Z Południa na Północ Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.
Filmy - Fajny film wczoraj widziałam IV
Anonymous - Nie 26 Wrz, 2010 20:11
Agn napisał/a:
Ten stylista to jest właśnie Stanley Tucci.
Nazwiska często mi z głowy wylatują... chyba, ze się w kimś kocham, no i ewentualnie jak sprawdzę jak się nazywa ten aktor...(nie muszę się nawet kochać wtedy, wystarczy, że mnie zainteresuje) Trzykrotka - Nie 26 Wrz, 2010 20:35 Ale sam film to kryminał.... Zanim go obejrzałam, czytałam książkę i wierzcie mi - nie ma lepszego przykładu na "lukrowanie a la Hollywood," niż ta ekranizacja. A mówią, ze to Bollywood lukruje świat! Akurat!
Książka w rozrywkowej formie pokazuje wstrętny świat współczesnego niewolnictwa, z wszystkimi aspektami. Harówkę, rezygnację z siebie w imię "kariery" - nie tylko z wolnego czasu i związków, ale nawet przekonań i zapatrywań, o sumieniu nie wspominając. Pokazuje tlum ludzi ganiających w rytm bezsensownych rozkazów i wymagań bezdusznej suki...
A tu - proszę, sielanka! Dobra pani, głupia "nie starasz się" asystentka, która nawraca się i wysłuchuje małżeńskich zwierzeń szefowej. Mam odruch wymiotny.
Tyle, że ciuchy piękne. I Meryl wspaniała.Agn - Nie 26 Wrz, 2010 20:46 A ja przez książkę ledwo przebrnęłam. Film sztampowy, ale dobrze mi się oglądało. Wracam do niego co jakiś czas. I nie chodzi o ciuchy, ale o ten klimat taki poprawny, grzeczny i ładny z wierzchu światek. To jeden z przewidywalnych filmów, które bardzo lubię oglądać. A Meryl dla mnie jest warta każdego grzechu - uwielbiam tę aktorkę.Anonymous - Nie 26 Wrz, 2010 20:51 Książki nie czytałam, stwierdziłam, że szkoda mi czasu i kasy na coś takiego, ale film kilka razy widziałam. Nic jakoś strasznie ambitnego, ale przyjemnie mi się ogląda.
A dziś jak na złość nie padało i nie oglądnęłam tego co miałam oglądać. Trzykrotka - Nie 26 Wrz, 2010 21:03 Dajcie spokój, postawcie się w sytuacji "dziewczynki chcą przeczytać, zdobądź mi nie publikowanego Harry'ego Pottera w trzy godziny, albo możesz sie nie pokazywać w pracy." Kretynka goni i załatwia, a potem jest dumna z siebie, mnie otwiera nóż w kieszeni. Może dlatego, że pracowałam kiedyś pod rządami takiej psychopatki. Nie miałam bardziej niszczącego doświadczenia w życiu. A Andrea nic, stwierdza "za mało się starałam, postaram się bardziej." I odrabia wieczorami lekcje za bliźniaczki szefowej.
Nasz świat daleko odbiegł od normalności.Agn - Pon 27 Wrz, 2010 08:56 Za to w książce miała jeszcze durniejsze żądanie - tego Pottera chciała mieć kilka godzin wcześniej, bo przecież jej dzieci nie mogą poczekać te kilka godzinek dłużej, prawda? Cała książka i film jest serią dziwnych żądań. Asystentka, która zdobywa jedzenie na czas, lata po kawę, odbiera psa, samochód etc. I w filmie i w książce to była praca sługi.
A Andrea od samego początku miała poczucie, że Miranda jej nie znosi i ciągle ją krytykuje, głównie dlatego, że nie jest dobrze ubrana. Dlatego poszła z płaczem do Nigela. Gdzie ona tam stwierdza, że za mało się starała i musi postarać się bardziej? To Nigel jej tak mówi. Film jest nierealny, to fakt, ale na nim przynajmniej się pośmiać można. Książka mnie denerwowała i gdyby nie to, że leżałam w szpitalu i nie miałam niczego innego na podorędziu, to bym tego nie przeczytała.BeeMeR - Pon 27 Wrz, 2010 09:07 Też miałam poczucie nierealności filmu, trochę też w tym, że dziewczyna w powyciąganym swetrze i niedyplomatycznie wystającej koszulce idzie do siedliska mody i słyszy, że grubaska ja bym powiedział że najwyżej niechluj
Jasne, jak ktoś tak chudy jest grubaską to ja się powinnam chyba załamać i zapłakać na śmierć - niedoczekanie
No i błyskawiczna przemiana z Kopciuszka w starą wygę, co to wszystkie rozumy pozjadała baaardzo wiarygodna
Ale Meryl w tym filmie jest warta oglądania Agn - Pon 27 Wrz, 2010 09:23 Heh, na początku filmu na rozmowie mówi, że jest bystra i potrafi ciężko pracować. A nowe ciuchy dodały jej pewności siebie - to akurat JEST realne. Może nie na taką skalę jak w filmie, ale jednak.
Swoją szosą po tej rozmowie kwalifikacyjnej w ogóle nie powinna była zostać przyjęta do pracy. Raz - prezencja. Dwa - nie wie nic o firmie, do której przychodzi, nigdy nie słyszała o osobie, z którą rozmawia (noż mogła jakiś research zrobić przed przyjściem na rozmowę). Trzy - nie ma bladego pojęcia o modzie.
Ale w tym filmie (który jest przecież komedią) chodzi o przerysowywanie pewnych spraw. Andrea jest przerysowana, Miranda jest przerysowana (choć nie wiem tak do końca, może Anna Wintour faktycznie jest taką francą i tak się zachowuje), Emily - o, ta to już jest na maksa przerysowana.BeeMeR - Pon 27 Wrz, 2010 09:31
Agn napisał/a:
na początku filmu na rozmowie mówi, że jest bystra i potrafi ciężko pracować.
Ja to słyszałam wielokroć od starających się o pracę, a najczęściej nie miało pokrycia w rzeczywistości - sorry, ale ja nie wierzę w wszystko, co ktoś o sobie mówi pochlebnie, zwłaszcza na rozmowie kwalifikacyjnej.
W to, że nowe ciuchy i atencja otoczenia dodają pewności siebie - owszem. Tylko ja w takie Kopciuszki mało wierzę, ale chętnie obejrzę czasem.Agn - Pon 27 Wrz, 2010 10:05 Widzisz, czasem jednak pokrycie w rzeczywistości jest, inaczej dosłownie każdy byłby skończonym kretynem, a instytucja rozmowy kwalifikacyjnej mijałaby się z celem.Trzykrotka - Pon 27 Wrz, 2010 10:21 Andrea, zbesztana, że się nie stara, chlipie, nabiera tchu i mówi, Faktycznie, dałam plamę
Agn napisał/a:
Ale w tym filmie (który jest przecież komedią)
No i o tym własnie mówiłam. Film jest komedią, którą "fajnie się ogląda," a został zrobiony na podstawie ponurej książki, która komedią nie miała być. Choć podana była w rozrywkowej formie. I na pewno nie miał bawić. Książkowa praca dla Mirandy polegała na spełnianiu poleceń typu "znajdź mi ten stolik, o którym czytałam." Zarezerwuj mi stolik w restauracji, o której dobrze pisali." "Ściągnij mnie z Miami" w huraganie w weekendowy wieczór. Oraz na przykład - szukaniu kolczyków zgubionych we Florencji, nie wiadomo na której ulicy. To wszystko oczywiście o każdej porze dnia i nocy.
To wcale nie jest śmieszne, zważywszy, że to nie fikcja literacka, a co najwyżej - lekko podkolorowana rzeczywistość. Wierzcie mi, wiem, co mówię. Przezyłam pół koszmarnego roku w podobnych warunkach, z socjopatką jako szefową.Anonymous - Pon 27 Wrz, 2010 10:24 Ale Andrea w to wchodzi, decyduje się sprzedać duszę Diabłu, żeby póxniej móc przebierać w ofertach, wie, że lekko nie będzie, wie, że wchodzi w biznes o którym nie ma pojęcia, co nie świadczy dobrze o niej. A późniejk faktycznie magia ciuchów i światka mody nią zawładnęła...miłosz - Pon 27 Wrz, 2010 10:24
Trzykrotka napisał/a:
Mam odruch wymiotny.
Tyle, że ciuchy piękne. I Meryl wspaniała.
Ciuchy piękne i Meryl wspaniała reszta to tragedia.........
"Amalię krolową fado" - obejrzałam; historia miejscami całkiem beznamiętna i wlecze sie momentami wręcz niemiłosiernie, a i chyba główna aktorka trochi nie podołała wyzwaniu; ale Amalia w Portugalii jest niemal ikoną, jak zmarła to trzydniową załobę ogłoszono. A film bez rozdzierających serce piosenek byłby strasznie słabiutki.
próbka śpiewu matko i córko zniewala to Amaliowe fadoBeeMeR - Pon 27 Wrz, 2010 10:50
Agn napisał/a:
Widzisz, czasem jednak pokrycie w rzeczywistości jest
Wiem, że czasem pokrycie w rzeczywistości jest, ale wierzę testom, choćby króciutkim, które sprawdzają konkretną wiedzę czy umiejętności, językowe czy biurowe: jak np. redakcja zwykłego, prostego pisma czy telefon o cośtam, a nie samym słowom. Same słowa są dla mnie niewiarygodne - zbyt wiele razy słyszałam na takiej rozmowie stereotypowe bzdury, np. że ktoś wszystko umie lub jest dyspozycyjny, by potem wysłuchiwać wszelkich wymówek świata, że ona chciała pracę rano / wieczorem bo piastuje wnuki, dzieci, dorabia także gdzie indziej. Że za daleko, bo chciała tuż przy bloku itp. itd.
Od dawna jestem zdania, że nic tak nie uczy cynizmu jak próba pomocy (np. w znalezieniu pracy) innym.BeeMeR - Pon 27 Wrz, 2010 14:33 Siedem poteg (Muk gong - Battle of Wits) (2006)
Bardzo lubię skośne filmy, ale dobre skośne filmu, a ten mnie znużył przed upływem półgodziny. Przygotowanie do bitwy, bitwa, bitwa i bitwa...
Nie dokończyłam więc i nie polecam.BeeMeR - Sob 02 Paź, 2010 10:33 Atershock (2010)
Wyczytałam kiedyś w Metrze zachwyty nad tym filmem, zainteresowałam się i owszem - podobał mi się ogromnie. Film opowiada historię rodziny, rozdartej na strzępy trzęsieniem ziemi w Tangshan (Chiny) w 1976r. oraz piętnie, którego nie potrafią zatrzeć mijające lata. Świetny portret psychologiczny, czasem tylko kilka obrazków matki, która np. dostaje niemożliwy wybór, które dziecko ratować, gdy dwóch się nie da, a życie jednego oznacza śmierć drugiego uwięzionego pod tą samą betonową płytą.
Polecam bardzo.
Mam wrażenie, że znam tą aktorkę z pierwszego zdjęcia, mam wrażenie, że już ją widziałam, tylko nie wiem gdzie
Po trzęsieniu - ogrom zniszczeń, bezdomnych, kalek, cmentarzy... Zginęło prawie ćwierć miliona ludzi.
Dodatkowym plusem do samej, świetnego aktorstwa (z jednym, małym wyjątkiem "białego" ), samej historii są piękne zdjęcia miast. ŁukaszG - Nie 03 Paź, 2010 21:15 Korzystając z większej ilości wolnego czasu, w ostatnich tygodniach zobaczyłem znacznie więcej filmów niż zwykle. Jak to często bywa, czasami po filmie spodziewamy się więcej, czasami nas zachwyca, czasami po obejrzeniu mamy poczucie straconego czasu, czasami nie jest niczym specjalnym, ale wprawia nas w dobry humor, a czasami wręcz nie jesteśmy w stanie dotrwać do końca.
Nie będę wspominać o wszystkich filmach, jakie widziałem. Wspomnę tylko krótko o czterech obejrzanych w ostatnich dniach; dwa z nich gorąco polecam.
O filmie „Ne te retourne pas” pewnie nigdy bym się nie dowiedział, gdyby nie fakt, że w mediach znalazłem informację o jego pojawieniu się na ekranach polskich kin, a moją uwagę przyciągnęły dwie aktorki, które grają rolę głównej bohaterki: Sophie Marceau i Monica Bellucci. Film pod polskim tytułem „Nie oglądaj się” pojawił się w naszych kinach blisko rok po jego premierze w większości europejskich krajów, a na dodatek chyba tylko co najwyżej w kilkunastu kopiach, bo jakoś nie udało mi się go znaleźć w repertuarze kin w województwie śląskim. Wspólny występ obu pań wydał mi się jednak na tyle intrygujący, że udało mi się go zobaczyć. Po dwóch godzinach seansu doszedłem do wniosku, że pierwsze sceny filmu, w których Sophie Marceau wychodzi z wanny i przygotowuje się do wyjścia, były to jednymi z ciekawszych w filmie, i przestałem narzekać, że mimo zapowiadanej premiery w polskich kinach film przeszedł gdzieś bokiem.
Bohaterka filmu, Jeanne, jest pisarką, której życie zaczyna się nagle komplikować, ze względu na niezrozumiałe dla niej, a także dla widza, przywidzenia. Zaczyna dostrzegać swoje mieszkanie, twarze bliskich w inny sposób niż dotychczas. W mieszkaniu swojej matki znajduje pewną starą fotografię, która może być kluczem do rozwiązania zagadki. Główna bohaterka jedzie na południe Włoch, aby dowiedzieć się, co się z nią dzieje. Na Sycylii, w małej miejscowości, gdzie podobno spędziła część wakacji ze swoimi rodzicami, spotyka znajome twarze ludzi, którzy przypominają jej z wyglądu członków rodziny; jednocześnie ona sama, kiedy patrzy w lustro, zaczyna widzieć inną kobietę (początek roli Monici Bellucci).
Powiem szczerze, że do tej chwili film ma nawet dość wciągający klimat. Niestety, potem zaczynają się pojawiać niepotrzebne „udziwnienia”, zbędne efekty specjalne typu pół twarzy Marceau, pół Bellucci, które jeszcze bardziej utrudniają akceptację tego, co wymyślił dla nas scenarzysta filmu. Nie będę jednak zdradzać rozwiązania, może kogoś zainteresowała fabuła, a może po prostu – podobnie jak ja – czasami ma ochotę zobaczyć Sophie Marceau. Film można zobaczyć, choć z pewnością pozostaje pewien niedosyt... Może byłbym w stanie bardziej zaakceptować całą historię, gdyby reżyser nazywał się David Lynch
Kilka tygodni temu kolega z pracy podrzucił mi cały pierwszy sezon serialu „Z archiwum X”. Pomyślałem, że będzie przyjemnie sobie przypomnieć pierwsze odcinki, zrealizowane 17 lat temu, sprawdzić, z jakimi emocjami będę teraz podchodzić do kolejnych części. Po obejrzeniu kilku szybko doszedłem do wniosku, że proste, krótkie historie, upchnięte zawsze w 40 minut, są dość mocno przewidywalne i obecnie bardziej bawią niż przerażają. Mimo to oglądam kolejne odcinki, chyba bardziej dla sympatycznej dwójki głównych bohaterów....
O ile Duchovny zagrał w kilku dość udanych filmach i przede wszystkim wrócił na czołówki gazet dzięki serialowi „Californication”, to o Gillian Anderson jest dość cicho. Pogrzebałem trochę w sieci i tak dotarłem do angielskiej komedii obyczajowej z zeszłego roku, „Boogie Woogie”. Mógłbym rzec, że jestem świeżo po projekcji, bo obejrzałem ją ostatniej nocy. Po filmie nie spodziewałem się w zasadzie niczego specjalnego, chciałem z ciekawości zobaczyć, jak gra i prezentuje się przed kamerą agentka Scully. Dostałem jednak całkiem udany film, z charakterystycznym dla wielu angielskich komedii przekąsem, w którym na bazie wielu różnorodnych postaci wyśmiewane są różne stereotypy. W filmie, prócz Anderson, występują m.in. Christopher Lee i przyciągająca każdy męski wzrok – Heather Graham. Film jest pewną satyrą (pasuje tu nawet słowo groteska) na środowisko artystów i powiązanych z nimi właścicieli galerii we współczesnym Londynie. Tytułowe „Boogie Woogie” to modernistyczny obraz, będący w posiadaniu starszego kolekcjonera (Christopher Lee), który dzieło nabył bezpośrednio od „mistrza” i mimo problemów finansowych i ofert przekraczających 20 milionów funtów, płynących z dwóch londyńskich galerii, nie chce go sprzedać. Owe galerie prowadzone są przez dwóch panów, z których jeden (Art) jest gejem, a żoną drugiego (Boba) jest grana przez Gillian Anderson Jean. Bob zdradza ją z kolejnymi asystentkami, a ona sama ucieka w ramiona młodego artysty, co tylko ostatecznie popycha ją do decyzji o rozwodzie. Jest jeszcze kilka innych postaci, a ich losy są ze sobą powiązane, tworząc ciekawą i zabawną historię, dzięki której tę półtorejgodzinną komedię ogląda się niemal jednym tchem. Dodatkowym smaczkiem, szczególnie dla osób lubiących Londyn, są kilkusekundowe ujęcia miasta z lotu ptaka. W jednej ze scen pojawia się też mały akcent polski, i, choć może dla nas niezbyt miły, to pewnie w jakiś sposób oddaje współczesny Londyn: kelnerka w kawiarni w centrum miasta nie potrafi zrozumieć zamówienia klientki, po czym zamawiająca tłumaczy swojej koleżance, że to Polka.
Film „Boogie Woogie” nie jest jakąś wyjątkową produkcją, ale na pewno wciąga i co najważniejsze w tego typu filmie – bawi; choć oczywiście jest to też związane w dużym stopniu z rodzajem humoru, jaki preferujemy.
A teraz wracamy na kontynent.
Od czasu, kiedy pierwszy raz zobaczyłem „Wielki błękit”, który do dziś pozostaje jednym z moich ulubionych filmów, zawsze śledziłem kolejne dokonania Luca Bessona. Dlatego też od tygodnia zastanawiam się, jak to się stało, że dopiero teraz zobaczyłem jego produkcję z 2005 roku – „Angel-A”. To chyba ostatni film, w którym Luc Besson jest jednocześnie scenarzystą, reżyserem i producentem (film wyprodukowała należąca do niego wytwórnia EuropaCorp, notowana nawet od kilku lat na paryskiej giełdzie). Po raz kolejny Besson zaskakuje pomysłowością i oryginalnością scenariusza, i choć motyw anioła z misją na Ziemi nie jest nowy, to jego historia, uwspółcześniona, wzruszająca, a jednocześnie pełna akcji, wydaje się wyjątkowa i znacznie odmienna od filmów takich, jak „Niebo nad Berlinem” czy „Miasto Aniołów”. Historia, umiejscowiona w pięknie sfilmowanym Paryżu, zaczyna się w momencie, kiedy totalnie zmęczony życiowymi niepowodzeniami André (tu znany przede wszystkim z roli sprzedawcy Luciena w „Amelii” Jamel Debbouze), próbuje popełnić samobójstwo. Stojąc na krawędzi mostu dostrzega, że nie jest jedynym, który swoje życie chce zakończyć w nurtach Sekwany. Kilkanaście metrów od niego stoi wysoka blondynka, która pierwsza znika pod falami rzeki. André, mimo że sam zdecydowany na desperacki krok, postanawia w ostatniej chwili uratować życie pięknej dziewczyny, którą wydobywa na brzeg, a ona, niczym złota rybka, twierdzi, że spełni jego każde żądanie. I tak w życiu André’a następuje zwrot o 180 stopni. Piękna nieznajoma, niczym wróżka, rozwiązuje jego finansowe problemy...
„Angel-A” jest bajką dla dorosłych z pięknym przesłanie – aby uwierzyć w siebie, pokochać się takim, jakim się jest, nie tracić wiary w swoje możliwości i odważnie kroczyć przez życie, a jeśli nie uciekamy od miłości i marzeń, nasze życie może się stawać tylko lepsze każdego dnia. Cóż, jak wspomniałem, to bajka dla dorosłych – a kto powiedział, że dorośli nie lubią bajek.
Geograficznie nie odchodzimy daleko, choć cofniemy się trochę w czasie. Okopy pierwszej wojny światowej, narrator przedstawia losy kilku francuskich żołnierzy skazanych na śmierć, m.in. za samookaleczenie, które traktowane jest jak próba dezercji. Jednym z nich jest młody chłopak, który nie może znieść okropności i bezcelowości wojny, a przede wszystkim tęskni za swoją ukochaną...
Gdzieś na północy Francji, wśród kołyszących się na wietrze łąk, w wiejskiej chałupie mieszka młoda dziewczyna, która dowiaduje się o wszystkim, ale nie przyjmuje tego do wiadomości. Mathilde (Audrey Tautou), wyjeżdża do Paryża i we własnym zakresie, z częściową pomocą detektywa, rozpoczyna dochodzenie, aby poznać losy swojego ukochanego. Poszukiwanie prawdy, któremu towarzyszy nieustanna wiara w pozytywne zakończenie, stanowi większą część historii ukazanej w filmie „Bardzo długie zaręczyny”. Oczywiście nie brakuje retrospekcji ukazujących początek znajomości oraz rozwoju wielkiego uczucia. Charakter Mathildy bardzo przypomina charakter Amelii; to młoda, odważna dziewczyna, uparcie dążąca do celu, realizująca kolejne punkty planu, spontanicznie reagująca na wydarzenia w swoim życiu, a przy tym pozostająca romantyczką, pragnącą przede wszystkim prawdziwej miłości, która wypełni jej życie.
Wspaniale zagrana postać dziewczyny stanowi jeden z największych plusów filmu, ale innych jest mnóstwo. Jean-Pierre Jeunet, podobnie jak w „Amelii”, zastosował zabieg techniczny, który powoduje, że w filmie wybijają się najbardziej odcienie zielone, żółte i niebieskie. Efekty wizualne, montaż także przypominają „Amelię”. Niesamowite wrażenie robią także, zapewne zmontowane przy pomocy komputera, ujęcia Paryża z początku lat dwudziestych, na których widzimy m.in. budynek Musee d'Orsay, funkcjonujący jeszcze jako dworzec, pałac Trocadero niedaleko Wieży Eiffla czy wielkie targowisko w okolicy kościoła św. Eustachego, na miejscu którego znajduje się obecnie centrum handlowe Le Forum des Halles. Mniej przyjemne, choć także oddane z dużą dbałością o szczegóły, są sceny z frontu pierwszej wojny światowej.
Filmowi towarzyszy piękna muzyka, której autorem jest znany przede wszystkim ze współpracy z Davidem Lynchem Angelo Badalamenti. Nie usłyszymy tu jednak współczesnych jazzowych klimatów jak w „Zaginionej autostradzie”, czy tworzących klimat grozy i niepewności nut z „Miasteczka Twin Peaks”. Odnajdziemy spokojną, nastrojową muzykę rozpisaną na orkiestrę, wspaniale dopasowaną do klimatu filmu.
Moim zdaniem film jest obowiązkową lekturą dla wszystkich, których przed laty oczarowała „Amelia”, a z pewnością znajdzie się też wielu takich, którzy po zobaczeniu „Bardzo długich zaręczyn” sięgną na półkę wypożyczalni po „Amelię” – może nie pierwszy raz.
Miłych wrażeń z seansów.
Pozdrawiam.Trzykrotka - Nie 03 Paź, 2010 21:34 Łukasz Powinieneś częściej pisać recenzję Przypomniałeś mi, że chciałam zobaczyć Angel-A. I przypomniał mi się seans Bardzo długich zaręczyn - choć akurat za tym filmem nie przepadam, to pamiętam obrazy z niego. Wizja była sugestywna.asiek - Pon 04 Paź, 2010 07:28
adminluc napisał/a:
O ile Duchovny zagrał w kilku dość udanych filmach i przede wszystkim wrócił na czołówki gazet dzięki serialowi „Californication”, to o Gillian Anderson jest dość cicho.
Anderson fantastycznie spisuje się w filmach kostiumowych. Świetnie zagrała w serialu "Bleak House" i "The House of Mirth". Polecam...Trzykrotka - Pon 04 Paź, 2010 09:11 Zagrala też w Ostatnim królu Szkocji. Ale porażającej kariery nie robi.asiek - Pon 04 Paź, 2010 09:18 Czytałam, że Anderson gra przede wszystkim w teatrze, film jest jedynie odskocznią od jej codziennej pracy.BeeMeR - Pon 04 Paź, 2010 10:28 Łukasz, ja Gillian Anderson widziałam w kilku kostiumowcach i byłam pod wrażeniem jej gry, bo się nie spodziewałam, że "agentka Scully" potrafi tak dobrze wygrać wszelkie emocje samą twarzą. A potrafi - np. w House of Mirth czy Bleak House.
Tylko nie wiem, czy lubisz kostiumowce, bo kilku panów których znam krzywi się na sam dźwięk tego słowa, chyba że dotyczy eposu o dzielnym wojaku, jak np. Gladiator czy Robin Hood
Niemniej mnie nie podeszły ani Bardzo długie zaręczyny (znudziły mnie przed połową), ani Angel-A (przerost wizji nad treścią jak dla mnie).
A ja znów na poprawę humoru i osłodzenie przymusowego L4 obejrzałam lekką i gładką bajkę:
Dekameron / Virgin Territory (2007)
Italia, zaraza, ucieczki, a przede wszystkim miłość i frywolne szukanie szczęścia w ramionach odpowiedniej osoby.
Piękne tereny, piękni, młodzi ludzie, wszystko ładnie, gładko, lekko i estetycznie. Podobało mi się, zwłaszcza absurdalny książę Dzierżyński na białym koniu oraz jego antenat w czerni .
Tym filmem jestem zachwycona tak, jak tylko stare filmy potrafią mnie zachwycić
Pięknie, wiernie i bez udziwnień opowiedziana historia miłości i zdrady, namiętności, piękna i brzydoty, umiejscowiona u schyłku średniowiecza wokół katedry Notre Dame w Paryżu.
Nie bardzo wierzę, by ktoś nie znał tej opowieści, ale przypomnę: do miasta przybywa piękna, młoda cyganka Esmeralda, kradnie serca i dusze mężczyzn urodą i tańcem.
Jej urokiem żyje poeta Gringoire, świadek i uczestnik wydarzeń, naoczny widz "uzdrowień" żebraków na Placu Cudów, który omal nie przypłaca życiem ciekawości (cudna mini rola kata, który bardzo chce go natychmiast powiesić, bo ma "taka piękną szyję" ) , potem protegowany Króla Żebraków, "biały mąż" Esmeraldy:
Opętany namiętnością do dziewczyny jest też archidiakon Frollo, ta zaś oddaje swe serce kapitanowi straży, Febusowi:
Ale Esmeraldę kocha całym swym pokręconym ciałem i duszą także głuchy dzwonnik katedry - Quasimodo - rewelacyjnie zagrany, pełen rozpaczy, zaszczuty przez ludzi i poniewierany przez Frollo, na codzień schowany w cieniu katedry:
No i przede wszystkim bohaterem jest sama katedra (replika ), jej odrzwia, wnętrze, dzwony, gargulce... Szturm na katedrę, jej obrona, szukanie azylu.
Całością jestem zachwycona niemal do samego końca, bo bardzo wierna Katedrze Najświętszej Marii Panny w Paryżu Wiktora Hugo opowieść nagle wykonuje twist, a po wszystkich dramatycznych wydarzeniach
Spoiler:
śmierci Febusa i Frollo jak należało, Esmeralda i Gringoire odjeżdżają w stronę zachodzącego słońca , zaś złamany Quasimodo zostaje przy swoich dzwonach, a ja przeżyłam spore rozczarowanie, bo to jedna z tych historii, które nie mają prawa skończyć się dobrze, a ewentualne odstępstwo mogę wybaczyć u Disneya.
Mimo to polecam lubiącym starocie
Kawał pięknego kina. miłosz - Pon 04 Paź, 2010 21:17 BeeEmer - powinnaś koniecznie oglądnąć "Jestem miłością" z Tildą Swinton wybrałyśmy sie dziś na to cudo z 3krotką no maskra - a muzyka jak z festiwalu Warszawska Jesień, a Mediolan, że w życiu by sie go zobaczyć nie chciało Anonymous - Pon 04 Paź, 2010 21:23
BeeMeR napisał/a:
Podobało mi się, zwłaszcza absurdalny książę Dzierżyński na białym koniu
O on mi się podobał. To jego przedstawianie się za każdym razem Nie wiem czy pisałam moje wrażeniu tutaj, ale ogólnie nie byłam zachwycona jakoś bardzo.