To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fantastyka - Zmierzch, Nów i inne fazy ;)

spin_girl - Wto 24 Lis, 2009 15:09

RaczejRozwazna napisał/a:
Spin, jak to wykładasz to aż mi się zaczyna wszystko podobać

Chyba powinnam zająć się zawodowo nawracaniem niewiernych :mrgreen: Może w jakimś lipnym kościele albo sekcie? :-P
RaczejRozwazna napisał/a:
oglądałam film z moją siostrą, a ona twierdzi że to ze mną jest coś nie tak, a nie z Edwardem

tak dalece bym się nie posunęła :-P , ale wydaje mi się, że Edwarda trzeba próbować całkowicie zrozumieć, żeby go polubić. Ja na przykład wolę Edwarda niż Bellę.
RaczejRozwazna napisał/a:
No cóż, jestem zmęczona pracą, więc potrzebuję normalności, a męczący się ze sobą i z innymi Edward tylko mnie zirytował

wydaje mi się, że akurat na te książki trzeba mieć trochę wolnego i swobodnego czasu, żeby się w nie zanurzyć, wyjść z realnego świata i wejść w świat Froks (wiem, że zaczynam brzmieć jak te panienki na forum Filmwebu, ale one naprawdę mają trochę racji. Dla mnie też te książki są jakby chwilowym przeniesieniem się do innej rzeczywistości, w której liczą się zupełnie inne problemy. Rozkoszny jest na przykład fakt, że Bella ma w nosie college i ewentualną karierę zawodową, podczas gdy ja o studiach i "karierze" muszę myśleć bez przerwy :? mam wrażenie, że Forks, przynajmniej Forks w głowie Belli, leży poza czasem i przestrzenią )
RaczejRozwazna napisał/a:
ten fragment też który zarzuciłam też bywa nazywany Kołysanką Belli.

na moim soundtracku go nie ma....

Admete - Wto 24 Lis, 2009 16:07

To ja podziękuję za taką odmienną rzeczywistość ;)
RaczejRozwazna - Wto 24 Lis, 2009 17:55

spin_girl napisał/a:
Ja na przykład wolę Edwarda niż Bellę.


No w sumie jakbym miała wybierać to chyba też. :-P Bella, zwłaszcza ta filmowa irytowała mnie jeszcze bardziej niż Ed. Zalatuje mi Kają Paschalską, a wyjątkowo nie trawię tej aktorki

Cytat:
wydaje mi się, że akurat na te książki trzeba mieć trochę wolnego i swobodnego czasu, żeby się w nie zanurzyć, wyjść z realnego świata i wejść w świat Froks

Z tym, że ja zawsze jak intensywnie pracuję umysłowo poszukuję takiej chwilowej, baśniowej odskoczni. Jak pisałam pracę mgr odkryłam Tolkiena i chodziłam jak odurzona :-) Później były ekranizacje Narni :ops1:
Forks, zwłaszcza to filmowe, wręcz mnie odstręczało. Nawet moja siostra stwierdziła "co za straszne miejsce". Dla mnie takie "pogrążenie się" byłoby równoznaczne z depresją, zwłaszcza, jak piszesz:

Cytat:
że Bella ma w nosie college i ewentualną karierę zawodową, podczas gdy ja o studiach i "karierze" muszę myśleć bez przerwy mam wrażenie, że Forks, przynajmniej Forks w głowie Belli, leży poza czasem i przestrzenią )


Kurcze to potwierdza moją tezę że to dziewczynisko w ogóle nie miało żdanych zainteresowań (poza Edwardem) Przecież to jest młodość! Co nad poziomy (teoretycznie) ma wzlatać! Mogłabym się założyć, że nie chciałabyś tak mieć wszystko w nosie jest ona.

Ja jakbym chciała się przenieść poza czas i przestrzeń do raczej podryfowałabym w stronę Śródziemia :wink:

Cytat:
na moim soundtracku go nie ma....


poczytałam trochę, i podobno ten kawałek miał początkowo pełnić rolę kołysanki Belli, i jest na jakimś drugim soundtracku. Podobno. Kompozytorem jest Koreańczyk, Yiuruma

Agn - Wto 24 Lis, 2009 22:27

spin_girl napisał/a:
No jakże, przecież jest scena, w której Edward gra dla Belli kołysankę. No to co on tam gra? To musi być "Kołysanka Belli". Edward pokazany jest w różnych ujęciach przy fortepianie, widać, jak gra.

Tak, Spin, ale to nie jest ten utwór, który RR zapodała w linku.

Wróciłam z kina. Ojej, co by tu napisać? No tak, to moja ulubiona część. Mało Edwarda. Już o tym pisałam.
Bawiłam się świetnie, razem z kumpelą miałyśmy niezły ubaw, choć mniejszy niż przy pierwszej części. Głównie dlatego, że najzwyczajniej w świecie podobały nam się wilkołaki. Powiem tak - po przeczytaniu 4 tomów sagi nie mogłam pojąć, dlaczego Bella wybrała Edwarda. Po obejrzeniu New moon w wersji filmowej tym bardziej tego nie rozumiem. Kurczę, to jest film Taylora Lautnera. Jakie to chłopię jest przyjemne do oglądania... Nie jest może najwspanialszym aktorem świata, co zresztą można też powiedzieć o reszcie obsady, której szło i lepiej i gorzej (aczkolwiek mam specjalnie ciepłe uczucia względem odtwórcy roli Charliego - jest po prostu genialny!), chodzi o to... jak on się prezentuje. Nie chodzi też o posturę (przyznaję - muskuły to on ma imponujące), ale o to ciepło, za które polubiłam Jacoba. I uśmiech. Przyłapałam się na tym, że kiedy on się uśmiechał, to i ja się mimowolnie szczerzyłam. No, to jest po prostu słońce o sile rażenia bomby atomowej.
Wampiry w filmie wyglądały... okropnie. Szczególnie Alice i Esme. Jak lalki. Sztuczne manekiny. Koszmar.
Acz po tej części dochodzę do wniosku, że w stylach walki istnieje nie tylko styl modliszki, ale i styl wampira - rzucanie się po ścianach. Znowu. W jeszcze bardziej zwolnionym tempie. I rozwalanie czego się da. Hmm...
Wilkołaki - śliczne. Komputerowo się, widzę, spece od efektów ciut poprawili względem rzeczy nadzwyczajnych (bo np. dodawanie deszczu to im dobrze poszło w pierwszej części).
Indianie - tak, to jest to, co tygryski lubią najbardziej.
Muzyka - chcę. Choć jeśli chodzi o piosenki to miałam wrażenie, że przedobrzyli. W niektórych momentach fajnie ją wyczuli (vide Hearing damage w trakcie ganiania za Victorią po lesie), ale bywały... przeładowane. Np. w chwili, kiedy Bella siedzi i gapi się przez 3-4 miechy w okno wolałabym coś skomponowanego, a nie piosenkę, jakkolwiek urokliwą.
Co dalej? Przydałyby się jakieś ciekawsze dialogi, bo im dalej w las, tym siedząca obok mnie kumpela (która nie czytała i nie zamierza czytać Meyer) załamywała się coraz bardziej i pod nosem mruczała "Co ta durna panienka widzi w Edwardzie?" No cóż, Edward miał do wypowiedzenia głównie wyznania miłości (oraz oświadczyny - ta zzonkowana twarz Belli zasługuje na brawa; perfekcyjne ucięcie filmu, hehehe). A wilkołaki? Rozbawiali Bellę i publiczność.
Z innych spraw - początek jest świetny. Chowający się księżyc odsłaniający tytuł filmu - miodzio.
Wizja Alice - taaa, tu wszyscy zgodnie ryknęli śmiechem.
Tak samo jak na kwestiach Ara, który poza "fascynujące", "interesujące" czy "a to ciekawe" nic bardziej zapadającego w pamięć nie miał. Szkoda. Jane mało, ale widoczna. Ach, Dakota!
Charlie - o wiele bardziej troskliwy względem Belli mi się wydał niż w książce. I za to brawa dla twórców filmu.
No i na zakończenie - faktycznie, nowy reżyser nie udawał, że kręci horror, co historii tylko wyszło na zdrowie.
Ech, chyba już wszystko.

Wracamy do dyskusji. Kiedy Spin wykłada swój punkt widzenia, to i ja miewam cieplejsze odruchy względem sagi. Choć nie na tyle, by zmóc ją jeszcze raz. Chyba że po angielsku. :mysle: Przemyślę sprawę. Niemniej pamiętam, jak męczył mnie styl autorki, pomysły, drętwe dialogi i... na dobrą sprawę chyba bym musiała napisać inną wersję Zmierzchu, poprzesuwać to i owo, poprawić i stworzyć na swoją modłę, by mi się to podobało "na czysto", bez zastrzeżeń.
W chwili obecnej jednak dokańczam Zmierzch i filozofię. I pewne moje wnioski zostały tu przez kilku autorów rozwinięte (choć nie leciałam w filozofię, tylko przekładałam relacje między bohaterami na świat realny, typu gapienie się na dziewczynę podczas jej snu). Co ciekawe, jedna z autorek napisała wyraźnie - w realnym życiu nie szukajcie nikogo w typie Edwarda. Aczkolwiek odnalezienie swojego Jacoba jest zdrowe.

Odnośnie Belli - mnie też dobiło, że nie chciała iść dalej. Cóż, ja nie miałam póki co takiej możliwości, ale chciałabym pójść na studia (choć nie mam szans się na nie dostać, ale to inna bajka). Tymczasem ona z tego rezygnuje ot tak sobie. Nie chce się rozwijać? Dokształcić? Chce żyć miłością? Czy tylko Edward się liczy? Najwyraźniej, bo jak facet ją rzuca, ona pogrąża się w depresji i przestaje funkcjonować jako człowiek. Zamienia się niemal w zombiaka. To chore, co nawet jej ojciec zauważył (i to nawet ten książkowy, o ile pamiętam!) Nic się nie liczy. Szkoła, przyjaciele, dom, rodzina - wszystko rzuca, byle być z Edwardem. Kobieta, która zapomina o sobie samej potrzebuje leczenia, bo to nie jest zdrowe.
Swoją szosą przydałaby się jej edukacja, bo chodziła na zaawansowaną biologię, a nie umiała odróżniać drzew. :roll: Oraz obsługiwać mapy. :roll: Ale niech tam będzie - amerykańskie szkolnictwo ponoć nie jest jakoś szczególnie cenione w światowych rankingach.

BeeMeR - Śro 25 Lis, 2009 10:04

Cytat:
"czytasz ksiązki po angielsku? CAŁE książki?"
To i tak lepiej niż... a było to tak: czytałam sobie wyjątki Timajosa Kritiasza Platona po angielsku i zaczęłam narzekać, że niby każde słowo osobno rozumiem, a niektórych zdań na pół strony już nie :co_stracilam:
Koleżanka - czytasz po angielsku?
ja: tak, bo greckiego nie znam :P
Ona: to jest język grecki? :shock:
ja: :shock: :paddotylu:

spin_girl - Śro 25 Lis, 2009 10:29

Agn, uwielbiam Twoje komentarze. Są tak dowcipne, że nawet jeśli się z nimi nie zgadzam i tak czytam je z przyjemnością :mrgreen:
Agn napisał/a:
Kurczę, to jest film Taylora Lautnera

Oj tak. Myślę, że połowa psychofanek teraz się na niego przerzuci.
Agn napisał/a:
Indianie - tak, to jest to, co tygryski lubią najbardziej

Amen. :slina:
Agn napisał/a:
No cóż, Edward miał do wypowiedzenia głównie wyznania miłości

Niestety tak. Ale, jak mówiłam, New Moon to jest najtrudniejsza część dla Edwarda i naprawdę mało sensownego ma tam do zrobienia. Dla mnie w tej odrobinie był świetny: najpierw skuty cierpieniem, potem pragnący śmierci, na końcu taki jakiś pokorny. Bo Edward był bardzo pokorny na końcu New Moon - zdał sobie sprawę, że popełnił fatalny błąd i nie wiedział czy może tak po prostu wrócić, tym bardziej, że przecież był Jacob.
Agn napisał/a:
Charlie - o wiele bardziej troskliwy względem Belli mi się wydał niż w książce. I za to brawa dla twórców filmu

Zgadzam się w 100%. W książce okropnie zirytowała mnie scena, w której Bella ma grypę żołądkową, a Charlie zostawia ją leżącą na podłodze łazienki i spokojnie wychodzi do pracy. :(
Agn napisał/a:
Odnośnie Belli - mnie też dobiło, że nie chciała iść dalej

To chyba nie jest do końca tak. Bella miała niezbyt dobre zaplecze rodzinne: matka przedszkolanka, ojciec policjant - żadne z nich nie skończyło studiów. W dodatku niewiele zarabiali, więc jej fundusz uczelniany zawsze był opisywany jako "mikroskopijny" a w Staanch bez kasy nie ma studiowania. Ponadto Bella wcale nie była wybitna. Wręcz przeciwnie, sama siebie opisuje jako przeciętą, przeciętną córkę, przeciętną uczennicę. To nie wybitna inteligencja spowodowała, że była na zaawansowanej biologii, tylko fakt, że była pracowita i obowiązkowa, w książkach też bez przerwy odrabia pracę domową, a nwet zmusza do tego Jacoba. Myślę, że Bella albo nie planowała iść na studia wcale, albo planowała iść na taki uniwersytet jaki jej najtaniej wypadnie i studiować literaturę. Potem, w wieku 17 lat poznała Edwarda i wszystko się zmieniło. Przede wszystkim od początku chciała dołączyć do niego i zostać wampirem, co oznacza, że nie mogła zrealizować żadnych planów uczelnianych, bo jako nowy wampir i tak musiała się chować przed ludźmi. Potem zaś miało ją czekać powtarzanie szkoły średniej, względnie jakieś studia i tak w kółko- to był styl życia Cullenów. Przyznam, że nieco drażni mnie jej beztroska, ale z drugiej strony ja w wieku 18 lat raptem zorientowałam się, że nie wiem, co chcę w życiu robić, więc nie wymagam od niej za wiele :wink:
Agn napisał/a:
Nic się nie liczy. Szkoła, przyjaciele, dom, rodzina - wszystko rzuca, byle być z Edwardem

I za to czasami jej nie lubię. Bella była egoistką.
Agn napisał/a:
W chwili obecnej jednak dokańczam Zmierzch i filozofię

Trochę jestem ciekawa tej książki. Już dawno myślałam, że gdybym studiowała psychologię napisałabym o fenomenie Edwarda. Wydaje mi się, że popularność tego bohatera jest spowodowana zmęczeniem i depresją współczesnych kobiet. W czasach, w których coraz więcej mamy na głowie, coraz więcej się od nas wymaga, mężczyźni znaleźli się w punkcie, w którym sami siebie nie potrafią odnaleźć. Miotają się między patriarchalnymi ciągotami poprzednich pokoleń a rosnącą niezależnością kobiet, z którą nie potrafią sobie poradzić. Dlatego też tak wielu z ich nie potrafi stać się podporą dla swojej partnerki. Są jeszcze kobiety takie jak ja : niezależne, a przez to singielki. Nie potrafię udawać głupszej i słabszej niż jestem z rzeczywistości, więc panowie wolą mnie unikać :wink: Mam koleżankę, której mężczyzna, w którym się zakochała powiedział, że nie może z nią być, ponieważ ona "ma już wszystko". To znaczy ma mieszkanie, dobrą pozycję zawodową, samochód itp. itd. Po prostu ręce opadają. Takie właśnie kobiety jak my, które radzą sobie same, bo muszą, ale również dlatego, że potrafią i nie życzą sobie grać w życiu roli ofiary, które jednocześnie szalenie cenią sobie swoją niezależność i są z niej dumne, takie kobiety przeżywają czasami momenty zwątpienia, lub po prostu zmęczenia. Czasami chciałyby, żeby przyszedł taki Edward i wszystko za nie załatwił, zdecydował. Czasami chciałyby się poczuć małe i bezbronne, zostać po prostu porwane w czyjeś silne (i zimne, i twarde, i świecące :wink: ) ramiona i zaniesione w bezpieczne miejsce. Czasami chciałyby, żeby ktoś przez cały czas czuwał nad ich najdrobniejszym krokiem, pilnował żeby dobrze spały, usuwał najdrobniejsze przeszkody spod stóp. Oczywiście, najprawdopodobniej te same niezależne kobiety, gdyby w prawdziwym życiu spotkały Edwarda, pogoniły by go po miesiącu pod zarzutem ograniczania ich niezależności. Natomiast jako twór książkowy Edward jest idealny i można do niego bezkarnie wzdychać, po cichu tęsknić za kimś, kto po prostu przyjdzie i zlikwiduje nasze problemy, otoczy nas opieką i będzie kochał po wsze czasy. Dlatego właśnie w ciężkich chwilach życia (które jakoś ostatnio robią się coraz częstsze) uciekam sobie na chwilę w odrealniony świat Forks, gdzie nie trzeba się martwić pracą, pieniędzmi, studiami, ani w ogóle niczym i można sobie tylko wyznawać miłość w mniej lub bardziej przesłodzony sposób :-)

BeeMeR - Śro 25 Lis, 2009 10:45

Cytat:
A ja widziałam wiele razy - między innymi ze względu na Hana Solo :) Zawsze mi sie podobała ta scena.

To "wiem" idealnie pasuje do bohatera i wbrew pozorom, księżniczka w tym momencie usłyszałą tak naprawdę "Kocham cię do szaleństwa" :) I ja też to usłyszałam w ich dialogu.
Zgadzam się z przedmówczynią całkowicie, że scena pasuje do Hana Solo jak ulał i że jest on głównym atrybutem SW :P
Admete - Śro 25 Lis, 2009 12:01

Spin powiem Ci szczerze, ze Twoja analiza kobiet obejmuje chyba osoby zbliżone Ci wiekowo. Ja jestem pewnie ze 12 lat starsza od Ciebie i zupełnie nie identfikuję się z twoim opisem. Nie jestem ani tak niezależna jak piszesz, ani nie mam takich pragnień odnośnie idealnego mężczyzny. Nawet takich snutych wieczorną porą, przed zaśnięciem. Dla mnie Edward jest irytująco - śmieszny, a Bella irytująco-dziecinna. Cała powieść nie wychodzi poza styl i konstrkcję uproszczonych psychologicznie i stylistycznie ubogich tekstów życzeniowych, które koncentrują się tylko na jednym aspekcie ludzkiego życia czyli romantycznej miłości. Nic dla siebie tam nie znajduję. Lubię książki dla dzieci i dla młodzieży - tyle że tak samo jak od innych utworów, wymagam od nich jakiejś wartości czy różnorodności. Powieści pani M. nie dają nic poza złudną i pozorną opinią, że romantyczna miłość jest lekiem na całe zło tego świata :roll:
spin_girl - Śro 25 Lis, 2009 12:23

Admete napisał/a:
Spin powiem Ci szczerze, ze Twoja analiza kobiet obejmuje chyba osoby zbliżone Ci wiekowo. Ja jestem pewnie ze 12 lat starsza od Ciebie i zupełnie nie identfikuję się z twoim opisem

Owszem, chodziło mi o osoby zbliżone mi wiekowo, chociaż istnienie grupy tzw "Twilight Moms" udowadnia, że i w innych grupach zdarzają się takie przypadki :-P
Ja mam w tej chwili 25 lat, to jest trudny wiek, już nie można udawać dziecka a jeszcze by się chciało (przynajmniej czasami), wszystko się dopiero zaczyna, usiłuje się zbudować sobie jakieś życie, nabiera się pierwszych doświadczeń i bez przerwy trzeba się martwić o przyszłość.
Admete napisał/a:
Nie jestem ani tak niezależna jak piszesz, ani nie mam takich pragnień odnośnie idealnego mężczyzny.

Ja mówiłam o jednej grupie kobiet, grupie, z którą ja się akurat identyfikuję. Istnieją jednakże różne grupy, bo przecież nie ma dwóch takich samych osób, a nawet wewnątrz jednej grupy zdarzają się wyjątki. Mnie tylko zawsze zastanawia co sprawia, że coś staje się fenomenem. Jakie uniwersalne wartości przekazuje, jakie struny porusza, co mają wspólnego fani tego czegoś na całym świecie. Zastanawiałam się i nad fenomenem Zmierzchu i w poprzednim poście zaprezentowałam moje wnioski, w uproszczonej pseudo-psychologicznej wersji, ponieważ psychologiem nie jestem. Bazuję w nich na moich obserwacjach i intuicji. Po prostu ciekawi mnie, co miliony kobiet na świecie widzą w Edwardzie, a że wiem, co ja widzę, poderzewam, że inne osoby mogę widzieć podobne rzeczy. Moim zdaniem postać Edwarda odpowiada na potrzeby pewnej grupy społecznej, tak jak postać Jamesa Bonda na przykład pobudzała wyobraźnię milionów mężczyzn, którzy marzyli, żeby być agentem 007, mieć licencję na zabijanie, fajne zabawki, ciekawe i niebezpieczne życie i zmieniać kobiety jak rękawiczki. Ale to przecież nie znaczy, że wszyscy mężczyźni tak chcieli, nie znaczy też, że w prawdziwym życiu woleli zrezygnować ze spokoju i stabilizacji i ganiać po świecie z pistoletem w jednej ręce i wstrząśniętym, nie mieszanym, martini w drugiej :mrgreen: Byli i są tacy, dla których Bond jest głupi i śmieszny, ale jednocześnie popularność tych filmów dowodzi, że ta postać poruszyła wyobraźnię dużej grupy społecznej. Tak samo jest ze Zmierzchem. Na szczęście świat filmu i literatury jest tak bogaty, że każda grupa znajdzie w nim coś dla siebie.

Admete - Śro 25 Lis, 2009 12:55

Edwardowi jednak do Bonda daleko, choc obaj mnie nie interesują ;)
Jestem w takim razie starsza od ciebie o lat 10 i jeśli dobrze przypominam sobie siebie sprzed 10 lat, to nie miałam obiekcji co do tego czy jestem dorosła ;) Nie miałam też najmniejszcy ciągot co do powrotu do dzieciństwa ;) Dorosła byłam od momentu pójścia na studia, bo musiałam zadbać o siebie w obcym mieści, a przez wakacje zapracować na utrzymanie. O przyszłość to człowiek martwi się w każdym wieku, poza najwcześniejszym dzieciństwem. Żaden ukochany nie sprawi, że będziemy sie czuć idealnie bezpiecznie. Chyba dlatego ta książka mnie tak irytuje, że pokazuje az tak fałszywy obraz rzeczywistości. W moim odczuciu jest naiwna i zakłamana.

spin_girl - Śro 25 Lis, 2009 13:44

Przykro mi, ale nie rozumiem, co chcesz przekazać swoim ostatnim postem. Że nie istnieje taka grupa społeczna jak moja? Już zdążyłam zaobserwować, że mentalnie się od siebie różnimy.
Dorosła też byłam od momentu pójścia na studia i jednocześnie do pracy, żeby za te studia zapłacić. Od 7 lat podejmuję samodzielnie decyzje dotyczące mojego życia, wydaje mi się, że trochę już przeżyłam i widziałam. Nie mieszkałam co prawda w innym mieście, ale dwa lata spędziłam w innym kraju, żyjąc zupełnie na własny rachunek. Owszem, bywa, że tęsknię do beztroskich czasów liceum. Nie ja jedna. Ostatnio rozmawiałam z koleżankami z roku na ten temat - wszystkie przyznały, że czasami chciałyby mieć znowu 18 lat. Uważam, że na świecie jest więcej osób, które mają czasami takie same problemy i przemyślenia jak ja. Ty najwyraźniej widzisz świat inaczej, rozumiem to i szanuję, ale, jak mówiłam są różne grupy.
Admete napisał/a:
Edwardowi jednak do Bonda daleko, choc obaj mnie nie interesują

A w czym mu daleko? Dla mnie Bond to dziecinny egocentryk, postać kompletnie odrealniona i spłaszczona emocjonalnie. Kijem bym go nie tknęła.
Admete napisał/a:
Chyba dlatego ta książka mnie tak irytuje, że pokazuje az tak fałszywy obraz rzeczywistości. W moim odczuciu jest naiwna i zakłamana.

Ok, najwyraźniej nie jest to książka dla Ciebie. Duly noted. :mrgreen:
BTW, nie wiem, dlaczego sądziłaś, że mam dopiero 20 lat, przecież wspominałam, że uczę w szkole i piszę pracę magisterską, czyli chciał nie chciał muszę mieć co najmniej 23 :-D

Admete - Śro 25 Lis, 2009 13:46

Nic nie miałam na myśli oprócz tego, że ja nie tęskniłam, tak samo jak ty tęsknisz. Nic poza tym. Liceum bynajmniej mi się z beztroską nie kojarzy. To był dla mnie trudny czas, ze względu na chorobę ojca. Jak widzisz każdy ma swoje pwoody do takiego, a nie innego oglądu rzeczywistości.

Bond ani Edward mnie nie obchodzą, ale Bond to przynajmniej facet ;)

OK - jest to książka dla Ciebie, zanotowałam ;)

Dawałam Ci więc co najmniej tyle - 23 plus 12 daje 35, a ja mam prawie 36, więc prawie dobrze odgadłam. Mentalnie mam jednak jakieś 160 ;) Przyznaję sie do mojego podeszłego wieku od dawna ;) Jak człowiek uczy nastolatki, to stara się od nich różnić jak najbardziej ;)

spin_girl - Śro 25 Lis, 2009 14:27

Admete napisał/a:
Mentalnie mam jednak jakieś 160 Przyznaję sie do mojego podeszłego wieku od dawna

A ja nie wiem, ile mam mentalnie. Podejrzewam, że czasami 100 a czasami 15 :mrgreen: Kiedy czytam "Zmierzch" pewnie raczej w okolicach tej dolnej granicy, ale dobrze mi z tym. Embrace your inner child i te sprawy :wink:
Admete napisał/a:
Jak człowiek uczy nastolatki, to stara się od nich różnić jak najbardziej

Ugh, nastolatki, już mi te w kinie wystarczyły, żeby chcieć się różnić od nich jak najbardziej... ja mam z kolei samych uczniów w moim wieku lub starszych, a ponieważ dość młodo i niepoważnie wyglądam, już dawno położyłam krzyżyk na sprawianiu wrażenia statecznej pani profesor :wink:

praedzio - Śro 25 Lis, 2009 14:43

Ja czasem się czuję, jakbym miała setkę na karku, a czasem jak niedojrzała nastolatka. Muszę przyznać, że szczęśliwsza się czuję w tym drugim przypadku. ;)

A jeśli chodzi o czytanie i oglądanie różnych rzeczy... Po prostu nie do wszystkiego się tutaj przyznaję. :mrgreen: I jest mi z tym dobrze. :D

RaczejRozwazna - Śro 25 Lis, 2009 15:41

Praedzio - brawo :mrgreen: To znaczy, ja się nie wstydzę niczego, co czytam. Wiekowo jestem pomiędzy Spin i Admete. Pracuję naukowo. I też mam momenty, w których czuję się jak dziecko i takie, w których mam 200 lat. Ciągle wzrusza mnie Ania z Zielonego wzgórza, a na bajkach, typu Król Lew płaczę, choć jednocześnie fascynują mnie wielkie dzieła filozoficzne, które zresztą są obecnie przedmiotem mej pracy. Kocham muzykę klasyczną, ale jednocześnie jakieś tam struny w mej duszy porusza i Kołysanka Belli Yurumy i Moriconne, jazz, i niektóre kawałki muzyki pop.
I dopóki tak jest - to znaczy są różne punkty odniesienia, poważne i mniej poważne - jest, moim zdaniem, dobrze. Mam mnóstwo znajomych, którzy ograniczają się jedynie do tzw. kultury wysokiej, spraw poważnych itd. I w większości są oni nie tylko przeraźliwie nudni, ale też nierzadko śmieszni.

W starożytności były w sztuce różne style: wysoki, średni i niski, każdy spełniał jakąs tam funkcję i było dobrze. Natomiast dzisiaj nieodparcie drażnie mnie, gdy miesza się te porządki - gdy "dzieła" stylu niskiego próbuje się przedstawiać jako wysokie. Niech sobie istnieje i Penderecki i Rubik - na obu jest miejsce, ale - na Odyna - niech nie próbują mnie przekonać, że to jest ta sama półka. I wcale mi nie chodzi teraz o wartościowanie - mogą być dobre i złe produkty w stylu niskim i wstylu wysokim! Chodzi tylko o to, by nie mieszać porządków

Meyer wielkiej literatury nie tworzy, akurat nie poruszyła też we mnie jakoś specjalnie żadnej ze strun, co nie znaczy, że nie dopuszczam, iż w innych mogła poruszyć. Edward nie jest dla mnie ideałem, nie lubię skomplikowanych, depresyjnych i w sumie niedojrzałych mężczyzn, ani też miłości o znamionach obsesji, którą darzy go Bella. Natomiast takiego Jacoba (oczywiście w odpowiednim wieku :-P ) to bym sobie życzyła spotkać :wink:

A teraz do Agn - zszokowało mnie to, co piszesz, że sądzisz, iż jakoby nie dostałabyś się na studia. Mam nadzieję, że to kurtuazja z Twojej strony. Dlaczego niby nie? Ja akurat sporo studiowałam, teraz pracuję ze studentami i wydaje mi się, że Twoja inteligencja jest powyżej inteligencji przeciętnego studenta. Co byś chciała studiować? Wiem, że teraz sposób rekrutacji na większość kierunków jest (moim zdaniem) chybiony, bo opiera się na świadectwie maturalnym, ale po pierwsze idzie niż demograficzny, a po drugie, dla chcącego nić trudnego, można próbować obchodzić oficjalną drogę rekrutacji... (zakładam, że cos nie tak jest z Twoim świadectwem, sorry, ale nie rozumiem inaczej Twoich obiekcji)

RaczejRozwazna - Śro 25 Lis, 2009 16:05

A jeszcze parę refleksji o Zmierzchu. Uwielbiam z Wami dyskutować :-) :

Spin, ja nie odniosłam wrażenia, że Edward jest na końcu New Moon pokorny. Pokorny facet nie wyskakuje od razu z oświadczynami…
eee Edward wszystko niby załatwia? A ja odniosłam wrażenie, że to Bella ma być silniejsza w tym związku. Bo musi się ciągle pilnować, żeby nie pobudzić jego wampirzej natury, musi cały czas przekonywać go, że chce być z nim, mimo wszystko (i tak nie pomaga, bo On – DLA JEJ DOBRA ( :wsciekla: ) ją zostawia! W lesie!) itd., itp. Bella naprawdę mogła być sobą – to znaczy zupełnie na luzie – tylko przy Jacobie. A przy okazji rozweselał ją, „ogrzewał” wewnętrznie (i zewnętrznie też :-P ), co było nie do przecenienia przy depresyjnej naturze Belli.

Z jednym się zgadzam, tak Bella jest egoistką i to skrajną. A poza tym nielogiczną - chce być wampirem, a nie chce wyjść za Ed - dlaczego??

Jedno pytanie do wampirologów :wink: - czy wampiry zatrzymują się w rozwoju, zwłaszcza emocjonalnym, na poziomie sprzed zmiany? Bo tak by wyglądało, biorąc pod uwagę Edwarda....

spin_girl - Śro 25 Lis, 2009 16:08

RaczejRozwazna napisał/a:
I wcale mi nie chodzi teraz o wartościowanie - mogą być dobre i złe produkty w stylu niskim i wstylu wysokim! Chodzi tylko o to, by nie mieszać porządków

zgadzam się w 100% i dlatego zawsze twierdzę, że saga Meyer to nie jest literatura z wyższej półki, ale dobra, solidna komercha, a taka też jest potrzebna i jeśli dzięki temu miliony ludzi na całym świecie w ogóle sięgną po książkę (a to się, niestety, coraz rzadziej zdarza) to mogę tylko bić brawo autorce.
RaczejRozwazna napisał/a:
I dopóki tak jest - to znaczy są różne punkty odniesienia, poważne i mniej poważne - jest, moim zdaniem, dobrze

:oklaski:
RaczejRozwazna napisał/a:
A teraz do Agn - zszokowało mnie to, co piszesz, że sądzisz, iż jakoby nie dostałabyś się na studia. Mam nadzieję, że to kurtuazja z Twojej strony. Dlaczego niby nie? Ja akurat sporo studiowałam, teraz pracuję ze studentami i wydaje mi się, że Twoja inteligencja jest powyżej inteligencji przeciętnego studenta. Co byś chciała studiować? Wiem, że teraz sposób rekrutacji na większość kierunków jest (moim zdaniem) chybiony, bo opiera się na świadectwie maturalnym, ale po pierwsze idzie niż demograficzny, a po drugie, dla chcącego nić trudnego, można próbować obchodzić oficjalną drogę rekrutacji... (zakładam, że cos nie tak jest z Twoim świadectwem, sorry, ale nie rozumiem inaczej Twoich obiekcji)

No właśnie, Agn, o co chodzi?

spin_girl - Śro 25 Lis, 2009 21:25

RaczejRozwazna napisał/a:
Spin, ja nie odniosłam wrażenia, że Edward jest na końcu New Moon pokorny. Pokorny facet nie wyskakuje od razu z oświadczynami…

Nie będę się zakładać, bo film mnie trochę zdezorientował w tym temacie, ale jakoś mi się wydawało, że Edward oświadczył się dopiero w Eclipse. Pod koniec New Moon, kiedy Edward wraca i jest ta cała scena z Bellą, która nie chce uwierzyć, że to nie sen, Edward prezentuje właśnie głęboką pokorę. Ma wyrzuty sumienia, że próbował zmusić Bellę do życia w tej wizji rzeczywistości, którą on uważał za najlepszą dla niej (dokładnie to wyjaśnia w rozmowie z Jacobem w namiocie pod koniec Eclipse). Edward wymusił rozstanie ponieważ uważał, że Belli będzie lepiej bez niego, tymczasem, po powrocie okazuje się, że ona jest nie tylko nieszczęśliwa, wynędzniała i załamana, ale bynajmniej o nim nie zapomniała, co noc ma koszmary, w których na nowo przeżywa ból rozstania i generalnie zawiesiła swoje życie na kołku pogrążając się w rozpaczy. Nie popełniła wprawdzie samobójstwa (czego Edward się bał, stąd wymuszona obietnica, że Bella nie zrobi "nic głupiego") za to regularnie robi niebezpieczne rzeczy typu jazda na motorze lub skakanie z klifu. W dodatku okazuje się, że poluje na nią Victoria (o czym Edward nie miał pojęcia) przed którą chroni ją banda młodych wilkołaków, czyli drugich po wampirach najniebezpieczniejszych stworzeń na świecie. Edward jest więc:
a. pełen wyrzutów sumienia, że zostawił Bellę i jest odpowiedzialny za jej obecny stan
b. pełen poczucia winy z powodu Victorii
c. przerażony ogromem spustoszenia jakie wywołało jego odejście
d. niepewny, czy Bella kiedykolwiek mu wybaczy
e. rozdarty pomiędzy poczuciem wdzięczności, instynktowną wrogością oraz zazdrością wobec Jacoba.
Dlatego właśnie jest pełen pokory: pokornie przeprasza, pokornie dziękuje, pokornie prosi o wybaczenie. I dobrze mu tak, po co, głupi, odchodził? :wink:
RaczejRozwazna napisał/a:
bo On – DLA JEJ DOBRA ( ) ją zostawia! W lesie

też uważam, że to był głupi pomysł, chociaż jego wyjaśnienie w rozmowie z Jacobem w namiocie (Eclipse) ukazuje jakąś pokrętną logikę. Natomiast z tym lasem... Edward odszedł z Bellą 5 kroków w las, jej dom był w zasięgu wzroku, w dodatku przezornie zostawił Charliemu kartkę, niby pisaną ręką Belli, że poszła z Edwardem na spacer i dokładnymi wskazówkami gdzie poszła (stąd ekipa ratunkowa wie, gdzie ma jej szukać). Do lasu ją wyprowadził chyba po to, żeby się od razu nie zorientowała, że "wyczyścił" jej pokój ze wszystkich pamiątek. Natomiast to już sama Bella wywędrowała głęboko w las....
RaczejRozwazna napisał/a:
Z jednym się zgadzam, tak Bella jest egoistką i to skrajną. A poza tym nielogiczną - chce być wampirem, a nie chce wyjść za Ed - dlaczego??

Ona to niby tłumaczy, że w jej rodzinie małżeństwo to temat tabu, że nie chce być dziewczyną z małego miasteczka, która wychodzi za mąż w wieku 18 lat...ale ja tego też nie rozumiem. Dla mnie jej wyjaśnienia są bez sensu. :roll:

RaczejRozwazna - Śro 25 Lis, 2009 21:56

Oświadczyny są w New Moon, jeszcze przed ostatnim spotkaniem w lesie z Jacobem.

Co do rozstania - mógł ją przynajmniej spróbować odprowadzić do domu. Chyba nie był tak naiwny, że po takiej scenie Bella spokojnie wróci sobie sama. Nie no, gdyby facet wykręcił mi taki numer, to nie wiem, czy miałabym siłę zaczynać wszystko od nowa. Edward ma masochistyczne skłonności do zadręczania się i przy okazji wszystkich wokoło. Już wolę Jacoba z jego nie do końca fair walką o Bellę (w Eclipse), przynajmniej wie czego chce...

Co do niechęci do małżeństwa - oczywiście, że wyjaśnienia Belli są bez sensu. Taa, gdyby stała się wampirem, to na pewno nie miałaby miała co wyjaśniać rodzicom :roll:

RaczejRozwazna - Czw 26 Lis, 2009 18:43

http://film.onet.pl/F,186...00,artykul.html

genialny artykuł... całkiem, jakby autorka wiedziała o czym my tutaj dyskutujemy... :lol:

spin_girl - Czw 26 Lis, 2009 22:33

Świetny artykuł!
I'm Twitarded :cheerleader2: :mrgreen:

Agn - Pią 27 Lis, 2009 23:57

No, już jestem...

Spin, przeczytaj sobie Zmierzch i filozofię, książka jest bardzo ciekawa. Tym, którzy nie bardzo liznęli jakąkolwiek filozofię, nieco tę dziedzinę przybliża (na przykładach popularnych ostatnio bohaterów), fanom serii nie zaszkodzi, przeciwnikom - z pewnością nie przekona ich do miłości, ale też nie powie im, że książka jest najmądrzejsza na świecie.
Ale czytało mi się to naprawdę świetnie. I b. podobał mi się ostatni rozdział pt. Tao Jacoba. Z wiadomych względów.

spin_girl napisał/a:
Natomiast jako twór książkowy Edward jest idealny

Nie jest. Dobrze zrobiona postać może irytować, ale nie swoją konstrukcją, a zachowaniem (np. Gwenifer w Mgłach Avalonu Marion Zimmer Bradley wkur***ła mnie jak rzadko kto, ale to wciąż świetnie zrobiona postać). Natomiast Edward jest zbyt idealny, a przy całym swoim idealiźmie - mdły. Jest przerysowanym bohaterem, hmm, ja wiem? Romantycznym? Pamiętam, że kiedy czytałam końcówkę Zaćmienia do szczętu zirytowała mnie scena PO pocałunku Belli i Jacoba. Cholera, czy ten Edward nie mógłby pokazać, że... "żyje"? Jego ukochana (bleee) właśnie go niemal puściła w trąbę, a ten co? Zero emocji? Wybacza jej i jeszcze mówi, że to nie jej wina?
Naprawdę wolę Jacoba, dla mnie to on jest ideałem. Ciepły, potrafi rozbawić, silny i odpowiedzialny. Nie potrzeba mu Eru wie czego, by cieszyć się życiem (co i autorzy ZiF zauważyli). Najważniejsze - potrafi się śmiać, ba! potrafi rozbawić Bellę. Potrafi też się rozzłościć, być smutnym, ale nie do przesady (Edward usiłujący rozpaczliwie popełnić samobójstwo, hmpf!). Obroni, przytuli i, co najważniejsze, przy nim niczego nie musisz zmieniać. A Bella musiała umrzeć, by być z Edkiem i by wszyscy byli z tego powodu szczęśliwi.

Spin, jednakowoż - robię to dla ciebie. Zamówiłam sobie dwie pierwsze części po angielsku (z filmowymi okładkami, by móc odróżnić wersje no i by móc pogapić się na ładne buzie aktorów, a co!). I przeczytam je, bym nie musiała bazować na tłumaczeniu. :)

Aragonte - Sob 28 Lis, 2009 00:26

Masz to? :mrgreen: To ja się kiedyś uśmiechnę :wink:
praedzio - Sob 28 Lis, 2009 00:27

Mam. Nie mogłam się powstrzymać. :mrgreen:

Jeszcze się rozejrzę za Nightflyers. Nawet nie wiedziałam, że to na podstawie powieści George'a R.R. Martina.

Caroline - Sob 28 Lis, 2009 10:36

"ich mózgi zgniją od czytania takich bredni" :D :D :D Świetny artykuł. Choć przypadki twilightomaniaczek dość skrajne.

A poważnie - byłam w kinie na "Księżycu w nowiu". I to nie było miłe.
Ten film jest tak bardzo zły, na tak wielu różnych płaszczyznach. :( Chyba na jakiś czas odebrał mi przyjemność czerpaną ze Zmierzchu.

Zmierzch był najbardziej skrajnym przypadkiem literatury (ekhm), którą kiedyś opisał nasz rodak: "Mówimy: to dosyć kiepskie i czytamy dalej. Powiadamy: ależ to taniocha i nie możemy się oderwać". Tak bardzo, bardzo zła książka (szablonowe postacie, kiepska fabuła, koszmarne dialogi), którą się po prostu zasysało - czasami z bólem zębów, czasami przymykając oczy na co gorszych fragmentach, ale jednak się ją zasysało. Nie rozumiem tego zjawiska, nie wiem, jak to jest możliwe, ale jakoś to działa.
Reżyserka pierwszej części najwyraźniej odkryła, jak to działa, bo udało jej się ten efekt przenieść na ekran. Co więcej, co nieco udało się w filmie poprawić - popracowali nad akcją, dialogi też ciutek lepsiejsze, etc. Git. Niedobra magia znów zadziałała.
Oglądało się to z wyszczerzem na twarzy i polecało znajomym.

Nazwisko reżysera drugiej części skazuję na zapomnienie.
Najgorsza jest usilna próba przeniesienia co bardziej "kultowych" fragmentów z pierwszej części do drugiej. Pierwsze pojawienie sie Edwarda, przedłużony pocałunek wypadły jak parodia.
Kristen jest bardzo słaba, gra jedną miną. Może była już kiepska w pierwszej części, ale jakoś mnie nie raziła.
Żal mi Pattinsona - straszne, po prostu straszne teksty, jakie kazano mu wygłaszać. Banał i sztampa. Wiecznie skrzywiona twarz i zmarszczka na czole. Po pierwszej części pomyślałam, że aktorsko to może nie powala, ale ma osobowość i rokuje. Teraz już nie wiem. Grał, jakby chciał zrobić konkurencję najgorszym rolom Keeanu Reevesa, którego porównano kiedyś do borsuka z zatwardzeniem.

Nikt nie spodziewał się arcydzieła, ale takich rzeczy, jak efekty specjalne, charakteryzacja można chyba oczekiwać. Tymczasem efekty: polecam scenę "klifu" i niespodziewaną wielką falę, kostiumy - rodzina Cullenów jakby pozowała do jakiegoś katalogu mody "rodzina klasy średniej na garden party", do tego koszmarne peruki. W ogóle wampiry - w pierwszej części od biedy można uznać, że wtapiały się w otoczenie choć blade i piękne. Tutaj mają żarówiaste szkła kontaktowe i kilogram białego pudru.
Za niesmaczne uważam prezentowanie przez pół filmu muskulatury 17-letniego Taylora Lautnera (16-letniego Jacoba). Scena z podkoszulkiem zdejmowanym jak na pokazie męskiego stripteasu jest żenująca. W dodatku nijak się ma do akcji i do charakteru postaci. Mógł już zdjąć tę koszulkę, ale czy ktoś przejęty wypadkiem przyjaciółki, w dodatku dość nieśmiały rozbiera się w taki sposób?! Dużo o tym piszę, bo ta scena jest dla mnie kwintesencją tego, co złe w tym filmie.
O fabule nie wspominam, bo po prostu została przeniesiona niemal toczka w toczkę z książki - czyli słabo ;)

Nie będę wredna, powiem co mi się podobało. Scena ucieczki Victorii - zwolniony lot ptaka vs. jej bieg w "ludzkim" tempie - sprytne, sprytne i ładne wizualnie. Muzyka też spoko.

Zawsze mam opór przed pisaniem czegoś krytycznego, często się wycofuję. Nie chcę nikogo urazić, ani jego gustów, ani opinii, ani emocji często związanych z osobistymi przeżyciami. Wszystkie je szanuję. Pomyślałam jednak, że jako "twitarded" mogę sobie pozwolić na krytykę. Najgorsze to nastawić się na dobry film, a potem się rozczarować. Jeśli o mnie więc chodzi - idźcie do kina, ale przygotujcie się na dużą porcję żenu, który już nie jest zabawny.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group