To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

North and South - powieść - Tłumaczenia fragmentów powieści "N&S"

Gosia - Śro 11 Paź, 2006 22:47

alternatywy ????
Alez skad!
Oddzielam w ten sposob fragmenty rozdzialu przetlumaczone swiezo przeze mnie (duza czcionka) i przelozone przez Alison kilka miesiecy temu (mala czcionka). Te ostatnie byly juz na forum (poprzednim) zamieszczane.

Balbina - Czw 12 Paź, 2006 07:46

Dzięki Gosieńko :thud: i za to oddzielenie też bo wiem gdzie sobie co powklejać
achata - Czw 12 Paź, 2006 10:48

Gosia napisał/a:
Rozdział X
Wrought Iron and Gold
Jej ojciec miał drobną figurę, która sprawiała, że wyglądał na wyższego niż w rzeczywistości, jeśli akurat nie zestawiono jej z wysoką, masywną sylwetką kogoś innego, tak jak teraz. (chyba że znajdował się w towarzystwie kogoś o wysokiej, masywnej sylwetce, tak jak teraz).

O to mi chodziło. Trochę mi to utrudnia czytanie. Jak dla mnie obydwie wersje są ok.

Harry_the_Cat - Czw 12 Paź, 2006 10:51

Gosiu!
Annette - Czw 12 Paź, 2006 11:17

Dziewczyny-Tłumaczki! jesteście niesamowite, poświęcacie tyle czasu na pieczenie tych przepysznych ciasteczek...wielgaśne DZIĘKI :thud: Gdyby nie WY nie doczekałabym się chyba poznania tej cudnej historii(jak dotąd oglądałam tylko kilka krótkich fragmentów serialu i wpadłam po uszy, a nawet po sam czubek głowy :mrgreen: i nie mogę się doczekać obejrzenia całości-cały czas poluję na BBC)
Gosia - Czw 12 Paź, 2006 11:35

Aaaaa! O to chodzi, myslalam ze usunelam wszystkie slady zbrodni :oops: ;)
Juz mowie o co chodzi....
Ja tlumacze rozdzialy, ale poniewaz nie jestem pewna mojej angielszczyzny i czasem mam ogromne watpliwosci podsylam te przeklady do poprawki Caroline, ktora sprawdza i wnosi poprawki, bezposrednio zmieniajac jakies zwroty czy zdanie czy podajac w nawiasie wersje alternatywna.
Ja potem te wersje jakiegos zdania porownuje i wybieram tą ktora mi sie najbardziej podoba (usuwajac ta druga) :lol:
Jednak jak widze niektore alternatywne zwroty zostaly, za co przepraszam :oops:

Harry, fajny gifek :D Dziekuje!

Gosia - Czw 12 Paź, 2006 12:13

Bo ja skromna jestem i zazenowana ;)
achata - Czw 12 Paź, 2006 14:42

Gosia napisał/a:
Jednak jak widze niektore alternatywne zwroty zostaly, za co przepraszam :oops:

Gosiu, to przesada, zebys za cokolwiek przepraszała. Super tłumaczysz i wybacz moje lekkie czepialstwo. Byłam ciekawa i tyle. Do którego rozdziału tłumaczysz?

Joanna - Czw 12 Paź, 2006 18:17

Czytanie powieści w niewielkich fragmentach ma jednak swoje zalety - mając do dyspozycji całość być może na pewne rzeczy nie zwróciłoby się uwagi, a tak każde słowo odbiera się intensywniej , bardziej emocjonalnie.
Gosia - Czw 12 Paź, 2006 19:42

Teraz tlumacze rozdzial XI.
Nie jest jeszcze ustalone, jaki rozdzial kto tlumaczy, bo niektorym tlumaczkom brak permanentnie czasu ;)
W kazdym razie ja biore sie za kolejne rozdzialy, ktore nie zostaly przelozone.

Gosia - Pią 13 Paź, 2006 18:40

Rozdział X
Wrought Iron and Gold

cz. 3, s. 93
[herbatki u Hale`ów i rozmowy pana Thorntona z panem Halem ciąg dalszy]

- I to wyobrażenie siły, ta praktyczna realizacja gigantycznej myśli, pochodzi z mózgu człowieka z naszego miasta. Właśnie ten człowiek nosił to w sobie, aby wspinać się, krok po kroku, do kolejnych cudów i zbliżyć się do jeszcze większych wspaniałości. I ośmielę się powiedzieć, że między nami jest wielu, którzy mogliby, gdyby jego zabrakło, wskoczyć na jego miejsce i poprowadzić dalej tę wojnę, która poskramia i poskramiać będzie wszelką materię (żywioły), by poddała się nauce.
- Twoje pochwały przypomniały mi stare linijki: „Setkę mam kapitanów w Anglii” – powiedział – „tak dobrych, jak dobry był on”
Na ten wypowiedziany przez ojca cytat Margaret spojrzała nagle z pytającym zdumieniem w oczach. Jak mogli przejść z kół zębatych do Chevy Chace`a* ?
- To nie są przechwałki z mojej strony – odpowiedział pan Thornton – to stwierdzenie faktu. Nie zaprzeczam, że jestem dumny, że należę do miasta – czy może powinienem raczej powiedzieć okręgu – którego potrzeby dały początek tak wielkiemu przedsięwzięciu. Wolałbym być człowiekiem utrudzonym, cierpiącym – nawet ponoszącym porażki/przegrywającym i nie odnoszącym sukcesu – tutaj, niż wieść nudne, dostatnie życie w starych, zużytych koleinach, które wy na południu nazywacie arystokratycznym towarzystwem z ich dniami beztroski. Niektórych mleko i miód przepełnia i są niezdolni do wzniesienia się i lotu.
- Pan się myli – powiedziała Margaret, wzburzona tą potwarzą rzuconą na jej ukochane Południe i z pasją obrony, która wywołała zaróżowienie jej policzków i łzy gniewu w oczach.
- Pan nic nie wie o Południu. Jeśli jest tam mniej ryzyka lub postępu, jak przypuszczam, choć nie mogę powiedzieć, że mniej emocji/choć mogę powiedzieć, że nie mniej emocji) – wynikających z ducha hazardu właściwego dla handlu, który wydaje się konieczny do przeforsowania (wymuszenia) tych wspaniałych wynalazków, tam także jest mniej cierpienia. Widzę tu ludzi na ulicach przybitych z powodu jakiegoś doskwierającego smutku lub troski – którzy nie tylko cierpią, lecz także nienawidzą. Na Południu mamy naszych biednych, ale nie ma tak strasznego wyrazu na ich obliczach spowodowanego posępnym poczuciem niesprawiedliwości, który widzę tutaj. Pan nie zna Południa, panie Thornton. – zakończyła, i zapadła w zdecydowane milczenie, zła na siebie za to, że tak dużo powiedziała.
- Czy wobec tego ja mogę powiedzieć, że pani nie zna Północy? – zapytał, z niewypowiedzianą łagodnością w głosie, gdyż widział, że naprawdę ją zranił. Ona wciąż stanowczo milczała, tęskniąc za ulubionymi miejscami, które zostawiła daleko w Hampshire, z namiętną nostalgią, która sprawiła, że jej głos byłby nierówny i drżący, gdyby przemówiła.

* „Chevy Chase” ballada angielska z XVI w., ktora ma wiele wersji. Poświęcona generalnie bitwie o Otterburn w XIV w.
http://en.wikipedia.org/wiki/Ballad_of_Chevy_Chase

Fragment zawierający ten cytat:
"God have mercy on his soul,’ said King Harry,
‘Good Lord, if thy will it be!
I’ve a hundred captains in England,’ he said,
‘As good as ever was he:
But Percy an I brook my life,
Thy death well quit shall be.’ "

ewelinka - Sob 14 Paź, 2006 09:23

Biedna Margaret nawet sobie nie próbuję wyobrazić co czuła przecież poruszył jej najczulszy punk :sad: Ach Thornton więcej taktu
Joanna - Sob 14 Paź, 2006 09:55

"...zapytał z niewypowiedzianą łagodnością w głosie..."?- w filmie to on wyglądał na lekko wnerwionego raczej...
achata - Sob 14 Paź, 2006 22:32

ewelinka napisał/a:
Biedna Margaret nawet sobie nie próbuję wyobrazić co czuła przecież poruszył jej najczulszy punk :sad: Ach Thornton więcej taktu

Witaj znowu Ewelinko! Miło cię widzieć.
Trochę dziwnie Thronton wyparzył, ale Małgosia nie powinna tej uwagi brac tak do siebie. Dotyczyla ona Londynczyków i towarzystwa, którego ona też nie znosiła

Gosia - Pon 16 Paź, 2006 17:15

Rozdział X
Wrought Iron and Gold

cz. 4, s. 94
[herbatki u Hale`ów i rozmowy pana Thorntona z panem Halem ciąg dalszy]

- W każdym razie – powiedziała pani Hale – przyzna pan, że Milton jest dużo bardziej zadymione i brudne, niż miasta, które spotka pan na Południu.
- Obawiam się, że muszę stracić nadzieję na to, że będzie czyste. – powiedział pan Thornton, z z krótkim błyskiem uśmiechu – ale parlament rozkazał nam spalać nasz dym, tak więc sądzę, że jak małe grzeczne dzieci, powinniśmy zrobić, co nam nakazano, pewnego dnia.
- Ale Pan mówił, że Pan zmienił swoje kominy tak aby pochłaniały dym, czyż nie? – zapytał pan Hale.
- Moje zostały zmienione moją własną wolą, zanim parlament wmieszał się do sprawy. To był pilny wydatek, ale zwraca się w oszczędności węgla. Nie jestem pewny czy bym to zrobił, gdybym czekał aż akt zostanie uchwalony. Pewnie powinienem był czekać aż na mnie doniosą i ukarzą grzywną, przysporzą kłopotów w zyskach, co mogło się zgodnie z prawem stać. Ale wszystkie prawa, których egzekwowanie zależy od donosicieli i grzywien, popadają w bezwład z powodu ohydy działań rządu. Wątpię czy jest komin w Milton, na który w ciągu ostatnich pięciu lat doniesiono, chociaż są takie, które wciąż wysyłają 1/3 węgla tworząc to co tutaj nazywamy nieparlamentarnym dymem.
- Ja tylko wiem, że to niemożliwe utrzymać muślinowe zasłonki czyste ponad tydzień, podczas gdy w Helstone mieliśmy je przez miesiąc i więcej, i one pod koniec tego okresu wcale nie wyglądały na brudne. A co do rąk – Margaret, jak wiele razy mówiłaś, że musiałaś myć ręce tego ranka przed dwunastą? Trzy razy?
- Tak, mamo.
- Wydajesz się mieć silne obiekcje wobec aktów parlamentu i całej legislacji dotyczącej twojego sposobu zarządzania tutaj w Milton – powiedział pan Hale.
- Tak, mam, i wielu innych ma również. I słusznie, jak sądzę. Cała machina – i nie mam tu na myśli maszyn z drewna i żelaza – przemysłu bawełnianego jest młoda, więc nic dziwnego, że nie zawsze dobrze działa we wszystkich swoich częściach. Co było siedemnaście lat temu? I co jest teraz? Surowe materiały połączyły się w jedno, ludzie o jednakowym statusie jeśli chodzi o edukację i pozycję społeczną zajęli nagle różne miejsca jako panowie i robotnicy zawdzięczając to rozumowi, a także okazjom i możliwościom, które niektórzy dostrzegli, i które sprawiły, że przewidzieli jak wielka przyszłość skrywała się w prostym projekcie Sir Richarda Arkwrighta*. Gwałtowny rozwój tego, co można nazwać nowym przemysłem, dał tym wczesnym fabrykantom ogromną władzę, bogactwa i przewodzenie. Nie mam tu na myśli tylko władzy nad robotnikami, ale władzę nad nabywcami, nad całym światowym rynkiem. Mogę podać państwu jako przykład ogłoszenie, jakie ukazało się niecałe pięćdziesiąt lat temu w miltońskiej gazecie, taki to a taki (jeden z połowy tuzina ówczesnych farbiarzy perkalu) zamyka swój skład w południe każdego dnia, niech więc wszyscy nabywcy przybędą przed tą godziną. Proszę sobie wyobrazić człowieka, który w taki sposób dyktuje czas, kiedy będzie sprzedawał, a kiedy nie. Teraz, gdyby dobry klient postanowił przyjść o północy, wstałbym i czekał na niego z kapeluszem w ręce, żeby odebrać zamówienie.
Wargi Margaret skrzywiły się pogardliwie, ale coś zmuszało ją do słuchania, nie mogła dłużej pogrążać się w swoich myślach.

*Sir Richard Arkwright: (1732 - 1792) urodzony w biednej rodzinie własną pracą dorobił się niewielkiego majątku, który zainwestował w produkcję przędzy bawełnianej. W 1771 r. otworzył pierwszą fabrykę, w której zastosował maszynę przędzalniczą, napędzaną kołem wodnym. Wytwarzała ona duże ilości mocnej przędzy bawełnianej, z której można było wyrabiać tkaniny nieustępujące indyjskim. Arkwright założył później wiele fabryk przędzalniczych i tkackich. Dorobił się ogromnego majątku. Stał się angielskim bohaterem narodowym, wzorem nowoczesnego przedsiębiorcy self-made mana.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Richard_Arkwright


P.S. Bardzo dziekuje Caroline za pomoc w tlumaczeniu tego fragmentu.

Mag - Pon 16 Paź, 2006 20:07

Już wtedy mądrzy handlowcy wiedzieli,że klient nasz pan!
Gosia - Śro 18 Paź, 2006 20:21

Rozdział X
Wrought Iron and Gold

cz. 5, s. 96
[herbatki u Hale`ów i rozmowy pana Thorntona z panem Halem ciąg dalszy]

- Opowiadam o tych rzeczach tylko po to, aby pokazać prawie nieograniczoną siłę, jaką mieli fabrykanci na początku tego wieku. Ludziom zawróciło to w głowach. Ponieważ człowiek odniósł sukces w swoich przedsięwzięciach, nie było powodu, żeby we wszystkich innych sprawach jego umysł mógł zostać zrównoważony. Przeciwnie, jego poczucie sprawiedliwości i prostota były często zupełnie zduszone przez nadmiar bogactwa, które spadło na niego, rozgłaszano dziwne opowieści o dzikiej ekstrawagancji życia spędzanego na rozrywkach tych wczesnych bawełnianych lordów. Nie może być wątpliwości, co do tyranii jaką stosowali wobec robotników. Zna Pan przysłowie, panie Hale: „Posadź żebraka na koniu, a pojedzie do diabła” – niektórzy z tych wczesnych fabrykantów pojechali do diabła we wspaniałym stylu – miażdżąc ludzkie kości i ciała pod kopytami swoich koni, bez wyrzutów sumienia. Ale przyszłość przyniosła reakcję, było więcej fabryk, więcej panów, potrzebowano coraz więcej robotników, siły robotników i panów zrównoważyły się, teraz bitwa toczy się bardziej sprawiedliwie. Będziemy z trudem podporządkowywać się decyzjom sędziów, a tym bardziej ingerencjom osób wścibskich posiadających jedynie powierzchowną wiedzę o prawdziwych faktach w tej sprawie, chociażby ci wścibscy nazywali się Wysoką Izbą Parlamentu.
- Czy trzeba nazywać to wojną klas? – zapytał pan Hale. – Wiem, że ten termin, którego używasz, najlepiej oddaje rzeczywisty stan rzeczy zgodnie z twoim osądem.
- To prawda, i jestem przekonany, że jest to o tyle konieczne, o ile rozwaga, mądrość i dobre prowadzenie się zawsze pozostają w konflikcie z ignorancją i brakiem zapobiegliwości. Jedną z najpiękniejszych zalet naszego systemu jest to, że każdy robotnik może własnym wysiłkiem i staraniem wznieść się do pozycji pana, że w istocie każdy kto zachowuje się przyzwoicie i rozsądnie i dba o swoje obowiązki, dołącza do naszego grona, może nie zawsze jako pan, ale jako zarządca, kasjer, księgowy, kancelista, jeden z tych, którzy stoją po stronie prawa i porządku.
- Pan uważa wszystkich, którym się nie udało z jakiegokolwiek powodu, za swoich wrogów, jeśli dobrze Pana zrozumiałam – powiedziała Margaret czystym, chłodnym głosem.
- Jako ich własnych wrogów, z pewnością – powiedział szybko, ani trochę nie dotknięty pełną dezaprobaty formą jej wypowiedzi i tonem, w jaki wypowiedziała tę sugestię. Ale za chwilę w swojej szlachetnej szczerości uczuł, że jego słowa były lichą i wykrętną odpowiedzią na to co powiedziała, więc niech będzie tak pogardliwa jak jej się podoba, on uważał za swój obowiązek wyjaśnić tak szczerze jak potrafił, co miał na myśli. Ale trudno było odsunąć jej interpretację i pokazać, jak różni się od tego, co miał na myśli. Najlepiej mógłby zilustrować to, co chciał powiedzieć, opowiadając im coś z własnego życia, ale czy to nie było zbyt osobiste mówić o tym obcym? Był to jednak prosty, szczery sposób wyjaśnienia jego zdania, tak więc odkładając na bok nieśmiałość, która wywołała chwilowy rumieniec na jego ciemnych policzkach, powiedział:
- Ja nie mówię tego, opierając się na książkach. Szesnaście lat temu mój ojciec zmarł w bardzo nieszczęśliwych okolicznościach. Zostałem zabrany ze szkoły i musiałem stać się mężczyzną (tak jak mogłem) w kilka dni. Mam matkę, jaką niewielu miało błogosławieństwo mieć, kobietę dużej siły i zdecydowania. Pojechaliśmy do małego wiejskiego miasta, gdzie życie było tańsze niż w Milton, i tam zatrudniłem się w sklepie tekstylnym (świetne miejsce, swoją drogą, aby otrzymać wiedzę o materiałach). Z tygodnia na tydzień nasze dochody osiągnęły piętnaście szylingów, z których utrzymać musiały się trzy osoby. Moja matka tak sobie radziła, że mogłem odkładać regularnie trzy z tych piętnastu szylingów. To był początek, to nauczyło mnie wyrzeczeń. Teraz gdy mogę zapewnić mojej matce wygodę stosowną dla jej wieku, a nie na jej własne życzenie, dziękuję jej po cichu za każdą okazję, jaką mi dała do wczesnego treningu. Teraz kiedy czuję, że w moim własnym przypadku to nie jest kwestia powodzenia ani zalet, ani talentów – ale po prostu nawyki, które nauczyły mnie gardzić pobłażliwością, na którą się nie zasłużyło – w istocie, nie zastanawiać się na nią – sądzę, że cierpienie, które, jak panna Hale mówi, wyryte jest na twarzach ludzi z Milton, jest naturalną karą za nieuczciwe korzystanie z przyjemności w dawnym życiu. Nie uważam ludzi pobłażających sobie za godnych mojej nienawiści, patrzę na nich z pogardą z powodu miernoty ich charakterów.
- Ale miał Pan podstawy dobrej edukacji - zauważył pan Hale – przenikliwość, z jaką czyta pan Homera pokazuje mi, że nie jest to książka, której pan nie znał, czytał ją pan wcześniej, teraz przywołuje pan tylko dawną wiedzę.
- To prawda – zajmowaliśmy się nim trochę w szkole, pozwolę sobie powiedzieć, że nawet uważano mnie za niezłego łacinnika, choć od tego czasu łacina i greka wywietrzały mi z głowy. Ale pytam Pana, jakie dało mi to przygotowanie do życia, które teraz prowadzę? Żadne. Jeśli chodzi o edukację, każdy człowiek, który umie czytać i pisać może konkurować ze mną w zakresie użytecznej wiedzy, jaką od tego czasu zdobyłem.
- Nie zgadzam się z Panem. Ale mam trochę z pedanta. Czy przypomnienie heroicznej prostoty życia z Homera nie było dla pana zachętą?
- Ani trochę – wykrzyknął pan Thornton, śmiejąc się.- Byłem zbyt zajęty, aby myśleć o jakichś zmarłych ludziach, gdy życie wokół mnie było tak trudne w walce prowadzonej łeb w łeb o kawałek chleba. Teraz kiedy moja matka jest bezpieczna i wiedzie spokojne życie, należne jej wiekowi, które jest nagrodą za jej dawne wysiłki, mogę zwrócić się do tych starych opowieści i w pełni się nimi cieszyć.
- Cóż, moja uwaga wzięła się z zawodowego przekonania, że wszystko pochodzi z jednego źródła. – odpowiedział żartobliwie pan Hale.

[fragment przetłumaczony:
[„Pan Thornton o Margaret”]

Kiedy pan Thornton wstał do wyjścia, po uściśnięciu dłoni pani i pana Hale, zwrócił się do Margaret, chcąc się z nią pożegnać w podobny sposób. W tym miejscu był to szczery i naturalny zwyczaj, typowy dla dobrych znajomych, ale Margaret nie była na to przygotowana. Skinęła tylko głową na pożegnanie. Wprawdzie nagle zobaczyła dłoń w połowie wyciągniętą, ale dłoń szybko się cofnęła, było jej przykro, że w porę nie zdała sobie sprawy z intencji tego gestu. Pan Thornton jednakże, nic nie wiedział o jej żalu, więc wyprostował się do swojej pełnej wysokości i wyszedł. Opuszczając dom mruczał do siebie:
- W życiu nie widziałem bardziej dumnej i nieprzyjemnej dziewczyny. Nawet jej wielka uroda jest niczym wobec tego pogardliwego sposobu bycia.

Gitka - Czw 19 Paź, 2006 17:45

..."Był to jednak prosty, szczery sposób wyjaśnienia jego zdania, tak więc odkładając na bok nieśmiałość, która wywołała chwilowy rumieniec na jego ciemnych policzkach..."

Jednak Thorton miał odwagę opowiadając tyle o sobie.
Zawsze mnie denerwuje w tej scenie matka Margaret, która mu wyrzuca tą szczerość w rozmowie. Nie bardzo ją rozumiem, ale to były przecież inne czasy...

Gosiu, bardzo, bardzo dziękuję.
Co ta powieść ma w sobie, że się wcale nie nudzi? :wink:
Thortona, Thortona, Thortona.... :mrgreen:

Gosia - Czw 19 Paź, 2006 18:49

No Thornton jest interesujacym zjawiskiem w tej powiesci ;)
Matylda - Czw 19 Paź, 2006 19:16

Gosia napisał/a:
No Thornton jest interesujacym zjawiskiem w tej powiesci ;)


Podpisuję się pod tym dwoma ręcami
Ale myslę sobie , że brylantami to naszej Margaretki nie bedzie obsypywał.......
Qurcze jak ktoś żyje odmawiając sobie przez całe życie wszystkiego to chyba mu coś takiego już zostaje ??? :? ??:

malmik - Czw 19 Paź, 2006 19:30

Matylda napisał/a:


Ale myslę sobie , że brylantami to naszej Margaretki nie bedzie obsypywał.......
Qurcze jak ktoś żyje odmawiając sobie przez całe życie wszystkiego to chyba mu coś takiego już zostaje ??? :? ??:


Jakbym miała wyłączność na takiego Jaśka to chyba olałabym brylanty.

Harry_the_Cat - Czw 19 Paź, 2006 19:41

Matylda napisał/a:
Qurcze jak ktoś żyje odmawiając sobie przez całe życie wszystkiego to chyba mu coś takiego już zostaje ???

To zależy. Fanny nie żałował, jesli chodzi o ślub. No i domu skromnego też nie mieli.

malmik napisał/a:
Jakbym miała wyłączność na takiego Jaśka to chyba olałabym brylanty.

Pewnie, na co komu brylanty? Mi by wystarczyło gdyby mi tylko o nich opowiadał głosem RA... :thud:

Matylda - Czw 19 Paź, 2006 19:41

To chyba do czasu :wink:
Kobiety lubią "brylanty"

Anonymous - Czw 19 Paź, 2006 20:11

Matylda napisał/a:
Qurcze jak ktoś żyje odmawiając sobie przez całe życie wszystkiego to chyba mu coś takiego już zostaje ??? :? ??:


Albo wręcz przeciwnie, to zależy od człowieka. Czasami jak już się coś ma, to się z tego korzysta na zapas, bo jutro może nie będzie...

Gosia - Pią 20 Paź, 2006 17:24

No to ruszamy z 11 rozdzialem :D

Rozdział XI
First Impressions (Pierwsze wrazenia)

cz. 1, s. 99

- Margaret – powiedział pan Hale, gdy wrócił po odprowadzeniu gościa po schodach na dół – z niepokojem obserwowałem twoją twarz, gdy pan Thornton wyznał, że był subiektem. Wiedziałem o wszystkim od pana Bella, tak więc byłem świadomy tego, co zamierza powiedzieć, ale obawiałem się, że wstaniesz i opuścisz pokój.
- Och, tato! Nie uważasz mnie chyba za tak nierozsądną? Naprawdę podobała mi się ta jego opowieść o sobie, to było lepsze niż cokolwiek innego, co powiedział. Wszystko inne oburzało mnie z powodu jego nieczułości, ale o sobie mówił tak prosto – bez pretensjonalności, która czyni kupców wulgarnymi, i z takim czułym szacunkiem dla swojej matki, że byłam mniej skłonna opuścić pokój, niż wtedy kiedy chełpił się Milton, jakby nie było innego takiego miejsca na świecie; lub spokojnie przyznawał się do pogardy dla ludzi za ich beztroskę, rozrzutność, brak zapobiegliwości, bez cienia namysłu, że to jego obowiązek, aby spróbować uczynić ich innymi – przekazać im choć trochę nauki, którą matka dała jemu, do czego zobowiązuje go jego pozycja, jakakolwiek by nie była. Nie! To jego wyznanie, że był subiektem, podobało mi się najbardziej.
- Zadziwiasz mnie, Margaret – powiedziała jej matka – Ty która zawsze oskarżałaś ludzi, którzy byli kupcami w Helstone! Nie sądzę, panie Hale, żebyś zrobił właściwie wprowadzając taką osobę do nas bez uprzedzenia nas o tym, kim on był. Naprawdę obawiałam się okazać mu, jak bardzo byłam wstrząśnięta pewnymi fragmentami tego co powiedział. Jego ojciec „zmarł w nieszczęsnych okolicznościach”. To mogło nastąpić w przytułku.
- Nie jestem pewny czy to nie było gorsze, niż gdyby nastąpiło w przytułku. – odpowiedział jej mąż. – Słyszałem dużo o jego poprzednim życiu od pana Bella, zanim tu przyjechaliśmy, i skoro on powiedział wam część, ja wypełnię to co pominął. Jego ojciec spekulował na wielką skalę, zbankrutował a potem popełnił samobójstwo, bo nie mógł znieść hańby. Wszyscy dawni przyjaciele wycofali się, gdy wyszły na jaw nieuczciwe spekulacje, dokonywane za pieniądze innych ludzi – szalone, desperackie próby odzyskania części własnego majątku. Nikt nie przyszedł z pomocą matce i chłopcu. Było jeszcze jedno dziecko, jak sądzę, dziewczynka, zbyt młoda, żeby zarabiać, ale oczywiście trzeba ją było utrzymać. W końcu, żaden z przyjaciół się nie pojawił, a pani Thornton nie należy do osób, które czekałyby aż niespieszna życzliwość odnajdzie do nich drogę. Tak więc opuścili Milton. Wiem, że on poszedł do sklepu i że jego zarobki, z pewną częścią majątku zabezpieczonego dla matki, utrzymywały ich przez długi czas. Pan Bell powiedział, że przez lata żyli dosłownie na owsiance – w jaki sposób, nie wie, ale długi czas po tym, jak wierzyciele stracili nadzieje na spłacenie długów starego pana Thorntona (jeśli w ogóle mieli nadzieję, po jego samobójstwie), ten młody człowiek powrócił do Milton i pojechał do każdego wierzyciela, płacąc mu pierwszą ratę należnych pieniędzy. Bez rozgłosu – nie zbierając razem wierzycieli, uczynił to po cichu i spokojnie, ale wszystko zostało w końcu spłacone z materialną pomocą, jaką było przyjęcie pana Thorntona przez jednego z wierzycieli, zrzędliwego, starego człowieka (jak mówi pan Bell), na kogoś w rodzaju partnera.
- To naprawdę wspaniałe. – powiedziała Margaret - Jaka wielka szkoda, że taki charakter został zbrukany przez pozycję fabrykanta w Milton.
- Jak to zbrukany? – zapytał jej ojciec.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group