To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Megafanfik Tom III

Matylda - Sob 02 Cze, 2007 11:05

No tak Darcy przyznał się do tego , że zakochany , ale w końcu nie w ciemię bity i najpierw upewni się czy Elżunia chce mieszkać blisko mamusi
Zrobiłam sobie drugą kawusię :mrgreen:

asiek - Sob 02 Cze, 2007 11:16

Alison napisał/a:

- Kochasz ją.
Powiedział to głośno jeszcze raz.
Stało się, jego życie już nigdy nie będzie takie samo.

Ach, naczekałam się na to wyznanie :roll: ...ale warto było. :serce:

Carolciu, Ali - wielkie dzięki ! :kwiatek: :kwiatek:

Alison - Sob 02 Cze, 2007 11:36

Maryann napisał/a:
[bo jak na razie żadne z sugerowanych zabiegów nie przyniosły rezultatu. Wręcz przeciwnie - robi się coraz bardziej turkusowy... :? ??:


Znaczy głaskanie draniowi nie pomogło...
Ale turkusowy ładnym kolorem jest... :wink:

Maryann - Sob 02 Cze, 2007 12:25

Alison napisał/a:
Znaczy głaskanie draniowi nie pomogło...

Najwyraźniej mało podatny na pieszczoty... Na groźby zresztą też... :? ??:

Alison napisał/a:
Ale turkusowy ładnym kolorem jest... :wink:

To zależy... Ja akurat za nim nie przepadam. Nieszczególnie mi się kojarzy... :wink:

Alison - Nie 03 Cze, 2007 08:17

Carol dalej tuczy nas slodkościami. Dziewczynki lecę juz w Pieniny, wracam za tydzień!
Od dzis rządzi tu Maryanek :wink:
:hello:

Rozdział II, cz. 22

- Jest pewne rozwiązanie – powiedział w ciemność. – Uczyń ją swoją żoną!
Taka odpowiedź wcześniej nie do pomyślenia, teraz była możliwa.
- Dlaczego nie – zapytał na głos nocy. Wiedział jak by to było. Czyż nie widział jej przy swoim boku, jej dłoni w swojej. Zmilkł, pozwalając by przeniknęły go uczucia związane z życiem z nią. Odbierały mu dech.
- Uczyń ją panią Pemberley, siostrą twojej siostry, matką twoich dzieci – jego serce błagało razem z nim. Przestał się miotać i usiadł ciężko na łóżku. Czy wierzyć jej i swojemu sercu?
“Nie ma miejsca we wspólnej dwojga serc przestrzeni, dla barier, przeszkód…”. Pierwsze linijki sonetu, do którego skierował go Fletcher same mu się narzuciły.
- Barier – powtórzył kładąc się na nowo na poduszkach. Istniały ogromne bariery. Choć jego serce desperacko pragnęło, by było inaczej, jego umysł zmuszał go, by to przyznał. Pomyślał o Bingleyu. Jak trudził się, by odradzić mu związek z rodziną, która miała stać się jego! Była jeszcze degradacja jego rodziny, podupadanie honoru, którego przysięgał bronić. Spotka się z potępieniem krewnych, szczególnie siostry swojej matki, lady Catherine. Czy zaakceptują Elizabeth, czy oboje, ich małżeństwo ich dzieci zostaną odrzuceni, odcięci od swojego dziedzictwa. Wreszcie były jeszcze zniewagi jakich doświadczył ze strony rodziny Elizabeth i wszechobecny brak ogłady, który pokazali na balu w Netherfield, gdy jedno po drugim wystawiali się na pogardę swoich sąsiadów. Ich zachowanie będzie łączone z nim, czyniąc z niego, czego najbardziej się obawiał, obiekt drwin całego towarzystwa. Wspomnienie tego dręczyło go przez resztę nocy, wspomnienie zawstydzonego spojrzenia Elizabeth, które podniosła wbijając je wcześniej w rękawiczki wywołało falę gorąca w jego piersi. Dobry Boże, kochał ją! Jak bardzo pragnął ją wtedy ochronić, pocieszyć! Prośba Poety stała się żądaniem „Nie ma miejsca…”. Pragnął widzieć ją w Pemberley. Chciał rozkoszować się jej urokiem i żywością, jej sercem i umysłem. Pragnął, żeby pragnienie Georgiany, która chciała ją poznać, stało się prawdą. Pragnął słodyczy, którą mogło dać tylko życie z nią. Kochał ją. Ale czy to wystarczy? Czuł w piersi emocje, które toczyły ze sobą walkę, powinność i pożądanie…
Nagle poczuł się senny. Darcy spojrzał na zegar kominkowy, powieki zaczęły mu ciążyć. Było grubo po drugiej i, mimo że pilnie musiał podjąć decyzję, nie było możliwe ani mądre, by podjąć ją tej nocy, a nawet, jak przyznał – jutro. Chwycił poduszkę i obracając się na boku ułożył materac w wygodniejszy kształt. Miał czas – z łatwością mógł przedłużyć wizytę – i wykorzysta ją możliwie najbardziej, by przyjrzeć jej się dokładniej, poznać jej opinie na konkretne tematy, sprawdzić siłę emocji i realizmu. Miał czas. Ale podejmie decyzję, postanowił, i to przed wyjazdem z Rosings.

Matylda - Nie 03 Cze, 2007 08:33

Ale czy to wystarczy?
Wystarczy , musi wystarczyć
A ten dalej ka;ku;uje....
Dzieki dziewczynki za tem kawałeczek... :kwiatek: :thud:
Ali no to życzę jakiejś znośnej pogody cobyście nie utknęli w jakiejś góralskiej chałupie w obawie przed deszczem.
Ale całej pogody nie zabierz tylko dla siebie, bo ja wyjeżdżam za tydzień w Pieniny

asiek - Nie 03 Cze, 2007 10:27

Alison napisał/a:
Jest pewne rozwiązanie – powiedział w ciemność. – Uczyń ją swoją żoną! [...] Zmilkł, pozwalając by przeniknęły go uczucia związane z życiem z nią. Odbierały mu dech.

Ciekawe, jakież to uczucia odbierały mu dech . :mrgreen:

Swoją drogą, to straszy BOBER z Darsika. Nie ma cienia wątpliwości, że Lizzy go przyjmie. :? ??:
Bardzo to nieroztropne. :mrgreen:

Caroline, Ali :kwiatek: :kwiatek:
Ali, słoneczka życzę. :hello:

Gunia - Nie 03 Cze, 2007 16:02

A to drewniak.
Fajnej pogody, Ali!
Caroline: :kwiatek: !

Maryann - Nie 03 Cze, 2007 18:44

asiek napisał/a:
Swoją drogą, to straszy BOBER z Darsika. Nie ma cienia wątpliwości, że Lizzy go przyjmie. :? ??:
Bardzo to nieroztropne. :mrgreen:

No jak to ? :wink: A mogłaby go nie przyjąć ? Taką wspaniałą partię ? :roll:

Maryann - Pon 04 Cze, 2007 06:40

Rozdział II część 23

Drzwi Rosings zamknęły się za nim. Darcy chwycił złotą głowę gryfa wieńczącą jego ulubioną laskę i zeskakując po dwa stopnie ruszył długimi krokami przez park w stronę zagajnika i ścieżki prowadzącej do Hunsford. Mimo wczorajszego podniecenia obudził się dziś rano dziwnie ożywiony i spragniony tego, co przyniesie dzień. Kiedy otworzył oczy, leżał nieruchomo, a wspomnienie wczorajszego wyznania przepływało przez niego niczym rzeka słodkiego, mocnego wina. Tu i tam jej prądy kłębiły się na obrzeżach jego umysłu i uczuć, czyniąc je niezwykle, cudownie ożywionymi.
Inaczej… Czuł się tak bardzo inaczej. Jak właściwie ? Poczuł, jak usta wyginają mu się w uśmiechu na beznadziejną przewidywalność jego racjonalnej, logicznej istoty. Jakie to miało znaczenie, jak ? Czuł się tak niezwykle… pełen życia !
Znajome dźwięki przygotowań czynionych przez Fletchera w przylegającej garderobie delikatnie zwróciły jego myśli na inne tory. Wkrótce jego pokojowiec przyjdzie, żeby poinformować go, że wszystko jest gotowe do porannych ablucji. Darcy odwrócił głowę i spojrzał na leżącą obok pustą poduszkę. Zwyczaje Fletchera będą się oczywiście musiały zmienić, kiedy… Nie, przywołał się do porządku, nie wolno mu teraz o tym myśleć, nie może takie oczekiwanie rzutować na jego myśli. Najpierw musi wprowadzić swoją trudno podjętą decyzję w czyn, a to wymagało od niego, żeby znalazł się w towarzystwie Elizabeth, a nie leżał w łóżku i marzył. Musi zobaczyć Elizabeth ! Dziś rano ! „I bez Richarda” poinformował stanowczo swoje serce. Odrzucił nakrycie, wstał i otworzył drzwi do garderoby zaskakując Fletchera informacją, że chce natychmiast rozpocząć poranny rytuał. Ogolony i ubrany w rekordowo krótkim czasie, zszedł do cudownie pustego pokoju śniadaniowego, gdzie między szybkimi kęsami jajek na miękko i tosta wychylił filiżankę kawy. Teraz wreszcie był w drodze. Sam.
Wielkie nieba, dzień był cudowny ! Zwolnił, gdy doszedł do zagajnika. Drzewa zasłaniały go przed przypadkowymi obserwatorami z Rosings. Zostawił Fletcherowi informację, że gdyby ktoś pytał, to idzie na spacer, ale kierunek zachował dla siebie. Teraz, pod osłoną zagajnika mógł skręcić w dowolnym kierunku nie będąc widzianym, czyniąc w ten sposób kierunek swojej przechadzki przedmiotem przypuszczeń. Gdy tak szedł, promienie porannego słońca spadały przez gałęzie nad jego głową, ozłacając drobiny kurzu na jego drodze, jakby proponując mu czarodziejską drogę do najdroższej jego sercu osoby. „Czary, rzeczywiście !” prychnął na niemądry kierunek, w jakim zmierzały jego myśli i potrząsnął głową. Ale nie mógł zapomnieć ani tej myśli, ani widoku, który za nią podążał. Lady Sylvanie. Porównał ją kiedyś do księżniczki-czarodziejki, a ona udowodniła, jak bardzo niebezpiecznej. Jej kruczoczarne pukle i ciemnoszare oczy zakłóciły jego zadumę pod kuszącym pretekstem, któremu niemal uległ w galerii Broughton Castle. Ponownie potrząsnął głową, tym razem, żeby otrzeźwieć. Nie, na końcu tej ścieżki znajdowała się nie czarodziejka, ale cudownie prawdziwa, rzeczywista kobieta, w której sercu nie było tego zła, które władało tamtą.

Ania1956 - Pon 04 Cze, 2007 07:40

Maryann napisał/a:
Nie, na końcu tej ścieżki znajdowała się nie czarodziejka, ale cudownie prawdziwa, rzeczywista kobieta, w której sercu nie było tego zła, które władało tamtą.


Dzięki Maryann, wprawiłas mnie w cudowny nastrój ( mimo paskudnej pogody). Teraz czekam na cd. :grin:

Gitka - Pon 04 Cze, 2007 18:48

Nie lubię tej Lady Sylvanie, Darcy ma się zachwycać tylko Lizzy i już :wink:
Marija - Pon 04 Cze, 2007 19:37

:wsciekla: Ja też chcę schodzić do POKOJU ŚNIADANIOWEGO, gdzie czarodziejsko pojawiają się jajka na miękko i kawusia :slina: . I równie tajemniczo ''się" sprząta po śniadaniu. Zakochany niby, ale apetytu nie stracił - jestem zbulwersowana :? ??: .
Maryann - Pon 04 Cze, 2007 19:38

On się nią nie zachwyca. Już nie. Powiedziałabym, że nawet trochę się jej boi (no bo w końcu co nieco kompromitującego o nim wie).
To było tylko takie chwilowe zauroczenie, które dzięki przytomności umysłu Fletchera nie przerodziło się w coś więcej... :wink:

Marija - Pon 04 Cze, 2007 19:43

Takie "chwilowe zauroczenie" to wiesz, femme fatale, takie rzeczy...Czarownica, ale pociągająca :cool: .
Przyznam, że już nie bardzo pamiętam, o co chodziło z tą Lady :oops: . Leciałam chyba na skróty do Rosings.

Gitka - Pon 04 Cze, 2007 19:44

Maryann napisał/a:
On się nią nie zachwyca. Już nie. Powiedziałabym, że nawet trochę się jej boi (no bo w końcu co nieco kompromitującego o nim wie).
To było tylko takie chwilowe zauroczenie, które dzięki przytomności umysłu Fletchera nie przerodziło się w coś więcej... :wink:


Ale ja nawet nie chcę żeby o niej myślał :mrgreen:

Gunia - Pon 04 Cze, 2007 19:50

Marija napisał/a:
Takie "chwilowe zauroczenie" to wiesz, femme fatale, takie rzeczy...Czarownica, ale pociągająca :cool: .
Przyznam, że już nie bardzo pamiętam, o co chodziło z tą Lady :oops: . Leciałam chyba na skróty do Rosings.

To ta jego niedoszła "stosowna żona" ze streszczenia. :D

Maryann - Pon 04 Cze, 2007 20:52

Stosowna żona, która okazała się adeptką czarnej magii... Ciekawe co na taką siostrzenicę powiedziałaby lady Catherine... :mrgreen:
Maryann - Wto 05 Cze, 2007 06:39

Rozdział II część 24

Bardziej ujmująca wizja Elizabeth z poprzedniego wieczoru, z brwiami uniesionymi nad przekornymi oczyma, kazała mu zwolnić jeszcze bardziej, aż nie mógł już dalej iść, tylko stał pośrodku ścieżki, chwycony nagłym niepokojem. Tak, na końcu była prawdziwa, żywa, nieprzewidywalna Elizabeth, Elizabeth, która nigdy nie obawiała się potyczki, gdy rozmawiali. A on zamierzał złożyć jej wizytę sam… bez Richarda. Oprócz tej dręczącej godziny, którą spędzili razem w bibliotece Netherfield nigdy nie był sam tylko z nią i jej rodziną, czy przyjaciółmi, bez wsparcia ze strony swoich przyjaciół czy krewnych. Uderzyła go gwałtownie wyjątkowa przydatność kuzyna. Może powinien wrócić, poczekać aż Richard wstanie i zaproponować wizytę w Hunsford ? Prawie już zawracał, gdy przyszło mu do głowy znaczenie jego myśli. Chciała, żeby ćwiczył, nieprawdaż ? Czy więc za pierwszą sposobnością miał wziąć nogi za pas? Każde uczucie wewnątrz niego rosło z krzykliwym zaprzeczeniem. „Ćwiczyć”, więc oczywiście będzie ! W jaki sposób lepiej pozna jej umysł i zmierzy siłę swoich własnych uczuć ?
Darcy znowu ruszył naprzód, a jego przekonanie o słuszności podjętej decyzji wzrosło, gdy przypomniał sobie, że będą tam pani Collins i jej siostra.
- I prawdopodobnie Collins też. Możesz być pewien – powiedział do siebie – Trzy damy na jednego dżentelmena to szanse prowadzenia rozmowy wyjątkowo na twoją korzyść !
Szybko dotarł do końca ścieżki i wyszedł na główną drogę Hunsford. Dróżka prowadząca na plebanię była tuż zaraz. Skręcił w nią. Jego buty ocierały się o kwiaty rosnące na jej obrzeżach, gdy tak szedł pewnymi krokami do drzwi. Pociągnął za dzwonek. Drzwi otworzyła ta sama służąca, co podczas jego pierwszej wizyty.
- Pan Darcy z wizytą do pań – poinformował dziewczynę, która dygnęła przed nim i odsunęła się na bok.
Zdjąwszy kapelusz, czekał aż zamknie drzwi i poprowadzi go na górę. Dom wydawał się bardzo cichy.
- Tędy, sir, będzie pan łaskaw – wykrztusiła dziewczyna i poprowadziła go do schodów.
Odgłos jego butów na stopniach podkreślił raz jeszcze panującą ciszę. Żaden głos, żaden brzęk porcelany, czy odgłos kroków nie maskował jego kroków po schodach i wzdłuż krótkiego hallu. Służąca zatrzymała się przed drzwiami salonu i otworzywszy je dygnęła przed znajdującymi się wewnątrz.
- Pan Darcy, madame.
- Dziękuję – odparł z wewnątrz pełen wahania głos.
Darcy minął dziewczynę, wszedł do pokoju i momentalnie poczuł chłód. Pani jego serca stała tam w całym swym uroku i – niech Bóg ma go w swojej opiece – kompletnie sama ! Z pewnością pozostali byli gdzieś… w pobliżu ! Darcy przełknął z trudem i ukłonił się. Oczy biegały mu po kątach pokoju, gdy podnosił głowę. Nie, nikogo ! Spojrzał na Elizabeth, której oczy zdawały się odbijać jego własne zakłopotanie. Przeproś, durniu !
- Panno Bennet – zaczął sztywno – Błagam o przebaczenie, że zakłócam pani spokój. Myślałem, że wszystkie panie są w domu.

Mag - Wto 05 Cze, 2007 08:53

Czy to nie za wczesnie na wizyty- zaraz po śniadaniu???
Taki z niego kochaś, ze nie pomyślał, że inni mogą spać dłużej?
Na pewno chciał ja zobaczyć, ale trochę kultury :twisted:
Ciekawe, że pierwsze obrazy wspólnego życia pojawiły się w łóżku :oops:

Dzięki Maryannku!

Ania1956 - Wto 05 Cze, 2007 09:13

Mag napisał/a:
Czy to nie za wczesnie na wizyty- zaraz po śniadaniu???
Dzięki Maryannku!


Jego niosły skrzydła miłości więc Lizzy powinna się cieszyć że nie zastał jej przy porannej toalecie. :rotfl: Chyba nie było tak wcześnie bo reszta pań już gdzieś wybyła. :smile:

Maryann - Wto 05 Cze, 2007 09:20

Ania1956 napisał/a:
Mag napisał/a:
Czy to nie za wczesnie na wizyty- zaraz po śniadaniu???
Dzięki Maryannku!


Jego niosły skrzydła miłości więc Lizzy powinna się cieszyć że nie zastał jej przy porannej toalecie. :rotfl:

W rzeczy samej... Tak jak Bingleya, który wpadł do Longbourn bladym świtem...

Narya - Wto 05 Cze, 2007 10:02

Maryann napisał/a:
Pani jego serca stała tam w całym swym uroku (...)

Ale ładny fragment.
O tak, Bingley był niepoprawny. Ale, zważywszy na okoliczności, można jemu i Darcy'emu wybaczyć :mrgreen: A poza tym, skąd biedny Darcy mógł wiedzieć, że Collinsowie nie siedzą w domu czekając na jego niezapowiedzianą wizytę? :wink:

Dione - Wto 05 Cze, 2007 12:23

Czemu się czepiace, że przyszedł za rano? Dla niego pora i tak była nie dość wczesna. Gdyby nie maniery, to wparowałby na plebanię w środku nocy, zeby tylko Elżbietkę zobaczyć.

A swoją droga nie sądzice, że Darcy robi się słodki? Teraz się nie mogę doczekać tych wspólnych spacerów w parku Rosings (mam nadzieję, że Pamelcia je opisała) :banan:

Maryann - Wto 05 Cze, 2007 12:32

Dione napisał/a:
Teraz się nie mogę doczekać tych wspólnych spacerów w parku Rosings (mam nadzieję, że Pamelcia je opisała) :banan:

Opisała, opisała. Łącznie z wnioskami, jakie z tych spacerów wyciągnął (jak na bystrego i wnikliwego obserwatora przystało)... :wink:



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group