To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

North and South - powieść - Tłumaczenia fragmentów powieści "N&S"

Narya - Pią 02 Cze, 2006 18:57

Caroline napisał/a:
Stojąca przed nim kobieta nie okazywała żadnych emocji, żadnego strachu, niepokoju, pragnienia szybkiego zakończenia tej rozmowy.

Ta Margaret to jest niesamowita. Pełna obawy przede wszystkim o brata, a taka opanowana.
Caroline napisał/a:
Potem poszła do gabinetu, zatrzymała się, zachwiała, przechyliła do przodu i upadła zemdlona na podłogę.

No temu to się nie dziwię. Po takim napięciu i tak dobrze, że doszła do tego gabinetu.
Szkoda, ż tego fragmentu nie pokazali w filmie - mam na myśli omdlenie Margaret. To pokazuje, że jednak nie jest aż taka silna - prawdziwa wrażliwa kobieta :smile:

Caroline - Pią 02 Cze, 2006 19:00

AineNiRigani napisał/a:
A po co ona mdleje w samotności?
:D :D
:) Trenowała, żeby w razie czego zemdleć wystarczająco dramatycznie.
********
Jak to przeczytałam pierwszy raz, to wydawało mi się, że Gaskell dramatyzuje i to są takie XIX-wieczne fiki-miki-globusy o nadwrażliwych kobietach, a ostatnio spotkałam się z kumpelą, która miała wyjątkowo stresujący weekend i w niedzielę wieczorem zemdlała sobie bez wyraźnej przyczyny, kobita zdrowa jak rydz.

Gitka - Pią 02 Cze, 2006 19:12

Caroline, napracowałaś, dzieki.
Ale swoją drogą, jak by tak zemdlała i wpadła w ramiona Thortona...

Matylda - Pią 02 Cze, 2006 19:33

Gitka napisał/a:
Caroline, napracowałaś, dzieki.
Ale swoją drogą, jak by tak zemdlała i wpadła w ramiona Thortona...

Nie mógłby sie tam napatoczyć??
Od razu adrenalina nam by sie podniosła :wink:

Narya - Pią 02 Cze, 2006 19:33

A Thornton jest w tym czasie z panem Hale w innym pokoju. Nie wie, co traci :mrgreen:
Gosia - Pią 02 Cze, 2006 20:02

Silna jednak byla ! Taki kamienny spokoj na twarzy ... uff....

Ilustracje:


Anonymous - Pią 02 Cze, 2006 20:26

Matylda napisał/a:
Ale swoją drogą, jak by tak zemdlała i wpadła w ramiona Thortona...

Nie mógłby sie tam napatoczyć??:[/quote]

A potem by się tłumaczył "Przypadkiem przechodziłem... " :banan:

Alison - Pią 02 Cze, 2006 22:00

Caroline napisał/a:
AineNiRigani napisał/a:
A po co ona mdleje w samotności?
:D :D
:) Trenowała, żeby w razie czego zemdleć wystarczająco dramatycznie.


Wy się kobity nie śmiejcie z takich nagłych omdleń. Ja 2 lata temu nie wiedzieć dlaczego gruchnęłam rano w łazience i tak sobie facjatę załatwiłam, że przez miesiąc chodziłam z takimi limami i strupami na nosie, że wyglądałam jak menel z dworca w Małkini, bo nie było akurat żadnego Thorntona co by mnie przyasekurował ;-)
Chociaż największym koszmarem to były te współczujące spojrzenia pt. ale cię babo ten twój leje, czemu się dajesz..:-)

Alison - Pią 02 Cze, 2006 22:25

No i śmieją się jędze pozbawione współczucia i empatii :-)
Czekajcie jak same dostaniecie globusa w ciasnym pomieszczeniu pełnym niebezpiecznych kantów. I tak cud, że żyję, mogłyście wszystkie być już sierotami ;-)

Gosia - Pią 02 Cze, 2006 22:29

Moze na przyszlosc zamiast karteczek,
wyslemy Matusi sto poduszeczek ;)

Kaziuta - Pią 02 Cze, 2006 22:51

O rany! rymowanie jest zaraźliwe! :thud:
Anonymous - Pią 02 Cze, 2006 23:33

Alisonku, akurat wiem co czujesz. Mnie sie zdarza tak dziwnie omdleć w momentach olbrzymiego stresu. Ciśnienie mi skacze do makabrycznych liczb i gleba.
W gimplu mdlałam przed fizyką.

Alison - Pią 02 Cze, 2006 23:50

No widzisz Ainusiu, tylko chyba my tu prawdziwe kobietki mdlejące z wrażenia jesteśmy ;-)
Caroline - Sob 03 Cze, 2006 16:52

Margaret, Thornton i policjant (Rozdział XXXV "Expiation"-"Pokuta" s. 327)

Pan Thornton zasiedział się. Czuł, że jego towarzystwo sprawia przyjemność panu Hale, był poruszony błagalną, półgłosem wyrażoną prośbą by został dłużej, smutnym "Nie idź jeszcze", które jego biedny przyjaciel powtarzał od czasu do czasu. Zastanawiał się, dlaczego Margaret nie wróciła, ale to nie w nadziei zobaczenia jej zwlekał. Przez godzinę, w obecności człowieka, który tak boleśnie odczuwał nicość istnienia, był rozsądny i panował nad sobą. Głęboko interesowało go wszystko co jej ojciec miał do powiedzenia
"Of death, and of the heavy lull,
And of the brain that has grown dull"*
Osobliwym było jak obecność pana Thorntona sprawiała, że pan Hale ujawniał swoje sekretne myśli, które trzymał w ukryciu nawet przed Margaret. Czy chodziło o to, że jej współczucie byłoby tak dotkliwe i objawiłoby się tak żywo, iż obawiał się własnej reakcji, czy też jego drobiazgowy umysł domagał się wyjaśnienia wszelkich wątpliwości i przemienienia ich w pewniki, a wiedział, że ona przeraziłaby się tych myśli i tego, że on jest do nich zdolny; jakikolwiek był powód, łatwiej przychodziło mu zwierzyć się panu Thorntonowi niż jej ze wszystkich myśli, wyobrażeń i strachu, które tkwiły w jego umyśle do tej pory. Pan Thornton mówił niewiele, ale z każdym wypowiedzianym zdaniem wzrastało zaufanie i szacunek pana Hale do niego. Jeśli przerywał dając wyraz przeżywanego bólu, dwa, trzy słowa pana Thorntona uzupełniały zdanie, ukazując jego głębokie znaczenie. Czy chodziło o wątpliwość, strach, niepewność poszukującą spoczynku i nie znajdującą jej, pan Thornton zamiast być zszokowanym przechodził sam przez ten etap w ich rozmyślaniach, potrafił znaleźć źródło pocieszenia, promień światła, który rozjaśniał te ciemne rejony. Choć był człowiekiem czynu, wplątanym w nieustanną walkę na tym świecie, nosił w sobie głębokie przywiązanie do Boga i to mimo silnej potrzeby niezależności i błędów, które pan Hale mógł tylko sobie wyobrażać. Nigdy więcej na ten temat nie rozmawiali, ale ta jedna rozmowa sprawiła, że stali się dla siebie wyjątkowi, związała ich ze sobą, tak jak nie sprawiłaby tego żadna przypadkowa, bezładna dyskusja o rzeczach świętych. Nie dotarliby do prawdziwej sfery świętości, gdyby dopuszczono do niej innych.

Przez cały ten czas Margaret leżała nieruchomo, blada jak śmierć, na podłodze gabinetu. Ugięła się pod brzemieniem, które dźwigała, było ciężkie i niesione od dawna, a ona była cierpliwa i pokorna, póki nagle jej ufność nie ustąpiła, rozpaczliwie szukała pomocy. Żałosny skurcz bólu pojawił się na jej czole, choć nie było żadnych innych objawów powrotu świadomości. Usta - tak uporczywie wygięte jeszcze niedawno, były rozluźnione i sine.

"E par che de la sua labbia si mova
Uno spirito soave e pien d'amore,
Chi va discendo a l'anima: sospira"**

Margaret zebrała siły i wstała. Grzebień wypadł jej z włosów, szukała go z instynktownym pragnieniem zatarcia śladów słabości i doprowadzenia się do porządku, od czasu do czasu w trakcie poszukiwań musiała usiąść i odzyskać siły. Głowa jej opadała, ręce trzymała łagodnie złożone jedna na drugiej, próbowała przywołać na nowo szczegóły zdarzenia, które tak ogromnie ją przeraziło, ale nie mogła. Rozumiała tylko dwa fakty: Frederick był w niebezpieczeństwie, groziło mu wytropienie i ujęcie w Londynie pod zarzutem zabójstwa i o wiele gorszym - przewodzenia buntowi, a ona skłamała by go ochronić. Pocieszeniem było, że jej kłamstwo istotnie mogło go uratować, choćby dając dodatkowy czas. Gdyby inspektor pojawił się znów jutro, gdy ona otrzyma już list, na który tak długo czekała, stawiłaby czoła wstydowi i zmierzyła się z gorzką pokutą, ona, dumna Margaret w zatłoczonej sali sądowej, gdyby zaszła taka potrzeba, przyznająca, że była jak "piesek, który zrobił tę rzecz". Ale gdyby przyszedł zanim pojawią się wieści od Fredericka, gdyby wrócił jak na poły groził, za kilka godzin, cóż, powiedziałaby to samo kłamstwo, choć jak zdołałaby wydusić z siebie słowa nie zdradzając się z kłamstwem po tych okropnych chwilach przeznaczonych na refleksję i wyrzuty sumienia, nie wiedziała, nie potrafiła powiedzieć. Jednak powtórzenie tego kłamstwa zyskałoby czas, czas dla Fredericka.
Poderwało ją wejście do pokoju Dixon, która właśnie wypuszczała pana Thorntona.

:cool: :razz:

Caroline - Sob 03 Cze, 2006 16:54

*nie wiem, skąd jest ten cytat, w luźnym tłumaczeniu:
o śmierci i ciężkiej ciszy, i o smutku, który stłamsił myśli

** Zdawało się, że jej usta drgnęły i uleciał z nich duszek, który szepnął: Odetchnij!
albo: janioł z niej wyloz i kazoł jej dusy łoddychać ;) :D

A serio: ten cytat jest z liryków Dantego („Vitua nova” – „Życie nowe”), prawdopodobnie jest to sonet XXVI. Ukazały się w Polsce, może ktoś ma, albo wie, jak to lepiej przetłumaczyć?
Poniżej dwie wersje angielskie i włoska w całości:

It seems the lips move
The escavated spirit of love
Who goes saying to the soul: sigh!

From her lips, a gentle and loving spirit
seems to float out
and keeps saying to the soul: Sigh.

Tanto gentile e tanto onesta pare
la donna mia quand'ella altrui saluta,
ch'ogne lingua deven tremando muta,
e li occhi no l'ardiscon di guardare.
Ella si va, sentendosi laudare,
benignamente d'umiltà vestuta;
e par che sia una cosa venuta
da cielo in terra a miracol mostrare.
Mostrasi sì piacente a chi la mira,
che dà per li occhi una dolcezza al core,
che 'ntender no la può chi no la prova:
e par che de la sua labbia si mova
un spirito soave pien d'amore,
che va dicendo a l'anima: Sospira.

********************************
Dzisiejsze ciasteczko było dość kłopotliwe, zdecydowałam się na nie, bo pokazuje w miły sposób rosnąca przyjaźń pana Hale i Thorntona, ale potraktujmy je raczej jak luźną interpretację słów Eli, a nie tłumaczenie. Nieznane cytaty, wiktoriańska religijność, włoscy klasycy, dobrze, że Higgins nie przyszedł na herbatkę, bo nie byłoby ciasteczka. ;) ;)

Bawcie się dobrze i pomóżcie proszę znaleźć jakieś ludzkie tłumaczenie tego ostatniego włoskiego wersu, niech nie wisi tu ta amatorka!
:cool:

Matylda - Sob 03 Cze, 2006 17:01

Pocieszeniem było, że jej kłamstwo istotnie mogło go uratować, choćby dając dodatkowy czas. Gdyby inspektor pojawił się znów jutro, gdy ona otrzyma już list, na który tak długo czekała, stawiłaby czoła wstydowi i zmierzyła się z gorzką pokutą, ona, dumna Margaret w zatłoczonej sali sądowej, gdyby zaszła taka potrzeba, przyznająca, że była jak "piesek, który zrobił tę rzecz".

Jakie ludzie mieli dylematy??
Teraz obrastamy w kłamstwa i jeszcze je dzielimy na małe i duże

Gosia - Sob 03 Cze, 2006 17:18

"Pan Thornton mówił niewiele, ale z każdym wypowiedzianym zdaniem wzrastało zaufanie i szacunek pana Hale do niego. Jeśli przerywał dając wyraz przeżywanego bólu, dwa, trzy słowa pana Thorntona uzupełniały zdanie, ukazując jego głębokie znaczenie. Czy chodziło o wątpliwość, strach, niepewność poszukującą spoczynku i nie znajdującą jej, pan Thornton zamiast być zszokowanym przechodził sam przez ten etap w ich rozmyślaniach, potrafił znaleźć źródło pocieszenia, promień światła, który rozjaśniał te ciemne rejony."

No, pan Thornton ukazuje tu inna swoja twarz, inny aspekt swojej osobowosci, ale jak zawsze wspanialy :D

Dzieki Caroline ! :banan: (ja tez potancze)

Gosia - Sob 03 Cze, 2006 17:21

Matyldo, przypuszczam, ze ona teraz tez brzydzilaby sie klamstwem,
choc pewnie by juz nie mdlala z tego powodu ;)

Gitka - Sob 03 Cze, 2006 18:42

Caroline, bardzo cięzko dla Nas pracujesz, bardzo dziękuję.
Żal mi Margaret, zbyt dużo problemów jak na tak młodą damę.
I mimo wszystko szkoda, że Thorton nie zobaczył jak ona leży zemdlona z rozsypanymi włosami... :wink:

Gosia - Sob 03 Cze, 2006 18:44

No przeciez wczesniej juz widzial ja zemdlona, w czasie buntu ;)
GosiaJ - Sob 03 Cze, 2006 21:09

Gosia napisał/a:
No przeciez wczesniej juz widzial ja zemdlona, w czasie buntu ;)


Co by szkodziło, gdyby zobaczył ją drugi raz :-) Uważam, że tutaj pani Gaskell zmarnowała tyle potencjału :-)
Dzieki za oba fragmenty - już zapomniałam, jaka Margaret była okropna wobec Thorntona na początku. Jest mi jej szkoda - nie ma w nikim oparcia, ze wszystkim musi radzić sobie sama, wie, że Thornton stracił o niej dobre mniemanie, mama zmarła, martwi się o ojca i Fredericka... Z zewnątrz wydaje się taka silna, chociaż pan Thornton powoli odkrywa, że to tylko maska. Jest mocna, ale do pewnego momentu - oj, przydałaby się jej w tej chwili pomocna dłoń.

asiek - Nie 04 Cze, 2006 09:15

Caroline...czytam jednym tchem.Mój angielski jest zbyt słaby, abym poradziła sobie z powieścią.
Jedynie dzięki Tobie i Alison poznaję N&S. Podziwiam Wasze umiejętności i bardzo dziękuję za kolejne wypieki : :hello:

asiek - Nie 04 Cze, 2006 09:19

GosiaJ napisał/a:
Gosia napisał/a:
No przeciez wczesniej juz widzial ja zemdlona, w czasie buntu ;)


Co by szkodziło, gdyby zobaczył ją drugi raz :-) Uważam, że tutaj pani Gaskell zmarnowała tyle potencjału [...]


Oj, zmarnowała :? ??: To mogła być piękna scena.

Gitka - Nie 04 Cze, 2006 10:00

Gosia napisał/a:
No przeciez wczesniej juz widzial ja zemdlona, w czasie buntu ;)


Ale ja po tej scenie - to czułam niedosyt :sad:

Alison - Nie 04 Cze, 2006 10:39

Aaa bo też wziąłby ją na te swoje silne łapki, poniósł gdzieś w step szeroki pocucić trochę. Te Angole to słowiańskiej duszy za grosz nie mają ;-)


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group