To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

North and South - powieść - Tłumaczenia fragmentów powieści "N&S"

Harry_the_Cat - Wto 25 Lip, 2006 22:42

Matylda napisał/a:
Jestem tak zmęczona, tak bardzo zmęczona tocząc się przez te wszystkie fazy mojego życia, w którym nic mnie nie czeka, żadna istota, żadne miejsce.


Ale ona sie boi właśnie, że już jej nie kocha...

Matylda - Wto 25 Lip, 2006 22:45

Harry_the_Cat napisał/a:


Ale ona sie boi właśnie, że już jej nie kocha...


Ale nie walczy , nic nie robi a samo nic nie przyjdzie
Zresztą zobaczymy co kolejne strony przyniosą

Mag - Wto 25 Lip, 2006 23:07

Po takich ciosach, to nie ma już siły na walkę. Czasem samo czekanie jest walką.
Jola - Śro 26 Lip, 2006 10:14

My- ani zbyt dobrzy` ani źli` ani zbyt ładni` ani przesadnie jakoś nieudani
My- nie tacy znowu mądrzy` lecz` nie tacy głupi żeby` za ziarno
ktoś nam wciskał plewy` My- którzy grzęźniemy` w piasku dni`
chcąc z losem mieć ` ugodę` By dał nam zdążyć przed zachodem
Tak idziemy przez ten czas` Ani na palcach, ani tupiąc` A tak wielu nas
Żyjemy tak` jak dobry los pozwala` Nie do smiechu` I głupio się użalać`
Żyjemy tak` Jak ten na wodzie znak` Nietrwały znak` Na wodzie
My` Wtopieni w ciepłą szarość` żeglujemy` Niesieni cichą wiarą`
że wśród klęsk` Jest jakiś ważny sens` Jest jakiś sens

(słowa piosenki Marka Torzewskiego "Ciepła szarość" - płyta "Magnes dusz").


Nam tylko spojrzeń mosty` i magnes dusz` i to co może się przyśnić`
i portret niezbyt ostry` i dziki bluszcz` w który splatają się myśli
Nam tylko czekać biernie` i wierzyć w to` że wkrótce znów cię zobaczę`
a potem milczeć dzielnie` milczeniem co` tak wiele różnych ma znaczeń....`
Bo tu nic nie jest proste` ani piękne, lecz` nie obiecał nam szczęścia żaden los`
Miłość mieszka pod mostem` i w tym cała rzecz` nie pamięta już nawet
gdzie ten most
Tutaj ty` a tam ja` drogi dwie` życia dwa` czemu Bóg,
dobry Bóg` nie skrzyżował naszych dróg` kiedy każda swoją drogą szła?

(słowa piosenki Marka Torzewskiego "Magnes dusz"- płyta j.w.)

Wydaje mi się, że w jakiś sposób słowa te bardzo pasują do powieści N&S, a szczególnie do ostatnich fragmentów.
Poza tym cała płyta jest bardzo piękna.

MiMi - Czw 27 Lip, 2006 22:09

Muszę wam się przyznać, że powieści nie czytałam i filmu nie widziałam, ale postaram się to nadrobić, bo po waszych opiniach wydaje się być ciekawa, tylko nie chce mi się czytać jej po angielsku... Ale nic innego mi nie pozostaje... Może dam radę! Tylko będę musiała książkę jeszcze skąbinować, co nie będzie proste w tak małej mieścinie w jakiej mieszkam(gwoli sprawiedliwości to mieszkam na wsi, chodziło mi o miasto powiatowe - Pszczynę)
Alison - Pią 28 Lip, 2006 07:43

Witajcie!
Wróciłam wczoraj ale się już nie odzywałam bo zbyt padnięta byłam. Podróżowanie teraz bez klimatyzacji jest próbą popełnienia samobójstwa.
Co do żartów pana Bella, to wynikło jakieś totalne nieporozumienie. Gdyby były tam cytowane jakieś jego dowcipy, to znacie mnie przecież i moje, pana Bella uwielbienie, w życiu bym Was tego nie pozbawiła! Fragment z pastorową wycięłam dlatego właśnie, że nie było tam nic specjalnie ciekawego, a coś musiałam wyjąć z tekstu bo bym padła na twarz, mogłam w sumie wyciąć cała tą scenę łącznie z wizytą u mamy Susan, ale była już zrobiona z rozpędu, więc ją zostawiłam. Z tekstu wynika po prostu, że pan Bell kpił z nadętej pastorowej, że aż Margaret się za niego wstydziła, ale zero cytatów. Fragment przetłumaczyłam o zachodzie słońca, na werandzie z widokiem na bieszczadzki Otryt, tylko go dziś wklepię i prześlę, żebyście miały pełną jasność, moje córcie ciekawskie ;-)
A co do cytowanego wierszyka, to ja też natychmiast miałam skojarzenie, że to inspiracja do sceny „look back” ale nie chciałam nic sugerować, tylko zostawiłam angielski oryginał, bo tam padają te słowa.

Gosia - Pią 28 Lip, 2006 08:16

Mateczko, cieszymy sie, ze juz jestes z nami :hello:
"przetłumaczyłam o zachodzie słońca, na werandzie z widokiem na bieszczadzki Otryt"
Tez bym tak chciala :thud:

Gdyby były tam cytowane jakieś jego dowcipy, to znacie mnie przecież i moje, pana Bella uwielbienie, w życiu bym Was tego nie pozbawiła!
Juz wszystko rozumiemy odnosnie Pana Bella. Tak nam sie wlasnie wydawalo ;)

przecinek - Pią 28 Lip, 2006 08:44

Czy korzystając z chwili przerwy w czytaniu tłumaczeń mogę prosić o wyjaśnienie paru spraw? Tłumaczenia czytam od momentu powstania tego forum i mam parę wątpliwości, co do przeszłości bohaterów. To, więc po kolei:
1. dlaczego Margaret mieszkała ze swoją kuzynką Edith i czy to długo trwało
2. czy pan Bell jest właścicielem fabryki, którą zarządza Thornton
3. czy w momencie oświadczyn Lennoxa, był on bardzo niechętny Margaret czy miał może jakieś szanse i czy to się stało, gdy ona znała już Thorntona
4. czy Margaret była lub jest zamożna, bo że będzie to już wiem.
Latem jestem bardzo leniwa, mogłabym oczywiście to wszystko znaleźć w oryginale, ale nie chce mi się, zwłaszcza mając w dłuższej perspektywie przeczytanie całości po polsku, i w tak pięknym tłumaczeniu. Ale fragmenty buntu i oświadczyn Thorntona sama przeczytałam (bo czy można to przeoczyć?). Wspominałyście też o stronie serialu – gdzie ją można znaleźć?

Matylda - Pią 28 Lip, 2006 09:04

Przecineczku a widziałaś film
Rozmija sie on trochę z treścią książki , ale .....

Odp 1 Margaret po śmierci swoich rodziców przeniosła się do Londynu do jedynych bliskich krewnych czyli do Edith
Z kuzynką tą była związana od dzieciństwa, chyba sie razem wychowywały ( mozna mnie poprawić)

Trzykrotka - Pią 28 Lip, 2006 09:06

Mateczko Alison, dobrze, że już jesteś :hello:
Przecinku, co do fabryki - czy pamiętacie co ustaliłyśmy? Chyba to, że Thorton nie był właścicielem, a zarządcą fabryki pana Bella.
Londyn - o tym chyba nie rozmawiałyśmy - dlaczego Margaret mieszkała z Edith i ciotką? - myślę, że tak robiono - ona była towarzyszką kuzynki do czasu jej zamążpójścia, a sama miała większe szanse na dobrą partię uczestnicząc w londyńskim życiu towarzyskim.
Rodzice Margaret byłi ubodzy. Książkowa pani Hale nie uczestniczy w ślubie siostrzenicy, bo nie stać jej na nową suknię. Byli ubodzy w Helstone, a w Milton stali się bardzo ubodzy.
Gdybym coś pokręciła, poprawcie mnie.

Matylda - Pią 28 Lip, 2006 09:07

Bell przyjaciel ojca Margaret był chyba ( tu też mozna mnie poprawić) właścicielem nieruchomości i na której była fabryka Thortona
Thorton zresztą nie był właścicielem , ale dzierżawcą

Gosia - Pią 28 Lip, 2006 09:11

Jest tam w watku "Growing Heroines" u Gaskell wzmianka o wyjezdzie Margaret jako dziecko do Londynu do ciotki i mieszkaniu z nia i Edith. Razem uczyly sie i bawily.
Dopiero kiedy Margaret dojrzala wrocila do rodzicow.

Przetlumaczylam pierwszy rozdzial powiesci i wkrotce go zamieszcze, tam pewne rzeczy w zwiazku z tym sie wyjasnia.

Matylda - Pią 28 Lip, 2006 09:13

Brawo Gosiu
Już czekam :hello:

przecinek - Pią 28 Lip, 2006 09:56

Dziękuję za wyjaśnienia. A co do filmu, mam już go na płytach, mam napisy angielskie (w celu czysto edukacyjnym), mam napisy polskie (dla własnej wygody), wygodny fotel, zapas chusteczek, marchewki do podgryzania (w ramach diety - zamiast rodzynek w czekoladzie) - tylko ten drań komputer zastrajkował. Naprawiam go, serwisuję, konfiguruje - a on nic tylko pokazuje błędy i nie pozwala mi na obejrzenie serialu. W akcie desperacji zamówiłam odpowiedni sprzęt i czekam na dostawę. Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu zobaczę ten serial i dołączę do grona miłośników Thorntona.
Alraune - Pią 28 Lip, 2006 10:47

Witajcie, przepraszam za opóźnienie, ale wczoraj wieczorem zastałam w domu awarię internetu, a naprawdę nie mogłam jechać do miasta do kafejki. Zamieszczam wczorajsze zaległe tłumaczenie, następne ciacho będzie wieczorem. A dostawcę internetu uduszę przy najbliższej okazji, bo awarie średnio raz na tydzień są już ponad moje siły :? ??:

roz. XLVII "Something Wanting" (Brakujący element), s. 480, cz. 1

W tym czasie Dixon powróciła z Milton, obejmując stanowisko służącej Margaret. Przywiozła ze sobą niezliczoną ilość miltońskich plotek : Jak Martha wyjechała służyć pannie Thornton po jej ślubie; nie można też pominąć druhen, sukien i śniadań podczas tej interesującej ceremonii; jak ludzie myśleli, że pan Thornton wyprawił zbyt huczny ślub, zważywszy na straty, które poniósł w wyniku strajku, i to, ile musiał zapłacić za rozwiązanie swoich kontraktów; jak mało pieniędzy przyniosła sprzedaż umeblowania, o które Dixon zawsze tak dbała, co było hańbiące zważywszy na to, jak bogaci są ludzie w Milton; jak pani Thornton przyszła jednego dnia i dokonała dwóch czy trzech udanych zakupów, a pan Thornton przyszedł dzień później, i tak pragnął nabyć jedną czy dwie rzeczy, że przebijał swe własne oferty, ku uciesze obecnych, co, jak zauważyła Dixon, wyrównało rzeczy; jeśli pani Thornton zapłaciła za mało, pan Thornton zapłacił zdecydowanie za dużo. Pan Bell przesłał całą serię poleceń w kwestii książek; ciężko było go zrozumieć, gdyż był tak drobiazgowo wymagający; gdyby przyjechał osobiście, wszystko byłoby w porządku, lecz jego listy zawsze były i zawsze będą bardziej zagadkowe niż powinny. Dixon nie miała zbyt wiele do powiedzenia o Higginsach. Jej pamięć miała arystokratyczne zacięcie i bywała zwodnicza przy próbie przypomnienia sobie jakichś faktów z życia niższych sfer. Nicholas miał się dobrze, jak sądziła. Przychodził kilka razy pytając o nowiny dotyczące panienki Margaret -- on jeden o to pytał, nie licząc pana Thortona, który też zapytał raz. A Mary? - och! oczywiście miała się świetnie, to wielkie, korpulentne, nieporządne stworzenie! Dixon słyszała, lub tak tylko jej się śniło, choć byłoby dziwne, gdyby śniła o takich ludziach, jak Higginsowie, że Mary poszła pracować do fabryki pana Thorntona, gdyż jej ojciec chciał, by nauczyła się gotować; ale co ta bzdura mogła oznaczać, Dixon nie wiedziała. Margaret zgodziła się, że ta historia była na tyle niepewna, by być tylko snem. A jednak było miło mieć kogoś przy sobie, z kim można porozmawiać o Milton, i o ludziach z Milton. Dixon nie była jakoś specjalnie chętna do rozmowy na ten temat, chciała, by tę część jej życia okrył cień. O wiele bardziej wolała roztrząsać słowa pana Bella, które zasugerowały, jakie mogą być naprawdę jego zamiary -- aby uczynić Margaret jego spadkobierczynią. Ale młoda dama nie zachęcała jej, ani nie zaspokoiła jej ciekawości, nie odpowiedziała na insynuacje ukryte w podejrzeniach i twierdzeniach Dixon.

Przez cały ten czas Margaret miała dziwną, nieokreśloną nadzieję, by usłyszeć, że pan Bell wyjechał w interesach do Milton; bo ustalili między sobą, podczas rozmowy w Helstone, że wyjaśnienie, jakie pragnęła złożyć, powinno być przekazane panu Thorntonowi twarzą w twarz, i nawet wtedy nie powinno być ono zbyt obscesowe. Pan Bell nie był dobrym korespondentem, ale pisał od czasu do czasu długie i krótkie listy, w zależności od nastroju, i choć Margaret nie była świadoma własnej nadziei pokładanej w tych listach, odkładała je zawsze z uczuciem zawodu. Nie wybierał się do Milton; nie wspominał o tym ani słowem. Cóż! musi być cierpliwa. Prędzej czy później mgły się rozpłyną. Listy pana Bella nie przypominały jego samego; były krótkie, pełne narzekań, czasem naznaczone niezwykłą goryczą. Nie patrzył jasno w przyszłość; wydawał się raczej żałować przeszłości, i być zmęczonym teraźniejszością. Margaret pomyślała, że chyba z jego zdrowiem nie jest najlepiej; ale w odpowiedzi na pytania o zdrowie pan Bell przesłał krótką notkę zapewniając, że dopadła go staroświecka niedyspozycja zwana spleenem; że cierpiał z tego powodu, i Margaret sama miała zdecydować, czy jest to bardziej psychiczna czy ficzyna przypadłość; ale pragnąłby pofolgować sobie w tym zrzędzeniu, nie będąc zmuszanym do pisania o tym za każdym razem.

[/i]

Trzykrotka - Pią 28 Lip, 2006 10:54

A jednak było miło mieć kogoś przy sobie, z kim można porozmawiać o Milton, i o ludziach z Milton.

Kochane Panie, dieta nam dobrze zrobiła. Ale dobrze jest już zasiąść do ciasteczka.
No proszę, jaka odmiana w Margaret! Śmiem twierdzić, że gdyby Helena kochała Bohuna, to zamieszkałaby z nim nawet w ziemiance, albo zgodziła się nie mieć w ogóle domu, byle przy nim. Dla Margaret Milton jest już centrum świata.

Ciekawa jestem kto w książce informuje Thorntona o Fryderyku?

GosiaJ - Pią 28 Lip, 2006 11:50

przecinek napisał/a:
(...) Wspominałyście też o stronie serialu – gdzie ją można znaleźć?


Linki do stron angielskich na temat serialu i pokrewnych (np. na temat Rysia :grin: ) są podane w wątkach, m.in. "Wszystko o filmie N&S". Jeśli chodzi o polską stronę - jest "w trakcie tworzenia". To trochę potrwa, bo zajmuje się tym mój mąż, a On ma pracę zawodową, która zajmuje mu dość dużo czasu. Na dodatek jest perfekcjonistą, który każdy szczegół dopracowuje w nieskończoność :lol:
Jak już zobaczysz film, myślę, że warto, żebyś zajrzała do wątku "Artykuły" - sporo tam ich na temat filmu i parę rzeczy rozjaśniają.

PS. Gosiu, moderatorko droga :-) , a może warto byłoby utworzyć osobny wątek, gdzie by się wrzucało wszystkie linki, żeby sobie były razem? Jak myślisz?

Gosia - Pią 28 Lip, 2006 12:30

pani Thornton przyszła jednego dnia i dokonała dwóch czy trzech udanych zakupów, a pan Thornton przyszedł dzień później, i tak pragnął nabyć jedną czy dwie rzeczy, że przebijał swe własne oferty, ku uciesze obecnych, co, jak zauważyła Dixon, wyrównało rzeczy; jeśli pani Thornton zapłaciła za mało, pan Thornton zapłacił zdecydowanie za dużo.

No prosze, Thornton chcial miec jakas rzecz z domu Hale`ow, i jeszcze przeplacil
Czyzby w ten sposob chcial pomoc finansowo Margaret?
Ciekawe co kupil, swoja droga ;)
A pani Thornton, jak zwykle rozsadna, kupila pare rzeczy, ale jak najtaniej.
Gdziezby u niej sentyment zadzialal, tylko czysta handlowa kalkulacja ...

P.s. Gosiu, w watku Wszystko o filmie, jak wspomnialas, sa te linki, ale faktycznie mozna utworzyc osobny li tylko z linkami do serialu, for i roznych stron o nim, gdzie by sie wrzucalo nowo utworzone.

asiek - Pią 28 Lip, 2006 20:10

[...]Cóż ! Musi być cierpliwa. Prędzej, czy później mgły się rozpłyną.[...]

Cała Margaret ! Cierpliowść i optymizm ....mimo tylu przeciwności losu ....
Mogę tylko ją podziwiać.

Alarune...bardzo dziękuję za ciacho :grin:

Alraune - Pią 28 Lip, 2006 20:59

I jeszcze jedno dzisiaj, jak obiecałam, malutkie ciastko na dobry sen...

roz. XLVII "Something Wanting" (Brakujący element), s. 482, cz. 2

Z powodu tego listu Margaret nie pytała więcej o zdrowie pana Bella.
Pewnego dnia Edith przez przypadek ujawniła fragment rozmowy, którą odbyła z panem Bellem podczas jego ostatniego pobytu w Londynie, co natchnęło Margaret przypuszczeniem, że pan Bell rozważa zabranie jej i złożenie wizyty jej bratu w Cadiz, jesienią. Przepytywała i przesłuchiwała Edith, ale ta ostatnia była zmęczona, i zarzekała się, że nic więcej nie pamięta; wszystko co powiedział pan Bell to, że był częściowo zdecydowany, aby jechać, i usłyszeć osobiście, co Frederick miał do powiedzenia na temat buntu; i że byłaby to dobra okazja dla Margaret, by poznała swą nową szwagierkę; że zawsze wyjeżdżał gdzieś podczas długich wakacji i nie rozumie, dlaczego Hiszpania miałaby być gorsza od innych miejsc, do których może się udać. To było wszystko. Edith miała nadzieję, że Margaret nigdzie nie wyjedzie, choć była tak ożywiona tym wszystkim. W końcu, nie mając nic lepszego do roboty, zaczęła płakać i rzekła, że wie, iż bardziej zależy jej na Margaret niż Margaret na niej. Margaret pocieszała ją jak umiała, lecz nie umiała wytłumaczyć, jak bardzo pociągała ją i cieszyła wizja Hiszpanii, a szczególnie Chateau en Espagne. Nastrój Edith kazał jej myśleć, że jedyną przyjemność znajdzie w milczeniu, lub jeszcze lepiej w kompletnej obojętności wobec Margaret. Zatem Margaret musiała zachować swą radość dla siebie, i mogła ostrożnie dać jej upust dopiero wtedy, gdy, przebierając się do obiadu, spytała Dixon, czy ta nie miałaby ogromnej ochoty odwiedzić panicza Fredericka i jego nowej żony?

"Ona jest papistką, panienko, czyż nie?"
"Tak sądzę -- och tak! z pewnością." odrzekła Margaret, nieco przygaszona na wspomnienie tego faktu.
"I mieszkają w papistowskim kraju?"
"Tak."
"Więc obawiam się, że muszę przyznać, że moja dusza jest mi droższa nawet niż panicz Frederick, mój drogi panicz. Ogarniałby mnie ciągły strach, panienko, przynajmniej dopóki bym się nie nawróciła."
"Och," rzekła Margaret, " nie wiem, czy pojadę; a nawet jeśli pojadę, nie jestem aż tak wielką damą, bym nie mogła podróżować bez ciebie. Nie! Kochana stara Dixon, będziesz miała długie wakacje, jeśli wyjedziemy. Ale obawiam się, że to bardzo długie "jeśli". "

Dixon nie spodobały się te słowa. Po pierwsze, nie podobało jej się, że Margaret nazywa ją "kochaną starą Dixon", kiedy tylko jest szczególnie wylewna. Wiedziała, że panna Hale miała tendencję do nazywania "starymi" wszystkich, których lubiła, wyrażając w ten sposób zażyłość; ale Dixon nigdy nie chciała, by ją tak nazywać, ją, która ledwie przekroczyła pięćdziesiątkę i była w świetnym okresie życia. Ponadto, Dixon nie lubiła być rozumiana aż tak dosłownie; mimo swego przerażenia była bardzo ciekawa Hiszpanii, Inkwizycji i papieskich tajemnic. Zatem odchrząknęła, jakby chciała pokazać swą chęć rozwiązania problemu, i spytała pannę Hale, czy ta myśli, że gdyby Dixon unikała księży i wchodzenia do tych ich kościołów, to istniałoby nadal niebezpieczeństwo nawrócenia? Panicz Frederick, z pewnością, dał się nawrócić z zupełnie niejasnych przyczyn.
"Jestem pewna, że to miłość go do tego skłoniła," westchnęła Margaret.
"Zaiste, panienko!" rzekła Dixon. "Cóż! Mogę się trzymać z dala od księży, i od kościołów; ale miłość wkrada się niespodziewanie! Myślę, że nie powinnam jechać."

Matylda - Pią 28 Lip, 2006 21:12

Dzięki za piękne tłumaczenie. Przepraszam , że popędzałam .


a pan Thornton przyszedł dzień później, i tak pragnął nabyć jedną czy dwie rzeczy, że przebijał swe własne oferty, ku uciesze obecnych,

Jednym słowem Thorton zrozumiał , że pieniądze to nie wszystko. A co tam, jak się ich nie ma to z wiekszą ochotą się je wydaje. :wink:
To zupełnie tak jak ja :mrgreen:
Dlatego go tak lubię

Gosia - Pią 28 Lip, 2006 21:15

Jakze oni bali sie katolikow ! I czemu ? Cos podobnego! :shock:
Jednak dobrze, ze Margaret nie wyjechala do Hiszpanii ;)

achata - Pią 28 Lip, 2006 22:21

Alraune napisał/a:
"Zaiste, panienko!" rzekła Dixon. "Cóż! Mogę się trzymać z dala od księży, i od kościołów; ale miłość wkrada się niespodziewanie! Myślę, że nie powinnam jechać."


Oj, ta Dixon. Kto by pomyślał, że taka kochliwa z niej kobita ;)

asiek - Sob 29 Lip, 2006 21:53

...ale miłość wkrada się niespodziewanie...

Nic dodać, nic ująć...i John i Margaret już o tym wiedzą.
Alraune dzięki :grin:

Alraune - Sob 29 Lip, 2006 22:48

Kochane, wszystkie wiemy, że przed snem się nie je słodyczy... ale jedno małe ciasteczko nie zaszkodzi. Smacznego!
I jeszcze chciałabym podzielić się z Wami radością z tego, że we Wrocławiu dziś LAŁO :banan: . Jak z cebra!

roz. XLVII "Something Wanting" (Brakujący element), s. 484, cz. 3

Margaret bała się myśleć zbyt wiele o tych hiszpańskich planach. Ale odciągało to jej uwagę od niecierpliwego pragnienia, by wyjaśnić wszystko panu Thorntonowi. Okazało się, że pan Bell osiedlił się na dobre w Oxfordzie i nie miał naglącej potrzeby by jechać do Milton, a nad Margaret zdawało się wisieć jakieś tajemnicze ograniczenie, które nie pozwalało jej pytać, ani nawet nawiązywać do możliwości wyjazdu pana Bella. Nie czuła się również na siłach, by roztrząsać to, co Edith mówiła o jego pomyśle -- to mogła być tylko chwilowa koncepcja -- dotyczącym wyjazdu do Hiszpanii. Pan Bell ani razu nie wspomniał o tym w Helstone, w ciągu całego przyjemnego dnia; prawdopodobnie była to tylko chwilowa fantazja, -- jeśli jednak było to prawdą, jakąż wspaniałą odskocznią byłoby to od jej obecnego życia, które zaczynało ją przytłaczać.

Jedną z wielkich przyjemności w życiu Margaret było obecnie dziecko Edith. Chłopczyk był dumą i ulubieńcem zarówno matki, jak i ojca, tak długo, jak pozostawał grzeczny; ale miał własną silną wolę, i kiedy tylko oddawał się jednemu ze swych namiętnych wybuchów, Edith popadała zaraz w rozpacz i zmęczenie, wzdychając głośno "Och, cóż ja mam z nim zrobić? Margaret, proszę, zadzwoń po Hanley."

Ale Margaret nawet bardziej lubiła chłopca, kiedy pokazywał swój charakterek, niż gdy był grzeczny i ułożony. Zabierała go do pokoju, gdzie bawili się i prowadzili boje; ona zdecydowana, co zmuszało go do uspokojenia się, każdy nagły urok i sztuczka, jakie wymyśliła, wywierały na niego uspokajający wpływ, aż w końcu przytulał swoją gorącą i umazaną łzami twarzyczkę do jej twarzy, i do momentu, aż zasnął w jej uścisku lub na jej ramieniu, pocałunkom i pieszczotom nie było końca. To były najsłodsze chwile dla Margaret. Dawały je posmak uczucia, którego w jej mniemaniu miała już nigdy nie doświadczyć.

Pan Henry Lennox wniósł w codzienne życie nowy i nie do końca nieprzyjemny element poprzez swoje częste odwiedziny. Margaret uważała, że jest znacznie chłodniejszy, choć bardziej błyskotliwy, niż kiedykolwiek; ale wnosił do ich rozmów intelektualne smaczki oraz całe mnóstwo zróżnicowanej wiedzy, co nadawało owym rozmowom nowych barw, i nie były już takie mdłe. Margaret dostrzegała w nim przejawy pogardy, jaką czuł wobec swego brata i bratowej z powodu ich nowego stylu życia, który wydawał mu się frywolny i pozbawiony celu. Raz czy dwa przemówił w obecności Margaret do swego brata, zapytując, czy ten zamierza całkowicie zrzec się swojej profesji; na odpowiedź kapitana Lennoxa, że ma za co żyć, Margaret dostrzegła wydęte wargi Henry'ego i usłyszała słowa "I czy właśnie po to żyjesz?"

Ale bracia byli bardzo do siebie przywiązani, tak mocno jak to możliwe, kiedy jeden jest mądrzejszy i zawsze prowadzi drugiego, podczas gdy ten drugi, zadowolony, cierpliwie pozwala się prowadzić. Pan Lennox parł do przodu w swym zawodzie; kultywował, przy głębokiej kalkulacji, każdą znajomość, która mogła okazać się dlań korzystna; bystry, przewidujący, inteligentny, sarkastyczny i dumny. Od tej długiej rozmowy dotyczącej Fredericka, którą Margaret odbyła z nim pierwszego wieczoru w obecności pana Bella, nie utrzymywała ona z nim zbyt zażyłych stosunków; nie wykraczały one poza ramy współżycia pod jednym dachem. Lecz to wystarczyło, by Margaret wyzbyła się nieśmiałości, a on symptomów zawstydzonej dumy i próżności. Spotykali się, oczywiście, regularnie, lecz jej wydawało się, że on unika pozostawania z nią sam na sam; uznała, że on, tak jak ona sama uznał, że oddalili się znacznie od poprzedniej zażyłości, kiedy szli ramię w ramię, zgadzając się w swych opiniach i gustach.

I wreszcie, gdy on przemawiał tak niespotykanie wspaniale, lub z wyraźnym epigramatycznym zacięciem, Margaret czuła, że jego oczy szukały przede wszystkim jej aprobaty, choćby na chwilę; a także, iż w sytuacjach rodzinnych, w jakich często znajdowali się razem, Henry wysłuchiwał jej opinii ze szczególnym szacunkiem -- tym bardziej kompletnym, że był wyrażany tak niechętnie, i ukrywany z całych sił.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group