To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fanfiki, tłumaczenia, literacka twórczość własna - Megafanfik - czyli D&U oczyma Darcy'ego

Dione - Sob 30 Gru, 2006 16:58

Maryann napisał/a:
Alison napisał/a:
Dione napisał/a:
A tłumaczki szacowne na kurczaka w imbirze zapraszam. :kwiatek:


Leciiiimyyyy!!! A stroje wieczorowe czy może być "tak normalnie" czyli kremowa jedwabna suknia, z białym delikatnym haftem na kołnierzu i spencerek w kolorze skóry przybrany na zielono? ;-)

I słomkowy kapturek ze wstążeczką w stosownym kolorze ?


Jak na czytanie JA lub Megafunficka to tylko pamiętajcie o koronkowych chusteczkach (eleganckie damy łzy muszą czymś ocierać, a te chysteczki higienioczne to takie nie eleganckie :lol: ).
A tak poważnie, to jakby któraś była w Olsztynie to zapraszam. A jak się własnego mieszkanka kiedyś dorobię to na parapetówkę może by zjaździk urządzić??

Ulka - Sob 30 Gru, 2006 22:44

Alison napisał/a:
Była ubrana w uroczą kremową suknię, której kolor podkreślał delikatny biały haft na kołnierzu, na niej nosiła spencerek w kolorze skóry ozdobiony zielenią.

Tylko dlaczego pan darcy w kwestii obserwacji strojów jest bardziej kobiecy od JA ??
:roll:

Alison - Pon 01 Sty, 2007 11:45

Noooo nie! To ja tu wczoraj rano na posterunku, a tu przez jakieś niefrasobliwe córeczki forum mi zamknięto! Macie szczęście, że jestem leń popaprany i mi się nie chce szukać kogo tu z imienia do tablicy wywołać, ale grochu i szlabanów w tym roku nie będę żałować. Trudno darmo!
P.S. Caroline, w związku z przerwą na łączach wchodzisz w środę, nie jutro ;-)

Rozdz. 9, cz. IX

Darcy zdecydował się jechać z Hurst'ami, pozostawiając zabawianie towarzyszących dam w zdolnych rękach Bingley'a. Był oczywiście w zbyt złym humorze by znosić domysły panny Bingley lub aprobować jej niegrzeczność względem Elizabeth. Senna atmosfera, którą Hurst z takim talentem wytwarzał, była właśnie tym, czego Darcy potrzebował do zebrania myśli i wzięcia w cugle swoich emocji. By bardziej zniechęcić towarzyszy podróży do rozpoczęcia jakiejś banalnej pogawędki, otworzył na chybił trafił książeczkę do nabożeństwa i zaczął przygotowywać swój umysł na poranną mszę.
"O Panie, kto przez Ducha Twego prowadzi ludzi
do pragnienia Twojej doskonałości, do poszukiwania prawdy i radowania się pięknem:
Oświeć i natchnij nas abyśmy ubłagali Ciebie..."
"Radowania się pięknem" - Darcy niewidzącym wzrokiem wyjrzał przez okno powozu, okolicę przyćmiła para pięknych oczu i czarowny uśmiech, który tak ogrzewał go w ciszy i chłodzie jesiennego poranka. "Radowanie się jej pięknem...mógłbym życzyć sobie tak intymnego prawa?" - zajrzał w siebie i wrócił do tekstu. "Natchnij nas..." - zatonął z powrotem w głębi kłopotliwego przeświadczenia, że cierpi raczej na nadmiar "natchnienia" niż na jego brak. Jak dziwnie minęły mu te dwa ostatnie lata, spędzone w większości na zapoznawaniu się z przyjemnościami londyńskiego towarzystwa, w otoczeniu wytwornych, stanowiących dobrą partię i najładniejszych kobiet w Anglii, że musiał aż trafić do nieznanego zakątka Hertfordshire, by tu znaleźć piękno i natchnienie, które przyspieszają mu tętno i wytrącają z równowagi.
"że cokolwiek jest prawdziwe, czyste i piękne,
Twoim imieniem może być uświęcone i Twoim królestwem
zesłanym na ziemię, przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego. Amen"*
Darcy delikatnie zamknął książkę. "Prawdziwe...czyste...piękne. Z całą uczciwością, co lepiej rekomendowałoby kobietę, z którą można by spędzić życie?" Jego pamięć powróciła do długiej listy talentów wymienianych przez pannę Bingley, mówiącej o prawdziwie wykształconej damie i do dodanego przez niego wymagania, że dama taka powinna być oczytana. Czy uosobienie tej listy mogłoby mu zaoferować większą pewność na przyszłe szczęście niż kobieta, która jest prawdziwa, czysta i śliczna?
Powóz zwolnił kiedy woźnica skierował konie na podjazd przy kościele, a tam zatrzymał je przed głównymi drzwiami. Darcy poczekał aż Hurst wysiądzie i poda rękę swojej żonie, zanim on sam ruszy do drzwi. Ze smutkiem zauważył, że panna Bingley pozostaje w tyle za pozostałymi, bez wątpienia w nadziei, zajęcia miejsca w ławce obok niego. W poczuciu obowiązku zaoferował jej ramię, co przyjęła z miną właścicielki przeznaczoną przede wszystkim dla Elizabeth, ale w drugiej kolejności dla całego Meryton. Kiedy Darcy doprowadził ją do drzwi kościoła, odkrył dotychczas nieuświadamianą sobie artystyczną wrażliwość, która teraz cierpiała niemal przez zderzeniu purpury panny Bingley z zielenią jego własnego płaszcza, i przemknęło mu przez myśl czy Fletcher, jakąś okrężną drogą, także w tym nie maczał palców.
Gdy tylko wszedł za panną Bingley do kościoła, na krótko zatrzymał się przy drzwiach spotykając tam wychodzącą właśnie Elizabeth, z przepraszającym uśmiechem na ustach. Kiedy usiadł na końcu ławki, wyciągnął się i odwrócił z pytająco uniesioną brwią do Bingley'a, który bezgłośnie powiedział "szal" i wzruszył ramionami. Dyrygent chóru wstał wtedy i dał znak chłopcom żeby rozpocząć procesję. Prawie dwunastoosobowy chór, poprzedzający wikarego i jego młodego asystenta, rozpoczął swój uroczysty pochód do bocznej nawy. Kilka uderzeń serca później, po tym jak go minęli, Darcy poczuł powiew ciepłego powietrza, spojrzał w dół i zobaczył stojącą przed nim Elizabeth z ciężkim wełnianym szalem w ręku.
- Sir, proszę, czy byłby pan tak uprzejmy podać to Jane? - szepnęła zdyszana. Darcy wziął szal i podał go pannie Bingley, dyskretnie obserwując Elizabeth kątem oka jak patrzy na szal, wędrujący na koniec ławki. Dokładnie rozpoznał moment kiedy panna Bennet otrzymała swój szal, po czułym uśmiechu jaki rozpromienił twarz Elizabeth i poczuł, że sam się uśmiecha w odpowiedzi, wtedy to chór zakończył już swój hymn a wikary wezwał ich do modlitwy.
Znane słowa inwokacji przepływały przez Darcy'ego, ich strumienie poświadczały przed nim wyższy rodzaj majestatu, który rzadko przykuwał jego uwagę, mimo, że panna Bingley szeptała skargi na dokuczające jej zimno i długość modlitwy, co tym razem strasznie mu przeszkadzało. Słowo "amen" wybrzmiało, powtórzone wdzięcznie jak echo przez kilka osób z ich towarzystwa, i zaintonowano pierwszy hymn. Tego akurat Darcy nie znał, więc zdecydował się słuchać raczej niż próbować się w niego włączyć. Jego nauczycielką mogłaby być kobieta, której pieśń tak zachwyciła go tydzień wcześniej a potem zburzyla jego spokój. Nie rozczarował się, głos Elizabeth brzmiał pewnymi tonami z uczuciem i wdziękiem, które poruszyły go tak głęboko, że niemal zapomniał, że sam śpiewa. W ostatnim wersie dołączył swój baryton do jej sopranu, wywołując pełen zachwytu chichot u dwóch bardzo młodych dam, stojących przed nimi. Kiedy zajęli miejsca, Darcy cierpiał ich powtarzające się zerknięcia w tył, do czasu kiedy potraktował je uniesioną brwią lodowatego potępienia, które tylko wpędziło je w kolejne paroksyzmy głupoty. Ku jego dalszemu oburzeniu wydawało mu się, że Elizabeth nie jest w stanie powstrzymać się od przyłączenia się do nich. Szybko więc przycisnęła usta dłonią odzianą w rękawiczkę i zerkała żartobliwie na niego. Darcy rozdrażniony ignorował ją i surowo skierował uwagę na wikarego.
Spowiedź Czwartej Niedzieli została wyznaczona i Darcy wymruczał linijki z pamięci bez nadmiernego skupienia, a zdania dotyczące nieposłuszeństwa i bycia niewdzięcznym, jak sądził, z niewielką starannością. Kiedy grzech dumy został dodany do katalogu, Elizabeth poruszyła się obok niego i delikatnie lecz wyraźnie odchrząknęła, dając mu, był o tym przekonany, doskonałe usprawiedliwienie na położenie nacisku na następny grzech uporu, że ona nie może się mylić.
Kiedy zaintonowano drugi hymn byli w Punkcie Nigdy Więcej i Darcy zahartował się na efekty jakie jej głos wywoływał na jego, wyraźnie wiarołomnych, zmysłach. To jedno wiedział dobrze i odwracając się delikatnie w stronę panny Bingley z powodzeniem unikał rozbawionych oczu Elizabeth, lecz niefortunnie wywołał tym efekt u drugiej damy, dając jej poczucie, iż stała się celem jego atencji. Było to żałosne, a do tego kiedy głos Elizabeth wciąż wypełniał mu zmysły, miał jeszcze do woli komplementów i komentarzy panny Bingley na ten temat.
- Przygotujmy się do drogi Pana - wielebny Stanley głośno zaintonował Pismo Święte, które głosiło początek pory Adwentu - czyńmy prosto z zasłużonej nagrody drogę ku naszemu Panu.
Darcy otworzył swoją książeczkę do nabożeństwa, będąc trochę zaskoczonym, że Święta Bożego Narodzenia są już tak blisko, i szybko przerzucał strony do ustępów dotyczących pierwszej Niedzieli Adwentu.
- Tsss! - Darcy spojrzał w dół w stronę dźwięku wydobywającego się ze smutnej twarzy Elizabeth, kiedy ona przygryzła dolną wargę w przerażeniu z powodu pustych rąk. Zawahał się tylko przez moment i szarmancko przesunął lewą stronę swojej książeczki na jej dłoń i pochylił głowę żeby dostosować się do jej poziomu patrzenia.
- "Wszechmogący Boże, okaż nam łaskę..." - czytali razem. Każdy oddech, pochylonego nad tym zdaniem Darcy'ego, porywał do tańca loki nad uszami i skronią Elizabeth, poważnie odrywając jego uwagę od słów, które czytali - "że musimy odegnać moce ciemności i odziać się w zbroję światła..." Z wielkim wysiłkiem woli, koncentrował się na tekście i udało mu się zakończyć bez błąkania się umysłu po ryzykownych skrótach. Wciąż, dziwne to było, zastanawiał się nad zakończeniem, bo często powtarzane w modlitwie "my" i "nas" wydawały mu się przydawać im więcej bezpośredniości, niż im się kiedykolwiek wcześniej zdarzyło.

* Księga Codziennej Modlitwy (przepraszam Prezbiteriańska nie Anglikańska, ale jestem pewna, że podobna! - uwaga Autorki) [a ja mam nadzieję, że sensownie przetłumaczyłam te cytaty, jakby nie, to sorry, ale nie mam żadnego doświadczenia z tekstami religijnymi :-(]

Matylda - Pon 01 Sty, 2007 12:01

"Prawdziwe...czyste...piękne. Z całą uczciwością, co lepiej rekomendowałoby kobietę, z którą można by spędzić życie?"

Zastanawiam się jak w fanfiku Dary uzasadni swoją ucieczke
W końcu wyglądał na mężczyznę w wielu kwestiach dość zdecydowanego...................... :? ??:

Maryann - Pon 01 Sty, 2007 15:57

Ulka napisał/a:
Alison napisał/a:
Była ubrana w uroczą kremową suknię, której kolor podkreślał delikatny biały haft na kołnierzu, na niej nosiła spencerek w kolorze skóry ozdobiony zielenią.

Tylko dlaczego pan darcy w kwestii obserwacji strojów jest bardziej kobiecy od JA ??
:roll:

No bo faceci to podobno wzrokowcami są. :wink: Tyle, że ten taki trochę nietypowy, bo nie tylko zauważa tzw. "ogólne wrażenie", ale również dostrzega szczegóły.

Caroline - Pon 01 Sty, 2007 16:22

Ali, chylę czoła przed tłumaczeniem modlitw, wiem że są trudne, bo ostatnio mi się trafiło takie cuś w napisach, do tej pory nie jestem ich pewna, więc :thud:
Fajny fragment btw, ten fanficzek z każdym kawałkiem wydaje mi się mniej austenowski, ale i tak go lubię, a ten fragmencik jest bardzo milusi :D
Senks :kwiatek:

ps: Gitko, boski avek, piękne kolory :)

Maryann - Pon 01 Sty, 2007 20:02

AineNiRigani napisał/a:
Maryann napisał/a:
O rany ! :grin: To dawka śmiertelna !


No przecież naszego Darcyego niemal powaliła... :D
Ale silny chłopina jest, to se poradził

Czy on sobie poradził... :? ??: Ja mam wrażenie, że on z każdym kolejnym dniem radzi sobie coraz gorzej... :wink:

Anonymous - Pon 01 Sty, 2007 20:08

ale przeżył, przetrwał...
a potem miał nagrode :banan:

Anne Mary - Pon 01 Sty, 2007 20:28

Oj miał nagrodę, miał...
Szkoda, że zazdrość jest tak złym uczuciem, bo bym z chęcią pozazdrościła trochę Lizzy :wink:
I :kwiatek: dla tłumaczki :serce:

Maryann - Pon 01 Sty, 2007 21:18

AineNiRigani napisał/a:
ale przeżył, przetrwał...
a potem miał nagrode :banan:

Przetrwał, tak.
Alison napisał/a:
"Radowania się pięknem" - Darcy niewidzącym wzrokiem wyjrzał przez okno powozu, okolicę przyćmiła para pięknych oczu i czarowny uśmiech, który tak ogrzewał go w ciszy i chłodzie jesiennego poranka.
(...)
Każdy oddech, pochylonego nad tym zdaniem Darcy'ego, porywał do tańca loki nad uszami i skronią Elizabeth, poważnie odrywając jego uwagę od słów, które czytali - "że musimy odegnać moce ciemności i odziać się w zbroję światła..." Z wielkim wysiłkiem woli, koncentrował się na tekście i udało mu się zakończyć bez błąkania się umysłu po ryzykownych skrótach.

Ale ile go kosztowało... :wink:

Mag - Wto 02 Sty, 2007 08:19

No Matulku- pieknie :thud:
Bardzo podoba mi się komplementowanie modlitwą - dla mnie to dopiero dowód, że Lizzy zapada mu w serducho :serce:

Alison - Wto 02 Sty, 2007 09:19

Ten kawałek mnie bardzo rozśmieszył jak go tłumaczyłam. Wyobraziłam sobie tego bidnego chłopinę ze ściśniętymi nóżkami wtłoczonego miedzy mendę-ględę i trzpiotkę-chichotkę dla bezpieczeństwa wgapionego w wikarego, to omal nie padłam :lol:
Zresztą same przeczytajcie:

Rozdz. 9, cz. X .

Elizabeth siadła, obok niego, z powrotem na twardą ławkę, nieświadomie poszukując wygodnej pozycji, w której mogłaby wysłuchać kazania wielebnego Stanley'a. Próba Darcy'ego by zachować się podobnie zakończyła się ponurym niepowodzeniem. Starannie wciśnięty pomiędzy dwie damy, nie śmiał poruszyć żadną częścią własnej osoby, by nie znaleźć się zbyt blisko którejś z nich, więc ograniczył się do siedzenia absolutnie wyprostowanym, w sposób koszmarnie przypominający mu szkolne lata. Nie było na to rady, więc poddał się swemu losowi, skrzyżował ramiona blisko klatki piersiowej i utkwił wzrok w twarzy wikarego.
Dzięki Opatrzności, wielebny Stanley był na tyle żywiołowym kaznodzieją, by zainteresować Darcy'ego w stopniu, który pozwolił mu na nie zwracanie uwagi, w znacznej części, na niewygodę jego ściśniętych kończyn i jego napiętą świadomość obecności, doprowadzającej go do szału, kobiety siedzącej po jego lewej stronie. W związku z tym, kiedy posługa się zakończyła a ostatni hymn został odśpiewany, był więcej niż gotowy żeby wstać i poszukać na zewnątrz okazji do rozprostowania pleców i wyrzucenia z głowy pewnej damy.
- Panie Darcy - odezwały się głosy z jego obu stron.
- Panno Bingley, panno Elizabeth? - czekał żeby zobaczyć kto komu odstąpi skorzystanie z jego uwagi.
- Proszę, panno Bingley, pani była przede mną - Elizabeth dygnęła i odeszła by skorzystać z ramienia sędziego Justin'a, upewniając go, że zrobiła to z powodu całkowitego powrotu Jane do zdrowia. Niedorzecznie rozczarowany, Darcy zwrócił się do panny Bingley i zapytał czym może jej służyć. Uśmiechając się trimfująco, oparła się na jego ramieniu, nie dając mu możliwości wyboru tylko stawiając przed koniecznością przeprowadzenia jej przez zatłoczoną nawę.
- Żadnych ogrzewaczy stóp, panie Darcy, w taką pogodę! To nie do uwierzenia! W przyszłym tygodniu, obiecuję panu, wydam polecenie przyniesienia brykietów z powozu, czy będą ogrzewacze czy nie.
- Jak pani sobie życzy, panno Bingley - odpowiedział, rozproszony poruszeniem w rzędach ławek przeznaczonych dla służby.
- Być może Charles powinien poprosić kościelnego o zrobienie czegoś z tym. Jak można zwracać uwagę na wikarego kiedy człowiek zamarza?
- Hmmmm - odpowiedział Darcy, słuchając połowicznie. W miarę zaciekawiony, przeszukiwał wzrokiem tłum służących aż znalazł centralny punkt zamieszania i zszokowany odnalazł w tym punkcie swojego własnego lokaja.
- Co u lich...!
- Panie Darcy! - zawołała panna Bingley - Cóż się takiego stało?
Nie uzyskując odpowiedzi, podążyła za surowym spojrzeniem Darcy'ego i trafiła na twarz jego lokaja, który z ręką położoną osłaniająco na ramieniu jakiejś młodej kobiety, zwracał się do wzburzonego wyniosłego służącego. Za nimi stał raczej wysoki, solidnie wyglądający lokaj w nieznanej liberii, posiadający tak groźne spojrzenie, że mógłby prawdopodobnie rozpalić płomień na odległość dwudziestu kroków.
- Czy to nie pański lokaj? - zapytała panna Bingley.
Darcy zdławił potwierdzenie, jego szczęki zacisnęły się i niebezpiecznie nie rozluźniały się, kiedy obserwował całą tę scenę. Uwięziony pomiędzy dwoma niebezpieczeństwami, Fletcher zdecydował się na jedną z najmniejszych fizycznych konsekwencji i rzucił pełne szacunku spojrzenie swojemu panu, który odpowiedział spojrzeniem obiecującym osądzenie go w przyszłości. Drugi lokaj przyłapany przez dżentelmena na grubiańskim zachowaniu, szybko odstąpił od Fletcher'a i dziewczyny, i wyszedł z kościoła w przeciwnym kierunku.
Darcy podjął swoje przejście przez nawę, z panną Bingley, teraz cichą, u swego ramienia
- Pański lokaj długo służy u pana? - zapytała w końcu.
- Dość długo - odpowiedział Darcy chłodno.
- Dobrze się sprawuje? Żadnych wybryków nieposłuszeństwa czy problemów z kolorami?
- Oczywiście, że nie! Przynajmniej....- Darcy przerwał - On jest zazwyczaj całkowicie godny zaufania. Ciekaw jestem dlaczego tak interesuje się pani moim służącym, madam?
- Och, tylko jałowa ciekawość, sir. Ale, niech mi pan powie, czy pan wiedział, że on myli zielony z szarym?

Gunia - Wto 02 Sty, 2007 14:50

No. Jak zwykle, z opóźnieniem dotarłam do mety. Pochłonęłam wszystkie i mam nadzieję na jeszcze wiele. :D
Tylko mi się myrda z tymi kolorami. Jak to było?

Alison - Wto 02 Sty, 2007 18:14

Gunia napisał/a:
No. Jak zwykle, z opóźnieniem dotarłam do mety. Pochłonęłam wszystkie i mam nadzieję na jeszcze wiele. :D
Tylko mi się myrda z tymi kolorami. Jak to było?


No bo Lizzy była na kremowo-brązowo-zielono, więc Darcy dostał zielony fraczek, który gryzł się z purpurową szaro zdobioną pelerynką panny BIngley, dlatego jej zależało, żeby Darcy był na szaro. Fletcher się postarał żeby był na zielono i pasował do Lizzie, więc się pannie Bingley zdało, że lokaj myli kolory, nie przyszło jej pewnie do głowy, że mógłby przejąć inicjatywę występując przeciwko niej.
Nie mam pojęcia czy to co napisałam jest komunikatywne, nawet tego nie czytam!

Trzykrotka - Wto 02 Sty, 2007 19:23

Wszystko jasne. Księżna Di miała od tego komputer, zeby jej dobierał zestawy do siebie i męża, a Darcy miał Fletchera. Ten się na pewno nie zawieszał i nie trzeba go było resetować.
Alison, miałaś rację. Wizja godnego jak bocian Darcy'ego wgniecionego w kościelną ławkę z zaciśniętegmi kolankami jest komiczna

Maryann - Wto 02 Sty, 2007 19:43

Trzykrotka napisał/a:
Wszystko jasne. Księżna Di miała od tego komputer, zeby jej dobierał zestawy do siebie i męża, a Darcy miał Fletchera. Ten się na pewno nie zawieszał i nie trzeba go było resetować.

Tylko czasami, zdaniem chlebodawcy, wykazywał zbyt dużo inicjatywy... :wink:

Trzykrotka napisał/a:
Alison, miałaś rację. Wizja godnego jak bocian Darcy'ego wgniecionego w kościelną ławkę z zaciśniętegmi kolankami jest komiczna

Jak dobrze wychowana panienka... :mrgreen:

Trzykrotka - Wto 02 Sty, 2007 20:21

:rotfl: I rączki w małdrzyk, a buzia w ciup! I żeby broń Boze nie mawiązać kontaktu wzrokowego!!
To jest zbyt piękne, zeby się nie ponapawać :banan:

Maryann - Wto 02 Sty, 2007 21:08

Alison napisał/a:
Starannie wciśnięty pomiędzy dwie damy, nie śmiał poruszyć żadną częścią własnej osoby, by nie znaleźć się zbyt blisko którejś z nich, więc ograniczył się do siedzenia absolutnie wyprostowanym, w sposób koszmarnie przypominający mu szkolne lata.

A Aine mówi, że on przetrwał... Toż on nawet dotknąć się jej boi (pewnie ze względu na tę elektryczność ).
On już przepadł z kretesem. I coraz bardziej zdaje sobie z tego sprawę...

Anonymous - Wto 02 Sty, 2007 22:49

alez oczywiscie, ale ostatecznie wygral i przegral zarazem. Przegral jakas czesc siebie, a wygral... wygral wszystko.
Alison - Śro 03 Sty, 2007 10:43

Dziś zatępuję Caroline, ale to ona upiekła to pyszne ciasteczko ;-)

Rozdział 10, cz.I “Depcząc mu po piętach…”

Po odprowadzeniu panny Bingley do powozu pod kościołem w Meryton, Darcy zawrócił do powozu Hursta i udał się do Netherfield tak, jak przyjechał. Panie wspinały się już po schodach do swoich pokoi, gdy odkładał kapelusz, rękawiczki i ściągał płaszcz w holu wejściowym Netherfield. Rozmowa o zbliżającym się powrocie sióstr Bennet do Longbourn spadła na niego, gdy zatrzymał się na chwilę i z zakłopotaniem obserwował jak smutno Bingley spogląda za paniami.
- Gdybyś był tak miły i zaproponował mi coś ciepłego do picia, chyba bym się zgodził – oświadczył Darcy z ostrożną nonszalancją.
Bingley wrócił do rzeczywistości i z przepraszającym skinieniem głowy odpowiedział, że tak, naturalnie, natychmiast coś zaordynuje, czy czekolada będzie mu odpowiadać?
- Wspaniale! W bibliotece? Musisz usłyszeć fragment, który czytałem wczoraj o przerwaniu murów Ciudad Rodrigo.
Bingley słabo uśmiechnął się przytakując i podążył zamówić pożądane napoje, podczas gdy Darcy skierował się do biblioteki gorliwie pragnąc opuścić ogólnodostępne pokoje, które mogłyby przyciągnąć siostry Bingley'a, a zwłaszcza wkrótce wyjeżdżających gości. Długotrwałe przebywanie w pobliżu Elizabeth tego ranka zaniepokoiło go i z pewnością pokrzyżowało jego plany trzymania się z daleka od niej do czasu jej wyjazdu. Wiedział, że musi dobrze wykorzystać krótki czas jaki pozostał. Najlepsze, co może zrobić to unikać kontaktu z nią, póki dobre wychowanie nie będzie wymagało jego obecności. Jeśli ten plan wymagał odciągnięcia Bingley'a od starszej panny Bennet – tym lepiej.
Spędzili towarzysko godzinę zdobywając Ciudad z wygodnych foteli ustawionych przed kominkiem w bibliotece. Trzymająca w napięciu narracja zdwojona talentem Darcy’ego do natchnięcia relacji grozą i heroizmem przykuła uwagę Bingley'a. Spoglądając sponad książki Darcy z zadowoleniem przyglądał się jak oblicze przyjaciela przybiera wyraz od grzecznego zainteresowania do żywej ciekawości, gdy więc Stevenson powiadomił ich, że panny Bennet właśnie zbierają się do odjazdu pogratulował sobie dostrzegając u Bingley'a chwilowy cień rozczarowania, że im przerwano.
Towarzysząc Bingley'owi do frontowego holu Darcy zważał, by trzymać się w cieniu i starał się, by jego wzrok obojętnie przemykał po uczestnikach pożegnania. Ulga panny Bingley z wyjazdu panien Bennet była wyraźna, jej siostry – nie mniejsza. Hurst wymknął się z hallu, gdy tylko pozwoliła na to przyzwoitość pozwalając, by Bingley sam wyraził głęboki żal z powodu utraty towarzystwa pań. Podchodząc w końcu Darcy ukłonił się zdawkowo pannie Bennet, życzył jej przyjemnej podróży do domu i nieustająco dobrego zdrowia. Potem uzbrojony w podobne słowa zwrócił się do jej siostry, ale zbiło go z tropu i pozbawiło wystudiowanej powagi intensywne, badawcze spojrzenie jej oczu.
- Panno Elizabeth? – zapytał.
- Panie Darcy – odpowiedziała cichym głosem, który zmusił go do zbliżenia się o krok, by słyszeć ją lepiej – Panie Darcy, zapewniam pana, że nie było moim zamiarem mieszać się w sprawy pana służby lub wikłać pana w okoliczne spory – przerwała wyraźnie zakłopotana, zbierając się jednak w sobie drążyła dalej – Obawiam się, że uzna pan to za niedopuszczalne narzucanie się, ale proszę pozwolić mi powiedzieć sobie, jak wielką przysługę wyświadczył tego ranka pana człowiek małej Annie Garlick.
- Pan Fletcher wie, jakiego zachowania oczekuję od moich podwładnych – odpowiedział z trudem, choć zarazem ciekaw był jej udziału w incydencie.
- Och, tak się cieszę, że to słyszę, panie Darcy – brzmiała jej niespodziewana odpowiedź.
„Znów to zrobiła!” pomyślał nie wiedząc czy się uśmiechnąć czy zmarszczyć brew, „jakiej właściwie odpowiedzi ona się po mnie spodziewa?”
- Jak to, panno Elizabeth?
- Wiedząc, że ma pana pełne poparcie wzmocnione poważnymi oczekiwaniami wobec niego, zrobił to, czego nikt ze służby nie był skłonny, a żaden z dżentelmenów nie miał ochoty zrobić.
Darcy wreszcie zrozumiał.
- Natarczywy lokaj – stwierdził.
- Tak – uśmiechnęła się do niego – Dręczył biedną Annie w najbardziej nieodpowiedni sposób. Pana człowiek był dla niej niczym rycerz w lśniącej zbroi.
Wizja Fletcher'a tak przyodzianego i uzbrojonego pojawiła się w wyobraźni Darcy’ego grożąc wybuchem wesołości, do którego rzadko pobudzały go damy. Zamaskował czający się śmiech kaszlnięciem.
- Khem, rycerz! Będę pamiętał pani słowa, podczas następnej rozmowy z nim – skłonił się przed nią z leniwym wdziękiem. – Dobrego dnia, madam.
- Panie Darcy – dygnęła i już jej nie było.

KIKA - Śro 03 Sty, 2007 12:42

Alison napisał/a:
Wizja Fletcher'a tak przyodzianego i uzbrojonego pojawiła się w wyobraźni Darcy’ego grożąc wybuchem wesołości, do którego rzadko pobudzały go damy.


podoba mi się....... :grin:


ja tam nie potrafię się tłumić .... :twisted:

Alison - Czw 04 Sty, 2007 10:16

Carolki wypieków ciag dalszy:

Rozdział 10, cz.II

Później, gdy Fletcher cicho wszedł do pokoju swego pana, by przygotować go do kolacji, Darcy przywitał jego wejście z dużo większym zainteresowaniem niż, jak w jego mniemaniu, ten człowiek na to zasługiwał.
- Fletcher, chciałbym pomówić z tobą o dzisiejszym poranku – zaczął Darcy.
- Tak, proszę pana, za chwilkę, proszę pana – odpowiedział lokaj i zniknął w garderobie. Darcy przerwał unosząc brwi ze zdziwienia. Gdy Fletcher nie pojawił się ponownie po paru chwilach, Darcy ruszył w stronę drzwi garderoby, gdzie zderzył się z lokajem sprawiając, że ten upuścił satynowe, czarne, wieczorowe spodnie. Gdy Darcy odskakiwał Fletcher zanurkował, by je odzyskać chwycił je, gdy już były pod butem Darcy’ego i niemal przewrócił swego pana szarpnięciem. Odgłos dartego materiału sprawił, że obaj mężczyźni zastygli w bezruchu.
- Panie Darcy! Pana bryczesy! – zawołał Fletcher. Popłoch na twarzy Fletcher'a kontrastował tak ironicznie z heroicznym wizerunkiem wyczarowanym przez słowa Elizabeth, że usta Darcy’ego zaczęły drżeć. Po chwili w kącikach pojawił się uśmiech, a po nim nieskrępowana wesołość, gdy Fletcher rozłożył zniszczone spodnie i przyglądał się im z ogromnym zakłopotaniem. W tym momencie Darcy mógł tylko opaść na fotel i przycisnąć rękę do oczu próbując dojść do siebie.
- Panie Darcy? Proszę pana? – głos Fletchera świadczył o zaniepokojeniu, podczas gdy Darcy starał się zdławić śmiech, który ogarniał go za każdym razem, gdy spojrzał na Fletcher'a albo na spodnie.
- Panie Fletcher – zdołał w końcu powiedzieć – pamiętam wyraźnie, że miałem z panem porozmawiać o czymś istotnym, ale, na Boga, nie pamiętam o czym. Pan zapewne wie lepiej niż ja, co powinienem teraz panu powiedzieć, więc będzie pan tak dobry i uzna, że zostało to powiedziane. I nie rozpaczaj tak nad tymi spodniami, człowieku!
- Tak, proszę pana. Oczywiście. Natychmiast znajdę inne. Dziękuję, panu! – wyjąkał Fletcher i postąpił zgodnie ze swoimi słowami.
W rekordowe dwadzieścia minut Darcy mógł opuścić swoje pokoje. Gdy Fletcher zaczął zbierać rozrzucone ubrania, Darcy zawahał się na chwilę. Wczorajsze knowania uwieńczone sceną w kościele wymagały słów niezadowolenia z jego strony. Jednak, po pierwsze nie miał żadnego dowodu, po drugie... cóż, ten człowiek zebrał pochwały z wielu stron. Wyciągnął zegarek, pomanipulował pokrętłem, porównał czas z zegarem w pokoju. W końcu, umieścił go z powrotem w kieszonce kamizelki.
- Fletcher, jeszcze jedno.
- Panie Darcy – zachowanie Fletcher'a świadczyło o tym, że odzyskał już swą zwykłą zimną krew.
- Wspomniałem o czymś ważnym zanim... pamiętasz? - Fletcher zastygł i spojrzał z lękiem na swego pana – Nie wiem dlaczego ani jak... ale nie może się to powtórzyć. Czy wyrażam się jasno?
Fletcher skinął.
- Panna Bingley bardzo wyraźnie wyraziła swoje niezadowolenie i nie zamierzam wzbudzać go ponownie.
- Panna Bingley, sir? A co Annie ma wspólnego z panną Bingley? – zakłopotanie Fletcher'a dorównywało zakłopotaniu Darcy’ego.
- Annie i panna Bingley? Ależ nic – odpowiedział Darcy.
- Nie jest pan więc niezadowolony w związku z Annie. Doprawdy, cóż innego mógłby zrobić chrześcijanin niż stanąć w obronie niewinnej przed wielką...
- Nie mówię o Annie, Fletcher, ale o pannie Bingley! Choć nie mogę być zadowolony, że jeden z moich bliskich pracowników angażuje się w takie scysje.
- Panie Darcy, przysięgam na własne życie, że nigdy nie wdawałem się w spory z panną Bingley – stwierdził Fletcher ze zgrozą
- Nie, nie, nie z panną Bingley – Darcy niemal popadł w rozpacz starając się być zrozumianym. – Fletcher, posłuchaj...
Zegar w pokoju wybił ósmą, co znaczyło, że w tej chwili powinien już być na dole.
- Jestem przekonany, że dobrze wiesz, co miałem na myśli – stwierdził zrezygnowany – i oczekuję, że się do tego zastosujesz.
- Oczywiście, proszę pana – skłonił się Fletcher.
Darcy skinął nie do końca usatysfakcjonowany, ale niepewny jak wyegzekwować albo przynajmniej określić, co spełniłoby jego oczekiwania. Z jeszcze jednym skinieniem pospieszył na dół, by dołączyć do pozostałych w jadalni.

Dione - Czw 04 Sty, 2007 11:50

Jedno jest pewne Fletcher nie lubi panny Bingley :twisted:
Mag - Czw 04 Sty, 2007 12:00

Alison napisał/a:
- Panie Darcy, przysięgam na własne życie, że nigdy nie wdawałem się w spory z panną Bingley – stwierdził Fletcher ze zgrozą



No ale o co chodzi? :rotfl:

Dzięki Matulku :kwiatek:

Anonymous - Czw 04 Sty, 2007 12:03

Dione a kto ją lubi. No może poza nią samą? Nawet brat - nie bardzo. Luiza też jakoś nie pała sympatią. Więź miedzy siostrami Bingley opiera się na zupełnie czym innymi niż sióstr Bennet i jestem pewna, że w razie kłopotów Luiza odwróciłaby się od Karoliny bez zmrużenia okiem.


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group