Fantastyka - Zmierzch, Nów i inne fazy ;)
Yvain - Nie 05 Wrz, 2010 18:57
Z tym kopnięciem Kyle'a to faktycznie przykro wyszło, też nie pasuje mi to do Iana, mógłby tak jak później Jareda pięścią i po krzyku.
Ciekawe było też to, że Kyle przeprosił Wandę i to, że Wanda coraz lepiej kłamie
Agn - Nie 05 Wrz, 2010 19:11
Told ya - Wanda się uczy, jak to jest być człowiekiem. Jak pisałam wcześniej (posty temu) Wanda jest teraz wypadkową cech ludzkich i duchowych (by nie powiedzieć dusznych). A scena wyznania była ładna. Wprawdzie nie płakałam na niej (jak niektórzy fani na oficjalnym forum deklarują), ale jednak... ładna scena.
Kopniak w twarz też mi się nie podobał i to jedyny moment, kiedy chciałam Iana walnąć w łeb. Poza tym jednak go naprawdę bardzo lubię. Choć też wolę, gdy facet załatwia sprawę po męsku. Czyli jeśli już musi się z kimś lać, to pięścią w pysk, a nie kopniakiem w nos. Naziole tak mogą sobie robić, a nie Ian. Zwłaszcza w stosunku do brata.
A zresztą nie ma mężczyzn idealnych, nawet Ian musiał coś spsocić.
Wątek Kyle'a i Jodi/Sunny jest urzekający. W sumie dopiero teraz widzimy całość tej postaci. No, powiedzmy że za chwilkę, jak skończy się książka. Ja naprawdę rozumiem tego faceta. On jest prosty jak konstrukcja cepa... ale gdyby Meyer zapełniła książkę samymi wrażliwcami czy filozofami, to by mi się tak nie podobało. Owszem, Kyle to przede wszystkim siła. Ale on też swoje przeżył. Jodi była dla niego stracona, teraz miał nadzieję, ale...
No i właśnie Sunny jest taką duszą wzorcową. Ufna, zakochana, spokojna... Swoją szosą Kyle i Sunny to w ogóle parka niedobrana (też takie lubię!). Nie dość, że on jest wielki jak stodoła, a ona drobniutka i delikatna jak porcelanowa laleczka, to jeszcze on jest gwałtowny, w gorącej wodzie kąpany, łatwo się wpienia i wdaje w bójki (złamany nos)... Sunny zaś to spokojna, cicha woda. Ech...
Cała saga - w sumie mamy mnóstwo czasu.
Naprawdę tak ci się podobało, Spin? Bo mnie też.
spin_girl - Nie 05 Wrz, 2010 19:37
| Agn napisał/a: | Wątek Kyle'a i Jodi/Sunny jest urzekający. W sumie dopiero teraz widzimy całość tej postaci. No, powiedzmy że za chwilkę, jak skończy się książka. Ja naprawdę rozumiem tego faceta. On jest prosty jak konstrukcja cepa... ale gdyby Meyer zapełniła książkę samymi wrażliwcami czy filozofami, to by mi się tak nie podobało. Owszem, Kyle to przede wszystkim siła. Ale on też swoje przeżył. Jodi była dla niego stracona, teraz miał nadzieję, ale...
No i właśnie Sunny jest taką duszą wzorcową. Ufna, zakochana, spokojna... Swoją szosą Kyle i Sunny to w ogóle parka niedobrana (też takie lubię!). Nie dość, że on jest wielki jak stodoła, a ona drobniutka i delikatna jak porcelanowa laleczka, to jeszcze on jest gwałtowny, w gorącej wodzie kąpany, łatwo się wpienia i wdaje w bójki (złamany nos)... Sunny zaś to spokojna, cicha woda. Ech... |
zgadzam się w 100% Szkoda, że tak mało czasu autorka poświęciła na jego rozwinięcie. Może w sequelu zobaczymy więcej.
| Agn napisał/a: | | Naprawdę tak ci się podobało, Spin? Bo mnie też. |
jeszcze jak mi się podobało! To była najlepsza merytoryczna dyskusja w moim życiu! Dlatego nie mogę doczekać się omawiania sagi - bo przy Intruzie jesteśmy w jakiś 98% zgodne, a przy sadze nie, więc powinno być superciekawie!
spin_girl - Nie 05 Wrz, 2010 19:41
Skoro tak dobrze nam poszło, to dorzucam moją recenzję zakończenia:
Ostatnie rozdziały i epilog.
Naprawdę nie rozumiem, dlaczego pani Meyer musi mi w tej powieści psuć każdą chwilę radości. Wanda żegna się z Jaredem przed wizytą u Doktora dużo czulej niż żegnała się z Ianem, który podobno stanowi jej bratnią duszę. Pani Meyer najwyraźniej ma jakąś filozofię, ale ja jej, szczerze mówiąc, nie rozumiem, bo wychodzi na to, że silniej kochamy ciałem niż rozumem, a przecież to nieprawda. Mówi się, że kochamy sercem, ale tak naprawdę kochamy mózgiem, które powoduje, że w ciele zachodzą różne procesy chemiczne. Skoro więc Wanda swoim umysłem, duszą, istotą, kochała Iana, to dlaczego o tyle silniej reaguje na Jareda? Wygląda to tak, jakby jej ciało rządziło nią, nie ona sama.
Jared też jest niezły – mógłby się wreszcie zdecydować, co do kogo czuje.
No i Wanda poszła do Doktora i natychmiast stało się jasne, że nie dadzą jej w spokoju umrzeć. Ostatni rozdział zaczyna się tak, że jak zwykle niczego nie rozumiem. Dopiero po dłuższej chwili okazuje się, że jednak pani Meyer musiała wymyślić szczęśliwe do bólu zakończenie. Ludzie bynajmniej nie uśmiercili Wandy, tylko przemyśleli sprawę i znaleźli bardzo miłą, śliczną i sympatyczną panienkę w wieku lat 17, w której od 6 lat mieszkała Dusza, co automatycznie oznaczało, że ludzka dusza już wyparowała (albo zniknęła w inny sposób). W związku z tym ludzie uznali, że mogą sobie takie ciało przywłaszczyć, wypchnęli zamieszkującą je Duszę na inną planetę i wsadzili tam Wandę. Przez jakiś czas panowała jeszcze ogólna konfuzja – kto kogo kocha, kto kogo pożąda itd., z której, jak zwykle najlepiej wyszedł Ian, kochający Wandę jako Wandę – czy to w ciele Mel, czy jako srebrną glistę czy jako Pet. Jared i Wanda jeszcze się przez chwile błąkali jak dzieci we mgle, ale jak tylko okazało się, że Wanda w nowym ciele dostaje małpiego rozumu na widok Iana (jak już dawno powinna ), wszystkie bezsensowne uczucia zaczęły z niej wyparowywać i teraz Ian ma nareszcie w perspektywie seks. Dobrze, że nie wie, że będzie go uprawiał z osobą fizycznie nieletnią
Na końcu spotykamy nową grupę ludzi i okazuje się, że trochę takich grup jednak przeżyło (ha!, wiedziałam, ludzie to jednak są twarde bestie, zawsze jacyś survivorzy się znajdą). Jest też z nimi niejaki Burns czyli męski odpowiednik Wandy.
Mnie najbardziej ucieszył fakt, że Sunny się jednak uratowała. Na końcu polubiłam jednak Kyle’a i już wiem, dlaczego go tak broniłyście Scenka, w której śpi z ciałem Jodi pod jedną pachą i urną z Sunny pod drugą jest urocza, a jego decyzja o ponownym wsadzeniu Sunny do ciała Jodi całkowicie rehabilituje go w moich oczach.
Jedym słowem mamy piękny happy end (jak na sytuację, w której planetą nadal rządzą kosmici), każdy ma swoje ciało, wszyscy się kochają i są szczęśliwi. Nieco mnie dziwi wizja sequela, chyba, że Ian nagle dostanie świra i porzuci Wandę „dla jej dobra”, a w międzyczasie zakocha się w niej Burns…
Ogólnie cała powieść jest bardzo dobra, ciekawa i w stylu Meyer, który już zdążyłam polubić – lubię książki o uczuciach.
Agn - Nie 05 Wrz, 2010 19:48
Kyle nie jest pierwszoplanowym bohaterem. Ale być może poznamy go lepiej później. Wiesz, podobnie było z Rosalie. Najpierw to była zimna blondzia, która nie znosiła Belli (trudno jej się dziwić, choć na dobrą sprawę nie wyglądało na to, by miała szczególne powody), potem ktoś, kto popełnił fatalny w skutkach błąd, wreszcie osoba, która ma podstawy, by uważać, że bycie wampirem nie jest błogosławieństwem, a jej życie skończyło się tragedią. W ogóle bardzo lubię tę scenę w filmie, jak Rosalie, po opowiedzeniu historii z Roycem Kingiem, opowiada o Emmetcie i za czym tęskni. I czego będzie najbardziej pragnąć Bella po przemianie.
Agn - Nie 05 Wrz, 2010 19:55
| Spinka napisał/a: | | Wygląda to tak, jakby jej ciało rządziło nią, nie ona sama. |
That's the whole point! Właśnie o to chodzi. To jej ciało, nie ona sama. Duchowo, sercowo, umysłowo wybrała Iana, ale ciało jest jej naczyniem, odczuwa to, co ono. Więc Jared, dotykając Wandy/Mel, wywołuje uczucie drżenia etc. Ian przedostał się do Wandy poza ciało, ale przecież... to nie jest ciało Wandy. Musi je opuścić, by móc w pełni odczuwać to, co czuje sercem (czy tam mózgiem) w stosunku do Iana.
HURRAAAA!!! SPIN POLUBIŁA KYLE'A!!! Mówiłam, że on tylko na początku wydaje się taki, a nie inny. Kiedy pierwszy raz czytałam książkę, rozumiałam gościa, ale nie aż tak. A po zakończeniu... Ech...
Dlaczego kontynuacja The host miałaby wyglądać jak New Moon? Na dobrą sprawę tam się jeszcze wiele może (MUSI!!!) wydarzyć. Nie wierzę, że takie coś można zostawić. Mamy radosny happy end, ale w małym światku. A co z resztą świata? Takich grup ocalałych (ha! ha! ha!) jest więcej, można je odnaleźć i połączyć siły. Ludzie MUSZĄ odzyskać swoją planetę i wykurzyć te przeklęte duszyczki ze swojego terytorium.
Co dorzuca nam dylemat dla Wandy, Sunny i innych dusz, które przeszły "na ciemną stronę mocy" - czy i one mogą zostać? Czy może jak wszyscy, to wszyscy, babcia też?
Yvain - Nie 05 Wrz, 2010 20:10
| Agn napisał/a: | Ludzie MUSZĄ odzyskać swoją planetę i wykurzyć te przeklęte duszyczki ze swojego terytorium.
Co dorzuca nam dylemat dla Wandy, Sunny i innych dusz, które przeszły "na ciemną stronę mocy" - czy i one mogą zostać? Czy może jak wszyscy, to wszyscy, babcia też? |
Chyba, że znajdzie się sposób żeby mogły pozostać, ale w tym wypadku i ludzie i dusze musieliby się dużo nauczyć jak ze sobą wspólnie żyć. Czy jest to możliwe, na skalę całej planety?
Agn - Nie 05 Wrz, 2010 20:14
Yvain, ja myślę, że w piętnastu tomach tak. Ale ponieważ Meyer planuje dwa sequele, to nie sądzę. Acz pewnie coś pokombinuje z porozumieniem duchowo-ludzkim.
spin_girl - Nie 05 Wrz, 2010 22:01
| Agn napisał/a: | | Dlaczego kontynuacja The host miałaby wyglądać jak New Moon? |
nie musi i mam nadzieję, że nie będzie. Takie miałam po prostu skojarzenie, kiedy sobie pomyślałam o sequelu, bo pamiętam, że po przeczytaniu Zmierzchu, świadoma tego, że są 4 tomy w sumie, pomyślałam sobie "co tam u licha może się takiego wydarzyć?". Myślałam, że pozostałe tomy wypełni przekonywanie Edwarda przez Bellę, że powinien ją zmienić w wampira. Kiedy zaczęłam czytać New Moon i nagle Edward odszedł to był dla mnie gigantyczny szok- ostatnie, czego się spodziewałam. I podobną sytuację mam z Hostem - ta powieść też się kończy happy endem i nie wiem, co by tam się jeszcze mogło wydarzyć. A ponieważ pani Meyer lubi trójkąty miłosne, więc z uwagą będę przypatrywać się tajemniczemu Burnsowi...
Agn - Pon 06 Wrz, 2010 21:40
Też coś czuję, że ten Burns ciut namodzi w uczuciowym światku naszych bohaterów. Choć na dobrą sprawę trójkąt i tak już jest. Myślicie, że po Jaredzie spłynie jak po kaczce fakt, że w ciele jego ukochanej była Wanda? Bo tak, pomyślmy:
- Wanda w ciele Mel kochała Jareda - uczucie w sumie nabyte, siła przyzwyczajenia, cokolwiek
- Jared miał w ciele Mel i Wandę, i Mel - ciało Mel ma przy sobie, ale do Wandy się przekonał, więc może spoglądać na delikatną dziewuszkę, plączącą się po jaskiniach nieco inaczej niż na sprzymierzeńca z obcej planety
- Mel kocha Jareda, ale oczyma Wandy widziała Iana, ciało nie zapomina, więc...
- Ian kocha Wandę, ale przyzwyczajony jest, że jest w ciele Mel - może się czasem gapić na Mel.
Właściwie to mamy czworokąt, tylko teraz przynajmniej w czterech, a nie trzech ciałach.
A teraz w to wszystko władujmy Burnsa. Z Wandą łączy go historia i pochodzenie, a także sytuacja życiowa - przeszli "na ciemną stronę mocy". Pięciokąt? Ludzie, walczcie o planetę! Proszę!
Choć cokolwiek Meyer z tym zrobi, ja i tak przeczytam. Pokochałam tę książkę. Wiem, że to żadna wysokich lotów literatura, ale... kurczę, akurat The host wyciągnął mnie z doła i po każdej lekturze optymistyczniej spoglądam na świat. Niecierpliwie więc czekam na dalszy ciąg.
Agn - Wto 07 Wrz, 2010 23:04
Ganiałam sobie po YT w poszukiwaniu tej wersji piosenki Careless whisper i nadziałam się na taki filmik zmierzchowy: http://www.youtube.com/wa...9E&feature=fvst
Robert to wygląda w tym filmie tak, że można go łyżkami...
Yvain - Wto 07 Wrz, 2010 23:37
| Agn napisał/a: | Ganiałam sobie po YT w poszukiwaniu tej wersji piosenki Careless whisper i nadziałam się na taki filmik zmierzchowy: http://www.youtube.com/wa...9E&feature=fvst
Robert to wygląda w tym filmie tak, że można go łyżkami... |
Łyżkami!!! chochelką go A mnie urzekł w tym filmiku kadr z 1.00 min odzwierciedla prawdziwą naturę Edzia, anielski wampir, anielsko seksowny wampir....
Agn - Śro 08 Wrz, 2010 19:58
Tiaaaa, onego czasu Spin nosiła to w avatarze i była analiza tego ujęcia. Do dziś w sumie nie jestem pewna, czy to tak wyszło, czy twórcy zrobili to specjalnie.
spin_girl - Czw 09 Wrz, 2010 21:53
To kieeeeeeeeeedy ruszamy ze wspólnym czytaniem sagi, kieeeeeeeeeeeeeeeeedy?
Agn - Czw 09 Wrz, 2010 22:06
A już chcesz teraz?
spin_girl - Czw 09 Wrz, 2010 22:08
Kce! Kce!
Agn - Czw 09 Wrz, 2010 22:14
HMMM... no dobrze, możemy zacząć. Oj, pierwszy tom... mało Jacoba... będę twarda nie mientka...
Anonymous - Czw 09 Wrz, 2010 22:36
Przyłączę się do Was od dalszego tomu bo pierwszy pożyczyłam koledze i przed październikiem nie odzyskam....
spin_girl - Pią 10 Wrz, 2010 09:53
Agn już mnie poratowała, ale jeszcze potwierdzę - dubel był niechcący, miałam jakieś problemy z publikacją posta (zapewne za jego niską wartość intelektualną ) i w rezultacie wyszło mi podwójnie.
No dobrze, drogie panie, w takim razie pozwolę sobie ogłosić początek wspólnego czytania Zmierzchu. Czy możemy zacząć od jutra? Tylko, że sprawdziłam w książce, bo tak mi się jakoś majaczyło, że rozdziały w Zmierzchu są strasznie długie i faktycznie, pierwsze 3 rozdziały to u mnie ponad 65 stron. W związku z tym proponuję czytanie po dwa rozdziały. Zgadzacie się?
Agn - Pią 10 Wrz, 2010 11:28
Jestem za. Fakt, że rozdziały długawe. Jutro jest... *patrzy w kalendarz* ...sobota. Okej, dojadę do domu i przeczytam dwa rozdziały.
Bello, nadchodzę pełna jadu!
spin_girl - Pią 10 Wrz, 2010 11:43
| Agn napisał/a: | | Jestem za. Fakt, że rozdziały długawe. Jutro jest... *patrzy w kalendarz* ...sobota. Okej, dojadę do domu i przeczytam dwa rozdziały. |
hurra!!!
| Agn napisał/a: | | Bello, nadchodzę pełna jadu! |
oops...*słyszy muzykę ze Szczęk*....będzie się działo....
Agn - Pią 10 Wrz, 2010 22:20
Bardzo mnie znienawidzisz, jeśli będę jechać po bohaterce jak po łysej kobyle? Wiem, że też jej nie lubisz, ale wolę wiedzieć, czy mogę sobie w razie czego poszaleć.
Muzyka ze Szczęk? Też daje radę. Choć ja bym raczej dała motyw ze sceny prysznicowej u Hitchcocka.
EDYCJA: O, wiem co zrobię. Będę sobie odsłuchiwała audiobooka w czasie jazdy pociągiem.
spin_girl - Sob 11 Wrz, 2010 15:10
Nie, możesz sobie jeździć po Belli, ja jej nie lubię. Za to Edwarda lubię, więc mogę się zrobić nerwowa, jak zaczniesz jeździć po nim
spin_girl - Sob 11 Wrz, 2010 16:17
TA DAM TA DAM! PROSZĘ PAŃSTWA, JEST SOBOTA! SEZON NA ZMIERZCH UWAŻAM ZA OTWARTY!
Rozdział I
w którym poznajemy główną bohaterkę. Już na pierwszej stronie dowiadujemy się o niej bardzo ważnej rzeczy - Bella jest marudą. Przeszkadza jej, że musi zabrać do samolotu kurtkę (jest styczeń), przeszkadza jej, że Forks jest małe, że jest zachmurzone...."musiała" tam spędzać wakacje do czternastego roku życia, aż w końcu zmusiła ojca, żeby jeździł z nią na wakacje do Kaliforni. Urrrrrrrrocza osóbka z tej Belli.
"It was to Forks that I now exiled myself - an action that I took with great horror. I detested Forks" - jak uroczo. Wrodzony optymizm przebija w każdym zdaniu.
Strona druga, na której dowiadujemy się, że Bella jest nadęta i nie ma szacunku dla starszych. Mówi do nich po imieniu (przynajniej mentalnie) - jak pretensjonalnie. Nazywa matkę "erratic" i "hare-brained" - to są inwektywy. Hare-brained to znaczy tyle co "ptasi móżdżek".
Kolejne strony wypełnia marudzenie Belli- nie będzie miała o czym rozmawiać z ojcem, odmawia bycia wożoną policyjnym samochodem(to zasuwaj na piechotę rozpuszczona gówniaro!! ), nie ma ciuchów, jest ZBYT ZIELONO (honestly, how ridiculous can you get?), dom jest za mały, jest jedna łazienka, którą będzie musiała dzielić z ojcem (biedne, biedne amerykańskie dzieci, jak one mają źle)
O, ciężarówka jej się podoba. Parwie nie mogę w to uwierzyć.
Maruszenia ciąg dalszy: szkoła ma za mało uczniów, deszcz jej przeszkadza spać, mgła nie daje podziwiać widoków za oknem, nowa kurtka jest nieprzyjemna w dotyku, Charlie powiesił na ścianie jej zdjęcia, co jest żenujące, Charlie najwyraźniej nie pogodził się z odejściem jej matki, co jest niekomfortowe, ŻWIR NA PODJEŹDZIE NIE SKRZYPI, *Spin ma odruchy wymiotne"
Bella opisuje siebie. Nie mówi, że jest "pale" tylko "ivory-skinned", nie mówi, że jest "thin" tylko "slender" - jeden z dowodów na moją teorię, że tak naprawdę Bella ma wysokie mniemanie o sobie. Aha, jeszcze dodaje, że ma piękną skórę, ale, of course, Forks jej źle robi na cerę.
Jeden z najważniejszych cytatów w książce "Maybe I didn't relate well to people, period." Ja bym powiedziała, że nawet nie "maybe". Laska wyjeżdża z Arizony i nie zostawia za sobą nawet JEDNEJ koleżanki. Nikogo. Jak to jest możliwe? No jak?
Aha, już wiadomo jak. Bella ma uroczą tendencję do szufladkowania ludzi, co potwierdza jej pierwszy dzień w szkole. Patrzy na wszystkich z góry. Jest zdziwiona, że ktoś się do niej odzywa, sama stęka w odpowiedzi parę frazesów, jakby każde słowo sprawiało jej ból. Nawet jej się nie chce zapamiętać imion nowych "kolegów i koleżanek". Jedno spojrzenie i już ocena "he looked like the overly helpful, chess-club type", "I smiled and nodded as she prattled about teachers and classes. I didn't try to keep up", "he was a chatterer", "he was like a golden retriever" i tak dalej. Bella jest nadęta. Aha, uczniowie w Forks są zbyt głupi, żeby zrozumieć sarkazm.
Każdy NORMALNY człowiek potraktowałby zmianę szkoły jako szansę na zrobienie pierwszego wrażenia, poznanie nowych ludzi, zaprzyjaźnienie się z kimś. Ale nie Bella. Bella nie chce znajomych, nie chce przyjaciół, o nie. Bella chce gotować dla taty i odrabiać pracę domową w weekendy i czytać po sto razy te same powieści. Sama nie jestem mega towarzyska i weekendy lubię spędzać z książką czy filmem, ale, do cholery, w życiu potrzebna jest obecność innych ludzi. Człowiek to jest zwierzę stadne.
No dobrze, na tym mniej więcej kończy się denerwujący opis wszystkiego by Bella. Muszę przyznać, że dopiero za którymś czytaniem zwróciłam na to uwagę, ale naprawdę te pierwsze strony sprawiają, że postrzegam charakter Belli bardzo negatywnie.
Na szczęście już na stronie 18 pojawiają się Cullenowie. I od razu następuje zmiana w tonie narracji. Cullenowie opisani są rzetelnie i bez przesadnego szufladkowania, a przynajmniej bez negatywnego szufladkowania.
Trzeba przyznać, że Cullenowie robią dobre wejście. Od razu stają się interesujący: są piękni, wdzięczni a jednocześnie coś jest z nimi nie tak. Są niepodobni, ale jednocześnie mają wiele cech wspólnych. Dziwnie się zachowują. Czytelnik od razu ma ochotę dowiedzieć się o nich czegoś więcej.
Następuje całkowita zmiana w tonie Belli - wobec Cullenów używa wielu pozytywnych przymiotników, stara się ich również mentalnie bronić. Ciekawe, że zwykli śmiertelnicy nie mogą sobie u niej zasłużyć na taki kredyt zaufania.
I....mamy Edwarda. Edward zostaje wyraźnie wyróżniony z grupy: jest najpiękniejszy, nie ma dziewczyny i co rusz popatruje na Bellę - bingo, mamy głównego bohatera! Gdyby to była powieść Jane Austen to jeszcze wspomniane by było, ile ma rocznego dochodu.
I mamy pamiętną lekcję biologii. Ten opis bardzo mi się podoba. Kiedy jeszcze nie wiadomo, o co chodzi jest bardzo intrygujący. Co mu się mogło z nienacka stać? Zachowanie Edwarda jest szalenie zaskakujące. Bella jest jak ogłuszona, nie wie, co się dzieje, myśli, że śmierdzi, albo coś (dobrze jej to zrobi na to rozdęte ego).
I cios numer dwa - Bella przyłapuje Edwarda na próbie wyniesienia się z jedynych zajęć, jakie mają wspólnie. Dziewczyna już naprawdę nie ma pojęcia, co o tym myśleć.
Ok, na razie przeczytałam pierwszy rozdział, recenzja drugiego będzie trochę później. No, Agn, zobaczymy, czy mnie przebijesz z krytyką Belli
spin_girl - Sob 11 Wrz, 2010 18:40
Rozdział II
Który zaczyna się od…surprise, surprise…marudzenia Belli. Znowu wszystko jest be: nie mogła spać, bo padał deszcz (!), została wywołana do odpowiedzi na matematyce i nie znała odpowiedzi (i dobrze, bo poprzednie przedmioty najwyraźniej ją nudziły: przeczytała wszystkie lektury na angielski, biologia była repetytywna – może skoczysz od razu do college’u mądralo?), bla bla bla…
…ale najważniejsze jest to, że Edward Cullen zniknął ze szkoły. Ok., nawet dziewczynę w tym miejscu rozumiem, nawet mniej zapatrzona w siebie osoba stwierdziłaby, że coś jest zdecydowanie nie tak i że Edward najwyraźniej coś do niej ma. Edwarda nie ma w szkole przez cały dzień i Bella zaczyna wpadać w obsesję (już! – ujawnia się kolejna cecha jej charakteru – skłonność do obsesji).
Bella wraca ze szkoły do domu i tutaj mamy pierwszą pozytywną cechę jej charakteru – jest skłonna przejąć na siebie obowiązki domowe: zakupy, gotowanie, etc. Jest to dość niezwykłe, jak na współczesną nastolatkę i w tym momencie ma ode mnie duży szacun. Chociaż, jak się ma zerowe życie towarzyskie, to każde zajęcie jest dobre…:wink:
Z drugiej strony ten fakt ujawnia pewną słabość fabuły – postać Charliego. No bo jak facet, który od ponad 16 lat mieszka sam, może nie mieć pojęcia o gotowaniu? Codziennie je w restauracji? W dodatku Charcie nie ma żadnych odruchów – nie sprząta po sobie, nie zmywa, nie robi prania, zakupów. To jest nielogiczne.
W drodze do sklepu Bella natyka się na Cullenów i wysnuwa wniosek, że są bogaci. Muszę przyznać, że obserwacje Belli na temat Cullenów od początku są bardzo wnikliwe i trafne, co pozwala mi mniemać, że pod tym całym marudzeniem kryje się pewna doza inteligencji.
Bella dostaje trzy maile od mamy – jej matka nie sprawia na mnie wrażenia takiej idiotki, jak na Belli.
Tekst o Charliem i wyciąganiu kul z pistoletu jest zabawny
Bella rozmawia z ojcem. Zastanawiające jest to, że Charlie, w odróżnieniu od reszty mieszkańców Forks, lubi Cullenów. Może to jest coś genetycznego- jakiś rodzaj intuicji, którą odziedziczyła po nim córka? Potem jednakże Charlie na powrót staje się kartonowy : ogląda TV, pracuje, pije piwo, nie odzywa się.
I typowy obrazek: przed szkołą odbywa się bitwa śnieżna a Bella stoi obok jak nadęta krowa.
Edward’s back. Uff. Po małej zabawie w zerkanie na siebie w stołówce mamy kolejną pamiętną lekcję Biologii. Edward przemówił. Bella czepia się tego, że nie zwrócił się do niej używając jej pełnego imienia, ale przecież w ciągu tygodnia cała ta maleńka szkółka na pewno zdążyła przyswoić, że ma do niej mówić Bella, więc nie wiem, co w tym takiego dziwnego…
Mała zabawa z mikroskopem jest urocza i nieźle opisana. Przy okazji dowiadujemy się o Edwardzie dwóch ważnych rzeczy – jego ręce są zimne jak lód, a jego oczy zmieniły kolor z czarnego na złoty. Szkoda, że na tylnej okładce książki jest napisane, że Edward jest wampirem, czytającym powieść po raz pierwszy przyjemnie by było wysnuwać teorie.
Na Biologii Edward i Bella mają swoją pierwszą rozmowę. Nie wiem, jak pani Meyer to robi, ale kiedy tych dwoje prowadzi dialog i zapomina o całym świecie, ja zapominam o nim razem z nimi. Dlatego lubię sagę.
|
|
|