To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

North and South - powieść - Tłumaczenia fragmentów powieści "N&S"

Gosia - Czw 07 Wrz, 2006 17:59

W ktoryms kolejnym rozdziale, mysli o Henrysiu ;)
Gitka - Czw 07 Wrz, 2006 18:03

Wiedziałam :grin:
Gosia - Pią 08 Wrz, 2006 09:30

Rozdział V, Decision (Decyzja) s. 44

Żona dowiaduje sie ostatnia cz. 1

Margaret była dobrym słuchaczem wszystkich małych planów swojej matki, zmierzających do zapewnienia jakichś małych udogodnień wielu biedniejszym parafianom. Nie mogła nie słuchać, chociaż każdy nowy projekt był ciosem w jej serce. Zanim nadciągnie mróz, powinni być już daleko od Helstone. Reumatyzm starego Simona będzie silny i jego wzrok się pogorszy, nie będzie nikogo, kto pójdzie do niego, żeby mu poczytać i pocieszyć małą miseczką bulionu i dobrą czerwoną flanelą. A jeśliby się ktoś taki znalazł, to byłby kimś obcym i stary człowiek czekałby na próżno na nią. Mały kulawy syn Mary Domville mógłby czołgać się nadaremnie do drzwi i wyglądać jej nadejścia przez las. Ci biedni przyjaciele nigdy nie zrozumieją dlaczego ich porzuciła, a było wielu innych prócz nich.
- Papa zawsze wydawał dochody pochodzące z prebendy. Ja, być może, naruszam następne należności, ale zima będzie prawdopodobnie surowa i trzeba pomóc naszym biednym starym ludziom.
- Och, mamo. Pozwól, że zrobimy, wszystko co możemy – powiedziała Margaret skwapliwie, nie dostrzegając rozsądnej strony tego zagadnienia, jedynie chwytając się myśli, że po raz ostatni udzielają takiej pomocy - może nie pozostaniemy tutaj długo.
- Czy źle się czujesz, kochanie? – zapytała pani Hale z niepokojem, nie rozumiejąc wzmianki Margaret o niepewności ich pobytu w Helstone. – Wyglądasz na bladą i zmęczoną. To to miękkie, wilgotne, niezdrowe powietrze.
- Nie. ..nie, mamo, to nie to, powietrze jest delikatne. To najświeższy, najczystszy zapach po dymach na Harley Street. Ale jestem zmęczona, zbliża się z pewnością pora snu.
- Nie jest do niej daleko, jest w pół do dziesiątej. Lepiej od razu idź do łóżka, kochanie. Poproszę Dixon o trochę kleiku. Zajrzę do ciebie wkrótce jak będziesz w łóżku. Boję się, że się przeziębiłaś lub to złe powietrze ze stojącej wody w stawie...
- Och, mamo – powiedziała Margaret, lekko uśmiechając się, gdy całowała matkę – Czuję się całkiem dobrze, nie niepokój się o mnie. Jestem tylko zmęczona.
Margaret weszła na górę. Aby uspokoić obawy matki, poddała się i zjadła miskę kleiku. Kładła się powoli do łóżka, kiedy weszła pani Hale, aby ostatni raz zadać pytanie o zdrowie Margaret i pocałować ją, zanim uda się na noc do własnego pokoju.
Ale gdy tylko Margaret usłyszała, że matka zamknęła drzwi, zerwała się z łóżka, zarzuciła na siebie szlafrok, i zaczęła chodzić tam i z powrotem po pokoju, aż skrzypienie jednej z desek przypomniało jej, że nie może robić hałasu. Skuliła się w małej, głębokiej okiennej wnęce. Tego ranka, kiedy wyglądała przez okno, jej serce tańczyło na widok jasnych, czystych świateł na wieży kościoła, które zapowiadały piękny, słoneczny dzień. Tego wieczora – co najwyżej szesnaście godzin minęło – siedziała, zbyt pełna smutku, żeby płakać, ale z tępym, chłodnym bólem, który jak wydawało się wyparł z serca młodość i pogodę ducha, które nigdy nie miały już wrócić. Wizyta pana Henry Lennoxa – jego oświadczyny – były jak sen, były czymś spoza jej obecnego życia. Twarda rzeczywistość była taka, że jej ojciec dopuścił do swego umysłu pokusę wątpliwości na tyle, by stać się schizmatykiem – wyrzutkiem, wszystkie zmiany wynikały z tego jednego wielkiego faktu.
Przyglądała się ciemnym liniom wieży kościoła – kwadratowej i prostej – w centrum widoku, odcinającej się na tle granatowej głębi, w którą wpatrywała się z poczuciem, że wpatrywać się tak może po wieczność widząc tylko niezmierną przestrzeń i ani śladu Boga! Wydawało się jej w tym momencie, jakby ziemia była zupełnie opuszczona, bardziej, niż gdyby była otoczona żelaznym sklepieniem, poza którym był może niezatarty spokój i Chwała Wszechmogącego; te niekończące się głębie przestrzeni w swoim spokoju były bardziej zwodnicze dla niej, niż jakiekolwiek materialne granice – zatrzymując szlochy cierpiących na ziemi, którzy mogli wspinać się do nieskończonej świetności ogromu i zatracić się – zagubić się na zawsze, zanim osiągnęli Jego Tron.

Gitka - Sob 09 Wrz, 2006 18:24

"Tego wieczora – co najwyżej szesnaście godzin minęło – siedziała, zbyt pełna smutku, żeby płakać, ale z tępym, chłodnym bólem, który jak wydawało się wyparł z serca młodość i pogodę ducha, które nigdy nie miały już wrócić. Wizyta pana Henry Lennoxa – jego oświadczyny – były jak sen, były czymś spoza jej obecnego życia"

Tak, musiała szybko wydorośleć.
Gosiu, to chyba jeszcze nie ten fragment gdzie rozmyśla - co by było gdyby jednak Henryka przyjęła?

Gosia - Sob 09 Wrz, 2006 21:54

Nie ten, ale ona sie chyba jednak nie zastanawia nad tym, ze moglaby go przyjac, ale po prostu mysli o nim, co on robi... itd ale nie bede uprzedzac wypadkow ;)
Matylda - Nie 10 Wrz, 2006 09:11

Gosiu dzieki za kolejne tłumaczenia
Niestety nie mam czasu teraz czytać ich systematycznie , ale dzisiaj rano troche już nadrobiłam

Tak sobie pomyslałam - że teraz zaczynam rozumieć Margaret dlaczego nie pokochała od razu Thortona??? ( bo ja od razu , ale byłam w innej sytuacji)

Czytając początek książki rozumiem jej rozgoryczenie z powodu wyjazdu na północ i wmówioną sobie niechęć do wszystkiego co jest z północy. Żal, rozgoryczenie. gniew i troska o matkę, to wszystko nie pozwoliło jej chyba nawet mysleć o własnych uczuciach.
Thorton pojawił się nie w porę za wcześnie.
Zanim Gosia zaczęła tłumaczyć znałysmy tę książkę od fragmentów ,gdy się spotkali w Milton, a być może od niefortunnych oświadczyn ( teraz nie pamietam dokładnie)

Gosia - Nie 10 Wrz, 2006 09:18

Alison zaczela tlumaczyc od rozdzialu VII, a wlasciwie pierwszego spotkania Margaret i Thorntona, ale jedynie fragmenty ich bezposrednio dotyczace, dopiero pozniej dziewczyny zaczely tlumaczyc cale rozdzialy.
Ja teraz wzielam sie za rozdzial VII i pociagne go do ich spotkania, ewentualnie zastanowie sie czy jeszcze czegos dalej nie przelozyc, co nasze tlumaczki ominely.

achata - Nie 10 Wrz, 2006 14:21

Gosia napisał/a:
Ja teraz wzielam sie za rozdzial VII i pociagne go do ich spotkania, ewentualnie zastanowie sie czy jeszcze czegos dalej nie przelozyc, co nasze tlumaczki ominely.

Ale do rozdziału VII dojdziesz, Gosiu? Byłoby super skompletować tłumaczenie całej książki. Opis Helstone był cudowny, aż sie czuło tą słoneczną jesienną aurę.

Gosia - Nie 10 Wrz, 2006 16:03

Juz wszystko do rozdzialu VII przełożyłam, doszłam nawet juz do spotkania Margaret z Thorntonem :D
Co jeszcze przeloze z dalszej czesci ksiazki - jeszcze nie wiem.

Pearl Jamma - Pon 11 Wrz, 2006 10:01

Witam drogie panie! Niestety wciąż mam b. ograniczony dostęp do komputera,co uniemożliwia mo kontakt z zacnym gronem. :cry: Jednak stale o Was myślę i gorąco pozdrawiam.

Dziękuję Gosi J. za leczniczą przesyłkę! :lovera: :thud:

Gosia - Pon 11 Wrz, 2006 11:11

Rozdział V, Decision (Decyzja) s. 46

Żona dowiaduje sie ostatnia cz. 2

Będąc w takim nastroju, nie usłyszała, że wszedł jej ojciec. Światło księżyca było silne na tyle, że pozwoliło mu ujrzeć córkę w tak niezwykłym miejscu i pozie. Podszedł i dotknął jej ramienia, zanim uświadomiła sobie jego obecność.
- Margaret, usłyszałem, że wstałaś. Nie mogłem się powstrzymać, żeby nie przyjść zapytać czy pomodlisz się ze mną – czy odmówisz Ojcze Nasz, to byłoby dobre dla nas obojga.
Pan Hale i Margaret uklękli przy oknie, on patrzył w górę, ona schylała się z pokorą i wstydem.
Był tam Bóg, blisko nich, słyszał szeptane przez jej ojca słowa. Jej ojciec może być heretykiem, ale czy ona, w jej rozpaczliwych wątpliwościach pięć minut wcześniej, nie okazała się samej sobie o wiele bardziej sceptyczna? Nie wyrzekła słowa, ale kiedy ojciec zostawił ją samą, wślizgnęła się do łóżka jak dziecko zawstydzone swoim błędem. Jeśli świat był pełen trudnych problemów, ona powinna ufać i tylko prosić, by mogła wiedzieć tylko to, co powinna zrobić w następnej godzinie. Pan Lennox – jego wizyta, jego oświadczyny - czego wspomnienie zostało brutalnie wyparte przez następne wydarzenia dnia – to nawiedzało jej sny tej nocy. On wspinał się na jakieś drzewo fantastycznej wysokości, aby dosięgnąć gałęzi, na której wisiał jej czepek, spadał, a ona usiłowała go ratować, ale została powstrzymana przez jakąś niewidoczną potężną rękę. Zmarł.
Potem scena zmieniła się, była ponownie w salonie na Harley Street, rozmawiała z nim jak dawniej i cały czas miała świadomość, że widziała, jak zabił się po tym strasznym upadku.
Okropna, nieszczęsna noc! Złe przygotowanie do nadchodzącego dnia! Obudziła się nagle, nie wypoczęta, i świadoma rzeczywistości gorszej nawet niż jej gorączkowe sny. Wszystko do niej wróciło, nie tylko smutek, ale straszny dysonans w smutku. Dokąd, na jak dużą odległość jej ojciec zabłądził, prowadzony przez wątpliwości, które były dla niej pokusami szatana? Chciała zapytać, a jednocześnie nie chciała znać odpowiedzi.

Piękny, czysty ranek sprawił, że jej matka, w czasie śniadania, czuła się szczególnie dobrze i szczęśliwie. Rozmawiała, planując gesty uprzejmości wobec mieszkańców wioski, nie zauważając milczenia męża i monosylabowych odpowiedzi Margaret. Zanim naczynia zostały uprzątnięte, pan Hale podniósł się, położył rękę na stole, jakby chciał udzielić sobie wsparcia:
- Nie będzie mnie w domu do wieczora. Pojadę do Bracy Common i poproszę Dobsona, aby dał mi coś na obiad. Powinienem wrócić o siódmej, na herbatę. – nie patrzył na żadną z nich, ale Margaret wiedziała, co ma na myśli. Do siódmej matka musi być powiadomiona.
Pan Hale mógłby z tym zwlekać aż do wpół do siódmej, ale Margaret była z innej gliny. Nie mogła znieść tego nieuchronnego zadania, które miało ciążyć nad nią cały długi dzień, lepiej było mieć najgorsze za sobą, dzień mógł być zbyt krótki, żeby zdołała pocieszyć matkę. Ale podczas gdy stała przy oknie, myśląc jak zacząć i czekała, aż służący opuści pokój, matka poszła na górę, aby założyć ubranie, w którym miała iść do szkoły. Zeszła na dół już gotowa w bardziej rześkim nastroju, niż zwykle.
- Mamo, przejdź się ze mną wokół ogrodu, zrobimy tylko jedno kółko – powiedziała Margaret, kładąc ramię na talii pani Hale.
Przeszły przez otwarte okno tarasowe. Pani Hale mówiła – opowiadała o czymś – Margaret nie mogła rozróżnić o czym. Jej oczy uchwyciły pszczołę, która wleciała do dzwonka kwiatu. Kiedy odleci ze zdobyczą, Margaret zacznie, to będzie znak. Pszczoła wydobyła się na zewnątrz.
- Mamo! Tata zamierza opuścić Helstone! – wypaliła. – Zamierza opuścić Kościół i mieszkać w Milton na Północy. – To były trzy twarde fakty, o których z trudem powiedziała.

Gosia - Wto 12 Wrz, 2006 13:10

Rozdział V, Decision (Decyzja) s. 48

Żona dowiaduje sie ostatnia cz. 3

- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytała pani Hale, zaskoczonym, niedowierzającym głosem. – Kto ci powiedział coś tak niedorzecznego?
- Sam tata – powiedziała Margaret, pragnąc powiedzieć coś łagodnego i kojącego, ale nie wiedziała jak to zrobić. Były blisko ogrodowej ławki. Pani Hale usiadła i zaczęła płakać.
- Nie rozumiem cię. – powiedziała. – Oboje musieliście popełnić jakąś ogromną pomyłkę lub ja nie całkiem zrozumiałam.
- Nie, mamo, nie popełniłam żadnej pomyłki. Tata napisał do biskupa, informując go, że ma takie wątpliwości, że nie może w zgodzie z własnym sumieniem pozostawać kapłanem Kościoła anglikańskiego i że musi opuścić Helstone. Poradził się także pana Bella – ojca chrzestnego Fredericka, wiesz mamo; i zostało ustalone, że wyjedziemy do Milton na Północy – pani Hale cały czas patrzyła na twarz Margaret, która mówiła te słowa, cień na jej obliczu mówił, że w końcu uwierzyła w to, co mówiła.
- Nie myślę, że to może być prawda – powiedziała pani Hale wreszcie. – Z pewnością porozmawiałby ze mną, zanim by do tego doszło.
Do głowy Margaret dotarło silne przekonanie, że jej matce należało powiedzieć, jakkolwiek winna była narzekania i niezadowolenia – błędem ojca było pozwolić, by dowiedziała się o zmianie w jego światopoglądzie od lepiej poinformowanego dziecka. Margaret usiadła obok matki i położyła jej niestawiającą oporu głowę na swoją pierś, schylając własne delikatne policzki, aby dotknąć pieszczotliwie jej twarzy.
– Droga, kochana mamo! Tak baliśmy się, że sprawimy ci ból. Tata czuł to tak dotkliwie – wiesz, że nie jesteś silna, i to musi być tak straszne zaskoczenie dla ciebie.
- Kiedy ci to powiedział, Margaret?
- Wczoraj, dopiero wczoraj – odpowiedziała Margaret, dostrzegając zazdrość, która podsunęła to pytanie. – Biedny tata! – próbowała zwrócić myśli matki ku zrozumieniu tego, przez co jej ojciec musiał przejść. Pani Hale podniosła głowę.
- Co on miał na myśli mówiąc o wątpliwościach – zapytała. – Z pewnością on nie myśli inaczej, że wie lepiej niż Kościół.- Margaret potrząsnęła głową i łzy spłynęły do jej oczu, jakby matka dotknęła czułej struny jej własnego żalu.
- Czy biskup nie może wyprowadzić go z błędu? – zapytała pani Hale z niecierpliwością.
- Boję się, że nie. – odparła Margaret – Ale nie zapytałam. Mogłabym nie znieść jego odpowiedzi. To ustalone w każdym razie. Zamierza opuścić Helstone za dwa tygodnie. Nie jestem pewna czy nie powiedział, że już wysłał akt swojej rezygnacji.
- Za dwa tygodnie! – zawołała pani Hale. – Myślę, że to jest naprawdę dziwne – nie wszystko jest w porządku. Nazwę to naprawdę bezdusznym – powiedziała, znajdując ulgę w płaczu. – On ma wątpliwości, powiedziałaś i rezygnuje z prebendy i to wszystko bez uzgodnienia ze mną. Ośmielam się powiedzieć, że gdyby wspomniał mi najpierw o swoich wątpliwościach, mogłabym stłumić je w zarodku.
Margaret czuła, że błędne było postępowanie jej ojca, ale nie mogła znieść wyrzutów matki. Wiedziała, że jego rezerwa wynikała z czułości wobec niej, która mogła być tchórzostwem, ale nie była bezduszna.
- Niemal miałam nadzieję, że mogłabyś być zadowolona z opuszczenia Helstone, mamo – powiedziała po chwili ciszy – Wiesz, że nigdy nie czułaś się dobrze w tym klimacie.
- Nie możesz sądzić, że zadymione powietrze fabrycznego miasta, wszystkie kominy i brud jak w Milton na Północy, mogłoby być lepsze niż to powietrze, które jest czyste i świeże, chociaż jest zbyt miękkie i rozleniwiające. Wyobraź sobie życie między fabrykami i ludźmi z fabryk. Chociaż, oczywiście, jeśli twój ojciec opuści Kościół, nie będzie przyjmowany w towarzystwie. To będzie dla nas taką hańbą. Biedny, drogi sir John! To dobrze, że nie żyje i nie widzi co twój ojciec robi. Każdego dnia po obiedzie, kiedy byłam dziewczyną, mieszkając z twoją ciocia Shaw w Beresford Court, Sir John miał zwyczaj jako pierwszy toast mówić: „Kościół i Anglia i precz z Parlamentem Kadłubowym!"*.
Margaret była zadowolona, że myśli matki odwróciły się od kwestii milczenia jej męża i skupiły się na tym, co musiało być tak bliskie jego sercu. Obok poważnej zasadniczej obawy co do natury wątpliwości jej ojca, to była jedyna okoliczność, która dała Margaret tyle cierpienia.
- Wiesz, że mamy tu bardzo małe towarzystwo, mamo. Gormanowie, którzy są naszymi najbliższymi sąsiadami, jeśli nazwać ich towarzystwem, skoro ledwie ich widywaliśmy, trudnią się handlem tak jak wielu ludzi w Milton.
- Tak – powiedziała pani Hale, prawie oburzona – ale w każdym razie, Gormanowie wytwarzają powozy dla połowy ziemiaństwa w hrabstwie i są dopuszczani do jakiegoś rodzaju kontaktów, ale ci ludzie z fabryki, kto ubiera się w bawełnę, kiedy stać go na len?
- Dobrze, mamo, zostawiam przędzarzy bawełny. Nie staję w ich obronie, ani w obronie innych ludzi trudniących się handlem. Tylko że będziemy mieć z nimi niewiele do czynienia.
- Dlaczego twój ojciec wybrał Milton, aby w nim zamieszkać?
- Po części – powiedziała Margaret wzdychając – ponieważ to miasto jest tak różne od Helstone i po części dlatego, że pan Bell stwierdził, że tam są wolne miejsca dla prywatnych nauczycieli
- Prywatny nauczyciel w Milton! Dlaczego nie może udać się do Oxfordu i zostać nauczycielem dżentelmenów?
- Zapomniałaś mamo! On opuszcza Kościół z powodu swoich przekonań – jego wątpliwości mogłyby nie być dobrze widziane w Oxfordzie.

* Parlament Kadłubowy (ang. Rump Parliament) to nazwa parlamentu, jaki powstał w 1648 roku na skutek ograniczenia przez Olivera Cromwella liczby członków brytyjskiego parlamentu z 200 do 50 posłusznych jego woli. Zasiadał do 20 kwietnia 1653 oraz po okresie Protektoratu Cromwella od 7 maja 1659 do 21 lutego 1660.

Caroline - Wto 12 Wrz, 2006 20:21

To zostawienie Margaretki i milczący nakaz, by powiedziała matce strasznie mi się bezduszny wydał. Jak człowiek tak odważny, żeby zmienić całe swoje życie może jednocześnie być takim tchórzem. Niesamowite.
Gosia napisał/a:
Jej oczy uchwyciły pszczołę, która wleciała do dzwonka kwiatu. Kiedy odleci ze zdobyczą, Margaret zacznie, to będzie znak.

Fajna ta Margerytka.

Gosia - Wto 12 Wrz, 2006 20:37

Mysle, ze po prostu byl tchorzem, jak sam siebie okresla.
Wolal zrzucic ten obowiazek na kogos.

Alison - Śro 13 Wrz, 2006 09:52

Czasem człowiek odważny wobec siebie, nie ma siły zmierzyć się z bólem swoich bliskich i scedowuje to na innych, ale fakt, że tak ogólnie marnie to o nim świadczy.
przecinek - Śro 13 Wrz, 2006 11:20

Decyzja p. Hale’a o opuszczeniu parafii jest naprawdę okrutna, zwłaszcza, jeśli chodzi o sposób przekazania tej informacji rodzinie. Jednak z drugiej strony postawa p. Hale’a przywróciła mi wiarę o powołanie pastorów. W dotychczas znanych mi książkach, głównie Jane Austen, przyjęcie święceń było drogą kariery, bądź zapewnienia sobie stałego dochodu i spokojnego życia. A p. Hale wręcz przeciwnie – pozbywa się dobrobytu, spokoju i stałego dochodu z powodów etycznych i sytuacji, w której nie mógł już dłużej sprawować posługi. Ta sytuacja może jest trochę naciągana i niezrozumiała, ale podziwiam p. Hale’a za jego decyzję.
Gitka - Śro 13 Wrz, 2006 12:20

A pani Hale boi się, że mąż nie będzie przyjmowany w towarzystwie.
Jakie to i teraz aktualne...
Gosiu, dziękuję.

Gosia - Śro 13 Wrz, 2006 16:52

Rozdział V, Decision (Decyzja) s. 51

Żona dowiaduje sie ostatnia cz. 4

Pani Hale milczała przez pewien czas, cicho płacząc. W końcu powiedziała:
- A meble – jak poradzimy sobie z przeprowadzką? Nigdy w moim życiu nie przeprowadzałam się, i mamy zaledwie dwa tygodnie, aby o tym pomyśleć!
Margaret odczuła niewypowiedzianą ulgę, stwierdzając, że niepokój i strapienie matki zredukowało się do tej kwestii, tak błahej dla niej, w której mogła okazać tak wiele pomocy. Planowała i obiecywała i zachęcała matkę do szczegółowego ustalenia tego co mogło być ustalone, zanim dowiedzą się nieco więcej co pan Hale zamierza robić. Przez cały dzień Margaret nie opuszczała matki, całą swoją duszą skupiając się na niej. Pragnęła wykazać zrozumienie wobec różnych zmian uczuć matki, zwłaszcza bliżej pory wieczornej, jakby była coraz bardziej niespokojna, aby ojca mogło spotkać kojące powitanie w domu, po powrocie z tego dnia pełnego zmęczenia i strapienia. Zastanawiała się, że musiał tak długo zachowywać tajemnicę, jej matka tylko odpowiadała chłodno, że powinien był jej powiedzieć, a wtedy miałby kogoś, kto by mu udzielił rady.
Serce Margaret omdlało, kiedy usłyszała kroki ojca w hallu. Nie śmiała spotkać się z nim i opowiedzieć mu, co się działo w ciągu dnia, z obawy o to, że to może wywołać u matki zazdrosne rozdrażnienie. Słyszała jak zwleka, jakby czekał na nią lub na jakiś jej znak, i nie ośmieliła się poruszyć, widziała ściągnięte czoło matki, która była także świadoma, że jej mąż wrócił. Wkrótce otworzył drzwi do salonu i stanął tam niepewny, czy wejść do środka. Jego twarz była szara i blada, jego wzrok był nieśmiały, bojaźliwy, coś prawie żałosnego widać było na jego twarzy, ale ten wygląd przygnębionej niepewności i psychicznego i fizycznego osłabienia, poruszył serce jego żony.
Podeszła do niego i rzuciła się na jego piersi z płaczem:
- Och. Richard, Richard, powinieneś był mi powiedzieć wcześniej!

I wtedy we łzach Margaret zostawiła ją, wbiegła po schodach na górę, rzuciła się na łóżko i schowała twarz w poduszkę aby zdusić histeryczny szloch, który utorował sobie w końcu drogę po całym dniu zachowywania twardej samokontroli. Jak długo leżała w ten sposób, nie mogłaby powiedzieć. Nie słyszała żadnego hałasu, chociaż do środka weszła służąca, aby sprzątnąć pokój. Przerażona dziewczyna wyszła na palcach i powiedziała pani Dixon, że panna Hale płacze jakby jej serce pękło, była pewna, że jeśli będzie tak dalej, śmiertelnie się rozchoruje. Na skutek tego Margaret poczuła się dotknięta i zerwała się do siedzącej postawy, zobaczyła pokój, sylwetkę Dixon w cieniu stojącą z daleka ze świecą w dłoni, przestraszoną widokiem szeroko otwartych oczu panny Hale, spuchniętych i oślepionych.
- Och, Dixon! Nie słyszałam, kiedy weszłaś do pokoju – powiedziała Margaret, odzyskując panowanie nad sobą – Jest naprawdę tak późno? – kontynuowała, podnosząc się ociężale, pozwalając jeszcze, by jej stopy dotknęły ziemi, ale jeszcze nie wstając zupełnie, usuwając z twarzy mokre zmierzwione włosy i próbowała wyglądać jakby nic się nie stało, jakby tylko zasnęła.
- Z trudem mogę powiedzieć, która jest godzina – odpowiedziała Dixon zasmuconym głosem. – Odkąd pani mama powiedziała mi te straszne nowiny, kiedy ubierałam ją na herbatę, straciłam rachubę czasu. Nie wiem, co się z nami stanie. Kiedy Charlotte powiedziała mi przed chwilą, że panienka szlocha, panno Hale, pomyślałam: nic dziwnego, biedactwo! Czy pan pomyślał o tym, że stanie się dysydentem (odszczepieńcem) w jego wieku, kiedy nawet nie można powiedzieć, żeby za dobrze poradził sobie w kościele, chociaż znowu nie był taki zły. Mam kuzyna, panienko, który stał się pastorem – metodystą w pięćdziesiątym roku życia, a całe życie był krawcem, ale nigdy nie był w stanie zrobić pary pasujących spodni, nic więc dziwnego, ale pan! Gdy powiedziałam pani: Co by powiedział biedny pan John? On nigdy nie lubił pani małżonka pana Hale`a, ale gdyby wiedział do czego doszło, przeklinałby gorzej niż kiedykolwiek, jeśli to możliwe!
Dixon była tak przyzwyczajona do komentowania poczynań pana Hale`a wobec swojej pani (która jej słuchała lub nie zależy w jakim była humorze), że nie zauważyła błyszczących oczu Margaret i jej rozszerzonych nozdrzy. Słyszeć jak jej służąca mówi twarzą w twarz o jej ojcu w ten sposób!
- Dixon – powiedziała niskim głosem, którego zawsze używała, gdy była bardzo podekscytowana, który miał w sobie odgłos dalekiej zrywającej się burzy – Dixon! Zapominasz do kogo mówisz. Stała teraz prosto i mocno na nogach patrząc śmiało na służącą, silnym i bystrym wzrokiem. – Jestem córką pana Hale`a. Odejdź! Popełniłaś dziwny błąd, ale jednego jestem pewna, że twoja dobra wola sprawi, że będziesz tego żałować, gdy już się nad tym zastanowisz.
Dixon poruszała się niezdecydowana po pokoju przez minutę lub dwie. Margaret powtórzyła – Możesz zostawić mnie, Dixon. Chciałabym, żebyś odeszła. Dixon nie wiedziała czy ma się obrazić, słysząc te stanowcze słowa czy zapłakać. Jedno albo drugie zrobiłaby, gdyby miała do czynienia ze swoją panią, ale powiedziała do siebie: Panna Margaret ma w sobie coś ze starego pana, taka samo jak pan Frederick. Dziwię się skąd to się u nich bierze? – i ona, która mogła czuć się dotknięta takimi słowami kogoś mniej dumnego i zdecydowanego, była pokonana na tyle, by powiedzieć w połowie pokornie, w połowie obrażonym tonem:
- Może mogłabym rozwiązać suknię, panienko i uczesać włosy?
- Nie! Nie dziś wieczór, dziękuję. – I Margaret poważnie wyprowadziła ją ze świecą z pokoju i zaryglowała drzwi. Odtąd Dixon była posłuszna i podziwiała Margaret.
Powiedziała, że to dlatego, że ona tak przypomina biednego pana Fredericka, ale prawda była taka, że Dixon, jak wielu ludzi, lubiła czuć się prowadzona przez jakiś potężny i zdecydowany charakter.

achata - Śro 13 Wrz, 2006 17:36

Gosia napisał/a:
Rozdział V, Decision (Decyzja) s. 51
Jego twarz była szara i blada, jego wzrok był nieśmiały, bojaźliwy, coś prawie żałosnego widać było na jego twarzy, ale ten wygląd przygnębionej niepewności i psychicznego i fizycznego osłabienia, poruszył serce jego żony.
Podeszła do niego i rzuciła się na jego piersi z płaczem:
- Och. Richard, Richard, powinieneś był mi powiedzieć wcześniej!

No, czyli jednak pani Hale zyskuje po bliższym poznaniu :) Myślałam, że gorzej to pójdzie a biorąc pod uwagę okoliczności matka Margaret przyjęła te niespodziewane wiadomości całkiem nieźle.

Gosia - Czw 14 Wrz, 2006 18:35

Rozdział V, Decision (Decyzja) s. 54

Żona dowiaduje sie ostatnia cz. 5

Margaret przydała się pomoc Dixon w działaniu i milczenie w słowach; przez jakiś czas ta druga poczytywała sobie za swój obowiązek okazywać urazę, zwracała się więc do swojej młodej pani, tak rzadko jak to było możliwe, tak więc jej energia wyładowywała się w działaniu raczej niż w mówieniu.
Dwa tygodnie to było bardzo mało czasu, aby poczynić przygotowania do tak poważnej przeprowadzki, jak Dixon powiedziała: Każdy prócz dżentelmena... - w istocie prawie żaden inny dżentelmen" – ale spostrzegłszy wzrok Margaret i jej surowe czoło, zakaszlała, nie kończąc zdania i potulnie wzięła cukierka ziołowego na kaszel, którego Margaret jej zaproponowała, by powstrzymać „lekkie drapanie w gardle, panienko”.
Ale prawie każdy poza panem Halem miał na tyle praktycznej wiedzy, by widzieć, że w tak krótkim czasie może być trudne znalezienie domu w Milton lub gdzie indziej, do którego można by przenieść meble, które koniecznie trzeba było zabrać z plebanii w Helstone.
Pani Hale, przytłoczona tymi wszystkimi kłopotami i trudami związanymi z podejmowaniem szybko decyzji dotyczących domu, które spadły na nią naraz, rozchorowała się, i Margaret prawie odczuła to jako ulgę, kiedy matka położyła się do łóżka i pozostawiła jej zarządzanie tymi sprawami. Dixon, na swoim posterunku służącej, czuwała wiernie przy swojej pani i tylko wychodziła z sypialni pani Hale, aby pokiwać głową i mruczeć pod nosem w sposób, jakiego Margaret wolała nie słyszeć.
Jedna rzecz była jasno przed nią - konieczność opuszczenia Helstone. Następca pana Hale`a na plebanii po decyzji ojca został już ustanowiony, nie można było żadną miarą pozostawać tu dłużej ze względu na niego i z wszelkich innych powodów.
Choćby dlatego że Pan Hale przychodził codziennie do domu coraz bardziej przygnębiony po niezbędnych pożegnaniach, które jak postanowił, należą się każdemu z osobna parafianinowi.
Margaret, niedoświadczona w kwestii wszystkich praktycznych konieczności, przez które trzeba było przejść, nie wiedziała, do kogo udać się po radę. Kucharz i Charlotta z rękami chętnymi do pomocy i niezłomnymi sercami zawzięcie pracowali nad przenosinami i pakowaniem, do pewnego stopnia znakomite wyczucie Margaret umożliwiało jej dostrzeganie tego, co było najlepsze, i kierowanie działaniami, tak jak należało. Ale dokąd pojadą? Za tydzień mieli wyjechać. Prosto do Milton czy gdzie indziej? Tak wiele zarządzeń zależało od tej decyzji, o podjęcie której Margaret postanowiła poprosić ojca pewnego wieczoru pomimo jego wyraźnego zmęczenia i przygnębienia. Odpowiedział:
- Moja droga! Naprawdę miałem zbyt wiele do przemyślenia, by to ustalić. Co powiedziała twoja matka? Czego ona sobie życzy? Biedna Maria!
To spotkało się z echem nawet głośniejszym niż jego westchnienie. Akurat Dixon weszła do pokoju po kolejną filiżankę herbaty dla pani Hale i usłyszała ostatnie słowa pana Hale`a i chroniąc się jego obecnością przed karcącymi oczami Margaret, ośmieliła się powiedzieć: - Moja biedna pani!
- Nie myślisz chyba, że czuje się dziś gorzej – powiedział pan Hale, odwracając się pośpiesznie.
- Jestem pewna, że nie mogę tego powiedzieć, proszę pana. Nie mnie to oceniać. Choroba, jak się wydaje, bardziej zależy od umysłu niż ciała.
Pan Hale wyglądał na zupełnie roztrzęsionego.
- Lepiej podaj mamie tę herbatę, dopóki jest gorąca, Dixon – powiedziała Margaret władczym tonem.
- Och! Proszę o wybaczenie, panienko! Moje myśli były zajęte moją biedną panią Hale.
- Tato – powiedziała Margaret – to ta niepewność jest zła dla was obojga. Oczywiście, mama musi przeżywać zmianę twoich przekonań, nie możemy nic na to poradzić – kontynuowała łagodnie – ale teraz kierunek jest jasny, przynajmniej do pewnego stopnia. Ale sądzę, że mogę skłonić mamę do pomocy, jeśli powiesz mi, co planujesz. Ona nigdy nie wyrażała żadnego życzenia w żaden sposób i jedynie myśli o tym, że nic nie można poradzić. Czy my wyjedziemy prosto do Milton? Czy mamy tam dom?
- Nie – odpowiedział. Przypuszczam, że musimy poszukać domu do wynajęcia.
- I spakować meble tak, aby można je było zostawić na stacji kolejowej, dopóki tego nie zrobimy. - Sądzę, że tak. Zrób co uważasz za najlepsze. Tylko pamiętaj, że mamy o wiele mniej pieniędzy na wydatki.
Nigdy nie mieli ich zbyt wiele, o czym Margaret dobrze wiedziała. Czuła, że wielki ciężar został nagle zrzucony na jej barki. Cztery miesiące temu, decyzje, jakie musiała podjąć, dotyczyły tego, jaką suknię założyć do obiadu i jak pomóc Edith ułożyć listę osób zaproszonych na przyjęcie w domu. Nie miała domu, który wymagałby tak wielu decyzji. Poza jednym przypadkiem oświadczyn pana Lennoxa, każda sprawa przychodziła z regularnością zegarka. Raz na rok, odbywała się wielka dyskusja między ciotką Shaw a Edith, czy wyjadą na Wyspę Wight, za granicę, czy do Szkocji, ale sama Margaret była bezpieczna od zawieruchy, bez jakiegokolwiek wysiłku z jej strony, w spokojnym porcie swego domu. Teraz, od tego dnia, kiedy przybył pan Lennox i zaskoczył ją koniecznością podjęcia decyzji, każdy dzień przynosił jakąś kwestię wielkiej wagi dla niej, i dla tych, których kochała, którą musiała ustalić.
Jej ojciec wszedł na górę po herbacie, aby posiedzieć ze swoją żoną. Margaret pozostała sama w salonie. Nagle wzięła świecę i weszła do gabinetu ojca po wielki atlas i zabrała go ze sobą do salonu, zaczęła przeglądać mapy Anglii. Była przygotowana, aby podnieść wzrok pogodnie, kiedy jej ojciec zszedł po schodach na dół.
- Wpadłam na piękny pomysł. Spójrz tutaj – w Darkshire, ledwie na szerokość mojego palca od Milton, leży Heston, o którym słyszałam od ludzi mieszkających na północy jako o przyjemnym, małym kąpielisku. Czy nie myślałeś o tym, że mama z Dixon mogłaby się tam udać, podczas gdy ty i ja pojechalibyśmy rozejrzeć się w poszukiwaniu domu w Milton? Mogłaby zaczerpnąć morskiego powietrza, aby przygotować się do zimy i oszczędzić sobie zmęczenia, a Dixon z radością opiekowałaby się nią.
- Dixon pojedzie z nami? – zapytał pan Hale, z bezradną trwogą
- Och, tak! – powiedziała Margaret – Dixon ma taki zamiar i nie wiem, jak mama poradziłaby sobie bez niej.
- Ale będziemy musieli prowadzić inne życie. Boję się. Wszystko jest droższe w mieście. Wątpię, czy Dixon może to uważać za wygodne. Prawdę mówiąc Margaret, czuję jakby ta kobieta pozwalała sobie na humory.
- Bądź pewien, że ona pojedzie, tato. – odparła Margaret – i jeśli ma znosić inny styl życia, my powinniśmy znosić jej nastroje, które będą się pogarszać. Ale ona naprawdę kocha nas wszystkich i byłaby nieszczęśliwa opuszczając nas, jestem pewna – zwłaszcza w czasie tej zmiany, tak przez wzgląd na mamę, jak i przez wzgląd na swoje oddanie. Sądzę, że ona musi pojechać.
- Bardzo dobrze, moja droga. Niech tak będzie. Ustępuję. Jak daleko jest Heston od Milton? Szerokość jednego z twoich palców nie daje mi właściwego pojęcia tego dystansu.
- Więc przypuszczam, że to 30 mill, to nie jest daleko.
- Nie w odległości, ale... Mniejsza o to. Czy ty naprawdę sądzisz, że to będzie dobre dla matki, jeśli tak ustalimy?
To był wielki krok naprzód. Teraz Margaret mogła pracować i działać i planować w poważny sposób. I teraz pani Hale mogła obudzić się ze swojej ospałości i zapomnieć o swoim prawdziwym cierpieniu i pomyśleć o przyjemności i urokach wyjazdu nad morze. Jej jedyny żal dotyczył tego, że pan Hale nie będzie z nią całe dwa tygodnie, jakie ona tam spędzi, tak jak kiedyś, kiedy byli zaręczeni i kiedy mieszkała z panem Johnem i lady Beresfor w Torquay.

Mag - Sob 16 Wrz, 2006 14:19

Tyle pracy Gosiałku- dzięki :)
Gosia - Pon 18 Wrz, 2006 18:46

Rozdział VI, Farewell (Pożegnanie) s. 58

cz. 1 Pożegnanie z Helstone

Nadszedł ostatni dzień, dom był pełen skrzyń do pakowania, które zostały przetransportowane do frontowych drzwi, na najbliższą stację kolejową. Nawet ładny trawnik z boku domu był zaniedbany z powodu słomy przyniesionej tu przez otwarte drzwi i okna. W pokojach rozbrzmiewał dziwny pogłos, a światło wpadało ostro przez odsłonięte okna, wyglądało to niegościnnie i dziwnie. Garderoba pani Hale była nietknięta do ostatniej chwili, i tam ona i Dixon pakowały ubrania i przerywały sobie wzajemnie co jakiś czas, aby przywołać się i obejrzeć z czułością jakiś zapomniany skarb, jak relikt dzieciństwa, gdy były jeszcze małe. Nie było wielu postępów w ich pracy.
Na dole stała Margaret spokojna i skupiona, gotowa udzielać rad człowiekowi, który został wezwany do pomocy kucharzowi i Charlotte. Ci dwoje ostatni, płacząc w międzyczasie, zdumiewali się, jak młoda pani może trzymać się tak ostatniego dnia i ustalili między sobą, że ona nie była tak bardzo przywiązana do Helstone, bo przebywała długo w Londynie. Margaret stała, bardzo blada i cicha, swoimi dużymi poważnymi oczami obserwując wszystko, każdy szczegół, nawet drobny.
Nie mogli zrozumieć, że jej serce cierpiało cały czas czując napięcie, którego nie mogło złagodzić ani przynieść jej ulgi żadne westchnienie i że ciągły wysiłek wykorzystujący jej zdolności był jedynym sposobem powstrzymania samej siebie od krzyczenia z bólu. Zresztą, gdyby ona ustąpiła, kto by to robił? Jej ojciec w zakrystii wraz z kancelistą przeglądał dokumenty, książki, rejestry; i kiedy przyszedł były jego własne książki do spakowania, czego nikt inny nie mógł zrobić, tak żeby był zadowolony. Prócz tego czy Margaret była osobą, która dawałaby upust uczuciom przed obcym mężczyzną albo nawet przed przyjaciółmi domu, tak jak kucharz i Charlotta! Nie ona.
Ale w końcu czterech pakowaczy weszło do kuchni na herbatę, a Margaret wyszła sztywno i wolno z miejsca w hallu, gdzie stała tak długo, przez pusty budzący echo salon na zewnątrz w zmierzch wczesnego listopadowego wieczoru. Lekki welon miękkiej, niewyraźnej mgły, przyciemniającej, ale nie kryjącej wszystkich przedmiotów, spowijał je w kolor lila, słońce jeszcze nie zaszło, śpiewał drozd; być może, pomyślała Margaret, to drozd, o którym jej ojciec tak często mówił jako o swoim zimowym zwierzątku, i dla którego zrobił własnymi rękami rodzaj domku dla ptaków obok okna swego gabinetu.
Liście były piękniejsze niż zwykle, pierwsze dotknięcie mrozu położy je na ziemi. Już jeden lub dwa unosiły się w powietrzu, bursztynowe i złote w ukośnie padających promieniach słońca.

Margaret przechadzała się pod ścianą grusz. Nie była tu od czasu, gdy spacerowała u boku pana Lennoxa. Tutaj, na tym łożu tymianku, zaczął mówić o tym, o czym teraz ona nie może myśleć. Jej wzrok zatrzymał się wtedy na tej późno dojrzewającej róży, gdy próbowała znaleźć odpowiedź, pochłonięta myślą o żywej piękności miękkich jak puch liści marchewnika akurat, kiedy wypowiadał ostatnie zdanie.
Zaledwie dwa tygodnie temu, a wszystko się zmieniło! Gdzie on był teraz? W Londynie – odbywając swoją zwykłą rundkę, obiadując na Harley Street lub ze swoimi weselszymi młodymi przyjaciółmi. Nawet teraz, kiedy spacerowała ze smutkiem przez ten wilgotny i ponury ogród w zmierzchu, naznaczony bladością i zniszczeniem, on mógł z radością odkładać swoje prawnicze książki po dniu satysfakcjonującej pracy i odświeżać się, jak mówił, że często to robi, idąc do Temple Gardens, wchłaniając przez jakiś czas wielki, niewypowiedziany, silny ryk tysięcy zajętych ludzi, bliskich, ale nie widzianych i chwytając, na krótki czas, migotanie świateł miasta odbijających się w rzece.
Często mówił o tych szybkich przechadzkach, w przerwach między pracą i obiadem. W swoim najlepszym czasie i będąc w najlepszym nastroju, opowiadał o nich, i myśl o tym uderzyła ją. Tutaj nie było żadnego dźwięku. Drozd odleciał w pustą ciszę nocy.
Co jakiś czas drzwi chatki gdzieś w dali otwierały się i zamykały, jakby przyjmowały zmęczonego robotnika do jego domu, ale te odgłosy były gdzieś daleko. Ukradkowy, pełzający, trzeszczący dźwięk pośród kruchych, opadłych, leśnych liści, za ogrodem, wydawał się na wyciągnięcie ręki. Margaret wiedziała, że to był jakiś kłusownik.
Siedząc w swojej sypialni poprzedniej jesieni, z gasnącym światłem świecy i rozkoszując się jedynie uroczystym pięknem nieba i ziemi, wielokrotnie widziała kłusowników lekko, bezgłośnie przeskakujących ponad ogrodowym ogrodzeniem, ich szybką wędrówkę przez pokryty rosą, oświetlony światłem księżyca trawnik, ich zniknięcie w czarnym nieruchomym cieniu. Dzika, pełna przygód swoboda ich życia zawładnęła jej wyobraźnią, była skłonna życzyć im powodzenia, nie bała się ich.
Ale tej nocy się bała, nie wiedziała dlaczego. Słyszała, że Charlotte zamyka okna i rygluje je na noc, nieświadoma, że ktoś wyszedł do ogrodu. Mała gałąź – być może ze zgniłego drzewa lub złamana jakąś siłą – upadła ciężko w pobliskiej części lasu, Margaret podbiegła szybko do okna jak Camilla, i zastukała w nie z pośpiesznym drżeniem, który wystraszył Charlottę.
- Pozwól mi wejść! Pozwól mi wejść! To tylko ja, Charlotto! – jej serce wciąż trzepotało, dopóki nie znalazła się bezpiecznie w salonie, w którym okna były zamknięte i zaryglowane, a rodzinne ściany otaczały ją dookoła i chroniły.
Usiadła na skrzyni do pakowania przygnębiona. Posępny i ogołocony pokój był chłodny. Nie było ognia ani żadnego światła, poza długą niezgaszoną świecą Charlotty. Charlotta patrzyła na Margaret z zaskoczeniem, a Margaret czując to bardziej niż widząc, podniosła się z miejsca.
- Bałam się, że zamkniesz mnie na zewnątrz, Charlotto! – powiedziała, lekko uśmiechając się. – i potem nie usłyszysz mnie z kuchni, a drzwi na drogę i na dziedziniec zostały zamknięte już dawno.
- Och, panienko, byłam pewna, że wyszłaś wcześnie. Ludzie oczekiwali cię, aby zapytać, co mają robić. I postawiłam herbatę w pokoju pana, bo to najwygodniejszy pokój do rozmowy.
- Dziękuję ci, Charlotto. Jesteś dobrą dziewczyną. Będzie mi przykro cię zostawiać. Musisz spróbować napisać do mnie, jeśli mogłabym kiedykolwiek okazać ci jakąś pomoc lub dać radę. Byłabym zawsze szczęśliwa, otrzymując list z Helstone, wiesz o tym. Przyślę ci mój adres.
Gabinet był przygotowany do herbaty. Płonął mocny, buchający ogień, niezapalone świece stały na stole. Margaret usiadła na dywaniku, by się ogrzać, ponieważ wieczorna wilgoć osiadła na sukni, a zmęczenie spowodowało, że było jej chłodno.
Kołysała się, obejmując rękoma kolana, głowę miała opuszczoną na piersi, jakiekolwiek było jej samopoczucie, postawa wyrażała przygnębienie.

Gosia - Wto 19 Wrz, 2006 21:00

Czy ktos to jeszcze czyta? ;)
Gosia - Wto 19 Wrz, 2006 21:05

Rozdział VI, Farewell (Pożegnanie) s. 61

Pożegnanie z Helstone cz. 2

Ale kiedy usłyszała kroki ojca na piasku na zewnątrz, zerwała się i pospiesznie odrzuciła ciężkie, czarne włosy i wytarła łzy, które nie wiedziała kiedy spłynęły po jej policzkach, i poszła otworzyć mu drzwi. Zobaczyła na jego twarzy o wiele większe przygnębienie niż swoje własne. Ledwie mogła z nim rozmawiać, chociaż próbowała poruszać tematy, które mogły go interesować, cały czas kosztem wysiłku, który jak myślała, mógł być jej ostatnim.
- Czy dużo dziś chodziłeś? – zapytała, widząc, że odmawia jakiegokolwiek posiłku.
- Do Fordham Beeches. Poszedłem zobaczyć się z wdową Malthby, jest smutna, że nie może cię pożegnać. Powiedziała, że mała Susan obserwowała drogę przez ostatnie dni. – Margaret, o co chodzi kochanie?
Myśl o małym dziecku czekającym na nią i wciąż rozczarowanym, że nie przychodzi, nie z powodu jej słabej pamięci, ale ze zwykłej niemożliwości opuszczenia domu, była ostatnią kroplą, która przepełniła kielich goryczy Margaret, zaszlochała jakby jej serce pękło. Pan Hale był boleśnie zakłopotany. Wstał i zaczął chodzić nerwowo po pokoju. Margaret próbowała zapanować nad sobą, nie odezwała się, póki nie mogła zrobić tego pewnie.
Usłyszała, jak ojciec mówi, jakby do siebie:
- Nie mogę tego znieść. Nie mogę znieść widoku cierpienia innych ludzi. Sądzę, że mógłbym cierpliwie znieść swoje własne. Och, czyż nie ma odwrotu?
- Nie, ojcze – powiedziała Margaret, patrząc wprost na niego, i mówiąc cicho i mocno. – Źle jest wierzyć, że popełniasz błąd. Byłoby nieskończenie gorzej myśleć, że jesteś hipokrytą. – Obniżyła głos w ostatnich kilku słowach, jakby rozważając przez chwilę kwestię hipokryzji w związku z jej ojcem jako objaw braku szacunku.
- Prócz tego – zaczęła znów – to tylko dlatego, że jestem dziś zmęczona, nie sądź, że cierpię z powodu tego, co zrobiłeś, drogi tato. Żadne z nas nie może rozmawiać na ten temat dziś wieczorem, jak sądzę. – powiedziała, stwierdzając, że łzy i szloch mogły pojawić się wbrew jej samej – Lepiej pójdę zanieść mamie filiżankę herbaty. Piła ją dziś bardzo wcześnie, kiedy byłam zbyt zajęta, by do niej pójść i jestem pewna, że będzie zadowolona z kolejnej.

Następnego ranka czas przyjazdu pociągu nieubłaganie wyrwał ich z uroczego, kochanego Helstone. Wyjeżdżali, widząc po raz ostatni długą niską plebanię, w połowie zasłoniętą chińskimi różami i ognikami, która teraz, w porannym słońcu odbijającym się w oknach należących do któregoś z ukochanych pokojów, bardziej niż kiedykolwiek przypominała dom. Wsiedli do powozu, przysłanego z Southampton, aby zawiózł ich na stację, i odjeżdżali, aby więcej nie wrócić. Z ukłuciem w sercu Margaret usiłowała rzucić ostatnie spojrzenie na starą wieżę kościoła, gdy byli na zakręcie, gdzie jak wiedziała można ją było dostrzec ponad linią drzew, ale jej ojciec pamiętał o tym także i ona w milczeniu uznała jego większe prawo do jedynego okna, z którego mogła być ona widziana. Przechyliła się do tyłu i zamknęła oczy, a łzy trysnęły z jej oczu i zawisły błyszcząc na moment na jej rzęsach, zanim popłynęły wolno w dół policzków i spadły niezauważenie na jej suknię.

Mieli zatrzymać się na noc w Londynie w jakimś cichym hotelu. Biedna pani Hale płakała w drodze cały długi dzień, a Dixon przejawiała smutek, okazując wyjątkowo zły humor i bezustanną skłonność do irytacji, usiłując trzymać halki z dala od dotyku nieświadomego pana Hale’a, którego uważała za przyczynę całego tego cierpienia.
Jechali dobrze znanymi sobie ulicami, mijając domy, które często odwiedzali, mijając sklepy, w których siadywała niecierpliwie u boku ciotki, podczas gdy ta pani podejmowała jakieś ważne i niekończące się decyzje; oczywiście mijali znajomych na ulicach, chociaż im ten ranek dłużył się niewyobrażalnie i czuli, że już dawno powinien ustąpić na rzecz wytchnienia, jakie dawał mrok, dla Londynu po południu była to najbardziej ruchliwa pora w listopadzie, kiedy tu przybyli. Minęło dużo czasu, odkąd pani Hale była w Londynie, wstała prawie jak dziecko, patrząc wokół siebie na różne ulice, przyglądając się wszystkiemu i wykrzykując na widok sklepów i powozów.
- Och, tam jest Harrison, gdzie kupiłam tak wiele rzeczy na mój ślub. Kochanie! Jak zmieniony! Sprowadzili potężne szklane okna, szersze niż Crawforda w Southampton. Och i tam, czyż nie? Ależ tak, Margaret, dopiero co minęliśmy pana Henry Lennoxa. Dokąd on idzie wśród tych wszystkich sklepów?
Margaret zerwała się do przodu i równie szybko usiadła, śmiejąc się lekko z siebie z powodu tego nagłego ruchu. Byli już setki jardów dalej, ale on wydawał się jakby namiastką Helstone – był związany z jasnym rankiem, pełnym wydarzeń dniem i ucieszyłaby się, mogąc zobaczyć go, wiedząc, że on jej nie widzi i nie mając okazji do rozmowy.

Wieczór bez zajęć, spędzony w pokoju hotelowym, był długi i ciężki. Pan Hale wyszedł do księgarza i porozmawiał z jednym czy dwoma przyjaciółmi. Każdy z nich czy to w domu czy na ulicy, wydawał się spieszyć na jakieś spotkanie, był przez kogoś oczekiwany lub oczekiwał kogoś. Oni sami wydawali się obcy, pozbawieni przyjaciół i opuszczeni. Jeszcze w obrębie mili Margaret znała dom po domu, gdzie ona i jej matka, ze względu na ciotkę Shaw, mogły być mile widziane, gdyby przybyły radosne lub nawet mając spokojny umysł. Gdyby przybyły w smutku, oczekując zrozumienia skomplikowanych kłopotów jak te, z którymi borykały się obecnie, byłyby jak cienie w tych wszystkich domach serdecznych znajomych, ale nie przyjaciół.
Londyńskie życie jest zbyt szalone i wypełnione, aby dopuścić nawet godzinę takiej głębokiej ciszy uczuć, którą okazali przyjaciele Hioba, kiedy „ siedzieli z nim na ziemi siedem dni i siedem nocy i nikt nie wypowiedział do niego słowa, bo widzieli, że jego smutek jest wielki”* .

* Księga Hioba [Et sederunt cum eo in terram septem diebus et septem noctibus et nemo loquebatur ei verbum videbant enim dolorem esse vehementem ]

Harry_the_Cat - Wto 19 Wrz, 2006 21:52

Gosia napisał/a:
Czy ktos to jeszcze czyta?


Tak, jak dzis mówiłam - na razie nie czytam, ale wszystko zapisuję. :)

PS. Mam 228 stron!



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group