North and South - powieść - Tłumaczenia fragmentów powieści "N&S"
Mag - Sob 21 Paź, 2006 19:06
Dzięki Gosiałku.
"Jak to zbrukany?"- ja też nie rozumiem?
Maryann - Nie 22 Paź, 2006 15:02
No bo dla Margaretki fabrykant był kimś z niższej klasy społecznej - podobnie jak Wokulski dla Izabeli. Ona rozumuje kategoriami przejętymi od matki i ciotki - najważniejsze jest URODZENIE. Ktoś, kto nie pochodzi z odpowiedniej rodziny, dorobił się majątku własną pracą, a nie odziedziczył go po przodkach razem z jakimś ładnie brzmiącym tytułem, nie może być dżentelmenem.
Margaret w Thorntonie drażni dodatkowo to, że on nie uważa się z kogoś pochodzącego z niższej klasy, nie próbuje ukrywać, że dorobił się majątku na handlu, wręcz przeciwnie - jest dumny z tego, co osiągnął.
Mimo woli szanuje jego silny charakter i zasady, w jej mniemaniu godne dżentelmena, ale drażni ją jego zawód. Coś jak stwierdzenie Izabeli Łęckiej: "Kupcem można być i można nim nie być"...
Gosia - Pon 23 Paź, 2006 18:17
Rozdział XI
First Impressions (Pierwsze wrazenia)
cz. 2, s. 101
- Och papo, przez to, że wszystko ocenia biorąc za kryterium bogactwo. Kiedy powiedział o sile maszyn, wyraźnie widział je jako nowe sposoby rozszerzenia handlu i zarabiania. A biedni ludzie wokół niego – oni są biedni, bo są zdeprawowani; nie zasługują na jego współczucie, bo nie mają jego żelaznego charakteru i zdolności, które dały mu majątek.
- Nie zdeprawowani, nigdy tak nie powiedział. Lekkomyślni i folgujący swoim słabościom, takich słów użył.
Margaret zbierała robótkę swojej matki i przygotowywała się do pójścia spać. Gdy
opuszczała pokój, zawahała się – skłaniała się do wyznania, które jak sądziła, mogło spodobać się ojcu, ale które aby było pełne i prawdziwe, musiałoby wywołać jego strapienie. Jednak postanowiła je uczynić.
- Papo. Uważam pana Thorntona za bardzo wybitnego człowieka, ale osobiście go nie lubię.
- A ja tak! – powiedział jej ojciec, śmiejąc się – osobiście, jak to nazwałaś. Nie uważam go za bohatera, albo kogoś w tym rodzaju. Ale dobrej nocy, dziecko. Twoja matka wygląda na zmęczoną dziś wieczorem, Margaret.
Margaret z niepokojem obserwowała od pewnego czasu zmęczony wygląd matki i ta uwaga jej ojca spowodowała, że szła do łóżka z obawą kładącą się ciężarem na sercu. Życie w Milton było tak inne od tego, do którego pani Hale była przyzwyczajona w Helstone, gdzie wciąż przebywała na świeżym powietrzu, samo powietrze tutaj wydawało się inne, pozbawione całego swego odświeżającego źródła. Domowe strapienia przygniatały bardzo, i w tak nowej i przykrej formie, wszystkie kobiety w rodzinie, że był powód do obawy, że zdrowie jej matki może stać się zagrożone. Było kilka innych sygnałów czegoś groźnego u pani Hale. Ona i Dixon odbywały tajemnicze narady w sypialni, z których Dixon wychodziła bliska płaczu i w złym nastroju, jak zwykle kiedy jakieś strapienie jej pani wywoływało jej współczucie. Raz Margaret weszła do pokoju wkrótce po tym, jak Dixon go opuściła, i znalazła matkę na kolanach, i kiedy Margaret wymknęła się usłyszała kilka słów, które były wyraźnie modlitwą o siłę i cierpliwość do znoszenia poważnego cierpienia. Margaret zatęskniła za powrotem intymnego zaufania, które zostało przerwane jej długim pobytem u ciotki Shaw i usiłowała pieszczotami i łagodnymi słowami wkraść się do najcieplejszego miejsca w sercu swojej matki. Ale chociaż otrzymywała pieszczoty i czułe słowa w zamian w tak wielkiej obfitości, jaka mogłaby uradować ją dawniej, czuła, że jakiś sekret był przed nią ukrywany, i sądziła, że to ma poważny związek ze zdrowiem matki. Leżała długo tej nocy, rozmyślając jak zmniejszyć zły wpływ miltońskiego życia na matkę. Powinna postarać się o służącą na stałe do pomocy Dixon, gdyby poświęciła swój czas na poszukiwania, matka miałaby całą uwagę, jakiej potrzebowała i do jakiej przywykła przez całe życie. Odwiedzanie biur pośrednictwa pracy dla pomocy domowych, spotkania z wieloma nie nadającymi się osobami i kilkoma nieco bardziej odpowiednimi, zajęło czas Margaret i jej myśli na kilka dni.
Gitka - Wto 24 Paź, 2006 17:49
Tak, Thorton to wybitny człowiek i basta
Gosiu, podziękowanie wielkie Ci składam.
Gosia - Śro 25 Paź, 2006 18:21
Rozdział XI
First Impressions (Pierwsze wrazenia)
cz. 3, s. 102
Pewnego popołudnia spotkała na ulicy Bessy Higgins i zatrzymała się, żeby z nią porozmawiać.
- Bessy, jak się czujesz? Mam nadzieję, że lepiej, teraz gdy wiatr się zmienił.
- Lepiej czy nie, jeśli wiesz, co to znaczy.
- Nie całkiem – odpowiedziała, uśmiechając się.
- Czuję się lepiej, jeśli nie męczy mnie nocami rozrywający na kawałki kaszel, ale jestem znużona i zmęczona Milton i tęsknię za tym, żeby odejść do ziemi „Poślubionej”* i kiedy myślę, że jestem jeszcze tak daleko, coraz dalej od niej, moje serce tonie i nie jest mi lepiej, a raczej gorzej.. – Margaret zawróciła, aby towarzyszyć dziewczynie w jej powolnej wędrówce do domu. Ale przez minutę lub dwie nic nie mówiła. W końcu powiedziała niskim głosem:
- Bessy, czy ty chcesz umrzeć? - Ona sama wzdragała się przed śmiercią czepiając się życia w sposób naturalny dla kogoś młodego i zdrowego.
Teraz Bessy milczała przez minutę lub dwie.
- Gdybyś wiodła takie życie jak moje i była nim tak zmęczona jak ja, i myślała czasami „to może potrwać jeszcze pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat, jak u niektórych”, i była słaba, oszołomiona i zrozpaczona jakby każde z tych sześćdziesięciu lat zakręciło się wokół ciebie kpiąc długością godzin i minut, niekończących się kawałków czasu, oj dziewczyno, powiem ci, byłabyś wdzięczna, gdyby lekarz powiedział, że niestety nie dożyjesz następnej zimy.
- Dlaczego Bessy, jakie było twoje życie?
- Nie gorsze niż wielu innych, jak sądzę. Tylko że ja się przeciwko niemu buntowałam a oni nie.
- Ale jakie było? Wiesz, że jestem tu obca, tak więc być może, nie rozumiem tak szybko, co masz na myśli, niż gdybym mieszkała całe życie w Milton.
- Gdybyś przyszła do nas do domu, tak jak kiedyś obiecałaś, może bym ci opowiedziała, ale ojciec mówi, że jesteś taka jak cała reszta, co z oczu to z serca.
- Nie wiem, kim jest reszta, byłam bardzo zajęta i mówiąc prawdę, zapomniałam o obietnicy.
- Ty to zaproponowałaś, nie prosiliśmy o to.
- Zapomniałam, co wtedy powiedziałam. – mówiła dalej Margaret cicho. – Powinnam była pomyśleć o tym, kiedy byłam mniej zajęta. Może pójdę do ciebie teraz?
Bessy szybko zerknęła na twarz Margaret, żeby zobaczyć czy wyraziła to życzenie zgodnie ze swoimi uczuciami. Przenikliwość w jej oczach przeszła w pełną zadumy tęsknotę, kiedy spotkała miękkie i przyjazne spojrzenie Margaret.
- Nie mam nikogo, kto by tak bardzo dbał o mnie, Jeśli cię obchodzę, możesz przyjść.
Szły więc dalej razem w milczeniu. Gdy weszły na małe podwórze wychodząc z nędznej ulicy, Bessy powiedziała:
- Nie zrażaj się, jeśli ojciec będzie w domu i odezwie się na początku trochę szorstko. Zwróciłaś jego uwagę, dużo myślał o twojej wizycie i tylko dlatego, że cię polubił może być rozdrażniony.
- Nie obawiaj się, Bessy.
*Księga Izaaka: Thou shalt no more be termed Forsaken; neither shall thy land any more be termed Desolate: but thou shalt be called Hephzibah, and thy land Beulah: for the Lord delighteth in thee, and thy land shall be married.
Iz 62-4,5 Nie będą więcej mówić o tobie "Porzucona"*, o krainie twej już nie powiedzą "Spustoszona". Raczej cię nazwą "Moje <w niej> upodobanie"*, a krainę twoją "Poślubiona" [metaforycznie o Jerozolimie]
P.S. Tlumaczenie rozdzialu 12 lezy i kwiczy....dlatego bede teraz wklepywac tekst co drugi dzien
Matylda - Czw 26 Paź, 2006 16:44
Strasznie smutny ten fragment Małgoniu
To straszne , że swoje życie tak podsumowuje młoda osoba, że chce umrzeć....
Gitka - Czw 26 Paź, 2006 17:44
Gosiu, ja też bardzo dziękuję za kolejny fragment.
I tak Cię bardzo ale to bardzo podziwiam.
A następny fragment niech sobie tam leży i kwiczy...
Aż się oswoi
julianna - Czw 26 Paź, 2006 19:19
Gosiu - jestem pełna uznania dla Twojej pracy. Skąd Ty bierzesz czas? A wszystko to po to aby nam sprawić radość! Jesteś Niesamowita!!! Pozdrawiam i dziękuję!
Matylda - Czw 26 Paź, 2006 19:48
Dzięki Gosiu
Gosia - Czw 26 Paź, 2006 22:07
Sama nie wiem, skad biore czas
Fakt, że jak mam się wziąć za coś innego (np. czytanie ksiazki), to myślę sobie: a co z tlumaczeniem ? tam przeciez czekaja na kolejne odcinki
To jest dopiero motywacja!
No i ciągnę ten wóz dalej......
Na szczęście Caroline pomaga mi ciągnąć dyszel
Gosia - Pią 27 Paź, 2006 20:02
Zapomnialabym ze mialam dac dzis kolejny odcinek
Rozdział XI
First Impressions (Pierwsze wrazenia)
cz. 4, s. 104
Ale Nicholasa nie było w domu, kiedy weszły do środka. Duża, niechlujna dziewczyna, młodsza od Bessy, ale wyższa i silniejsza, była zajęta przy balii, potrącając meble szorstkimi, zamaszystymi ruchami i robiąc przy tym tak wiele hałasu, że Margaret wzdrygnęła się ze współczucia dla biednej Bessy, która usiadła na pierwszym krześle kompletnie wycieńczona spacerem. Margaret poprosiła siostrę o filiżankę wody i podczas gdy ta pobiegła, by ją przynieść (przewracając pogrzebacz i krzesło na swojej drodze), rozluźniła paski od czepka Bessy, aby pomóc jej oddychać.
- Czy uważasz, że takie życie jest warte uwagi? – odetchnęła w końcu ciężko Bessy. Margaret nie odpowiedziała, ale przysunęła wodę do jej ust. Bessy wzięła długi, gorączkowy łyk, potem cofnęła się i zamknęła oczy. Margaret usłyszała jak mruczy do siebie:
- Nie będą już głodni ani spragnieni, i nie porazi ich słońce ani żaden upał*.
Margaret schyliła się i powiedziała:
– Bessy, nie niecierpliw się swoim życiem, jakiekolwiek by nie było lub miało jeszcze być. Pamiętaj, kto je tobie dał i uczynił właśnie takim! – Wystraszyła się, kiedy usłyszała, że Nicholas odezwał się za nią. Wszedł przez nią niezauważony.
- Nie pozwolę by mojej córce prawiono kazania. I tak jest z nią niedobrze, z tymi marzeniami i metodystycznymi rojeniami, wizjami miast ze złotymi wrotami i kamieni szlachetnych. Jeśli ją to, bawi pozwalam na to, ale nie zamierzam pozwalać, by wkładano jej jeszcze więcej tego do głowy.
- Ale z pewnością – powiedziała Margaret, odwracając głowę – wierzysz w to, co powiedziałam, że Bóg dał jej życie i zdecydował, jakie to życie ma być.
- Wierzę w to co widzę i w nic więcej. To jest to, w co wierzę, młoda damo. Nie wierzę we wszystko, co słyszę – nie, ani trochę! Słyszałem jak młoda dziewczyna robiła zamęt, chcąc wiedzieć, gdzie mieszkamy i że przyjdzie nas odwiedzić. I moja córka dużo o tym myślała, i rumieniła się wiele razy słysząc dźwięk obcych kroków, kiedy nie wiedziała, że patrzę na nią. Ale w końcu przyszłaś, i jesteś mile widziana, tak długo jak będziesz powstrzymywała się od wygłaszania kazań na temat, o którym nie masz pojęcia. Bessy obserwowała twarz Margaret, usiadła chcąc coś powiedzieć, położyła rękę na ramieniu Margaret w błagalnym geście.
– Nie martw się nim. Tutaj jest wielu ludzi, którzy myślą tak jak on, bardzo wielu. Gdybyś ich słyszała, nie byłabyś nim zdziwiona, to dobry człowiek jakich mało i mój ojciec..., och! - powiedziała, wpadając znowu w rozpacz - ale to co on mówi, czasami powoduje, że bardziej tęsknię do śmierci, niż kiedykolwiek, chcę wiedzieć tak wiele rzeczy, aż nie mogę wytrzymać z ciekawości.
- Biedna dziewczyna, biedna dziewczyna, przysparzam jej strapień, tak, ale człowiek musi mówić prawdę, a jeśli widzę, że wszystko wokół zmierza w złym kierunku w dzisiejszych czasach, ludzie zajmują się sprawami o których nie mają pojęcia, zostawiając w nieładzie rzeczy, które są w zasięgu ręki, to mówię, dajcie spokój rozmowom o religii, zajmijcie się pracą nad tym co widzicie i na czym się znacie. W to wierzę. To jest prosto, łatwe do ogarnięcia i zrobienia.
Ale dziewczyna tym bardziej wstawiała się do Margaret.
- Nie myśl o nim surowo – jest dobrym człowiekiem. Czasami myślę, że byłabym pogrążona w smutku nawet w Mieście Boga, gdyby ojca tam nie było. – Gorączkowe kolory pojawiły się na jej twarzy, a gorączkowy płomień w jej oczach. – Ale ty tam będziesz, ojcze! Będziesz! Och! Moje serce! – Położyła swoją rękę na nim, i bardzo pobladła.
* Ks. Apokalipsy 7,16
Matylda - Pią 27 Paź, 2006 20:47
[i]Słyszałem jak młoda dziewczyna robiła zamęt, chcąc wiedzieć, gdzie mieszkamy i że przyjdzie nas odwiedzić. I moja córka dużo o tym myślała, i rumieniła się wiele razy słysząc dźwięk obcych kroków,[/i]
To wizyta Margaret była bardzo oczekiwana
Dzięki Małgosiu za kolejny fragmencik
achata - Sob 28 Paź, 2006 12:05
| Gosia napisał/a: | Zapomnialabym ze mialam dac dzis kolejny odcinek
Czasami myślę, że byłabym pogrążona w smutku nawet w Mieście Boga, gdyby ojca tam nie było. – Gorączkowe kolory pojawiły się na jej twarzy, a gorączkowy płomień w jej oczach. – Ale ty tam będziesz, ojcze! Będziesz! Och! Moje serce! – Położyła swoją rękę na nim, i bardzo pobladła.
* Ks. Apokalipsy 7,16 |
Bardzo tu ta Bessy egzaltowana i Nicholas też jakis dziwny. Jednak bardziej lubiłam ich w serialu, ale chyba jeszcze się trochę poprawią w swoim stosunku do życia, prawda? Ciągle pamiętam skarpetki pod koniec książki
Gosia - Sob 28 Paź, 2006 12:54
A ja wlasnie tlumacze wizyte pani Thornton u Hale`ów, ze zdradze tajemnice skryby.
Faktycznie Bessy wyglada tu na bardziej zgorzkniala i zdesperowana niz w filmie.
Tam byla chyba bardziej pogodzona z losem.
Edit: Mam dobrą wiadomośc: skonczylam tlumaczyc rozdzial 12 i biore sie za nastepny ...
Mag - Pon 30 Paź, 2006 13:11
Dzięki Gosiałku za Twoją pracę i poświęcenie- kradnąc Twój czas dajemy w zamian tylko słowa ale szczere-DZIĘKI
Gosia - Pon 30 Paź, 2006 18:46
Rozdział XI
First Impressions (Pierwsze wrazenia)
cz. 5, s. 106
Margaret trzymała ją w ramionach i położyła jej znużoną głowę, aby odpoczęła na jej piersi. Odsunęła rzadkie, miękkie włosy ze skroni i przemyła je wodą. Nicholas zrozumiał z przenikliwością miłości wszystkie porozumiewawcze znaki, którymi prosiła o różne przybory, i nawet jej siostra o okrągłych oczach przesunęła się z powolną łagodnością na krótkie „Sza!” Margaret. Niebawem atak, który zwiastował śmierć przeminął, i Bessy ocknęła się i powiedziała:
- Położę się do łóżka, to najlepsze miejsce, ale – chwytając suknię Margaret – przyjdź znowu, wiem, że przyjdziesz, ale powiedz to!
- Przyjdę jutro – powiedziała Margaret.
Bessy oparła się na ojca, który był przygotowany, aby zanieść ją po schodach na górę, ale gdy Margaret wstała, aby odejść, usiłował coś powiedzieć:
- Chciałbym, żeby był Bóg, choćby po to, żeby poprosić go, by cię błogosławił.
Margaret wyszła bardzo smutna i zamyślona.
Spóźniła się na herbatę do domu. W Helstone niepunktualność w porach posiłku była wielką przewiną w oczach matki, ale teraz, tak jak wiele innych małych odstępstw od reguły, przestała irytować i Margaret prawie tęskniła za dawnymi wyrzutami.
- Czy spotkałaś się ze służącą, kochanie?
- Nie, mamo, ta Anne Buckley nie byłaby odpowiednia.
- Powiedzmy, że ja spróbuję – powiedział pan Hale – Każdy już próbował poradzić sobie z tym kłopotem. Teraz pozwólcie mi spróbować. Może będę Kopciuszkiem, który wreszcie założy pantofelek.
Margaret ledwie uśmiechnęła się na ten mały żart, tak była przygnębiona swoją wizytą u Higginsów.
- Co byś zrobił tato? Jak ty byś do tego podszedł?
- Mógłbym zgłosić się do jakiejś dobrej gospodyni, która poleciłaby kogoś kogo zna lub jedną ze swoich służących.
- Bardzo dobrze. Ale musimy najpierw znaleźć naszą gospodynię
- Znalazłaś ją. Lub raczej ona została złapana i schwytamy ją jutro, jeśli będziesz zręczna.
- O czym ty mówisz, panie Hale? – zapytała żona, z rozbudzoną ciekawością.
- Mój idealny uczeń (jak go nazywa Margaret), powiedział mi, że jego matka zamierza odwiedzić panią i pannę Hale jutro. - Pani Thornton – zawołała pani Hale.
- Matka, o której nam opowiadał? – zapytała Margaret.
- Pani Thornton, jedyna matka jaką ma, jak przypuszczam – powiedział pan Hale spokojnie.
- Z przyjemnością się z nią spotkam. Musi być niezwykłą osobą – dodała matka.
- Być może ma kontakty z osobami, które mogą nam odpowiadać i mogą być zadowolone z naszego miejsca. Sprawia wrażenie osoby zaradnej i oszczędnej, którą powinnam lubić jak nikogo z tej rodziny.
- Moja droga – powiedział pan Hale zaniepokojony. – Błagam, nie wychodź z tym pomysłem. Przypuszczam, że pani Thornton jest wyniosła i dumna na swój sposób, tak jak nasza mała Margaret na swój, i woli zapomnieć o dawnych czasach próby, biedy i oszczędności, o których on mówi tak otwarcie. Jestem pewny, w każdym razie, że wolałaby aby obcy nic o tym nie wiedzieli.
- Weź pod uwagę, tato, że nie jestem w żaden szczególny sposób wyniosła, jeśli w ogóle jestem, o co mnie zawsze posądzasz, a ja się z tym nie zgadzam.
- Nie jestem do końca pewien, czy ona jest wyniosła, ale z drobiazgów, które udało mi się od niego pochwycić, wydaje mi się, że tak.
Nie interesowało je to na tyle, by spytać w jaki sposób syn mówił o matce. Margaret chciała tylko wiedzieć, czy musi zostać w domu, aby przyjąć tę wizytę, bo to mogło uniemożliwić odwiedziny u Bessy po południu, żeby zobaczyć jak się czuje, od wczesnego ranka była zawsze zajęta domowymi sprawami, ale potem przypomniała sobie, że na jej matce nie może spoczywać cały ciężar zabawiania gościa.
Mag - Pon 30 Paź, 2006 20:28
I po co matka Jasi szła w odwiedziny?
Czy to było rozpoznanie terenu, czy zagrożenia? A może z opowiadań syna była ciekawa Margarytki? Ona nie szukała towarzystwa i Halowie tu chyba stali niżej, jako uboga rodzina nauczyciela?
Dzięki Gosiałku! :smile:
Gosia - Pon 30 Paź, 2006 22:02
To John nalegal na te odwiedziny, o czym sie dowiemy w nastepnym rozdziale, ze pozwole sobie uprzedzic wypadki.
Pani Thornton wcale nie miala ochoty isc do "tych Hale`ów".
Gosia - Wto 31 Paź, 2006 16:52
Rozdział XII
Morning Calls
(Poranne odwiedziny)
cz. 1, s. 108
Pan Thornton miał niejaką trudność w doprowadzaniu matki do pożądanego stopnia uprzejmości. Nie składała często wizyt, a kiedy to robiła, to z poważnym przekonaniem, że wykonuje swój obowiązek. Jej syn podarował jej powóz, ale nie pozwoliła mu trzymać koni do niego, wynajmowali je na uroczyste okazje, kiedy [pani Thornton] składała poranne i wieczorne wizyty. Dwa tygodnie wcześniej miała konie na trzy dni i wygodnie „załatwiła” wszystkich znajomych, więc teraz to oni mogli narażać się na kłopot i wydatek, by się zrewanżować. Jednak Crampton było zbyt daleko, aby pójść tam pieszo i wielokrotnie pytała syna, czy jego życzenie, żeby złożyła wizytę Hale`om jest na tyle silne, aby znieść wydatek wynajęcia dorożki. Byłaby wdzięczna, gdyby nie było, gdyż, jak mówiła, nie widziała korzyści w zawieraniu przyjaźni i zażyłości ze wszystkimi korepetytorami i nauczycielami w Milton. Być może będzie oczekiwał, że następnym razem złoży wizytę żonie nauczyciela tańca Fanny!
- Tak, matko, jeśli pan Mason i jego żona byliby tak pozbawieni przyjaciół w obcym sobie miejscu jak Hale`owie.
- Och! Nie musisz mówić tak porywczo. Pójdę tam jutro. Chciałam jedynie dokładnie Cię zrozumieć.
- Jeśli zamierzasz pojechać jutro, zamówię konie.
- Nonsens, John. Ktoś mógłby pomyśleć, że śpisz na pieniądzach.
- Nie całkiem, jeszcze. Ale co do koni, zadecydowałem. Ostatnim razem, gdy wzięłaś dorożkę, wróciłaś do domu z bólem głowy z powodu wstrząsów.
- Nigdy się nie skarżyłam na to, jestem tego pewna.
- Nie. Moja matka nigdy się nie skarży – powiedział z odrobiną dumy – więc tym bardziej muszę się o ciebie troszczyć. A co do Fanny, odrobina wysiłku dobrze jej zrobi.
- Ona nie jest z tej samej gliny co ty, John. Mogłaby tego nie znieść.
Pani Thornton zamilkła po tych słowach, jej ostatnie słowa miały związek z tematem, który ją zawstydzał. Czuła podświadomą pogardę dla słabych charakterów, a Fanny była słaba w każdym punkcie, w którym jej matka i brat byli silni. Pani Thornton nie była kobietą skłonną do rozmyślań, jej szybki osąd i twarda stanowczość służyły jej pomocą w długich sporach i dyskusjach z samą sobą. Czuła instynktownie, że nic nie mogło wzmocnić Fanny, tak aby znosiła trudy cierpliwie lub odważnie stawiała im czoła. I chociaż [pani Thornton] skrzywiła się z bólu, gdy zdobyła taką wiedzę o swojej córce, to zaczęła jedynie traktować córkę z współczującą łagodnością, tak ja matki traktują swoje słabe, chorobliwe dzieci. Obcy, nierozważny obserwator mógłby uznać, że zachowanie pani Thornton wobec dzieci oznacza jej dużo większą miłość do Fanny, niż do Johna. Ale ten ktoś głęboko by się mylił. Prawdziwa szczerość, z jaką matka i syn mówili sobie gorzkie słowa prawdy, pokazywała wzajemne przywiązanie dwóch dusz, podczas gdy niespokojna czułość jaką pani Thornton obdarzała córkę, wstyd, który nakazywał jej ukrywać brak u jej dziecka wszelkich znaczących przymiotów, które sama posiadła nieświadomie i które tak wysoko ceniła u innych, ten wstyd, jak mówię, zdradzał brak ciepłych, pewnych uczuć. Nigdy nie nazwała swojego syna innym imieniem, niż John; „kochana” i „droga”, czy podobne słowa były zarezerwowane dla Fanny. Ale jej serce dziękowało za niego we dnie i w nocy i to z jego powodu chodziła z wysoko podniesioną głową między innymi kobietami.
Mag - Wto 31 Paź, 2006 18:09
No właśnie! Byłam pewna, że tak silna kobieta jak pani T. nie może nie zauważyć słabości córki i nie traktowac tego jako wady!
Dzięki pani G. :smile:
Gosia - Czw 02 Lis, 2006 22:03
Rozdział XII
Morning Calls
(Poranne odwiedziny)
cz. 2, s. 110
- Fanny, droga, powinnam dziś mieć konie do powozu, żeby złożyć wizytę tym Hale`om. Nie chciałabyś pojechać, zobaczyć się z nianią? To w tym samym kierunku, a ona tak się zawsze cieszy mogąc cię zobaczyć. Mogłabyś do niej pójść, podczas gdy ja będę u pani Hale.
- Och! Mamo, to jest tak daleko, a ja jestem tak zmęczona.
- Czym? – zapytała pani Thornton, jej brwi lekko się ściągnęły.
- Nie wiem – pogodą, jak sądzę, tak osłabia. Nie mogłabyś przywieźć niani tutaj, mamo? Powóz mógłby ją przywieźć i mogłaby spędzić resztę dnia tutaj, jestem pewna, że jej się to spodoba.
Pani Thornton nic nie powiedziała, ale położyła robótkę na stole i wyglądała na zamyśloną.
- Miałaby długą drogę do przejścia z powrotem nocą. – zauważyła w końcu.
- Och, ależ ja ją wyślę do domu dorożką. Nigdy nie myślałam o tym, żeby wracała pieszo. – w tym momencie wszedł pan Thornton, zanim udał się do fabryki.
- Matko! Nie muszę mówić, że jeśli jest cokolwiek, co mogłoby pomóc pani Hale jako chorej, z pewnością byś to zaproponowała.
- Gdybym o tym wiedziała, zrobiłabym to. Ale nigdy sama nie chorowałam, tak więc nie znam się na zachciankach chorych ludzi.
- Cóż! Jest tu Fanny, której bardzo rzadko nic nie dolega. Mogłabyś może coś zasugerować, Fan?
- Nie zawsze coś mi dolega – powiedziała Fanny opryskliwie – i nie zamierzam iść z mamą. Boli mnie dziś głowa, i nie chcę wychodzić.
Pan Thornton wyglądał na rozdrażnionego. Oczy jego matki skierowane były na robótkę, którą właśnie energicznie zszywała.
- Fanny! Życzę sobie, żebyś pojechała – powiedział stanowczo. – Dobrze ci to zrobi, nie stanie ci się żadna krzywda. Będę zobowiązany, jeśli tam pojedziesz i nie będę musiał nic więcej na ten temat mówić.
Wyszedł pospiesznie z pokoju po wypowiedzeniu tych słów.
Gdyby został minutę dłużej, Fanny rozpłakałaby się słysząc jego rozkazujący ton, chociaż użył słów: „Będę zobowiązany”. W tej sytuacji mogła tylko narzekać.
- John zawsze mówi tak jakbym zmyślała, że jestem chora, a jestem pewna, że nigdy bym czegoś podobnego nie zrobiła. Kim są ci Hale’owie, że on tak trzęsie się nad nimi?
- Fanny, nie mów tak o swoim bracie. Najwyraźniej ma ważne powody, takie lub inne, w przeciwnym razie nie nalegałby, żebyśmy poszły. Pospiesz się i ubierz.
Ale ta mała wymiana zdań między synem i córką nie usposobiła pani Thornton przychylnie wobec „tych Hale`ów”. Jej zazdrosne serce powtarzało pytanie córki. „Kim oni są, że jemu tak zależy, byśmy poświęcały im tyle uwagi”. Powracało jak refren w piosence jeszcze długo potem, gdy Fanny zapomniała o wszystkim przyjemnie podekscytowana perspektywą przejrzenia się w nowym czepku przed lustrem.
Pani Thornton była nieśmiała. W ostatnich latach miała dość wolnego czasu, by wychodzić, ale towarzystwo jej nie bawiło. Z wydawania przyjęć, jak i krytykowania przyjęć wydawanych przez innych czerpała satysfakcję. Ale to zawieranie znajomości z obcymi było czymś zupełnie innym. Była poirytowana, wyglądała bardziej niż zwykle surowo i nieprzystępnie, gdy wchodziła do małego salonu Hale`ów.
Anonymous - Czw 02 Lis, 2006 22:20
| Gosia napisał/a: | | ej zazdrosne serce powtarzało pytanie córki. „Kim oni są, że jemu tak zależy, byśmy poświęcały im tyle uwagi” |
i mamy przyczynę niechęci pani Thornton do Margaret. Jeszcze o niej nie wie, a już jest zazdrosna.
Gosia - Czw 02 Lis, 2006 22:24
Matka wyczula zagrozenie
Anonymous - Czw 02 Lis, 2006 23:14
konkurencję.
Potwierdza się tylko że Jasiek to synuś mamusiny.
Gosia - Pią 03 Lis, 2006 23:03
Rozdział XII
Morning Calls
(Poranne odwiedziny)
cz. 3, s. 111
Margaret była zajęta wyszywaniem małego fragmentu batystu do sukieneczki dziecka Edith. – Licha, nieprzydatna praca. – pani Thornton powiedziała do siebie. O wiele bardziej spodobała się jej robótka na drutach pani Hale, była praktyczna sama w sobie. Pokój był pełen bibelotów, których odkurzanie musiało zabierać dużo czasu, a czas dla ludzi o ograniczonych dochodach to pieniądz. Poczyniła wszystkie te obserwacje, rozmawiając w swój majestatyczny sposób z panią Hale, wypowiadając standardowe formułki, które wielu ludzi wyraża z zawiązanymi oczami. Pani Hale czyniła trochę większe wysiłki formułując odpowiedzi, urzekła ją prawdziwa stara koronka, w którą pani Thornton była ubrana. Koronka - jak później powiedziała do Dixon – ze starego angielskiego wzoru, jakiej nie produkowano od siedemdziesięciu lat, i której nie można było kupić. To musiała być pamiątka rodzinna, wskazywała na to, jakich miała przodków. Tak więc właściciel rodowej koronki zasługiwał na coś więcej, niż ospałe wysiłki bycia układnym wobec gościa, do czego w innym razie ograniczyłaby się w rozmowie pani Hale. Niebawem Margaret, wytężając mózg rozmową z Fanny, usłyszała, że jej matka i pani Thornton podjęły odwieczny temat służących.
- Przypuszczam, że pani nie jest muzykalna – powiedziała Fanny – bo nie widzę pianina.
- Lubię słuchać dobrej muzyki, sama dobrze nie gram, mama i tata nie dbają o to. Tak więc sprzedaliśmy nasze stare pianino, kiedy tu przyjechaliśmy.
- Dziwię się jak można żyć bez niego. To wydaje mi się prawie niezbędne do życia.
- Piętnaście szylingów i trzy pensy tygodniowo oszczędzamy na tym! – pomyślała Margaret – Musiała być [wtedy] bardzo młoda, prawdopodobnie zapomniała o swoich własnych doświadczeniach. Ale w końcu musi wiedzieć o tamtych latach. – Obejście Margaret miało w sobie dodatkową nutę chłodu, kiedy powiedziała:
- Tutaj są dobre koncerty, jak przypuszczam.
- Och, tak! Wyborne! Zbyt tłoczne, to jest najgorsze. Dyrygenci wpuszczają tak bezkrytycznie. Ale można być pewnym, że usłyszy się tam najnowszą muzykę. Zawsze składam duże zamówienie u Johnsona drugiego dnia po koncercie.
- Czy pani lubi nową muzykę po prostu dlatego, że jest nowa?
- Och, wiadomo co jest modne w Londynie w przeciwnym razie śpiewacy nie ściągaliby tego tutaj. Pani była w Londynie, oczywiście.
- Tak – powiedziała Margaret – mieszkałam tam kilka lat.
- Och! Londyn i Alhambra – to dwa miejsca, które chciałabym zobaczyć!
- Londyn i Alhambra!
- Tak! Odkąd przeczytałam „Tales of the Alhambra”* . Nie zna ich Pani?
- Nie sądzę, żebym znała. Ale podróż do Londynu jest naprawdę łatwa.
- Tak, ale jakoś – powiedziała Fanny, ściszonym głosem – mama nigdy sama nie była w Londynie i nie może zrozumieć mojego pragnienia. Jest bardzo dumna z Milton, brudnego, zadymionego miejsca, jak ja je widzę. Mam wrażenie, że nawet podziwia je bardziej właśnie z tego powodu.
- Jeśli to był dom pani Thornton przez parę lat, mogę dobrze zrozumieć jej przywiązanie do niego. – powiedziała Margaret, swoim czystym, dźwięcznym głosem.
- Co pani mówi o mnie, panno Hale? Mogę zapytać?
Margaret nie miała gotowych słów odpowiedzi na to zapytanie, które ją zaskoczyło, tak więc panna Thornton odpowiedziała:
- Och, mamo! My tylko próbowałyśmy wyjaśnić twoje przywiązanie do Milton.
- Dziękuję – powiedziała pani Thornton - Nie sądziłam, że moje naturalne przywiązanie do miejsca, gdzie urodziłam się i wychowałam – i które było odtąd moim domem na wiele lat, wymaga jakiegoś wyjaśnienia.
Margaret była rozdrażniona. Ponieważ Fanny tak tę kwestię postawiła, wydawało się jakby niestosownie rozmawiały o uczuciach pani Thornton, ale także buntowała się przeciw zachowaniu tej damy, która pokazała, że jest urażona.
Pani Thornton odezwała się po chwili przerwy:
- Czy coś pani wie o Milton, panno Hale? Widziała pani którąś z naszych fabryk? Któryś z naszych wspaniałych magazynów?
- Nie! – powiedziała Margaret – Nie widziałam jeszcze żadnego z nich. - Potem, czując, że ukrywając swoją całkowitą obojętność wobec wszelkich tego typu miejsc, nie mówi prawdy, odezwała się:
- Ośmielę się powiedzieć, że tata zabrałby mnie tam, gdybym chciała. Ale nie znajduję przyjemności w oglądaniu fabryk.
- To z pewnością interesujące miejsca – powiedziała pani Hale – ale tam jest zawsze tak dużo hałasu i brudu. Pamiętam jak raz poszłam w jedwabnej sukni lila, zobaczyć jak wyrabia się świece, i suknia została całkowicie zniszczona.
- Bardzo prawdopodobne – powiedziała pani Thornton, w krótki, pełen niezadowolenia sposób. – Pomyślałam jedynie, że jako obcy osiedlający się w mieście, które zdobyło sławę w kraju dzięki specyfice i rozwojowi właśnie tego interesu, moglibyście zdobyć się na odwiedzenie jednego z miejsc, w którym się go realizuje, miejsc unikalnych dla całego królestwa jak mi doniesiono. Jeśli panna Hale zmieni zdanie i raczy zainteresować się miltońskimi fabrykami, mogę jedynie powiedzieć, że będę zadowolona, mogąc postarać się o dostęp do farbiarni lub tkalni lub bardziej prostych czynności przędzalniczych wykonywanych w fabryce mojego syna. Każde udoskonalenie maszyn można, jak przypuszczam, ujrzeć tam w swojej najwyższej doskonałości.
- Cieszę się, że pani nie lubi przędzalni i fabryk, i wszystkich tego rodzaju rzeczy – powiedziała Fanny, szepcząc, gdy wstawała, aby towarzyszyć matce, która żegnała panią Hale szeleszcząc suknią z godnością.
- Sądzę, że chciałabym wiedzieć o nich wszystko, gdybym była panią – powiedziała Margaret cicho.
- Fanny! – powiedziała jej matka, gdy odjeżdżały – będziemy uprzejme dla tych Hale`ów, ale nie zawieraj jednej z tych swoich pochopnych przyjaźni z córką. Widzę, że ona nie jest dla ciebie odpowiednia. Matka wygląda na bardzo chorą, ale wydaje się miłą, spokojną osobą.
- Nie chcę zawierać żadnej przyjaźni z panną Hale, mamo – powiedziała Fanny, nadąsana. – Sadzę, że wykonywałam swój obowiązek rozmawiając z nią i próbując ją zabawić.
- Dobrze. W każdym razie John musi być teraz usatysfakcjonowany.
*„Tales of the Alhambra”, książka amerykańskiego dyplomaty z XIX-go wieku, Washington'a Irving'a, zakochanego w Hiszpanii, który podróżował po Andaluzji w latach 1829-30, napisana w 1831 r.
To ostatni fragment rozdzialu 12.
Kolejny jest w trakcie tlumaczenia, ale obawiam sie, ze w nastepnym tygodniu nie bede w stanie Wam tu nic wklepywac
|
|
|