Filmy - Fajny film wczoraj widziałem...
Alison - Czw 02 Lis, 2006 10:09
| Matylda napisał/a: | Ali to jak to jest
Roślinki kochamy a zwierzaczki wybiórczo ??
A nie mozna wychować psa w miłości do kotów?? |
Nie można, jak się kupiło psa w hodowli, w której hodowca szczuł szczeniaki na kota zamknietego w klatce na króliki, żeby sprawdzić ciętość szczeniaków. Ot myśliwy i myśliwskie zwyczaje. Dowiedziałam się o tym dopiero po paru miesiącach, jak zauważyłam co dzieje się z moim psem na widok kota. Tego się już nie da wyplenić, to zbyt głęboko tkwi w jego psychice. A koty bardzo lubię, i zawsze chciałam mieć kota i psa, a ten konkretny mnie denerwuje, bo denerwuje mi zwierzę domowe
Zresztą dziś był spokój bo śnieg go przepędził, a wichura rozwiała mu tą kupę liści
Marija - Czw 02 Lis, 2006 10:53
Odważyłam się wczoraj obejrzeć pierwszą minutęi i ostatnie 15 minut "Pianisty" :oops: . Nie wyrabiam - dość mam na ekranie wojny, okrucieństwa, przemocy itd. Może stąd miłość do kostiumowych i łagodnych seriali BBC? Żadnych "9 kompanii", "Pasji" też nie widziałam :oops: Czy ja jestem niedostosowana czy co?
Alison - Czw 02 Lis, 2006 11:05
| Marija napisał/a: | | Odważyłam się wczoraj obejrzeć pierwszą minutęi i ostatnie 15 minut "Pianisty" :oops: . Nie wyrabiam - dość mam na ekranie wojny, okrucieństwa, przemocy itd. Może stąd miłość do kostiumowych i łagodnych seriali BBC? Żadnych "9 kompanii", "Pasji" też nie widziałam :oops: Czy ja jestem niedostosowana czy co? |
Trudno się dostosować do takiego świata jak się ma choć minimum wrażliwości. Codziennie bombardują nas okrucieństwami, to chyba normalne, że w wolnych chwilach chcemy popatrzeć na miłość, niechby i nierealną i kiczowatą, ale żeby koniecznie był happy end, skoro w życiu realnym tak rzadko się to zdarza.
Ja też unikam filmów pełnych przemocy, niechby były największymi arcydziełami, juz nie wyrabiam po prostu. Na Pianiście byłam w kinie z synem, bo uważałam za swój obywatelski obowiązek, pokazać mu, co się działo z ludźmi w tym czasie. Z Polakami, Żydami i Niemcami... Że nie wolno nikomu przyklejać etykietek, bo za każdą etykietką "Polaczek", Żydek", Szwab" może się kryć prawdziwy, wartościowy, utalentowany człowiek, ktorego jeśli się zabije dla jakieś idiotycznej idei, to cała ludzkość na tym traci.
I koniec, drugi raz już nie chciałam tego oglądać. Choc pamiętam jakie wrażenie zrobiła na mnie scena, kiedy Szpilman gra na fortepianie przed tym Niemcem, a ten otwiera szeroko oczy i zaczyna w tym zarośniętym brudnym zwierzęciu dostrzegać człowieka. Piękna scena!
Matylda - Czw 02 Lis, 2006 12:50
| Marija napisał/a: | | Odważyłam się wczoraj obejrzeć pierwszą minutęi i ostatnie 15 minut "Pianisty" :oops: . Nie wyrabiam - dość mam na ekranie wojny, okrucieństwa, przemocy itd. Może stąd miłość do kostiumowych i łagodnych seriali BBC? Żadnych "9 kompanii", "Pasji" też nie widziałam :oops: Czy ja jestem niedostosowana czy co? |
Nie miej nawet takich wątpliwości
Ja wczoraj też załozyłam ,że nie bedę oglądać tego filmu dokładnie z takich samych powodów.
Ponieważ bywam niesolidna to jednak obejrzałam i bardzo mi sie film podobał- nie żałuję
Oczywiście scena gdy grał Szpilman dla Niemca była niesamowita
Nie dość , że uwielbiam muzykę fortepianową -( boże jaką siłę mają palce pianisty i jak zarazem potrafią byc delikatne) to wygląd , strach i te ogórki powodowały , że chciało się łkać.
I pomysleć , że ci nadludzie z Niemiec tacy wrażliwi na piękno muzyki potrafili tak zniszczyć artystę , artystów, ludzi
Ale chyba największe wrażenie zrobiła na mnie scena może niewielka - ale ta zamiana miejsc
Dzisiaj my a jutro wy za drutem kolczastym
Zgadzam sie z Tobą Mariju , że filmy wojenne sa okropne ,ale chyba trzeba czasem je obejrzeć nie tylko po to , żeby nie zapomnieć , ale żeby docenić to co mamy
A tak a propos to grał tę piękną muzyke do filmu - który pianista????
Agn - Czw 02 Lis, 2006 12:58
Mogę pomarudzić? Powiedzmy, że mogę.
Pianistę widziałam w kinie - średnio mi się podobał. Znaczy się - sceny z Niemcem (jak on się zwał???) były świetne albo kiedy Szpilman wychodzi na zbombardowaną Warszawę - też robi wrażenie. Albo koniec, kiedy okazuje się, że nie mógł się odwdzięczyć jedynemu porządnemu Niemcowi. Generalnie film jest całkiem dobrze zrobiony, ale drażniła mnie pewna sprawa. To byłby naprawdę dobry film... gdyby Adrien Brody inaczej swoją postać zagrał. Doprawdy! Nie wiem, za co on dostał tego całego Oscara. Za mdłe przesunięcie się po postaci? Za nijakie odegranie człowieka, który tyle przeżył??? Facet przeżył wojnę tylko cudem, wymordowano mu rodzinę, widział śmierć niewinnych ludzi... a Adien Brody tylko smutno patrzy. HUH?
Aczkolwiek nie powinno mnie to dziwić - od lat Oscary rozdawane są nie wiadomo za co, a ci, którzy naprawdę sobie na tę "najważniejszą" nagrodę zasłużyli regularnie są pomijani. Ujmę to tak - jako książce Pianiście przydałaby się solidna redaktorka (Szpilman może i był świetnym pianistą, natomiast o pisaniu miał mgliste pojęcie), tak filmowi przydałby się inny aktor. Nie jestem przeciwniczką Adriena B., ale moim zdaniem przez błędną interpretację zepsuł odbiór obrazu. Zresztą nie wina samego aktora, wiadomo, że aktor gra jak mu reżyser zagra. Panie Polański, co pan narobił?
Marija - Czw 02 Lis, 2006 13:02
proszę: http://film.interia.pl/az...=21993&idf=1860 Różni pianiści, jak się okazuje. Na końcu to na pewno Olejniczak.
Agn - Czw 02 Lis, 2006 13:19
| Matylda napisał/a: | | A tak a propos to robił te piękną muzyke do filmu - który pianista???? |
Muzyke... heh, tu sprawa jest dosyc zabawna. Marija podrzucila linka do szczegolow. Ja natomiast podziele sie mala refleksja. Kiedy kupuje sie plyte z muzyka do Pianisty (tak jak zrobilam to ja), na okladce jak wol stoi, ze kompozytorem jest Wojciech Kilar. Troche smiesznie to brzmi, gdyz pan Kilar skomponowal tylko jeden utwor (zreszta b. dobry), natomiast pozostale 10 (jak to ujal ktorys krytyk) "malo znany, poczatkujacy w muzyce filmowej kompozytor nazwiskiem Chopin".
Matylda - Czw 02 Lis, 2006 14:34
Mnie chodziło kto grał tę muzykę a nie kto komponował
Kto nagrywał
Bo przecież nie Brody
Anonymous - Czw 02 Lis, 2006 17:35
Na mnie pianista nie zrobił spodziewanego wrażenia. Natomiast przeolbrzymie zrobiła książka. Obraz spłyca przemyślenia i doświadczenia. Cięzko jest za jego pomocą zekranizować ksiązke pisaną najczęściej w 1 osobie l.poj. Uczucia i obserwacje Szpilma Polański nie był wstanie oddać obrazem, bo tego się nie da zrobić. Można spróbować zagrać twarzą, ale wyjdzie groteska, zupełnie nie na miejscu.
Szpilman miał dar obserwacji i lekkiego pióra. A może po prostu pisał z głębi serca. Wg relacji syna, ten pamiętnik miał być niejako formą zamknięcia pewnego rozdziału. Imię ojca, matki, brata i sióstr nie pojawiło się w jego domu już nigdy potem. Zostały uwiecznione na kartach pamiętnika i w sercu.
Ja ze swej strony chciałam skorygować kilka zdań.
Wilm Hosenfeld nie był jedynym "dobrym" Niemcem. W Wehrmachcie było ich dość sporo. Nie zapominajmy, że do tej jednostki wcielano pod przymusem. Wielu Ślązaków o propolskich poglądach należało do tych jednostek. SS rekrutowano z ochotników, ludzi którzy najczęsciej zostali wychowani w hitlerjugend, którzy przeszli pranie mózgu. Ci, którzy nie zgłosili się na ochotnika byli przymusowo wcielani do Werhmachtu. Takim Niemcem był Wilm Hosenfeld.
Kolejna rzecz - Wilm nie zobaczył człowieka w brudnym zarośniętym Szpilmanie dopiero gdy ten zaczął grać. On go widział od samego początku. W egzemplarzu "Pianisty", który czytałam był dołączony pamiętnik Wilma Hosenfelda, jego przemyślenia na temat Hitlera, systemu, na temat żydów, wojny i tego co ona zrobiła z ludzmi. Szpilman nie był pierwszym Żydem, któremu Wilm udzielił pomocy. Był jednak najznaczniejszym. Potem będąc w radzieckim obozie jenieckim własnie Szpilmanowi chciał przekazać wiadomość. Bo nazwisko Szpilman coś znaczyło, można było do niego dotrzeć, ktoś go znał. Jakiś Szlajbmitz był anonimowy i mógłby po prostu nie zostać znaleziony.
Szpilman zrobił wszystko, co w jego mocy, by uratować Hosenfelda, zaangażował wszystkie możliwe organizacje humanitarne. Mur, na któy natrafił był nie do przebicia. Ale przez całe życie utrzymywał kontakt z żoną i dziećmi Hosenfelda, w najtrudniejszym, powojnennym czasie to on uratował im życie, zapobiegł śmierci głodowej, tak jak Wilm uratował jemu.
I to mnie niezwykle wzruszyło. Wszystkie nasze uczynki wracają niczym fala. Człowieczeństwo, humanitaryzm i sumienie niemieckiego oficera odbiło się i falą dotarła do jego rodziny. A dzięki Polańskiemu dowiedział się o nich cały świat. I chyba to jest jedno z najpiękniejszych przesłań jakie ktoś mi kiedykolwiek przekazał w swojej książce.
Agn - Czw 02 Lis, 2006 17:40
Użyłam skrótu myślowego - oczywiście, że Wilm nie był jedynym dobrym Niemcem (też mam to wydanie z jego pamiętnikiem), ale był chyba jedynym dobrym, którego spotkał Szpilman.
Ja co prawda nie wczoraj, a przed chwilą to zobaczyłam i nie film, a trailer do filmu, ale jestem tak podjarana i szczęśliwa, że chyba uścisnę cały świat. Ludu! Nie mam bladego pojęcia, pod jakim tytułem wypuszczą w końcu The Decameron (najnowsza wersja: Virgin territory... a, nie, pomerdało mi się. Już się gubię. Wg trailera teraz jest Chasing temptation <--- WTF?! ), ale szukuje się niezła, seksowna komedia.
Alison - Pią 03 Lis, 2006 12:53
Czy ktoś widział wczoraj w środku nocy "Poskromienie złośnicy" z Rufusem?
No... muszę przyznać, że mimo wszechwładnej miłości do pana Rochestera, długo nie mogłam zasnąć
Trzykrotka - Pią 03 Lis, 2006 18:53
A ja zobaczyłam w końcu Volver. Wiem, ze już była mowa o tym filmie, ale spieszę donieść, ze ogromnie mi się podobał i jestem pod wrażeniem kreacji Penelopy Cruz, ktorej dotąd nie znosiłam. W tym filmie jest bardzo dobra i - o dziwo - ładna, z niedoczesanymi włosami i w dziwnych ciuchach. Po filmie nachodzi refleksja: wreszcie cos normalnego Almodovar zrobił - i zaraz przypomnienie: zaraz-zaraz: molestowanie nieletniej, kazirodztwo, morderstwa w rodzinie, trup w zamrażarce na zapleczu restauracji...hmmmm. Chyba tylko Almodovar to potrafi. Film mimo wszystko jest normalny. I grają prawie same kobiety. Za to przed nim pokazują zapowiedź filmu z Gabrielem Barnalem, tym razem nie występującym w sukience
Agn - Pon 06 Lis, 2006 21:21
Właśnie wróciłam z Wrocławia. Kochani! Byłam na Ludzkich dzieciach! Ach, Clive... No dobra, co to ja miałam? *doprowadza się do porządku* Straciłam pierwsze 5 minut (przeklęte niech będą korki na Grunwaldzie!!!), więc być może ominelo mnie wyjaśnienie, dlaczego ludzie stracili zdolność do reprodukcji. Tak więc, jeśli ktoś obejrzy, to ja poproszę o streszczenie, co było w pierwszych 5-10 minutkach, ok?
Film oceniam na wcale niezły. Wprawdzie wszystko się dzieje w przyszłości, ale raz, że jest niedaleka, a dwa, że się tego nie odczuwa. Być może dlatego, że wcale nie tak trudno wyobrazić sobie sytuację, jaka się prezentuje w tym filmie w Wielkiej Brytanii (a różowo nie jest - by nie spojlerować rzeknę tylko, że imigranci mają przesrane).
O co chodzi? Chodzi o to, że Clive gra faceta imieniem Theo, który musi ochronić dziewczynę w drodze na statek. Czemu ma ją chronić? Ponieważ przez ostatnie 18 lat żadna kobieta nie zaszła w ciążę, a tu bach - dziewczyna jest w ósmym miesiącu. Musi niestety uciekać, jako że jest imigrantką, no a poza tym jako jedyna ciężarna miałaby przegwizdane ze strony rządu. Że nie wspomnę o tym, że ów rząd zapewne odebrałby jej dziecko. Rzecz w tym, że dziewczyna jest b. cenna zarówno dla rządu jak i dla imigrantów, którzy szykują powstanie. Czemu? Wiadomo - ma się narodzić nowy człowiek. Imigranci niby pomagają Kee, ale tak naprawdę też chcą jej dziecię odebrać zaraz po narodzinach, żeby na pewno zostało z nimi i żeby udowodnić, że też są ludźmi i zasługują na ludzkie traktowanie. I mamy film - Theo bierze pod pachę Kee i jej opiekunkę Miriam i zwiewa gdzie pieprz rośnie (ale zawsze w stronę statku) zarówno przed powstańcami jak i policją.
Niektóre sceny są wręcz niesamowite ------ SPOILER!!! ----- jak choćby moment, w którym w samym środku strzelaniny wszystko się ucisza, a ludzie ze zdziwieniem wpatrują się w dziewczynę niosącą na rękach malutkie dziecko. Wrazenie jest, jakby mieli przed sobą Maryję z dzieciątkiem.
No, w kazdym razie film polecam. Ciekawy i na swoj sposob piekny.
Gunia - Pią 10 Lis, 2006 16:48
Wczoraj zachciało nam się iść do kina, a że Legnica jest ograniczona pod względem kinowym, poszłyśmy na "Step Up".
Rozczarowałam się mocno, bo oczekiwałam czegoś mniej więcej w konwencji "Dirty Dancing", a był to kolejny hollywoodzki gniot oparty na starej jak świat konwencji. Całą fabułę filmu (o którym wcześniej ledwo słyszałam) przewidziałam jeszcze w trakcie napisów początkowych.
Jedyną zaletą tego filmu jest momentami dobra muzyka i choreografia, która mimo wszystko cieszy (przynajmniej moje) oczy.
Caitriona - Nie 12 Lis, 2006 23:42
Polecam wszyskim Children of Men - świetny film, z fantastyczną rolą Clive'a Owena!!
migotka - Pon 13 Lis, 2006 09:49
a ja polecam SKAZANEGO NA BLUSA i TRZECI z Markiem konradem. pierwszy smutny i z łezką w oku, drugi poprawiający humor.Takie to miałam niedzielne popołudnie;)
miłosz - Śro 15 Lis, 2006 09:58
viva la Provence! - powinien zakrzyknąć na koniec swojego filmu Ridley Scott wraz z aktorami, a wdzięczni mieszkańcy Prowansji winni wystawić ekipie filmowej conajmniej pomnik w spiżu
Piekna historia ( moze banalna ale na miły Bóg, życie jest banalne) pięknie sfotografowana (Philip le Sourd), piękna muzyka (Hans Zimmer - co klasa to klasa okraszona standardami) , nieco zramolały ( z gatunku starej pierdoły - i nieco zbyt leciwy do tej roli) Russel Crowe. No i nade wszystko - MARION COTTILARD ( godna następczyni Moreau, Deneve, Ardant,). Za moment zagra Edith Piaf. Widać, że w tej kobiecie drzemie wulkan..
Oj czarowny ten film - chapeau bas przed Scottem, który kocha piękne zdjęcia (kiedyś studiował malarstwo ) i w każdym jego filmie rzuca sie to w oczy, a w "Dobrym roku" nasze oczy znajdą poprostu ukojenie.
a na dokładke po ekranie platał się pan Colins z D&U 2005 i co tu gadac platał się zupełnie uroczo
Trzykrotka - Śro 15 Lis, 2006 18:28
Popieram każde słowo Miłosza. Przecudne, rozmyte, światło. Piękna muzyka z wieloma starymi ale jarymi coverami. Świetni aktorzy. Winnica. Sielskość francuskiego chateau i stalowo - szary chłód Londynu. Trzy piękne kobiety. Wino. Śpiew tylko z offu, ale uroczy. Nawet Russell w okropnych wdziankach nie zakłócił idylli. Do kina, miłe Panie! To naprawdę były dobre dwie godziny.
miłosz - Sob 18 Lis, 2006 10:24
a mua poszła na rozrywke w formie czystej czyli "Casino Royal" - od poczatku byłam zachwycona nowym Bondem i zachwycam sie nadal. Od wczoraj - Daniel Craaig jest znakomity i film jest zupełnie przyzwoity - ma akcję i bardzo dobre dialogi (dość powiedzieć, że współautorem scenariusza jest Paul Haggis - reżyser i scenarzysta "Miasta gniewu").
I to co mi sie podoba to to że film nie jest naszpikowany wymyślnym gadżetami, Bond opirea sie wyłącznie na sile mięśni i niezawodnym browningu
No i smakowity Mads Mikkelsen i jeszcze smaczniejsz Judi Dench, dla panów zostaje zupełnie apetyczna Eva Green
W końcu koniec epoki Pierce Brosnan'a, idiotycznych gadżetów, równie
idiotycznej fabuły i nachalnego efekciasrtwa. W końcu Bond, którego ogląda się
z przyjemnością. A sam Craig- obok Connery'ego jeden z najlepszych Bondów.
jest absolutnie znakomity - blyskotliwy, męski, z niesamowita charyzmą.
Caitriona - Sob 18 Lis, 2006 22:42
Przeciwiczką Daniela nie jestem, aczkolwiek w roli nowego Bonda widziałam kogo innego A, i Pierce lubiłam - miał styl i klasę. Ale tak wogóle to ja tam za Bondami nie przepadam
miłosz - Nie 19 Lis, 2006 09:36
Fanką Daniela ostałam sie po "Sylwii" a do tego jeszcze "Monachium", "Layer Cake" (dziwaczne jak diabli ale Daniel.........) no a wczora obejrzałam "Matkę" - z Danielem,Anne Reid (Pani Rouncewell z "Bleak House"), - kino próbujace nawiazć do takiej tradycji kina angielskiego lat siedemdziesiątych. Film pełen egoistów i samotnej matki; brrrrr , jak która ma ochotę na depresyjke to będzie jak znalazł
Lubie takie kino, ale nie zawsze i nie w nadmiarze
Daniel znakomicie obrzydliwy; facet stworzony do ról emocjonalnych popaprańców
GosiaJ - Nie 19 Lis, 2006 23:51
Bonda dziś nowego zobaczyłam.
Wcześniej już odwołałam moje ewentualne uwagi do Mr. Craiga w wątku mu poświęconym, więc teraz z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że sprawdził się jako Bond w 100% i podoba mi się o wiele bardziej niż zbyt słodki elegancik Brosnan. Podoba mi się zaraz po Seanie Connerym, który jest moim number one.
Bardzo brutalny ten nowy Bond. Scenariusz taki średni, nie jakiś wybitny, ale może być. Dialogi bardzo dobre (chociaż ich niewiele, szczególnie na początku) - na czele z odpowiedzią na pytanie o martini Niesamowite sceny pościgów, ale bliższe realizmowi (mimo że czasem bohaterowie prawie biegają po ścianach, jakby się z "Matrixa" urwali ). Dużo mniej gadżetów - to dobrze.
Świetny badguy, niebanalna "dziewczyna Bonda", M z klasą - jak zwykle. Myślę, że warto zobaczyć. Chociaż jeszcze raz ostrzegam, że bardzo brutalny. I to wcale nie dlatego, że przez kino indyjskie się nadwrażliwa zrobiłam. Bolly, a szczególnie kolly (filmy tamilskie) są też czasem pełne okrucieństwa. Na pewno "Casino Royale" nie jest dla nastolatków.
Anonymous - Pon 20 Lis, 2006 02:40
A ja właśnie oglądnęłam na TVN 7 bardzo sympatyczną komedię romantyczną Melodie miłości.
Jutro lub pojutrze ma być powtórka (21:20 czy jakoś tak).
Danny Kowalski w dzieciństwie pomaga przyjść na świat malutkiej Annie. Po 25 latach potyka Annę i jej mocno walniętą rodzinę - siostra, Karen, wojującą feministką, pod szorstkościa skrywa pragnienie miłości. Druga siostra - niewidoma Nina, przez całe życie chowana przez Annę pod szczelnym kloszem, otulona bezpieczną powłoczką, boi się życia. Boi się nawet wyjść z domu...
Brat Anny przeżywa kryzys małżeński, a jego żona przeżywa załamanie nerwowe i chce popełnić samobójstwo. Ciągle chodzi z bronią (terapia psychonalityka) i co jakiś czas grozi, że jej użyje (co przynosi jej ulgę ). Ciężko chora matka pełna ideałów i ojciec, który pod pozorami cynizmu skrywa swoją wielką miłość do niej. Anna która zatraciła gdzieś się w prozie życia i poczuciu odpowiedzialności za całą rodzinę, zaręczona jest z Eric'em i chce za niego wyjść tylko dlatego, że jest bogaty, przystojny i odpowiedzialny.
I w cały ten cyrk wkracza niczym burza Danny zmieniając nie tylko życie Anny, ale też życie jej rodziny.
Motywem przewodnim jest definicja miłości Dannego i Anna Karenina Tołstoja (nawet imiona sióstr są kalamburem tego tytułu: Anna, Karen i Nina
Bardzo milutki i ciepły film z świetnie dobraną muzyką (Richie Valens w kuchni był jak najbardziej na miejscu ) No i obsada. W głównej roli męskiej Jude Law, Ninę gra szwagierka naszego Colina, a matke - Brenda Blethyn.
Bardzo gorąco polecam na jesienny wieczór
http://www.filmweb.pl/Mel...e,Film,id=31928
monika29.09 - Wto 21 Lis, 2006 21:25
uwaga, będzie serio:
Ja w Placu Zbawiciela, który oglądałam dwukrotnie, widzę przede wszystkim szansę na zrozumienie, jak gwałtownie mogą się potoczyć losy dwojga ludzi (nie mówię tu o mamie bohatera, tylko o małżonkach).
Rozmawiałam z kilkoma koleżankami, które mają spore staże małżeńskie i dla nas film był smutnym obrazem, bo jest blisko życia. Oczywiście nie zawsze jest aż tak ciężko, ale zdarza się "ocierać" o klimaty znane ze scen Placu...
Mnie akurat kino ciężkie, pokazujące życie takim jakie jest, nie przeszkadza. Oczywiście pod warunkiem, że sama nie jestem w dołku. Ale wierzę, że jest to bardzo indywidualne, dlatego nikogo nie chcę namawiać na siłę
m.
Caroline - Wto 21 Lis, 2006 22:07
A z zupełnie innej bajki, widziałyście "Infiltrację"? Miszczu Scorsese w niezłej formie, chociaż to remake. Polecam, świetne kino sensacyjne.
http://infiltracja.filmweb.pl/
Zazwyczaj jestem obiektem kpin i pełnych politowania spojrzeń jak mówię, że jestem fanką Leonardo DiCaprio. Trudno, dekonspiruję się, bo obaj z Mattem Damonem są w tym filmie świetni + Martin Sheen + Jack Nicholson i wielu innych.
|
|
|