To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Megafanfik Tom III

Alison - Pon 21 Maj, 2007 07:36

Rozdz. II, cz. 9
- Panie Collins, proszę usiąść - lady Catherine skinęła nieznacznie w stronę gości i wskazała miejsce po swojej lewej stronie.
- Dziękuję, wasza wysokość - pan Collins ponownie się ukłonił, przebiegając przez pokój w sposób, który przywiódł Darcy'emu na myśl przepiórkę, którą spłoszył poprzedniego ranka, jadąc konno - jest pani bardzo łaskawa, jak powszechnie wiadomo...
- Pani Collins, panno Lucas - jej wysokość przerwała jego przesadną uniżoność. Pani Collins podążyła za mężem na wskazane im miejsca, podczas gdy jej siostra, jak zauważył Darcy, szybko zagłębiła się w miejscu, zapewniającym jej ukrycie przed uwagą lady Catherine. Ale jego oczy nie mogły długo pozostać z dala od upragnionego obiektu, do tego jak się przekonał, niebezpiecznego, więc znowu spojrzał na Elizabeth. Stała spokojnie, z chłodną miną, kiedy jej krewni poniżali się przed jego ciotką, ale wtedy, kiedy akurat spojrzał, zauważył, że wykrzywiła usta. Tajemniczy uśmiech zaczął walczyć z tym grymasem, korespondując z błyskiem, który pojawił się w oczach. Ten znany mu już wyraz twarzy został już wkrótce zastąpiony przez rozmyślne ściągnięcie ust, wiedział, że to jest sposób na opanowanie własnej twarzy, tak by nie zdradziła jej wewnętrznego rozbawienia. Obserwując jej cudowną walkę ze samą sobą, Darcy sam delikatnie ściągnął usta aby ubiec uśmiech, który próbował dotrzymać towarzystwa jego zachwytowi tą szybką odpowiedzią na jedno z nurtujących go pytań. Collins drżał a uważne spojrzenia jej wysokości przyprawiały go niemal o dygot, a Elizabeth Bennet stała w ogóle nie obawiając się lady Catherine.
- Panno Elizabeth Bennet - lady Catherine skinęła odwzajemniając jej ukłon. Kiedy szła ze śmiałą gracją by zająć miejsce, on podziwiał jak zręcznie wyrobiła sobie zdanie na temat charakteru jego ciotki, i to w tak krótkim czasie. Co się teraz stanie?
Fitzwilliam odpowiedział na to pytanie omijając gości i celując w miejsce obok niej na kanapie. "Przeklęty oportunista!" Darcy zamruczał pod nosem kiedy usiadł na ostatnim dostępnym miejscu, najbliżej ciotki, a na wprost Elizabeth i kuzyna. Przełykając swoje rozczarowanie, postanowił zamiast tego poprawić swoją sytuację obserwując jak ona sobie daje radę z jego kuzynem i co ujawni zachowanie Fitzwilliama względem niej. Ale prawie natychmiast lady Catherine zajęła go jakimiś historiami dotyczącymi przede wszystkim jej samej, przerywając mu skupienie się na Elizabeth. Od dawna przyzwyczajony do manier ciotki, założył sobie odpowiadać na wszystkie jej pytania aż się jej wyczerpią, ale odkrył, że dama tym razem irytuje go znacznie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie mógł nic poradzić na rozmowę toczącą się naprzeciw niego, zauważył, że miała charakter ożywionej dyskusji, przerywanej śmiechem obojga. Fitwilliam był nią zachwycony, to było oczywiste. Darcy znał wszystkie jego nastroje i rozpoznawał je po wysyłanych sygnałach. Richard mógłby popaść w nastrój odpowiedni do flirtowania, ale teraz był urzeczony, gorzej nawet, zaintrygowany, i to nie tylko jej osobą. Pełen uwagi wyraz jego twarzy mówił Darcy'emu, że jego kuzyn zaczął już także odkrywać zalety jej umysłu. Poruszył się na siedzeniu. Uznał, że to było nieuniknione.

Matylda - Pon 21 Maj, 2007 07:59

Ale jego oczy nie mogły długo pozostać z dala od upragnionego obiektu
Nic pewnie na to nie mógł poradzić biedaczek.........A Elunia została obiektem . Jak ciało niebieskie we wszechświecie

"Przeklęty oportunista!".Już niedługo sie zmieni :mrgreen: To nie tylko oportunizm , ale troche tchórzostwo. Jakoś przy ludziach z niższych swer miał swoje zdanie , ale przy ciotuni chyba tchórzył. To się nazywa robić cos dla świętego spokoju, ale ....jak on potem ciotunię zawiedzie

Dione - Pon 21 Maj, 2007 12:54

Wracając do Anny i lady C. Ja podejrzewam mamuśkę o syndrom Munchausa, czyli wmawianie w dziedzi choroby, żeby zwrócić uwagę na siebie.
Mag - Pon 21 Maj, 2007 14:24

W tym syndromie, matki robią wręcz krzywdę dzieciom, az tak daleko bym sie nie posunęła w diagnozie.
Lady C nie była wzorem matki, ale zawsze dawała do zrozumienia, ze Anna ponieważ pochodzi z dobrej rodziny, to byłaby rozwinęła talenta, gdyby jej zdrowie pozwoliło...

Dzieki Matulku!
Darcy, jako masochista, napawający się zainteresowaniem okazywanym obiektowi własnych uczuć i dręczący się tak :roll: :? ??: - Takiemu Darcy'emu mówimy stanowcze NIE :cool:

asiek - Pon 21 Maj, 2007 20:31

Alison napisał/a:
Pełen uwagi wyraz jego twarzy mówił Darcy'emu, że jego kuzyn zaczął już także odkrywać zalety jej umysłu. Poruszył się na siedzeniu. Uznał, że to było nieuniknione.

Atmosfera pomiędzy panami zagęszcza się . :mrgreen:
Jeszcze dojdzie do pojedynku ! :shock: :wink:

Ali, :kwiatek:

Maryann - Wto 22 Maj, 2007 06:15

Szanowne Panie. Za sprawą jakiegoś złośliwego chochlika wypadł nam z tłumaczenia wcześniejszy fragment - zostawiłyśmy przecież Darcy'ego w kościele, zajętego kontemplowaniem stroju Elizabeth i swego własnego.
Tak więc wracamy do przerwanego wątku, a rozpoczęty wczoraj opis wizyty w Rosings pojawi się w stosownej kolejności.

Rozdział II, część 9

- Darcy ! – Fitzwilliam wychylił się przez kuzynkę i zza swojego modlitewnika wyszeptał do niego – Widziałeś toaletę panny Bennet ? Oboje jesteście ubrani…
- Cicho, Richard ! – warknął w odpowiedzi Darcy odwracając się do ołtarza. Gdyby ciotka to zauważyła…!
- Chrystus zmartwychwstały już więcej nie umiera… – zaczął pastor, a reszta zgromadzenia pochyliła się nad swoimi modlitewnikami, śledząc czytany przez niego fragment.
- Tak, ale czy to nie jest niesamowite ? To ten sam…
- To nic ! – Darcy próbował uciszyć kuzyna, ale ani ostrość jego odpowiedzi, ani głuchy odgłos laski lady Catherine niebezpiecznie blisko jego buta, nie zdołały powstrzymać Fitzwilliama.
- … ale w tym on żyje w jedności z Bogiem – zebrani dogonili w końcu swojego proboszcza i wspólnymi głosami zagłuszyli początek odpowiedzi Richarda.
- …zapytaj La Bennet, jak jej zdaniem to mogło…
- Podobnie… – Darcy dołączył do reszty w następnym wierszu, przerywając oświadczenie kuzyna z wściekłością w oczach i głosie, których żadną miarą nie mógł opacznie zrozumieć – Spodziewajcie się też sami, że umrzecie w grzechu…
Oczy Richarda rozszerzyły się, a jego przekorny wyraz twarzy spoważniał momentalnie pod naciskiem Darcy’ego. Zauważywszy to z ponurą satysfakcją, Darcy powrócił do tekstu z narastającym respektem dla poglądów pani Annesley na temat tajemniczych działań Opatrzności.
Koniec porannej kolekty oznaczał, że zebrani mogą zająć swoje miejsca, a to dało Darcy’emu zaledwie kilka cennych sekund, żeby rzucić jeszcze jedno ukradkowe spojrzenie w kierunku Elizabeth. Rozbawienie, które wcześniej ożywiało jej twarz, zostało zastąpione zamyślonym spojrzeniem utkwionym w misternym witrażu, darze dziadka Sir Lewisa, górującym majestatycznie w absydzie nad amboną. Było jej z tym do twarzy, a on oddałby wiele, żeby poznać charakter tych myśli, które wywołały tak frapujący obraz. Ale zaraz za tym stwierdzeniem czaiło się poczucie winy, że bezczelnie narusza jej prywatność. Z niechęcią wycofał się ze swego sekretnego wypadu nie spotkawszy jej wzroku i skierował całą swoją uwagę na nieszczęsnym proboszczu. Jego poprzednie doświadczenie z narzucającym się człowiekiem nie dało mu przedsmaku jego oficjalnego stylu głoszenia kazania. Było to więc w pewnym sensie pierwsze wystąpienie pastora. Darcy nie oczekiwał wiele, ale podczas gdy pan Collins przekładał plik kartek na ambonie, był gotów wydać ostrożny wyrok.
Ułożywszy w końcu swojej papiery pastor odwrócił się do rodziny swojej patronki i ku konsternacji Darcy’ego skłonił się im raz jeszcze, po czym lady Catherine skinieniem głowy pozwoliła mu kontynuować. Z narastającą obawą Darcy patrzył, jak proboszcz przybiera najbardziej uroczysty wyraz twarzy i zwraca się do zgromadzenia.
- Czytanie dzisiejsze pochodzi z trzeciej części listu do Kolosan: „Lokujcie swoje uczucia w tym, co w górze, nie w tym, co na ziemi”. Przedmiotem mojego kazania na dzisiejszy wielkanocny poranek, moi wierni zebrani, jest uczucie, albo bardziej właściwie, to co bywa nazywane Uczuciem Religijnym. To znaczy, będę was dzisiaj surowo ostrzegał przed prostackim brakiem umiaru „Entuzjazmu” !
- Nie, dobry Boże ! – jęknął Fitzwilliam i skurczył się w ławce.
Darcy jednak słuchał w napięciu. To była robota jego ciotki, był tego pewien.
- Czytanie – mówiła tuba lady Catherine – Każe nam kierować nasze uczucia do tego, co w górze. To nie powinno być rozumiane jako pozwolenie na oddawanie się władzy emocji. Broń Boże ! Religia jest spokojniejszej natury, bardziej poważnego, męskiego rodzaju. Pogardliwie odrzuca wsparcie czegoś tak nieprzewidywalnego, tak błahego i bezużytecznego, jak żywe wyobrażenia i niekontrolowany prąd, wybaczcie mi to wyrażenie, „zwierzęcego ducha”. Takie rzeczy znajdują miejsce w rozgorączkowanej, obłąkanej głowie Entuzjasty, raczej niż w bezstronnym, racjonalnym rozumie, którego Najwyższy wymaga od prawdziwie wierzących.

Mag - Wto 22 Maj, 2007 08:28

Dzieki Maryannku.
Nie wierzę, że pułkownik był taki drętwy,ze ciągnąłby temat koloru stroju ( o ile zauważyłby zbieżność) on był bardziej wyrobiony i inteligentny.
A już na siłę tworzenie otoczki entuzjasty... :? ??:
Collins jako tuba Lady C.- pomysł fajny, ale powód....

Pamelce płacono za strony.... :evil:

Maryann - Wto 22 Maj, 2007 08:37

Mag napisał/a:
A już na siłę tworzenie otoczki entuzjasty... :? ??:

A może milady jako właścicielka parafii i Collins jako jej proboszcz dostali z góry jakiś prikaz, żeby przeprowadzić ze swymi owieczkami taką umoralniająco-uświadamiającą pogadankę ? Bo "Entuzjastów" oficjalny kościół anglikański tępił wyjątkowo konsekwentnie... :? ??:

trifle - Wto 22 Maj, 2007 11:28

Mag napisał/a:
Pamelce płacono za strony.... :evil:


Też coś mi się tak zaczyna wydawać :? ??:

Maryann - Wto 22 Maj, 2007 11:38

Jeśli tak, to chyba jej po negocjacjach stawkę podnieśli, bo z ostatecznej wersji trochę tych stron wyleciało... :wink:
Dione - Wto 22 Maj, 2007 11:42

Mag napisał/a:
W tym syndromie, matki robią wręcz krzywdę dzieciom, az tak daleko bym sie nie posunęła w diagnozie.
Lady C nie była wzorem matki, ale zawsze dawała do zrozumienia, ze Anna ponieważ pochodzi z dobrej rodziny, to byłaby rozwinęła talenta, gdyby jej zdrowie pozwoliło...



Ale te wszystkie "kuracje" to moim zdaniem zakrawały na miano tortury. Skoro Anna była słabego zdrowia, więc pewnie nie pozwalano jej w dzieciństwie biegać, bawić się (kontakty z rówieśnikami były mocno ograniczone-jedynie kuzynostwo w czasie świąt, bo jak lady ma się kontaktować z dziećmi służby). Pamiętam motyw z "Szaleństw panny Ewy", gdy matka leczyła córkę okładami z gorących śledzi. Lady C. żyła w mniej świadomych czasach, wtedy jedną z głównych kuracji było puszczanie krwi, a wiele było jszcze bardziej okrutnych. Tak więc miała spore możliwości, żeby pogorszyć stan córki. Tak przychodzi mi do głowy, że po ewentualnym zamążpójściu Anny i wyjeździe z dala od matki lub ewentualnej śmierci Lady C., gdy Anna dziedziczy majątek, stan zdrowia dziewczyny znacznie się poprawi. Pewnie zawsze będzie nosić gruby szal w środku lata i wzmacniać się tranem, ale pewnie pozwoli sobie na większe przyjemności, jak kieliszek wina, bita śmietana i inne rozkosze podniebienia (jak była faszerowana różnymi miksturami, to pewnie musiała zachowywać odpowienią dietę) albo wreszcie otworzy okna w swojej sypialni i pójdzie na pieszy spacer.

Mag - Wto 22 Maj, 2007 12:04

Mozliwe, ze masz rację Dione. Matka przytłaczała Annę jak chwast delikatna roślinę, zabierając jej słońce (chęć do życia)
Tak jak w "Tajemniczym ogrodzie" drugie dziecko i świeże powietrze mogłoby postawić Anne na nogi. A jeśli nie zazywała ruchu i spacerów, to ani kondycji ani odporności nie miała.

asiek - Wto 22 Maj, 2007 18:01

Maryann napisał/a:
... to dało Darcy’emu zaledwie kilka cennych sekund, żeby rzucić jeszcze jedno ukradkowe spojrzenie w kierunku Elizabeth. Rozbawienie, które wcześniej ożywiało jej twarz, zostało zastąpione zamyślonym spojrzeniem utkwionym w misternym witrażu, darze dziadka Sir Lewisa, górującym majestatycznie w absydzie nad amboną. Było jej z tym do twarzy, a on oddałby wiele, żeby poznać charakter tych myśli, które wywołały tak frapujący obraz. ...

Ilekroć czytam podobne fragmenty, to zawsze zdumiewa mnie fakt, ileż to bohater powieści potrafi w ciągu kilku sekund ukratkowego spojrzenia dostrzec. :shock: Ja zdecydowanie dłużej musiałabym się przyglądać innej osobie, aby zorientować się w jej stanie ducha. :wink:
A tu Darsik rzuca szybkiego luka... i wszystko wie. :grin:

Mag napisał/a:
Nie wierzę, że pułkownik był taki drętwy,ze ciągnąłby temat koloru stroju

Mnie się wydaje, że to całkiem możliwe. Pułkownik miał duże poczucie humoru i zbież ność strojów mogła być dla niego przyczynkiem do żartów. Tym bardziej, że Darcy strasznie poważnie do tego podszedł i nie potrafił się zdystansować.

Maryann, :kwiatek:

Maryann - Śro 23 Maj, 2007 06:11

Rozdział II, część 10

Rozgorączkowana i obłąkana głowa ? Darcy skrzyżował ramiona na piersi. Jako przeciwieństwo twierdzeń pastora przyszła mu na myśl rosnąca pewność siebie Georgiany i jej nowe, płynące prosto z serca pragnienia, żeby praktykować dobre uczynki . „I nie zapominajmy o nieopanowanym „zwierzęcym duchu” !” dodał sam do siebie drwiąco przypominając sobie, jak podczas ostatnich miesięcy zaskakiwał swą siostrę i jej guwernantkę na cichym, pełnym zadowolenia studiowaniu Biblii i tej kłopotliwej książki, którą przez nieuwagę dał Georginie na Boże Narodzenie. Wycelował przenikliwe spojrzenie w stojącego na ambonie sługusa swojej ciotki.
- Nie, drodzy słuchacze – Collins w teatralny sposób uderzył dłonią w ambonę – Prawdziwa mądrość, prawdziwa religia kieruje nas ku powstrzymywaniu pasji i niepokojów na rzecz spokojnego pielęgnowania cnót moralnych. Przepraszajcie, tak ! Gorąco przepraszajcie za wasze wady i występki i starajcie się ich wiej nie popełniać, ale nie niepokójcie się irracjonalnymi obawami, że brak tego, co się nazywa „uczuciem”, czyni was w jakiś sposób ubogimi. Jedynie wypełniając warunki tego, co dotyczy waszych obowiązków i honoru, uzyskacie biegłość w naukach Ewangelii. I wszystko będzie dobrze. Zmiana samego siebie jest uczuciem skierowanym na rzeczy wyższe, nie ten pusty, dodający sobie splendoru zapał, który pod zwodniczym tytułem „miłości Zbawiciela”.
Zmiana samego siebie ! Darcy poruszył się, ławka stawała się coraz bardziej niewygodna. Przez całe życie oddychał honorem i obowiązkiem, a mimo to czyż ostatnio każdy szczebel jego towarzystwa nie kusił go do ich porzucenia ? Czy zawsze trwałby przy swoim zdaniu ? Jak bliski był poddania się sztuczkom lady Sylvanie, której tragiczne szaleństwo pokazało mu szokujące głębie nienawiści, które ukrywał w swoim sercu ? I jaki sukces od tego czasu zanotował w ich wykorzenieniu ?
- Powiadam wam, to tylko niskie zawodzenia dzikich fanatyków, jak ten osławiony Newton, czy Whitefield z ostatniego wieku, czy Bunyan i Donne, Burroughs i Owen przed nimi – pan Collins lekceważącym ruchem ręki odsunął na bok wybitniejszych od siebie teologów i literatów – I nie muszę wam przypominać, dokąd to prowadzi ! – przerwał teatralnie i rzucił – Królobójstwo !
Fitzwilliam jęknął ponownie.
- Dobry Boże, teraz ona napisze do ojca, że chcę zabić starego George’a !
Brwi Darcy’ego zmarszczyły się niebezpiecznie, a jego oczy zwęziły się do szparek. Więc teraz jego siostra została dziką fanatyczką, skłonną do planowania morderstwa ! Może nie rozumiał tego nowego aspektu jej życia, ale ten oszczerczy absurd to już zbyt wiele ! Jeśli to odzwierciedla poglądy lady Catherine (a nie miał niemal wątpliwości, że kazanie Collinsa zostało napisane pod jej kierunkiem), to nie wolno pozwolić, aby przez dwie minuty została sama z Georgianą !
- Tak, królobójstwo ! – utrzymywał Collins – Jak Jakobini, którzy grożą zza Kanału ! Nie, drodzy zebrani, unikajcie Entuzjazmu ! Patrzcie podejrzliwie na nadmierne czytanie Biblii ! Nie ufajcie tym, którzy wskazują niejasne wersy i mówią do was „To mówi Pan”. Ufajcie raczej Oświeceniu, służebnicom i swoim ojcom duchowym, jednym z których mam zaszczyt być, wyznaczonym i wspieranym przez jej wysokość lady Catherine de Bourgh. Oni określą wam, co jest właściwym uczuciem, dopuszczalnym w oczach Nieba. To koniec kazania. Amen.
Kipiąc z oburzenia Darcy wstał wraz z innymi, ale nie był w stanie śpiewać końcowego hymnu – miał wrażenie, że udławiłby się, gdyby spróbował. Po błogosławieństwie chórzyści raz jeszcze spróbowali śpiewać czysto i zaczęli pieśń na wyjście idąc wzdłuż nawy, a pastor za nimi. Lekkie westchnienie przy jego ramieniu przypomniało Darcy’emu o obowiązkach wobec kuzynki. Odkładając na bok swoje niezadowolenie, szybko wziął kapelusz, laskę i sięgnął po modlitewnik Anny, a wychodząc z ławki rzucił okiem na Elizabeth. Jeśli to było możliwe, to wydawała się jeszcze bardziej zamyślona, jeszcze bardziej czarująca niż przedtem, a on tak bardzo pragnął podejść do niej i chociaż się z nią przywitać, zanim będzie musiał wyjść. Ale obowiązek i dobre wychowanie wymagały, żeby odprowadził swoją kuzynkę do powozu. Poza tym była jeszcze kwestia tych pasujących kolorów. Jeśli będzie się trzymał od niej z daleka, to może nikt tego nie zauważy. Ale jeśli znajdzie się przy niej, czy blisko niej, wtedy oczywiście zostanie to dostrzeżone. Teraz musiał sobie odmówić, ale dzisiejszego wieczoru – przysięgał – nie odmówi sobie niczego, co ona mogła mu dać.
- Kuzynko Anno – Darcy odwrócił się i cicho powiedział do wyglądającej jak duch postaci obok niego i podał jej ramię.

Mag - Śro 23 Maj, 2007 10:37

Maryann napisał/a:
Teraz musiał sobie odmówić, ale dzisiejszego wieczoru – przysięgał – nie odmówi sobie niczego, co ona mogła mu dać.


:twisted: Ciekawe co Darcy sobie roi :wink:

Dzieki Maryannku za wczesne ciacho :kwiatek:

Marija - Śro 23 Maj, 2007 10:43

Ale armata z lady Katarzyny :twisted: . Nie dość, że właścicielka parafii, to jeszcze kazania pisze.
Maryann - Śro 23 Maj, 2007 10:53

Ona nie pisze... Ona tylko DYSKRETNIE :wink: SUGERUJE Collinsowi, co powinien napisać. :lol:
trifle - Śro 23 Maj, 2007 10:56

Mag napisał/a:
Maryann napisał/a:
Teraz musiał sobie odmówić, ale dzisiejszego wieczoru – przysięgał – nie odmówi sobie niczego, co ona mogła mu dać.



Na to samo zdanie zwróciłam uwagę :rotfl:

Maryann - Śro 23 Maj, 2007 10:56

Mag napisał/a:
:twisted: Ciekawe co Darcy sobie roi :wink:

No, że będzie z nią prowadził błyskotliwą konwersację, słuchał, jak śpiewa... i patrzył... patrzył... patrzył...
Oczywiście wszystko w tym celu, żeby się znudzić, odkochać i zapomnieć... :wink: Chociaż o tym odkochaniu to on jeszcze nie pomyślał (bo jeszcze nie wie, że jest z czego)...

asiek - Śro 23 Maj, 2007 19:08

Maryann napisał/a:
Teraz musiał sobie odmówić, ale dzisiejszego wieczoru – przysięgał – nie odmówi sobie niczego, co ona mogła mu dać.

Aaaa , Darsikowi chodzi pewnie o ten raport "o stanie dróg". :mrgreen:

Maryann, :kwiatek:

Caroline - Czw 24 Maj, 2007 08:58

Rozdział II cz.11

***

Podróż powrotna do Rosings odbyła się w całkowitym milczeniu wszystkich siedzących w barouche* poza najbardziej szacowną z podróżujących osób. Zmuszona obyczajem i historią do zachowania ciszy w kościele, Lady Catherine rekompensowała to sobie z nawiązką niekończącym się strumieniem komentarzy na temat sąsiadów, ich krewnych, służących i ich przyjaciół, podczas gdy powóz podążał w dół wzgórza i w górę podjazdu Rosings. Obaj, Fitzwilliam i Darcy, patrzyli bezcelowo w przestrzeń podczas jej długiej przemowy przyglądając się w kamiennych nastrojach okolicy. Od czasu do czasu, Darcy rzucał spojrzenie na kuzynkę w nadziei odkrycia czegoś w jej osobie, co dałoby mu pojęcie o jej kłopotach. Ona także przyglądała się mijanemu krajobrazowi i ani razu nie spojrzała na niego, przynajmniej niczego takiego nie dostrzegł spoza szerokiego ronda kapelusza, który działał jak tarcza przed jego spojrzeniem, jej drobne dłonie zaciskały się na rękawiczkach i sznureczkach od torebki. Niezależnie od tego, jak niepokojące było spojrzenie Ann, było oczywiste, że nic w tej chwili nie mógł z tym zrobić, zwłaszcza że sam odczuwał wielkie ożywienie na myśl o tym, co miało się dziać wieczorem. Ledwie mógł myśleć o czymkolwiek innym, jedna rzecz tylko mu się przypomniała – rażąca niesubordynacja lokaja, z którą musiał się rozprawić. Zachowanie Fletchera zasługiwało na najsurowszą naganę co najmniej, Darcy trzeźwo zastanawiał się nad prawdopodobieństwem, że bliskie było zakończenie ich ośmioletniej współpracy.
Przepraszając swoich najbliższych zaraz po przyjeździe, Darcy miarowym krokiem wszedł po schodach prowadzących do sypialni. Korytarz był pusty, nawet zegar wydawał się spoglądać na niego z niemym oczekiwaniem, mechanizm poruszał się naprzód z niezwyczajnie cichą miarowością. Gdy doszedł do drzwi, stał przed nimi chwilę i zwlekał zbierając się w sobie przed rozmową, która mogła być tylko nieprzyjemna dla uczestniczących w niej osób, wreszcie położył rękę na klamce. Nie przekręcił jej jeszcze do końca, gdy odgłos dobiegający ze środka zatrzymał go. Najwyraźniej Fletcher czekał na niego, odgłos kroków przemierzających niespokojnie pokój był nie do pomylenia. Otworzył powoli drzwi i rozejrzał się. Fletcher był odwrócony do niego tyłem, ciężko opuszczone ramiona nie mogły lepiej mówić o złych przeczuciach, jakie nim targały. „I słusznie! Za taki żart” pomyślał Darcy, ale okazało się, że nie mógł, widząc takie przejawy przygnębienia, zebrać w sobie tyle urazy, na jaką występek lokaja zasługiwał. Lepiej załatwić to szybko, doszedł do wniosku, zanim zacznie mu współczuć!
- Ekhm – kaszlnął Darcy i wszedł do pokoju. Jego lokaj odwrócił się gwałtownie z twarzą pobladłą z niepewności.
- Pa-panie Darcy! Fletcher wyprostował się tak gwałtownie, że jego pan spodziewał się usłyszeć trzask kręgosłupa.
- Fletcher – odpowiedział Darcy z krótkim skinieniem. Lokaj patrzył prosto przed siebie unikając jego spojrzenia – „… bez ogródki, w prostych wyrazach po żołniersku.”**, tak będzie chyba najlepiej.
- Tak, proszę pana – Fletcher zaczerpnął powietrza. – Biorę na siebie całą odpowiedzialność i oddaję się do pana dyspozycji.

* Czym jest barouche?
BAROUCHE - (ang.) caleche z kozłem stangreckim
Wszystko jasne prawda? :) Na wszelki wypadek, gdyby nie było…
Czym jest caleche?
kalesza, fr. caleche, elegancki, reprezentacyjny powóz, duży, 2–4-konny, 4-kołowy, 4-osobowy, z siedziskami naprzeciwko siebie, ze składaną budą; nadwozie łódkowate, zawieszone na pasach; k. były używane w Europie od ok. 1800; posiadali je (i nadal często mają) królowie i najbogatsza arystokracja.

O, tym się rozbijali:
http://members.iinet.net.au/~litster/Barouche.jpg

** „Otello” Akt I, scena 3, tłumaczenie Mr Paszkowski

Aragonte - Czw 24 Maj, 2007 09:40

Caroline napisał/a:
- Fletcher – odpowiedział Darcy z krótkim skinieniem. Lokaj patrzył prosto przed siebie unikając jego spojrzenia – „… bez ogródki, w prostych wyrazach po żołniersku.”**, tak będzie chyba najlepiej.

Cenzura? :lol:

I dzięki za ciasteczko :kwiatek:

trifle - Czw 24 Maj, 2007 11:00

Aragonte napisał/a:
Caroline napisał/a:
- Fletcher – odpowiedział Darcy z krótkim skinieniem. Lokaj patrzył prosto przed siebie unikając jego spojrzenia – „… bez ogródki, w prostych wyrazach po żołniersku.”**, tak będzie chyba najlepiej.

Cenzura? :lol:


Jacy oni byli obcykani z tym Szekspirem.. i żeby taki Fletcher też się tak orientował? Nieźle :cool:

Aragonte - Czw 24 Maj, 2007 11:07

trifle napisał/a:
Aragonte napisał/a:
Caroline napisał/a:
- Fletcher – odpowiedział Darcy z krótkim skinieniem. Lokaj patrzył prosto przed siebie unikając jego spojrzenia – „… bez ogródki, w prostych wyrazach po żołniersku.”**, tak będzie chyba najlepiej.

Cenzura? :lol:


Jacy oni byli obcykani z tym Szekspirem.. i żeby taki Fletcher też się tak orientował? Nieźle :cool:

No właśnie to, czy się aż tak orientował, bo nie jestem pewna :roll:

Maryann - Czw 24 Maj, 2007 11:39

Szekspir to ich - że tak powiem - poeta narodowy, więc na pewno w szkołach "obrabiany" ze szczegółami.
A Fletcher... Cóż... Fletcher orientuje się we wszystkim... :grin:



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group