To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

North and South - powieść - Tłumaczenia fragmentów powieści "N&S"

GosiaJ - Pią 21 Lip, 2006 15:09
Temat postu: Re: Mam problem...
Elizabeth napisał/a:
Cóż... Zapewne wiecie, że jestem tutaj nowa i nie bardzo łapię się w tych zawiłych tematach... Bardzo chciałabym jednak przeczytać przetłumaczone fragmenty, ale... Cóż. nie mogę odnaleźć początku. Gdzie to wszystko się zaczyna? Byłabym niezmiernie wdzięczna dobrej duszy, któa pomogłaby zorientować się we wszystkim. :thud:


Książka nie jest tłumaczona od samego początku, od pierwszego rozdziału, więc to Cię mogło wprowadzić w błąd.
Natomiast jeśli chodzi o wszystkie tłumaczone fragmenty - nie mogę pomóc, bo sama nie wiem, kto ma całość. Jestem tylko umówiona z naszymi kochanymi tłumaczkami, że potem będzie to dostępne na przyszłej stronce o N&S (jeśli chodzi o kwestie prawne, bardzo pomogła mi Ania - Harry_the_Cat, za co Jej serdecznie dziękuję :grin:).

Caroline - Pią 21 Lip, 2006 17:47

Prawdę mówiąc nawet ja nie jestem pewna czy mam całość. Mam z pewnością każdą swoją wklejkę, Ali ma swoją, Alraune też. Mam też pakieciki, które kiedyś wysyłałam do listy społecznej, ale początek tych tłumaczeń, to jakieś niekoordynowane fragmenty z niebieskiego forum. Ostatnio nie wysyłałam też nawet pakiecików, bo teraz mamy wszystko w jednym temacie na forum. Już niedługo koniec, skleimy to wszystko do kupy i wtedy udostępnimy w jednolitej formie.
GosiuJ, co to znaczy zgodnie z prawem?

Caroline - Pią 21 Lip, 2006 17:51

A teraz na gościnnych występach pod szyldem Caroline - dzisiejsze ciasteczko brodatej Matuli-Alison ;)

Hej Dziewczynki, pozdrawiam Was z Magurskiego Parku Narodowego!
Ten kawałek, taki sobie, z góry przepraszam za skróty, ale musiałam natłumaczyć na tydzień naprzód, więc były nieuniknione.


„Helstone czyli powroty do przeszłości – cz. 2” , Rozdz. XLVI, „Once and now” Kiedyś i teraz, str. 462

Małe okno w sypialni Margaret było prawie zakryte przez róże i gałązki dzikiego wina, ale odsuwając je na bok i wychylając się nieco, mogła zobaczyć szczyty kominów plebanii ponad drzewami i rozpoznać dobrze znane sobie kształty przez liście.
- Tak! – powiedziała pani Purkis, wygładzając łóżko i wysyłając Jenny po naręcze pachnących lawendą ręczników – czasy się zmieniły panno Hale, nasz nowy pastor ma siedmioro dzieci i dobudowuje pokój dziecinny gotowy na następne, akurat tam gdzie dawniej była altana i składzik na narzędzia. Wstawił nowe kraty i nowe szyby w oknach salonu. On i jego żona wzruszają ludzi i robią dużo dobrego. Przynajmniej tak się mówi, że to czynienie dobra, bo gdyby tak nie było, to nazwałabym to zmienianiem rzeczy dla jakichś bardzo małych celów. Nowy pastor jest abstynentem panienko, i urzędnikiem magistrackim, a jego żona ma mnóstwo przepisów na oszczędne gotowanie i na pieczenie chleba bez drożdży, i obydwoje tak dużo mówią, a w czasie jak kogoś nachodzą, to do momentu kiedy sobie nie pójdą, ten ktoś nie może sobie w spokoju pomyśleć, że były to rzeczy, które mogły zostać powiedziane z jego własnego punktu widzenia. On będzie śledził ludzi na polach i zaglądał im w kwaterki, ale wtedy zrobi się zamieszanie, bo nie ma piwa imbirowego i ja nic na to nie mogę poradzić. Moja matka i moja babcia przede mną wysyłały kosiarzom dobry likier słodowy, i zabierały sole i senes kiedy im coś dolegało, a ja muszę to kontynuować w ten sam sposób, chociaż pani Hepworth chce dać mi cukierki zamiast lekarstw bo, jak mówi, są sympatyczniejsze, tylko ja w to nie wierzę. I muszę już iść panienko, chociaż chciałabym usłyszeć o tylu rzeczach, ale wrócę niedługo do pani.
Pan Bell dostał truskawki ze śmietaną, bochenek ciemnego chleba i dzbanek mleka (razem ze stiltońskim serem i butelką porto dla własnego orzeźwienia), i był gotów na przyjście Margaret. Po tym wiejskim posiłku wybrali się na przechadzkę, nie wiedząc jaki kierunek obrać, tak wiele znanych pokus krył każdy z nich.
- Pójdziemy w stronę plebanii? – zapytał pan Bell.
- Nie, jeszcze nie. Chodźmy tędy i zróbmy koło, tak aby tamtędy wracać – odpowiedziała Margaret.
Tu i tam stare drzewa zostały już naznaczone jesienią, a niski, podupadający wiejski dom, zbudowany z grubociosanego kamienia zniknął. Margaret tęskniła za nimi wszystkimi i każdym z osobna, i martwiła się o nie, jak o starych przyjaciół. Minęli miejsce gdzie ona i pan Lennox szkicowali. Białego, pokrytego świetlistymi bliznami pnia wiekowego buka, pomiędzy korzeniami którego, wówczas usiedli, już nie było. Staruszek, mieszkanic zrujnowanego domku już nie żył, domek został zburzony a nowy, schludny i porządny został wybudowany w jego miejsce. W miescu gdzie stał buk, był teraz mały ogródek.
- Nigdy nie myślałam, że będę taka stara – powiedziała Margaret po chwili ciszy i odwróciła się z westchnieniem.
- Tak – powiedział pan Bell – to pierwsze zmiany wśród znanych sobie rzeczy, które młodym odkrywają tajemnicę czasu. Później tracimy sens tej tajemniczości. Ja przyjmuję zmiany we wszystkim co widzę, jako rzecz naturalną. Niestałość wszystkich ludzkich rzeczy jest mi znana, dla ciebie to nowe i przygnębiające.
- Chodźmy zobaczyć małą Susan – powiedziała Margaret, rysująca kiedyś swoją towarzyszkę na trawiastej drodze, okrytej cieniem leśnej polany.
- Całym sercem, choć nie mam pojęcia kim może być mała Susan. Ale mam w sobie życzliwość dla wszystkich Susan, ze względu na Cnotliwą Zuzannę.
- Moja mała Susan była rozczarowana kiedy odjechałam bez pożegnania i cały czas męczyły mnie wyrzuty sumienia, że zadałam jej ból, którego przy niewielkim wysiłku z mojej strony, mogłam jej oszczędzić. Ale to daleko. Jest pan pewien, że nie będzie pan zmęczony?
- Prawie pewien, o ile nie będziesz szła za szybko. Widzisz nie ma tu akurat takich widoków, które usprawiedliwiałyby przystanek dla zaczerpnięcia oddechu. Gdybym był Hamletem, księciem Danii, pomyślałabyś, że to romantyczny spacer z otyłą i zadyszaną osobą. Miej litość dla moich ułomności przez wzgląd na niego.
- Będę szła wolniej ze względu na pana. Lubię pana dwadzieścia razy bardziej niż Hamleta.
- Na zasadzie, że żywy osioł lepszy jest od martwego lwa?
- Być może. Nie analizuję swoich uczuć.
- Cieszę się odbierając twoją sympatię, bez zbyt drobiazgowego wnikania w to, skąd się ona bierze. Ale też nie musimy poruszać się w ślimaczym tempie.
- Bardzo dobrze. Proszę iść w swoim własnym tempie, a ja będę podążać za panem.Albo proszę zatrzymać się i pomedytować jak Hamlet, do którego się pan porównał, jeśli będę szła zbyt szybko.
- Dziękuję, ale skoro moja matka nie zamordowała mojego ojca, a potem nie poślubiła mojego wuja, nie będę wiedział co o tym myśleć, chyba, że to zrównoważyłoby szanse na dobrze ugotowany obiad. Co o tym myślisz?
- Jestem pełna nadziei. Ona zazwyczaj była uważana za słynną kucharkę, wszędzie dokąd sięga opinia o Helstone.
- A wzięlaś pod uwagę to rozproszenie uwagi przez tych wszystkich kosiarzy?
Margaret czuła całą uprzejmość pana Bella próbującego rozbawić ją rozmowami o niczym, dokładającego wszelkich starań by ochronić ją przed zbyt intensywnym myśleniem o przeszłości. Lecz ona raczej chciałaby wędrować tymi ukochanymi ścieżkami w ciszy, jeśli już nie mogła być na tyle niewdzięczna, by życzyć sobie zostać samą.
Dotarli do domu, gdzie mieszkała owdowiała matka Susan. Jej samej nie było. Wyszła do szkoły parafialnej. Margaret była rozczarowana i biedna kobieta widziała to, chciała więc ją jakoś przeprosić.
- Och, w porządku – powiedziała Margaret – cieszę się słysząc to. Mogłam o tym pomyśleć. Tylko, że ona zazwyczaj była z panią w domu.
- Tak, owszem, smutno mi i bardzo za nią tęsknię. Uczyłam ją wieczorami tego co sama umiem. To z pewnością nie było za wiele. Ona stała się taką zręczną dziewczyną i okropnie mi jej brakuje. Teraz ucząc się, jest już dużo mądrzejsza ode mnie – westchnęła jej matka.
- Ja zawsze się mylę – mruknął pan Bell – proszę nie mieć mi za złe tego co powiem. Jestem sto lat za światem. Ale muszę powiedzieć, że dziecko odbierało lepszą, bardziej naturalną edukację zostając w domu i pomagając matce, ucząc się czytać rozdziały Nowego Testamentu każdego wieczoru, u jej boku, niż we wszystkich innych szkołach pod słońcem.
Margaret nie chciała zachęcać go do kontynuowania, odpowiadając mu i przedłużając dyskusję przy matce. Więc odwróciła się do niej pytając:
- A jak się ma stara Betty Barnes?
- Nie wiem – raczej krótko odpowiedziała kobieta – nie przyjaźnimy się.
- Dlaczego? – zapytała Margaret, która dawniej łagodziła wszystkie miasteczkowe spory.
- Ukradła mi kota.
- Wiedziała, że jest wasz?
- Nie wiem. Nie przypuszczam.
- Więc dobrze, nie mogłaby go pani odzyskać, mówiąc, że należy do was?
- Nie! Dlatego, że go spaliła.
- Spaliła?! – wykrzyknęli obydwoje pan Bell i Margaret.
- Upiekła go – wytłumaczyła kobieta.
Więcej tłumaczeń nie było. Biedna kobieta święcie wierzyła w przeznaczenie. Jej jedynym odczuciem było oburzenie, że to jej kot został wybrany spośród innych jako ofiara. Margaret słuchała z odrazą, usiłując rozjaścić umysł tej kobiecie, ale w końcu, desperacko musiała się poddać [...].
- Jesteś dobrą dziewczyną, że nie triumfujesz nade mną – powiedział pan Bell [po wyjściu z domu Susan].
- Jak? Co pan ma na myśli?
- Przyznaję, że mylę się co do nauczania. Raczej wszystko inne niż wychowywanie dziecka w atmosferze takiego praktycznego pogaństwa.
- Och, pamiętam. Biedna mała Susan! Muszę iść i się z nią zobaczyć. Będzie pan miał coś przeciwko odwiedzeniu szkoły?
- Nic a nic. Jestem ciekaw zobaczyć jakiemuś ona nauczaniu podlega.
Wiele więcej nie rozmawiali. Przemierzali drogę prowadzącą przez wiele zadrzewionych dolinek, których miękki, zielony obraz nie oczarował serca Margaret, pełnego bólu i szoku spowodowanego pokazem takiego okrucieństwa. Pokaz został przedstawiony w sposób jaki, wywoływał chęć wyobrażenia sytuacji bez jakiejkolwiek sympatii do cierpiącego zwierzęcia.

[Tu następuje wizyta u państwa pastorostwa, ale nic ciekawego, Margaret cierpi z powodu wprowadzonych zmian, a pan Bell drze łacha (nie dosłownie of course, chciałam powiedzieć, stroi sobie żarty) z pastorowej.]

[Margaret] Siadła przy oknie na małym stołeczku, smutno wpatrując się w gęste cienie nocy, dobrze harmonizujące z jej melancholijnymi myślami. Pan Bell spał, chrapiąc po niezwykłych trudach tego dnia. W końcu został obudzony przez wejście tacy z herbatą, niesionej przez zarumienioną wiejską dziewczynę, dla której pewną odmianą w jej codziennej pracy kelnerki była pomoc przy sianokosach.
- Halo! Kto tu? Gdzie my jesteśmy? Kto tam – Margaret? Och już wszystko pamiętam. Nie mogłem sobie uzmysłowić, co za kobieta siedzi w takiej smutnej pozycji, z rękoma złożonymi na kolanach i wzrokiem skierowanym tak wytrwale przed siebie. Na co patrzysz? – zapytał pan Bell, podchodząc do okna i stając za Margaret.

Gosia - Pią 21 Lip, 2006 19:28

Zanim przeczytam i skomentuje fragmencik dzisiejszy, dodam skromnie, ze prawdopodobnie mam calosc tlumaczen z tamtego i tego forum :D
Łacznie z tlumaczeniami malych fragmencikow tzw probkami z tamtego forum.
Nie mam niestety zaznaczone, kto jaki fragment tlumaczyl, ale to Wy najlepiej nasze tytanki pracy wiecie. ;)

Gosia - Pią 21 Lip, 2006 19:43

On i jego żona wzruszają ludzi i robią dużo dobrego. Przynajmniej tak się mówi, że to czynienie dobra, bo gdyby tak nie było, to nazwałabym to zmienianiem rzeczy dla jakichś bardzo małych celów

W filmie nie bylo takiej krytyki nowego pastora, tu widac nie tylko jakie zmiany poczynil w domu ale troche jakim czlowiekiem byl.
Tym wiekszy szok dla Margaret. Zreszta wszystkie zmiany jakie widzi, powoduja jej przygnebienie.

[Tu następuje wizyta u państwa pastorostwa, ale nic ciekawego, Margaret cierpi z powodu wprowadzonych zmian, a pan Bell drze łacha (nie dosłownie of course, chciałam powiedzieć, stroi sobie żarty) z pastorowej.]

Ali, niemozliwe! Tak lubisz pana Bella i pisalas, ze moglabys tlumaczyc cala o nim ksiazke, i nie przetlumaczylas jak pan Bell sobie zarty z pastorowej robi? ;)
No dobra, rozumiem, ze myslalas o Magurskim Parku Narodowym, gdzie Ci tam pan Bell byl w glowie ;)

Dzieki Caroline :D

Gitka - Pią 21 Lip, 2006 22:10

Też jestem zdziwiona, że Alison odpuściła sobie kochanego pana Bella.
I to po tym jak go Nam powychwalała :wink:
A poważnie, dzięki za następny fragment Alison i oczywiście Caroline.

Anonymous - Sob 22 Lip, 2006 13:20

Ja raczej myślę, że nasz Alisonek dopieszcza ten fragmencik. Chłop żywemu nie przepuści...
To chyba nie ten cytat :wink:
Ale i tak nasz wierzę Alisonek nie przepusci Gaskellowskiemu Bennetowi. Tylko takie zmyłki stosuje. a jeśli przepusci, bedzie miała mnie na karku dzień i noc (chyba że rzuci mi ten fragment, może i ja się pokuszę :D )

Caroline - Sob 22 Lip, 2006 16:37

Witam dziś chyba już jestem w Bieszczadach! Ogromne ciasteczko, ale w końcu jest słodka sobotka! Pozdrawia Was Mama Przedłużona ;-)

„Helstone czyli powroty do przeszłości – cz. 3” , Rozdz. XLVI, „Once and now” Kiedyś i teraz, str. 471

- Na nic – powiedziała, zrywając się szybko i mówiąc tak wesoło jak tylko mogła w tej chwili.
- Doprawdy na nic? Ponure tło drzew, jakieś białe linie zawieszone na żywopłocie i wspaniały powiew wilgotnego powietrza. Zamknij okno i chodź przygotować herbatę.
Margaret milczała jakiś czas. Bawiła się łyżeczką i właściwie nie zwracała uwagi na to co mówił pan Bell. On jej zaprzeczał, a ona w ten sam uśmiechnięty sposób przytakiwała jego opinii jak gdyby się z nią zgadzał. Wtedy westchnęła, odłożyła łyżeczkę i zaczęła bez żadnego związku z czymkolwiek, wysoko postawionym głosem, który zazwyczaj pokazuje, że mówca od jakiegoś czasu rozmyślał nad tematem, który chce podjąć.
- Panie Bell, pamięta pan co mówiłam ostatniego wieczoru o Fredericku?
- Ostatniego wieczoru. Gdzie ja byłem? O, już pamiętam! Dlaczego wydaje mi się, że to było tydzień temu. Tak, oczywiście przypominam sobie, że rozmawialiśmy o nim, biedny chłopiec.
- Tak, ale nie pamięta pan, że pan Lennox mówił o jego pobycie w Anglii w czasie, kiedy umierała mamma? – zapytała Margaret głosem niższym niż zazwyczaj.
- Przypominam sobie. Nie słyszałem o tym wcześniej.
- A ja myślałam, zawsze myślałam, że papa mówił panu o tym.
- Nie! Nigdy. A co w związku z tym, Margaret?
- Chcę panu powiedzieć o czymś złym, co stało się w tamtym czasie – powiedziała Margaret nagle wpatrując się w niego swoimi jasnymi uczciwymi oczami.
- Skłamałam! – jej twarz zrobiła się szkarłatna.
- Sądzę, że prawda była zła. Nie wszystko co zdarzyło mi się mówić w życiu było powiedziane szczerze i otwarcie, tak jak przypuszczam było w twoim przypadku, ale działając w jakiś nikczemnie rozwlekły sposób, ludzie albo nie wierzą w prawdę, albo wierzą w kłamstwa. Wiesz kto jest ojcem kłamstw, Margaret? Dobrze, wielu ludzi myślących o sobie bardzo dobrze, ma jakiś przypadkowy związek z kłamstwami, lewe małżeństwa, jacyś kuzyni siódma woda po kisielu. Zepsuta krew kłamstwa płynie w żyłach nas wszystkich. Domyślam się, że ty jesteś od tego daleka, jak wielu ludzi. Co to? Płaczesz, dziecko! No nie, nie będziemy rozmawiać o tym, jeśli to się ma kończyć w taki sposób. Przypuszczam, że jest ci przykro z tego powodu i że nie masz zamiaru robić tego powtórnie, poza tym było to już tak dawno temu i krótko mówiąc chciałbym żebyś była szczęśliwa, a nie smutna tego wieczoru. Margaret wytarła oczy i spróbowała mówić o czymś innym, lecz nagle wybuchła na nowo.
- Proszę, panie Bell, proszę mi pozwolić opowiedzieć sobie o tym – może mi pan troszkę pomóc, nie, nie pomóc, ale może jeśli znał pan prawdę, może mnie pan poprawi, że to jednak nie jest to – powiedziała zrozpaczona, że nie potrafi wyrazić się dokładniej, tak jakby sobie tego życzyła.
Pan Bell całkowicie zmienił swoje zachowanie.
- Powiedz mi wszystko dziecko – powiedział.
- To długa historia, ale kiedy Fred przyjechał, mamma była bardzo chora a ja byłam zagubiona z niepokoju, i bałam się, że naraziłam go na niebezpieczeństwo. I dostaliśmy ostrzeżenie tuż po jej śmierci, dlatego, że Dixon spotkała kogoś w Milton – człowieka o imieniu Leonards, który znał Freda, i który wydawał się żywić do niego jakąś urazę albo w jakiś sposób był zachęcony przez ogłoszenie nagrody za schwytanie go. I z tej nowej obawy pomyślałam, że lepiej będzie przyspieszyć wyjazd Freda do Londynu, gdzie jak pan się domyśla z naszej wczorajszej rozmowy, miał się naradzić z panem Lennox’em jakie ma szanse, gdyby spróbował zostać. Więc my – tak, właśnie on i ja – pojechaliśmy na stację. To było wieczorem, robiło się już ciemnawo, ale wciąż na tyle jasno by rozpoznać i być rozpoznanym. Byliśmy za wcześnie i poszliśmy pospacerować w pole, w pobliżu stacji. Cały czas panikowałam z powodu tego Leonardsa, który jak wiedziałam był gdzieś w sąsiedztwie. I wtedy kiedy byliśmy na polu, a moją twarz oświetlało nisko zawieszone, czerwone słońce, ktoś przejeżdżał konno poniżej przejścia, gdzie staliśmy. Zobaczyłam, że na mnie patrzył, początkowo nie widziałam kto to był, bo słońce świeciło mi w oczy, ale już w krótce oślepienie minęło i zobaczyłam, że to był pan Thornton i ukłoniliśmy się sobie.
- I oczywiście zobaczył Fredericka – powiedział pan Bell myśląc, że pomaga jej w opowiadaniu historii.
- Tak, i wtedy na stacji pojawił się człowiek, pijany i zataczający się, próbował złapać za kołnierz Freda, stracił równowagę, kiedy Fred go odepchnął, ten upadł na krawędź peronu, nie daleko, nie głęboko, nie więcej niż trzy stopy, ale, och! Panie Bell, w jakiś sposób ten upadek go zabił!
- Co za niezdara! Przypuszczam, że to był ten Leonards. A jak Fred się wyniósł?
- Och! Wyjechał natychmiast po upadku, który nigdy byśmy nie pomyśleli, że może tego człowieka zranić, to wydawało się taką niewielką kontuzją.
- Więc on nie umarł bezpośrednio po tym?
- Nie, za jakieś 2-3 dni. A wtedy – och, panie Bell, teraz będzie ta najgorsza część – powiedziała, nerwowo splatając palce – inspektor policji przyszedł wypytywać mnie o towarzystwo młodego człowieka, który popchnął lub odepchnął Leonardsa, co spowodowało jego śmierć. To było fałszywe oskarżenie, wie pan, ale my nie wiedzieliśmy, że Fred już odpłynął, mógł wciąż być w Londynie, zagrożony aresztowaniem na podstawie tego fałszywego dowodu. Rozpoznanie go jako porucznika Hale’a oskarżonego o wywołanie buntu mogło spowodować jego rozstrzelanie. To wszystko przeleciało mi przez głowę i powiedziałam, że to nie byłam ja, że nie byłam tego wieczora na stacji, że nic o tym nie wiem. Nie miałam sumienia albo myślałam tylko o uratowaniu Fredericka.
- Ja mówię, że to było słuszne. Zrobiłbym tak samo. Zapomniałaś o sobie myśląc o innych. Mam nadzieję, że zrobiłbym to samo.
- Nie, nie zrobiłby pan. To było złe, nieposłuszne, zdradzieckie. A w tym czasie Fred był już bezpieczny poza Anglią, a ja w swojej ślepocie zapomniałam, że jest inny świadek, który może zaświadczyć o moim pobycie tam.
- Kto?
- Pan Thornton. On mnie widział z bliska na stacji, ukłoniliśmy się sobie.
- No dobrze, ale nie wiedział nic o tym buncie, o śmierci tego pijaka. Przypuszczam, że śledztwo nigdy do niczego nie dojdzie.
- Nie! Dochodzenie, które rozpoczęli w tej sprawie zostało zamknięte. Pan Thornton wiedział o wszystkim. Jest urzędnikiem magistrackim i dowiedział się, że to nie ten upadek spowodował śmierć. Ale nie zanim dowiedział się co ja powiedziałam. Och, panie Bell! – nagle zakryła twarz rękami, tak jakby chciała ukryć się przed tym wspomnieniem.
- Wytłumaczyłaś mu to jakoś? Powiedziałaś mu kiedykolwiek o tym mocnym i instynktownym motywie?
- Instynktowna chęć wiary i łapanie się grzechu żeby uchronić się przed zatonięciem – powiedziała gorzko – Nie! Jakżebym mogła? Nie wiedziałam nic o Fredzie. Żeby dać sobie prawo do jego dobrej opinii o mnie miałam mu zdradzić sekret naszej rodziny, komplikując biednemu Frederickowi szanse na pełne uniewinnienie? Ostatnie słowa Freda zobowiązywały mnie do utrzymania jego wizyty w tajemnicy przed wszystkimi. Widzi pan, papa nie powiedział nawet panu. Nie! Mogłabym znieść wstyd – przynajmniej myślałam, że mogę. Znosiłam to. Pan Thornton już nigdy potem mnie nie szanował.
- Jestem pewien, że on cię szanuje – powiedział pan Bell – to na pewno tłumaczy trochę... ale on zawsze mówi o tobie z szacunkiem, chociaż teraz rozumiem te ograniczenia w jego zachowaniu.
Margaret nie odzywała się, nie zwracała uwagi na to co zaczął mówić pan Bell, straciła cały sens tej wypowiedzi. Po chwili powiedziała:
- Powie mi pam, co pan ma na myśli mówiąc o „ograniczeniach w jego zachowaniu” kiedy mówi o mnie?
- Och! Po prostu denerwował mnie, że nie dzieli ze mną moich pochwał ciebie. Jak stary głupiec uważałem, że każdy musi mieć taką samą opinię jak ja, a on ewidentnie się ze mną nie zgadzał. Byłem wtedy zaskoczony. Ale on musiał być zakłopotany, jeśli ta sprawa nigdy nie została mu w najmniejszym stopniu wyjaśniona. To był twój pierwszy spacer z młodym człowiekiem po zmroku.
- Ale to był mój brat! – powiedziała Margaret zaskoczona.
- To prawda, ale jak on miał to wiedzieć?
- Nie wiem. Nigdy nie pomyślałam o tym w ten sposób – powiedziała Margaret, zaczerwieniona, wyglądając na zranioną i obrażoną.
- I może nigdy się nie dowie, a co do kłamstwa – w tych okolicznościach, podtrzymuję, że było konieczne.
- Nie było. Wiem to. Gorzko tego żałuję.

Anonymous - Sob 22 Lip, 2006 17:19

Mniam, sobotnie popołudnie, a Mamcia takie pyszności nam serwuje.
Yeah !!!! To lubie !!!!


Gosia - Sob 22 Lip, 2006 20:40

Zanim skomentuje, to powiem ze zapytalam mamcie o tego pana Bella i pominiety fragment tlumaczenia, ale Ali napisala, ze jego żarty z pastorowej byly niezbyt wyszukane ;)
Ale za to tlumaczyla wczoraj spotkanie Thorntona z Margaret i chyba ładne to będzie do czytania :D
Dzis jest w Lutowiskach i wszystkich pozdrawia ! :hello:

Gosia - Sob 22 Lip, 2006 21:19

Pan Thornton już nigdy potem mnie nie szanował.

Wiec myslala, ze Thornton jej juz nie szanuje, jakzeby mogla sie wiec za nim odwrocic? ;)
a jednak mysli o nim i chcialaby zeby ja szanowal ...

kikita - Sob 22 Lip, 2006 21:46

No dwia problemy mamy z głowy.Po pierwsze coś mi sie wydaje ,ze Bell zadba o to aby Jasio poznał prawdę .Po drugie cierpi nasza Margaret,a dlaczego ?Bo kocha!!!
Dziekuje za slodycze

Gosia - Sob 22 Lip, 2006 21:58

Jak mozna by o nim zapomniec ? ;)


Aga85 - Sob 22 Lip, 2006 22:10

Jejku! Ale śliczna fotka, Gosieńko! :thud: Dzięki ;)
Wybaczcie, dziewczeta, że nic nie dodaję ostatnio w tym wątku, ale jeszcze zaległości w czytaniu nie nadrobiłam i na razie jestem nie w temacie. No ale niedługo mam nadzieję ponownie do Was dołączyc :grin:

Gosia - Sob 22 Lip, 2006 22:21

To fakt, zdjecie ładne, udalo mi sie dzis znalezc na stronie BBC :D
Znalam jedynie troszke podobne ale jednak inne ujecie. To jest zdecydowanie ładniejsze.

Aga85 - Nie 23 Lip, 2006 00:47

No ja też właśnie widziałam całkiem podobne, ale Ty nam Gosieńko wyszukałaś zdecydowanie ładniejsze ujęcie :D Jesteś niezastąpiona! :wink:
Mara7 - Pon 24 Lip, 2006 01:12

Heheh Gosia wszystko znajdzie w necie :wink: ale trzeba przyznać ze Rysio ma ZAWSZe ładne ujecia :razz: on to ma poprostu we krwii :mrgreen:
Gitka - Pon 24 Lip, 2006 09:43

Chyba jesteśmy wszystkie spragnione zdjęc Thortona :grin:
A jeszcze w nowych ujęciach...

Caroline - Pon 24 Lip, 2006 18:22

W Bieszczadach jak to w Bieszczadach – mam nadzieję, że jest cudnie i że zdążę i popracować i się pozachwycać, a Margaretka odkrywa dziś karty :-)

„Helstone czyli powroty do przeszłości – cz. 4” , Rozdz. XLVI, „Once and now” Kiedyś i teraz, str. 476.

Potem nastąpiła długa chwila milczenia. Margaret odezwała się pierwsza.
- Nie spodziewam się kiedykolwiek spotkać pana Thorntona ponownie – i przerwała.
- Muszę przyznać, że jest wiele rzeczy bardziej nieprawdopodobnych – odpowiedział pan Bell.
- Ale ja wierzę, że nigdy go nie spotkam. Mimo to jednak, nikt nie chciałby tak nisko upaść w opinii przyjaciela, jak ja upadłam w jego.
Jej oczy były pełne łez, lecz jej głos był spokojny, a pan Bell i tak na nią nie patrzył.
- A teraz Frederick zaprzepaścił całą nadzieję na oczyszczenie się kiedykolwiek, a powrót do Anglii tylko oddałby mi sprawiedliwość, że wszystko zostałoby wyjaśnione. Gdyby był pan tak miły, gdyby pan mógł, gdyby była jakaś dobra okazja (tylko błagam, proszę nie naciskać go wyjaśnieniami), ale gdyby pan mógł, opowiedziałby pan mu o wszystkich okolicznościach? Powiedziałby pan, że to ja zdałam się w tym na pana, bo czuję, że ze względu na ojca nie powinnam tracić jego szacunku, chociaż prawdopodobnie nigdy się nie spotkamy.
- Oczywiście. Myślę, że powinien wiedzieć. Nie podoba mi się to, że pozostajesz w cieniu niewłaściwego zachowania. Nie wiedział co myśleć widząc cię samą z jakimś młodym człowiekiem.
- Ale dlatego – powiedziała Margaret raczej wyniośle – utrzymuję to jako Honi soit qui mal y pense*. Zatem wciąż powinnam zdecydować się na wyjaśnienia gdyby pojawiła się jakaś naturalna ku temu okazja. Ale nie chcę z nim rozmawiać z powodu oczyszczenia się z jakichś podejrzeń o niewłaściwe zachowanie – gdybym myślała, że on mnie podejrzewa, nie zależałoby mi na jego dobrej opinii. Nie! Chodzi o to, żeby się dowiedział dlaczego byłam zmuszona, jak wpadłam w tę sieć, po prostu dlaczego skłamałam.
- Za co ja cię nie obwiniam. Upewniam cię, że nie jest to z mojej strony żadna stronniczość.
- To co inni ludzie poczytują za dobro lub zło jest niczym w porównaniu z moją własną glęboką wiedzą, moim wrodzonym przeświadczeniem, że to było złe. Ale więcej o tym nie będziemy rozmawiać, jeśli pan pozwoli. Już się stało – mój grzech został popełniony. Teraz odrzucam to za siebie i będę prawdomówna na zawsze, jeśli zdołam.
- Bardzo dobrze. Jeśli chcesz żyć w dyskomforcie i chorobie, bądź taka. Ja zawsze trzymam swoje sumienie tak szczelnie zamknięte jak sprężynowego pajacyka w pudełku, dlatego zawsze kiedy wyskoczy na zewnątrz jestem zaskoczony jego rozmiarami. Więc przymilam się do niego jak Alladyn do gina: Cudowny mój – mówię – pomyśleć, że tak długo byłeś ukryty, w dodatku w takim małym rozmiarze, że w ogóle nie miałem pojęcia o twoim istnieniu. Błagam cię panie, zamiast rosnąć i rosnąć z każdą chwilą i oszałamiać mnie swoim tajemniczym kształtem, mógłbyś się zmniejszyć do poprzednich rozmiarów? A kiedy już go z powrotem zamknę, to już nie zapieczętowuję naczynia na głucho, i dobrze wiem jak je znowu otworzyć, i jak mam wystąpić przeciwko najmądrzejszemu z ludzi, Salomonowi, który je tam zamknął.
Ale nie wywołało to uśmiechu na twarzy Margaret. Z trudem nadążała za tym, co mówił pan Bell. Jej myśli krążyły wokół pomysłu, wcześniej zabawnego, ale który teraz przekształcił się w mocne przeświadczenie, że pan Thotnton już dłużej nie utrzyma swojej dobrej opinii o niej – bo się nią rozczarował. Nie wydawało jej się, żeby jakiekolwiek wyjaśnienie mogło kiedykolwiek przywrócić ją – nie jego miłości, nad tym powrotem postanowiła nigdy więcej się nie zastanawiać i podjęła w tym względzie twarde postanowienie – ale jego szacunkowi i jego wysokiemu mniemaniu o niej, któremu jak miała nadzieję, mógłby ulec w duchu pięknych słów Geralda Griffina:

To turn and look back when thou hearest
The sound of my name…

Byś odwróciła się i obejrzała za siebie
Kiedy usłyszysz dźwięk mego imienia...


Kiedy o tym myślała, cały czas coś dławiło ją w gardle, przełykała więc odruchowo chcąc się tego pozbyć. Próbowała pocieszyć się tym, że to co on sobie wyobrażał na jej temat nie zmienia faktu jaka jest naprawdę. Ale to był truizm, urojenie, które ginęło pod ciężarem jej żalu. Na końcu języka miała ze dwadzieścia pytań do pana Bella, ale żadnego nie wypowiedziała.
Pan Bell myślał, że była zmęczona i wcześnie wysłał ją do pokoju, gdzie długie godziny siedziała jeszcze przy otwartym oknie, wpatrując się w purpurowe sklepienie nad głową, gdzie gwiazdy wschodziły, migotały i znikały za wspaniałymi, cienistymi drzewami.
Przez całą noc, na ziemi paliło się małe światełko: świeca w jej dawnej sypialni, która była pokojem dziecinnym dla obecnych mieszkańców plebanii, do czasu aż zostanie wybudowany nowy..

* - Hańba temu kto o tym źle myśli.

achata - Pon 24 Lip, 2006 18:53

Caroline napisał/a:
[url=http://img370.images...rb6.jpg]Obrazek[/URL] W Bieszczadach jak to w Bieszczadach – mam nadzieję, że jest cudnie i że zdążę i popracować i się pozachwycać, a Margaretka odkrywa dziś karty :-)

„Helstone czyli powroty do przeszłości – cz. 4” , Rozdz. XLVI, „Once and now” Kiedyś i teraz, str. 476.

[i]To turn and look back when thou hearest
The sound of my name…
.

Czyzby stąd pochodziło to telewizyjne "Look back at me"?
Piękny kawałek. Podoba mi sie pogląd Margarett, że nie ważne co myślą o niej inni tylko liczy się to czy ona wie, że postapiła słusznie. Akurat w mojej rodzinie teksty "co ludzie powiedzą?" ciągle jeszcze (niestety) pokutują.
Oczywiście nie odnoszę tego do wyprowadzania z błędu tych, którym zła opinia na nasz temat sprawi ból, to już by było niehumanitarne.
Ciekawe kiedy Margarett w końcu sobie uświadomi, że kocha Thorntona...

Caroline - Pon 24 Lip, 2006 19:43

achata napisał/a:
Ciekawe kiedy Margarett w końcu sobie uświadomi, że kocha Thorntona...
Ona chyba już wie, tylko myśli, że nic z tego nie będzie :mrgreen:

Alison napisał/a:
To turn and look back when thou hearest
The sound of my name…

Byś odwróciła się i obejrzała za siebie
Kiedy usłyszysz dźwięk mego imienia...
Rzeczywiście, ciekawe z tym wierszem...

Przede wszystkim pięknie przetłumaczony przez Matulę-Alisonulę :smile:

Gosia - Pon 24 Lip, 2006 19:52

Jej myśli krążyły wokół pomysłu, wcześniej zabawnego, ale który teraz przekształcił się w mocne przeświadczenie, że pan Thotnton już dłużej nie utrzyma swojej dobrej opinii o niej – bo się nią rozczarował. Nie wydawało jej się, żeby jakiekolwiek wyjaśnienie mogło kiedykolwiek przywrócić ją – nie jego miłości, nad tym powrotem postanowiła nigdy więcej się nie zastanawiać i podjęła w tym względzie twarde postanowienie – ale jego szacunkowi i jego wysokiemu mniemaniu o niej, któremu jak miała nadzieję, mógłby ulec

Hmm znamienny fragment.
Wydaje sie ,ze ona juz wczesniej myslala o tym, ze stracila dobra u niego opinie.
Teraz tylko po zastanowieniu sie (i po tym jak sie dowiedziala, ze Thornton jakos tam sie nie zgadzal z panem Bellem w jej kwestii) tylko to sobie uswiadomila do konca.

nie jego miłości, nad tym powrotem postanowiła nigdy więcej się nie zastanawiać
Czyzby sie jednak kiedys zastanawiala? ;) skoro postanowila WIĘCEJ się nie zastanawiac.

Wiersz, wedlug mnie, ewidentnie zainspirowal scene Look back :D

Matylda - Pon 24 Lip, 2006 22:36

Witam po dłuższej przerwie. Komputer juz prawie działa- nie mam tylko jeszcze dźwieku.
Straciłam tylko pocztę z kontaktami :hello:


achata napisał/a:

Piękny kawałek. Podoba mi sie pogląd Margarett, że nie ważne co myślą o niej inni tylko liczy się to czy ona wie, że postapiła słusznie. Akurat w mojej rodzinie teksty "co ludzie powiedzą?" ciągle jeszcze (niestety) pokutują.
.

Ale to był truizm, urojenie, które ginęło pod ciężarem jej żalu. Na końcu języka miała ze dwadzieścia pytań do pana Bella, ale żadnego nie wypowiedziała.
Niestety nie potrafimy sie często uwolnić od mysli - co ludzie powiedzą?

Strasznie podobaja mi się rozważania Bella na temat sumienia- prawdziwe cacuszko

Matylda - Wto 25 Lip, 2006 09:27

Choć rzeczywiście w swojej stonowanej, czarnej sukni stanowiła kontrast dla Edith – tańczącej w białej, krepowej toalecie, z długimi, złotymi włosami, miękkimi i połyskującymi.

Wrócę jeszcze do tego kawałka bo teraz dopiero nadrabiam zaległości
Edith to chyba ówczesna Barbie
Wyobrażam sobie jak kapitan Lennox się cieszył gdy inni zazdrościli mu żony :wink:

Caroline - Wto 25 Lip, 2006 18:01

Witam Was z Roztocza!!! Niedługo wracam. Dziś taki okruszek nie ciasteczko, ale inaczej się tego tekstu nie dało sensownie podzielić, za to przemyślenia Margaret do przemyślenia dla starszych i młodszych. Pa, pa – Wasza Ali

„Helstone czyli powroty do przeszłości – cz. 5” , Rozdz. XLVI, „Once and now” Kiedyś i teraz, str. 478.

Odczucie zmiany, osobistej nicości, zakłopotanie i rozczarowanie wyczerpały Margaret. Nic nie było takie samo, a ta drobna, wszechogarniająca niestałość, wywoływała większy ból niż gdyby wszystko zmieniło się całkowicie na tyle, że niczego nie byłaby w stanie rozpoznać.
„Zaczynam rozumieć teraz czym musi być niebo – i och! Wielkość i spokój tych słów „Takie samo dziś, jutro i na zawsze...” Wieczność! „Z wieczności w wieczność, oto dzieło Boga”. To niebo nade mną wygląda jak gdyby było niezmienne, a jednak się zmieni. Jestem tak zmęczona, tak bardzo zmęczona tocząc się przez te wszystkie fazy mojego życia, w którym nic mnie nie czeka, żadna istota, żadne miejsce. To jak krąg, w której ofiary ziemskiej pasji wirują bez końca. Jestem w nastroju, w którym kobiety innych religii wstępują do klasztoru. Poszukują niebiańskiej wytrwałości w ziemskiej monotonii. Gdybym była rzymską katoliczką i mogłabym znieczulić swoje serce, ogłuszyć je jakimś wielkim ciosem, mogłabym zostać zakonnicą. Ale powinnam dla mego rodzaju, nie, nie rodzaju, dla miłości do mojego gatunku, nigdy nie zamykać serca całkowicie na miłość do ludzi. Być może powinno tak być, być może nie. Nie mogę dziś o tym decydować”.
Znużona położyła się do łóżka, znużona wstała po 4 czy 5 godzinach. Ale wraz z porankiem przyszła nadzieja, a rzeczy nabrały jakichś jaśniejszych barw.
- Mimo wszystko, jest dobrze – powiedziała, słysząc głosy dzieci bawiących się w czasie, gdy się ubierała - gdyby świat stał spokojnie, cofałby się i stałby się zepsuty, o ile nie jest irlandzki (?). Nie biorąc pod uwagę mnie i mojego własnego, bolesnego odbioru zmian, postęp we wszystkim wokół mnie jest dobry i konieczny. Nie wolno mi tak dużo myśleć o tym jak okoliczności wpływają na mnie, ale jak oddziałują na innych, gdybym tylko miała swoje własne zdanie albo pełne nadziei, ufne serce.
Z uśmiechem w oczach i drżeniem weszła do salonu i powitała pana Bella.
- Och Missy! Późno poszłaś spać dziś w nocy, więc spóźniasz się dzisiejszego ranka. A my mamy trochę wieści dla ciebie. Co myślisz o zaproszeniu na obiad? Poranna wizyta, dosłownie w pełen rosy poranek. Mieliśmy tu już pastora , wstąpił w drodze do szkoły. Jak dalece chęć wygłoszenia naszej gospodyni wykładu antyalkoholowego dla korzyści żniwiarzy, musiała wpłynąć na porę jego wizyty, tego nie wiem, ale był tu już kiedy zszedłem na dół przed dziewiątą i jesteśmy zaproszeni tam dziś na obiad.
- Ale Edith mnie oczekuje, nie mogę iść – powiedziała Margaret, dziękując Bogu za znalezienie tak dobrej wymówki.
- Tak, wiem. Powiedziałem mu. Tak myślałem, że nie będziesz chciała iść. Ale sprawa jest oczywiście otwarta, według twojego uznania.
- Och, nie! – powiedziała Margaret – trzymajmy się naszego planu. Ruszamy o dwunastej. To bardzo ładnie i miło z ich strony, ale doprawdy nie mogę iść.
- Bardzo dobrze. Nie denerwuj się, wszystko załatwię.
Zanim wyjechali Margaret podkradła się na tyły ogrodu plebanii i zerwała kawałek z rzadka rosnącego kapryfolium. Dzień wcześniej nie zerwała kwiatu, bojąc się, że ją ktoś zobaczy, a jej motywy i uczucia będą komentowane. Ale kiedy wróciła na przełaj, miejsce odzyskało swoją dawną zachwycającą atmosferę. Odgłosy zwykłego życia były tu jak muzyka, bardziej niż gdziekolwiek indziej na całym świecie, światło bardziej złote, życie spokojniejsze i pełne marzycielskiej radości. Margaret pamiętając swoje wczorajsze uczucia powiedziała do siebie: „Ja także nieustająco się zmieniam – raz tak potem siak, raz rozczarowana i zirytowana ponieważ nic nie wygląda tak jak sobie to przedstawiałam, a teraz nagle odkrywająca, że rzeczywistość jest daleko piękniejsza niż ją sobie wyobrażałam. Och, Helstone! Nigdy, żadnego miejsca nie pokocham tak jak ciebie.”
Kilka dni później, odzyskała równowagę i stwierdziła, że cieszy się, że tam była, że znowu wszystko widziała, że dla niej już na zawsze będzie to najpiękniejsze miejsce na świecie, ale że pobyt tam miał tak wiele związków z dawnymi czasami, a szczególnie z ojcem i matką, że gdyby to wszystko miało powrócić, musiałaby cofnąć się przed kolejną taką wizytą jak ta, którą złożyła z panem Bellem.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group