Powieści Jane Austen - Duma i uprzedzenie
BeeMeR - Wto 20 Kwi, 2010 10:49
Wróciłam do powieści dziś rano w drodze do pracy (zanim mnie dopadło spanie - autobus tak kojąco jedzie o tej 6.30 ) - jestem w zasadzie niedaleko, tuż po chorobie Jane i wizycie jej i Elżbiety w Netherfield i chciałam się zachwycić cudnym opisem panny Bingley i jej nadskakującej Darcy'emu upierdliwości
Ogólnie całe towarzystwo pięknie jest opisane
Dalej mi się podoba.
spin_girl - Wto 20 Kwi, 2010 12:35
A im dalej tym lepiej
Trzykrotka - Wto 20 Kwi, 2010 12:43
Ja mam tak z DiU, że czytam ją w kółko, co najmniej raz na rok, a ciągle z taką samą przyjemnością
JoannaS - Wto 20 Kwi, 2010 13:43
Ja też. Za każdym razem znajduję w książce coś nowego.
aś - Wto 20 Kwi, 2010 13:51
Z DiU tak chyba jest, że nigdy nie ma się jej dosyć
Ostatnio moja rodzona siostra, która nigdy nie znajdowała przyjemności w czytaniu, pożyczyła ode mnie tę książkę bardzo jestem ciekawa jakie będą jej wrażenia, zwłaszcza, że tego typu literatury nigdy nie czytała. A do lektury zachęciła ją ekranizacja z 2005 roku
nicol81 - Wto 20 Kwi, 2010 21:02
| lady_kasiek napisał/a: | W "Przeminęło z wiatrem" jest fragment o pracy którą trzeba włożyć w prowadzenie domu nawet przy zastępach niewolników
| Cytat: | Żywe, niebieskie oczy O’Hary dostrzegły, jak doskonale są prowadzone domy
sąsiadów i z jaką swobodą rządzą służbą gładko przyczesane damy w szeleszczących
sukniach. Nie miał pojęcia o nie kończącej się nigdy pracy tych kobiet, obarczonych na całeżycie nadzorem nad sprawami kuchni, wychowania dzieci, szycia czy prania. |
i dalej
| Cytat: | Od chwili gdy Ellen przyjechała do Tary posiadłość zmieniła się nie do poznania.
Mimo że Ellen miała zaledwie piętnaście lat, była dojrzała do obowiązków dziedziczki. Przed małżeństwem młode dziewczęta musiały być przede wszystkim słodkie, łagodne, piękne i strojne, po ślubie jednak wymagano od nich umiejętności prowadzenia gospodarstwa dla przeszło stu osób, białych i czarnych, i wychowywano je z myślą o tym. |
|
No właśnie. Jak Marianna wychodzi za Brandona, to też jest mowa, że przejęła nowe obowiązki, nie że złapała nadzianego gościa i może od teraz leżać na dowolnie wybranym boku...
Tamara - Wto 20 Kwi, 2010 21:13
Ale bez przesady z tymi obowiązkami , pani głównie wydawała polecenia , a robotę odwalali inni .
Trzykrotka - Śro 21 Kwi, 2010 09:05
Dziewczyny, próbowałyście kiedyś organizować jakąś choćby pojedynczą imprezę? Przecież to jest ciężka robota! To się tylko tak wydaje, że wystraczy rzucić tu zlecenie, tam dojrzeć, a kazdy wie, co do niego należy i gospodarz może leżeć z talerzem na brzuchu. Jak się jest w centrum dowodzenia, to ma się oczy i uszy dookoła głowy przez 24 godziny na dobę. Nadzór. Kontrola pracy innych. Planowanie naprzód, nie tylko posiłków na dany dzień, ale i zakupów. Planowanie takich rzeczy, jak choćby owo pranie. Doglądanie ogrodu/warzywnika/kurnika/chlewika, palnowanie również tutaj (pamięatcie drób, który przewija się przez dzieje każdej w bohaterek?). Egzekwowanie. Dbanie o wydatki, żeby nie przekraczały budżetu. To były powiedzmy - zajęcia pani Bennet. Ale taka Lizzy miała na głowie Pemberley - oczywiście, nie sama, tylko rękami gospodyni. Ale jak znam życie, żadna gospodyni nie podejmie samodzielnej strategicznej decyzji bez akceptacji pani domu. A ta nadal jest centrum dowodzenia. I ma te obowiązki w parafii i okolicy. Pamiętacie matkę Scarlett, która przez cały dzień była na nogach? Podejrzewam, że naprawdę wtedy tylko w miarę zamożne panny na wydaniu mogły sobie pozwolić na zabawę i beztroskę, na zapas niejako.
BeeMeR - Śro 21 Kwi, 2010 09:13
| Trzykrotka napisał/a: | | Jak się jest w centrum dowodzenia, to ma się oczy i uszy dookoła głowy przez 24 godziny na dobę | I jeśli cokolwiek nie wypali, nie dojedzie to trzeba szybkiej decyzji co dać w zamian
Ale to też radość i przywilej organizować te przyjęcia i zbierać pochwały za udane przyjęcie, prowadzony dom - jak za każdą dobrze wykonywaną pracę
Jotka - Śro 21 Kwi, 2010 17:00
| Trzykrotka napisał/a: | | Jak się jest w centrum dowodzenia, to ma się oczy i uszy dookoła głowy przez 24 godziny na dobę. Nadzór. Kontrola pracy innych. Planowanie naprzód, nie tylko posiłków na dany dzień, ale i zakupów. Planowanie takich rzeczy, jak choćby owo pranie. Doglądanie ogrodu/warzywnika/kurnika/chlewika, palnowanie również tutaj (pamięatcie drób, który przewija się przez dzieje każdej w bohaterek?). Egzekwowanie. Dbanie o wydatki, żeby nie przekraczały budżetu. | ......
Trzykrotko śmiem twierdzic, że opisałaś życie wielu współczesnych kobiet i tylko nieliczne mają gospodynie do pomocy
Tamara - Śro 21 Kwi, 2010 22:17
My za to musimy mieć na głowie wszystkie obowiązki pani domu plus pracę zawodową i kto ma gorzej To nie było jednorazowe organizowanie wielkiej imprezy tylko po jakimś czasie codzienna rutyna , nie demonizujcie A dobry szef nie pilnuje osobiście wszystkiego tylko ma od tego pod-szefów w tym wypadku gospodynię , ogrodnika , osobę zarządzającą spiżarnią , osobę zarządzającą pralnią itp.
Przecież żadna z nich nie robiła osobiście zakupów , nie prała , nie gotowała , nie obierała jarzyn , nie wycierała kurzu , nie sprzątała
Trzykrotka - Czw 22 Kwi, 2010 08:33
Tylko dziś obiad można zrobić w pół godziny, nawet niczego nie planujac i kupując po drodze z pracy w osiedlowym sklepie. Jeśli się lubi dania z mikrofalówki, to nawet nie tyle. A pranie robi się naciskając jeden guzik. I tak dalej.
Nie o demonizowanie chodzi, tylko o realia. Życie jakiejkolwiek pani na włościach dalekie było od leżenia do góry brzuchem, zwłaszcza pani niedoświadczonej. Matka Scarlett z Przeminęło z wiatrem była od zawsze przygotowywana do swojej roli i weszła w nią gładko.
Mnie się przy ślubie Lizzy zawsze myśli o Rebece Daphne Du Murier, w której młoda, uboga dziewczyna zostaje panią na Manderley. I musi wydawać dyspozycje konieczne, żeby to wszystko funkcjonowało
BeeMeR - Czw 22 Kwi, 2010 09:07
A ja sobie czytam dalej powolutku i ewidentnie widać że pan Bennett jest niezmiernie zadowolony ze swojej sytuacji życiowej: ma majątek, nie musi pracować, czerpie dużą przyjemność z irytowania żony i córek - tj. bardziej manipulowania ich emocjami, bardzo huśtawkowymi przecież, a jak ma dość towarzystwa, chowa się w bibliotece i ma święty spokój. Piękne - dla niego - życie.
Trzykrotka - Czw 22 Kwi, 2010 09:52
BeeMer - ja mam zawsze takie samo odczucie, kiedy czytam albo ogladam pana Benneta. Owszem, może odkrycie, że ożenił się z irytującą i głupią kobietą było początkowo bolesne, ale on sobie z nim poradził nadzwyczajnie. Na pewno żona go nie odstręczała - pięcioro dzieci w końcu spłodzili - a poza tym znalazł swoje terytorium i wiódł życie w którym tak naprawdę robił tylko to, co lubił. Nie zmuszał się do zbyt częstego życia towarzyskiego, ani w ogóle do niczego, miał wystarczające dochody, bibliotekę, ksiązki, cherry, polowania i dwie córki do rozmowy i trzy do obśmiewania- chyba niczego mu wiecej nie trzeba było.
BeeMeR - Czw 22 Kwi, 2010 10:14
| Trzykrotka napisał/a: | | Owszem, może odkrycie, że ożenił się z irytującą i głupią kobietą było początkowo bolesne, ale on sobie z nim poradził nadzwyczajnie. Na pewno żona go nie odstręczała | No właśnie ja się zastanawiam, czy tam w ogóle było odkrycie - ja mam wrażenie, że on wiedział doskonale kogo poślubia - jak i wiedziała Charlotta poślubiając pana Collinsa. Z tym, że w odróżnieniu od Charlotty on swoją małżonkę lubił i mam wrażenie, że mu się podobała (urodziła mu 4/5 pięknych córek, sama też musiała być piękną kobietą, niezależnie od tego, że w ekranizacjach wydaje się czasem ciotkowata) - więc nawet jeśli nie szanował jej płochych inklinacji i zainteresowań, łączyło ich szczere przywiązanie i ewidentna duża sympatia - no i liczne córki .
On do niej mówi co chwilę "moja duszko" i to jest bardzo sympatyczne - owszem, naigrawa się też - ale ona to przyjmuje z entuzjazmem (nieco jak pan i pani Palmer ), co mu tez dodaje skrzydeł w tym aspekcie.
Ja przynajmniej tak to widzę/czytam
Trzykrotka - Czw 22 Kwi, 2010 11:52
Ona chyba musiała przywyknąc i - jak Lidia - nauczyć się puszczać jego uwagi mimo uszu. W ten sposób żyli sobie całkiem miło obok siebie.
Mnie się wydaje, że pan Bennet miał raj póki córki były małe i nie pojawił się problem "jak je wydać za mąż, bo jeśli nie, to skończymy pod płotem." Kiedy już bywały, a szansa na narodziny syna zniknęła, pan Bennet musiał zadać sobie gwałt i od czasu do czasu odwiedzić jakiegoś pana Bingleya
BeeMeR - Czw 22 Kwi, 2010 12:36
Ja wiem, czy aż musiał zadawać sobie gwałt odwiedzinami?
Gdyby miał bywać regularnie - owszem. Gdyby miał się pojawiać na stadnych podwieczorkach, balach itp. - też.
Ale on jest żywo zainteresowany poznaniem pana Collinsa, jego przywar i słabości zwłaszcza , mógł być też zainteresowany poznaniem nowego sąsiada, ewentualnego kompana polowań czy dysput - choć przyznaję, że tego ostatniego pewna nie jestem.
Raz - gwoli zaspokojenia ciekawości.
Swoją drogą ciekawe, czy/co on też myślał cokolwiek o zamążpójściu córek, czy zdawał się zupełnie na zaangażowaną w 100% w ten temat żonę
Nie sądzę, by życzył im staropanieństwa
Alicja - Czw 22 Kwi, 2010 12:51
i chyba dlatego też u początków powieści odwiedził nowego sąsiada, naigrywanie się z żony to jedno, ale poczucie obowiązku wobec córek to drugie
Trzykrotka - Czw 22 Kwi, 2010 13:09
Zadawał sobie, zadawał! Pamiętasz, jak nie chciał sie trudzić odwiedzaniem pana Bingleya po raz drugi? U siebie w domu, zmykał do biblioteki, kiedy się znudził panem Collinsem.
BeeMeR - Czw 22 Kwi, 2010 13:25
| Trzykrotka napisał/a: | | Pamiętasz, jak nie chciał się trudzić odwiedzaniem pana Bingleya po raz drugi? | Trochę mu się nie dziwię - on jest taki porządny, że aż trochę nudny
Coś jak Edward z RiR
Pan Collins to mu przynajmniej dostarczał trochę rozrywki napuszonym paplaniem
Inna sprawa, że u pana Bennetta częściowo słowa idą swoim torem, a czyny swoim
Trzykrotka - Czw 22 Kwi, 2010 13:42
No wiesz, nawet on musiał sie czasem przemóc... to w sprawie tej wizyty u Bingleya . Może nie miał takiego overacting jak jego małżonka, ale i on rozumiał, że sam ma byt zapewniony do końca dni swoich, a dziewczyny z matką, gdyby coś, wylądują jak panny Dashwood, z miernym dochodem, w jakiejś chatynce. Więc niezbędne minimum wykonał.
spin_girl - Czw 22 Kwi, 2010 21:25
Wow, muszę przyznać, że macie zupełnie odmienne zdanie od zdania 99% krytyków (w tym i mojego, chociaż pełnoprawnym krytykiem jeszcze nie jestem). Pan Bennet uważany jest za jedną z najbardziej żałosnych postaci u Austen. Ożeniony w wyniku głupiej chuci (pani Bennet za młodu była podobno ładna), z kobietą nie tylko gorszego stanu ale i zerowej inteligencji, , osiadły na swoim niewielkim majątku, obciązonym w dodatku majoratem, spłodził 5 córek i 0 dziedziców i co robi? Siedzi w bibliotece, popija porto i szydzi z innych. Nie robi nic, by zapewnić swojej rodzinie bezpieczną przyszłość, a tymczasem, gdyby szlag go trafił, wszystkie jego panie wylądowałyby na bruku. Jego totalną bezradność widać szczególnie po ucieczce Lydii, kiedy musi liczyć na pomoc szwagra. A kiedy Elizabeth prosi go o zastopowanie wyjazdu Lydii, nie potrafi podjąć rozsądnej decyzji, tylko dlatego, że chce mieć święty spokój, co ma katastrofalne skutki.
Jego zachowanie wobec żony, chociaż niezmiernie zabawne, jest również szalenie niestosowne- robi sobie z niej jaja w obecności dzieci i osób postronnych - to wbrew etykiecie i nie na miejscu. Do swoich córek też odnosi się karygodnie, zauważając tylko dwie, a resztę wyśmiewając i to w dodatku przy ludziach. Swoją wielką inteligencję marnuje na żarciki, zamiast wykorzystać ją dla dobra swojego i swojej rodziny.
Co do pań na wielkich majątkach, które leżały do góry brzuchem mam jedną na poczekaniu: lady Bertram. Nic nie robiła a dom się prowadził.
trifle - Czw 22 Kwi, 2010 21:31
Czytam i nie widzę odmienności Wszystko, co piszesz, Spin, to postrzeganie pana Benneta z zewnątrz. A Trzykrotka i BeeMer chyba pisały o jego własnym poczuciu zadowolenia z życia: Co robi? siedzi w bibliotece, popija porto i szydzi z innych. No właśnie, z tym mu wygodnie i dobrze. Gdyby go szlag trafił, to już by i tak nie musiał się przejmować. Jego decyzja o puszczeniu Lydii, owszem, miała katastrofalne skutki, ale on osiągnął, co chciał - owy święty spokój. Jego zachowanie było niestosowne, ale jego to nie ruszało.
Na pewno żadnej ze swoich córek nie życzył źle, ale nie był super troskliwym tatą, który zabiega o potencjalnych zięciów.
BeeMeR - Czw 22 Kwi, 2010 21:37
Może to wynika z tego, że pana Bennetta polubiłam, a Colinsa nie umiem
Mówię to oczywiście o książkowych postaciach, bo w filmie lubię ich obu bardzo - bawią mnie, mimo iż widzę niestosowność ich zachowania
Oczywiście, że jego prześmiewcze względem żony i córki zachowanie jest naganne - ale pani Bennett wcale nie jest mu dłużna i też się nagannie zachowuje - trudno wyczuć, które gorzej.
Ona ma słuszny cel matrymonialny, ale realizowany w odstręczający, nachalny sposób, on ma na celu chyba święty spokój i ma w nosie niemal wszystkich dookoła.
jedno i drugie jest bezradne, owszem i żyje próżniaczo, ale szczerze mówiąc przy ucieczce Lidii głupota pani Bannett (i późniejsze wychwalanie zięcia)- odstręcza mnie znacznie bardziej niż załamanie rąk jej małżonka - a krótkowzroczni są oboje.
BeeMeR - Czw 22 Kwi, 2010 21:39
| trifle napisał/a: | Czytam i nie widzę odmienności Wszystko, co piszesz, Spin, to postrzeganie pana Benneta z zewnątrz. A Trzykrotka i BeeMer chyba pisały o jego własnym poczuciu zadowolenia z życia: | a też prawdę prawicie, Trifle
|
|
|