienia, potrząsnął głową i skinął, by ten zachował milczenie. Oczy Stevenson’a rozszerzyły się ze zdziwienia nagłą zmianą jaka zaszła w dżentelmenie stojącym przed nim, natychmiast jednak opuścił wzrok na podłogę. Zniknęły gdzieś, łaskawość i miłosierdzie, którymi dotychczas odznaczało się zachowanie dżentelmena w stosunku do nawet najskromniejszego sługi w Netherfield. W ich miejsce pojawił się lodowy chłód, surowa postawa i władcze spojrzenie, nie znoszące sprzeciwu, które w bezładnych myślach Stevesnson’a przywołały obraz wspaniałego Białego Tronu z dnia Sądu Ostatecznego. Służący szybko odsunął się, odsłaniając okropny widok, który miał za plecami i pospiesznie zamknął drzwi salonu.
Kiedy drzwi się zamknęły, Darcy zaczął sztywno obserwować pokój. Nie był jeszcze zapełniony, wciąż był wczesny ranek. Bingley miał rację, większość gości już wcześniej poznali, na zabawie czy w kościele. Caroline Bingley perfekcyjnie pełniła honory domu, chociaż Darcy pomyślał, że jej uśmiech nie był odbiciem doskonałej szczerości. Ostrożnie przyglądał się jej dworowi złożonemu z Lady Lucas i jej córki...”Charlotta?”...pani Long,... „z opadającymi piórami i natrętnymi manierami...” i wyboru żon miejscowych właścicieli ziemskich i znaczniejszych kupców. Bingley dzierżąc filiżankę herbaty był już wplątany w rozmowę z wikarym i jego żoną, podczas gdy stadko młodych dam kręciło się w pobliżu, nadstawiając ucha. „Bez wątpienia niecierpliwie oczekują wyjścia wikarego” – dumał Darcy. Luisa Hurst podfruwała to tu, to tam, łagodząc dziwne komentarze swojego męża, którymi sypał wśród młodych dżentelmenów i oficerów, zebranych w półkolu wokół łukowatego okna, wychodzącego na drogę prowadzącą do Netherfield.
- Panie Darcy – szepnęła służąca. Darcy spojrzał w dół na tacę, którą trzymała – z wyrazami szacunku od panny Bingley, sir.
Aromat jego ulubionej kawy, zaparzonej tak jak lubił, unosił się z filiżanki stojącej tuż obok talerzyka ze specjalnie wybranymi herbatnikami. Spojrzał na pannę Bingley, delikatnie się ukłonił, kiedy ona świadoma jego uwagi wdzięcznie pochyliła głowę, i przyjął poczęstunek. W tym momencie dreszcz podniecenia ogarnął grupkę mężczyzn przy oknie. Kilku młodych mężczyzn oderwało się od grupy i rozproszyło po pokoju, szczególnie w pobliżu drzwi. Ciekawość przewyższyła jego powściągliwość, Darcy zbliżył się do okna żeby zobaczyć przyczynę tego wyczekującego zachowania mężczyzn. Zwykły powóz, zaprzężony w tylko jednego konia, podniósł obłok kurzu na podjeździe. Ledwie zatrzymał się przed schodami wejściowymi, kiedy drzwiczki się otworzyły i na żwirową ścieżkę wysypała się chmara kobiet, pelerynek i czepków.
 
 
Mag 



Dołączyła: 19 Maj 2006
Posty: 793
Skąd: Wielkopolska
Wysłany: Czw 23 Lis, 2006 13:50   

Mniam Matulku

na żwirową ścieżkę wysypała się chmara kobiet, pelerynek i czepków.

Jak to smakowicie zabrzmiało
_________________
Jesteście lekiem na całe zło!
 
 
Alison


Dołączył: 18 Maj 2006
Posty: 6625
Wysłany: Czw 23 Lis, 2006 15:01   

Marija napisał/a:
Mag napisał/a:
na żwirową ścieżkę wysypała się chmara kobiet, pelerynek i czepków.

"Chmara" to ile jest? :roll:


Dużo. Dla przeciętnego chłopa 3 baby, to już o 2 za dużo, a tam było o ile sie nie mylę z 5 przynajmniej. Chociaż ani o Mary, ani o Kitty nie ma ani słowa.
W oryginale jest "flurry" co znaczy szkwał, podniecenie, poruszenie, śnieżyca, ulewa.
Nic z tych określeń nie pasowało, a "chmara" mi się spodobała, bo chyba oddaje intecję autorki. :wink:
 
 
Alison


Dołączył: 18 Maj 2006
Posty: 6625
Wysłany: Czw 23 Lis, 2006 15:06   

Sprawdziłam w tłumaczeniu Maryann, ona użyła sformułowania "lawina halek wytoczyła się na ścieżkę".
W moim tekście oryginalnym są halki i czepki. Jakoś mi to dziwacznie brzmiało, bo co niby, kiecki zadzierały wysiadając? Zamieniłam na pelerynki.
I teraz znowu Magaś mi będzie imputował, że ubarwiam, i w dodatku bedzie miał rację :oops:
Ostatnio zmieniony przez Alison Czw 23 Lis, 2006 15:19, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Marija 



Dołączyła: 15 Wrz 2006
Posty: 5614
Skąd: woj. dolnośląskie
Wysłany: Czw 23 Lis, 2006 15:14   

Alison napisał/a:
Sprawdziłam w tłumaczeniu Maryann, ona użyła sformuowania "lawina halek wytoczyła się na ścieżkę". :oops:
:mrgreen: :mrgreen: ...że niby przybyły w samych halkach? O żesz ty.......Nie, chmara lepsza :grin:
 
 
AineNiRigani
[Usunięty]


Wysłany: Czw 23 Lis, 2006 16:20   

że one przybyły w samych halkach pół biedy, ale że halki bez właścicielek, to już perwersja :D
 
 
Maryann 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 3935
Skąd: Wrocław
Wysłany: Czw 23 Lis, 2006 16:25   

Alison napisał/a:
Sprawdziłam w tłumaczeniu Maryann, ona użyła sformułowania "lawina halek wytoczyła się na ścieżkę".

Nie mam tekstu przed sobą, ale o ile dobrze pamiętam, to tam jest określenie "petticoat" - co nie jest de facto, ani halką, ani spódnicą. Panie w tych czasach nosiły ponoć coś określanego jako spódnica lub suknia wierzchnia i spodnia. No i "petticoat" to jest właśnie jedna z nich.
Jak mi się uda dokopać do jakichś fachowych źródeł, to się uściślę. :wink:
_________________
If I could write the beauty of your eyes...
 
 
Maryann 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 3935
Skąd: Wrocław
Wysłany: Czw 23 Lis, 2006 16:29   

AineNiRigani napisał/a:
że one przybyły w samych halkach pół biedy, ale że halki bez właścicielek, to już perwersja :D

Szanowna Damo, proszę się tu żadnej perwersji nie doszukiwać. Po prostu panny były tak drobne i wiotkie, że po prostu nie było ich widać spod tej lawiny (czegokolwiek). :wink:
_________________
If I could write the beauty of your eyes...
 
 
Alison


Dołączył: 18 Maj 2006
Posty: 6625
Wysłany: Czw 23 Lis, 2006 18:35   

Tak, ta spodnia warstwa sukni to właśnie "petticoat". Pamiętacie w D&U 95, pani Hurst mówi oburzona przy stole do Bingley'a po przyjściu Lizzy w ubłoconej sukni - Her petticoat brother, her petticoat! Ale i w filmie, i w słownikach tłumaczą to jako halka, no bo chyba nie ma w polskim odpowiednika, trzeba by to wyjaśnić jakoś opisowo, a to by zburzyło rytm zdania. Myślę, że nie ma o co kruszyć kopii. :grin:
 
 
Maryann 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 3935
Skąd: Wrocław
Wysłany: Czw 23 Lis, 2006 20:01   

Alison napisał/a:
Tak, ta spodnia warstwa sukni to właśnie "petticoat". Pamiętacie w D&U 95, pani Hurst mówi oburzona przy stole do Bingley'a po przyjściu Lizzy w ubłoconej sukni - Her petticoat brother, her petticoat! Ale i w filmie, i w słownikach tłumaczą to jako halka, no bo chyba nie ma w polskim odpowiednika, trzeba by to wyjaśnić jakoś opisowo, a to by zburzyło rytm zdania. Myślę, że nie ma o co kruszyć kopii. :grin:

Zgadza się - odpowiednika nie ma. Wg "Jane Austen Fashion":
W XVIII i na początku XIX wieku damskie suknie były albo otwarte, albo zamknięte z przodu. Suknia zwykle była noszona na "petticoat" (to znaczy na "underskirt" - czyli spódnicy spodniej, chociaż mój słownik tłumaczy to jako półhalkę :neutral: ).
Jane Austen wspominając o "petticoats" ma na myśli "underskirt" jako podstawową część garderoby, bardziej niż jako element bielizny.

Obraz może trochę wcześniejszy, ale chyba dobrze pokazuje to, o co nam chodzi:

Myślę, że ta czerwona spódnica milady to właśnie "petticoat". :smile:
_________________
If I could write the beauty of your eyes...
 
 
Alison


Dołączył: 18 Maj 2006
Posty: 6625
Wysłany: Pią 24 Lis, 2006 10:45   

Napięcie rośnie... :twisted:

Rozdz. 4, cz.II

- Panno Lydio – zawołał jeden ze stojących obok niego mężczyzn.
- No, to teraz mamy zapewnioną zabawę! – powiedział inny i obaj dołączyli do pozostałych stojących już przy drzwiach. Darcy niewyraźnie przypomniał sobie twarz w czepku z zabawy, ale nie był w stanie połączyć jej z żadną z poznanych rodzin. Wypił łyk kawy, ciesząc się z zamieszania, które wywołał przyjazd nowych gości. „Cudowna przykrywka” – prawie pozwolił sobie na uśmiech, myśląc co Bingley powiedziałby na taki nonsens. Wyjrzał na zewnątrz, żeby zobaczyć kto zatem wysiądzie z powozu. To co zobaczył spowodowało, że zamarł w trakcie przełykania kawy. „Plotkara!” – przełknął głośno gorący płyn, prawie się nim krztusząc – „To znaczy...”
Na zewnątrz, pani Edwardowa Bennet była zajęta otrzepywaniem sukni i okrycia, przygotowując się do wkroczenia na schody Netherfield. Za nią stała panna Jane Bennet, pomagając matce w tych przygotowaniach oraz wychylając ledwie główkę z powozu, panna Elizabeth Bennet. Pani Bennet odwróciła się, kierując jakąś uwagę do tej właśnie córki, gdy ta stała jeszcze na stopniu powozu. Panna Elizabeth odpowiedziała i posłała starszej siostrze smutny uśmiech, podczas gdy ich matka wkroczyła na schody. Darcy zorientował się natychmiast, że dobry humor o jakim świadczył uśmiech, był przeznaczony jedynie dla siostry owej damy. Jego przypadkowe przechwycenie tej poufnej wiadomości spowodowało, że zaczerwienił się z zakłopotania i szybko odsunął od okna. Odwrócił się i wyśledziwszy puste krzesło ze wspaniałym widokiem na drzwi, zajął je natychmiast.
Zamieszanie przy oknie oczywiście nie mogło ujść uwagi Bingley’ów, brata i siostry. Panna Bingley zwróciła niezadowolone oblicze w kierunku brata, który przepraszając wikarego, podszedł pospiesznie do okna. Widząc tylko odprowadzany pusty powóz, odwrócił się z zapytaniem do Darcy’ego, kiedy drzwi salonu otworzyły się. Pojawił się Stevenson i zduszonym przez rozbawienie głosem zaanonsował: Pani Edwardowa Bennet, panna Bennet, panna Elizabeth i Lydia Bennet.
Przez moment w salonie zapadła cisza tak wielka, jak gdyby jakiś potwór zdusił wszystkie oddechy. Pani Bennet, nieświadoma swojego pojawienia się, gdaczącym głosem upominała córkę, by ta nie zachowywała się tak nerwowo, po czym weszła do pokoju kłaniając się głęboko pani domu. Kiedy w końcu dziewczęta Bennet’ów pojawiły się w drzwiach, goście odetchnęli. Panna Bennet uśmiechała się nieśmiało do pań i panów, którzy witali się z nią podczas kiedy zbliżała się do panny Bingley, co wywołało rumieńce na jej twarzy. Panna Lydia weszła tak bardzo tuż za najstarszą siostrą, że omal nie przydepnęła jej trenu przy sukni, co było doskonałą wymówką dla natychmiastowego skorzystania z oparcia się o najbliższe męskie ramię. Chichocząc i potrząsając lokami, powitała go nazywając go po imieniu i natychmiast została otoczona przez kilku młodych dżentelmenów i oficerów, całkowicie zapominając o obowiązku ukłonienia się pani domu.
Darcy widział jak Bingley przecisnął się przez grupkę osób otaczających jego siostry i stanął obok otomany tak, by właściwie powitać nowoprzybyłych. Zauważył, że sposób w jaki Bingley przywitał się z panną Bennet był formalny i właściwy w każdym calu, przynajmniej z jego punktu widzenia. Pisk poprzedzający chichot, zwrócił natychmiast jego uwagę z powrotem w kierunku drzwi, gdzie odnalazł jego źródło, odgadując, że to owa „panna Lydia”. „Niewątpliwie powinna przestać być taka podekscytowana...” Na przekór swojej dezaprobacie, Darcy ponownie spojrzał na drzwi, w których akurat pojawiła się ostatnia z nowoprzybyłych.
 
 
Mag 



Dołączyła: 19 Maj 2006
Posty: 793
Skąd: Wielkopolska
Wysłany: Pią 24 Lis, 2006 13:29   

Dzięki Matulku!

Czy gdziekolwiek u JA było "Edwardowa Bennet"? :roll:
_________________
Jesteście lekiem na całe zło!
 
 
Alison


Dołączył: 18 Maj 2006
Posty: 6625
Wysłany: Pią 24 Lis, 2006 15:20   

Mag napisał/a:
Dzięki Matulku!

Czy gdziekolwiek u JA było "Edwardowa Bennet"? :roll:


Nie przypominam sobie. Ale w krajach anglosaskich kobiety często przedstawiane są z imieniem męża np. Mrs Edward Bennet (tak jakby nie miała własnego imienia i nie mogła istnieć bez męża - ale feministka ze mnie wyłazi ;-) ). W tym fanfiku tak właśnie jest przedstawiona pani Bennet, więc tak napisałam - no bo pani Edward Bennet, byłoby nie po naszemu.
No widzisz, Magaś, sam widzisz jak się trzymam oryginału "rencami i nogoma" ;-)

Nota bene jak juz o prezentacjach mowa, zwróćcie uwagę, że mężatka przedstawiana jest z imieniem męża i jego nazwiskiem, najstarsza córka - jako panna Bennet (to samo dotyczy najstarszego syna), dalsze potomstwo przedstawiane jest już własnymi imionami, w tym wypadku panna Elizabeth Bennet, panna Lydia Bennet. Taka sama kolejność wg starszeństwa obowiązuje przy wchodzeniu do domu czy salonu, chyba, że któraś z córek wyjdzie za mąż, to wchodzi zaraz za matką, przed siostrami.
W Manfield Park jest taka scena jak panna Crowford marzy o tym, żeby po śmierci Toma i sir Thomasa, Edmund stał się sir Edmundem, a nie był tylko pastorem Edmundem Bertramem.
 
 
Maryann 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 3935
Skąd: Wrocław
Wysłany: Pią 24 Lis, 2006 15:35   

Alison napisał/a:
Nota bene jak juz o prezentacjach mowa, zwróćcie uwagę, że mężatka przedstawiana jest z imieniem męża i jego nazwiskiem, najstarsza córka - jako panna Bennet (to samo dotyczy najstarszego syna), dalsze potomstwo przedstawiane jest już własnymi imionami, w tym wypadku panna Elizabeth Bennet, panna Lydia Bennet. Taka sama kolejność wg starszeństwa obowiązuje przy wchodzeniu do domu czy salonu, chyba, że któraś z córek wyjdzie za mąż, to wchodzi zaraz za matką, przed siostrami.

A jak jest córką baroneta, to wchodzi nawet przed mniej utytułowaną teściową - jak Mary Musgrove w "Perswazjach".
To musiało być chwilami ciekawe, jak spotkało się kilka równie utytułowanych dam - ustalenie hierarchii mogło być trudne...
_________________
If I could write the beauty of your eyes...
 
 
Alison


Dołączył: 18 Maj 2006
Posty: 6625
Wysłany: Pią 24 Lis, 2006 16:01   

Maryann napisał/a:
A jak jest córką baroneta, to wchodzi nawet przed mniej utytułowaną teściową - jak Mary Musgrove w "Perswazjach".
To musiało być chwilami ciekawe, jak spotkało się kilka równie utytułowanych dam - ustalenie hierarchii mogło być trudne...


:lol: Też się nad tym zastanawiałam, czy nie tworzyły się jakieś korki przy drzwiach ;-)
Ale oni chyba byli z braku laku tak obeznani w koneksjach, że chyba nie mieli z tymi sprawami problemów.
 
 
Alison


Dołączył: 18 Maj 2006
Posty: 6625
Wysłany: Sob 25 Lis, 2006 08:10   

Rozdz. 4, cz. III

Pojawienie się panny Elizabeth Bennet sprowokowało więcej niż jednego młodego oficera do opuszczenia miejsca, w którym się znajdował i podejścia do drzwi. Ich ruch wkrótce zasłonił ją przed wzrokiem Darcy’ego, ale zdążył jeszcze zobaczyć wyraz jej twarzy, który szybko został zastąpiony przez uśmiech, będący odpowiedzią na ciepłe powitanie przyjaciół. Doprawdy jego natura nieco go zaskoczyła. Nieświadomie, podniósł się z krzesła, na którym siedział, w poszukiwaniu dogodniejszego miejsca, skąd mógłby przyglądać się damie, aż ku własnemu zdumieniu, znalazł się tuż obok Bingley’a za otomaną, akurat wtedy kiedy ona wykonywała powitalny ukłon przed panną Bingley.
Darcy bacznie ją obserwował, mając nadzieję zauważyć ślad tego wyrazu twarzy, który nawet teraz, zaczął uważać za wytwór własnej wyobraźni. Głowa panny Bennet była wciąż pochylona, a kiedy podniosła się Darcy zobaczył, że przygryza dolną wargę, daremnie próbując ukryć swój dołeczek w policzku. Na moment podniosła wzrok, po czym zgodnie z dobrym wychowaniem opuściła go skromnie.
„No tak! Nie myliłem się! Bezczelna mała...” Darcy wyprostował się, gratulując sobie, że nie dał się zwieść uprzejmemu wyrazowi twarzy panny Bennet, kiedy zwracała się do pani tego domu.
- Panno Elizabeth – wycedziła panna Bingley, coraz bardziej znudzona przedstawianiem się ludziom tak mało dla niej użytecznym – czy mogę przedstawić pani mojego brata, pana Bingley’a?
Nie czekając na odpowiedź, panna Bingley wskazała swojego brata, stojącego tuż za nią.
- Charles – zaczęła, oglądając się przez ramię – panna Elizabeth Benn... – prezentacja nagle uwięzła jej w gardle, kiedy zauważyła nie tylko brata, ale także Darcy’ego, czekającego na dopełnienie przez nią spodziewanej formalności.
- Panna Elizabeth Bennet – powtórzyła, tłumiąc delikatny uśmiech jakim skwitowała nagłe pojawienie się Darcy’ego, akurat w tym momencie.
- Panno Elizabeth, wydaje mi się, że widzieliśmy się krótko, w ostatni piątek na zabawie i od trzech dni należą się pani przeprosiny – uśmiech Bingley’a pokrył powagę tych słów.
- Przeprosiny, panie Bingley? – odpowiedziała w tym samym tonie – z ochotą przyjęłabym pańskie przeprosiny, skoro musi je pan ofiarować, ale nalegam by najpierw uświadomił mi pan ich powód. Proszę mnie oświecić w tym względzie, sir, jeśli pan tak łaskaw.
- Zatem nalega pani zarówno na spowiedź, jak i na przeprosiny? – udane przerażenie Bingley’a wywołało u jego inkwizytorki, niski, czarujący śmiech.
- Jak najbardziej! Natychmiast, inaczej pańska pokuta będzie dużo bardziej dotkliwa.
- Wielkie nieba, wyznam wszystko! Otóż...zapomniałem zatańczyć z panią taniec, który mi pani tak wspaniałomyślnie obiecała. Czy to nie haniebne zaniedbanie, panno Elizabeth?
- Tak, rzeczywiście, sir. Pozostanę śmiertelnie obrażona takim zlekceważeniem.
- Ale upewniam panią, że istnieją okoliczności łagodzące – pospiesznie tłumaczył Bingley – tuż przed rozpoczęciem tańca, odkryłem, że pani siostra znalazła się w potrzebie ugaszenia pragnienia, wierząc, że mam wystarczająco dużo czasu, zaofiarowałem się z pomocą. W drodze do stołu zostałem zagadnięty przez dwóch...nie, trzech dżentelmenów...
- ...w drodze? – przerwała mu Elizabeth – ostrzegam pana, panie Bingley, że nic mniej ważnego niż trzech rozbójników, nie zrekompensuje mojej urazy.
- To byli trzej rozbójnicy, jestem o tym przekonany – zgodził się Bingley, udając taką desperację, że Elizabeth nie mogła już dalej hołdować swojej próżności, którą oboje wymyślili. Zaczęła się śmiać, a Bingley natychmiast do niej dołączył.
- Zostało panu wybaczone, panie Bingley, ale tylko dlatego, że pańska dezercja miała związek z przyjściem z pomocą mojej siostrze. Taka galanteria musi zawsze zostać doceniona.
- Dziękuję. Jest pani bardzo uprzejma, panno Bennet. – obejrzał się za siebie, spotykając się z bacznym wzrokiem Darcy’ego – ależ, jestem niedbały, już muszę prosić o kolejne wybaczenie, którego tak łatwo mi pani nie udzieli – Bingley wyprostował się – panno Bennet, czy mogę przedstawić mojego przyjaciela, pana Darcy’ego?
cdn... :cool:
 
 
Trzykrotka 



Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 14787
Skąd: Kraków
Wysłany: Sob 25 Lis, 2006 11:29   

I ciągle lekko i dowcipnie, a jeszcze tak, żeby osiągnąć swoje cele... taki salon to jak pole bitwy o potencjalnych narzeczonch, nie ma lekko!
Tu mi coś jednak zgrzyta: skoro Elizabeth i Bingley mieli razem tańczyć na poprzednim balu, to już musieli być sobie przedstawieni, czemu więc Karolina ma dokonywać prezentacji?
 
 
Maryann 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 3935
Skąd: Wrocław
Wysłany: Sob 25 Lis, 2006 11:35   

Bingley na pewno został przedstawiony Lizzy - w DiU pani Bennet opowiadając mężowi o balu mówi, że tańczył z nią "dwa szóste".
Pamela Aidan miała chyba bardziej na myśli takie oficjalne powitanie gościa, niż przedstawienie.
_________________
If I could write the beauty of your eyes...
 
 
Alison


Dołączył: 18 Maj 2006
Posty: 6625
Wysłany: Sob 25 Lis, 2006 12:08   

Maryann napisał/a:
Bingley na pewno został przedstawiony Lizzy - w DiU pani Bennet opowiadając mężowi o balu mówi, że tańczył z nią "dwa szóste".
Pamela Aidan miała chyba bardziej na myśli takie oficjalne powitanie gościa, niż przedstawienie.


To prawda. Istnieje też możliwość, że Caroline "rozrywana" towarzysko mogła nie dostrzec w ścisku i zamieszaniu, że Bingley zdążył poznać rodzinę Bennetów i jako pani domu czuje się w obowiązku dopełnić formalności.
A co do rozmów, to co Darcy nazywał "gimnastykowaniem umysłu poprzez częstą lekturę" było chyba niezbędne, zresztą do dzisiaj jest. Człowiek bez odpowiedniego zasobu słów przepada na takich przyjęciach, nie umiejąc wyrazić tego "co pomyśli glowa" ;-)
A zwróciłyście uwagę ile tam jest takich ekstremalnych przymiotników? - haniebne zaniedbanie, śmiertelna obraza i w ogóle takich przerysowanych, okrągłych zwrotów? Nie dziwię się, że pan Collins wolne chwile spędzał na wymyślaniu swoich komplemencików, bo w stresie to trudno coś takiego "ślicznego" wymyśleć :lol:
Nawet Darcy, mimo swojego oczytania, przepadł był, ale o tym jutro ;-)
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Na stronach naszego forum stosuje się pliki cookies, które są zapisywane na dysku urządzenia końcowego użytkownika w celu ułatwienia nawigacji oraz dostosowaniu forum do preferencji użytkownika.
Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym jest możliwe po właściwym skonfigurowaniu ustawień używanej przeglądarki internetowej.
Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może znacznie utrudnić używanie forum lub powodować błędne działanie niektórych stron.
Brak blokady na zapisywanie plików cookies jest jednoznaczny z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie i używanie przez stronę naszego forum.