PLIKI COOKIES  | Szukaj  | Użytkownicy  | Grupy  | Profil  | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  | Zaloguj
Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Maria Rodziewiczówna - znana nieznana
Autor Wiadomość
Tamara 
nikt nie jest doskonały...



Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 12397
Skąd: równiny Mazowsza
Wysłany: Sob 21 Mar, 2009 13:10   

Admete napisał/a:
AineNiRigani napisał/a:
Admete - ja jestem pewna, ze Macierz, czy Dewajtis powinny Ci sie spodobac.


Spróbuję kiedyś. Trochę się tylko obawiam, że stałam się zbyt cyniczna, zeby czytać Rodziewiczównę.

Póki nie spróbujesz - się nie przekonasz :wink: A poważnie mówiąc - jest tak pozbawiona patosu , pozerstwa , koturnów , że natychmiast łapie za serce .
_________________
Niepełnosprawny umysłowo współpracownik gestapo czyli kanalia o zdradzieckiej mordzie :mrgreen:
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Nie 22 Mar, 2009 00:01   

Przeczytałam "Czahary".
Pierwsza publikacja powieści Marii Rodziewiczówny "Czahary" miała miejsce na łamach "Gazety Narodowej". Wydanie książkowe ukazało się w Warszawie w 1905 roku; następnie "Czahary" były kilkakrotnie wznawiane: Warszawa 1911, Lwów-Poznań 1921, Lwów 1922 oraz jako tom 4 pism wydania zbiorowego jubileuszowego, Poznań 1927.
Krótkie streszczenie początku:
Stary Janicki umiera i pozostawia po sobie ziemię oraz 3 synów - w tym jednego uznanego za zaginionego oraz 2 córki. Spadek przypadał w równych częściach na synów i w 1/14 na córki. Zaborczy synowie chcieli zapomnieć o swym zaginionym bracie i rozdzielić spadek po połowie na siebie z tym że jeden brat drugiego by spłacił a siostrom zostawić po 10 tyś rubli. Jednak najmłodsza Zofia Janicka zażądała dla siebie swej ustawowej 1/14 ziemi oraz 1/3 majątku dla zaginionego brata, z którym za plecami rodziny pozostawała w kontakcie...

Jednym tchem przeczytałam tę książkę, zaczęłam i nie mogłam skończyć. Powieść czyta się znakomicie. Akcja wciąga, chce się wiedzieć, co będzie dalej. Jest bardzo w stylu Rodziewiczówny, bo akcja dzieje się na Polesiu, a bohaterem jest bardzo zdeterminowana i mądra panna - Zofia Janicka, która po śmierci ojca postanawia sama kierować swoim życiem, nie zdając się na rodzinę i przejmując należną jej schedę - w ziemi. Osiada w położonych na mokradłach Czaharach, gdzie w gospodarzeniu pomaga jej nicpoń i zawadiaka - Kasjan. Zresztą to świetna postać, jego mądrości życiowe, zwłaszcza odnoszące się do kobiet, wywoływały u mnie uśmiech na twarzy, a nawet śmiech. Ot przykład:
Tak mówi o ukochanej:
- Cholera dziewka, ale w tę porę jak ta okazja się stała, to strach, jak lamentowała, jednakże szkoduje mnie [zależy jej na mnie], a potem dwie nowiutkie koszule podarła na szmaty do rany. Baba, panie, co płótna nie żałuje dać, to już widać lubi. Chytra bestia, jak teraz bez mocy leżę, to co dzień wpadnie i "sokolikiem" zwie i po głowie gładzi, taka sobie bezpieczna gadzina.
:mrgreen:
albo to:

- Wrócił? (zapytała)
- Co dopiero. (odrzekł Kasjan)
- Sam?
- Bodajże. Dwa czółna rzeczy i statków przywieźli.
- A pani, czy jest?
- Ojej, tyle rupiecia, to i baba do tego musi być w dodatku


:rotfl:

Ale humoru w tej książce jest więcej, choćby taka rozmowa Zosi z kawalerem:
- I pani tu sama mieszka?
- Królewny z bajek zwykle bywają samotne.
- Miewają czasem straszne ciotki-ropuchy.


Opisy Polesia i ludzi tam mieszkających wydają się jak z bajki, tak jak bohaterowie, ot, choćby Kasjan, czy sama Zofia - jak czarodziejka, która zmienia ludzi i dobrze z nimi żyje.
Ale bohaterów jest więcej, tych mniej czy bardziej pozytywnych - bo jest i brat Zofii - Wacław, jest zaprzyjaźniony z nimi, osiadły w sąsiednim Łasicku graf Motold, jest smalący cholewki do Zofii Niemiec Nolten, jest pozostałe rodzeństwo, które zostało na ojcowiźnie i ją trwoni, jest i chłopstwo, które zyskało nową panią i zarządczynię. Oczywiście nie wszystko to sielanka, bo i życie było twarde i trzeba było ciężko walczyć o ziemię i byt.
Niektóre sformułowania mogą może zbulwersować, ale opisywany naród był prosty i miał swoje uprzedzenia czy mądrości życiowe.
Jedna to z najlepszych powieści Rodziewiczówny. Nic dziwnego, że w międzywojniu była tak przez czytelników kochana i dotąd taką pozostaje.
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Nie 22 Mar, 2009 20:54   

Przeczytałam także "Anima Vilis". Jak zaczynam czytać jej powieść, to czytam, póki jej nie skończę, tak jakoś historie przez nią opowiadane wciągają.

Antoni Mrozowiecki - główny bohater powieści - postępuje w swoim życiu uczciwie, jest pracowity. Jest przez to nielubiany przez Szumskiego, który uważa go za konkurenta w rywalizacji o Marię, córkę doktora.

To książka z 1893 r. Jakie piękne w tej powieści są opisy Syberii, tego przejmującego mrozu, tego surowego życia. I surowych ludzi, tych dobrych i tych złych.
Bardzo przejmujące są sceny, gdy bohaterowie mówią o tym, jak taki klimat niszczy w nich ducha walki. I jak tęsknią do zieleni i do kraju. Ale czy będzie im dane tam wrócić?
Na głównego bohatera, który przybywa na Syberię w poszukiwaniu pracy i zarobku spada wiele nieszczęść, czy polegnie pod nimi czy się podniesie? Kto mu będzie oparciem, a kto wrogiem?

--------------------------------------

Oczywiście wśród powieści Rodziewiczówny są utwory lepsze i gorsze. Gorzej pisze, gdy opowiada o życiu arystokracji lub środowisk sobie obcych. Ale gdy pisze o ziemi, o naturze - jest wspaniała. W tym jest jej wielkość. I za to jest kochana.
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...



Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 12397
Skąd: równiny Mazowsza
Wysłany: Pon 23 Mar, 2009 19:44   

A tego nie znam , trza poszukać :lol:
_________________
Niepełnosprawny umysłowo współpracownik gestapo czyli kanalia o zdradzieckiej mordzie :mrgreen:
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Pon 23 Mar, 2009 19:57   

Ja mam prawie wszystkie powieści Rodziewiczówny (brakuje mi bodajże 2-3 tytułów), ale fakt, że jeszcze nie wszystkie czytałam i muszę nadrobić.
W 1908 roku zostały wydane "Rupiecie" zbiór nowel. Oto jedna z nich:


TUTEJSZY

Na Wyszogrodzie pan — miał wiele ziemi i siły. Lubił łowy i boje, puchar i rumaki, więc dużo mu trzeba było obszaru. I tak za zwierzem i pastwiskiem zaszedł w strony mroczne i, zda się, puste. Gdy jednak rwetes uczyniły jego zbrojne surmy i myśliwskie rogi, z borów wyszedł człowiek, odziany szaro — jak pień drzewa, cichy, jak głąb leśna, nieufny jak zwierz, i począł się hufcom przyglądać. Pojmano go i przyprowadzono przed oblicze pana, a ten go pyta.
— Ty kto?
— Ja tutejszy.
— Znasz granice krainy swojej?
— Tak znam, ale przeorali jedni, przecięli drudzy, przekosili się inni.
— Wiedź mnie po granicy. Ja pan. Gdzie mój znak stanie — całe będzie, a ciebie uczynię moim sługą — i będziesz pod mą ręką bezpieczny. Jak się zowiesz?
— Ja? Kuźma! — odparł szary człek — i, jak mu rozkazane było, poprowadził.
Pan, co rzekł, dotrzymał. Po granicach swe znaki i kopce uczynił — kto był się worał, wkosił, werżnął, tego przegnał lub zgładził, a Kuźmę za sługę wziął i kazał dla siebie kasztel zbudować. Potem zaś odjechał na inne boje i łowy — a Kuźmy kraj do swych dóbr wpisał i tak się to stało i zostało.
W kasztelu zostawił swego namiestnika i ze swych ziem wysłał w owe bory różny naród, a z borów brał, co tylko bór dawał — ale innego pana nie puszczał w granice — i Kuźma spokojnie ziemię orał, bydło hodował i pana słuchał, choć go ani znał, ani rozumiał, ani kochał.
Dużo czasu minęło i dużo się na świecie zmieniło, ale Kuźma to się nie zmienił. Jednakowo był szary, i milczący, i niezbadany.
Bywał w kasztelu, gdy mu kazano, ale do wojaków, co tam orężnie się ćwiczyli, nigdy nie przystał — bywał w osadach nowych ludzi, gdy czego potrzebował, ale nie przejął ani ich obyczaju, ani mowy — gardzono nim — za ostatniego mając — a on pogardę znosił — jarzmo i baty cierpiał — a w głębi duszy na przybyszów z góry patrzył — choć tego ani słowem, ani wzrokiem nie zdradził.
Aż raz wezwano go do kasztelu i ogłoszono, że pan na Wyszogrodzie umarł, a ziemię jego wziął inny pan, co się kniaziem zowie. Płakali po śmierci pana jego wojacy, namiestnicy, osadnicy i słudzy — ale Kuźma nie płakał, i nawet jakby podrósł, bo kniaź go przed oblicze swoje wezwał, i dobrotliwie ugościł i przemówił:
— Nie sługą, a synem mi będziesz. Cały kraj ten nasz będzie, a my sobie równi.
Nie potrafił dziękować Kuźma i tylko czekał, żeby go w kniaziowskie szaty oblekli i dali tyle pić i jeść, ile by chciał.
Ale tymczasem kazali mu granice wskazać, znaki pańskie kniaziowskimi zastąpić, obdarowali go i w kniaziowskie barwy odziali — i potem kniaź odjechał, swoich namiestników osadziwszy — a Kuźma wrócił ziemię orać, bydło hodować — i służbę pełnić. I tak minął czas niemały. Uczono Kuźmę orężem robić — więc robił — czarne kreski na karcie kreślić — więc kreślił — kniazia swego sławić — więc sławił — a gdy kiedyś kniaź zjechał — przywołano go przed oblicze i ten go pyta:
— Ktoś ty jest?
— Ja tutejszy! — odpowiedział Kuźma.
— Głupiś — kniaziowski sługa jesteś. Jeszcze nie zrozumiałeś! — zakrzyczeli namiestnicy i stróże. Wzięli go na naukę i jęli wykładać.
Oto jakiś krewniak wyszogrodzkiego pana się zjawił i z kniaziem sąd rozpoczął. Jeden swych praw dowodził i drugi — jeden się Kuźnią świadczył i drugi. Dlatego kniaź tu zjechał.
— Jakże, głupi, nie wiesz żeś kniaziowski?
— Juści, wiem.
— No, to gadajże jak na sądzie.
— Juści, będę gadać.
— Bo jak nie zaświadczysz prawdy, to cię stąd w pustynię wygonią. Rozumiesz — pamiętaj o tym!
— Co nie mam pamiętać.
Wyrwał się, wszystko przyobiecawszy „i schował się w swe bory i tak się zataił, że jak przyszedł dzień sądu, ledwie go znaleziono.
Przyprowadzono go do kasztelu — postawiono przed majestatem sądu. Lica tego, co sądził — nie mógł dojrzeć od razu tak się zląkł. Z jednej strony kniaź stał — i groźnie nań patrzył — a z drugiej strony jakiś młodzieniec stał — i skoro go spostrzegł, zagadnął.
— Poznajesz ty mnie, Kuźma?
Kuźma w kudły się podrapał.
— Oczywiście, że poznaję.
— Któż ja taki?
— Wiadomo — pan — wyszogrodzkiego wielmoży — panicz!
— Nie pilnowałeś to granic mego rodzica? Nie stawiałeś znaków, nie sypałeś nam tego kasztelu?
— Wiadomo, że ja wszystko robiłem.
— A potem je poniszczyłeś — i przysiągłeś drugiemu i teraz świadczysz za nim?
— Wiadomo, że świadczę.
— Jakaż u ciebie prawda?
— A taka, że mnie wolno moją ziemię temu dać — komu zechcę.
— Jak to twoja? Moja jest — krzyknął kniaź.
— Moja była! — krzyknął Wyszogrodzki.
— Nie pamiętasz, chamie, jak memu ojcu przysięgałeś?
— No, to co?
— Czemu nie dotrzymałeś słowa?
— A wasz ojciec czemu nie dotrzymał?
— Jak to nie?
— A tak to. Obiecał granicy strzec, com mu ukazał. On się u mnie za stróża zgodził, to było stróżować.
— Ach ty, chamie! Mało cię mój rodzic bił, kiedyś taki hardy.
— Otóż to — mnie bił, a byle świnia granice ryła.
— Coś rzekł? — jak śmiesz tak mówić! — porwał się kniaź.
— To ty, świnia, cham!
— No, niech ja będę świnia. Wyście obiecywali, że mnie równym sobie uczynicie — dlategom was przyjął za stróża.
— Ty — mnie!
— No, a jakże — a któż tu pan? — wy — co przyszli — jeden z prawa, drugi z lewa — czy ja — co tu zawsze był — ja
— tutejszy.
— Tak, byłbyś, gdyby nie ja! — co ty znaczysz! — krzyknął pogardliwie Wyszogrodzki.
— Juści więcej od was — bo wy byli — a ja jestem.
— Przez moją moc i ochronę! — krzyknął kniaź.
— Iii — taka tam moc, kiedy się prawujesz — taka tam ochrona, kiedy ja, ot, świadczyć za tobą muszę.
— Masz milczeć i spełniać, co każę.
— To po co uczyłeś i gadałeś, że my bracia i równi? Tamten mnie bił, to i jego pobili — a tyś mnie uczył i nauczył — to ty mnie już niepotrzebny. Ja tutejszy był, tutejszy zostanę — ot, co ja świadczę — prawdę.
Od majestatu rozległ się głos potężny — jakby dzwonu:
— Tutejszy był, tutejszy jest, tutejszy zostanie. A za nim drugi powtórzył, donośny jak bojowa surma.
— Kto był na początku, ten trwać będzie do końca. Kto przyszedł — odejść musi.
Kuźma oczy podniósł ku majestatowi — i ujrzał, że siedziały tam w chwale i wyrok wydawały dwie niewiasty.
I wtedy, nie wezwany, ani przymuszony pokłonił się im.
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Pon 23 Mar, 2009 20:37   

Krótkie formy narracyjne Rodziewiczówny - nowele obrazki, przypowieści o charakterze alegorycznym ukształtowane są prościej niż jej powieści. Ich wymowa jest przeważnie dość jasna. Najbardziej programowa tendencja jest widoczna w nowelach przybierających kształt baśni czy przypowieści o baśniowym charakterze (jedna trzecia krótkich form jej pióra ma taki charakter). Jedną z takich nowelek jest "Dobra służba".

DOBRA SŁUŻBA

Kiedy na Maćka czas przyszedł w świat iść i w życie, tak mu matka rzekła:
— Był tu raz u nas jeden stary i opowiadał, że jest gdzieś, jakaś wielka pani — co u niej najlepsza służba. Gadał, że u niej życie spędził, nigdy troski ani trwogi nie zaznał. Toteż wyglądał krzepko i zdrowo, odziany był i obuty, na gębie czerwony — a wesół i sobie rad, że ochota była nań patrzeć, a uciecha z nim pogwarzyć. Pytałam go, jak się owa pani zwie i gdzie panuje — to rzekł: Idźcie prosto, krzynę pod górę — to ją znajdziecie. I tyle — zazdrosny był — nie pouczył lepiej.
Tak ci synku to powtarzam; idź prosto, krzynę pod górę — i szukaj, a w drodze pytaj i służby próbuj — to i znajdziesz. Tylko takich miejsc unikaj, gdzie się biją, gdzie piją, gdzie wiele obiecują, gdzie wiele złota dają i gdzie wiele gadają. Z takiej służby, to choć wśród nocy uciekaj.
Maciek, było to dziecko nie bardzo mądre i wyuczone, więc pani matki słuchał, rady jej wyuczył się na pamięć — odział się, chleba wziął w zanadrze, kij w rękę — i poszedł — od razu na szeroki gościniec, między obcych ludzi.
Z początku bał się, potem ciekawie zaczął się ludziom przyglądać i przysłuchiwać, tym szczególnie, co o służbie i robocie mówili, a wreszcie i pytać, czy kto o takiej wielkiej pani nie słyszał, u której służąc troski ani trwogi się — nie zazna i wesoło się żyje.
I znalazło się wnet kilku towarzyszy piechurów, co znali taką panią — ale jeden mówił, że ona mieszka pod lasem, a drugi, że w mieście, a trzeci, że nad drogą, a jedna dziewczyna przysięgała mu, żeby z nią poszedł, to go zaprowadzi do wielkiej, dobrej pani.
I Maciek uwierzył dziewczynie i poszedł za nią boczną drogą, i trochę ku dolinie, ale że jej wierzył, to się na drogę nie oglądał, ani uważał na pochyłość.
Zaprowadziła go, prawda, na wielki dwór, do wielkiej pani — w gąszcz służby i został tam dworzaninem. Służba ta nie była mądra, ani dla młodego trudna. Motyle łowić dla pani, śpiewać i grać, kwiaty zbierać, słodkie miody znosić. Co zebrał, co dostał, dziewczynie wręczał — a ona pani oddawała. Długo Maciek służył i wiernie, nie dospał i nie dojadł — byle dogodzić. Uznania zasług też się nie domagał — czekał, by się więcej zebrało. Tylko się dziwił, że towarzysze często się zmieniają. Służby nie ubywało, ale w dnie obrachunku rzesze odchodziły płacząc lub klnąc i coraz nowi napływali.
Zaniepokoił się Maciek, poszedł też do kasy. Prosi o wypłatę — powiadają — wypłaty nie ma. Komu dawałeś, kto brał? Idź, przyprowadź dziewczynę. Szuka dziewczyny — zginęła — pyta o nią — śmieją się koledzy — masz naukę — innej zasługi się nie spodziewaj — i umykaj milczkiem, bo za skargi i pretensje każą ci dozgonnie służyć.
Wtedy Maciek poczuł od razu, że głodny jest, senny, zmęczony i słaby, ale nie śmiał złożyć skargi — i nie wiedział do kogo — więc poszedł stamtąd precz — szukając gościńca.
Długo błądził i często odpoczywał, bo siły stracił, i raz nawet gorzko się wypłakał ze wstydu i rozpaczy — no ale przecież na drogę wyszedł i znowu w tłum ludzki się wmieszał. Zostało mu z tej pierwszej służby tyle, że wśród spotkanych dziewcząt wypatrywał i szukał tej zwodnicy, a co mu się która wydała podobna, to w nią śmieciem ciskał i wyzwiskami ścigał i już by żadnej nie uwierzył.
Potem, za tłumem idąc, przystał na służbę do drugiej pani. Dwór był wyniosły i błyszczący, a dworzanie mieli trąby, rogi i piszczałki i dęli na jej cześć, ile sił. Nadymali się i czerwienieli, by jeden drugiego zagłuszyć i być przez panią wyróżnionym, a choć jednej służyli — wzajem się nie cierpieli, i zazdrościli jeden drugiemu, i szpetnie się lżyli, gdy tylko ust trąbą nie mieli zatkanych. Pani też grymaśna była i zmienna. Kto dziś na czele dworzan był, jutro w ciury szedł. Dawała też ucha pochlebstwom, wierzyła w oszczerstwa.
Póki Maciek w małą piszczałkę dął, nikt go nie zaczepiał, ale gdy kunszt posiadł i na czoło się wysunął, to jakby w grad i burzę się dostał. Popychali go jedni, szturchali drudzy, podstawiali nogę, by upadł, drwili, ośmieszali, odsądzali od czci, do pani z donosami i oszczerstwami chodzili. Kulił się Maciek, jak pod gradem, głowę w ramiona wtulał, oczy przymykał, uszy zatykał, dął i dmuchał, jak umiał najlepiej — aż nie wytrzymał i pewnej nocy zbity, zbiedzony, ogłuszony — zbiegł.
I został mu z tej służby wstręt i strach przed trąbą, wszelkim dęciem — i zerwany głos. A jak znowu na gościńcu stanął, to się zamyślił i zawahał — iść jeszcze i szukać, czy wrócić. Ale tłum go porwał wnet dalej, a nie czuł się na siłach już iść przeciw tłumowi.
A tłum parł znowu do jakiegoś dworu, popychał się i tłoczył. Tylu ludzi razem jeszcze nigdzie Maciek nie widział; ani tyle i takich robót, ani tyle złota. Dworzanie wychodzili z dworu napęczniali od złota, sypało się, przelewało, dzwoniło wszędzie.
— To dopiero dobra służba! Ucieszył się Maciek, został i całą siłą w pocie czoła jął pracować. Do dworu dobudowywano wciąż nowe skrzydła i wieżyce — do najcięższych, najgrubszych robót Maciek stanął, pewny największej zapłaty.
Ale w dzień obrachunku miedź i srebrniaki brał. Im więcej, im dłużej pracował, tym lichszy zarobek dostawał. Inni w tejże kasie złoto garściami zgarniali.
— Czemu tak? — spytał kiedyś takiego szczęśliwca.
— Bo głupi jesteś! — odparł ze śmiechem. Najlżejsza robota — najlepiej płatna.
— A za co ty tyle dostałeś?
— Za skórę.
— Jakże za skórę zarobić?
— Naucz się pluć, to będziesz wiedział.
— Na cóż to plujesz?
— Na co mi każą.
— I ci wszyscy, co ze złotem odchodzą, plują na rozkaz?
— Nie. Są tacy, co gadają na rozkaz, tacy, co milczą na rozkaz, tacy, co uprzątają niepotrzebne śmieci, tacy, co usuwają z drogi zawadzających głupców i tacy, co uczą głupców. Wszystkiego dokażesz skórą i językiem. Tutaj pot nie popłaca. Dasz mi połowę zarobku — to cię nauczę.
Maciek z radością na to przystał. Wziął go kompan do nauki. Z początku Maciek niepojętny był, pluć nie umiał, gadać, co nie było prawdą nie chciał, a milczeć prawdę mówiąc nie potrafił.
Uprzątać nie było ciężko, ale cuchnące bywały śmieci i grubiańscy głupcy, którzy po karku mu deptali, żeby się podwyższyć. Ledwie go kompan do pierwszej wypłaty zatrzymał.
Ale gdy dostał wiele złota, choć się podzielił, porwała go chęć jeszcze tę połowę zebrać — a gdy ją zebrał — drugie tyle mieć, a gdy kieszenie napełnił, miech poszył, a gdy miech napełnił, w ziemię go zakopał, i drugi większy sprawił. I już mu się tak ta służba podobała, że szczycił się pluciem, szanował cuchnące śmiecie, żadnej złej woni nie czując, a radował się, gdy na karku i plecach stopy gbura czuł.
Wreszcie pewnego dnia złoto zabrał i przekonał się, że więcej nie udźwignie. W pracy tej też, chociaż niby lekkiej, wiele czasu spędził — odpocząć i używać była pora.
Zebrał się więc, złotem objuczył i na gościniec się wydostał. Ale tam na skraju siadł i począł medytować.
Miał zamiar odbyć drogę powrotną, odwiedzić po drodze te dwa dwory znajome, pochwalić się zarobkiem — i do matki wrócić.
Ale teraz dopiero ujrzał, że ta powrotna droga stromo w górę szła.
— Jakże to! — pomyślał. Miałem iść prosto, krzynę w górę — a jestem w dole, i gościniec jak wąż się wije. Dokąd zaszedłem?
Jakże z tymi ciężkimi sakwami pod tę górę się piąć — i stai, nie ujdę. A żebym je nawet zostawił — to z czymże wrócę, czym się pochwalę? Toć moja dobra służba cała w tym zlocie. Toć to moje wszystko. I po co wracać? Nie jestem głupi, żeby motyle łapać i śpiewać, nie jestem głupi, żeby w trąbę dąć. A choćbym chciał — już nie potrafię. Odpocząć mi się chce. Pójdę jeszcze krzynę przed siebie — sam sobie dwór zbuduję i będę panować. Ludzie jeszcze gdzieś idą, zobaczę dokąd. Dźwignął się i poszedł. Ciążyły mu nieznośnie złotem wypchane sakwy, powoli się posuwał, odpoczywał często — bo i do czegóż miał się spieszyć — służby i zarobku nie szukał, nic nie potrzebował.
— Wszyscy, co z nim tą drogą szli — jak on się nie spieszyli, jak on przeważnie objuczeni byli, zmęczeni, zadumani i milczący. A droga nudna była, płaska i szara, bez żadnych już rozstajów — jedna.
Zdziwił się Maciek i ucieszył, gdy nagle za sobą śpiew usłyszał — aż się obejrzał. Lekkim krokiem i bez żadnego tobołka szedł starzec, krzepki i zdrowy, na twarzy czerwony, z jasnością wesołą w oczach. Spojrzeli na siebie i zagadali.
— Od gór idziecie? — spytał Maciek.
— Z samego szczytu.
— Matczyny mój dom tam przy drodze.
— Znam. Przechodziłem tamtędy razy parę. Prosto stamtąd — krzynę pod górę do mojej pani idzie droga.
— Jakże to? Ja na gościniec też wyszedłem i tu jestem?
— Boś na zachód poszedł, a ja na wschód.
— Dobrą miałeś służbę?
— Przyjrzyjmy się w źródełku. Stary byłem kiedy cię widziałem w kołysce, a dziś ty starzec przy mnie.
— Byłeś tam, gdzie śpiewają i motyle łapią?
— Byłem — popatrzyłem, pośmiałem się i odszedłem.
— A byłeś tam gdzie trąbią?
— Byłem, pośmiałem się i odszedłem.
— A byłeś tam, gdzie złoty dwór?
— Byłem, zapłakałem i odszedłem.
— A ja wszędzie służyłem.
— Toć widzę po tobie. A teraz wiesz, dokąd idziesz?
— Dwór sobie kupię i będę panować.
— Żadnego tu dworu do kupienia i panowania nie ma.
— Do kogóż i po co ty idziesz?
— Ja idę do drugiej, wielkiej pani z pismem od mojej. W mojej służbie czuwanie było obowiązkiem, zasnąć mi się chce spokojnie i długo. List oddam — pościel dostanę. Hej będę dopiero śnić.
— Niewiele uzbierałeś w tej służbie.
— Dzięki Bogu lekko mi.
— Pomóż mi sakwy nieść. Nagrodzę cię. Złoto! Całe mnóstwo.
— Po cóż je włóczysz z sobą. Ciśnij — będzie ci lekko. Co ci po złocie na tej drodze.
— Głupstwa mówisz! — oburzył się Maciek.
— To dźwigaj! Gdybyś brzemię dźwigał — pomógłbym ci, ale skarb swój, sam nieś!
Minął go tak idąc lekko, że ledwie ziemi tykał, wnet z oczu zniknął.
Maciek zgarbiony, znużony, wlókł się, głowę zwiesiwszy. Gdy czasem oczy podniósł, widział wciąż przed sobą pusty, szary, senny kraj i szarą nudną drogę. Ogarniała go coraz większa smętność i obojętność, coraz większe zmęczenie. I oto ujrzał przed sobą dom szary przy drodze, ucieszył się, że tam znajdzie posiłek, napój i gościnę. Już wcale wędrować nie miał siły i zmrok ogarniał cały świat. Ledwie doczołgał się do progu.
Na progu siedziała niewiasta — gospodyni — i każdy, kto wejść chciał, z nią rozmawiał. Gdy na Maćka kolej przyszła, podał jej garść złota i rzekł z góry:
— Pańską chcę mieć gościnę i nocleg.
Spojrzała na niego tak, że się przestraszył jej zimnych, nieubłaganych oczu.
— Sakwy rzuć — rzekła.
— Za żebraka mnie masz! To złoto jest.
— Sakwy rzuć! — powtórzyła.
— Przenigdy. Zbierałem, by mieć.
— To nieś!
— Chcę spocząć! Noc. Przyjmij! — rzekł już pokorniej, czując, że i kroku dalej uczynić nie może.
Nie odpowiedziała. Mrok gęstniał, chłód ogarniał Maćka, groza nocy, ciemności, pustka, trwoga, bezsilność, rozpacz, osamotnienie.
— Gospodyni, zlituj się — puść w dom swój — spocząć muszę! — zajęczał.
— Sakwy rzuć! — nieubłaganie odrzekła.
— Nie mogę! To wszystko moje! Przeklęta bądź! Odwróciła na niego oczy. Maćkowi zjeżyły się włosy, pot okrył skronie, zimno tych oczu poszło aż po duszę.
— Ratujcie! Ona mnie zabije. Nie dam złota. Ach, po co je dźwigałem.
Ogarnął rękami sakwy, przypadł do nich piersiami i z chrapliwym jękiem przerażenia poczuł, że się gdzieś stacza, pada, że nie ma pod nim gruntu, wokoło tchu — przed nim żadnej drogi — tylko czarna otchłań bezdenna, bez kresu, bez światła — wielkie nic istnienia.


*


Maciek kolejno służy na trzech wielkich dworach, w tłumie oszustów, oszczerców i krzykaczy, na ostatnim z nich uczy się gadać i plwać na rozkaz, dostaje złoto i z nim wyrusza w powrotną drogę do domu. Napotyka szary dom, pod którym siedząca kobieta nakazuje mu rzucić sakwy. Bohater nie może rozstać się ze złotem co doprowadza go do śmierci.
Życie przedstawione jest jako droga, jego zaś celem jest służba. Służba ta jednak ma być związana z uczciwą pracą, a jej celem nie ma być fortuna, która wiedzie ludzi do zguby, lecz wyższe cele.
Posłużenie się obrazem drogi jako alegorią przebiegu ludzkiego życia, przedstawienie kolejnych dworów i służby na nich jako symboli różnych ludzkich wyborów, wreszcie jednoznaczna aprobata lub potępienie odpowiedniego sposobu postępowania - kształtuje tezę leżącą u podstaw utworu.

Na podstawie::
Anna Martuszewska, Jak szumi Dewajtis.
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
RaczejRozwazna


Dołączył: 17 Paź 2007
Posty: 2007
Skąd: zza drzewa
Wysłany: Pon 23 Mar, 2009 20:42   

Tamara napisał/a:
A tego nie znam , trza poszukać :lol:


A ja czytałam, ale nie pamiętam za nic o czym to... Tzn. w moim przypadku, że nie przypadła mi do gustu.
_________________
...najbardziej poruszające są opowieści nieopowiedziane /J.R.R. Tolkien/
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Pon 23 Mar, 2009 20:45   

Początek "Anima Vilis" mi się bardzo podobał. Potem myślałam, że to pójdzie trochę w innym kierunku, a tymczasem nieszczęść się zwaliło na głowę bohatera co niemiara.
Ale bardzo mi się podobały opisy surowego klimatu i ten burzan na końcu...
no i babcia Marcinowa była super :D
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Sob 28 Mar, 2009 09:43   

Przeczytałam "Szary proch". To powieść napisana w 1889 roku i pod pseudonimem Zmogas opublikowana po raz pierwszy we Lwowie.
"Szary proch" pod pewnym względem powtarza schemat fabularny "Między ustami a brzegiem pucharu", tyle że akcja dzieje się na litewskiej wsi. Wawrzyniec, który opuścił przed laty rodzinną wieś, pracował ciężko na morzu "u Niemców". Jest zdecydowany zostać już na zawsze z dala od rodzinnej wsi, swoją pracą zyskał szacunek, a także być może rękę córki swego pracodawcy, Niemkini Grety. Jednak zanim ostatecznie osiądzie nad morzem, postanawia odwiedzić rodzinną wieś, by się pożegnać, a może trochę pochwalić tym, co osiągnął?
"W jakimś zakątku pamięci został ten wyraz - ostatni, jaki za nim pogonił od gromadki swoich, co go odprowadzili za wieś, na rozdroże ku Niemnowi, lat temu dwanaście. A przez te lata już nigdy tej mowy nie posłyszał. Po niemiecku mówił i myślał, po niemiecku śpiewał i klął, po niemiecku pacierz odmawiał i grzechy wyznawał na spowiedzi. [...] myśl jego w labirynt dziecinnych wspomnień zstępując, rozgrzebywała rumowiska pamiątek, dziwiła się wybladłym obrazom, echom jakichś pieśni, odnajdywała twarze, uśmiechy, dźwięki dawno przebrzmiałe. [..] Do swoich.. Choć na godzinę, na chwilę marną! Do ojców! Tyle lat przeszło, aż zapomniał. do swoich!
Na początku chełpi się pozycją wśród obcych i zamożną narzeczoną, wzbudzając podziw wsi. Ojciec jest rozczarowany, że syn, który wrócił taki dojrzały i dorodny, nie chce zostać na ziemi ojców. Jednak stary, zasięgnąwszy rady księdza, inaczej postanawia z nim postępować i przywiązać go do tego miejsca, którego chciał syn się wyrzec...
"Przyjechał, [..] już nie blady, nie chudy, nie oddarty. Pańskie, czarne szatki na nim i złote pierścienie, a sam jak dąb rozrosły, piękny, zdrów, żem z początku odpatrzeć się nie mógł i nacieszyć. Ale krótka była uciecha. Zaraz mnie żal zdjął, jak naszą mowę kaleczył, jak on pieśni i obyczaje zapomniał, jak na matczyną mogiłę pójść nie pomyślał, tylko wciąż o swej chwale i cudzym świecie rozpowiadał. I tak moja radość przeszła w troskę, we wstyd, w udręczenie.[..] Na pracę naszą patrzy jakby z drwinami i wieś buntuje Ameryką, a wszystko mu niedobre, niesmaczne, nudne. [..] Przysłali wreszcie Niemce mego syna na pokaz, że z niego dusze uczciwą wyjęli, a włożyli szachrajstwo albo i zgoła nic".
We wsi mieszka także Rozalka, którą od początku Wawrzyniec zraża swym postępowaniem, także wobec niej i decyzją o opuszczeniu rodzinnej wsi, wydaje się jej lekkoduchem, czym przypomina nieco Wentzla z "Między ustami...".
"Skłonił się przed Rozalką. Nikt ich nie zapoznawał, ale to nie przeszkadzało zatańczyć. Dziewczyna,pomimo tańca zawsze blada i poważna, skinęła głową i podała mu rękę. Istotnie toczoną miała kibić, a głowę niosła dumnie jak królowa. [..] miała we wsi opinię niesłychanie skromnej i nieprzystępnej.
- Składnie tańcujesz - pochwalił ją Wawer [..] - Znać, żeś w mieście była.
- Nie tańcowałam w mieście, ale służyłam. - odparła [..]
- A takaś ładna. Pewnie się twój pan w tobie kochał...
Dziewczyna szarpnęła się mocno, wyrwała mu się i rzuciwszy go w środku tańczących wróciła na swe poprzednie miejsce".

Rozalka jest pracowita, rozsądna, a ponadto zaangażowana społecznie, gdyż we wsi jest grupka osób, które kolportują nielegalną prasę i broszurki, co może zakończyć się aresztowaniem przez władze carskie. Ten wątek jest zresztą opisany dość enigmatycznie, ale i tak Rodziewiczówna opublikować musiała swoją powieść pod pseudonimem, w obawie przed represjami.
Wawrzyniec przybywa do wsi w ważnym momencie i wprowadza ze sobą nowe zwyczaje, nieco sprzeczne ze starymi zasadami, ot choćby to, że nie czeka z założonymi rękami (bo tak widać już musi być), kiedy piorun trafia w zagrodę, ale rzuca się by pożar gasić i wieś od spalenia ocalić.
Czy Wawrzyniec wyrzeknie się swej ojczystej ziemi, wróci do Szczecina i przystąpi do spółki z Niemcem, czy zostanie pracować na własnej ziemi pracować wraz ze swoim litewskim ludem i dla niego? Czy poruszy się jego serce i ta ziemia stanie się mu droga? Czy inaczej spojrzy na niego Rozalka?

Fragment niczym z "Nad Niemnem":
"Nadeszły żniwa. Na dworski łan wyległy pewnego dnia całe Karewiszki, bo dzień to był taki, że zabobon zabraniał u siebie robić, a z wieczora, w wigilię, pan sam wieś przeszedł prosząc o pomoc. Stawili się bez mała wszyscy, od najbogatszych do najbiedniejszych, od starych do młodych. U Didelisów Jan tylko sam został z dziećmi. Synowie z żonami do świtu jeszcze poszli, po drodze zabierając sąsiadów i krewnych. Był to jakby fest to żniwo we dworze. Mężczyźni wdziali śnieżne koszule, najjaskrawsze spódnice dziewczęta i jak na tańce powpinały rutę w warkocze. Było jakby święto, bo nawet Krzysztof Jodas się zjawił z kosą, a Rozalka warsztat opuściła.
Ustawili się kosiarze, jak żurawie długim kluczem; ciągnęły się za nimi kobiety, garście złotych kłosów zbierając, snopy wiążąc, a w końcu starzy i wyrostki gromady składali kopki wzdłuż ogołoconych zagonów. Od pola tego szmer szedł jak od roju szarańczy. Chrzęst zboża, kos brzęczenie, szumy kłosów setnych. Czasem kosy stawały, do słońca błyszcząc, nieruchome, a ogarniał wszelkie odgłosy śpiew chóralny, któremu wnet kobiety podpowiadały drugą zwrotkę, a starzy czasem wtórzyli. Jakby motyle to pole obsiadły, tak się mieniło całe, tak ruszało się jak żywe


Prócz tych głównych postaci, są jak to u Rodziewiczówny, postaci drugoplanowe, które wyrastają na postaci jak z baśni - kaleka o szlachetnym sercu Rufin, stary Szwedas, czy wreszcie ten zły - brat Rozalki, Krystof. Warto też wspomnieć o dzielnym Marcinku, najmłodszym braciszku Wawrzyńca.
A sam Wawrzyniec jest niczym bohater przypowieści o synu marnotrawnym.
Nie mogę też nie wspomnieć opowiadanej przez Bakutisa baśni o królewnie, która w złotym pałacu pod studnią mieszka i na śmiałka czeka.
Powieść mi się podobała i, co rzadko mi się zdarza, nawet ją w pracy podczytywałam ;)
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...



Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 12397
Skąd: równiny Mazowsza
Wysłany: Sob 28 Mar, 2009 17:48   

Gdzieś ten Szary proch o oczy mi się obił :mysle:
_________________
Niepełnosprawny umysłowo współpracownik gestapo czyli kanalia o zdradzieckiej mordzie :mrgreen:
 
 
Aragonte 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 26316
Wysłany: Sob 28 Mar, 2009 17:57   

Gosiu, rozumiem, że gdybym chciała kiedyś zaznajomić się z tymi książkami, to Ty nimi dysponujesz? :)
_________________
Nauri...
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Sob 28 Mar, 2009 18:31   

Dysponuje wszystkimi powieściami :mrgreen:
Zdaje się, że nie mam tylko jakichś krótkich opowiadań (Południca, Pleśń itp. ) ;)
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Aragonte 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 26316
Wysłany: Sob 28 Mar, 2009 18:46   

To kiedyś poproszę o wypożyczenie :kwiatek:
Na razie próbuję zająć się czymś innym, chwilowo bez efektów :roll:
_________________
Nauri...
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Sob 04 Kwi, 2009 14:40   

Przeczytałam "Kądziel". Marii Rodziewiczówny. Pierwsza publikacja tej powieści miała miejsce na łamach "Tygodnika Mód i Powieści" w 1898 r. (numery 1-39). Wydanie książkowe ukazało się rok później. To powieść traktująca o kobietach, ich wychowaniu, emancypacji, tym co powinno być ważne: zamążpójście (i ułożenie sobie życia w ten sposób), a może ambicje czy praca? Ta książka jest i pogodna (pisana ze sporym poczuciem humoru) i wzruszająca jednocześnie. Myślę, że poprzez ten utwór widać dobrze poglądy samej Rodziewiczówny, czytając chwilami tę powieść miałam wrażenie, że widzę dużo z niej samej w postaci głównej bohaterki: Taidy Skarszewskiej, a w postaci Dysi - Jadwigę Skirmunttównę. Za tą książkę pisarka była mocno krytykowana, bo faktycznie dość brutalnie rozprawiła się z płcią żeńską, opisując różne typy damskich bohaterek, reprezentujących różne postawy i sposoby na życie. Opowiadała się w tej powieści przeciw zbyt skrajnie pojętej emancypacji oraz przeciw migracji utalentowanych młodych ludzi za granicę. Satyrycznie patrzy pisarka na kobiety charakteryzujące się przesadną dewocyjnością na pokaz, która znika, gdy pojawia się kandydat na męża (kapitalnie opisana postać Klary Wolskiej). To zresztą uroczy opis całego zestawu postaci, które pojawiają się na ogłoszenie pani Taidy, która poszukuje towarzyszki- pomocnicy w gospodarstwie. Bohaterka Taida Skarszewska to iście posągowa postać, matrona, która sama zarządza majątkiem i wychowuje dwóch synów - to ona jest emancypantką, ale została do tego zmuszona okolicznościami.

Pani Taida:
Była to kobieta, którą bieda i praca wychowała, bieda i praca nauczyła, bieda i praca towarzyszyła wiodąc przez życie. W tej kompanii stwardniało jej serce, wyrobił się despotyczny charakter - nawet zgrubiały rysy, głos, wyrażenia. Była bezwzględna dla słabości, wymagająca cnoty jako obowiązku, pracy jako jedynej dźwigni i celu życia, pogardzająca próżniakiem jak przestępcą, prawiąca prawdę ostrą twardo, bez żadnych ogródek! [..] Przez całe swe życie wierna była "Gazecie Warszawskiej" i wierzyła w nią bezwarunkowo co do polityki i korespondencyj rolniczych, potem zaprenumerowała "Kraj", ale co rychlej się wycofała. Można dostać żółtaczki z irytacji czytając ich polemiki! I co z tego za korzyść! Ja wiem, że jest ciężko, źle, nieznośnie! Ale jak mi kto będzie bezustannie przypominał, to mnie cała moc odpadnie i robić nic nie zechcę! Człowiek dwa razy nie żyje ani doli sobie nie wybiera. Jaka mu wypadła, musi ją odbyć. Na tamtym świecie będzie ład, a tutaj nigdy! [..] Życie jej upłynęło w Rudzie, a dzieła i czyny nie wyszły poza zakres szarego tłumu ziemian. Gdyby była mężczyzną, stałaby się luminarzem powiatu, ale że była kobietą, więc nie miała głosu ni w radzie, ni w sądzie, ni na zjazdach marszałkowskich - nigdzie. Nie mogła zaprotestować, gdy podwyższono podatki, ani obronić się, by jej nie wyznaczano reparacji dróg o siedem mil, ani wpłynąć na obniżenie procentów w Banku Wzajemnego Kredytu, którego była członkiem; miała tam głos, ale osobiście go używać nie miała prawa. Miała wszystkie ciężary obywatela, bez żadnych prerogatyw. Osiemnastoletnią dziewczyną wyszła za mąż, gdy miała dwadzieścia dwa lata została wdową z dwoma synami i mnóstwem długów. Naznaczona opiekunką małoletnich, długie lata była pod kontrolą marszałkowskiej kancelarii, pilnowali ją ostro panowie sąsiedzi, wymagano szczegółowych rachunków, wtrącano się we wszystko. Ale długów nikt nie płacił - tylko ona, klęsk nikt nie wynagradzał - tylko ona, biedy nikt nie cierpiał - tylko ona, synów nikt nie uczył - tylko ona, i Rudy nikt nie kochał - tylko ona.

A tu korowód pań, które odpowiedziały na ogłoszenie pani Taidy, wśród nich panna Klara Walewska.
"Zaczęto mówić o sprawie pomocnicy i Włodzio już układał ogłoszenie do "Kuriera". Po wielu naradach i zmianach ułożono następujące: "Poszukuje się osoby w średnim wieku na wieś, do zarządu kobiecym gospodarstwem i wyręczenia pani domu. Reflektantki zgłoszą się na ulicę Wspólną nr 14, do pani Ozierskiej, między 1-3 po południu".[..]
Nazajutrz już o dwunastej przyszła pierwsza kandydatka na posadę do Rudy. Była to bardzo elegancka dama, w kapeluszu z piórami, upudrowana, ufryzowana i wdzięcznie uśmiechnięta.
- Przychodzę wskutek ogłoszenia w "Kurierze". Nieszczęśliwe okoliczności zmuszają mnie do poszukiwania pracy.
Na panią Taidę uderzyły ognie, ale się nieco pohamowała.
- Czy pani zajmowała się gospodarstwem wiejskim? - spytała sucho.
- Dotąd nie potrzebowałam pracować na siebie. Mój mąż miał dobrą posadę na kolei. Po jego śmierci miałam magazyn mód, ale interesy źle poszły, jak zwykle kobiecie samotnej, bez męskiej opieki!
Westchnęła i dodała:
- Przeczytawszy ogłoszenie pomyślałam, że wyjazd na wieś poprawi mi zdrowie i uspokoi nerwy zerwane ciężkimi przejściami.
- A pomyślała pani, czy spełni swe obowiązki? Czy pani się zna na hodowli drobiu i trzody, na ogrodnictwie i mleczywie?
- Jak to, ja mam być szafarką i klucznicą! - oburzyła się dama.
[..]
Stasia otworzyła drzwi. Na progu stała osoba istotnie w średnich latach, chuda i jakby wystraszona.
- Czy tu mieszka pani Ozierska? - spytała.
- Tutaj.
- Bo to wyczytałam w "Kurierze"...
- Proszę panią do salonu! - przerwała Stasia.
Ale interesantka musiała się wynurzyć.
- Od dawna marzę o wyjeździe na wieś, do ciszy i spokoju. W mieście nie można uniknąć zgorszenia, pokus; ciągle się jest narażonym na grzeszne myśli i uczucia. Przed występkiem skryć można oczy tylko w świątyni...
Spuszczone miała oczy, więc nie widziała wyrazu twarzy Stasi, za portierą odzywało się podejrzane sapanie, to Włodzio się dusił ze śmiechu. Szczęściem weszła pani Taida i Stasia uciekła.
- Pani poszukuje posady? - zagaiła pani Skarszewska.
- Tak, pani. Modlitwa i praca jest moim szczęściem.
- Pani zamężna?
- O, nie! Żyłam z mamą dotychczas w Siedleckiem. Ojciec zostawił nam folwarczek. Ale mama była słabego zdrowia - przeniosłyśmy się do Siedlec. Dzierżawca nas doprowadził do nędzy, a wreszcie i folwarczek trzeba było sprzedać. Kapitalik poszedł na doktorów i aptekę i mamusia zmarła temu dwa lata. Dostałam posadę tutaj przez znajomą hrabinę w szpitaliku, ale zawsze marzyłam o wyjeździe na wieś i gdym przeczytała ogłoszenie, wnet pomyślałam, że to może palec Boży, bo na tę intencję suszę wszystkie wtorki - dzień, w którym opuściłyśmy naszą Wólkę.
- Więc pani się zna na wiejskim gospodarstwie?
- Przecież mieliśmy Wólkę, a ja zawsze wyręczałam mamusię. O, znam wieś i kocham jej ciszę, spokój i patriarchalne obyczaje.
Włodzio za portierą pomyślał, że cisza i spokój rzadko były widziane w Rudzie przy mustrze fornali, pastuchów i czeladzi i że patriarchowie mieli pod względem obyczajów pojęcia nie zawsze zgodne z etyką nowożytną, ale pani Taidzie podobały się aspiracje kandydatki do wiejskiego życia; a zresztą poprzednie były jeszcze gorsze". [..]
Już po trzeciej zjawiła się jeszcze jedna. Była to gruba kobiecina, w czepku na bakier, z wypiekami na twarzy.
- Tu szukają gospodyni na wieś! Ja pojadę! Co tam, raz kozie śmierć! Przemówiłam się ze starym, on mnie spostponował, więc mu powiadam: czekaj, psia nogo, ja ci pokażę! Pojadę na wieś, między ludożerce, między bałwochwalce - na takie wygnanie, na takie zatracenie, a z tobą nie zostanę!
Aby jej się pozbyć, musiała pani Taida wezwać pomocy Włodzia i posłała go pędem do "Kuriera".
- Cofnij ogłoszenie, cofnij! Mam tego dosyć! [..] - Wezmę chyba tę Wolską! [..]
Pierwszym zajęciem panny Klary Wolskiej po przybyciu do Rudy było urządzenie przeznaczonego jej pokoju wedle swych potrzeb i wymagań. Gdy ukończyła swą pracę, zaprosiła na ocenę panią Taidę.
- Niech pani raczy rzucić okiem na moją celkę! - prosiła idąc za nią i spodziewając się na pewno pochwały.
Ale pani Taida stanęła na progu, popatrzyła i rzekła:
- Jeśli to ma być cela, to cela bałwochwalcy.
Największa ściana była od góry do dołu zawieszona obrazkami świętymi, przedzielonymi jeden od drugiego festonami z różańców, i zakończona ołtarzykiem, na którym paliło się kilka lampek i leżały stosy książek do nabożeństwa.
- Jak to, bałwochwalcy? - jęknęła panna Klara.
- A na cóż chrześcijaninowi ten milion obrazków i ten stos książek? Wystarczy prosty krzyż albo obraz Bogarodzicy i jedna książka. No, a jeśli pani tu chce żyć w celi, to po cóż pani naprzeciwko ma tyle pierzyn na łóżku? To nie ma konsekwencji. [..]
Panna Klara naprzeciw cieniutkie nici wiązała szydełkiem i rachując oczka, rozpoczynała rozmowę.
- Czy to być może, proszę pani, że poprzedniczka moja miała brzydki stosunek z pisarzem?
Pani Taida podniosła oczy uzbrojone w okulary.
- Kto pani to mówił?
- O, ja bym sobie nie pozwoliła na podobne rozmowy. Słyszałam przypadkiem.
- Powinna była pani nie pozwolić na szkalowanie kogoś nieobecnego.
- Godność moja kobieca nie pozwala mi nawet wyznać, że rozumiem podobne stosunki.
- Żadnych grzesznych stosunków nie było, co najwyżej lekkomyślność młodości.
- Pani to nazywa lekkomyślnością! Ale ja wolna jestem nawet od takiej lekkomyślności i ubliżyłoby mi wglądanie i wtrącanie się do podobnie bezecnych rozmów! W ogóle ciężkie jest życie panny mego wychowania wobec brutalności ludzi prostych, z którymi muszę obcować, i często zgroza mnie ogarnia, jakie były te, które ich uzuchwalały do okropnych wyrażeń i szczegółów! Straszna tu panuje demoralizacja! Czy wystawi sobie pani, że podobno żona leśniczego nie jest ślubna, a ochmistrzyni źle się prowadzi, nie mówiąc już o córkach ekonoma?
- Skądże pani to wszystko wie, z nikim nie rozmawiając i tak się gorsząc.
- Jestem, niestety, narażona na zgorszenie. Mój Boże, żeby mnie mama mogła widzieć, ona, co mnie uchowała jak kwiat czystą. [..] Wiedziałam, że świat jest grzeszny, ale teraz widzę, że jest to piekło. Dziękuję Bogu, że taka nie jestem.


Sporo humoru jest w tej powieści, wydaje się dzięki temu trochę inna i lżejsza, choć pani Taidzie problemów nie brakuje, bo okazuje się, że zamiast pomocy zyskuje tylko kłopoty związane z przybywającymi do majątku "pomocnicami". Jest też w tej powieści postać Stasi, która na początku samowolna i krnąbrna, dzięki pani Taidzie i przykładowi, jaki daje swoim postępowaniem i tytaniczną niemal pracą, zmienia się i znajduje swój cel życiu i pracy. Jest też w końcu ciocia Dysia, cicha, niepozorna, ale niezmiernie dobra i wzruszająco opisana.
Czytając tę powieść szczerze się ubawiłam, a jednocześnie byłam pełna podziwu dla pani Taidy. Jak pisałam, dużo w tej postaci samej Rodziewiczówny. I choć pisarka w tym utworze krytykuje emancypantki, ale ona sama była emancypantką, prowadziła sama gospodarstwo, ubierała się po męsku i była silna osobowością.
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
Ostatnio zmieniony przez Gosia Sob 04 Kwi, 2009 21:28, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...



Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 12397
Skąd: równiny Mazowsza
Wysłany: Sob 04 Kwi, 2009 21:13   

Następna do poszukania , dzięki Gosiu :kwiatek: :kwiatek: :kwiatek:
_________________
Niepełnosprawny umysłowo współpracownik gestapo czyli kanalia o zdradzieckiej mordzie :mrgreen:
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Sob 25 Kwi, 2009 19:09   

Przeczytałam Rodziewiczówny - "Macierz". Dobrze mi się czytało tą opowieść. To jeden z najlepszych jej utworów.
Z powieściami tej pisarki mam tak, że kiedy jakąś zacznę, muszę ją zaraz dokończyć. Zaczęłam rano, skończyłam po południu. Nie mogłam przestać czytać. Jest poruszająca.
Rodziewiczówna ma talent do opowiadania historii, do tworzenia zapadających w serce postaci, które najczęściej cierpią wiele zła od ludzi, ale potrafią być heroiczne heroizmem twardego dnia codziennego, zmagania się z losem i światem.
Bohaterką "Macierzy" jest Pokotynka, kobieta wydawałoby się upadła i skończona, która jednak pod wpływem człowieka, który ją przygarnął i miłości do niego a także pod wpływem miłości macierzyńskiej niejako odradza się moralnie. Często bohaterami pisarki są osoby skrzywdzone przez innych, odrzucone przez społeczeństwo, które odżywają w kontakcie z naturą, które w ciężkiej pracy odnajdują swój cel i szczęście, które nie chcą nic od ludzi i źle się czują wśród nich.
Pięknie jest opisana wędrówka Pokotynki z wiernym psem i jej życie w odległej chacie wpierw samotne a potem z dzieckiem oraz dalsze dzieje. Silna to postać i harda, która wiele potrafi znieść, a mimo przeciwieństw zachowuje jakąś godność, wcześniej pozornie utraconą.
Twardzi są ludzie w jej powieściach którzy jednak w swoim sercu potrafią znaleźć miejsce dla innych, tak jak Symonicha, Szczepański, stary Kałaur, wreszcie Magda.
W jej powieściach ludzie są jak ta wierzba przez Pokotynkę opisywana (która i ją samą i jej dolę jakby opisuje):

była około zwalonego młyna wierzba stara. Gruba była, krzywa i wewnątrz spróchniała. Odzież waszą, com uchowała, w to dziupło wetknęłam, spokojna, że suche schronienie. Ale na wiosnę wody ogromne się rozlały i zajęły moją kryjówkę i chatę, i młyn; myślałam, że się potopimy z Łyską, bośmy we dwoje w konarach tej wierzby przesiedzieli dni i nocy parę, z nurtem szumiącym pod sobą, a deszcz nas prażył bez ustanku! To gdy wody spadły i ziemia obeschła, a zajrzałam do swej dziupli, pełna była szlamu i zgnilizny i odzież wasza w rękach się rozłaziła i przepadła. A potem to w te szmaty i błoto naściągało się rozmaitego robactwa, żab, plugastwo takie, co się boi dnia i słońca, i zdrowego wiatru, a człowiek ręką nie dotknie i spojrzawszy, splunie i cofnie. I poczęło to wewnątrz wierzbę toczyć i żreć, że po listkach znać było, że jeszcze rok, a zwali się w rzekę, same próchno i susz, martwa. Szkoda mi drzewa było, bo Jaśkowa kołyska na nim bywała uwieszona, i dzieciaka liście bawiły, i gałęzie, jak wiatr kołysał, to one jego usypiały. I myślę: dał ci Bóg ludziom i zwierzu zioła na poratowanie w chorobie, a ot, o drzewie zapomniał, daje mu ginąć, szkaradę taką swym życiem karmić. Aż tu pewnego gorącego południa szmer jakiś słyszę, coś szarego jak szmatka nad ziemią przeleciało, na wierzbę spadło. Skoczyłam kołyskę zdjąć, rój pszczeli był. Nijakiej krzywdy dziecku nie uczyniły ni mnie. Zdrożone były, het, z daleka, bo szły z borów przez bagna i topiele aż od Wieszańca, może dwa dni były w drodze i weszły w ową norę plugastwa pełną, takie małe naprzeciw ropuch i gadów, co się tam rozwielmożniły. Myślałam, przepadną albo umkną dalej, aleć ich kto przyprowadził wierzbie na poratowanie, ten ci ich utrzymał i nad gady ukrzepił. Żyliśmy razem, i tak ich chatę znałam, jak własną, i robotę tak widziałam, jak swoją. W wierzbinie pałace pobudowały, rany i próchno kitem pogoiły i napełniły serce drzewa słodyczą i wonią, a kędy się gady podziały, którym i człowiek rady by nie dał! Hej, stoi pewnie i teraz wierzbina zdrowa i cała...

Fragmenty powieści:
Nie mówili do siebie prawie. Pokotynka, tak ze wszystkimi bezczelna, zuchwała, cyniczna, wobec niego czuła lęk i wstyd, on z natury był małomówny, zdziczony samotnością. Przez cały dzień w borze o tyle się odzywał, o ile miał rozkazy do dawania lub kwestie z chłopami do załatwienia. Wieczorem mówił do psa, czytał lub rozmyślał wpatrzony w żar ogniska. Leśniczówka składała się z dwóch izb i kuchni, w całym obejściu oprócz ich dwojga nie było nikogo — pusto było i cicho, wieczory rozciągały się w nieskończoność, wokoło wicher szumiał po odwiecznych sosnach i sowy piszczały. Teraz co wieczór, wracając ze służby, Szczepański spoglądał, czy dymi się z komina; był pewny, że przyjdzie dzień, że zastanie dom pusty. Pokotynkę natura pociągnie do ludzi.
Ale czas płynął — kobieta nie odchodziła
.
[...]
Szczepański w areszcie godzin nie liczył. Leżał na pryczy, zimno było i ciemno. Stróż wieczorem zajrzał, rzucił mu kożuch, który ze dworu przyniesiono, spytał, czy głodny. Na odmowną odpowiedź oznajmił, że rano go poprowadzą do powiatowego więzienia — i wyszedł. Więźniowi wszystko było obojętne wobec szalonego bólu głowy i nudności. Chwilami jęczał głucho, to zapadał w omdlenie, czuł, że umiera — i odzyskiwał przytomność, z rozpaczą, że jeszcze cierpi. Nareszcie porwały go straszne wymioty i po nich tak osłabł, że leżał jak martwy. Ocuciło go wrażenie ciepła i łyk zimnej wody. Poczuł, że już nie deskę ma pod głową, ale futro kożucha, i że z tą wodą połkniętą życie mu wraca. Otworzył oczy.
W latarce na ziemi tlała łojówka — nad nim klęczała Pokotynka.

[..]
Szła machinalnie, słaba, znękana, nie zważając na drogę. Opamiętała się, gdy zapadła raptem w trzęsawisko. Wydobyła się, rozejrzała i zbudził się zwierzęcy zmysł zachowawczy. Poczęła szukać przejścia w łozach i przestała myśleć. Błądziła parę godzin, grzęzła, ratowała się, sto razy wracała na jedno miejsce, jak się zmęczyła wreszcie, że niezdolna kroku postąpić ni tchu złapać, skuliła się pod krzakiem łozy i czekała śmierci.
Senność ją ogarniała i nieznośna niemoc — już nawet chłodu nie czuła. Wicher hulający po błotach nanosił śniegu coraz więcej.
Wtem z martwoty śmiertelnej senności zbudziło ją szczekanie. To pies znalazł jej trop i szedł za nim, radosny. Dopadł i lizać ją począł po twarzy, skomlał i piszczał z uciechy.
Rozbudziła się i dźwignęła z trudem. Pies pobiegł naprzód — ona ledwie żywa wlekła się za nim.
Tak ją doprowadził do Wieszańca. Nie miała siły rozpalić ognia, położyła się jak drewno.
Ale po godzinie zerwała się.
— Niedoczekanie twoje! — zamruczała zuchwale,, wyciągając pięść do tej niewidzialnej, a strasznej doli. — Udławisz się ty mną i sczeźniesz, a nie zeżresz mnie, a ja cię zadławię, jędzo!
Rozebrała się ze szmat przemarzłych, zzuła postoły, rzuciła się z zawziętością drwa rąbać, rozpaliła ogień. Tedy się wyprostowała i wciąż mówiąc z tą jedyną towarzyszką i panią swoją, zaczęła jej urągać.
— Zabrałaś mi jego, myślałaś mnie podeptać, oto stoję, i nawet nie słyszałaś mego wycia po nim. Wygnałaś mnie nago i głodną, i bosą w te czahary, chodź, zobacz, jak stoję. Chodź, zaśpiewam ci, nie zaszlocham!

[...]
I zaraz noce stały się gwarne. Na te pustkowia od zachodu do wschodu słońca napływały z szumem, furkotem, wrzaskiem roje wędrownego ptactwa, opadały na nocleg, daleką drogą zmęczone, rozhoworem swoim niosąc otuchę, nadzieję wiosny.
Zrywały się o świtaniu i niosły dalej, dalej hymn życia i każdy, słysząc w chmurkach chrapliwe ich wołanie, oczy wznosił, gonił wzrokiem klucze i gromady i cieszył się.
Ptactwo bywało tak zmęczone i tak pewne pustkowia, że Łyska mógł je dusić. Ale gdy raz przyniósł dziką gęś, jeszcze żywą, Pokotynka odebrała mu ją i chociaż rada by była skosztować mięsnej strawy, odpędzała psa i puściła ptaka na swobodę. Zerwał się i ukrył w łozach.
Pies patrzał na nią zdziwiony i urażony.
— Nie godzi się, Łysku. Biedne jest, chude, głodne jak my! Z wyrajów wraca, ledwie żywe! Niech leci, gniazdo ściele, niech je inni ludzie biją, nie my! Nam by grzech był. Mamy co jeść.


— To świt, panie. Dzień się czyni. Spijcie, zaledwie wschód — odpowiedziała cicho.
Ale on w tę jasność oczy utkwił i patrzał, i słuchał, zdziwiony, że mu tak lekko, że siebie nie czuje, że w sobie ma taką ciszę i że go nic nie boli.
Nie ruszał się, jakby się lękał, że coś spłoszy.
Za oknem świat się budził, w rosie się kąpał, ku słońcu się zrywał. Rozgadały się wróble, sikory, wielkie malwy pootwierały kielichy i na pogodny dzień był ten świt złoty, bo, niedbałe o rosę, do ziół rosnących pod chatą zleciały się pszczoły i słychać je było w ciszy.
— Takie są, co próchno i robactwo zniszczą, owad mały, szary, jak Bóg je pośle — rzekł półgłosem.



Gdy czytam powieści Rodziewiczówny, to mam wrażenie jakbym baśnie czy mity czytała.
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
Ostatnio zmieniony przez Gosia Sob 25 Kwi, 2009 21:28, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...



Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 12397
Skąd: równiny Mazowsza
Wysłany: Sob 25 Kwi, 2009 20:19   

Uwielbiam Macierz , to moja ulubiona powieść Rodziewiczówny :excited:
_________________
Niepełnosprawny umysłowo współpracownik gestapo czyli kanalia o zdradzieckiej mordzie :mrgreen:
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Sob 06 Cze, 2009 22:37   

No i kolejne opowiadanko (można powiedzieć z cyklu mitycznego czy bajkowego) :


(obrazek przypadkowo znaleziony w sieci)

WYGNAŃCY
I

Powstał na świecie mocarz potężny — by ludzi uszczęśliwić. Rozważał i badał, uczył i kierował — aż wreszcie nabył kraj piękny i żyzny i zagarnąwszy ze sobą ludy weń wierzące tam je osiedlił, zabraniając zabierać cośkolwiek ze starego świata.
I przyszło wielkie mnóstwo jemu poddanych i czcicieli — jako mówili z nocy w dzienną jasność i zapanowało w nowym kraju, nowe życie.
A na majestacie, na wysokim krużganku świątyni swej, zasiadł mąż tryumfator i patrzył z dumą na swe państwo i na wyzwolony z ciemnoty swój lud.
A wokoło widział dostatek i sytość, postęp i wygody życia. Nowe jego państwo nowym rajem było.
I mówił w przeświadczeniu swej mocy:
— Błądzili wszyscy — jam nie błądził. Kłamali wszyscy — jam jest prawdą. Aż oto dnia jednego ujrzał wrzenie wśród swego ludu: ruch, krzyki, zbiegowisko gniewne, a wreszcie z tego mrowia wynurzyła się gromada, popychająca i wlekąca ludzi troje — ku niemu. A dłonie mieli pełne oręża, a usta pełne urągania.
Napełnili krużganek i wypchnąwszy złoczyńców przed majestat — jęli oskarżać.
— Oto władco pojmaliśmy ich — wiarołomnych zdrajców. Każdy z nich przyniósł ukradkiem coś z tego przeklętego świata, skąd nas wywiozłeś. Pozwól, byśmy ich ukamienowali.
Mocarz spojrzał ku winowajcom. Był starzec, starucha i pacholę.
Starzec wytartą książczynę trzymał na piersi. Kobieta kołowrotek z garścią szarego lnu osłaniała przed zawziętością tłumu, pacholę poturbowane, bo mu krwawił policzek, przyciskało do boku skrzypce, na których już mu struny pozrywano.
Coście za jedni? Pocoście do mego państwa się wkradli? — zwrócił się mocarz do starca. Ale nim ten usta otworzył, uprzedziła go kobieta najśmielsza, wygadana. Nie wiadomo, w co ufała, bo nie była zalękła, ni wrzaskiem tłumu, ni groźbą kamieni. Patrzyła zuchwale na prześladowców, na władcę nawet dość lekceważąco.
— Ja jestem sobie baba najstarsza na świecie. Nie zrachujecie mego wieku, na to wam przysięgnę. Ale przeżyję was i dzieci wasze. A jak się zowie: no — no przypomnijcie mnie starzy — nie udawajcie, że nie znacie baby — gdyście byli — ot tacy — ledwie od ziemi odrośli.
Mnie wołają Bajka, Gadka, Klechda, różnie, jak się chce ludziskom. Wołają mnie zaś do dzieci, do chorych, do znudzonych, do smutnych. Każdego zajmę i zabawię — i tak służę. Nie ma lnianej nici nad moją dłuższej i gładszej i cieńszej. Spytajcie prządek w listopadowe wieczory. A ten chłopak — mój wnuczek jest. Popsuli mu skrzypce: dobrze mu tak! On mnie tu do was namówił — do takich zbójników, ludojadów i tchórzów, którzy się starej baby boją!
Tu wzięła się pod boki i śmiała się:
— Boicie się, boicie! ja wiem czego — mądrale! Ja się waszych kamieni nie lękam i w oczy wam gadam! Żeście mnie starą zelżyli, spostponowali — zbałamucę wam dzieci! Nauczę, że z trzech braci — jeden głupi najmędrszy! Ot co! I zuchwale urągała tłuszczy.
— Zabić ją! Zabić! — zawrzało. Ale mocarz wzgardliwie ręką skinął.
— Zabić! Kogo? Tę niespełna rozumu babę. Zali nie szkoda waszego na nią gniewu! To przedpotopowe narzędzie połamać i spalić, a ją samą precz wygnać het! Na tę górę skalistą i jałową. Kozom skalnym i dzikim osłom niech bajki plecie i wrony niech bawi.
Rzucili się ludzie ku babie. A ona się śmiała bezczelnie. Połamali kołowrotek i w mig spalili, ale gdy ją wypchnąć chcieli — uparła się i nie dała ruszyć z miejsca, wołając:
— Chłopca mi oddajcie. Bez niego nie pójdę. Moja krew jest! — nie dam go wam na poniewierkę. Chłopca puszczajcie!
Więc mocarz do chłopca się zwrócił, a ten mu w oczy groźnie patrzył — nie trwożny.
— A tyś kto? Po coś te skrzypce przyniósł? Szukasz posady w orkiestrze? Konserwatorium skończyłeś, dyplom masz?
— Ja, panie, grajek jestem i śpiewak.
— Cóż umiesz grać?
— Umiem wszystko, panie! I o kochaniu, i o bohaterach, i wesele i żałobę. I wiosnę gram i lato — i świętojańską noc — i żniwa.
— A umiesz śpiewać opery. Tenor jesteś, czy baryton?
— Umiem też kolędy, panie. A ludzie w starym kraju byli mi radzi — i zwali Grajek Skowronek.
— Oszuście! Grasz i śpiewasz brednie i fałsze. Jak śmiałeś granicę moją przestąpić!
— Albo ja wiem, panie, co wasza granica. Szli ludzie mówiąc, że idą do swobody — ja z nimi. Że idą do światła — ja z nimi! Myślałem, że będą tacy smutni — co mnie zawołają — i weseli, którzy mnie ugoszczą; i bohaterowie, na cześć których pieśń trzeba ułożyć, i kochania, którym trzeba zawtórować, i tęsknota, której trzeba ulżyć. I tak przyszedłem z babką.
Mocarz się obruszył, a tłum wył, szydził, przedrzeźniał chłopca.
Zanim rozkaz padł — już się sypnęły kamienie i urągowiska.
— Naści za kolędy! Naści za miłosne trele! Naści za głupią tęsknotę! Naści za bohatery!
Chłopak się rękami osłaniał, ale nie cofał. Owszem — żywa krew w nim zawrzała i zawołał:
— Tedy bijcie i zbijcie! Przeklinam was, byście po mnie zapłakali — gdy przestanę śpiewać.
I byliby go zakatowali, ale tłum się rozdwoił i zaczęły niewiasty hamować mężów, wydzierać im kamienie, wołać na władcę:
— Puśćcie go z życiem, panie. Czyż takie marne pacholę niebezpieczeństwem może nam być. Niech idzie precz od nas jako głupi — ale krwi jego młodej żal.
— Idź precz — z oczu naszych! — zawołał władca. — I szczeźnij w tych skałach — wraz z głupotą twoją.
Pacholę zabrało drzazgi swych skrzypek i skinęło na babę, by szła. Ale ona jeszcze stała, ciekawa wyroku na starca, ku któremu zwrócił się mocarz.
— Tyś kto jest? Na książce tej jest moja pieczęć?
— Jam jest sługa Boga.
— Nie ma Boga i niepotrzebny.
— Ta książka, to Jego słowa.
— Spalić ją, bałamuciła nas wieki.
Wydarto starcowi książkę i rzucono ją w ogień.
— Zatem przekradłeś się tu ludzi oszukiwać, z ich ciemnoty żyć. Tu już ciemnych nie ma!
— Powiedziano mi, że panujesz prawdą — szedłem śmiało na to hasło. Poddani twoi smutni są i grzeszni i słabi. Będą mnie potrzebowali, by im odpowiedź dać — na to — na co ty odpowiedzieć nie potrafisz. Mój Pan ma słowo wszechmocne.
— Bardzo pewny jesteś.
— Bom był twoim poddanym niegdyś — i wiem — jak gorzko bywa niekiedy.
Tu ręką na tłumy wskazał i dodał:
— Gdy zawładniesz tak, że poza twym słowem nie będą już słyszeli nigdy w sobie głosu mojego Pana, natenczas będziesz panował — ale nie nad ludźmi — nad stadem i szatanami tylko.
— Klecha jesteś! Urągasz mi! Żebym cię kazał spalić z twą książką — słabi o słabość i lęk mogą mnie posądzić. Ale ja drwię z ciebie i tyle dbam o twoje nauki, co o stary łachman bałwana. Idźże w te skały — módl się i pość! Jeśli ci dokuczy głód i próżne oczekiwanie na czcicieli — wróć i hołd mi złóż! Precz!
— Precz! Precz — zawył tłum, chichocząc urągliwie i pognali owych troje za grody i domy, za pola i łąki, aż w góry, kędy był tylko głaz i las, potok i śnieg i kędy żyt tylko dziki zwierz i ptak.
I po tym sądzie zapanował spokój, i o trojgu głupich pamięć zaginęła.
Szli ludzie do majestatu po radę, po pomoc, po naukę, po odpowiedź — i wracał każdy zadowolony. A było dobrze w tym kroju. A było tam prawo ogólne, że miast podatków, składali obywatele władcy co rok — daninę rozumu. Ten wynalazek, ten księgę, ów maszynę, ów lekarstwo, ów postęp w nauce — a sami najmniejsi — składali egzamin czytania, pisania i rachunku. Byli tacy poborcy, co ową daninę zbierali, spisywali — i składali monarsze.
Otóż zdarzyło się, że ci poborcy chodząc od domu do domu — po wszystkich drogach i ścieżynkach — znaleźli owych ludzi.
Żyli sobie we troje i nawet zagospodarzyli. Baba miała krosna, które jej chłopiec kozikiem wystrugał — i hodowała na zagonkach, ze skały wydartych, len — modro kwitnący. Grajek z drewna skrzypki sobie nowe sprawił i ku niebu patrząc — radośnie na nich grał. A starzec jaskińkę sobie wynalazł u źródełka i siadywał na głazie, pacierze na paciorkach niżąc i ptaszkami się ciesząc, co w szczelinach gniazda wiły.
Poborcy napadli na babę z pogardą.
— Wiesz ty — ile siedem razy dziewięć? A ona na to:
— A wiesz ty, kto sierocie makowe ziarka liczył?
— Milcz! Pójdziesz do ciemnicy.
— O wa! Z ciemnicy wyprowadzają pająki. Odwrócili się od niej z pogardą i napadli na chłopca.
— A ty, muzykusie? Wiesz, co jest kontrapunkt?
— Nie znam tej pieśni.
— Pójdziesz i ty do ciemnicy. A ty, stary umiesz pisać?
— Umiem.
— Naści kartkę — napisz, co uważasz za rozumne.
Wziął starzec pióro i napisał bez namysłu: Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem ich jest Królestwo Niebieskie.
Tedy cisnęli mu kartę w oczy — jako obrazę ich władcy — i pognali ich do ciemnicy. Ale z zapamiętania, nie dostrzegli, że baba zabrała przędnicę i sporą garść lnu, chłopak skrzypce wsunął w zanadrze, a starzec na piersi ukrył pęk lilji, które u źródełka rosły.
Ciemnica była w ogrodzie, nieopodal pałacu, przy rynku, żeby każdy z głupców mógł szydzić — lub ich nauczać. Na sam spód wieży wsadzono owych najgłupszych, że okienko ich lochu ledwie nad ziemią było widoczne — i jako bywa z nędzarzami, wnet o nich zapomniano. Pod tym okienkiem snuło się wielu ludzi. Ci, co szli na posłuchanie do władcy i wracali — ci, co szli do pracy i dzieci do szkoły. Zdarzyło się tedy, że dzieci posłyszały głos baby i jak myszki ciekawe, nuż zaglądać przez kratę. A baba puściła wrzeciono z nicią i nuż prawić cuda, cudeńka. Więc dzieci przykucnęły i słuchają. Ledwie ich stamtąd pedagog przepędził — wstydząc. Ale już wiedziały kto tam siedzi za kratą i chciały słuchać a słuchać.
I znowu się zdarzyło, że szedł tamtędy chłopak smutny, bo jego dziewczynę władca innemu przeznaczył. I nie było dla nich innej drogi w tym kraju. Chłopak prawa słuchał, ale pod żebrami go bolało i paliło, jak w ciężkiej niemocy.
Szedł i dumał i oto stanął. Z ciemnicy jego ból śpiewał, jego myśli słowa brały, błagające i gorące. Słuchał i słuchał — i odszedł pełen mocy.
I znowu też zdarzyło się, że szło podle okienka dwóch starców, ku ziemi już patrzących. Zastanowiło ich.
— Jak tu coś pachnie! — rzekł jeden. A drugi szepnął nieśmiało.
— Lilje białe — z tamtych stron.
Pomyśleli jedno, ale się jeden drugiego wstydził i minęli okienko — umilkłszy. Ale gdy noc zapadła, po kryjomu, jako złodziej, przyszedł jeden do okienka i rzekł, twarz kryjąc:
— Starcze — daj mi swój kwiat. Straszno przede mną. Starzec podał mu lilję i odparł:
— Niech ci straszno nie będzie. Do jasności wrócisz. Idź w pokoju. Aż przecie przypomnieli sobie poborcy wygnańców. Przyszli egzaminować, ale znaleźli jeszcze głupsze. Baba spytana ile siedem razy osiem, spytała nawzajem, czy byli na szklanej górze? Chłopak, na pytanie, co jest wiolin, a co bas, wytrzeszczył przerażone oczy. A starzec wcale nie chciał odpowiedzieć, ile rodzeństwa miał Jezus z Nazaretu. Więc wydano ich na pośmiewisko ludzkie i wygnano z grodu znowu w góry.
Ale gdy tak szli sponiewierani — tłuszcza ich nie gnała zaciekle. Ten i ów spojrzał pogardliwie, ten i ów młokos zarechotał śmiechem i zagwizdał, ale po kamień nikt nie sięgnął. Wielu nawet oczu nie podniosło, a byli tacy, co spoglądali ciekawie, dokąd ich prowadzą. Spotkana gromadka dzieci pobiegła kawałek drogi za nimi — i kilkoro dało babie swe bułki śniadaniowe. Jakiś starzec pić im dał na progu swego domu, a gdy już ku szczytom się pięli, spostrzegli dwoje młodych, co szli ku gajom kwitnącym, ramionami spleceni, głowami o siebie wsparci — ze słońcem w oczach.
Młodzieniec objął grajka za szyję i ucałował, a dziewczyna rzuciła mu pod stopy kiść bzu kwitnącą i zawołała:
— Błogosławiony bądź radością naszą, Grajku Skowronku!
I tak pożegnani wrócili na swe góry.

II

A do monarchy gdy szli poddani po radę, on na wszystko miał odpowiedź.
Ale raz przyszła kobieta, bólem złamana, i przypadła do majestatu z jękiem.
— Panie, radę mi daj, uspokojenia mi daj! Syna jedynego miałam, umiłowanego nad życie — i oto umarł. Jak mi teraz żyć! Jak mi teraz żyć! Nie ma go — i nigdy już oczy moje go nie obaczą. Ratuj mnie przed szaleństwem, przed beznadziejnością takiego rozstania, panie!
Ale na to mocarz nie znalazł odpowiedzi. Niewiasta krwawiła głowę o stopnie tronu jego, a potem leżała u bramy tej świątyni, umierająca z rozpaczy, nie wiedząca, kędy iść, nie mająca sił do jęku nawet.
Aż ją podniosła przechodząca kobieta i zaczęła szeptać.
— Pójdź ze mną. Zaprowadzę cię do świątyni miłosierdzia. Jest taki, co ci syna wróci. Tylko cicho o zmroku, by nas straże nie widziały — bo nie puszczą.
I tej kobiety już nie ujrzał więcej pan kraju tego, ani jej jęku usłyszał. A znowu kiedyś przyszedł doń człowiek, jakby gorączką strawiony, o wzroku pełnym zgrozy, i rzekł przerażającym szeptem:
— Panie, w młodości mojej zgorszyłem brata. Do występku go przywiodłem, potem do rozpaczy — i oto życia się pozbawił. Teraz jad mam w sobie, ognie męczą każdej chwili. Widzę go i słyszę bezustannie. Ratuj mnie.
— Chory jesteś. Kto umarł, ten zgnił — i skończył istnienie. Lecz się! Nerwy!
— Nie jesten chory. Wierzę w twe słowo. Ale zdejm ze mnie ten lęk, tę grozę — ten głos, co słyszę ciągle.
— Obłąkany jesteś. Do doktora idź.
— Byłem. Ty mi daj radę — władco dusz naszych.
Ale władca odwrócił się od niego z pogardą. A człowiek odszedł i błądził po ulicach grodu, nie mogąc w domu wytrzymać, aż wstąpił do znajomego i zastał go — jako z wiadrem wody szedł do ogrodu. I rzekł mu:
— Bracie — tyś zabił człowieka niegdyś, a pogodne masz oblicze. Zali cię ten zabity nie dręczy?
— Już nie.
— Gdzieżeś poratowanie znalazł?
— Gdzie? Pamiętasz ów wieczór — i owo okienko do najgłębszej ciemnicy? — szepnął tamten. Zamilkli, a ten przymknął nieco furtkę ogrodu — pokazał mu zagonik, na którym lilje białe rosły — potem ręką ku górom wskazał — i odetchnął jako człowiek, który odpoczywa — po wielkiej męce.
I owego udręczonego już więcej nie ujrzał władca przed swym majestatem.

III

I rzekł raz monarcha tego nowego raju do swego kanclerza.
— Zaiste — króluję nad mym ludem, bom wszystkich uszczęśliwił. Coraz mniej dają mi pytań — coraz mniej potrzebują rady, przestają się skarżyć. Zwyciężyłem ciemnotę, zabobon, ślepą wiarę — wszystkie fałsze!
— Nie wiem kto zwyciężył? Ty — czy tamci?
— Jacy tamci?
— Tych troje, coś ich wygnał w góry.
— Jak to? Trwają jeszcze?
— Spojrzyj — na tę do nich ścieżkę. Czy mrą głodem tacy, co mają tylu wyznawców. Mocarz oczy dłonią osłonił od słońca — i ujrzał na ścieżce wielu ludzi, idących mozolnie ku szczytom. I umilkł, jakby tknięty razem bolesnym, a wreszcie rzekł:
— Zaiste, głupoty ludzkiej nie wytępi żadna moc. Przecie ratować trzeba tych obłąkanych!
Kanclerz milczał.
— Przykaż, by zwołano lud mój — na naukę.
Wysłał kanclerz straże, by zwołali w wiedzy osłabłych, przed majestat pana. Ale ludzie słuchali wezwania bez zapału.
— Co nam nowego rzecze? Wiedzę nam dał i mamy. Zajęci jesteśmy jego robotą — prawa jego spełniamy. Tajemnic nam nie odkryje, bo wszyscy wiemy to, co i on. Głupich niech uczy — a nie nas!
A że za głupiego nikt się nie miał — nie poszedł nikt. Zeszli się zaś urzędnicy i jęli narzekać na zuchwalstwo i niekarność — na upór — na pychę każdego, na zarozumiałość młodzieży. A przytem bunty były. Domagali się jedni domów modlitwy, a drudzy zrzucenia z tronu władcy, któremu urągało tych troje w górach, gromadząc coraz większe rzesze wyznawców.
— Dać ich tu — przed mój tron — na śmierć. Zbłądziłem — gdym nie zgładził siłą głupoty. Teraz położę jej kres. Dawać ich tu!
Rozpierzchli się urzędnicy, słudzy i straże. Władca pozostał sam i poczuł gorycz w sercu i nienawiść do swego ludu, a w głębi duszy jakiś niepojęty lęk. I wyszła z tej głębi wątpliwość i pierwszy raz — on zadał pytanie.
— Zali ja jeden potrafię ludzi uszczęśliwić? Zali nade mną nie ma nic i nikogo? Echem poszedł głos i powróciło doń to samo pytanie.
Dzień miał się ku schyłkowi — ale nie wracali wysłańcy, co poszli w góry po owych troje — ofiar jego gniewu. Wokoło jego majestatu kładły się cienie nocy i chłód go ogarniał.
Tedy wielkim głosem zawołał swego kanclerza, najwierniejszego z wyznawców. Po pustce znów echem poszło wołanie i wróciło doń bez odpowiedzi.
W domu kanclerza leżała niemocą złożona małżonka jego ukochana, a on poszedł w góry do starca–wygnańca po lilje białe, co u źródełka rosły.
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...



Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 12397
Skąd: równiny Mazowsza
Wysłany: Nie 07 Cze, 2009 21:03   

Piękne :oklaski:
Nabyłam sobie "Szary proch" , już Wawer do swoich wrócił i wielkiego pana struga :roll:
_________________
Niepełnosprawny umysłowo współpracownik gestapo czyli kanalia o zdradzieckiej mordzie :mrgreen:
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11062
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Nie 07 Cze, 2009 21:36   

Ale następuje powolna ewolucja Wawra i to jest nieźle umotywowane.
"Szary proch" to jedna z najlepszych jej powieści, moim zdaniem.
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...



Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 12397
Skąd: równiny Mazowsza
Wysłany: Wto 09 Cze, 2009 20:35   

Skończyłam i sie mi bardzo podobało . Wątpię tylko ,żeby Krystof tak dobrze się pokierował jak Wawer , raczej jakimś bandytą chyba zostanie :?
_________________
Niepełnosprawny umysłowo współpracownik gestapo czyli kanalia o zdradzieckiej mordzie :mrgreen:
 
 
Joy 



Dołączyła: 30 Mar 2010
Posty: 157
Skąd: Mazowsze
Wysłany: Nie 04 Lip, 2010 12:32   

Przeczytałam ,,Między ustami a brzegiem pucharu" i mówiąc szczerze, to strasznie naiwna powieść, chociaż miejscami naprawdę zabawna. Uwielbiam moment, w którym Jadwiga rozrywa bransoletkę, hrabia ją zbiera i prosi o znaleźne, a Tekla Ostrowska, w ogóle nieświadoma tego, co się wokół niej dzieje, czyta o chorobach mózgu i zastanawia się, czy biedny Adam nie jest wariatem.

Myślę, że gdyby Rodziewiczówna darowała sobie wątek patriotyczny i nie podkreślała, jak to Croy-Dulmen zmienił się z zatwardziałego Prusaka w kochającego ojczyznę Polaka (ni z tego, ni z owego), to ,,Między ustami..." byłoby nieco bardziej wiarygodne (w końcu czytało się TYLE książek, w których miłość odmienia bohatera :wink: , że się zaczyna w to wierzyć ).
_________________
Można być zabawnym, ale nie należy być śmiesznym.
 
 
Justine 



Dołączyła: 28 Wrz 2006
Posty: 62
Wysłany: Sro 23 Mar, 2011 13:56   

jestem właśnie na etapie fascynacji twórczością Rodziewiczówny, pochłaniam jej książki jedna za drugą, przeczytałam już: Wrzos, Między ustami, a brzegiem pucharu, Czahary, Kwiat lotosu, Magnat, Błękitni, Kądziel, Macierz, Anima Vallis i Nieoswojone ptaki.
W kolejce czekają Byli i Będą, Barcikowscy.
Najbardziej podobają mi się książki, których akcja rozgrywa się w starej Warszawie, co mogłybyście mi polecić? :)
 
 
Tamara 
nikt nie jest doskonały...



Dołączyła: 02 Lut 2008
Posty: 12397
Skąd: równiny Mazowsza
Wysłany: Sro 23 Mar, 2011 22:23   

Joy napisał/a:
Przeczytałam ,,Między ustami a brzegiem pucharu" i mówiąc szczerze, to strasznie naiwna powieść, chociaż miejscami naprawdę zabawna. Uwielbiam moment, w którym Jadwiga rozrywa bransoletkę, hrabia ją zbiera i prosi o znaleźne, a Tekla Ostrowska, w ogóle nieświadoma tego, co się wokół niej dzieje, czyta o chorobach mózgu i zastanawia się, czy biedny Adam nie jest wariatem.

Myślę, że gdyby Rodziewiczówna darowała sobie wątek patriotyczny i nie podkreślała, jak to Croy-Dulmen zmienił się z zatwardziałego Prusaka w kochającego ojczyznę Polaka (ni z tego, ni z owego), to ,,Między ustami..." byłoby nieco bardziej wiarygodne (w końcu czytało się TYLE książek, w których miłość odmienia bohatera :wink: , że się zaczyna w to wierzyć ).

Ale takie historie naprawdę się zdarzały . Wystarczy popatrzeć , ile było spolonizowanych do cna rodzin o obcych nazwiskach .
_________________
Niepełnosprawny umysłowo współpracownik gestapo czyli kanalia o zdradzieckiej mordzie :mrgreen:
 
 
Trzykrotka 



Dołączyła: 21 Maj 2006
Posty: 13265
Skąd: Kraków
Wysłany: Czw 24 Mar, 2011 12:50   

Pewnie, że tak! Historia w swojej istocie jest jak najbardziej prawdopodobna. Ale co sposób, w jaki autorka ją przedstawiła jest mocno nieprawdopodobny. Pruski hrabia był imprezowiczem, złotym młodzieńcem, kobieciarzem, dziś pewnie nazwaliby go playboyem. Pod koniec powieści widzimy niemal ascetycznego mnicha z długa brodą na dodatek... To jest akurat mocno naciągane, poz tym - mało wychowawcze. Mnie się od razu pomyślało, że tak kończą patrioci :mrgreen:
Poza tym ta Jadwiga.... nie mogla być trochę żwawsza? Toć to istna odpychająca mumia nieziemskiej urody!
_________________

 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Na stronach naszego forum stosuje się pliki cookies, które są zapisywane na dysku urządzenia końcowego użytkownika w celu ułatwienia nawigacji oraz dostosowaniu forum do preferencji użytkownika.
Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym jest możliwe po właściwym skonfigurowaniu ustawień używanej przeglądarki internetowej.
Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może znacznie utrudnić używanie forum lub powodować błędne działanie niektórych stron.
Brak blokady na zapisywanie plików cookies jest jednoznaczny z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie i używanie przez stronę naszego forum.