To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Filmy - Fajny film wczoraj widzialam... III

Dorfi - Pią 18 Sty, 2008 22:44

Admete napisał/a:
Która, która? :-) Jak zwykle ciekawa jestem.

Ta przy zaręczynach. A potem z takimi pałeczkami tańczyli :-D

Admete - Pią 18 Sty, 2008 22:48

Mahi ve :) Rzeczywiście bardzo dobra piosenka, rytmiczna i ciekawie zatańczona :-)
Obejrzałabym sobie jakiś film,ale mam za duży wybór i nie umiem się zdecydować...W końcu znów będę oglądać jakis serial :zalamka: ;-)

trifle - Pią 18 Sty, 2008 23:26

Za duży wybór, to jest całkiem sympatyczny problem :mrgreen: A ja dokładnie tak samo robię, jak nie wiem, jaki film, to oglądam jakiś serial ;)
Caitriona - Sob 19 Sty, 2008 15:15

Ja też nie wiem w co oczy wsadzić :mrgreen: Skończyłam "Life on Mars" (cuuudny serial :mrgreen: ) i nie wiem co dalej? :-P
praedzio - Sob 19 Sty, 2008 15:22

I u mnie się tego nazbierało... Ot, przekleństwo dobrobytu... :P
Nesia - Pon 21 Sty, 2008 13:47

Szukałam ostatnio w YouTube clipów z muzyką do filmu "Ostatni Mohikanin" i znalazłam clip z filmu "The Magic of Ordinary Days", a potem obejrzałam sobie ten film po kawałeczku (15 odcinków po ok .7 minut). Wrażenia - pozytywne, choć z moim angielskim rozumiałam piąte przez dziesiąte, czy nawet jedenaste, ale wielu rzeczy można się domyślić. Film amerykański z 2005 r., telewizyjny (Hallmark), w obsadzie: Keri Russel (jako Livy; aktorkę kojarzę z serialu "Potyczki Amy"), Skeet Ulrich (jako Ray), Mary Winningham (jako Martha, siostra Raya). Rzecz się dzieje w czasie II wojny światowej, w sennym amerykańskim miasteczku - przyjeżdża tam Livy ( niezamężna i ciężarna główna bohaterka), aby poślubić -z woli swego ojca - niezamożnego farmera Raya. Livy widzi męża po raz pierwszy w dniu ślubu, potem poznaje go w codziennym życiu i zaczyna coraz bardziej doceniać - jako dobrego człowieka. Livy zaprzyjaźnia się z bratową i jej rodziną oraz dwiema Amerykankami japońskiego pochodzenia, mieszkającymi w pobliskim obozie internowania. Sorry, jeśli ktoraś z Dam już pisała o tym filmie, ale stwierdzam, że mnie się podobał, również ze względu na ładne zdjęcia.
migotka - Pon 21 Sty, 2008 13:58

nadrabiam zaległości , w końcu obejrzałam WZGÓRZE NADZIEI
http://wzgorze.nadziei.filmweb.pl/
bardzo mi sie podobał i troszke sobie popłakałam w chusteczkę

Admete - Pon 21 Sty, 2008 14:07

Mnie się Wzgórze nadziei bardzo podobało. Może ma kilka hollywodzkich rozwiązań, ale całość pokazuje szaleństwo wojny i jej skutki.
praedzio - Pon 21 Sty, 2008 14:21

Nesia napisał/a:
Szukałam ostatnio w YouTube clipów z muzyką do filmu "Ostatni Mohikanin" i znalazłam clip z filmu "The Magic of Ordinary Days"

O, też swego czasu chciałam obejrzeć ten film!
Ponoć bardzo trudno dostać do niego polskie tłumaczenie...

Agn - Wto 22 Sty, 2008 14:13

Obejrzałam ostatnio 3 filmy. No to lecim na Szczecin...

1. Elizabeth - Złoty wiek (w kinie)
Jakkolwiek telenowelowato to zabrzmi - dalsze losy królowej Elżbiety I-ej. Co się tam dzieje, to chyba wszyscy wiedzą. Jak to jest zrobione? Całkiem porządnie (chociaż mam kilka "ale" i wcale nie chodzi mi o wino).
Cate Blanchett jak zwykle boska (nie wiem, jak ona to robi, ale jest genialną aktorką). Geoffrey Rush - mniam (jw.). I do kompletu Clive Owen, który po pierwsze świetnie zagrał, po drugie był tak niemoralnie przystojny, że powinni go za to aresztować. :slina: Na dokładkę zaplątali się tam Samanta Morton w roli Marii Stuart oraz Tom Hollander (tak, tak) w roli... kogośtam, nie pomnę nazwiska, ale kręcił się obok Maryśki.
Ogólnie - bardziej podobał mi się początek, gdzie Elżbieta jest bardziej pokazana jako królowa. Potem spłynęli do spraw prywatnych i silna królowa nagle miota się po całym zamku, płacze, krzyczy "odwołać egzekucję!" Jakoś tak średnio mi to przypadło do gustu. Ja rozumiem - też była człowiekiem i miała prawo do emocji, ale nie przesadzajmy. Kilka scen było przegiętych, w sensie takim, że były niemiłosiernie wydłużone poza granice przyzwoitości. Kiedy ścinali Marię Stuart miałam szczerze dość i chciało mi się krzyczeć "zetnijcie jej wreszcie ten łeb, i tak musicie!!!"
Najwięcej żalu mam jednak do kamerzysty, który chyba nie wylewa za kołnierz. Było sporo kompletnie bezsensownych ujęć, a szczytem wszystkiego było centralne ujęcie na słup, przy czym fakturę słupa podziwiamy w całej okazałości, zaś po brzeżku ekranu zasuwa Kaśka Blanchett, widać jej głowę i kawałek sukienki. Pff!
Ogółem - wolę pierwszą część. Ale dla Cate, Geoffreya i Clive'a jestem ścierpieć nie takie drobne niedogodnoci, jak te powyższe.

2. 12 małp (w zaciszu domowym)
Nie przepadam za Brucem Willisem. Miał kilka dobrych ról, ale nie należy do moich ulubieńców. Ale na film mnie bezczelnie kuszono, że w klimatach Dickowskich. No i się skusiłam. I nie żałuję. Rzadko mam okazję podziwiać na ekranie Madelaine Stowe, więc było przyjemnie. I znów powalił mnie Brad Pitt. Nie lubię patrzeć na jego buźkę, ale uwielbiam jego grę. Spisał się na medal w roli szurniętego synka wpływowego tatusia.
Całość jest tak zakręcona, że można się zgubić, jeśli człowiek nie uważa. Ale wszystko jest logiczne (tylko wciąż nie wiem, skąd pani doktor znała wcześniej Jamesa, ale niech tam). O czym to właściwie jest? W przyszłości ludzie mieszkają pod ziemią, albowiem na ziemi szaleje wirus, który zdziesiątkował, ba!, ztysiączkował ludzkość (no mówiłam, że klimaty Dickowskie!). Co jakiś czas wysyła się więźniów na powierzchnię, by zdobywali próbki do badania. Czemu więźniów? Bo jak ich zaraza trafi, to nikt nie będzie płakał. Tym razem wymyślili, że wyślą kogoś w przeszłość, by zbadał, co było przyczyną zarazy. Podejrzana jest organizacja o nazwie "12 małp", z której działalnością powiązane jest uwolnienie wirusa. James Cole zostaje wysłany w przeszłość. Dochodzi oczywiście do błędów, raz ląduje w roku 1990 (i ląduje na psychiatryku), potem w czasie pierwszej wojny światowej, w końcu trafia w odpowiedni czas, czyli rok 1996. I bada sprawę. Oczywiście nie ma letko. Więcej nie powiem. Ale rozwiązanie głównej sprawy (tj. wirusa i organizacji "12 małp") mnie zaskoczyło.

3. Szkarłatna litera (ponownie w domowym zaciszu)
Obejrzałam ten film z jednego powodu. Powód nazywa się Gary Oldman. :serduszkate: :serduszkate: Zdecydowanie wolę go w rolach złoczyńców czy udręczonych wampirów, ale tutaj też był fajny. I wyglądał śliczniej niż konstytucja zezwala.
O czym to? Purytanie na hamerykańskim lądzie, społeczność zamknięta na 4 spusty, Indianie wokół. Do miasteczka przybywa niejaka Hester Prynne. Jej mąż ma przybyć niedługo, ona szuka domu, zachowuje się nie po purytańsku, czym gorszy okolice. Ostatecznie ze wzajemnością zakochuje się w wielebnym Dimsdale i zachodzi z nim w ciążę. Za karę zostaje oznaczona literą "A". Tymczasem wraca jej mąż (Robert Duvall).
Film nie jest zły, tylko wątek miłosny przeraźliwie szybko się "stał". Znaczy ja rozumiem, że nie było czasu, bo to nie komedia romantyczna, tylko dramat (melo), ale tak się obserwowali, ona mu książki, on jej gorące spojrzenia, a potem wyznanie i na sianku dopełnienie uczucia. No, niezupełnie na sianku - ziarno tam było. ;) Filmowcy stwierdzili jednak, że zrobią wszystko, by wygrać konkurs na jak najbardziej niedobraną parę filmową. Demi Moore na purytankę nie wygląda, ale to i tak pikuś, bo wybitnie mi ta pani nie leży. Szczególnie w połączeniu z Garym Oldmanem. Nie podobali mi się razem, chemii nie było. Ale co tam - skupiłam się na samym Garym i było całkiem znośnie.

No, to tyle. Uff!

Trzykrotka - Wto 22 Sty, 2008 18:24

Oj, zgadzam się do Clive - jak można mieć TAKIE oczy! Ale mnie się właśnie podobała ta wariacka jazda kamery w Elizabeth :) . Permanentne filmowanie od góry, pieszczenie detali stroju, alabastru cery, płynne przechodzenie obrazów - tylko tak można było łyknąć uproszczenia postaci (ach, ci Hiszpanie i "papiści, wszyscy nie dość że źli, to cherlawi i brzydcy że strach :D ) i nieprawdopodobieństwa historyczne. Samantha Norton grała jakąś stroskana gosposię, a nie królową.
No bo Cate Blanchett to artystka doskonała, absolutnie zachwycająca.
A propos Hiszpanów: pół filmu dręczyłam się myślą, skąd znam szerokoustnego ambasadora Hiszpanii. Wreszcie zajarzyłam: nieszczęsny Boucher z N&S!
Bo śliczna dwórka Elizabeth, to kuzynka Rusella Crowe z Dobrego roku.

Aragonte - Wto 22 Sty, 2008 20:57

Trzykrotka napisał/a:
Samantha Norton grała jakąś stroskana gosposię, a nie królową.

Heh, a może to po trosze zgodnie z prawdą historyczną? :mrgreen: Przypomina mi się tu fragment "Córki czasu" Josephine Tey - książka nie dość, że o Ryszardzie III, to w dodatku kryminał, ale było tam trochę uwag "ogólnohistorycznych", tzn. traktujących dość bezceremonialnie różne postacie historyczne. No i o Marii Stuart padają tam tego rodzaju komentarze: "Jej tragedią było to, że urodziła się królową, a miała sposób myślenia zwykłej mieszczki."
Naturalnie to wersja pani Tey :wink:

I już przestaję offtopować :-)

Trzykrotka - Śro 23 Sty, 2008 12:44

No właśnie, coś jest na rzeczy. Maria chyba nie miała takiej osobowiści, jak Elżbieta. Ona była naprawdę wybitna i film, mimo swojej trochę baśniowej konwencji, ładnie to pokazuje. Od Cate Blanchett oczu się nie da oderwać. Mnie się podobały zarówno momenty jej królewskiej chwały (zamach na przykład, kiedy stylizowana jest wręcz anielsko, elfio, nieziemsko w każdym razie) i kobiecej słabości. Furia na wieść o małżeństwie Relaigha jest bardzo autentyczna. Trochę mniej mnie przekonywała jako Joanna D'Arc w świetlistej zbroi, ale za to część wojenna była tak malownicza (płonące okręty, tonące przedmioty, koń skaczący w morze, Clive na tle płonących fal), że wszystko twórcom wybaczę.
Mam tylko nadzieję, ze nie pokażą już Elizabeth starej, łysej, zgorzkniałej.

Admete - Śro 23 Sty, 2008 12:49

A ja jeszcze tego nie widziałam...Może w Krakowie?
Ogólnie buuu...

Sofijufka - Śro 23 Sty, 2008 13:34

Trzykrotka napisał/a:
No właśnie, coś jest na rzeczy. Maria chyba nie miała takiej osobowiści, jak Elżbieta. Ona była naprawdę wybitna i film, mimo swojej trochę baśniowej konwencji, ładnie to pokazuje. Od Cate Blanchett oczu się nie da oderwać. Mnie się podobały zarówno momenty jej królewskiej chwały (zamach na przykład, kiedy stylizowana jest wręcz anielsko, elfio, nieziemsko w każdym razie) i kobiecej słabości. Furia na wieść o małżeństwie Relaigha jest bardzo autentyczna. Trochę mniej mnie przekonywała jako Joanna D'Arc w świetlistej zbroi, ale za to część wojenna była tak malownicza (płonące okręty, tonące przedmioty, koń skaczący w morze, Clive na tle płonących fal), że wszystko twórcom wybaczę.
Mam tylko nadzieję, ze nie pokażą już Elizabeth starej, łysej, zgorzkniałej.

To tochę OFT, ale baaardzo lubię obraz Elżbiety w Meissnera "Opowieści o korsarzu Janie Martenie". Tam nasz korsarz-Polak gości królową na swym okręcie i nie wie, gdzie oczy podziać, bo królowa ma na sobie wprawdzie kilka warstw odzienia, ale każde jest rozcięte niemal do pasa i jak zawieje wiatr, to facet ma widoki! Zresztą wcale, wcale, bo królowa zachowała "płeć i figurę" niemal dziewczęcą. I cała Elżbieta jest, tu flirtuje z przystojnym chłopem, kokietuje go, ale jednocześnie twardo upomina się o nalezną jej część łupu....

Trzykrotka - Śro 23 Sty, 2008 13:50

Oooo, piękna opowieść! To chyba dość zrozumiałe, ta kokieteria, tak mi się wydaje. Otoczona była przez żywioł męski, fach też miała nielekki, nie wybierała się za mąż, ale flirt, to co innego.
BTW, scena z dukającym austriackim księciem w filmie mnie ubawiła do łez.

Wiedźma - Śro 23 Sty, 2008 20:54

Aragonte napisał/a:
No i o Marii Stuart padają tam tego rodzaju komentarze: "Jej tragedią było to, że urodziła się królową, a miała sposób myślenia zwykłej mieszczki."
Naturalnie to wersja pani Tey :wink:


O nie! Niech mi się pani Tey odtenteguje od Marii Stuart! Królowa Szkotów nie była głupią mieszczańską gęsią! To była kobieta dumna, ambitna, namiętna i popędliwa, a przy tym wszechstronnie wykształcona. Niestety, stewartowski upór i popędliwość okazały się zgubne, pod tym względem Maria była przeciwieństwem rozważnej Elżbiety, która wszystko zawsze dokładnie planowała i rozważała przed podjęciem konkretnych działań. Do tego Maria była znacznie bardziej pechowa od swej kuzynki, no i miała nieszczęście mieć przeciwnika w Morayu, osobniku kutym na cztery nogi i pozbawionym skrupułów.

Agn - Czw 24 Sty, 2008 11:00

Zasadniczo nie mam żalu do Samanthy Morton, miała rolę taką a nie inną. Nie wnikam, czy Maria Stuart miała mentalność gosposi czy królowej. Nie każdy nadaje się przecież do władzy, a koronę nosi.

Wczoraj obejrzałam sobie Sid and Nancy. Rzuciło mną o podłogę i teraz niczym ten chrabąszcz na pleckach mogę tylko bezradnie machać łapkami. Jeszcze nie ochłonęłam, więc jakieś większe wrażenia spiszę za jakiś czas (najwcześniej w poniedziałek, bo wtedy dobiorę się do kompa). Na razie rzeknę tylko, że szok (nad historią i postaciami + dochodzi jeszcze świadomość, że to autentyczna historia) miesza mi się z podziwem (dla twórców i aktorów). :thud:

EDYCJA POSZOKOWA: No, chyba już się pozbierałam po tym filmie, mogę dorzucić kilka słów (będą spoilery!). Tak więc film opowiada o związku między Sidem Viciousem (w latach 70-tych był basistą grupy Sex Pistols) a niejaką Nancy (najoględniej mówiąc - fanka zespołu). Historia autentyczna i tak bolesna, że masakra, a reżyser nie cacka się z widzem. Nie usiłuje uszlachetnić swoich bohaterów, nie mówi, że są diabelnie nieszczęśliwi, więc zaczęli brać. Pokazuje ich jako parę ćpunów, w dosłownym tego słowa znaczeniu, którzy pędzą w samozniszczenie. Ich związek to mieszanina pożądania, agresji i jakiejś dziwnej fascynacji. Z jednej strony się kłócą i rzucają w siebie przedmiotami, z drugiej Sid wycina żyletką na piersi jej imię. Przez nią i narkotyki wylatuje z zespołu, facet się po prostu stacza, a dziewczyna razem z nim. Oboje, jeśli udaje im się zdobyć jakieś pieniądze, wydają je na narkotyki. Był nawet moment, ale to dosłownie chwila, kiedy para walczyła z nałogiem, ale Sid nawalił i walka się skończyła. Wrócili do prochów. Finał tej historii jest tragiczny. W czasie jednej z kłótni (oczywiście oboje na głodzie i kompletnie nad sobą nie panują) Nancy wrzeszczy, że nie może tak dalej żyć, Sid na to, czy chce umrzeć i chwyta za nóż. Nie wiem, czemu wypuścili go z aresztu. Ostatecznie śmierć Nancy była jego winą. Ale najwyraźniej wyszedł. I tu nastąpił jedyny moment, kiedy reżyser postanowił nieco zanielić historię i zamiast dać scenę, w której Sid umiera, każe mu wsiadać do taksówki, w której objawia mu się cała i zdrowa Nancy. Ale nie łudźmy się - Sid przećpał się w 1979 roku.
Ogólnie - film jest traumą, bo człowiekowi wierzyć się nie chce, że tacy ludzie naprawdę istnieli i naprawdę się wykończyli. Smutne i szokujące. Niemniej film mi się podobał, bo jest inny od sztampowych produkcji biograficznych, gdzie historie się wylizuje do granic przyzwoitości, a z bohaterów robi nieszczęśliwe ofiary showbiznesu, otoczenia, podwórka, wrednych rodziców czy czego tam. Tutaj właśnie tego nie ma i dlatego film jest wart, by go obejrzeć. Dodatkowym atutem filmu jest świetna gra aktorska. Młody (w dodatku debiutujący na ekranie) Gary Oldman po prostu JEST Sidem (ale to jego znak firmowy, on się zawsze staje swoją postacią), a Chloe Webb świetnie sportretowała Nancy, z jej denerwującym sposobem mówienia włącznie. Polecam, chociaż to nie jest film dla wszystkich.

Gunia - Czw 24 Sty, 2008 13:00

Agn napisał/a:
Wczoraj obejrzałam sobie Sid and Nancy. Rzuciło mną o podłogę i teraz niczym ten chrabąszcz na pleckach mogę tylko bezradnie machać łapkami. Jeszcze nie ochłonęłam, więc jakieś większe wrażenia spiszę za jakiś czas (najwcześniej w poniedziałek, bo wtedy dobiorę się do kompa). Na razie rzeknę tylko, że szok (nad historią i postaciami + dochodzi jeszcze świadomość, że to autentyczna historia) miesza mi się z podziwem (dla twórców i aktorów). :thud:

Ja słyszałam tylko piosenkę. Nie wiem, czy mam nerwy do takich filmów. :thud:

Agn - Czw 24 Sty, 2008 13:04

Piosenka? Możliwe, że była. Ale film... dla tych, którzy lubią poczuć się totalnie zmasakrowani po seansie. Ja lubię (wiem, że jestem dziwna).
Trudne kino. Ale znakomicie zrobione.

trifle - Czw 24 Sty, 2008 13:20

Ale w jakim sensie? O jakie "takie" filmy chodzi? Aj, myśl..., od czego jest filmweb :thud:

Edit: już wiem. Ja nie mam nerwów do takich filmów :roll:

Gunia - Czw 24 Sty, 2008 13:33

Jak dla mnie "Spacer po linie" to granica wytrzymałości. :roll:
trifle - Czw 24 Sty, 2008 13:38

A podobał Ci się w sumie czy nie? "Spacer po linie"? Oglądałam to kiedyś i pamiętam, że, CHOĆ nie oglądało się jakoś źle, to to zdecydowanie nie jest rodzaj filmów jakie lubię, zwłaszcza, że muzyka też nie z mojej bajki :roll:
Agn - Czw 24 Sty, 2008 13:45

Przeglądałam ów SPL. W porównaniu z SiN jest naprawdę grzeczniutki...
Gunia - Czw 24 Sty, 2008 13:55

trifle napisał/a:
A podobał Ci się w sumie czy nie? "Spacer po linie"?

W sumie mam mieszane wrażenia - aktorsko był dobry, fabuła też ciekawie opowiedziana, ale nie należy do filmów, które mogłabym oglądać wiele razy.
Agn napisał/a:
W porównaniu z SiN jest naprawdę grzeczniutki...

Domyślam się...



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group