To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

North and South - powieść - Tłumaczenia fragmentów powieści "N&S"

Maryann - Pią 25 Sie, 2006 20:15

Gosia napisał/a:
Mecze sie wlasnie nad tym fragmentem i nie jest to dla mnie jasne, bo w ksiazce nie calkiem chodzi o to przyrzeczenie, chociaz jest o nim mowa.
Pan Hale mowi o sumieniu i watpliwosciach, mowi jednoczesnie ze kocha kosciol i ze nie sa to watpliwosci natury religijnej. Trudno sie w tym polapac ...
On cytuje Margaret fragment jakiejs ksiazki, ale jest ona napisana jezykiem dalekim od obecnego angielskiego ...

W przedmowie do mojego wydania religijne wątpliwości pana Hale są powiązane z losem "dysydentów" - 2.000 duchownych, którzy w 1662 roku woleli zostać usunięci z Kościoła Anglikańskiego niż uznać Akt Jednolitości (Act of Uniformity), co oznaczałoby akceptację Księgi Modłów Powszechnych. Ci dysydenci założyli później kościół unitariański.

Ale o co właściwie chodziło z tymi dysydentami i na czym polegał spór - jak na razie nie udało mi się dowiedzieć.

Gosia - Pią 25 Sie, 2006 20:19

Tak, Mag, na to wyglada.

Rozdz. II, Roses and Thorns (Róże i ciernie), str. 20
Margaret w Helstone cz. 4

O Fredericku zawsze mówiło się, w tych rzadkich chwilach, kiedy wymieniane było jego imię: „Biedny Frederick”. Jego pokój wyglądał dokładnie tak, jak wtedy kiedy go opuścił, i był regularnie odkurzany i trzymany w porządku przez Dixon, służącą pani Hale, która nie zajmowała się inną pracą w domu, ale na zawsze zapamiętała ten dzień, kiedy została zatrudniona przez Lady Beresford jako pokojówka dla podopiecznych Sir Johna, pięknych panien Beresford, piękności z Rutlandshire. Dixon zawsze uważała pana Hale za nieszczęście, które przytrafiło się jej młodej pani i zniszczyło widoki na przyszłość. Gdyby panna Beresford nie pospieszyła się tak bardzo, wychodząc za biednego wiejskiego pastora, to nieszczęście mogłoby nie nadejść.
Ale Dixon była zbyt wierna, aby porzucić ją w nieszczęściu i upadku (jakim było jej małżeńskie życie). Pozostała z nią i poświęciła się jej sprawom, zawsze uważała siebie za dobrą i opiekuńczą wróżkę, której obowiązkiem było udaremnić plany złośliwego olbrzyma, pana Hale. Panicz Frederick był jej ulubieńcem i jej dumą, łagodniała w swej pełnej godności postawie, kiedy wchodziła co tydzień uporządkować pokój tak starannie, jakby on miał wrócić do domu tego wieczora. Margaret nie mogła przestać myśleć, że przyszła później jakaś wiadomość o Fredericku, nieznana jej matce, która sprawiła, że ojciec stał się zaniepokojony i niespokojny.
Pani Hale nie wydawała się zauważać żadnej zmiany w wyglądzie i zachowaniu męża. Jego serce było zawsze czułe i łagodne, łatwo wzruszało się każdą małą wiadomością dotyczącą szczęścia innych osób. Mógł być przygnębiony przez wiele dni po tym, jak czuwał przy łożu śmierci albo usłyszał o jakiejś zbrodni. Ale teraz Margaret zauważyła jego roztargnienie, jakby jego myśli były zajęte jakąś sprawą, która go przygniatała i nie mogła zostać złagodzona przez żadną codzienną czynność, taką jak pocieszanie tych, co zostali przy życiu czy uczenie w szkole w nadziei zwalczenia zabobonów w młodym pokoleniu.
Pan Hale nie chodził pomiędzy swoich parafian tak wiele jak zwykle, coraz bardziej zamykał się w swoich studiach, czekał na wioskowego listonosza, który pukał w okiennice w kuchni. Sygnał ten, musiał być kiedyś wielokrotnie powtórzony, zanim ktoś ocknął się i zdał sobie sprawę, co oznacza i wyszedł do niego. Teraz pan Hale chodził po ogrodzie, jeśli poranek był ładny, a jeśli nie, stał półprzytomnie przy oknie swego gabinetu, dopóki listonosz nie zawołał lub nie odszedł ścieżką, na poły z szacunkiem, na poły poufale skinąwszy głową pastorowi, który oczekiwał go z oddali za różanym żywopłotem i za wielkim krzewem chruściny, a potem odszedł do swojego pokoju, aby rozpocząć dzień pracy, ze wszystkimi oznakami ciężkiego serca i zajętej czymś głowy.
Ale Margaret była w wieku, kiedy wszelkie przeczucia nie oparte całkowicie na faktach, są łatwo odpędzane na pewien czas przez jasny słoneczny dzień lub jakieś radosne zewnętrzne okoliczności.
I kiedy nadeszło czternaście pięknych dni października, jej troski zostały zdmuchnięte, tak lekko jak puch i nie myślała o niczym innym poza pięknem lasu.
Zbiory paproci były zakończone, i teraz gdy nie padało, mogła spacerować po głęboko ukrytych leśnych polankach, na które przy lipcowej i sierpniowej pogodzie mogła jedynie zerkać.
Uczyła się rysować z Edith i wystarczająco żałowała, w czasie złej pogody, swojej bezczynności wśród pięknego lasu, podczas gdy było na tyle ładnie, by ją to skłonić do szkicowania, zanim nie nastąpi zima.
Stosownie do tego, była pewnego ranka zajęta przygotowaniem kartonu, kiedy Sarah, służąca otworzyła szerokie drzwi salonu i zaanonsowała: Pan Henry Lennox.

----
Przez weekend dietka :lol:
Co prawda mam przygotowany rozdzial 3 (z oswiadczynami Henrysia) :D , ale mecze sie jeszcze nad czwartym ...

Gosia - Pią 25 Sie, 2006 20:24

Hmmm, slowko Uniformity nie pada w tym tekscie.
ale wspomina o 2 tys. ludzi, ktorzy wystapili ze swojego kosciola.

Maryann - Pią 25 Sie, 2006 20:30

Ja mam to jako przypis do wypowiedzi pana Hale w jego rozmowie z Margaret, kiedy informuje ją o swojej decyzji opuszczenia Helstone. Mówi tam właśnie o "the two thousand who were ejected from their churches" - że zazdrości im męstwa.
Gosia - Pią 25 Sie, 2006 20:33

Tak, chociaz tak jakos mi sie wydaje, ze to nie glowny powod opuszczenia parafii.. ze jeszcze procz tego mial jakies inne watpliwosci moralne. ale moze sie myle. Te zawilosci duszy panaHalowej ...
Maryann - Pią 25 Sie, 2006 20:42

Na tyle, co udało mi się wygrzebać, to unitarianie odrzucali dogmat o Trójcy Św - to mógłby być więc jakiś przyczynek do wątpliwości religijnych pana Hale'a, jeśli był zwolennikiem tego wyznania. Na potwierdzenie tej tezy przemawiałby też fakt, że unitarianie kładą nacisk przede wszystkim na miłość bliźniego, swobodę wyznania i tolerancję. Kościół jako instytucja jest dla nich mało istotny.
Jakieś echa tych poglądów można odnaleźć u pana Hale'a i Margaret.

Gosia - Pią 25 Sie, 2006 20:46

Dzieki wielkie Maryann :D
No to troche nam sie rozjasnilo. Choc pan Hale chyba nie mowi o tym wprost, ale w koncu nie musial tlumaczyc szczegolow Margarecie.
W ogole stawianie rodziny przed faktem dokonanym, to cos okropnego.
Tak jakby tylko i wylacznei jego poglady sie liczyly.
No ale to on pracowal i byl panem domu...

Maryann - Pią 25 Sie, 2006 20:54

Gosia napisał/a:
W ogole stawianie rodziny przed faktem dokonanym, to cos okropnego.
Tak jakby tylko i wylacznei jego poglady sie liczyly.
No ale to on pracowal i byl panem domu...

Niby tak... ale przecież żona i córka to nie meble, ani nie mająca nić do gadania służba i chyba mógłby je potraktować trochę bardziej po partnersku, a nie jak niewolnice skazane na podążanie za swoim panem. Trochę nie bardzo mi się to postępowanie zgadza z tym religijnym trendem, który najwyraźniej popierał.
Ale może przesadzam ? Może po prostu tak było przyjęte ? Był panem domu i miał prawo podejmowa decyzje. Chociaż żona miała do niego żal, że tak ważnej decyzji wcześniej z nią nie skonsultował.
A może po prostu bał się ich reakcji i dlatego postawił je przed faktem dokonanym ? Przecież nie zdobył się na to, żeby powiedzieć żonie o wyjeździe, tylko schował głowę w piasek i złożył sprawę na barki Margaret.

Gosia - Pią 25 Sie, 2006 21:01

Sam okresla siebie tchorzem, wiec na pewno sie bał reakcji, wlasnej zonie sie bal powiedziec, prosil o to Margaret!
Ale tez chyba bylo przyjete, ze to maz decyduje.
Pare razy w roznych filmach i powiesciach pojawia sie ten motyw.
Maz decyduje, wiec zona moze tylko zaakceptowac decyzje...
Z partnerstwem oczywiscie nie ma to nic wspolnego.
My czytajac o XIX-wiecznych heroinach Austen, Gaskell itd. i ich szczesliwych wybrankach wyobrazamy sobie ich wspolne malzenskie zycie jako partnerskie, a wcale nie musialo takie byc, skoro inne byly zwyczaje w tej epoce ;)

Maryann - Pią 25 Sie, 2006 21:09

Jak to mówił pan Bennet do Elżbiety ? Że nie będzie ani szczęśliwa, ani godna poważania, jeśli nie będzie miała do męża szacunku i nie będzie go uważała za człowieka stojącego wyżej od niej ? :? ??:
Tak pewnie było zwyczajowo przyjęte. Chociaż w życiu na pewno wyglądało to różnie - jakoś nie mogę sobie wyobrazić lady Katarzyny potulnie słuchającej sir Lewisa. :wink:

Gosia - Pią 25 Sie, 2006 21:50

Od kazdej reguly sa wyjatki ;)
Mag - Sob 26 Sie, 2006 15:32

Wiecie, z jednej strony pan Hale mnie denerwuje, że stawia rodzinę przed faktem dokonanym, z drugiej strony podziwiam go za odwagę i bezkompromisowość. Nie wiem czy potrafiłabym tek bronić swoich przekonań mając na utrzymaniu żonę i córkę.

Dzięki Gosiu. :grin:

Jeszcze pytanko- oco chodzi z tymi zbiorami paproci?

Gitka - Sob 26 Sie, 2006 15:46

No i został zaanonsowany Pan Henry Lennox :grin:
Chętnie poczytam jak to on się oświadcza. Właściwie to ja tego książkowego Henryka trochę ten tego lubię... :mrgreen:
Gosiu dzięki.

Gosia - Sob 26 Sie, 2006 15:56

Jesli chodzi o te nieszczesne paprocie, a raczej ich zbiory, tez mnie to zaskoczylo.
Ale nieoceniona Caroline (kiedy robila poprawki do tego mojego tlumaczenia) przyslala mi takie info ( mam nadzieje ze nie bedzie miala nic przeciwko temu, ze ja zacytuje):

"The plant [gatunki paproci] was eliminated from at least eight sites in Cumbria, Durham and Dumfries when fern collecting was popular during the Victorian era."
jest też informacja, że takie zbieractwo było szczególnie popularne w południowo-zachodniej Anglii. I jeszcze jeden trop, co prawda z gry komputerowej ;) , ale kto wie, może twórca oparł to na jakimś rzeczywistym przesądzie:
"Jest jednak kilka sposobów, aby domostwo swe chronić. Jednym z nich, jest zbieranie liści paproci skąpanych we mgle. Wtedy trzeba zrobić z nich pęk i wysuszyć nad domowym ogniem. Kiedy liście będą już wysuszone należy je tuż po zachodzie słońca spalić w domowym ogniu okadzając domostwo."
W każdym razie zbierano te paprocie, przynajmniej po to, żeby Margerytce się wygodniej po polankach chodziło ;) "

Maryann - Sob 26 Sie, 2006 17:30

Mag napisał/a:
Wiecie, z jednej strony pan Hale mnie denerwuje, że stawia rodzinę przed faktem dokonanym, z drugiej strony podziwiam go za odwagę i bezkompromisowość. Nie wiem czy potrafiłabym tek bronić swoich przekonań mając na utrzymaniu żonę i córkę.

Odwaga i przekonania - owszem, ale on w ogóle nie wziął pod uwagę, co taka zmiana oznacza dla jego żony i Margaret. Przecież dobrze wiedział, że po rezygnacji z parafii - i związanych z nią dochodów - będą musieli bardzo obniżyć standard życia. A on nie tylko podjął tę decyzję sam, nie uprzedzając nikogo, ale jeszcze oczekiwał zrozumienia i akceptacji dla swojego postępowania.
Ale o partnerstwie w małżeństwie już tu mówiłyśmy...

Gosia - Pon 28 Sie, 2006 17:12

Rozdział III, The More Haste the Worse Speed (Co nagle to po diable) s. 22
Niefortunne oswiadczyny cz. 1



- Pan Henry Lennox.
Margaret myślała o nim właśnie przed chwilą i wspominała jego pytania dotyczące jej prawdopodobnych zajęć w domu. To było jak „parler du soleil et l`on en voit les rayons”* i słoneczna jasność pojawiła się na twarzy Margaret, kiedy odłożyła karton i postąpiła naprzód, żeby uścisnąć jego dłoń. – Poproś mamę, Sarah – powiedziała. – Mama i ja chcemy ci zadać tak wiele pytań na temat Edith. Jestem bardzo wdzięczna, że przyjechałeś.
- Czy nie powiedziałem, że to zrobię – zapytał cichszym głosem, niż ten jakim ona mówiła.
- Ale ja słyszałam, że jesteś tak daleko stąd w Highlands, że nigdy nie sądziłam, że przyjedziesz do Hampshire.
- Och! – powiedział lżejszym tonem – nasza młoda para robiła tak szalone figle, narażała się na wszelkie rodzaje ryzyka, wspinając się na górę, pływając po jeziorze; że naprawdę stwierdziłem, że potrzebują kogoś, żeby na nich uważał. I faktycznie, potrzebowali, byli zbyt trudni do kontroli dla mojego wuja, trzymali starego dżentelmena w strachu 16 godzin na dobę. W istocie, kiedy dowiedziałem się, że nie można im zaufać, uznałem, że to mój obowiązek nie zostawiać ich aż do chwili, gdy zobaczyłem ich bezpiecznie zaokrętowanych w Plymouth.
- Byłeś w Plymouth? Och! Edith nigdy o tym nie wspominała. Ostatnio pisała w takim pośpiechu. Czy naprawdę odpłynęli we wtorek?
- Naprawdę odpłynęli i uwolnili mnie od wielu obowiązków. Edith dała mi wszelkie rodzaje wiadomości dla ciebie. Przypuszczam, że gdzieś mam jakąś małą notatkę; tak, jest tutaj.
- Och! Dziękuję ci – wykrzyknęła Margaret, i potem po trochu życząc sobie ją przeczytać w samotności, wytłumaczyła się, że musi iść, żeby powiedzieć matce jeszcze raz (widocznie Sarah popełniła jakąś pomyłkę), że jest tutaj pan Lennox.
Kiedy opuściła pokój, on zaczął we właściwy mu przenikliwy sposób przyglądać się otoczeniu. Mały salon wyglądał najlepiej w świetle porannego słońca. Środkowe okno w wykuszu było otwarte, zza rogu zaglądały do środka pęki róż i szkarłatny wiciokrzew, mały trawnik był wspaniały z werbenami i bodziszkiem we wszystkich żywych kolorach. Jaskrawy blask na zewnątrz sprawiał, że kolory wewnątrz wydawały się skromne i wyblakłe. Dywan był daleki od nowości, perkal był często prany, cały pokój był mniejszy i biedniejszy niż mógł oczekiwać jako tła i ram dla Margaret, która miała tak królewski wygląd.
Podniósł jedną z książek leżących na stole, to był „Raj” Dantego, w odpowiedniej starej włoskiej oprawie z białego welinu** i złota, obok leżał słownik i kilka słów było przepisanych ręką Margaret. To była nudna lista słów, ale z jakiegoś powodu chciał się im przyjrzeć. Potem z westchnieniem odłożył je na miejsce. Probostwo było najwyraźniej tak małe jak mówiła. Wydawało mu się to dziwne jak na Beresfordów, wywodzących się z dobrej rodziny.

Margaret tymczasem znalazła matkę. To był jeden z niespokojnych dni pani Hale, kiedy wszystko było trudnością i kłopotem, także pojawienie się pana Lennoxa przybrało taki kształt, mimo że po cichu pochlebiało jej, że uznał, że warto złożyć wizytę.
- To wysoce niefortunne! Jedliśmy dziś wcześnie i nie mamy nic poza zimnym mięsem, żeby służący mogli poradzić sobie z prasowaniem, i jeszcze oczywiście musimy zaprosić go na obiad – to szwagier Edith itd. A twój ojciec jest tak przygnębiony tego ranka z jakiegoś powodu, nie wiem jakiego. Weszłam dopiero do jego gabinetu, a on oparł twarz na stole przykrywając ją dłońmi. Powiedziałam mu, że jestem pewna, że powietrze Helstone już mu nie służy, tak jak i mnie, a on nagle podniósł głowę i poprosił, żebym nie powiedziała słowa więcej przeciw Helstone, on nie może tego znieść, że jeśli jest jedno miejsce, które on kocha na ziemi, to właśnie Helstone. Ale jestem pewna, że mimo wszystko chodzi o to wilgotne i rozleniwiające powietrze.
Margaret czuła jakby cienka, chłodna chmura stanęła między nią a słońcem. Słuchała cierpliwie w nadziei, że te zwierzenia mogą stanowić jakąś ulgę dla jej matki, ale teraz był czas, aby wrócić do pana Lennoxa.
- Papa lubi pana Lennoxa, świetnie się dogadywali w czasie weselnego śniadania. Ośmielę się powiedzieć, że jego przybycie będzie dla ojca korzystne. I nie przejmuj się obiadem, droga mamo. Zimne mięso będzie świetne na lunch, zważywszy, że pan Lennox oczekiwał obiadu najprawdopodobniej około godziny 2.
- Ale co my zrobimy z nim do tej pory? Dopiero jest w pół do jedenastej.
- Poproszę go, żeby wyszedł ze mną szkicować. Wiem, że on rysuje i zabiorę go ze sobą, żeby ci nie przeszkadzał, mamo. Tylko idź tam teraz, bo on pomyśli, że to dziwne, że nie przychodzisz.
Pani Hale zdjęła czarny jedwabny fartuch i rozpogodziła twarz. Wyglądała naprawdę jak ładna wytworna kobieta, kiedy witała się z panem Lennoxem z serdecznością należną osobie, która była prawie krewnym. On wyraźnie oczekiwał, że będzie poproszony o to, żeby spędzić dzień na plebanii i przyjął zaproszenie z radością, która sprawiła, że pani Hale chciała dodać coś do zimnej wołowiny. Był zadowolony ze wszystkiego, cieszył się z pomysłu Margaret, że wyjdą razem, żeby szkicować, nie chciał za nic w świecie przeszkadzać panu Hale, mając perspektywę tak rychłego spotkania z nim przy obiedzie.
Margaret wyjęła przybory do rysowania, żeby coś z nich wybrał dla siebie, potem wzięła właściwy papier oraz pędzle, i wyruszyli we dwoje w najweselszym nastroju w świat.

* Mówić o słońcu i zobaczyć jego promienie (polskie: o wilku mowa i wilk tu)
** Skóra cielęca wyprawiona na kształt cienkiego pergaminu;

Gitka - Pon 28 Sie, 2006 17:22

No i proszę jaki Henry miły i uczynny. Chyba będzie mi go szkoda przy tych niefortunnych oświadczynach.
Gosiu, dzięki (ale też Nam zaostrzasz apetyt) :razz:

achata - Pon 28 Sie, 2006 18:08

Gitka napisał/a:
No i proszę jaki Henry miły i uczynny. Chyba będzie mi go szkoda przy tych niefortunnych oświadczynach.


Oj rzeczywiście ten Henryczek książkowy i milszy i bardziej rozumny i ogólnie znacznie sympatyczniejszy od filmowego. W serialu był jakiś napuszony i niewyraźny.

Gosia - Wto 29 Sie, 2006 18:28

Rozdział III, The More Haste the Worse Speed (Co nagle to po diable) s. 25
Niefortunne oswiadczyny cz. 2

- Teraz, proszę, zatrzymajmy się tutaj na minutę lub dwie. – powiedziała Margaret. – Tam znajdują się chaty, które nie dawały mi spokoju w czasie deszczowych dwóch dni, wyrzucałam sobie, że ich nie naszkicowałam.
- Zanim zawalą się i ich więcej nie zobaczymy. Doprawdy, jeśli mają być narysowane – a rzeczywiście są malownicze – lepiej jak nie będziemy tego odkładać do następnego roku. Ale gdzie powinniśmy usiąść?
- Och! Mógłbyś równie dobrze przyjechać wprost z kancelarii w Temple, zamiast spędzać dwa miesiące w Highlands! Spójrz na ten piękny pień drzewa, który drwale właśnie zostawili na właściwym miejscu na świetle. Położę na nim mój szal i to będzie prawdziwy leśny tron.
- Mając kałużę za królewski podnóżek dla twojej stopy! Zaczekaj, przesunę się, będziesz mogła podejść tędy. Kto mieszka w tych chatach?
- Były budowane przez osadników 50 lub 60 lat temu. Jeden jest niezamieszkany, leśnicy zamierzają je rozebrać, jak tylko stary człowiek, który mieszka w drugim, umrze, biedaczysko! Spójrz, jest tam, muszę pójść i z nim porozmawiać. On jest tak głuchy, że usłyszysz wszystkie nasze sekrety.
Stary człowiek stał z gołą głową na słońcu przed swoją chatką, oparty na kiju. Jego sztywne rysy złagodził leniwy uśmiech, kiedy Margaret podeszła do niego i zaczęła z nim rozmawiać. Pan Lennox pośpiesznie umieścił dwie postacie na rysunku i podporządkował im ukończony pejzaż – jak Margaret zauważyła, kiedy przyszedł czas, aby powstać, odłożyć wodę i kawałki papieru i pokazać sobie szkice. Roześmiała się i zarumieniła, gdy pan Lennox przyglądał się jej obliczu.
- Co za zdrada – powiedziała. – Nie przypuszczałam, że stworzysz ze starego Izaaka i mnie temat swojego szkicu, kiedy powiedziałeś, żebym zapytała go o historię tych chat.
- Nie mogłem się oprzeć. Nie wiesz, jak silna to była pokusa. Ledwie ośmielam się powiedzieć ci, jak wiele ten rysunek będzie dla mnie znaczył.
Nie był całkiem pewien, czy usłyszała to ostatnie zdanie, zanim poszła do strumyka, aby umyć swoją paletę. Wróciła trochę zarumieniona, ale wyglądała na doskonale niewinną i nieświadomą. Był z tego zadowolony, słowa wymknęły mu się znienacka – rzadka rzecz w przypadku takiego człowieka jak Henry Lennox, który tak bardzo planował swoje działania.

Dom wyglądał całkiem dobrze i pogodnie, kiedy go ujrzeli. Chmury na czole matki ustąpiły pod dobroczynnym wpływem karpi, które zostały w samą porę ofiarowane przez sąsiada. Pan Hale wrócił z porannego obchodu i oczekiwał ich tuż za furtką, która prowadziła do ogrodu. Wyglądał w każdym calu jak dżentelmen w swoim trochę przetartym surducie i znoszonym kapeluszu.
Margaret była dumna z ojca, a była to zawsze zdrowa i czuła duma, widząc jak korzystne wywierał on wrażenie na każdym nieznajomym. Mimo to jej bystre oczy skupiły się na twarzy i spostrzegły ślady jakiegoś niezwykłego niepokoju, który był tylko odsunięty na bok, a nie zniknął całkowicie.
Pan Hale zapytał, czy może spojrzeć na ich rysunki.
- Myślę, że położyłaś zbyt ciemne odcienie na dachach, czyż nie? – powiedział, kiedy oddawał Margaret jej pracę i wyciągnął rękę po szkic pana Lennoxa, który zawahał się na małą chwilę.
- Nie, tato! Nie sądzę. Rojnik i rozchodnik wyrosły tak bardzo ciemne w deszczu. – Czyż nie, tato? - powiedziała, zerkając spoza jego ramienia, jak ogląda postacie na rysunku pana Lennoxa.
- Tak, bardzo podobne. Twoja postać i postawa są świetne. I to jest właśnie ten sztywny sposób schylania pleców przez dotkniętego reumatyzmem Izaaka. Co zwisa z gałęzi drzewa? Nie jest to z pewnością gniazdo ptaków.
- Och nie! To jest mój czepek. Nigdy nie mogę rysować w czepku, jest mi w nim za gorąco. Zastanawiam się czy poradziłabym sobie z postaciami. Jest tak wiele ludzi w pobliżu, których chciałabym narysować.
- Myślę, że to bardzo do ciebie podobne, czegokolwiek się podejmiesz odniesiesz w tym sukces. – powiedział pan Lennox. – Mam wielką wiarę w siłę woli. Myślę, że moja własna ustępuje twojej.
Pan Hale wszedł przed nimi do domu, podczas gdy Margaret zatrzymała się, żeby zerwać kilka róż, którymi chciała przystroić poranną suknię do obiadu.

Gitka - Wto 29 Sie, 2006 19:22

I znów piękny fragment.
Henry Lennox przyznał się sam przed sobą, że jest człowiekiem, który planuje swoje działania. Ale przy Margaret, na pewno by się zmienił.
Choć dla mnie to cecha charakteru, nie jest znów taka najgorsza :wink:

przecinek - Wto 29 Sie, 2006 20:10

Przepiękny fragment. Dziękuję Gosiu! I jak tu nie lubić Henryka... Do tej pory nie jest ani przebiegły, ani wyrachowany, tak jak w późniejszych fragmentach. Na razie tylko wielbi Margaret „za to, jaka jest” i przy tym jest taki nieśmiały. A Pani Hale przy każdym spotkaniu coraz bardziej mnie drażni. Przepraszam za pytanie – perkal był kładziony na ścianach czy na obiciach mebli?
Gosia - Wto 29 Sie, 2006 20:27

Przetlumaczylam jako perkal. Ale ...

Tam jest słówko: chintz. W slowniku jest informacja, ze to:
1. - drukowana tkanina bawełniana z lsniącym wykonczeniem uzywana na zaslony, obicia i abazury.
2. - calico

A calico to:
1. rodzaj perkalu
2. surowka bawełniana

Wedlug Kopalinskiego:
perkal - mocne, gładkie, cienkie płótno bawełniane na bieliznę osobistą i pościelową oraz do użytku przemysłowego.

Ot, dylemat :D

Isil - Śro 30 Sie, 2006 00:52

Nie ma tej książki po polsku? na merlin.com.pl nic nie widze
Mogłby mnie ktos w paru zdaniach do niej zachecic?

Harry_the_Cat - Śro 30 Sie, 2006 00:59

Książka nie była nigdy wydana po polsku, a dostępna jest chyba tylko tu (jeszcze raz - dzięki dziewczyny).
Po angielsku możesz ją znaleźć bez problemu w internecie (wystarczy wpisać Gaskell w wyszukiwarce).
Akcja toczy się w połowie XIX w., w Anglii i w krótkich słowach, opowiada niejakiej Margaret Hale, pochodzącej z sielankowego południa, która zmuszona jest przenieść się wraz z rodzina do przemysłowego miasta Milton na północy. Tam po raz pierwszy styka się z klasą robotniczą i ich problemami, a także z pewnym intrygującym właścicielem fabryki... ;)

BBC nakręciło wspaniały serial na podstawie tej ksiązki, któremu wiele forumowiczek oddaje cześć. Ale o tym można by długo, więc tylko: :lovera:

Alison - Śro 30 Sie, 2006 10:50

Witajcie! Już jestem! Weszłam sobie najpierw w ten najbliższy sercu temat i...uśmiałam się tak serdecznie, że na razie resztę zostawiam sobie na później.
Rozbawiła mnie ta „choreograficzna” dyskusja pt. „Stała czy siedziała...”. Jakieś jej sygnały dopadły mnie w górskiej głuszy, ale rzeczywistość przeszła wszelkie wyobrażenia, aż się spłakałam ze śmiechu. Swoją drogą trzeba być niezłym pragmatykiem żeby w TAKIEJ scenie, zwracać uwagę na TAKIE szczegóły, ale cóż, „kużden czytelnik, swoje prawa mo”. I za to Was kocham – stolik był niski czy wysoki (toć to biurko w gabinecie było!) i czy się aby za bardzo nie wypięła nieromantycznie, i gdzie jej sięgał jak klęknął - no ja Was pasjami „po perostu”. Poza wszystkim, niezłe wyzwanie pisać dla takich drobiazgowych czytelników -niezłe wyzwanie, ale i paraliż dla potencjalnego pisarza ;-)
A ja na razie będę miała przez chwilkę gości z przeciwległej półkuli, więc będę trochę zajęta, ale lada dzień wrócę, jeno sobie „bzyknę” w Impresjonistach i na razie - do następnego razu!

:hello:



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group