PLIKI COOKIES  | Szukaj  | Użytkownicy  | Grupy  | Profil  | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  | Zaloguj
Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: Aragonte
Wto 15 Kwi, 2008 20:12
The Girl
Autor Wiadomość
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Nie 02 Mar, 2008 13:47   

Gosia napisał/a:
Czy wspominałam, że nie moge sie juz tego doczekać? :wink:

Swoja drogą, nie wiem, czemu ten ojciec upierał się przy szybkim wyswataniu Hannah... i to jeszcze z kimkolwiek, nawet dużo starszym. Koniecznie nie chcial dopuscic, zeby bylo cos pomiędzy nią a Johnem. Czy chodzilo tylko o pokrewienstwo?


Wspominałaś :wink:
Hmm, wydaje mi się, że Matthew nie widział dla Hannah innej alternatywy. Wiedział, że życie z jego żoną będzie dla niej nie do zniesienia, a małżeństwo było właściwie jedyną ucieczką. A co do związku Hannah i Johna. Myślę, że po części chodziło tu o ich bliskie pokrewieństwo, w końcu byli przyrodnim rodzeństwem. Małżeństwa miedzy kuzynami były dosyć powszednie, ale między rodzeństwem? (nie mówię tu oczywiście o rodzinach królewskich, bo tam to było nagminne, ale w zwykłych mieszczańskich rodzinach?) Możliwe też że miał na uwadze pozycję Hannah, była jego dzieckiem, ale z nieprawego łoża, dzieckiem biednej kobiety. Chyba nie o takiej partii myślał dla swego syna.
 
 
Sofijufka 
ja chcę miec spokój...



Dołączyła: 18 Lis 2007
Posty: 3440
Skąd: Pustelnia żelazna
Wysłany: Nie 02 Mar, 2008 14:14   

Monika napisał/a:
Gosia napisał/a:
Czy wspominałam, że nie moge sie juz tego doczekać? :wink:

Swoja drogą, nie wiem, czemu ten ojciec upierał się przy szybkim wyswataniu Hannah... i to jeszcze z kimkolwiek, nawet dużo starszym. Koniecznie nie chcial dopuscic, zeby bylo cos pomiędzy nią a Johnem. Czy chodzilo tylko o pokrewienstwo?


Wspominałaś :wink:
Hmm, wydaje mi się, że Matthew nie widział dla Hannah innej alternatywy. Wiedział, że życie z jego żoną będzie dla niej nie do zniesienia, a małżeństwo było właściwie jedyną ucieczką. A co do związku Hannah i Johna. Myślę, że po części chodziło tu o ich bliskie pokrewieństwo, w końcu byli przyrodnim rodzeństwem. Małżeństwa miedzy kuzynami były dosyć powszednie, ale między rodzeństwem? (nie mówię tu oczywiście o rodzinach królewskich, bo tam to było nagminne, ale w zwykłych mieszczańskich rodzinach?) Możliwe też że miał na uwadze pozycję Hannah, była jego dzieckiem, ale z nieprawego łoża, dzieckiem biednej kobiety. Chyba nie o takiej partii myślał dla swego syna.

No i pokrewieństwo! Nie pamiętam, kiedy zniesiono zakaz poslubiania siostry zmarłej żony, a tam chodziło tylko o powinowactwo...
To tylko zdesperowany papiez był skłonny pozwolić, by Mary Tudor poslubiła przyrodniego brata [nieslubnego] - księcia Richmond...
_________________
Pamięci wieku XIX, kiedy to literatura była wielka, wiara w postęp -
bezgraniczna, a zbrodnie popełniano i wykrywano ze smakiem tudzież
elegancją.
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Pon 03 Mar, 2008 13:03   

Sofijufka napisał/a:

No i pokrewieństwo! Nie pamiętam, kiedy zniesiono zakaz poslubiania siostry zmarłej żony, a tam chodziło tylko o powinowactwo...
To tylko zdesperowany papiez był skłonny pozwolić, by Mary Tudor poslubiła przyrodniego brata [nieslubnego] - księcia Richmond...


Mary Tudor to odległe czasy :wink: A jak było w przypadku królowej Wiktorii i Alberta? Chyba byli kuzynami? Ale oczywiście kuzyn to nie przyrodnie rodzeństwo. Wcześniej miałam chyba bardziej na myśli cesarzową Elżbietę i w ogóle dwór habsburski. Na dworze angielskim najwidoczniej pod tym względem bardziej dbano o czystość genów?
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Pon 03 Mar, 2008 13:04   

Gosiu, specjalnie dla Ciebie sporo Ned'a tym razem :wink:

Rozdział II

‘Do widzenia panno Barrington’.
‘Do widzenia panno Rowntree’.
‘Do widzenia, moja droga’.
‘Do widzenia, Hannah’.
‘Żegnaj, dziecko’.
Panna Emily Barrington podeszła do powozu i owijając pled wokół kolan Hannah rzekła, ‘Ubieraj się ciepło i przekaż Margaret nasze pozdrowienia oraz całej rodzinie’.
‘Oczywiście, panno Emily, tak uczynię. Wesołych Świąt’.
Pokrzykiwanie woźnicy zmusiło pannę Emily Barrington do cofnięcia się i pozwoliło pomocnikowi z zajazdu podnieść stopień i zamknąć drzwi. Wtedy powóz ruszył, Hannah siedziała uśmiechając się. Uśmiechała się do pozostałej piątki pasażerów, a oni odpowiadali jej tym samym; później zamknęła oczy.
Czyż nie było to miłe ze strony panien Barrington i Rowntree, że przyszły ją pożegnać. Gdyby nie pewna rzecz, chciałaby spędzić z nimi Boże Narodzenie. Och tak, byłoby wspaniale, tak samo cudownie jak każdy dzień spędzony w ich szkole. Wiedziała, że dziwiła ich jej miłość dla szkoły, pragnienie uczenia się, mimo że było kilka przedmiotów, w których sobie nie radziła, takich jak wyższa arytmetyka, czy podstawy biologii; nie celowała też w języku francuskim; lecz rekompensowała tamte braki w haftowaniu i grze na pianinie, a w zeszłym roku poczyniła duże postępy pod opieką panny Emily w prowadzeniu gospodarstwa domowego.
A jednak żadna z jej ukochanych nauczycielek nie odgadła, że jej wielka miłość dla szkoły wzięła się z uczucia ulgi, że nie będzie już musiała stale żyć w domu ojca. Nie to, żeby nie lubiła swego ojca. Och nie, daleko jej było do tego. Uważała, że jest wspaniałym człowiekiem. W myślach nazywała go „Ojcem” nawet, kiedy mówiła do niego „Panie”. To pani domu, jego żona była tą, z którą nie mogłaby żyć, z kobietą, która nie odezwała się do niej słowem przez te lata i poświęcała jej tyle uwagi, co duchowi.
W ciągu ostatnich dwóch lat minął strach przed nią, a teraz często modliła się by miejsce lęku nie zastąpiła nienawiść, bo całkiem niedawno, w wakacje zdarzyło się coś, przez co doświadczyła strasznej chęci rzucenia się na tą kobietę, złapania jej za ramiona i wygarnięcia jej w twarz, ‘Nie prosiłam by zamieszkać w twoim domu. Przyprowadzono mnie tutaj. Mimo wszystko on jest moim ojcem, a ja jestem jego córką i mam prawo do tego by traktować mnie jak człowieka’. A jednak wiedziała, że gdyby nawet zdobyła się na odwagę i zrobiła to, czego pragnęła i rzuciła ją na kolana, to tamta wstałaby, uporządkowałaby suknię, spojrzałaby przez Hannah i odeszłaby bez słowa.
Jak ktoś może być tak okrutny? Mogłaby wybaczyć jej bicie, ale nie wieloletnie milczenie. Co by się stało gdyby na wiosnę opuściła szkołę na dobre? Myśl, że miałaby spędzić życie w cieniu tamtej kobiety była jak powracający senny koszmar. Jedyną ucieczką byłoby małżeństwo. Ale ona nigdy nie wyjdzie za mąż. Nie; nigdy, nigdy. Tą drogę miała zamkniętą na klucz.
Och, John! John!
Kiedy pierwszy raz uzmysłowiła sobie, że kocha go, a on ją? Wiosną, kiedy spacerowali wzgórzami? Rok temu, kiedy zsunęła się z nasypu prosto w krzaki, a on wyciągnął ją i leżała obok niego roześmiana, do momentu, kiedy jego ramiona objęły ją mocno i spojrzała mu w oczy, a on zagłębił się w jej? Nie, nie, na długo przedtem. Przez wszystkie te lata wiedziała, że jest w nim zakochana. Nawet jeszcze jako dziecko, gdy wracała do domu po tygodniu szkoły jej pierwszą myślą było czy zobaczę Johna.
Nie chodzi o to, że nie lubiła Roberta. Och, bardzo go lubiła… i Robert był dla niej zawsze taki dobry. Wstawiał się za nią nawet częściej niż John. John nigdy otwarcie nie pomagał jej, nigdy otwarcie nie sprzeciwił się matce; może dlatego, że miał delikatną naturę która nie znosiła sprawiania bólu innym, nawet własnej matce, wiedziała, że nie mógłby widoku matki jako słabej kobiety.
Co się z nimi stanie? Nie wiedziała, czuła tylko, że umrze, jeśli on jej nie pocałuje. Marzyła o byciu całowaną przez niego. Tamtego razu, w stogu siana, omal nie pocałował jej, ale kobieta pojawiła się na wzgórzu i wszystko zepsuła. Lecz jeśli ten śnieg będzie dalej zalegał a oni pójdą na sanki, wtedy mógłby to zrobić. Tak, wtedy mógłby.
Otworzyła oczy i spojrzała przez zamglone oddechami okienko. Powóz opuścił miasto, ale z jego powolnego poruszania się wywnioskowała, że droga dla koni jest bardzo ciężka.
Tak samo musieli pomyśleć pozostali pasażerowie, gdyż zaczęli dyskutować o prawdopodobieństwie dojechania do Haltwhistle. Najbardziej pesymistyczny z podróżnych chciał się nawet założyć, że nie dotrą dalej niż do Haydon Bridge.
Miał on najwięcej racji. Powóz miał ponad godzinę opóźnienia, kiedy w końcu dotarli do Haydon Bridge, a dyliżansu, który zazwyczaj tędy przejeżdżał i dowoził do Langley, przez skrzyżowanie dróg aż do Catton i Allendale nie było; zapewne zagrzebany przez zaspę w jakimś rowie, taki był werdykt. Inna opinia była taka, że najlepiej zrobią, jeśli skryją się w gospodzie, gdzie zaczekają na bieg wydarzeń.
Gospoda była zapełniona, Hannah usiadła na drewnianej ławeczce ustawionej przy oknie, z walizką u stóp. Kiedy jeden z pasażerów zaoferował gorący napój z whisky odmówiła grzecznie, mówiąc, ‘Nie, dziękuję; wypiłam gorący napój przed podróżą. Ale dziękuję’.
Był to dziwny nawyk w jej wykształceniu, panna Barrington rozmawiała z nią o tym, że nie pozbyła się potocznych zwrotów w sposobie wysławiania się. W tej chwili panna Barrington zapewne powiedziałaby, ‘Podziękowałaś raz, moja droga, nie było potrzeby dziękowania po raz kolejny’.
Pół godziny później wszedł woźnica mówiąc, że zaryzykuje mając nadzieję, że dojadą do Bardon Mill, lecz nie powinni mieć pretensji, jeśli wszyscy skończą w rzece.
Rozgrzani podróżni wyszli na zewnątrz życząc Hannie wesołych świąt i szybkiego powrotu do domu.
Kiedy minęło kolejne piętnaście minut, Hannah zaczynała marznąć pod swoim brązowym płaszczem, żałując że nie przyjęła proponowanego gorącego drinka. Może powinna podejść, zastanawiała się, do baru, ale o co poprosić? A może doradzi jej właściciel?
Postawiła walizkę na siedzeniu z tyłu i ruszyła przez tłum stojący między nią a kontuarem. Znalazłszy się tam czekała by zwrócić uwagę barmana, przysunęła się bliżej i zapytała niemal szeptem, ‘Czy mógłby pan polecić gorący napój, bardzo proszę?’
‘Gorący napój, panienko? No tak, tak. Co panienka lubi?’
‘Ja… ja pozostawiam to panu’.
‘Ach w takim razie’ – uśmiechnął się szeroko – ‘przygotuję coś, co rozgrzeje panienki serce’.
‘Dziękuję.. Och!’ To ostatnie było odruchem zdziwienia, gdy usłyszała głos, ‘A niech mnie! A co ty tu robisz?’
‘Och, witaj Ned. Och, cieszę się, że cię widzę’. Uśmiechała się od ucha do ucha. ‘Zamawiam drinka’.
‘Drinka? Co ty tu w ogóle robisz?’ Nie uśmiechał się.
‘Przecież ci mówiłam, Ned’. Śmiała się teraz do niego. ‘Zamawiam ciepły drink’.
Ned popatrzył na nią i barmana, barman kiwnął głową, później wskazał na szklankę, która była w połowie pełna gorącej wody, Ned rozkazał, ‘Oszczędnie’.
‘Dobrze. Jasne, Ned’.
‘Powiedz mi, co tu robisz?’
‘No więc, przybyłam tu ze szkoły powozem i czekam na dyliżans’.
‘Ach tak, więc długo poczekasz’.
‘Czemu?’ Spoważniała.
‘Ostatniej nocy wpadł do rowu i połamał oś; ale nie tylko to, okaleczył też konia’.
‘Och, Boże! Jak więc dostanę się do miasta?’
‘Nie dostaniesz, nie dyliżansem, nie w dzień’.
‘Och, ale ja muszę jechać do domu, Ned, muszę, będą się martwić’.
‘No cóż, skoro nie jeździ pocztowy to będą wiedzieć, dlaczego nie wracasz. Ale z drugiej strony, mogę cię zabrać, jeśli umiesz siedzieć w siodle’.
‘Och, tak, tak, umiem siedzieć w siodle. Przecież wiesz, że potrafię’.
‘Na połowie siodła’.
‘Połowie? Co masz na myśli, Ned?’
‘Mam ze sobą tylko Raker’a; będziesz siedziała przede mną’.
‘Och’. Przygryzła wargę, w końcu roześmiała się, ‘Jeśli koń to przetrzyma to ja też’.
‘Tu jesteś panienko, proszę bardzo’. Odwróciła się i podziękowała barmanowi, ale kiedy spróbowała gorącej whisky skrzywiła się, przełknęła i zakrztusiła się trochę. Barman roześmiał się, spojrzał na Neda mówiąc, ‘Nie był mocny, Ned. Nie był mocny, słowo’.
‘Biorę cię za słowo’. Ned patrzył przez chwilę na mężczyznę, dodając, ‘Dla mnie mocna, czysta i podwójna’.
‘Robi się, Ned’.
Kiedy barman popchnął w jego stronę podwójną whisky, Ned podniósł ją, ujął Hannah za ramię i podprowadził do krzesła; lecz nim usiadła powiedziała, ‘Siedziałam tam gdzie stoi moja walizka’.
Popchnął ją naprzód, przepychając się, kiedy usiedli odezwał się, ‘Idiotycznie postąpiłaś, zostawić bagaż by się sam o siebie troszczył’. Po chwili zapytał, ‘Smakuje ci?’
‘Jest bardzo rozgrzewające’.
‘Powinno; to właśnie pomaga żeglarzom na morzu’.
‘Naprawdę! Och!’ – podskoczyła – ‘Zapomniałam zapłacić właścicielowi’.
‘Siadaj, załatwimy to… jesteś głodna?’
‘Tak, kiedy o tym myślę, to tak, Ned, trochę jestem’.
‘Może chcesz placek? Gorący czy zimny?’
‘Och, gorący poproszę’.
Obserwowała jak podchodzi do lady, zauważając przy tym, że niektórzy mężczyźni ustępują mu miejsca, właściwie to wszyscy tutaj zdawali się go znać, jakie to szczęście, że spotkała go.
Kiedy się zastanowiła, zdała sobie sprawę, jakie to dziwne, że Ned zawsze zjawia się przy niej gdy najbardziej go potrzebuje. Ta myśl nie po raz pierwszy przyszła jej do głowy. Tamten mglisty poranek, gdy przyszła do niego pamiętała jakby to było dzisiaj, a może i jeszcze silniej, bo wtedy nie mogła zobaczyć jego twarzy tak wyraźnie jak dziś. Czyżby to wszystko zdarzyło się osiem i pół roku temu?... A później dzień jej chłosty. Były i inne zdarzenia. Wtedy, kiedy wpadła do bagna, mogła wtedy utonąć, ponieważ Margaret nie była na tyle silna by ją wyciągnąć. Ned wracał do domu, tym razem pieszo, chwiejnym krokiem. Był bardzo pijany, ale pijany czy nie, podszedł pod samo trzęsawisko i sam prawie nie wpadł, ale wyciągnął ją. Zabrał wtedy ją i Margaret z powrotem do Pele House, gdzie ściągnął z niej suknię i okrył ją kocem, a Margaret wysłał do domu by poprosiła Bellę w tajemnicy o suche ubranie.
Polubiła też jego dziadka. Było jej tak smutno, kiedy zmarł zeszłego roku. W wakacje poszła do Neda by mu to powiedzieć, a on potraktował ją szorstko, niemal krzycząc, że nie chce o nim mówić. Ale wiedziała, że po prostu tęskni bardzo za staruszkiem, bo od teraz będzie musiał żyć samotnie. Za swych towarzyszy miał jedynie dwa psy i konie. A konie przychodziły i odchodziły.
Lata temu pani zabroniła Johnowi, Margaret i Robertowi zbliżania się do Pele House czy odzywania się do Neda Ridley’a. Nie musiała tego mówić Betsy, bo tamta kręciła nosem na smród stajennej izby. Ale ten rozkaz nie dotyczył jej, tak więc te lata spędziła na rozmowach z Ned’em. Lubiła go, bardzo go lubiła, mimo że, według słów Betsy, był złym człowiekiem: nie tylko boksował się i bił w ustawianych walkach, miał okresy ciężkiego picia ale robił też inne niecenzuralne rzeczy o których nie powinno się mówić sygnalizowane jedynie głębokim skłonem głowy. Cóż, jest jaki jest, lubiła go; a teraz czuła więcej niż przyjemność siedząc przy nim.
Patrzyła jak idzie w jej stronę. Jego krótkie ciemne włosy z każdym krokiem wydawały się falować na głowie, a jego intensywnie brązowe oczy jaśniały rozbawieniem. Zmężniał przez ostatnie osiem lat i teraz w wieku dwudziestu sześciu nie miał prawie nic z poprzedniej smukłości. Choć nadal był wąski w pasie i nie miał wydatnego brzucha nie można go było traktować jak bosonego i bojowego chłopca, jakim był mając lat osiemnaście. Słyszała kiedyś Roberta mówiącego, że boksuje się lepiej od innych, był bardziej opanowany, tak jak teraz rozważnie szacował sytuację, nie rozpychając się na ślepo. Robert lubił chodzić na bokserskie rozgrywki, John nie.
Mówiło się zeszłego roku, że Ned zamierza ożenić się z dziewczyną z Sinderhope; nagle z jakiegoś powodu ślub odwołano. Najpewniej była to wina Ned’a ponieważ dwaj bracia dziewczyny pewnej nocy zasadzili się na niego i chociaż obronił się, zostawiając ich zakrwawionych nie wyszedł z tego całkiem bez szwanku, musiało minąć parę miesięcy nim wrócił do boksu.
Potrafiła sobie wyobrazić, że może być atrakcyjny dla dziewcząt, poza zręcznością jako pięściarz był w nim niewątpliwie jakiś urok. Nie umiała tego nazwać. Nie był przystojny, choć wyglądał dobrze, na swój nieokrzesany sposób. Było coś w jego oczach, tak się jej zdawało, to jak patrzył nimi na kogoś, czasami śmiejąc się, czasem pogardliwie, a czasami życzliwie… Była szczęśliwa, że spotkała go dziś.
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11059
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Pon 03 Mar, 2008 16:59   

Dzieki Moniko :D
W filmie wlasciwie nie ma pokazanych negatywnych cech Neda, poza tym, ze zdarza mu sie pić. Ale nie wiadomo nic o innych dziewczynach, o bójkach i boksie.
Wiadomo, ze handluje końmi, wiadomo, ze zyje skromnie, i ze moze nie ma zbyt dobrej reputacji, ale brak faktow na potwierdzenie tej tezy.
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Czw 06 Mar, 2008 21:09   

Kiedy zjedli ciepłe placki, a Ned wypił swoją drugą podwójną whisky i małe piwo, uśmiechnął się do niej, ‘No to co, jaśnie pani? Jeśli mamy zdążyć do zamku przed zmrokiem musimy dosiąść nasze wierzchowce’.
Zakrztusiła się ostatnim kęsem ciasta, a on podnosząc się powiedział, ‘Chodź już, chodź, no właśnie, odkrztuś’. Po tych słowach uderzył ją w plecy, co sprawiło, że śmiała się jeszcze bardziej.
Gdy wychodzili z gospody, właściciel zawołał za nimi, ‘Bywaj, Ned. Nie spiesz się’.
‘Jasne, Sandy. Jasne, że pozwolę jej jechać jej własnym tempem’.
Na zewnątrz, na podwórzu przymocował walizkę Hannah do siodła; następnie chwycił ją ramionami pod pachy, krzycząc, ‘Do góry!’ umieścił ją na koniu jednym wielkim zamachem. W następnej minucie siedział już za nią. Jego ramiona obejmowały ją, chwycił cugle i zwierze zawróciło, wychodząc z podwórza na ośnieżoną drogę.
‘Dobrze, że ma szeroką drogę powrotną. Wszystko w porządku?’
‘Tak, Ned’.
‘Podoba ci się?’
‘Tak, tak, bardzo’.
‘To dobrze. Jedź, Raker’. Machnął lejcami i koń przyspieszył kroku, choć nie do kłusa. Jechali tym tempem przez jakąś chwilę nic nie mówiąc, w końcu Ned szorstko zapytał, ‘Kończysz szkołę w przyszłym roku, prawda?’
‘Tak, Ned, na wiosnę’.
‘Co zamierzasz?’
‘Ja… nie wiem, Ned’.
Milczeli jakiś czas, nim Ned stwierdził, ‘Zapewne wyjdziesz za mąż’.
‘Och’. Roześmiała się lekko. ‘Nie sądzę’.
‘Nie sądzisz. O czym ty mówisz? Oczywiście, że wyjdziesz za mąż, dziewczyna taka jak ty’.
Kiedy nic nie odpowiedziała, grubiańsko zapytał, ‘Co z tobą, nigdy nie myślałaś o małżeństwie? To naturalne, zwłaszcza, kiedy się jest kimś takim jak ty… Przecież wiesz, że jesteś ładna, prawda?’
‘To miłe, że to mówisz, Ned’. Jej głos był niski, a ton przygaszony.
‘Hej, nie bądź skromna, to nie podobne do ciebie. Wiesz dobrze, że jesteś bardziej niż ładna, jesteś piękna. Jesteś najcudowniejszą istotą na tych wzgórzach, przecież wiesz. Dobrze wiesz’.
‘A właśnie, że nie wiem, Ned’. Najeżyła się z lekka w jego uścisku.
‘A powinnaś wiedzieć, do cholery. Nie macie luster w tamtym domu, czy w szkole? A poza tym, dobry wygląd, czy nie, i tak małżeństwo to najlepsze, co mogłabyś zrobić. Co się z tobą stanie, kiedy odejdzie reszta? Czekasz, aż zostaniesz z nią sama?’
‘Nie, Ned, oczywiście, że nie’.
‘Jasne, że nie. Powinny być przepisy na ludzi takich jak ona, powinno się ich zamykać, topić w młodości, jak kocięta w kubłach. Sam widok tej kobiety sprawia, że gorzknieję. Wiesz, co?’
‘Tak, Ned?’
‘Powiem ci coś, bo ona tego nie zrobi’. Roześmiał się. ‘Zawsze pluję, kiedy ją mijam. Robię to celowo, spluwam do rowu. Głośno chrząkam i pluję’.
‘Och Ned, nie powinieneś’.
‘Dlaczego nie? To zła kobieta, Hannah, zła. I niebezpieczna. Wiesz, że jedzie od niej dziwnym zapachem? Wiem co nieco o kobiecych zapachach. Chyba diabeł musi pachnieć tak jak ona’.
Powiedziała tylko, ‘Och, Ned’.
Mówił dalej, jak gdyby do siebie, ‘Doprowadzało mnie do szału, gdy widziałem, jak patrzyła na mnie z góry. Nie kryła się z tym, nawet gdy byłem chłopcem, rozpowiadała że jestem zły. Gdyby nie to, że była zawsze tak podła dla ludzi, uwierzyliby jej. Ale ty nie wierzysz, że jestem złym człowiekiem, prawda Hannah?’ Schylił się do jej twarzy, a kiedy zapach alkoholu w jego oddechu owionął ją nie czuła oburzenia, roześmiała się cicho i odpowiedziała, ‘Ty złym człowiekiem? Oczywiście, że nie, Ned. Dla mnie jesteś wspaniałym człowiekiem. Zawsze byłeś’.
‘Jasne, że jestem wspaniały’. Krzyczał teraz, jak gdyby do publiczności, a kiedy nagle zaczął śpiewać, oparła głowę na nim i potrząsając nią zaczęła się śmiać, podczas gdy on śpiewał:
Jestem jaki jestem,
Popatrz na mnie,
Bo jestem, wierz lub nie,
Taki jak ty.
Ani dobry, ani zły.
Także nie najlepszy,
Jesteśmy, ja i ty,
Tacy jak wszyscy’.

I krzycząc jeszcze głośniej, ‘I wszyscy chórem’.
Zaczął od nowa:

‘Boże dopomóż tobie,
Dopomóż mi,
Boże, pomóż nam wszystkim;
Byliśmy całkiem porządni
Nim upadliśmy’.

Kiedy skończył, kołysali się razem śmiejąc się, nim się omal nie zsunęli z siodła.
Miała mokrą twarz, krzyczała do niego, ‘Och! Ned, jesteś taki zabawny’.
‘Teraz jestem zabawny’.
‘Tak, jesteś; jesteś najśmieszniejszym człowiekiem, jakiego znam. I’ – obróciła twarz w jego stronę – ‘najmilszym’.
Ich oczy spotkały się i tak pozostały, jej otwarte, szczere, pełne dogłębnej wdzięczności, jego pełne mieszanki surowości i smutku, rozpaczliwego przygnębienia na samych ich dnie.
‘Siedź prosto’, powiedział, ‘albo spadniesz’.
‘Och, przepraszam, Ned’.
Podróż trwała dalej, a Hannah zaczęła zastanawiać się czy powiedziała coś, co uraziło go, bo cała jego wesołość ulotniła się i kiedy odezwała się do niego, on ledwie odburknął.
Gdy wreszcie zbliżyli się do bramy, a Ned postawił ją na ziemi i odpiął walizkę spojrzała mu prosto w twarz i powiedziała cicho, ‘Dziękuję ci, Ned. Wiem, że i teraz i zawsze powtarzam ci ‘Dziękuję, Ned’.
Nic nie odpowiedział, stał tylko wpatrując się w nią, zapytała go łagodnie, ‘Czy obraziłam cię czymś?’
‘Obraziłaś mnie?’ Podniósł głos. ‘Cóż mogłabyś powiedzieć by mnie obrazić? Może nie zauważyłaś, ale jestem trochę pijany’.
‘Och’. Uśmiechnęła się i odpowiedziała, ‘Nie, nie zauważyłam; może dlatego, że ja też jestem; to był mocny drink’.
‘Oj tak, był; byłby jeszcze silniejszy gdybym nie zjawił się na czas’.
‘Tak myślisz?’
‘Jestem pewien’. Wyszczerzył zęby w uśmiechu.
‘No widzisz, to tylko potwierdza to, co mówiłam, Ned, zawsze zjawiasz się w moim życiu w odpowiednim momencie’.
‘No tak’. Odwrócił się plecami do niej, ściągnął lejce w dłoniach mówiąc, ‘Mam nadzieję, że zauważyłaś, że przywiozłem cię do domu boczną drogą, powiedzmy, żeby stare żonki nie wzięły cię na języki widząc cię podróżującą ze mną, który ma problemy z utrzymaniem równowagi, nie? I nie mów też o tym pani, bo oczyści cię jakbyś przywiozła zarazę’. Przyglądał się jej przez chwilę, wreszcie dokończył, ‘Życzę ci szczęśliwych Świąt’.
‘I nawzajem, Ned. Ale pewnie spotkamy się jeszcze przed świętami. Będziemy zjeżdżać ze wzgórz, jeśli śnieg poleży’.
‘A, no pewnie, pewnie’. Wspiął się na konia, obrócił go i dotykając wskazującym palcem czoła zasalutował i odjechał.
Patrzyła jak zmusił konia do wspięcia się na ślizgi nasyp, który prowadził do drogi biegnącej wzdłuż cmentarnej ściany, miała dużą chęć krzyknąć za nim, ‘Przyjdę do ciebie w Święta’, bo w święta będzie sam, a nikt nie powinien być sam w ten dzień. Ale nie zawołała, odwróciła się do bramy i pomknęła prędko ośnieżonym podjazdem, z każdym skrzypiącym krokiem jej serce zaczęło bić mocniej, bo jeszcze chwila i spojrzy na Johna, on dotknie jej ręki i gorąco jego palców powie jej, co czuje jego serce.
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11059
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Nie 09 Mar, 2008 13:31   

W tym fragmencie Ned mi sie nieco mniej podoba, a i bohaterka jest taka troche bezwolna...
Za to w filmie:



Hmmm, zobaczymy co bedzie dalej :mysle:
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
Ostatnio zmieniony przez Gosia Sob 29 Mar, 2008 14:48, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Sob 29 Mar, 2008 11:47   

Rozdział III

‘Czy coś się stało, Margaret?’
Hannah i Margaret patrzyły na oblodzoną ścieżkę, którą szły w kierunku wiejskiego skweru, Margaret po chwili odpowiedziała tylko na część pytania, ‘To Mama; zabroniła mi choćby wspomnieć o panu Hathaway’u, ale zapowiedziałam jej że jeśli nie poślubię jego, to nie wyjdę za nikogo innego. Przebył tutaj całą tą drogę a Mama nie chciała go widzieć. Nie mógł też spotkać się z Papą w kopalni, ponieważ musiał wracać, miał tylko dzień wolnego, a transport jest taki niepewny’.
‘Czy to dlatego przeszłaś wczoraj całą ta drogę do Allendale? Było mi przykro, bo nie pozwoliła mi towarzyszyć ci. Och! Margaret’. Ujęła ramię Margaret. ‘Dlaczego nie powiedziałaś?’
‘A co by dobrego z tego przyszło? Mama zabroniła mi o tym mówić i nie mogłam porozmawiać z Papą wczorajszego wieczora, bo wrócił tak późno’.
‘Wszyscy wyglądali go o szóstej lub siódmej’.
‘Tak, to prawda’.
Wymieniły spojrzenia.
‘Margaret’.
‘Tak, Hannah?’
‘John. Czy on… czy nie czuje się dobrze?’
‘Jest zdrowy, ale zapewne nie wiesz’. Głos Margaret przycichł, wydawało się, że przykłada więcej uwagi do tego gdzie jest, uważniej stąpając, ‘Mówi się o jego małżeństwie z panną Everton. Pamiętasz ją, na pewno pamiętasz, chodziła do szkoły, ale do wyższej klasy. Ma, tak mi się zdaje, dwadzieścia jeden lat, widziałaś ją na wyścigach na wzgórzu latem?’
Hannah nie odpowiedziała. Ona także uważnie stawiała kroki, Margaret mówiła dalej, ‘To bardzo miła dziewczyna, mimo że bardzo żywa. Poza tym, wydaje mi się, że Mama jest jak najbardziej za, Papa również. Robert mówi, że Papa jest bardzo zadowolony. Och! uważaj’. Wyciągnęła rękę i złapała płaszcz Hannah. ‘Tu jest strasznie ślizgo. Wszystko dobrze?’
Nastąpiła długa przerwa nim Hannah odpowiedziała, ‘Tak, to.. przez ten lód’.
‘Bardzo lubisz Johna, prawda Hannah?’
Po dłuższej chwili odrzekła, ‘Tak, Margaret, lubię Johna’.
‘No cóż, tak właśnie powinno być, to twój brat; a przynajmniej przyrodni brat, z tego samego ojca’.
Patrzyły na siebie ukradkiem, jak gdyby wypowiedziały coś wstydliwego, odwróciły się od siebie i żadna z nich nie odezwała się do czasu, gdy zbliżyły się do celu swej podróży, którym był sklep rzeźniczy Fred’a Loam’a.
Starły kawałki lodu spod butów i po dwóch schodkach weszły do środka, gdzie na podłodze okrytej trocinami stała lada sklepowa i rzeźniczy blat.
Fred Loam, który odziedziczył interes po śmierci ojca dwa lata temu, stał za blatem. Był średniego wzrostu, choć za sprawą swej wagi wyglądał na wyższego. Miał szerokie ramiona, które sprawiały, że jego plecy wyglądały na zgarbione, jego ręce także były duże i tak jak wieprzowina, którą dzielił jego twarz miała krwisty odcień, choć wyraz jego twarzy był miły. Był uprzejmym młodym człowiekiem.
W sklepie oprócz nich była jeszcze jedna klientka, którą obsłużywszy zwrócił się w stronę dziewcząt, mówiąc pogodnie, ‘Och, tu jesteście, rad jestem, że was widzę. No nie, toż to Hannah, aż trudno mi uwierzyć; urosłaś jakieś 30 centymetrów odkąd ostatnio cię widziałem’.
‘Och, chyba nie aż tyle, Fred, może z siedem.
‘Ech, trzydzieści czy siedem, i tak sporo urosłaś’.
Hannah spuściła wzrok nic nie mówiąc, Fred zaś odwrócił się do Margaret i przybierając uprzejmą postawę sklepikarza zapytał, ‘Czym mogę dla pani dziś służyć, panienko Margaret?’
To wyróżnienie, którym obdarzył Margaret tytułując ją „panienko” i którym ominął Hannah nie zostało zauważone, zawsze odbywało się to w ten sposób. Pani Anne Thornton zawsze mówiła o swej rodzinie jako o paniczu Johnie i paniczu Robercie, panience Margaret oraz panience Betsy, powszechnie też wiadome było, że nie uważa bękarta Matthew Thorntona, tak, więc mieszkańcy miasteczka nie odważyli się samodzielnie podnieść dziecko do tego samego poziomu, co jej przyrodnie siostry. Kiedy była mała, mówili na nią Mała Hannah, teraz jednak zwracali się do niej po prostu po imieniu.
Margaret odpowiedziała młodemu rzeźnikowi, ‘Mama prosi o wołowinę i golonkę’.
‘To będzie wszystko? Nie życzy sobie drobiu?’
‘Już nam wysłano’.
‘Och!’
Margaret zauważyła, że ta nowina nie była miła panu Fred’owi Loam i szybko dodała, ‘To był prezent od kuzyna mamy’.
‘Och, prezent? Och, w takim razie mam nadzieję, że będzie delikatne. Ale jak to się mówi, nie zagląda się darowanemu koniu w zęby’. Roześmiał się, a następnie zwrócił swą uwagę na Hannah, pytając, ‘Nie wracasz do szkoły, jak sądzę?’
‘Nie wracam aż do Wielkanocy’.
‘No, no, tak cię wyedukują, że nie będziemy mieli o czym rozmawiać’.
‘Och, tak się nie stanie, Fred’. Uśmiechnęła się do niego, dodając, ‘Jak to ty mówisz, owca ma więcej rozumu ode mnie’.
‘Tak bym nie powiedział. Nigdy bym tak nie powiedział’. Odezwał się oburzony. ‘Nigdy o tobie, nigdy. Och, nie. Ale kolejną nowiną o tobie będzie zamążpójście? Masz kogoś na oku?’
Hannah uratowało od odpowiedzi otwarcie drzwi, Margaret w tej samej chwili powiedziała, ‘Dziękuję, Fred. Musimy już iść’.
‘Wesołych Świąt wam życzę’.
‘Wesołych Świąt, Fred’, powiedziały jednocześnie, a kiedy zbliżyły się do drzwi zawołał, ‘Będzie duża potańcówka noworoczna w mieście, będziecie tam?’
‘Ja… chyba nie, Fred’.
‘To będzie wesoła uroczystość, ludzie ze wsi przyjdą. Nie będzie to nic uroczystego, jak panienki zabawy; ale będzie poprawnie’.
‘Na pewno. Do widzenia’. Margaret odwróciła się by zamknąć drzwi, ale jego głos był tak donośny, jakby znajdował się po drugiej stronie placu, krzyczał, ‘A ty, Hannah? Jestem pewny, że dobrze tańczysz’.
Margaret nie dała Hannah czasu na odpowiedź, zamykając drzwi tak gwałtownie, że mogły usłyszeć brzęk dzwonka, zmierzając na dół ulicą.
‘Za dużo sobie pozwala, ten Fred Loam’.
Hannah obrzuciła spojrzeniem Margaret. Przez chwilę brzmiała zupełnie jak swoja matka, odpowiedziała cicho, ‘Nie miał nic złego na myśli’.
‘Tego nie wiem, ale jego maniery względem ciebie są za swobodne. Szkoda, że matka nie trzymała go twardą ręką, tak jak jego ojca i wszystkich, którzy wejdą jej w drogę’.
Hannah nic na to nie powiedziała, choć pomyślała, że to dobrze, że Fred nie boi się matki. Pani Loam była jędzą. Nie była wysoka, ale wszyscy wiedzieli, że tłukła swego wielkiego męża po wszystkich pokojach na piętrze rankiem, po pijackim ciągu. Jej wybryki były od czasu do czasu przyczyną kpin w wiosce, najczęściej przy okazji świąt, bo najwyraźniej miała swój własny sposób z radzeniem sobie z mężem, który wracał do domu po drinkach. Rozbierała go, kładła do łóżka, a następnego dnia chowała jego ubranie dopóki go nie wyszorowała. Nie znalazł się mieszkaniec, który śmiałby się jej prosto w oczy, bo potrafiła używać języka równie dobrze co pięści. Właściwie Hannie było żal Fred’a, tak samo jak jego ojca, który miał dla niej zawsze dobre słowo, kiedy była dzieckiem mówił jej, że jest ładna.
‘Chciałabym wyjechać stąd’.
‘Co powiedziałaś, Margaret?’
‘Jesteś dziś roztargniona, Hannah. Mówiłam, że chciałabym opuścić wioskę’.
‘Myślałam, że kochasz wzgórza i całą okolicę’.
‘Kocham, ale wzgórza to nie wioska; to ludzie czynią ją taką jaka jest, mają takie ograniczone umysły. Myślą i zachowują się inaczej niż ci, co mieszkają w większych miastach. Trzymają się kurczowo swych starych zwyczajów. Spójrz, co się dzieje podczas dni pracy w Allendale, przyjezdni licytatorzy i dziewczęta służebne spacerujące przez miasto i czekające tylko po to by być zauważone przez młodych mężczyzn. To niemal feudalizm. A w karczmach nadal są skrzypkowie i tańce do nocy. Och, tyle zwyczajów, bez których można by się już obejść’.
‘Myślałam, że lubisz tańczyć, Margaret’. Postawa Margaret wywołała u Hannah nieskrywane zdumienie, którą aż do dziś uważała za tolerancyjną.
‘I tak jest; ale są tańce i tańce, a style prowadzenia tutaj są tak inne od tych w mieście. Napewno to zauważyłaś. Hexam to inny świat. Nie uważasz?’
‘Tak; chyba tak; ale tylko przez budynki, myślę… że ludzie nie są aż tak różni. Są dobrzy i źli, mili i nieprzyjemni, są tacy i tacy. Pamiętasz pannę Ormaston. Była straszna. Okrutnie traktowała niektóre z dziewcząt, a one tak się jej bały, że nie odważyły się pisnąć słówkiem. Był też Brown, pamiętasz Brown’a, ogrodnik, który bił swoją żonę tak mocno, że zabrali go do Port House by odpowiedział na zarzuty. Myślę, że ludzie wszędzie są tacy sami, Margaret, niektórzy dobrzy, niektórzy źli, ale większość jest przeciętna. A co do zwyczajów, mi się podobają te stare…’.
‘Hmmm! No wiesz!’ Margaret roześmiała się delikatnie i na powrót stała się łagodna, ‘Wygłaszamy dziś swoje mądrości, prawda? Ale chyba masz rację. Po prostu… no cóż’. Głos jej przemienił się w mamrotanie, kiedy dokończyła, ‘moje serce zostało w mieście. On jest tak inny od wszystkich, których znam. Chyba dlatego tak bardzo chcę tam być, pragnę tego i widzę tam wszystko w innym świetle’.
‘Wybacz mi Margaret’.
Hannah objęła ramieniem Margaret i rzekła tęsknie, ‘Pamiętasz pannę Barrington? Każde półrocze języka angielskiego rozpoczynała swoim „Nigdy nie myślcie frazesami”; a jednak sądzę, że niektóre komunały są bardzo prawdziwe i życiowe, jak na przykład: Ścieżka prawdziwej miłości nie biegnie płynnie’.
‘Tak, masz całkowitą rację’. Margaret kiwnęła głową i uśmiechnęła się. ‘Jedno muszę ci szczerze powiedzieć, Hannah, kiedy już opuszczę dom dla miasta będzie mi cię bardzo brakować’.
‘I mnie ciebie, Margaret, ponieważ’, przerwała a jej powieki zaciemniły oczy, nim dopowiedziała, ‘przede wszystkim byłaś dla mnie jedyną pociechą od chwili, kiedy przybyłam do twojego domu’.
Pierwszy raz Hannah odniosła się do swojej sytuacji i swej pozycji w rodzinie, a słowa ‘twój dom’ oddawały wszystkie jej uczucia na wspomnienie lat spędzonych w Elmholm House, bo to nigdy nie był jej dom.
Bezgłośnie Margaret uścisnęła palce w rękawiczce, które spoczywały na jej ramieniu i razem poszły dalej przez podjazd i weszły do domu.
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11059
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Sob 29 Mar, 2008 14:50   

Bylam ciekawa jak wyglada w ksiazce Fred Loam.
W sumie on mial miłe chwile ;) Gorzej mamuśka :mrgreen:

_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Wto 01 Kwi, 2008 08:42   

Boże Narodzenie nadeszło i upłynęło bez większej radości, Nowy Rok tak samo. Świąteczne wieczory spędzali zazwyczaj grając w karty, ale podczas takich okazji Anne Thornton zawsze wychodziła z pokoju, atmosfera między wszystkimi była dość napięta. Hannę nie zostawiono z Johnem samą nawet przez minutę, a kiedy zbliżał się czas jej powrotu do szkoły stało się dla niej jasne, że rozmyślnie unikał jej.
Mijał czwarty dzień Nowego Roku. Mężczyźni powrócili do pracy. Margaret siedziała przy biurku w pokoju dziennym kreśląc list, Betsy z matką zaś wygodnie spoczywały na kanapie tuż przy kominku obrabiając ścieg przy hafcie.
Hannah, jeśli tylko mogła nie wchodziła do tego pokoju, kiedy pani i Betsy były w środku.
Dzisiaj siedziała od dłuższego czasu w kuchni rozmawiając z Bellą i Tessie. Lubiła z nimi gawędzić, w kuchni czuła się jak u siebie w domu. Lecz nie mogła tam zostać na zawsze, teraz więc przycupnęła na łóżku, zwinięta pod kołdrą, a zimno wzmagało jej cierpienia.
Pozostało jeszcze sporo światła dziennego, które wkradało się przez okno, a słońce świeciło. Nie chciało jej się czytać. Mogłaby ciepło się ubrać i wyjść na spacer. Tak, to właśnie zrobi. Może pójdzie do Pele House, zobaczyć Ned’a. Obiecała, że spotkają się podczas świąt, ale do tej pory nie dotrzymała słowa, nie chciała choćby na chwilę opuścić Johna.
Nie musiała nikogo zawiadamiać, że wychodzi, przez wszystkie lata przychodziła i odchodziła gdzie chciała, narzuciła więc na suknię wełniany płaszcz a na to narzutkę, na głowę przywdziała mały kapelusz, wzięła też futrzaną mufkę, którą pan kupił jej na Święta i zeszła cicho bocznymi schodami, przez korytarz i na podwórze.
Kiedy mijała stajnie przywitała Dandy’ego Smollett’a który zawołał do niej, ‘Jak miło zobaczyć słońce, panienko Hannah’, na co odpowiedziała mu, ‘Masz rację, Dandy’. Przeszła przez bramę, przecięła drogę i wdrapała się na przełaz przy cmentarnej ścianie i wylądowała w śniegu, który sięgał jej do kolan.
Widać było, że od wielu dni nikt nie chodził tą ścieżką, bo niemal nie było jej widać, wybrała mniejsze zaspy śniegu.
Poruszając się z trudem pomyślała, że głupio uczyniła wybierając tą ścieżkę, powinna była iść główną drogą, tam z pewnością wiatr oczyścił większość śniegu czyniąc z niego olbrzymie zaspy po bokach ścieżki, nadal dość śliskiej, lecz łatwiejszej do przejścia niż zaspy śnieżne.
Kiedy dostała się na górę otrzepała spódnice i płaszcz, stała przez chwilę rozglądając się wokół siebie. Wzgórza skąpane były w bladym świetlnym różu, który łączył się w fiołkoworóżowy kolor, który czasami ciemniał w lilię, by za moment opaść za horyzont dalekich wzgórz miękką aksamitną szarością.
Świat był piękny. Chciałaby być dość szczęśliwa, by cieszyć się nim. Co się z nią stanie? Coraz bardziej zaczynała bać się o swoją przyszłość. Gdyby tylko była tak mądra jak Margaret, mogłaby uczyć. Ale właściwie nie pragnęła tego. Mogłaby zostać opiekunką. Tak, właściwie to mogłaby być opiekunką. A jednak nie miała raczej do czynienia z małymi dziećmi, sama była najmłodsza w domu.
Szła dalej, ślizgała się czasem, a raz nawet upadła na siedzenie, gdzie leżała zaśmiewając się, w końcu podniosła się i ruszyła dalej. Ukazał się jej oczom dom Ned’a, usadowiony na ośnieżonym wzgórzu.
Lubiła jego dom, szczególnie izby na górze. Pełne były niezwykłych przedmiotów, wykonanych przez ojca Ned’a, jego dziadka i pradziada: krzesła, stoły, kredensy, stojaki na fajki, nawet drewniane łóżko. Och, to łóżko było wspaniałym meblem. Zamiast gałek w każdym rogu były rzeźbione w drewnie ptaki. I wszystko aż lśniło w czystości. Zawsze dziwiła ją czystość pokoi na piętrze w porównaniu z bałaganem w kuchni tuż za izbą stajenną i masa resztek, które zaśmiecały kąty i zwisały ze ścian w samej izbie.
Weszła przez dziurę, w której było miejsce na bramę między murami, przeszła przez podwórze i zapukała w wielkie dębowe drzwi, jej oczy następnie powędrowały w kierunku zamka. Łańcuch był spętany i zamknięty.
Przeszyło ją ostre uczucie zawodu i pustki, jak gdyby opuścił ją cały świat. Obeszła cały dom i weszła na zbocze w stronę wąskiego pasa lasu, którego widok zawsze przywracał ją do teraźniejszości, znów była sobą, poczęła biec drżąc we mgle w kierunku domu i postaci na koniu.
Okrążyła las i zaczęła iść w stronę odległych wzgórz, lecz kiedy dotarła do ich podnóża, nie weszła na górę, bo miejscami lśniły jak lodowe srebro, więc zawróciła w lewą stronę na niższe partie terenu, o których wiedziała, że doprowadzą ją do drogi.
Pół godziny później idąc przez szczyt nasypu znów w głębokim śniegu, szukała wzrokiem łatwiejszego dostępu do zejścia na dół, kiedy ujrzała w oddali zbliżającego się jeźdźca, serce jej drgnęło, a za chwilę przyspieszyło rytm.
John zobaczył ją także, z daleka, a kiedy zbliżył się, stała bez ruchu, wyprostowana na górce, wstrzymał konia i popatrzył przez chwilę na nią, nim zapytał, ‘Co ty tu robisz?’
‘Wyszłam na spacer. Szukałam… miejsca do zejścia stąd’.
Nic nie odrzekł, tylko zsiadł na dół; porzucił konia i rozejrzał się na prawo i lewo nim wskazując powiedział, ‘Myślę, że tam będzie dobrze’. Zaczął iść tyłem do drogi, podczas gdy ona stąpała po szczycie nasypu, kiedy zbliżyli się do miejsca, gdzie nasyp lekko opadał stanął tam gdzie musiało znajdować się trawiaste pobocze i wyciągnął po nią ręce.
Wychylając się do przodu złapała je a kiedy powiedział, ‘Skacz’ skoczyła, a on złapał ją i trzymał w mocnym uścisku, lecz nie tak długo jak zazwyczaj to czynił. Stali więc obok siebie przyglądając się sobie.
‘Unikasz mnie, Johnie’.
‘Ależ nie. Nie robię tego’. Szybko pokręcił głową.
‘Tak, robisz to. Nie musisz zaprzeczać’.
Schylił głowę, patrzyła jak jego kości policzkowe poruszają się zanim odpowiedział, ‘Tak musi być, Hannah’.
‘Tak, tak, wiem, ale… nie musisz mnie unikać’.
‘Myślałem, że tak będzie lepiej’.
‘Zamierzasz… ożenić się?’
Uniósł powoli twarz, spojrzał na nią, oczami pełnymi smutku, mówiąc, ‘Chyba tak’.
‘Mam nadzieję, że… będziesz szczęśliwy, Johnie’.
‘Och Hannah!’ W jego oczach pojawiły się łzy. ‘Gdyby tylko sprawy ułożyły się inaczej… moglibyśmy być razem. Tak, moglibyśmy. Uciekłbym, zabierając cię od tego domu i mojej matki, uprowadziłbym cię na koniec świata’.
Zabrzmiało to jak fantazja, lecz dla jej serca było niczym cudowny ciepły okład. Wyciągnęła do niego rękę, którą kurczowo chwycił; powiedziała miękko, ‘Cieszę się, że mi to powiedziałeś, Johnie, ja też uciekłabym z tobą na koniec świata, albo tam cię odnalazła. Ale tak nie będzie’.
‘Nie’ – potrząsnął głową – ‘nie będzie, Hannah. Lecz mamy jedną pociechę, oboje mamy coś o czym będziemy pamiętać aż do śmierci. Nigdy cię nie zapomnę, Hannah’.
‘Ani ja ciebie, Johnie’.
Puścił jej dłoń, wziął głęboki oddech i postąpił krok do tyłu, mówiąc, ‘Muszę już jechać’.
‘Dokąd?’ Głos łamał się jej od powstrzymywanego płaczu, odpowiedział, ‘Wracam do kopalni. Byłem w Allenheads z wiadomością dla pana Sopwith. Do widzenia, moja droga Hannah’.
‘Do widzenia, John’. Skrzyżowali na chwilę dłużej spojrzenia; wreszcie odwrócił się gwałtowanie i pospiesznie odszedł w stronę konia, który rżał i grzebał niecierpliwie nogą w ziemi. Stała tam bez ruchu dopóki nie zniknął jej z oczu; wtedy dopiero łzy spłynęły jej po twarzy, głowa jej opadła, przeszła dwie mile do domu ślimaczym tempem, każdym czynionym krokiem powtarzała i rozkoszowała się jego słowami, bo wiedziała, że musi je wyryć w pamięci, bo tylko one jej pozostały.
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11059
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Nie 06 Kwi, 2008 18:24   

Dzieki Moniczko.
Nie wiem za co ona pokochała tego Johna. W dziecinstwie faktycznie mogl byc jej bliski, ale potem? wyraznie widac, ze o nią nie dba...

_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Nie 11 Maj, 2008 15:01   

Tego samego wieczoru Matthew ułożył wszystko tak, by zostać z żoną sam na sam, czynił tak zawsze, kiedy czegoś od niej żądał a nie chciał lekceważyć jej przy rodzinie. Wysłał Tessie z pytaniem, czy dołączy do niego w jadalni. Stał kiedy weszła, nie poprosił by usiadła, lecz od razu przeszedł do samego sedna. ‘Chciałbym ci zakomunikować, że zabieram Margaret i Hannah na bal w Hexham, który ma odbyć się za tydzień w piątek. John i panna Everton zapewne także się pojawią. Mam nadzieję, że konkurent Margaret też tam będzie, chciałbym go wybadać. To będzie też sposobność by przekonać się o prawdziwych uczuciach pana Arthur’a Walters’a do Hannah. Jak zapewne wiesz jest dobrze zapowiadającym się adwokatem, trochę ponad trzydziestoletnim; w zeszłym roku stracił żonę; myślę, że chce jak najszybciej zapełnić to miejsce’.
Anne patrzyła na człowieka, którego nienawidziła tak intensywnie, było to niemal tak silne jak to co czuła do Dziewczyny, a teraz jej mówi, że pragnie zaaranżować małżeństwo dla tego bękarta z adwokatem, podczas gdy jego córka musi zadowolić się ubogim urzędnikiem bankowym, wiadomo, że wszyscy oni są biedni i pozostaną biedni.
Niesprawiedliwość tej sytuacji, jej nieuczciwość była niezrozumiała. Były okresy, kiedy myślała, że nie zniesie mieszkania pod jednym dachem z tym mężczyzną, a jednak uspokajała siebie mówiąc, że jej dzień jeszcze nadejdzie. Jeśli Bóg istnieje to tak się stanie, w głębi duszy wierzyła w to. Bóg w swej prawości i miłosierdziu nie zezwoli by grzesznicy zwyciężyli.
Przez osiem lat żyła pod presją ogromnej zniewagi; osobistego poniżenia. Jej własny mąż, człowiek, który powinien ją chronić przed docinkami i szyderstwami, sam wystawił ją na pośmiewisko, nie tylko wśród mieszkańców wioski, lecz i całego miasta. Bez wątpienia rozkoszowali się jego, co nowszym romansem, bo nie miał zamiaru zaspokajać swych chuci gdzie indziej, choć jak dotąd nikt nie ośmielił się powiedzieć z kim ją zdradzał.
Poza domem nosiła głowę wysoko, odzywając się jeśli to było konieczne, wydając dyspozycje sklepikarzom.
Były chwile, że czuła się rozpaczliwie samotna. Miała tylko jedną przyjaciółkę, Susannę Crewe, żonę pastora. Nawet dzieci nie były jej oddane. Może tylko Betsy; tylko ona szczerze ją kochała. I John; tak, John szanował ją. Ale Robert i Margaret nie. Nigdy jednak nie dbała o ich uczucia; byli za bardzo podobni do swego ojca, by mogła ich cenić. Wiedząc o tym, nie martwiłaby się tym, jakiego Margaret wybrała dla siebie konkurenta, gdyby nie to, że stawiało to Dziewczynę wyżej od jego prawowitej córki.
‘Powinny mieć nowe suknie. To tylko moja sugestia, ale może dostałyby coś gotowego w Hexham?’
‘A pieniądze, kto je da?’ Powiedziała to cienkim, zimnym głosem, ledwie poruszając ustami, a słowa dochodziły z jej warg jak prasowana stal. ‘W zeszłym miesiącu zarządziłeś, że domowe wydatki należy ukrócić’.
‘Oczywiście; i miałem rację widząc zamówienie na francuskie konfitury ze sklepu nabiałowego w Hexham’.
‘To był świąteczny prezent dla panny Everton, już o tym mówiłam’.
‘A ja ci powiedziałem, że mogłaś dać jej coś bardziej konkretnego niż słoik zagranicznych cukrzonych owoców za szesnaście szylingów. Sądziłem, że robisz dla niej haft’.
Jej pełne usta zaczęły dygotać, podczas gdy twarz pokryła się niepohamowaną furią. Wygięła lekko głowę do przodu nie spuszczając z niego oczu powiedziała, ‘Dłużej nie zniosę takiego traktowania; ostrzegam cię’.
‘Ostrzegasz mnie? Przed czym?’
‘Zapłacisz za to okrucieństwo wobec mnie’.
‘Okrucieństwo? Cóż za dziwne oskarżenie wychodzi z twoich ust, zarzucasz komuś uczucie, którego mogłabyś uczyć innych!’
‘Winien jesteś wszelkiego okrucieństwa, jakiego się dopuściłam’.
‘Nie, nie Anne. Nie, nie; nie wezmę tego na siebie. Mogę wskazać każde twoje brutalne zachowanie wobec mnie od pierwszego naszego wspólnego roku. Sadystka, myślę, że to właściwe określenie twojej postawy. Tak, sadystka. Pamiętasz igłę do cerowania, którą wbiłaś mi w rękę… przez przypadek? Po co była ci potrzebna igła na sypialnym stoliku? Och, wiem, że wypadła z koszyka do robótek, ale jeśli nawet to dlaczego użyłaś jej na mnie? Straciłem tamtej nocy wiele krwi; trafiła w żyłę. Spójrz’ – wyciągnął dłoń – ‘zostawiła ten mały ślad. Jeśli kiedykolwiek moje sumienie zaciąży mi za to, co ci zrobiłem, wystarczy, że spojrzę na to’.
Krzyknęła przez częściowo zaciśnięte usta, ‘Jaką szansę ma kobieta zachować resztki godności, kiedy ma do czynienia z takim mężczyzną jak ty? Zwierzę miałoby więcej opanowania’.
‘Na Boga!’ Zniżył głowę, potrząsając nią, zaśmiał się ponuro mówiąc jak zwykle, ‘To na nic. To na nic. Gdyby tylko Bóg pozwolił ci poślubić innego człowieka. Gdyby tylko’. Wpatrywał się w nią, uśmieszek nie schodził z jego twarzy. ‘A jednak, jesteś moją żoną. Tak naprawdę to nie ja ciebie wybrałem, ale ty mnie. Żeby zrobić ze mnie kogoś, tak kiedyś powiedziałaś, tam gdzie można było wziąć kredyt, brałaś; zmusiłaś mnie bym kupił ten dom; zmuszałaś bym pracował od poniedziałkowego wschodu słońca do sobotniego zachodu. O tak, zrobiłaś ze mnie kogoś. A teraz’ – uśmiech ześlizgnął się z jego ust – ‘cieszysz się z efektów swoich starań. Cóż’ – odwrócił się od niej – ‘nie widzę sensu w dalszej dyskusji. Znasz moje plany i nie próbuj się do nich wtrącać, to bezowocne’.
Kiedy wyszedł, zamykając niezbyt delikatnie drzwi za sobą, stała w miejscu z zamkniętymi oczami i złączonymi w zagłębieniu szyi dłońmi tak ciasno, że guziki gorsetu wrzynały się w jej ciało, w końcu poczuła że zaczyna się dusić, stojąc tam nadal zaczęła się modlić, ‘Och Boże, okaż swoją sprawiedliwość i pozwól mi ujrzeć jego koniec’.
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11059
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Nie 11 Maj, 2008 15:27   

O tej igle w filmie nie bylo. I nie wiem jak to rozumiec, czy ona celowo go ukłula? I czemu? Bo byl brutalny? Czy juz wtedy go nienawidzila? Za to ze jest inny niz myslala?
To malzenstwo od poczatku bylo nieudane, jak widac.
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Pon 19 Maj, 2008 18:24   

To małżeństwo z góry było skazane na przegraną, bo taka kobieta jak Anne chyba nie była zdolna do jakichkolwiek cieplejszych uczuć, o miłości już nawet nie wspominając. Żal mi Thorntona i wcale się nie dziwię, że zaczął ją zdradzać, ile można wytrzymać w takim samotnym małżeństwie...



Rozdział IV

Plany Matthew nie powiodły się tak jak by sobie tego życzył. John i panna Everton nie przybyli na bal, panna Everton przyjęła już wcześniej zaproszenie dla nich obojga na ten właśnie wieczór. Robert natomiast towarzyszył im pod przymusem, bo bardzo nie lubił tańczyć. Ale to były tylko drobne przykrości. Największą było, po pierwsze, to że kawaler Margaret nie pojawił się wcale, po drugie zaś, że jego plan dotyczący przyszłości Hannah od początku skazany był na porażkę, gdyż pierwszą osobą którą spotkali na balu był Arthur Walters, któremu towarzyszyła młoda dama, którą z dumą przedstawił jako swoją narzeczoną.
Gdyby to było możliwe Matthew wcisnąłby ich wszystkich z powrotem do wynajętego powozu i zawiózł do hotelu, lecz powóz nie wróci przed jedenastą trzydzieści. Tak więc przez większość wieczoru musiał spokojnie siedzieć, gdyż nie był entuzjastą tańców. Tańczył tylko z Margaret, w której karnecie nie było chętnych tancerzy i musiała zadowolić się bratem i ojcem, a jeden i drugi mieli dwie lewe nogi. Dla niej jednak nie było ważne z kim tańczy, gdyż jej rozpacz była głęboka.
Hannah z drugiej strony miała pięć nazwisk w swym kartoniku, co było niezwykle miłe, gdyż większość z panów eskortowała swe towarzyszki.
Matthew obserwował uważnie jak wiruje w sali balowej i myślał sobie, że jest ona tutaj najładniejsza panną. I co było dziwne, wyglądała jak młoda kobieta; nie mając skończonych siedemnastu wyglądała na dziewiętnaście. Był dumny z niej; uczucie to było podsycane winą, że nie czuł tego samego na widok Margaret. A tak nie powinno być.

Nie miał wątpliwości, że jego żona pławi się w uczuciu satysfakcji na wiadomość o fiasku jego zamysłów. Mimo, że o niczym jej nie powiedział, ani tym bardziej - czego był pewien - Margaret – jej szósty zmysł był tak wyostrzony że w mig wiedziała iż wieczór się nie udał…
Tygodnie mijały, a Matthew martwił się coraz bardziej. Martwił się o Johna, o Margaret i Hannah. Och tak, i o Hannah.
Były też wieczne coraz większe finansowe zmartwienia. W stajni były trzy konie, które trzeba było nakarmić i okuć. Prawdą było też, że ani John ani Robert nie kontrolowali wydatków, ale i tak nie miało to znaczenia w ogólnej sumie rachunków. Kiedy dzieci dorastają jedzą bez wątpienia więcej, a ich ubrania są coraz droższe. Czesne za szkoły przez te wszystkie lata były jak studnia bez dna.
Sprawy stały teraz tak, że prawdopodobnie będzie musiał wziąć hipotekę na dom. Oczywiście, nie był to żaden wstyd, lecz zawsze był dumny z tego, że wolny jest od jakichkolwiek długów.
Potrzebował pocieszenia. Miał nadzieję, że kamienie ułożone są nadal w odpowiednim kierunku jak wtedy, gdy rano mijał je konno, wtedy będzie mógł zostać u Sally na noc. Minął już tydzień odkąd widział ją ostatni raz, lecz potrzebował jej więcej niż tylko raz w tygodniu, choćby miał przy niej leżeć i słyszeć jej uspokajający głos…
Kiedy zjeżdżał z drogi w ten marcowy poranek mgła ledwie się unosiła a krajobraz przed nim był jak wymalowany w srebrze. Przez noc mżył delikatny śnieżek i było mroźno, teraz zaś, kiedy światło stało się mocniejsze połysk bieli ranił jego oczy i pomyślał jednocześnie, że cały świat wygląda niewinnie, bez skazy, jak gdyby właśnie się narodził.
Wzdłuż drogi, którą jechał przechodziło kilka małych grupek górników, którzy pozdrawiali go wesoło.
‘Wspaniały ranek, panie Thornton’.
‘Owszem, Joe, wspaniały, naprawdę wspaniały’. Joe Robson był porządnym człowiekiem, bardzo pobożnym, choć nie w kościelnym duchu, lecz w dobrym, zdroworozsądkowym i wiernym sensie. Choć najstarszy z jego szóstki odsiadywał właśnie sześć miesięcy za pobicie policjanta w Hexham.
Natknął się na kolejną grupę mozolnie postępującą dalej, z płynącą z ich nozdrzy parą jak chmura, ‘Dzień dobry, pani Thornton. Cholernie zimno, nie?’
‘Tak, Bill, zimno, ale ładnie’.
‘Proszę bardzo panie Thornton, tylko proszę przysłać mi trochę ognia do łóżka’.
Kiedy Matthew roześmiał się z uwagi Jack’a Heslop’a, Bill Nicholson krzyknął na swego kompana, ‘Nie potrzeba ci ognia w łóżku, tylko żonki’. Wspólne śmiechy rozbrzmiały na wzgórzach i towarzyszyły Matthew dalej w drodze, powtórzył do siebie, ‘Nie potrzeba ci ognia, lecz żony’.
Zakręt na drodze doprowadził go do miejsca, gdzie widział nierówną bramę, tam gdzie leżały kamienie, ujrzał dwóch swoich pracowników odchodzących od ściany i podążających na wzgórze. Rozpoznał w jednym z nich Frank’a Pearman’a, nie wiedział z początku kim jest drugi, dopóki tamten nie odwrócił się i spojrzał w dół pagórka w jego kierunku, wtedy poznał Tom’a Shields’a. Potrząsnął głową. Ci dwaj byli nierozłączni, zawsze skorzy do figli, jak młodziki. Jeszcze wczoraj musiał zwracać im uwagę. Pracowali przy nowym zaworze i jego bogactwo uderzyło im do głów.
Parę tygodni temu, jak zwykle, kiedy łamali nowy grunt, mężczyźni dobierali sobie towarzyszy; niektórzy po czterech, inni po sześciu, ośmiu, lecz ci dwaj trzymali się razem, zdecydowani zawsze iść sami.
Wszyscy zgodzili się na cenę, użyłkowanie, które wiązali nie było wcale złe, do tego ponad dziesięć centów za kruszec. Było coraz lepiej, zważywszy na to, że przedtem przy starym użyłkowaniu dostawali marne pięć centów za kruszec. Ale ci dwaj, Tom Shields i Frank Pearman zaczęli spierać się o to, który dostanie lwią część. Mimo, że byli żartownisiami, równie dobrze mogliby przeistoczyć się w agitatorów, głupców z krótką pamięcią. Nie powinni zapominać o ’49 roku i skutkach tamtego strajku. Ale zawsze będą tacy ludzie jak Shields i Pearman, na pozór kawalarze, a w głębi duszy waleciarze… Ale dlaczego wybrali tą drogę? No jasne, w powszednim dniu zabrałoby im to milę, ale żeby dziś przebyć te wzgórza wystarczy parę kroków.
Zbliżył się do kamieni i uśmiechnął delikatnie widząc jak są skierowane. Dobra Sally. Kochana Sally. Kojąca Sally. Musiała tu zejść wcześnie rano, kiedy jeszcze było ciemno lub wczoraj późnym wieczorem.
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11059
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Pon 19 Maj, 2008 21:06   

To ciekawe, bo w filmie Hanah odrzuca oświadczyny na balu, a w ksiazce jak widac, tego nie ma.
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Wto 10 Cze, 2008 18:26   

Dzień dłużył się i przykrzył. John, odbywający praktykę, robił właśnie pomiary geodezyjne z głównym zwierzchnikiem i inżynierem z Allenheads, zatrzymał się na chwilę przed ojcem zamieniając z nim kilka pospiesznych słów, ‘Nie sądzę by udało mi się porozmawiać z tobą w domu Papo, więc może teraz powiem ci, że Pansy zgodziła się wyjść za mnie, ogłosimy zaręczyny na Wielkanoc’.
‘Dobrze, dobrze’. Wyciągnął rękę i poklepał syna po ramieniu. ‘Cieszę się; będzie dla ciebie dobrą żoną. A co na to jej rodzice?’
‘Wydają się być zadowoleni’.
‘Powinni być’ – uśmiechnął się szeroko – ‘zdobywają dobrego, przystojnego zięcia, takiego, który wybije się w świecie, to wiem na pewno’.
John uśmiechnął się, zadowolony z pochlebstwa ojca, odrzekł, ‘Muszę już iść’, jednak kiedy się odwrócił Matthew zapytał, ‘Matka wie?’
‘Zamierzam powiedzieć jej dziś wieczór’.
‘Będzie usatysfakcjonowana’.
Popatrzyli na siebie z powagą, w końcu John z uroczystą miną skinął raz głową mówiąc, ‘Tak, tak mi się zdaje’.
Patrząc na syna, który się oddalał Matthew pomyślał, że kiedy już zaręczy się prędko odejdzie z domu, bo z pewnością nie będzie to trzy, czy pięcioletnie narzeczeństwo. Margaret również mogłaby opuścić ich, trawiona współczuciem i miłością dla swego konkurenta. Młody człowiek nie pojawił się na balu z prostej przyczyny, braku odpowiedniego stroju na taką okazję. Krótko po owej nieszczęsnej nocy otrzymała liścik, który powinien być dostarczony przed jej wyjazdem do Hexham, wyjaśniający powody, dla których nie towarzyszył jej. Ten biedny urzędnik bankowy wydawał się być szczery.
Później przyjdzie kolej na Hannah. Ktoś z pewnością zabierze ją; jedyne, co kłopotało go to pytanie, kto to będzie?
A wszystko skupiało się wokół jednej perspektywy, pozostania sam na sam z Anne i Betsy. A co się stanie, kiedy także i Betsy zostanie zmuszona do odejścia? Co się wtedy stanie? Roberta nie brał pod uwagę, bo wcale by nie był zaskoczony gdyby pewnego dnia otrzymał wiadomość, że Robert jest na morzu, czy bierze udział w jakiejś ekspedycji.
Kiedy odjeżdżał z kopalni w zapadającym zmroku, żegnając się tam i ówdzie, pomyślał jak cudnie by było, jakie proste i nieskomplikowane było by życie gdyby co dzień wracał do domu, do Sally, choćby do tej małej chaty, gdzie ogień płonął zawsze mocno, stół był wyszorowany do białości, a kamienna podłoga była tak czysta, że, jak często mawiała, można by na niej jadać.
Nim zbliżył się do muru zawrócił na ścieżkę do konnej jazdy i prosto na wzgórza. Zawsze upewniał się, czy nikogo nie ma w pobliżu, czy ktoś za nim nie jedzie.
Kiedy zbliżał się do wioski jak zwykle poczuł jak wzmaga się podniecenie, jak wiruje w jego żołądku. Tej nocy było to jeszcze mocniejsze, kiedy zobaczył światło w oknie.
Przywiązał konia i owinął go pledem, leżącym na siodle, poklepał go po zadzie i ruszył w stronę światła.
Chwycił klamkę i wszedł szeptając miękko, ‘Sally!’, ‘Sally’.
Wtedy zobaczył ją. Stała w otwartych drzwiach prowadzących do małej sypialni; dłońmi zasłaniała usta i kiedy zobaczyła go wyjąkała, ‘O mój Boże’, nagle została odepchnięta na bok i do pokoju wszedł mężczyzna. Był średniego wzrostu, lecz mocno zbudowany. Miał krótko przycięte włosy, które stały na głowie jak gdyby każde pasmo składało się z metalowego drutu. Szczęka zesztywniała. Przez chwilę patrzył na Matthew po czym wrócił spojrzeniem do żony; w końcu wolnym krokiem ruszył w stronę Matthew mówiąc, ‘Ach tak, tak! Czym mogę panu służyć?’
‘Ja… ja właśnie przejeżdżałem. Moja… moja żona prosiła bym zajrzał i sprawdził, czy… czy pani Warrington – wskazał na Sally przełykając ciężko ślinę – ‘czy… czy mogłaby przyjść i pomóc jej’. Jakaś część jego umysłu dziwiła się prostocie, z jaką potrafił przystosować się do sytuacji, do czasu, kiedy mężczyzna odezwał się znowu.
‘Pomóc jej? Żona pana przysyła by zapytać czy można jej pomóc?’ Stał gapiąc się na Matthew spod zmrużonych powiek, otworzył usta mówiąc, ‘Przychodzisz do mojego cholernego domu bez pukania, zwracasz się do mojej żony po imieniu, jak gdyby nie pierwszy raz i z tego co wiem, proszę pana, moja żona nigdy nie chodziła na posługi do innych, zamożnych czy nie. Poślubiłem kobietę, która ma czekać na mój powrót, która nie jest służącą, więc’ – wrzasnął na głos – ‘kogo do jasnej cholery chcesz nabrać. Co tu się dzieje?’ Odrzucił głowę patrząc w stronę Sally, która mięła obydwiema rękami bluzkę. Nagle jego głos zmienił się prawie w histeryczny krzyk, ‘Cholera jasna! Wszystko jest teraz jasne. Tak, tak! Teraz to widzę. Ty suko! Nie miałaś mi co zaoferować, bo byłaś pusta. Na Boga! Zabiję cię za to, zabiję’.
Matthew chciał coś powiedzieć, ale Sally, zbierając się w sobie wrzasnęła na męża, ‘O co ci chodzi, Bill’u Warrington’ie, co za paskudne myśli ci przychodzą do głowy? Prawda jest taka, że pan Thornton uratował mnie kiedyś przed utonięciem. Nie mówiłam ci, bo nie byłbyś zainteresowany. I przez te lata zagląda tu raz czy dwa, to wszystko. A ty odezwałeś się do niego w taki sposób’.
Mężczyzna patrzył na nią, nie wiedząc, czy ma wierzyć, czy nie, więc Sally mówiła dalej, ‘Powinieneś się wstydzić. Odwiedza nas parę osób, na Boga, więc ktokolwiek tu przyjdzie wszystkich będziesz obrażał? I to kogoś takiego jak pan Thornton’. Odwróciła się w stronę Matthew, ‘Proszę wybaczyć panie Thornton. Proszę już iść i więcej nas nie odwiedzać, nie po takim przyjęciu’.
Wpatrując się w nią i odczytując znak z jej smutnych, przerażonych oczu, Matthew odpowiedział, ‘Tak, będę się już zbierał. Przepraszam za to najście. Do widzenia, Sally’.
Kiedy drzwi zamknęły się za nim, Bill Warrington obrócił się w jej kierunku. Nie krzyczał już, lecz słowa rzucał spod pokręconych wąsów, ‘Matthew! Do widzenia, Matthew! Przegrałaś, zakłamana dziwko… Przyszedł tu by zapytać czy pomożesz jego żonie? Ja dobrze wiem o co przyszedł cię prosić. Miałem rację’.
Nim mogła cokolwiek powiedzieć, zaprotestować, wyrzucił do przodu pięści, prawą i lewą raz po raz, wszystkie na jej twarz.
Nie zatrzymał się przy niej gdy upadła, chwycił pogrzebacz z kominka podszedł do drzwi i wyszedł przez nie, wybiegł w ciemną noc tam gdzie słyszał brzęczenie uprzęży i prychanie konia.
 
 
damamama 
nowa wielbicielka DiU oraz JE



Dołączyła: 14 Maj 2008
Posty: 952
Skąd: Rybnik
Wysłany: Pią 13 Cze, 2008 14:01   

Czy film o którym mówicie, ma ten sam tytuł co książka? Jetem pełna podziwu dla Moniki :kwiatki_wyciaga: super się czyta i czekam na ciąg dalszy.
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Nie 15 Cze, 2008 17:27   

damamama napisał/a:
Czy film o którym mówicie, ma ten sam tytuł co książka? Jetem pełna podziwu dla Moniki :kwiatki_wyciaga: super się czyta i czekam na ciąg dalszy.


Dzięki za miłe słowa :wink:
Tak, to ten film The Girl
 
 
Gosia 
Like a Wingless Bird



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11059
Skąd: Marlborough Mills
Wysłany: Wto 17 Cze, 2008 20:44   

Na drugiej stronie watku sa fotki z filmu ;)

Scena powyzej jest jedna z drastyczniejszych w tym filmie, zwlaszcza to co potem nastepuje...
_________________
Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również,
czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie.

Adresy moich blogów:
I believe we have already met
Strona North and South by Gosia
 
 
damamama 
nowa wielbicielka DiU oraz JE



Dołączyła: 14 Maj 2008
Posty: 952
Skąd: Rybnik
Wysłany: Wto 24 Cze, 2008 12:49   

Moniczko zrezygnowałaś z dalszego tłumaczenia, czy też brak Ci czasu?
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Wto 24 Cze, 2008 16:18   

Boże broń, nie zrezygnowałam :wink: Tylko tak tłumaczę, na raty, bo niestety czasu brak. Postaram się jednak wklejać mniejsze kawałeczki, ale częściej :wink:
 
 
Sofijufka 
ja chcę miec spokój...



Dołączyła: 18 Lis 2007
Posty: 3440
Skąd: Pustelnia żelazna
Wysłany: Wto 24 Cze, 2008 16:48   

przerwałaś w dramatycznym momencie... :paddotylu:
_________________
Pamięci wieku XIX, kiedy to literatura była wielka, wiara w postęp -
bezgraniczna, a zbrodnie popełniano i wykrywano ze smakiem tudzież
elegancją.
 
 
Monika 
Mark Darcy desperately wanted



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 630
Skąd: W-wa
Wysłany: Sro 25 Cze, 2008 19:45   

Po raz pierwszy odzyskując przytomność Matthew pomyślał, że umarł i znalazł się w prawdziwym piekle, z tymże piekło, jak sądził, było gorące, a gdziekolwiek się znajdował na pewno nie było ciepło, bo jego ciało tak zdrętwiało z zimna, że ledwie mógł je poczuć; w pierwszej chwili pomyślał nawet, że jego głowa oddzielona jest od całego ciała. Nie miał pojęcia gdzie jest, a odgłos końskiego tupania gdzieś ponad nim sprawiał, że koszmarnie się trząsł.
Kiedy po raz drugi doszedł do siebie, otworzył oczy i zobaczył gwiazdy świecące jasno na tle czarnego nieba. Wyciągnął dłonie i pomacał przestrzeń wokół siebie; kiedy jednak próbował się podnieść ból głowy był tak silny i intensywny, że opadł z powrotem na ziemię.
Musiał parę razy podjąć wysiłek nim wreszcie obrócił się pomagając sobie rękami i kolanami, ścisnął kurczowo ziemię i stanął chwiejnie na nogach, wyciągnął brodę w górę rozglądając się. Leżał w rowie.
Nie wiedział ile czasu stał tam wspierając się i gapiąc się bezmyślnie na zamrożoną ciemną ziemię, ale w końcu zebrał w sobie wystarczającą siłę by wciągnąć się z powrotem na górę. Tam jednak zdał sobie sprawę, że bez żadnego wsparcia nie jest w stanie stać na własnych nogach.
Wspierając się znów na nogach i rękach, rozglądał się badawczo wokół siebie. Odkrył, że znajdował się na uczęszczanej przez powozy drodze, lecz dokładnie gdzie i jak daleko od domu się znajdował nie wiedział; ani tego, w jakim kierunku powinien teraz iść.
Nagle doszedł do niego odgłos końskich kopyt, i kiedy krzyknął, ‘Pomocy!’, z jego gardła wyszedł ledwie chrypiący skrzek, doznał w tej chwili dławiącego i rozdygotanego strachu.
Wydawało mu się, że znajduje się w jednej linii ze zbliżającym się zwierzęciem, podniósł rękę jakby chciał się zasłonić, ponownie zaczął krzyczeć, ale wysiłek okazał się za duży i opadł na ziemię.
W następnej minucie poczuł, że jest unoszony, usłyszał też głos Roberta i wołanie Fred’a Loam’a ponad nim, Robert mówił, ‘Papo, papo! Och, dzięki ci Boże’, Fred używając silniejszego tembru głosu krzyczał, ‘ Co za przeklęty bajzel. Prawie z nim skończyli. Proszę potrzymać lampy, panie Robercie. To już drugi raz w tym czasie. Był taki jeden niedaleko Catton w zeszłym tygodniu, ale zabrali mu konia, bo o niego im chodziło… On nie usiądzie; będziemy musieli przerzucić go przez siodło.’ …
Gdy znów odzyskał przytomność Matthew poczuł ciepło, gorąco i oblewający go pot. Nie otworzył natychmiast oczu, tylko leżał bezpieczny, w swoim łóżku, miał jednak świadomość intensywności bólu głowy, czuł, że więcej nie zniesie i błagał o kolejną utratę przytomności.
‘Papo, nie śpisz?’
Z ogromnym trudem uniósł powieki i wytężając wzrok dojrzał Margaret.
‘Jak się Papo czujesz?’
Nic nie odpowiedział, tylko przesunął jedną wilgotną wargą o drugą i kiedy wyczuł zbawienną ciecz w filiżance zaczął ją spijać. Po chwili zapytał słabo, ‘Godzina? Która godzina?’
‘Jedenasta… rano. Och, Papo - ’, przypadła do niego, z oczu spływały jej łzy – ‘tak się cieszę… że… że jesteś już w domu. Och, leż spokojnie, nie ruszaj się’. Dotknęła delikatnie jego ramienia. ‘Doktor Arnison niedługo znowu tu przyjdzie’. Przysiadła na brzegu łóżka trzymając jego rękę. ‘Tak się martwiliśmy, kiedy wrócił sam Bob, galopując bez ciebie; wszyscy się baliśmy o ciebie, wszyscy mieszkańcy wioski. Mężczyźni zaczęli poszukiwania… nawet górnicy, oni tak cię cenią, Papo’. Płacz dławił jej głos, pogłaskał łagodnie jej dłoń; zapytał, ‘Gdzie… gdzie mnie znaleźli?’
‘Przy głównej drodze, blisko zatoki. Musiałeś leżeć w kanale, ponieważ John i pan Wheatley okrążali to miejsce dwukrotnie w ciągu nocy’.
‘Nocy?’
‘Tak’ – kiwnęła głową – ‘była druga w nocy, kiedy cię znaleźli’.
Druga. Jego umysł pracował bardzo powoli. Jak długo leżał tam w rowie? Powiedziała, że był blisko zatoki, ale dlaczego tam leżał?
Powoli obrazy poczęły formować się w jego głowie, ujrzał Sally stojącą w drzwiach i mężczyzną za jej plecami. Opuścił ich chatę cały i zdrowy? Wszystko stawało się wyraźniejsze. Wkładał już stopę do strzemienia, kiedy poczuł, że mężczyzna jest tuż za nim; nie miał czasu się odwrócić. Potem już nic nie pamiętał, tylko odgłos kopyt i paniczny strach, że za chwilę będzie stratowany.
Czemu był w domu Bill Warrington? Przez te wszystkie lata, które spędzili razem Sally nigdy się nie myliła. Z wielką dokładnością znała datę, kiedy mąż przyjeżdża i kiedy odjeżdża, a on sam zawsze trafnie odgadywał znaki, jakie mu pozostawiała. Sygnał z wczorajszego ranka był jednoznaczny. Zza zamkniętych powiek ponownie ujrzał mur i ułożenie kamieni. Zaraz przesunął się inny obraz, przypomniał sobie dwóch górników wspinających się na ślizgie wzgórze, droga która zajęła by im więcej czasu by dotrzeć do kopalni niż ich codzienna trasa. Kim byli? Zaczął po omacku szukać w coraz bardziej skołowanej pamięci. Znał ich, myślał o nich obserwując jak znikają mu z oczu. Tak, tak, oczywiście, Shields i Pearman, żartownisie, złośliwi dowcipnisie. Zdawali sobie sprawę z tego, co zrobili? Jakie konsekwencje za sobą to niesie? Czy wyobrażali sobie, że Bill Warrington pokręci wąsem i powie, ‘Niech pan sobie nie przeszkadza, proszę pana. Proszę korzystać’. Jacy ludzie tak postępują? Dlaczego? Dlaczego? Cholernie głupie pytanie; czy potrzeba pytać? Wzięli odwet za to, że zbeształ ich zachowanie. Poza tym, musieli wiedzieć o nim i Sally. Dobry Boże! a myślał, że jest taki sprytny przez te lata.
W głowie mu szumiało; był rozpalony; całe ciało stanęło w ogniu, ciążyła mu głowa, rosła do niesamowitych rozmiarów, rozrastając się na poduszkach…
Ostatnią przytomną myślą było: Niech tylko zaczekają, jak tylko wróci do siebie, rozprawi się z tymi dwoma. Na Boga!, tak będzie, choćby miała to być ostatnia rzecz jaką zrobi w życiu.

Mogłem zginąć. Mogłem zginąć. Mogłem zginąć. Czemu to raz po raz powtarza? Było mu gorąco i bardzo chciało mu się pić, głowa mu pękała.

Mogłem umrzeć. Mogłem umrzeć. Mogłem umrzeć. Świeciła lampa, był wieczór. Kiedy minął dzień?
‘Umieram, John?’
‘Nie, Papo, nie, oczywiście, że nie. Przeziębiłeś się’.

Dzień i noc zmyły się w jedno. Nie minęła chwila nim światło dnia przemieniało się w światło lampy. Minął ból głowy; było mu tylko gorąco i bolało go gardło, tak mocno, że z trudem oddychał. Cieszył się jednak, że z głową było już lepiej, bo tamto cierpienie było nie do zniesienia.

‘Myślisz, że wrócę do zdrowia, Robercie?’
‘Tak, tak, Papo, wrócisz do siebie. Na pewno. Musisz wyzdrowieć, Papo, po prostu musisz’.

‘Witaj, Hannah’.
… ‘Dzień dobry, proszę pana’.
‘No już, już, Hannah, proszę… nie płacz’.
‘Dobrze, nie będę, jeśli obieca mi pan, że nie będzie za dużo mówił’.
‘To.. to nie ma znaczenia, Hannah, czy będę mówił czy nie, teraz to już nie ma żadnego znaczenia. Która to godzina?’
‘Trzecia’.
‘Po południu?’
‘Tak, po południu’.
‘Gdzie są wszyscy?’
‘John i Margaret zeszli właśnie na dół po coś do picia. Robert odpoczywa w moim pokoju’. Skinęła głową w stronę przyległych drzwi.
‘Moja… moja żona?’
‘… Pani odpoczywa w swojej sypialni. Ona… jest bardzo wyczerpana’.
‘Wyczerpana. Wyczerpana… Hannah’.
‘Tak, proszę pana?’
‘Hannah, powiedz ojcze’.
…’Ojcze’.
‘No już, już, moja droga… nie płacz. Wiesz, co? Czuję się… czuję się znacznie lepiej, czuję się silniejszy’.
Przez chwilę nie mogła nic powiedzieć; w końcu, głosem zachrypniętym zupełnie jak jego powiedziała, ‘Och… och, to wspaniale’.
‘Czy zrobisz… zrobisz coś dla mnie, Hannah?’
‘Tak, proszę pana… ojcze, wszystko, wszystko’.
Uczynił ruch, jak gdyby chciał się obrócić na drugą stronę, ale wysiłek był zbyt duży bo leżał oddychając ciężko, dalej kontynuował, ‘Czy.. czy zaniesiesz wiadomość dla pewnej kobiety, mojej znajomej? Nazywa się Sally, Sally Warrington. Mieszka w Lode Cottage. Znasz… drogę.. między zatoką… i kopalnią… Na dole… w szafie’ – uniósł lekko rękę z narzuty w kierunku wielkiej duńskiej szafy, która zajmowała niemal jedną całą ścianę pokoju – pod… pod spodem ostatnia szafka… znajdziesz… znajdziesz woreczek. Dwadzieścia… dwadzieścia suwerenów jest w niej. Proszę cię byś je wzięła… dla niej. To może… może jej pomóc… uciec, i…’
Atak kaszlu chwycił jego pierś i uciął wypowiadane słowa, podniósł jednak palce w stronę szafy, Hannah pospiesznie podeszła tam, otworzyła drzwiczki, przesunęła wieszaki z ubraniami na jedną stronę i przycupnęła na dole macając po omacku deski. Ale wydawały się być mocno przymocowane, zaraz jednak jej dłonie ześlizgnęły się po krawędzi ostatniej. Wyjęła pojedynczą deskę, wygięła się na boku szukając pod spodem nim jej palce nie dotknęły niewielkiej skórzanej sakiewki.
Wróciła do pokoju, wyciągając w jego stronę dłoń z torebką, skinął głową, mówiąc bardzo wolno, ‘Schowaj to… nim... znajdziesz… okazję by iść. Powiedz jej, że ja… ja myślałem o niej. Zrobisz… zrobisz to dla mnie, Hannah?’
‘Tak, tak, zrobię. Cokolwiek, cokolwiek’.
‘Była moją przyjaciółką… rozumiesz, co mam na myśli?’
Patrzyła z góry na niego, w końcu skinęła twierdząco głową. Tak, rozumiała o czym mówił. Ta kobieta była taką przyjaciółką, jaką kiedyś była dla niego jej matka. Nie winiła go za to. Nie, nie, w żadnym wypadku. Mając taką żonę, musiał znaleźć pocieszenie.
Słysząc kroki na schodach wsunęła torebkę za stanik, czuła jak spoczywa na jej piersiach.
Kiedy John i Margaret weszli do pokoju usunęła się na bok, a John rzucając spojrzenie na ojca odwrócił się do Margaret szeptając, ‘Idź po mamę’.
Kiedy Margaret wybiegła z pokoju, Hannah podeszła do jednej strony łóżka i pochylając się nad Matthew, uniosła jego wiotką dłoń w swoje, podniosła ją do twarzy i pogładziła nią delikatnie policzki. Nie widziała go, miała mokrą twarz, ani on nie widział jej, leżał z zamkniętymi oczami; lecz wciąż oddychał.
Stała z boku niedaleko toaletki, kiedy do pokoju wkroczyła Anne Thornton prowadzona przez Margaret i Roberta. Nie chciała czekać i patrzeć na pożegnanie żony z mężem, szybko wyszła do swego pokoju.
Jej pan umierał. Jej ojciec umierał. Człowiek, który zniszczył swoje małżeństwo i życie rodzinne umierał a razem z nim odchodziło jej schronienie. Miała u niego dług którego nigdy nie mogłaby spłacić. Przez te lata pragnęła odpłacić mu za to swoją miłością, musiała ją jednak hamować, nie tylko ze względu na jego żonę, lecz także i młodszą córkę. Pozostali na pewno zrozumieliby i zaakceptowaliby uczucie które tak chciała okazać.
Zapaliła świecę na małym stoliku i usiadła na brzeżku łóżka. Powinna się chyba pomodlić, ale nie mogła, nie znalazłaby słów goryczy i smutku, które mogłaby dzielić z Bogiem, który szafował ludzkim życiem i śmiercią.
Siedziała przez dłuższą chwilę bez ruchu, nie wiedziała nawet jak długo, była świadoma tylko tego, że on odchodzi, odwróciła się teraz i skryła płacz w poduszce.
Po długiej chwili wstała szepcząc do siebie, ‘Och! Panie. Panie. Co się ze mną stanie, teraz, kiedy ciebie już nie ma?’

Koniec części drugiej.
 
 
Gość


Wysłany: Czw 26 Cze, 2008 09:18   

Nie widziałam filmu i nie czytałam książki więc cieszę się, że mogłam przeczytać kolejny odcinek. No teraz Pani Thornton będzie miała pole do popisu, aby odegrać się na Hannah za te wszystkie lata. Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.
 
 
damamama 
nowa wielbicielka DiU oraz JE



Dołączyła: 14 Maj 2008
Posty: 952
Skąd: Rybnik
Wysłany: Czw 26 Cze, 2008 09:19   

Wylogowało mnie, ten gość to ja.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Na stronach naszego forum stosuje się pliki cookies, które są zapisywane na dysku urządzenia końcowego użytkownika w celu ułatwienia nawigacji oraz dostosowaniu forum do preferencji użytkownika.
Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym jest możliwe po właściwym skonfigurowaniu ustawień używanej przeglądarki internetowej.
Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może znacznie utrudnić używanie forum lub powodować błędne działanie niektórych stron.
Brak blokady na zapisywanie plików cookies jest jednoznaczny z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie i używanie przez stronę naszego forum.