To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

North and South - powieść - Tłumaczenia fragmentów powieści "N&S"

Gosia - Śro 30 Sie, 2006 17:57

Rozdział III, The More Haste the Worse Speed (Co nagle to po diable) s. 27
Niefortunne oswiadczyny cz. 3

Każda dziewczyna z Londynu zrozumiałaby ukryte znaczenie tych słów – pomyślał pan Lennox. – dopatrywałaby się ukrytego komplementu w każdym słowie młodego mężczyzny. Ale nie Margaret.
- Stój – krzyknął – Pozwól sobie pomóc. – i zerwał dla niej kilka aksamitnych szkarłatnych róż, których nie mogła dosięgnąć, i rozdzielając zdobycz, umieścił dwie w butonierce i resztę podał jej, zadowolonej i szczęśliwej, by ułożyła kwiaty.
Rozmowa przy obiedzie toczyła się spokojnie i przyjemnie. Obie strony zadawały sobie wiele pytań – wymieniano ostatnie wiadomości o poczynaniach pani Shaw we Włoszech, absorbująca rozmowa, bezpretensjonalna prostota plebanii, a nade wszystko sąsiedztwo Margaret sprawiły, że pan Lennox zapomniał o lekkim rozczarowaniu, które poczuł na początku, gdy zauważył, że powiedziała tylko prawdę, kiedy opisywała życie jej ojca jako bardzo skromne.
- Margaret, moje dziecko, może powinnaś zebrać dla nas kilka gruszek na deser – powiedział pan Hale, kiedy jako symbol gościnności została postawiona na stole świeżo przelana butelka wina.
Pani Hale spieszyła się. Mogło się zdawać, że deser był przygotowywany na ostatnią chwilę i był czymś niezwykłym na plebanii, w rzeczywistości, gdyby pan Hale spojrzał za siebie, dojrzałby herbatniki, marmoladę i inne smakołyki, wszystko ułożone we właściwym porządku na kredensie. Ale myśl o gruszkach zajęła umysł pana Hale`a i nie mógł się od niej uwolnić.
- Jest kilka grusz pod południową ścianą, które są warte wszystkich zagranicznych owoców i konfitur. Idź, Margaret, i zerwij kilka dla nas.
- Proponuję, żebyśmy przenieśli się do ogrodu i tam je zjedli – powiedział pan Lennox.
- Nie ma nic wspanialszego niż zanurzenie zębów w pysznym, świeżym owocu, ogrzanym przez słońce i aromatycznym. Najgorsze jest to, że osy są na tyle zuchwałe, by o niego z tobą walczyć i to właśnie w chwili największej przyjemności.
Podniósł się, jakby chciał podążyć za Margaret, która zniknęła za oknem, czekał tylko na pozwolenie pani Hale. Ona wolała raczej zakończyć obiad we właściwy sposób i ze wszystkimi ceremoniami, które przebiegały gładko jak dotąd, zwłaszcza, że ona i Dixon wydobyły szkło ze spiżarni, jak przystało na siostrę wdowy po generale Shaw. Ale kiedy pan Hale wstał i przygotował się, aby towarzyszyć gościowi, ona mogła się tylko podporządkować.
- Powinienem uzbroić się w nóż – powiedział pan Hale – minęły te dni, kiedy mogłem jeść owoce tak prosto jak to opisujesz. Muszę je obrać i pokroić, zanim będę mógł ich posmakować.
Margaret zrobiła tacę na gruszki z buraczanego liścia, który podkreślał znakomicie ich brązowozłotą barwę. Pan Lennox patrzył bardziej na nią niż na gruszki, ale jej ojciec nachylił się, aby czerpać prawdziwą przyjemności i doskonałość z godziny, którą okradł z niepokoju. Wybrał najdojrzalszy owoc i usiadł na ogrodowej ławce, aby delektować się nim w spokoju.
Margaret i pan Lennox spacerowali wzdłuż małego tarasu, idąc pod południową ścianą, gdzie wciąż brzęczały pszczoły, pracując gorliwie w swoich ulach.
- To doskonałe życie! Przedtem zawsze myślałem z lekceważeniem o poetach i ich pragnieniach. „Mieć chatkę w pobliżu wzgórza”, i tym podobne, ale teraz obawiam się, że to jest prawda. Nie byłem niczym innym niż typowym londyńczykiem. W tej chwili czuję, jakby dwadzieścia lat trudnych studiów mogło być sowicie nagrodzone przez jeden rok takiego wybornego, spokojnego życia jak tu. Jakie niebo! - spojrzał w górę – jakie szkarłatne bursztynowe listowie, tak doskonale nieruchome jak to! – wskazał na jakieś wielkie leśne drzewa, które zamknięte były w ogrodzie jakby to było gniazdo.
- Musisz pamiętać, że nasze niebo nie zawsze jest tak intensywnie niebieskie jak teraz. Mamy deszcze i nasze liście opadają i są przemoczone, chociaż sądzę, że Helston jest prawie tak doskonałym miejscem jak każde inne na świecie. Przypomnij sobie jak pewnego wieczoru na Harley Street raczej pogardliwie wyrażałeś się o moim opisie Helstone: „wioska z bajki”.
- „Pogardliwie”, Margaret, To raczej zbyt mocne słowo.
- Być może. Tylko wiem, że chciałam rozmawiać z tobą o tym, czego byłam pełna w tym czasie, a ty – co ja wtedy usłyszałam od ciebie – mówiłeś lekceważąco o Helstone jako o zwykłej wiosce z bajki.
- Nigdy już tego nie zrobię. – powiedział serdecznie. Pokonali zakręt.
- Mógłbym nieomal pragnąć, Margaret - zatrzymał się i zawahał. To zawahanie było tak niezwykłe jak na biegłego prawnika, że Margaret spojrzała na niego ze zdumieniem; ale natychmiast poczuła, że woli nie wiedzieć, co się z nim dzieje – chciałaby być z powrotem z matką i z ojcem, gdziekolwiek z dala od niego, gdyż była już pewna, że on zamierza powiedzieć coś, na co nie będzie wiedziała, jak odpowiedzieć. W następnym momencie jej silna duma pokonała nagłe wzburzenie, którego, jak miała nadzieję, on nie spostrzegł. Oczywiście mogła odpowiedzieć i odpowiedź była czymś właściwym. To było słabe i nikczemne z jej strony wzdragać się przed wysłuchaniem tego, co miał do powiedzenia, tak jakby nie miała dość siły, by z kobiecym poczuciem godności położyć temu kres.

:lol:

Matylda - Czw 31 Sie, 2006 08:42

Dziewczynki nie jestem w stanie jeszcze wszystkiego nadrobić ( zajęta jeszcze jestem obsługa pralki i zapełnianiem lodówki), ale chyle czoło dla Waszej pracy
Gosieńko jestem pod wrażeniem :thud:
I jak zwykle wysysam to co co najlepsze nie dając nic w zamian

Alison - Czw 31 Sie, 2006 12:29

Gosiałku jestem pod wielkim wrażeniem, tym bardziej, że wspominałaś, że nie uczyłaś się angielskiego. Ja trochę się uczyłam, ale ta cała gramatyka, zdania warunkowe, czasy najróżniejszej maści - sama wielekroć miałam spore zgryzy, zdarzało się, że tłumaczyłam "na czuja" ;-) Ja uczyłam się francuskiego 4 lata, ale nigdy nie poważyłabym się tłumaczyć jakiegoś większego tekstu, więc tym bardziej padam plackiem i leżę przepełniona podziwem :thud: [/i]
Gosia - Czw 31 Sie, 2006 13:01

Ali, dziekuje :D
Ja czasy i tryby tez tlumacze na czuja ;)
A jesli czegos kompletnie nie rozumiem: zwroty, zdanie itp albo nie jestem pewna, to zdaje sie na kochana Caroline, ktora czyta calosc i jak cos widzi nie ten teges to poprawia.
Niniejszym jeszcze raz skladam jej za to gorace podziekowanie :grin:

Gosia - Czw 31 Sie, 2006 19:06

O kurcze, zapomnialam ze czekacie na oswiadczyny Henrysia ;)
No to jedziemy :D

Rozdział III, The More Haste the Worse Speed (Co nagle to po diable) s. 29
Niefortunne oswiadczyny cz. 4

- Margaret – powiedział, zaskakując ją i chwytając jej rękę, tak że była zmuszona słuchać, gardząc sobą za to, że cały czas czuła drżenie w sercu – Margaret, chciałbym, żebyś nie lubiła Helstone tak bardzo, żeby nie wydawało się tak doskonale spokojne i szczęśliwe. Miałem nadzieję, że po tych trzech miesiącach zobaczę, że trochę żałujesz Londynu i londyńskich przyjaciół, na tyle by sprawić, że będziesz mnie słuchała w serdeczniejszy sposób - (ponieważ ona była spokojna, ale stale usiłowała uwolnić swoją rękę z jego uścisku) – kogoś kto nie ma ci tak wiele do zaoferowania, to prawda, nic poza widokami na przyszłość, ale kto cię kocha, Margaret, prawie wbrew sobie. Margaret, zaskoczyłem cię tak bardzo? Powiedz! – ponieważ widział, że jej usta drżą, prawie tak jakby zamierzała się rozpłakać. Wykonała duży wysiłek, żeby się uspokoić, nie chciała nic mówić, zanim nie zapanowała nad swoim głosem, wtedy powiedziała:
- Jestem zaskoczona. Nie wiedziałam, że tobie na mnie zależy w ten sposób. Zawsze myślałam o tobie jako o przyjacielu, i proszę, chciałabym raczej dalej myśleć tak o tobie. Nie chciałabym, żebyś mówił do mnie, tak jak teraz. Nie mogę ci odpowiedzieć, tak jakbyś chciał, żebym odpowiedziała, i jest mi przykro, jeśli cię zmartwiłam.
- Margaret – powiedział, patrząc w jej oczy, które spotkały się z jego oczami, w szczerym, otwartym spojrzeniu, wyrażającym dobrą wiarę i niechęć, aby zadać mu ból.
- Czy ty – zamierzał powiedzieć – kochasz kogoś innego? Ale wydało mu się, że to pytanie mogłoby uchybiać czystemu spojrzeniu tych oczu. – Wybacz mi, że byłem zbyt obcesowy. Zostałem ukarany. Tylko pozwól mi mieć nadzieję. Daj mi słabą pociechę, że nie ma nikogo, kto mógłby... – znowu przerwa. Nie musiał kończyć zdania. Margaret zganiła siebie za to, że była przyczyną jego strapienia.
- Ach! Gdyby nigdy ta myśl nie powstała w twojej głowie! To była taka przyjemność myśleć o tobie jako o przyjacielu.
- Ale czy mogę mieć nadzieję, czy nie, Margaret, że za jakiś czas pomyślisz o mnie jako o ukochanym? Nie teraz, widzę to, nie ma pośpiechu, ale za jakiś czas. – Milczała przez minutę lub dwie, próbując odkryć prawdę taką, jaka była w jej własnym sercu, zanim odpowie, potem powiedziała:
- Nigdy nie myślałam o tobie inaczej niż jako o przyjacielu. Chciałabym, żeby było tak dalej, ale jestem pewna, że nigdy nie mogłabym myśleć o tobie w inny sposób. Proszę, pozwól, żebyśmy oboje zapomnieli o tym – „nieprzyjemnym” - zamierzała powiedzieć ale zatrzymała się nagle – że ta rozmowa miała miejsce.
Zawahał się, zanim odpowiedział.
Potem, zwykłym dla niego, chłodnym tonem odpowiedział:
- Oczywiście, jeśli twoje uczucia są tak zdecydowane i skoro ta rozmowa była dla ciebie tak wyraźnie niemiła, to lepiej o niej zapomnieć. To jest bardzo ładne w teorii, ten plan, żeby zapomnieć o tym co jest przykre, ale wykonanie będzie trudne dla mnie.
- Jesteś wzburzony – powiedziała ze smutkiem – jak mogę ci pomóc?
Wyglądała na tak szczerze zasmuconą, gdy to mówiła, że zmagał się przez chwilę z własnym autentycznym rozczarowaniem i potem odpowiedział pogodniej, ale wciąż z małą surowością w głosie:
- Powinnaś wziąć pod uwagę upokorzenie, nie tylko zakochanego, Margaret, ale także człowieka nie mającego w ogóle skłonności do romantycznych przeżyć, rozważnego, trzeźwo stąpającego po ziemi, jak niektórzy mówią o mnie, który dał się ponieść, wbrew swoim zwyczajom, sile namiętności, dobrze, nie będę mówił więcej o tym, ale który w tym jednym wyjątku, uczynionym dla jego głębszych i lepszych uczuć, spotyka się z odrzuceniem i odprawą. Powinienem pocieszyć się, pogardzając własnym szaleństwem. Wojujący adwokat myślący o małżeństwie!
Margaret nie mogła na to odpowiedzieć. Cały ton tych słów sprawił jej przykrość. Wydawało się to poruszać i przywołać te kwestie, które często wzbudzały w niej niechęć, podczas gdy był on najmilszym człowiekiem, najbardziej sympatycznym przyjacielem, osobą, która najlepiej ze wszystkich rozumiała ją na Harley Street.
Czuła nutę wzgardy zmieszaną z bólem, że musiała go odrzucić. Jej piękne wargi skrzywiły się w lekkiej pogardzie. To dobrze, że robiąc rundkę po ogrodzie, nagle natknęli się na pana Hale`a, o którym całkiem zapomnieli. On jeszcze nie skończył gruszki, którą z upodobaniem i rozmyślnie obrał delikatnie, tworząc ze skórki długi cieniutki pasek. To było jak historia o wschodnim królu, który na polecenie magika zanurzył głowę w misie z wodą i wkrótce natychmiast wyjął, przeżywając doświadczenie swego życia. Margaret czuła się oszołomiona i niezdolna odzyskać panowania nad sobą na tyle, by dołączyć do błahej rozmowy, która miała miejsce między ojcem i panem Lennoxem. Była poważna i niezbyt skłonna do mówienia, pełna zdumienia, kiedy pan Lennox odszedł i pozwolił jej odpocząć, i pomyśleć o wydarzeniach ostatniego kwadransa.
On był prawie tak samo niespokojny odchodząc, jak ona była, gdy ją zostawił, ale parę minut lekkiej i nieistotnej rozmowy prowadzonej za wszelką cenę, była ofiarą, którą on był winny swojej upokorzonej próżności lub poczuciu własnej godności. Rzucał od czasu do czasu spojrzenie na jej smutną i zamyśloną twarz.
- Nie jestem jej tak obojętny, jak ona uważa – pomyślał – Nie porzucam nadziei.
Zanim minęła godzina wpadł w czasie konwersacji w ton pogodnego sarkazmu, mówiąc o życiu w Londynie i życiu na wsi, jakby świadomie przedrzeźniał samego siebie.
Pan Hale był zaskoczony. Jego gość był różnym człowiekiem od tego, jakim wydawał się przedtem na śniadaniu weselnym i na dzisiejszym obiedzie; bardziej beztroskim, dowcipniejszym, bardziej gadatliwym, pan Hale nie znał go takim.
I to była ulga dla wszystkich trojga, kiedy pan Lennox powiedział, że musi zaraz jechać, skoro zamierza złapać pociąg o piątej. Skierowali kroki do domu, aby znaleźć panią Hale i pożegnać się. W ostatnim momencie, Henry Lennox przełamał się.
- Margaret, nie gardź mną, mam serce, mimo całego tego nic nie wartego sposobu prowadzenia rozmowy. Jako dowód na to, wierzę, że kocham cię bardziej niż kiedykolwiek – skoro nie nienawidzę cię – za pogardę, z jaką wysłuchałaś mnie w czasie ostatniej pół godziny. Do widzenia Margaret - Margaret!


Alison - Czw 31 Sie, 2006 19:25

Coś ja tego Henrysia jak nie lubiłam, tak nie lubię. A Margerytka to ma pecha do takich oświadczających się „wbrew sobie”, pies ich drapał. No nie wszystkich ;-) Nie rozumiem tylko, że w tej ich rozmowie tak szybko przechodzi się od smutku do pogardy, od miłości do sarkazmu. Dziwni ci Anglicy...
Gosiałek, a ja ciągle leżę tym podziwem powalona ;-) Dzięki!

Gitka - Pią 01 Wrz, 2006 09:05

A co to w ogóle za oświadczyny wbrew sobie.
Ludzie, jak mi się to nie podoba.
A Henryk mimo wszystko trzymał fason do końca. Oprócz tego "wbrew sobie" nie było tak żle.
Musiałabym teraz szybko przeczytać, jak to się Thorton oświadczał :grin:
Dla porównania oczywiście :wink:
Gosiu, bardzo dziękuję.

Gosia - Pią 01 Wrz, 2006 18:43

Rozdział IV, Doubts and Difficulties (Wątpliwości i kłopoty) s. 33
Dylematy pana Hale`a cz. 1

Pojechał. Dom był cichy do wieczora. Nie było już głębokiego, błękitnego nieba ani szkarłatnych i bursztynowych odcieni.
Margaret poszła przebrać się na wczesną herbatę. Zastała Dixon nieco poirytowaną z powodu przerwy w tak pracowitym dniu, naturalnie spowodowanej wizytą gościa. Służąca okazała to, szczotkując ze złością włosy Margaret, pod pretekstem, że spieszy się, żeby biec do pani Hale. Mimo to Margaret musiała czekać długi czas w salonie, zanim jej matka zeszła na dół. Usiadła sama przy ogniu, mając za sobą na stole nie zapalone świece, i myśląc o zakończonym dniu, szczęśliwej przechadzce, radosnym rysowaniu, pogodnym miłym obiedzie i nieprzyjemnym, nieszczęsnym spacerze w ogrodzie.
Jak różni są mężczyźni od kobiet! Oto była wstrząśnięta i nieszczęśliwa, ponieważ jej natura sprawiła, że wszystko poza odmową było niemożliwe; podczas gdy on, niewiele minut po tym jak spotkał się z odrzuceniem tego, co powinno być najgłębszą, najświętszą propozycją w jego życiu, mógł rozmawiać, jak gdyby sprawy sądowe, sukces i wszystkie powierzchowne konsekwencje posiadania dobrego domu, dowcipnego i przyjemnego towarzystwa, były jedynym obiektem jego pragnień. Och Boże! Jak ona mogłaby go kochać, gdyby tylko był inny, tą różnicą, którą po namyśle wyczuwała, że tkwi w nim głęboko. Potem zastanowiła się, że jego wesołość mogła być udawana, aby pokryć urazę z powodu rozczarowania, które wyciśnięte byłoby na jej własnym sercu, gdyby to ona kochała i została odrzucona.
Matka weszła do pokoju, zanim wir myśli ułożył się w jakimś porządku. Margaret musiała pozbyć się wspomnień tego, co się działo i co było mówione w ciągu dnia i przemienić się w rozumiejącego słuchacza matki, jak to Dixon skarżyła się, że koc do prasowania znów się spalił, i że Susan Lifhtfoot była widziana ze sztucznymi kwiatami na kapeluszu, dając w ten sposób świadectwo swojej próżności i lekkomyślności.
Pan Hale popijał małymi łyczkami swoją herbatę w znamionującej roztargnienie ciszy, Margaret odpowiadała na wszystkie pytania sama. Zdumiewało ją jak jej ojciec i matka mogli mieć tak krótką pamięć i być tak obojętni wobec towarzysza ich całego dnia, skoro nigdy nie wymienili jego imienia. Zapominała, że to nie im uczynił propozycję małżeństwa.

Po herbacie pan Hale podniósł się i stał z łokciem na kominku, opierając głowę na ręce, zadumany nad czymś i od czasu do czasu głęboko wzdychał. Pani Hale wyszła naradzić się z Dixon co do jakiegoś zimowego ubrania dla biednych.
Margaret przygotowywała wełnianą robótkę dla matki, trochę wzdragając się na myśl o długim wieczorze i życząc sobie nadejścia pory snu, by mogła ponownie przemyśleć wydarzenia minionego dnia.
- Margaret - powiedział wreszcie pan Hale w nagły i desperacki sposób, który sprawił, że aż drgnęła. - Czy ta makatka jest pilną sprawą? Myślę, że możesz to zostawić i pójść do mojego gabinetu? Chcę z tobą pomówić o czymś bardzo ważnym dla nas wszystkich.
„Bardzo ważnym dla nas wszystkich". Pan Lennox nie miał sposobności odbyć żadnej prywatnej rozmowy z ojcem po jej odmowie, a co innego mogłoby być w istocie bardzo ważną sprawą. Przede wszystkim Margaret czuła się winna i zawstydzona z tego powodu, że dorosła już do wieku kobiety, która może myśleć o małżeństwie, ale potem, że nie wie czy może ojcu nie spodobało się, że sama postanowiła odrzucić oświadczyny pana Lennoxa. Ale wkrótce poczuła, że chodzi o coś innego, nic, co wydarzyło się ostatnio i niespodziewanie, nie mogło urosnąć do rangi jakiejś skomplikowanej sprawy, o której ojciec chciał z nią pomówić. Zajęła krzesło obok niego, on poruszył ogień w kominku, zgasił świece i westchnął raz czy dwa razy, zanim zebrał myśli, aby przemówić i w końcu wypowiedział gwałtownie:
- Margaret, Zamierzam, opuścić Helstone.

Matylda - Sob 02 Wrz, 2006 00:19

Gosieńko jesteś prawdziwą fabryką tłumaczeń. Jestem pod wrażeniem. Dzięki
Gitka - Sob 02 Wrz, 2006 00:26

A jednak Margaret zabolało, że Henry po jej odmowie mógł normalnie rozmawiać, a nie ciskał np. przedmiotami :wink:
Takie już jesteśmy, niech Nam się oświadczają :lol:
Wiemy już jak odmawiać :wink:
Gosiu, bardzo, bardzo dziękuję.

Isil - Sob 02 Wrz, 2006 14:52

Kupiłam sobie wczoraj "North&South"! :)
Mimo to bede na pewno ciagle do Twoich tlumaczen zagladac, bo nie wiem jak podolam tym 500 stronom. Mam nadzieje, ze mi sie spodoba :)

Matylda - Nie 03 Wrz, 2006 08:58

podczas gdy on, niewiele minut po tym jak spotkał się z odrzuceniem tego, co powinno być najgłębszą, najświętszą propozycją w jego życiu, mógł rozmawiać, jak gdyby sprawy sądowe, sukces i wszystkie powierzchowne konsekwencje posiadania dobrego domu, dowcipnego i przyjemnego towarzystwa, były jedynym obiektem jego pragnień.

A tak właściwie to na co liczyła???
Skoro jej był obojętny to jej też powinno być wszystko jedno co on czuje.
Czyżby liczyła zarozumiała panna , że odrzucony amant zamknie się w pustelni lub podłoży głowę pod pociąg??
Usiłuję się przekonać do tej dziewczyny i przychodzi to z wielkim trudem

Maryann - Nie 03 Wrz, 2006 11:50

Matylda napisał/a:
Skoro jej był obojętny to jej też powinno być wszystko jedno co on czuje.
Czyżby liczyła zarozumiała panna , że odrzucony amant zamknie się w pustelni lub podłoży głowę pod pociąg??

Najwyraźniej wyobrażenia Margaret co do zachowania odrzuconego konkurenta brały się prosto z romantycznych powieści, które pewnie wspólnie z Edith czytywały.
Może niekoniecznie wymagałaby od Henry'ego tego "położenia głowy pod pociąg" :wink: ale pewnie spodziewała się, że jej odmowa zrobi na nim większe wrażenie i że on okaże głębię swojego zawodu.
Nie wzięła chyba jednak pod uwagę jednego: jego dumy - dumy którą właśnie dotkliwie zraniła. Henry nie tylko nie umiałby się ze swoim zawodem obnosić, ale wręcz nie mógłby zniećś, gdyby ktoś mu w tym zawodzie współczuł.

Mag - Pon 04 Wrz, 2006 08:46

Gosiu wielkie dzięki! :thud:
Margarytka trochę rozczarowana brakiem rozpaczy, czy zawodu w wydaniu Henrysia. Ja tez myślę,że duma pomogła mu "trzymać fason".
Nie wiem czy on ją naprawdę kochał. Na ile tam było wyrachowania?
Wiem, że teraz nie miała majątku, ale była ładna i spokrewniona z Edith, a Henryś ciągle szukał sposobu na podniesienie swojej pozycji. Może mu sie podobała, był tam pociąg fizyczny, ale wielkie UCZUCIE? On jakiś taki zimnokrwisty -nie wygląda na dającego się ponieść miłości :roll:

Jednak pan Hale chyba rozmawiał z Margarytą o swoich decyzjach?
Gosiu przerywać w TAKICH momentach?! :wink:

Gosia - Pon 04 Wrz, 2006 09:42

Mag, nauczylam sie od naszych forumowych tlumaczek ;)

No dobra, lecimy dalej :D
W tym miejscu musze jeszcze raz serdecznie podziekowac Caroline za poprawki, gdyz rozdzial byl trudny. Prawie calosc tekstu cytowanego przez pana Hale zostal przelozony przez Caroline, bo ja nie bylam w stanie. Te zawilosci moralno-etyczne pisane dziwnym starym angielskim byly dla mnie nie do przejscia.

Rozdział IV, Doubts and Difficulties (Wątpliwości i kłopoty) s. 35
Dylematy pana Hale`a cz. 2

- Opuścić Helstone, papo! Ale dlaczego?
Pan Hale nie odpowiadał przez minutę lub dwie. Zakłopotany bawił się nerwowo jakimiś papierami na stole, parę razy otwierając usta, jakby chciał odpowiedzieć, ale zamykając je znowu, gdyż nie miał odwagi wyrzec słowa. Margaret nie mogła znieść widoku napięcia, które było nawet bardziej niepokojące dla jej ojca, niż dla niej.
- Ale dlaczego, kochany papo? Powiedz mi!
Spojrzał nagle na nią i potem powiedział wolno z narzuconym sobie spokojem:
- Ponieważ nie mogę dłużej być pastorem w kościele anglikańskim.
Margaret nie wyobrażała sobie nic poniżej jakiegoś awansu, którego matka tak bardzo pragnęła, a który wreszcie otrzymał jej ojciec, czegoś co mogłoby zmusić go do opuszczenia pięknego, kochanego Helstone i być może sprawić, że musiałby wyjechać i żyć w jakimś wspaniałym i cichym domu położonym na terenie katedry, które Margaret widywała od czasu do czasu w katedralnych miastach. To były wielkie i okazałe miejsca, ale po to żeby tam jechać, trzeba opuścić na zawsze Helstone, co wiązałoby się ze smutnym, przewlekłym cierpieniem.
Ale nic nie było większym szokiem, niż ostatnie słowa pana Hale’a. Co on miał na myśli? To wszystko było gorsze jeszcze z tego powodu, że było tak tajemnicze.
Widok żałosnego strapienia na jego twarzy, prawie jakby błagał o litość i łagodny osąd dziecka, napawał ją przerażeniem. Czy mógł zostać wplątany w coś, co zrobił Frederick? Frederick był banitą. Czy jej ojciec mógł, powodowany naturalną miłością do syna, przyzwolić na coś…
- Och. Co to jest? Mów, papo, powiedz mi wszystko! Dlaczego nie możesz być dłużej duchownym? Jestem pewna, że gdyby biskupowi powiedziano o wszystkim, co my wiemy o Fredericku, o surowym, niesprawiedliwym…
- Nie chodzi o Fredericka, z tym biskup nie ma nic wspólnego. Chodzi tylko o mnie. Margaret, powiem ci o tym. Ten jeden raz odpowiem na każde pytanie, ale potem pozwól, że nie będziemy o tym już nigdy więcej rozmawiać. Mogę stawić czoła konsekwencjom moich bolesnych, przykrych wątpliwości, ale mówić o tym, co sprawiło mi tyle cierpień - to wysiłek, który przekracza moje siły.
- Wątpliwości, papo! Wątpliwości religijne? – zapytała Margaret, bardziej wstrząśnięta niż kiedykolwiek.
- Nie! Nie wątpliwości religijne, jeśli chodzi o religię nie doznałem najmniejszego uszczerbku. – zatrzymał się. Margaret westchnęła, jakby stała na skraju jakiejś nowej okropności. Zaczął mówić znowu, szybko, jakby chciał mieć to podjęte zadanie za sobą.
- Nie zrozumiałabyś tego wszystkiego, gdybym ci opowiedział – o moim niepokoju od lat, żeby wiedzieć czy mam prawo trwać w takim życiu, o moich wysiłkach, aby stłumić ukryte wątpliwości przed władzą kościoła. Och Margaret! Jak kocham święty kościół z którego mam być wykluczony! – nie mógł przez chwilę mówić. Margaret nie wiedziała co powiedzieć, wydawało się to jej straszną tajemnicą, jakby jej ojciec miał stać się mahometaninem.
- Przeczytałem dziś o dwóch tysiącach ludzi, którzy wystąpili z ich kościołów – mówił dalej pan Hale, uśmiechając się nieśmiało – próbuję czerpać z ich odwagi, ale to na nic, nie mogę sobie poradzić z tym dokuczliwym uczuciem.
- Ale, papo, dobrze to rozważyłeś? Och! Wydaje mi się to tak straszne, tak szokujące – powiedziała Margaret, wybuchając nagle płaczem. Jedyne solidne podwaliny jej domu, jej wyobrażenia o ukochanym ojcu, wszystko to jakby się chwiało. Co powiedzieć? Co zrobić? Widok jej rozpaczy sprawił, że pan Hale sam zdobył się na odwagę, aby spróbować ją uspokoić. Stłumił suchy, zdławiony szloch, który wydobywał się z jego serca dotąd, podszedł do biblioteczki, wyjął tom, który często ostatnio czytał i z którego czerpał siłę, aby wstąpić na drogę, po której teraz już szedł.
- Posłuchaj, droga Margaret – powiedział, obejmując ją w talii (w pasie). Wzięła jego dłoń w swoje dłonie i trzymała ją mocno, ale ani nie podniosła głowy, ani nie mogła w istocie uważnie słuchać tego, co czytał, tak wielkie było jej wewnętrzne wzburzenie.
- To monolog kogoś, kto był kiedyś duchownym w wiejskiej parafii, tak jak ja, napisał to sto sześćdziesiąt lat temu lub więcej Pan Oldfield, pastor Carsington w Derbyshire. Jego strapienia zakończyły się. On stoczył zaciętą walkę. Te ostatnie dwa zdania powiedział wolno, jakby do siebie. Wtedy przeczytał na głos: „Kiedy nie możesz kontynuować swej
pracy bez obrazy Boga, ujmy dla religii lub własnej uczciwości, pogwałcając sumienie, niszcząc spokój i ryzykując utratę zbawienia, jednym słowem, jeśli warunki, na jakich kontynuujesz (lub będziesz kontynuować) swoją pracę są grzeszne i nie znajdują uzasadnienia w słowie bożym, możesz, nie!, musisz uwierzyć, że Bóg odwróci twoje milczenie, zawieszenie, stratę, i usunąć się na bok, ku jego chwale i chwale Ewangelii. Jeśli Bóg nie użyje cię w jeden sposób, zrobi to w inny. Duszy, która pragnie mu służyć i czcić go, nigdy nie braknie ku temu okazji, nie możesz myśleć, że Bóg Izraela stworzył tylko jedną drogę, którą można go sławić. Możesz to robić tak samo, milcząc jak i nauczając, usuwając się na bok, jak i kontynuując pracę. Pod pozorem największej służby, wykonywania najcięższych obowiązków nie zyska się ułaskawienia za grzech, choćby ten grzech upoważniał, umożliwiał wykonywanie tego obowiązku. Słabą otrzymasz podziękę, na mą duszę!, jeśli swoje czyny obciążone fałszywym uwielbieniem Boga, złamanie ślubów uznasz za konieczne, by kontynuować duszpasterstwo.”
Odczytując to i spoglądając na dalsze słowa, których już nie przytaczał, zyskał pewność siebie, poczuł jakby on sam był dzielny i niezłomny, robiąc to, co uważał za słuszne, gdy jednak zawiesił głos, usłyszał niskie, konwulsyjne łkanie Margaret i jego odwaga opadła pod poczuciem przejmującego cierpienia.

achata - Pon 04 Wrz, 2006 11:44

Kawał cieżkiej roboty odwlasz, Gosiu. Podziwiam tą twoją samotną determinację.
Trudny ten kawałek ale przetłumaczyłaś go o tyle zrozumiale i logicznie o ile się dało. To pana Hale'a trudno mi zrozumieć. Kocha kościół ale nie potrafi dłużej mu służyć? Wypaliło się w nim powołanie czy jak? Dziwna sprawa. W filmie była to kwestia podpisania się pod jakimis dogmatami, których nie uznawał w książce to raczej głębokie wewnętrzne rozterki. Z drugiej strony podziwiam sumienie tego człowieka, takie wrażliwe i silne, ze z powodu dylematu, który brzmi jak urojenie miał odwegę zmienić życie swoje i swojej rodziny. O tyle wielkie o ile niepojęte i dziwne...

Alison - Pon 04 Wrz, 2006 14:11

Ja myślę, że pan Hale się po prostu wypalił jako duszpasterz, właściwie ta jego decyzja jest piękna i godna szacunku. Jeśli poczuł, że nie bardzo już może służyć ludziom w tym charakterze, nie tracąc przecież ani wiary ani przywiązania do samego kościoła, to wolał zaryzykować, spokojne dostatnie życie swoje, i swojej rodziny, by pozostawać ze sobą w zgodzie i być uczciwym wobec swoich parafian. Oj Boże, niejeden ksiądz odwalający mszę jak pańszczyznę mógłby się od niego uczyć... Aż zazdrość bierze. Uderzmy się w piersi i powiedzmy ile z nas stać by było na to, żeby odejść z zawodu, bo straciłyśmy do niego dawną pasję i zaryzykować utrat ę pracy, czy pracę gorzej płatną dla własnego komfortu psychicznego. Ja zazdroszczę panu Hale'owi takiej silnej woli i uczciwości wobec samego siebie.
A z innej beczki, cieszę się, że ominął mnie w tłumaczeniach ten fragment, już nie pamiętam jak to brzmiało w oryginale, ale chyba nie chciałabym przez to brnąć, na szczęście mamy naszą malutką mróweczkę Gosiałeczkę ;-)

Gosia - Wto 05 Wrz, 2006 10:11

No to mroweczka do ataku :lol:

Rozdział IV, Doubts and Difficulties (Wątpliwości i kłopoty) s. 38
Dylematy pana Hale`a cz. 3

- Margaret, droga – powiedział przyciągając ją bliżej do siebie – pomyśl o pierwszych męczennikach, pomyśl o tysiącach, którzy cierpieli.
- Ale ojcze – powiedziała, nagle podnosząc swoją zaczerwienioną, zalaną łzami twarz – pierwsi męczennicy cierpieli za prawdę, podczas gdy ty, drogi, kochany papo!
- Cierpię za sumienie, moje dziecko – powiedział z godnością, bojaźliwą z powodu wrażliwości jego natury. – Muszę zrobić to, co mi sumienie dyktuje. Wytrzymywałem długo z wyrzutami sumienia, które zbudziłyby każdy umysł mniej odrętwiały i tchórzliwy niż mój. – Potrząsnął głową, mówiąc dalej – Słodkie marzenie Twojej biednej matki, zostało spełnione w końcu, w sposób, w jaki spełniają się często zbyt duże pragnienia – są jak jabłka Sodomy – doszło do przełomu, za który powinienem być wdzięczny. Nie minął miesiąc, odkąd biskup zaproponował mi inną prebendę; gdybym ją przyjął, musiałbym złożyć nową deklarację przestrzegania liturgii. Margaret, próbowałem to zrobić, próbowałem zadowolić samego siebie prostym odrzuceniem awansu i pozostaniem tutaj w spokoju, tłumiąc sumienie, tak jak robiłem wcześniej. Boże przebacz mi!
Podniósł się i chodził po pokoju, mówiąc cicho słowa pełne wyrzutu i poniżenia, Margaret była wdzięczna, że prawie ich nie słyszy. Na końcu powiedział:
- Margaret, wracam do istoty sprawy – musimy opuścić Helstone.
- Tak! Rozumiem. Ale kiedy?
- Napisałem do biskupa – zapewne mówiłem ci już o tym, ale zapomniałem o tym w tej chwili – powiedział pan Hale, załamując się, skoro tylko zaczął mówić o trudnych, praktycznych szczegółach. – informując go o zrzeczeniu się prebendy. Był wielce uprzejmy, argumentował i robił mi wymówki, wszystko na próżno – nadaremnie. Ja sam próbowałem tego na sobie, bez skutku. Wezmę mój akt rezygnacji i odwiedzę biskupa, aby go pożegnać. To będzie próba, ale gorzej, daleko gorzej, będzie opuścić moich drogich parafian. Jest wikariusz wyznaczony do czytania modlitw – Pan Brown. Przybędzie, aby zostać u nas do jutra. W następną niedzielę wygłoszę pożegnalne kazanie.
-To ma być tak nagle w dodatku? - pomyślała Margaret – i jednak być może to dobrze. Zwlekanie mogłoby przynieść tylko więcej bólu. Lepiej było zdumiewać się, słysząc o tych wszystkich ustaleniach, które wydawały się być prawie podjęte, zanim się o nich dowiedziała – Co mama powiedziała? – zapytała głęboko wzdychając.
Ku jej zaskoczeniu, ojciec zaczął chodzić, zanim odpowiedział. Wreszcie zatrzymał się i odpowiedział:
- Margaret, jestem przecież żałosnym tchórzem. Nie mogę znieść tego, że mogę sprawić ból. Wiem tak dobrze, że małżeńskie życie twojej matki nie było takie, jak sobie życzyła – i czego miała prawo oczekiwać – i to będzie taki cios dla niej, bo nie miałem serca, czy siły jej o tym powiedzieć. Mimo wszystko musi się dowiedzieć, teraz. – powiedział, patrząc smętnie na córkę. Margaret była prawie obezwładniona faktem, że jej matka o niczym nie wiedziała, choć sprawa była tak bardzo zaawansowana.
- Tak, rzeczywiście, musi być powiadomiona. – powiedziała Margaret – Być może, mimo wszystko, ona nie może.. – O tak! Ona będzie, musi być zaszokowana. - poczuła na sobie siłę ciosu, gdy próbowała uświadomić sobie, jak ktoś inny może go przyjąć. – Gdzie mamy się udać? – powiedziała w końcu, zdumiona na nowo ich przyszłymi planami, jeśli ojciec rzeczywiście miał jakiś plan.
- Do Milton na Północy – odpowiedział z obojętnością, ponieważ spostrzegł, że chociaż miłość córki sprawiła, że trwała przy nim i przez moment usiłowała uspokoić go swoją miłością, jednak dotkliwość bólu była jeszcze bardzo świeża w jej umyśle.
- Milton na Północy! Przemysłowe miasto w Darkshire?
- Tak - powiedział, w ten sam przygnębiony, obojętny sposób.
- Dlaczego tam, papo? – zapytała.
- Dlatego, że mogę tam zarobić na chleb dla mojej rodziny. Ponieważ nikogo tam nie znam i nikt nie zna Helstone, lub nie może rozmawiać ze mną o tym.
- Chleb dla rodziny! Sądzę, że ty i mama macie… – przerwała, opanowując naturalne zainteresowanie dotyczące ich przyszłego życia, gdy zobaczyła wzrastające przygnębienie na czole ojca. Ale on, z szybkim intuicyjnym zrozumieniem, przeczytał na jej twarzy jak w lustrze odzwierciedlenie swojego własnego przygnębienia i odrzucił je z wysiłkiem.
- Powinnaś zostać poinformowana o wszystkim. Tylko pomóż mi powiedzieć twojej matce. Myślę, że mógłbym zrobić wszystko, tylko nie to: myśl o jej cierpieniu sprawia, że jestem chory z przerażenia. Jeśli powiem ci wszystko, może ty będziesz mogła przekazać to jej jutro. Zamierzam wyjść na cały dzień, aby pożegnać rolnika Dobsona i biednych we wspólnocie Bracy. Czy bardzo nie podobałoby ci się jej to przekazać, Margaret? – Margaret była temu niechętna, wzbraniała się przed tym bardziej niż przed czymkolwiek, co musiała kiedyś zrobić. Nie mogła natychmiast odpowiedzieć. Jej ojciec powiedział: - Nie chciałabyś tego bardzo, prawda, Margaret? Wtedy pokonała samą siebie i powiedziała, patrząc na jego twarz jasnym i silnym wzrokiem:
- To bolesna sprawa, ale to trzeba zrobić i zrobię to tak dobrze, jak mogę. Masz wiele trudnych spraw do wykonania.

Mag - Śro 06 Wrz, 2006 10:52

Dzięki mróweczko!

No nie! Już zaczynałam lubić i szanować p. Hale za odwagę cywilną i postawę moralną, a ten tchórz zwala na Margarytkę czarną robotę!
Przecież to ON powinien poinformować żonę o swoich decyzjach, dylematach i jaki wpływ na ich życie będzie mieć jego postępowanie! A fe! :evil:

Alison - Śro 06 Wrz, 2006 11:23

No niestety, faceci tak mają....
Gosia - Śro 06 Wrz, 2006 11:33

Rozdział IV, Doubts and Difficulties (Wątpliwości i kłopoty) s. 40
Dylematy pana Hale`a cz. 4

Pan Hale potrząsnął głową w przygnębieniu, uścisnął jej rękę w dowód wdzięczności. Margaret była tak przygnębiona, że była bliska tego, by znowu wybuchnąć płaczem. Aby odwrócić myśli, powiedziała:
- Teraz powiedz mi, papo, jakie masz plany. Ty i mama macie jakieś pieniądze, niezależnie od dochodu z prebendy, czyż nie? Ciocia Show ma, jak wiem.
- Tak. Sądzę, że mamy 170 funtów rocznie dla siebie. 70 z tego zostaje dla Fredericka, odkąd jest za granicą. Nie wiem, czy on potrzebuje to wszystko – mówił z wahaniem –Musi mieć jakiś żołd za służbę w hiszpańskiej armii.
- Frederick nie może ucierpieć – powiedziała Margaret stanowczo – w obcym kraju, tak nieżyczliwie potraktowany we własnym. Pozostaje 100. Czy ty, ja i mama moglibyśmy żyć za 100 rocznie w jakiejś naprawdę taniej – naprawdę cichej części Anglii? Och, myślę, że możemy.
- Nie – powiedział pan Hale – To nie mogłoby nam odpowiadać. Muszę coś zrobić. Muszę znaleźć sobie jakieś zajęcie, aby trzymać się z dala od niezdrowych myśli. Poza tym, w wiejskiej parafii byłoby tak boleśnie przypominać sobie o Helstone i moich tam obowiązkach. Nie mógłbym tego znieść, Margaret. Po koniecznych wydatkach na prowadzenie domu, 100 na rok mogłoby ledwie starczyć na zapewnienie twojej matce wygód, do których jest przyzwyczajona i które powinna mieć. Nie: musimy pojechać do Milton. To jest ustalone. Łatwiej mi podjąć decyzję, bez wpływu kogoś, kogo kocham. - powiedział jakby przepraszając, że ustalił tak dużo, zanim powiedział komuś z rodziny o swoich zamiarach. – Nie zniosę obiekcji. Sprawiają, że staję się niezdecydowany.
Margaret postanowiła zachować milczenie. Mimo wszystko, czy to miało znaczenie, gdzie oni wyjadą, w porównaniu z tą straszną zmianą.
Pan Hale kontynuował – Kilka miesięcy temu, kiedy mój ból z powodu wątpliwości stał się większy, niż mogłem znieść bez słowa, napisałem do pana Bella – pamiętasz pana Bella, Margaret?
- Nie, nigdy go nie widziałam, jak sądzę. Ale wiem, kim jest. Ojciec chrzestny Fredericka - twój dawny opiekun naukowy w Oxford, czy jego masz na myśli?
- Tak. On jest akademikiem w Plymouth College. Pochodzi z Milton na Północy, jak przypuszczam. W każdym razie, ma tam własność, która bardzo wzrosła na wartości, odkąd Milton stało się takim rozległym fabrycznym miastem. Więc, miałem powód podejrzewać... i wyobrażać sobie... Lepiej jednak nie mówić na ten temat, byłem pewien zrozumienia ze strony pana Bella. Nie wiem, czy dał mi tyle siły. On zawsze żył spokojnym życiem w swoim collegu. Ale był tak miły, jak tylko mógł. I to z jego powodu pojedziemy do Milton.
-Jak to? – powiedziała Margaret
- Dlatego, że on ma tam dzierżawców, i domy, i fabryki; tak, chociaż nie lubi tego miejsca, jest zbyt ruchliwe jak na kogoś o jego przyzwyczajeniach, jest zobligowany utrzymywać pewien rodzaj stosunków, i mówił mi, że tam są drzwi otwarte dla prywatnych nauczycieli.
- Prywatnych nauczycieli! – powiedziała Margaret, patrząc z pogardą – Co fabrykanci mogą mieć wspólnego z filologią klasyczną czy literaturą czy manierami typowymi dla dżentelmena?
- Och – powiedział ojciec – niektórzy z nich wydają się być naprawdę dobrymi ludźmi, świadomymi swoich własnych braków, przewyższają tym wielu ludzi z Oxfordu. Niektórzy zdecydowanie chcą się uczyć, chociaż weszli w wiek męski. Niektórzy chcą, aby ich dzieci były lepiej wykształcone od nich samych. W każdym razie tam jest praca. Pan Bell rekomenduje mi pana Thorntona, swego dzierżawcę i bardzo inteligentnego człowieka, jak mogę sądzić z jego listów. I w Milton, Margaret, powinienem znaleźć zajęcie w życiu, jeśli nie szczęście, i ludzi, i miejsca tak odmienne, że nie przypominałyby Helstone.
Był to ukryty motyw, jak Margaret wiedziała z własnych uczuć. Tam mogłoby być inaczej. Niezależnie od tego jak tam było – myślała prawie ze wstrętem o wszystkim, co słyszała o Północnej Anglii, fabrykanci, ludzie, dzikie i ponure otoczenie – była to jedyna rekomendacja – mogłoby być inne niż Helstone i nigdy nie przypominałoby o ukochanym miejscu.

Gitka - Śro 06 Wrz, 2006 12:54

"- Prywatnych nauczycieli! – powiedziała Margaret, patrząc z pogardą – Co fabrykanci mogą mieć wspólnego z filologią klasyczną czy literaturą czy manierami typowymi dla dżentelmena? "

Oj Pani Margaret, nie ładnie, nie ładnie...
Jak Matylda to przeczyta, to znów będzie miała powód, żeby jej nie lubić :wink:
Gosiu, bardzo dziękuję, dzięki Tobie cała książka układa Nam się w całość :grin:

Gosia - Czw 07 Wrz, 2006 09:06

Rozdział IV, Doubts and Difficulties (Wątpliwości i kłopoty) s. 42
Dylematy pana Hale`a cz. 5

- Kiedy wyjedziemy? – zapytała Margaret, po krótkiej chwili ciszy.
- Nie wiem dokładnie. Chciałbym porozmawiać o tym z tobą. Widzisz, twoja matka jeszcze nic o tym nie wie, ale sądzę, że za dwa tygodnie – po wysłaniu mojego aktu rezygnacji, nie będę miał prawa tu pozostawać.
Margaret prawie oniemiała.
- Za dwa tygodnie!
- Nie... nie, nie dokładnie co do dnia. Nic nie jest ustalone – powiedział jej ojciec, z pełnym niepokoju wahaniem, skoro zauważył mgłę smutku, która przesłoniła jej oczy i nagłą zmianę w jej cerze. Ale ona natychmiast doszła do siebie.
- Tak, papo, lepiej że ustalimy to wkrótce i stanowczo, tak jak powiedziałeś. Tylko że mama nic nie wie o tym! To jest tak... tak... wielki dylemat.
- Biedna Maria! – odpowiedział pan Hale czule. – Biedna, nieszczęsna Maria! Och, gdybym nie był żonaty, jeśli byłbym sam na świecie, jakie by to było łatwe! W obecnej sytuacji, Margaret, nie ośmielę się jej powiedzieć!
- Nie – powiedziała Margaret – Ja to zrobię. Daj mi czas do jutrzejszego wieczora, abym mogła wybrać stosowną chwilę. Och, papo – zapłakała z nagłym namiętnym błaganiem – powiedz – powiedz mi, że to koszmar senny, straszny sen, a nie jawa. Nie możesz mieć na myśli tego, że naprawdę zamierzasz opuścić Kościół, porzucić Helstone, być na zawsze oddzielony ode mnie, od mamy – zwiedziony przez jakieś złudzenie – jakąś pokusę. Ty nie możesz naprawdę mieć tego na myśli!
Pan Hale siedział nieruchomo, gdy to mówiła.
Potem spojrzał na jej twarz i powiedział wolno zachrypłym głosem – To mam na myśli, Margaret. Nie możesz się oszukiwać, wątpiąc w realność moich słów... moich niewzruszonych zamiarów i postanowień. – Patrzył na nią w ten sam opanowany, kamienny sposób, przez chwilę po tym jak skończył mówić. Ona także spojrzała błagalnie, zanim uwierzyła, że to nieodwołalne. Potem podniosła się i poszła, bez słowa i spojrzenia, w kierunku drzwi. Gdy jej palce dotykały już klamki, zawołał by zawróciła. Stał przy kominku, skurczył się i schylił, ale kiedy podeszła blisko, wyprostował się, położył swoje dłonie na jej głowie i powiedział poważnie:
- Niech cię Bóg błogosławi, moje dziecko!
- I niech przywróci cię swemu Kościołowi – odpowiedziała z głębi swego serca. W następnej chwili przestraszyła się, że ta odpowiedź na jego błogosławieństwo może być lekceważąca, niewłaściwa – może zranić go, bo pochodzi od jego córki, i objęła go ramionami za szyję. Zatrzymał ją przy sobie przez minutę lub dwie. Słyszała jak mruczy coś do siebie. – Męczennicy i konfesorzy* bardziej nawet musieli cierpieć – Ja nie mogę się wycofać.
Zaskoczeni usłyszeli panią Hale, która pytała o córkę. Rozdzielili się w pełnym zrozumieniu wszystkiego, co stało przed nimi. Pan Hale w pośpiechu powiedział: Idź, Margaret, idź. Powinienem być poza domem przez cały jutrzejszy dzień. Przed nocą będziesz musiała porozmawiać z twoją matką.
- Tak – odpowiedziała, i powróciła do salonu oniemiała i oszołomiona

* Osoba, która dała świadectwo wiary chrześcijańskiej, ale nie jest męczennikiem.

achata - Czw 07 Wrz, 2006 12:56

Gosia napisał/a:
Idź, Margaret, idź. Powinienem być poza domem przez cały jutrzejszy dzień. Przed nocą będziesz musiała porozmawiać z twoją matką.

No tutaj to trudno zachować szacunek do pana Hale'a. Musi mu być ciężko, ale żeby spychać tak trudne zadanie na nie mającą nic wspólnego z jego decyzją Margaret to przesada! Nie umiem sobie wręcz wyobrazić tej rozmowy z matką. Strach pomyśleć...

Gitka - Czw 07 Wrz, 2006 17:46

Od oświadczyn do takiej rozmowy z matką.
Lekko nie miała. Może sobie przez chwilę pomyślała, a co by było gdyby przyjeła Henryka...

Gosiu, dziękuję :grin:



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group