To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

North and South - powieść - Tłumaczenia fragmentów powieści "N&S"

Gitka - Wto 03 Paź, 2006 00:15

O Higgins! Bardzo lubię o nim czytać :lol:
Gosiu, bardzo dziękuję.

Gosia - Wto 03 Paź, 2006 16:53

Rozdział VIII
Home Sickness (Tęsknota za domem) cz. 6, s. 82

Pewnego dnia Margaret i jej ojciec wyszli daleko na pola, które leżały wokół miasta, była wczesna wiosna i zebrała trochę kwiatów z żywopłotów i kanałów, fiołków, pszonek i tym podobnych z niewypowiedzianym żalem w sercu na myśl o słodkiej obfitości kwiatów na Południu. Ojciec opuścił ją, gdyż musiał iść do Milton w jakiejś sprawie.

W czasie drogi do domu spotkała swoich skromnych przyjaciół.
Dziewczyna patrzyła tęsknie na kwiaty i Margaret kierowana nagłym impulsem ofiarowała jej je. Blade niebieskie oczy rozjaśniły się kiedy je wzięła, a ojciec odpowiedział za nią:
- Dziękuję panienko. Te kwiaty będą wiele znaczyły dla Bessy, będą z pewnością, a dla mnie wiele znaczy panienki uprzejmość. Nie jest panienka stąd jak sądzę?
- Nie! – powiedziała Margaret, wzdychając – pochodzę z Południa, z Hampshire – kontynuowała, trochę obawiając się że zrani jego uczucia, gdy wymieni nazwę, której on nie zna.
- To za Londynem, jak przypuszczam? Ja pochodzę z Burnley-ways, 40 mil na Północ. Widzisz, Północ i Południe spotkały się i stworzyły coś w kształcie przyjaźni w tym wielkim zadymionym miejscu.
Margaret zwolniła kroku idąc obok mężczyzny i jego córki, których kroki były dostosowane do słabości tej ostatniej. Przemówiła do dziewczyny, w tonie jej głosu była nuta czułego współczucia, która trafiała prosto do serca ojca.
- Boję się, że nie jesteś bardzo silna
- Nie – powiedziała dziewczyna – i nigdy nie będę.
- Wiosna nadchodzi – powiedziała Margaret, jakby mając nadzieję wywołać przyjemne, pełne nadziei myśli.
- Wiosna ani lato nic dobrego mi nie przyniosą – powiedziała spokojnie dziewczyna.
Margaret spojrzała na mężczyznę, niemal oczekując jakiegoś sprzeciwu albo uwagi, która mogłaby złagodzić zupełny brak nadziei córki. Ale zamiast tego on dodał
- Obawiam się, że ona mówi prawdę. Boję się, że jest z nią już bardzo źle.
- Będę mieć wiosnę tam dokąd zmierzam i kwiaty, i amaranty, i błyszczące szaty poza tym.
- Biedna dziewczyna, biedna dziewczyna! – powiedział jej ojciec niskim głosem – Nie jestem tak pewny tego, ale dla niej to pociecha, biedna dziewczyno. Biedny ojciec. To nastąpi wkrótce.
Margaret była zaszokowana tymi słowami, zaszokowana ale nie oburzona, była raczej zaintrygowana.
- Gdzie mieszkacie? Sądzę, że to musi być w pobliżu, spotykamy się tak często na tej drodze.
- Zatrzymaliśmy się na Frances Street, drugi zakręt na lewo, gdy miniesz Goulden Dragon.
- A twoje nazwisko? Musiałam go nie zapamiętać.
- Nie wstydzę się swego nazwiska. Nicholas Higgins. Ona nazywa się Bessy Higgins. Czemu pytasz?
Margaret zaskoczyło to ostatnie pytanie, w Helstone to było zrozumiałe po takich pytaniach, że ona zamierza złożyć wizytę jakiemuś biednemu sąsiadowi, o którego nazwisko zapytała.
- Sądzę... zamierzałam was odwiedzić – nagle poczuła się zawstydzona, proponując tę wizytę, bez żadnej innej przyczyny poza grzecznym zainteresowaniem obcymi. Wydawało się, że to przybrało kształt impertynencji z jej strony, czytała to w oczach tego człowieka.
- Nie lubię obcych w swoim domu – ale potem łagodząc słowa, gdy zauważył jej wzburzenie, dodał – jesteś obca, jak ktoś mógłby powiedzieć, i być może nie znasz wielu ludzi tutaj, ale dałaś mojej córce kwiaty, możesz przyjść, jeśli zechcesz.
Margaret była trochę rozbawiona, trochę rozdrażniona ta odpowiedzią. Nie była pewna czy może pójść tam gdzie pozwolenie zostało dane w taki sposób. Ale kiedy weszli do miasta na Frances Street, dziewczyna zatrzymała się na chwilę i powiedziała:
- Nie zapomnij przyjść zobaczyć się z nami.
- Tak, tak – powiedział ojciec, niecierpliwie – przyjdź. Może jesteś teraz trochę urażona, bo myślisz, że mogłem wyrażać się nieco grzeczniej, ale jak się namyślisz, przyjdziesz. Mogę czytać w jej dumnej pięknej twarzy jak w książce. Pospiesz się, Bess, dzwonią w fabryce.

Margaret poszła do domu, zdumiewając się swoimi nowymi przyjaciółmi i uśmiechając się na myśl o intuicji tego człowieka, który przeniknął w jej umysł.
Od tego dnia Milton stało się dla niej pogodniejszym miejscem. To nie długie, ponure, słoneczne dni wiosny, ani czas pogodzenia się z miastem, gdzie zamieszkała. To dlatego, że znalazła ludzkie zainteresowanie.

Mag - Wto 03 Paź, 2006 19:09

Dzielny Higgins i jeszcze dzielniejsza Bessy!

Dzięki Gosiałku :thud:

przecinek - Wto 03 Paź, 2006 19:17

Jaka smutna jest Bessy w tym fragmencie, taka pogodzona ze swoim losem i brak jej tej pogody ducha i poczucia humoru jaki miała w filmie. A dialog o koszyku - czy to był pomysł scenarzystów, czy pojawi się później?
Gosiu, bardzo dziękuję za tłumaczenia.

Gitka - Śro 04 Paź, 2006 09:13

Piękny fragment, dziękuję Gosiu :lol:
Gosia - Śro 04 Paź, 2006 17:22

Ponieważ wczoraj był duży fragment, dzis dietka :lol:

Prawdziwy powod jest jednak taki, ze nie mam jeszcze przelozonego 10 rozdzialu, nie mialam ostatnio czasu :roll:

A rozdzial 9 zamieszcze jutro :D

Harry_the_Cat - Śro 04 Paź, 2006 18:04

No worries, Gosiu. I tak padamy z wdzięcznści na kolana pred Tobą... :thud:
Anonymous - Czw 05 Paź, 2006 00:00

i ja tez :D
Balbina - Czw 05 Paź, 2006 07:33

Ja też :thud:
julianna - Czw 05 Paź, 2006 10:48

i ja też, oczywiście:-)
nicol81 - Czw 05 Paź, 2006 13:02

Z zapamiętaniem śledzę ożywającą na moich oczach książkę i jestem zachwycona. Dziewczyny należą się Wam ode mnie ogromne podziękowania.. więc dziękuję za to, że codziennie z taką radoscią wchodzę na to forum i pochłaniam każde nowe zdanie losów tych dwojga....

Wielkie dzięki.

Alison - Czw 05 Paź, 2006 14:42

Cała przyjemność po naszej stronie :mrgreen:
Gosia - Czw 05 Paź, 2006 18:45

Rozdział IX
Dressing for tea
s. 85

[cz. 1]
Dzień po tym spotkaniu z Higginsem i jego córką, pan Hale o dość niezwykłej godzinie wszedł po schodach do małego salonu. Podchodził do różnych przedmiotów w pokoju, jakby chciał je sprawdzić, ale Margaret widziała, że to tylko nerwowy odruch – sposób odkładania tego, co chciał, a czego bał się powiedzieć. W końcu zdecydował się:

[fragment przetlumaczony: „Margaret o Thorntonie po raz drugi”]

- Moja droga, zaprosiłem pana Thorntona dziś wieczór na herbatę.
Pani Hale siedziała oparta plecami na fotelu mając zamknięte oczy. Na jej twarzy malowało się uczucie bólu, które towarzyszyło jej ostatnio już od dłuższego czasu. Ale zmusiła się, żeby poutyskiwać trochę w odpowiedzi na wypowiedź męża.
- Pan Thornton! I to akurat dziś wieczór! Po co na miłość boską ten człowiek chce tu przyjść? Do tego Dixon wyprała moje muśliny i koronki, nie ma miękkiej wody, przez te okropne wschodnie wiatry, które chyba przez cały rok wieją tu dookoła Milton.
- Wiatr ciągle zmienia kierunek, moja droga – powiedział pan Hale, spoglądając na dymy ciągnące się ze wschodu, tylko dlatego, że nie znał się na kompasie i jego wskazania odczytywał dowolnie, w zależności od okoliczności.
- Nie mów mi tego! – powiedziała pani Hale, wzdrygając się i szczelniej otulając szalem – wiatr wschodni czy zachodni, przypuszczam, że ten człowiek i tak przyjdzie.
- Och, mamma, widać, że nigdy nie widziałaś pana Thorntona. Wygląda na osobę, która lubi walczyć z przeciwnościami, które stają mu na drodze – wrogami, wiatrami czy okolicznościami. Im bardziej wieje i pada, tym pewniejsze, że będziemy go tu mieli. Ale ja idę pomagać Dixon. Zostanę słynną specjalistką od krochmalenia. I lepiej, żeby nie oczekiwał żadnej innej rozrywki ponad rozmowę z ojcem. Papa, wiesz, że widziałam go tylko raz i byliśmy obydwoje zbyt zakłopotani żeby wiedzieć o czym rozmawiać, więc nie czuliśmy się ze sobą zbyt dobrze.
- Nie wiem czy kiedykolwiek go polubisz albo chociaż uznasz za sympatycznego Margaret. On nie jest bawidamkiem.
Margaret pogardliwie przechyliła głowę.
- Nie zachwycam się szczególnie bawidamkami, papa. Ale pan Thornton przychodzi tu jako twój przyjaciel, jako ktoś kto docenił twoją osobę.
- Jako jedyny w Milton – powiedział pan Hale.
- Wiec go miło przyjmiemy kokosowymi ciasteczkami. Pochlebimy Dixon prosząc, żeby je upiekła. A ja zajmę się prasowaniem twoich czepków, mamma.
Wiele razy tego ranka Margret życzyła panu Thorntonowi, żeby znalazł się gdzieś daleko stąd. Miała zaplanowane inne zajęcia: list do Edith, przeczytać kawałek Dantego, odwiedzić Higginsów. Ale zamiast tego, prasowała, słuchając narzekań Dixon, i tylko miała nadzieję, że ta z sympatii do niej, uchroni ją przed znoszeniem litanii cierpień pani Hale. Przez cały czas Margaret musiała sobie przypominać o względach, jakimi jej ojciec obdarzał pana Thorntona, opanowywać znużenie, które ją dopadało, a także jeden z tych nieznośnych bólów głowy, na które ostatnio stała się taka podatna. Trudno powiedzieć kiedy w końcu mogła usiąść i powiedzieć matce, że ona właściwie to nie jest praczka Peggy, ale Margaret Hale – dama. Powiedziała to żartem, ale zaraz pożałowała swojego paplania, widząc, że matka potraktowała to poważnie.


[cz. 2]
- Tak! Jeśli ktokolwiek powiedziałby, kiedy byłam panną Beresford, jedną z największych piękności w hrabstwie, że moje dziecko będzie musiało stać połowę dnia w małej, ciasnej kuchni, pracując ciężko jak jakaś służąca, żebyśmy przygotowali się właściwie na przyjęcie jakiegoś kupca. I że ten kupiec może być jedyną zaproszoną osobą.
- Och, mamo! – powiedziała Margaret, podnosząc się – nie karz mnie tak za moje nieostrożne słowa. Nie mam nic przeciwko prasowaniu ani jakiejkolwiek pracy dla ciebie i taty. Jestem damą z krwi i kości mimo tego wszystkiego, nawet jeśli przychodzi mi szorować podłogę czy zmywać naczynia. Jestem teraz zmęczona, ale to potrwa tylko chwilę, za pół godziny będę gotowa znowu robić to samo. A jeśli chodzi o to, że pan Thornton trudni się handlem, cóż on może na to poradzić, biedny człowiek. Nie sądzę, by edukacja na wiele mu się jeszcze zdała.
W domu pana Thorntona w tym samym czasie rozgrywała się podobna, a jednak inna scena. Postawna dama w średnim wieku siedziała przy pracy w ponurej, wystawnie umeblowanej jadalni. Jej rysy, podobnie jak budowa ciała, były bardziej silne i masywne, niż ciężkie. Jej twarz powoli przechodziła od jednego wyrazu do innego, równie zdecydowanego. Nie było wielkiego urozmaicenia w jej wyrazie twarzy, ale kto spojrzał na nią raz, musiał spojrzeć ponownie; nawet przechodnie na ulicy odwracali głowę, aby przypatrzyć się bardziej tej silnej, surowej, pełnej godności kobiecie, która nigdy nikomu nie ustępowała, jak wymagałaby tego grzeczność na ulicy i nie zatrzymała na swojej prostej drodze do jasnookreślonego celu, do którego zmierzała. Była wytwornie ubrana w gruby, czarny jedwab, w którym nie było ani jednej nitki wytartej czy odbarwionej. Obszywała duży, długi obrus o pięknej fakturze, podnosząc go od czasu do czasu pod światło, by odnaleźć miejsca, które wymagały jej delikatnej troski. (przyjrzeć się delikatnym miejscom, które wymagały specjalnej uwagi). Nie było książki w tym pokoju, z wyjątkiem „Komentarza do Biblii” Matthew Henry`ego, 6 tomów, które leżały w środkowej części potężnego kredensu, mając po jednej stronie podgrzewacz do herbaty, a po drugiej lampę. W odległym pokoju ktoś grał na pianinie. Ćwiczył jakiś fragment utworu muzycznego, grając naprawdę szybko. Każda tercja grana była niedokładnie, niektóre były całkiem opuszczane, a głośne akordy na końcu brzmiały fałszywie, ale to nie zmniejszało zadowolenia wykonawcy.

[fragment przetlumaczony: „Pani Thornton o Margaret”]

Pani Thornton usłyszała, podobne do swoich, zdecydowane kroki mijające drzwi jadalni.
- John! To ty?
Jej syn otworzył drzwi i pojawił się w pokoju.
- Co cię sprowadza do domu tak wcześnie? Myślałam, że wybierałeś się na herbatę do tego przyjaciela pana Bella, tego Hale’a.
- Owszem, mamo; przyszedłem się przebrać.
- Przebrać się! Też coś! Kiedy ja byłam dziewczyną, młodych mężczyzn satysfakcjonowało ubranie się raz dziennie. Dlaczego musisz się przebierać, żeby iść i po prostu wypić herbatę z jakimś starym pastorem?
- Pan Hale jest dżentelmenem, a jego żona i córka są damami.
- Żona i córka! One też uczą? Co one właściwie robią? Nigdy o tym nie wspominałeś.
- Nie, mamo, dlatego, że nigdy nie widziałem pani Hale; widziałem tylko pannę Hale, przez pół godziny.
- Uważaj żebyś nie dał się złapać jakiejś dziewczynie bez grosza, John.
- Nie tak łatwo mnie złapać, mamo, i ty o tym wiesz. Nie chciałbym też, żebyś wyrażała się w taki sposób o pannie Hale, bo to mnie razi. Nie wydaje mi się, żeby jakakolwiek młoda dama, próbowała mnie złapać, ani też żeby któraś robiła sobie taki bezużyteczny kłopot.
Pani Thornton zdecydowała nie ustępować synowi; ponadto generalnie była dumna ze swojej płci.
- Dobrze, mówię ci tylko, uważaj. Być może nasze dziewczęta w Milton mają zbyt dobry charakter, żeby uganiać się za mężem; ale ta panna Hale pochodzi z arystokratycznych okolic, gdzie, jak mówią, bogaci mężowie są w cenie.
Pan Thornton ściągnął brwi i podszedł bliżej.
- Mamo (z krótkim pogardliwym śmiechem) uwierz mi. Jedyny raz kiedy widziałem pannę Hale, traktowała mnie z wyniosłą grzecznością, która nosiła wszelkie znamiona lekceważenia. Trzymała mnie na dystans jak gdyby była królową, a ja jej pokornym, niedomytym poddanym. Bądź spokojna mamo.
- Nie! Nie jestem ani spokojna, ani zadowolona. Z jakiej racji ona zadziera przed tobą nosa, córka jakiegoś pastora renegata? Gdybym była tobą, nie przebrałabym się dla nikogo z nich, impertynentów!
Kiedy wychodził z pokoju powiedział:
- Pan Hale jest dobry, miły i wykształcony. Nie jest impertynentem. Co do pani Hale, to powiem ci jaka jest dziś wieczorem, o ile zechcesz mnie wysłuchać.
Zamknął drzwi i wyszedł.
- Gardzić moim synem! Traktować go jak poddańca, no też coś! Ciekawa jestem gdzie ona znalazłaby drugiego takiego! Chłopiec i mężczyzna, ale ma serce szlachetniejsze i dzielniejsze niż ktokolwiek. I to nie dlatego, że jestem jego matką. Nie jestem ślepa i widzę co trzeba. Wiem jaka jest Fanny i wiem jaki jest John. Gardzić nim! Nienawidzę jej!

izek - Sob 07 Paź, 2006 22:14

Gosiu, widzę, że dołączyłaś do grona piekareczek na forum :grin: z wielkim powodzeniem. To tak miło wrócić znowu do niektórych fragmentów N&S

Czy oprócz planów wydawniczych są też nadal plany rozesłania całości do zainteresowanych osób? Ja się przypominam w każdym razie...

Anonymous - Nie 08 Paź, 2006 00:49

Gosia piecze teraz w pocie czoła. I spod palców wychodzą takie pulchniutkie pyszności :D
Aragonte - Nie 08 Paź, 2006 19:42

AineNiRigani napisał/a:
Gosia piecze teraz w pocie czoła. I spod palców wychodzą takie pulchniutkie pyszności :D

Potwierdzam :mrgreen: Wyobraziłam sobie grającą Fanny :twisted: :mrgreen:

Gosia - Nie 08 Paź, 2006 19:44

Mam nadzieje, ze nie zakalce ;)
Dziesiatke skonczylam wlasnie, ale gdyby nie Caroline to bylby zakalec, bo zawilosci fabrykancko-robotnicze naszego pana Thorntona byly dla mnie troche trudnawe.

Aha! I jeszcze zapomnialam dodac: Przymierzam sie do rozdzialu 11.

Gosia - Pon 09 Paź, 2006 18:13

Rozdział X
Wrought Iron and Gold

cz. 1, s. 89

Pan Thornton opuścił dom bez ponownego wchodzenia do jadalni. Był raczej spóźniony i szedł szybko w stronę Crampton. Zależało mu na tym, żeby nie urazić nowego przyjaciela lekceważącą niepunktualnością. Zegar kościelny wybił wpół do ósmej, kiedy stanął przed drzwiami, czekając na wolno poruszającą się Dixon, zawsze podwójnie powolną, kiedy musiała zniżyć się do reakcji na dzwonek u drzwi.
Został wprowadzony do małego salonu i grzecznie przywitany przez pana Hale`a, który przyprowadził go do swojej żony, jej blada twarz i figura przystrojona szalem stanowiła ciche wytłumaczenie powolności chłodnego powitania.
Margaret zapaliła lampę, kiedy wszedł, gdyż zapadła już ciemność. Lampa rzucała ładne światło na środek mrocznego pokoju, którego zgodnie z wiejskim zwyczajem nie odcinali od nocnego nieba i ciemności na zewnątrz. W jakiś sposób, ten pokój kontrastował z tym, który dopiero co opuścił, pokaźnym, ciężkim, pozbawionym śladu kobiecej obecności, poza jednym miejscem, w którym siedziała jego matka i bez udogodnień dla jakiegokolwiek zajęcia poza jedzeniem i piciem. Właściwie była to jadalnia, jego matka lubiła w niej siedzieć, a jej wola była prawem w tym domu. Ale salon nie był taki jak ten. Była po dwakroć... może nawet po stokroć bardziej wykwintna i nawet w jednej czwartej nie tak wygodny.
Nie było tu lustra, ani nawet jakiegokolwiek kawałka szkła, który odbijałby światło i spełniał taką funkcję jak woda w pejzażu, nie było żadnych złoceń; ciepła, spokojna gama kolorów, ładnie złagodzona przez ulubione stare perkalowe zasłony z Helstone oraz obicia. Otwarty sekretarzyk stał pod oknem naprzeciw drzwi, pod drugim oknem na wąskim postumencie stała wysoka, biała, chińska waza, z której opadały girlandy angielskiego bluszczu, brzozy i miedzianych bukowych liści. Ładne koszyki z robótkami były rozrzucone w różnych miejscach, a książki, bez względu na ich oprawy, leżały na stole, jakby dopiero co zostały tam odłożone. Za drzwiami stał inny stół, przybrany do herbaty białym obrusem, na którym leżały ciasteczka orzechowe oraz kosz wypełniony pomarańczami i rumianymi amerykańskimi jabłkami ułożonymi na liściach.
Wydawało się panu Thorntonowi, że wszystkie te wspaniałe starania były czymś zwykłym dla tej rodziny, a zwłaszcza dla Margaret.

[fragment przetłumaczony: Tea time]

Stała przy stoliku do herbaty w jasnej, muślinowej sukni, w której przeważały różowe akcenty. Sprawiała wrażenie nieobecnej przy toczącej się rozmowie, całkowicie pochłonięta filiżankami między którymi jej krągłe, białe dłonie poruszały się z uroczym, bezgłośnym wdziękiem. Na wąskim przedramieniu nosiła bransoletkę, która nieustannie opadała na nadgarstek. Pan Thornton z dużo większą uwagą obserwował przemieszczanie się tej kłopotliwej ozdoby niż słuchał jej ojca. Patrzył zafascynowany jak Margaret przesuwa ją niecierpliwie w górę, tak by zacisnęła się na miękkim przedramieniu, a potem chwytał moment daremności tego trudu – ponowne zsuwanie się. Mógłby niemal wykrzyknąć - „Znów spada!”
Niewiele zostało do zrobienia, gdy przybył podczas przygotowań do podania herbaty, żałował, że tak szybko nadszedł moment konieczności jedzenia i picia uniemożliwiający mu dalsze obserwowanie Margaret. Podała mu filiżankę z herbatą z wyniosłą miną niechętnej uległości; ale uchwyciła moment, gdy był gotów na kolejną. Miał ochotę poprosić ją, by zrobiła dla niego to, co zmuszona była zrobić dla swojego ojca, który ujął jej mały palec i kciuk w swoją męską dłoń i użył ich jak szczypczyków do cukru. Pan Thornton dostrzegł jej piękne oczy wzniesione na ojca, pełne blasku, uśmiechu i miłości, gdy, jak im się zdawało, niezauważeni przez nikogo odgrywali tę krótką pantomimę.



Aragonte - Pon 09 Paź, 2006 20:05

Jaki sssmaczny fragment :mrgreen: Dziękuję, Gosiu :grin:
Matylda - Pon 09 Paź, 2006 21:08

Palce lizać



Jaki był jeszcze radosny - cieszył się z tego spotkania
A tak swoją droga to czytając opis salonu Halów doszłam do wniosku , że też chętnie napiłabym się tam herbaty - niekoniecznie w towarzystwie Margaret

Joanna - Pon 09 Paź, 2006 21:21

Ode mnie podwójne podziękowania- za Twoje piękne tłumaczenia i za zamieszczenie wcześniej tłumaczonych fragmentów, bo ja do tej pory nie miałam jeszcze przyjemności obcowania z nimi.
Gitka - Wto 10 Paź, 2006 12:07

Gosiu, cudnie tłumaczysz, wielkie dzięki :thud:
Czytać tą powieść można na okrągło i wcale się nie nudzi...

Mag - Śro 11 Paź, 2006 11:44

Właśnie! Gitka ma rację, tefragmenty powtarzające się , ale wkomponowane w początek czytam tak samo zachłannie jak te poznawane po raz pierwszy!

Dzięki Gosiałku :thud:



ps. nie masz czegoś dla mnie na maila? :oops:

Gosia - Śro 11 Paź, 2006 19:10

Rozdział X
Wrought Iron and Gold

cz. 2, s. 91

Margaret wciąż bolała głowa, o czym świadczyła bladość jej cery i milczenie, ale postanowiła włączyć się do rozmowy, jeśli nastąpi jakaś niefortunna pauza, żeby przyjaciel jej ojca, uczeń i gość, nie czuł się w żaden sposób zlekceważony (zaniedbany). Ale rozmowa przebiegała dobrze, i Margaret, po tym jak nakrycia do herbaty zostały zabrane, odeszła ze swoją robótką w róg pokoju, bliżej matki. Czuła, że może pozwolić swoim myślom powędrować bez obawy, że nagle będzie potrzebna by wypełnić przerwę w konwersacji.
Pan Thornton i pan Hale byli zajęci kontynuowaniem jakiegoś tematu, który zaczęli w czasie ich ostatniego spotkania. Margaret przywołała do rzeczywistości jakaś banalna cicha uwaga jej matki i gdy nagle oderwała wzrok od robótki, jej oko uchwyciło różnicę (przykuła różnica) w zewnętrznym wyglądzie między jej ojcem a panem Thorntonem, świadczącą o wyraźnym przeciwieństwie charakterów. Jej ojciec miał drobną figurę, która sprawiała, że wyglądał na wyższego niż w rzeczywistości, jeśli akurat nie zestawiono jej z wysoką, masywną sylwetką kogoś innego, tak jak teraz. (chyba że znajdował się w towarzystwie kogoś o wysokiej, masywnej sylwetce, tak jak teraz).
Linie na twarzy jej ojca były miękkie i kształtne, z często przechodzącym przez oblicze drżeniem, pokazującym każde zmieniające się uczucie, Powieki były duże i wygięte w łuk, dając oczom szczególną leniwą urodę, która była prawie kobieca. Brwi były pięknie wygięte, ale rozmiar marzycielskich powiek powodował, że były oddalone od oczu.

[fragment przetłumaczony: „John oczami Margaret”
Natomiast na twarzy pana Thorntona proste brwi osłaniały jasne, głęboko osadzone, poważne oczy, które pozbawione nieprzyjemnej ostrości, wydawały się mieć zamiar zajrzeć w głąb serca, a także dojrzeć rdzeń każdej rzeczy jakiej się przypatrywały. Zmarszczki na twarzy były nieliczne, ale wyraźnie zarysowane, jakby wyrzeźbione w marmurze, okalały szczególnie usta, które nieznacznie ściągnięte osłaniały nieskazitelnie piękne zęby, dające nagły efekt rozbłysku słońca w rzadkich chwilach jasnego uśmiechu, jednocześnie rozjaśniającego oczy, zmieniającego cały wygląd tego surowego i stanowczego człowieka, gotowego na wszystko, w żywiołową, szczerą radość chwili, ufną i gwałtowną, właściwą jedynie dzieciom. Margaret lubiła ten uśmiech; była to pierwsza rzecz jaką podziwiała u nowego przyjaciela swego ojca, a kontrast pomiędzy charakterem a tymi wszystkimi zauważonymi przez nią szczegółami zdawał się tłumaczyć to ewidentne przyciąganie ich ku sobie.]


Przełożyła wełnianą robótkę swojej matki, i pogrążyła się we własne myśli – gdyż została całkiem zapomniana przez pana Thorntona, jakby nie znajdowała się w tym pokoju, tak bardzo był zajęty tłumaczeniem panu Hale wspaniałej, a mimo to delikatnej siły młota parowego, który przypominał panu Hale jedną ze wspaniałych historii o dżinie z „Arabskich Nocy” – w jednym momencie mógł on rozciągnąć się od ziemi do nieba i wypełnić cały horyzont, a następnie posłusznie wcisnąć do małej wazy, tak by mogła ją unieść ręka dziecka.


achata - Śro 11 Paź, 2006 22:43

Gosia napisał/a:
Rozdział X
została całkiem zapomniana przez pana Thorntona, jakby nie znajdowała się w tym pokoju, tak bardzo był zajęty tłumaczeniem panu Hale wspaniałej, a mimo to delikatnej siły młota parowego

No proszę, o młotach się przy damie rozgadał... W filmie było o filozofii. Ale opis uśmiechu Jasia porywający. Lubię jak ktoś potrafi tak okazywać radość.
Gosiu, coraz częście podajesz dwie alternatywy tłumaczenia do danego kawałka. Dlaczego?



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group