Filmy - Fajny film wczoraj widzialam... III
Harry_the_Cat - Wto 25 Sie, 2009 00:41
| praedzio napisał/a: | Z Miłości... to ja najlepiej pamiętam Santiago Cabrerę. Och, stęskniłam się już za nim! |
Powróci jako Lancelot w drugim sezonie Merlina
praedzio - Wto 25 Sie, 2009 06:03
Będzie więcej Lancelotaaaa????
Alicja - Śro 26 Sie, 2009 12:47
Mała Moskwa
Jest rok 1967. Jura, młody pilot i niedoszły kosmonauta, trafia do Legnicy, zwanej "Małą Moskwą”, ze względu na ulokowanie tam największego garnizonu wojsk radzieckich w Europie Wschodniej. Towarzyszy mu piękna młoda żona Wiera. Zafascynowana polską poezją i muzyką, wygrywa piosenkarski "konkurs przyjaźni", wykonując porywająco i w części po polsku "Grande Valse Brillante" Ewy Demarczyk. Wtedy właśnie poznaje polskiego oficera i muzyka – Michała. Długo broni się przed obudzonym wówczas uczuciem. Zakazana miłość Rosjanki i Polaka musi rozwijać się w tajemnicy i po kryjomu...
Z zasady nie oglądam filmów polskich, nudzę się na nich , a wymuszony śmiech i „dobre , bo polskie” nie odpowiada mi. Po obejrzeniu Małej Moskwy nareszcie mam wrażenie, że można stworzyć dobry polski film, nie tylko Sami swoi czy Miś. Moje zdziwienie było duże, gdyż Mała Moskwa jest melodramatem i to udanym, o którym łatwo się nie zapomina. Piosenka Ewy Demarczyk od której w filmie wszystko się zaczyna Grande Valse Brillante – jeszcze długo będzie krążyć w myślach. Na okładce płyty widnieje opis, że jest to historia zakazanej miłości i wielkiej skrywanej namiętności w czasach, gdy nawet o intymnych sprawach decydowało sowieckie imperium, a opowieść dzieje się w mieście ( Legnicy – największej polskiej dawnej bazie wojsk radzieckich), w którym oddzieleni murami i zakazami żyli Rosjanie i Polacy, a oni mimo strachu i powszechnej inwigilacji kochali, cierpieli i mieli swoje marzenia. Nie można lepszymi słowami opisać treści, gdyż nie jest to kolejna banalna opowieść: on, ona i ten trzeci, a miłość wcale nie była planowana czy zakładana. Na początku bałam się , że retrospekcje w filmie zniszczą nastrój – prawie od początku wiadomo było, jaki będzie koniec tej historii. Przeskoki pomiędzy teraźniejszością i przeszłością były jednak dobrym pomysłem, pozwoliły zaakcentować najważniejsze chwile w życiu młodych żołnierzy i ich kobiet w mieście Legnicy w latach 60, a także oddać klimat tamtych lat – postacie drugoplanowe też przeżywają swoje małe dramaty.
Miało wyjść słowami bohaterów mimowolnie, „po koleżeńsku”. Miłość jest jednak nieprzewidywalna. Po raz pierwszy jestem w stanie zrozumieć złożone emocje dotyczące zakazanej miłości, które po mistrzowsku oddali Svetlana Khodchenko i Lesław Żurek, a nawet kibicować postaciom przez nich stworzonym. Każda kobieta powinna przynajmniej raz w życiu tak być tak kochana i sama doznać takiego uczucia.
Gosia - Śro 26 Sie, 2009 19:09
Mnie bardzo zainteresowała postać męża w tym filmie. Nie pamiętam dokładnie swoich wrażeń, bo film oglądałam jakiś czas temu, ale pamiętam, że mi się podobał.
Alicja - Czw 27 Sie, 2009 10:50
nie był taki najgorszy patrząc zwłaszcza na jego reakcję na działania żony oraz fakt pojawienia się dziecka. Braku urody też nie można mu zarzucić, dlatego też wrzuciłam zdjęcie
Harry_the_Cat - Czw 27 Sie, 2009 20:22
| praedzio napisał/a: | Będzie więcej Lancelotaaaa???? |
Owszem
Gosia - Sob 29 Sie, 2009 19:09
Obejrzałam "Accidental Husband"
Moja recenzja z bloga:
http://margotte-gosia.blo...adkowy-maz.html
W czasie deszczu dzieci się nudzą... więc sięgnęłam po komedię romantyczną w dobrej obsadzie, żeby poprawić sobie nastrój. I niestety... rozczarowałam się. Nie obiecuję sobie wiele po podobnych filmach. Wiem, że fabuła będzie prosta, a sam film lekki, łatwy i przyjemny. Chcę tylko, by postaci dały się lubić, by było romantycznie i zabawnie. Niestety zupełnie nie mogłam się przekonać do Umy Thurman w głównej roli. Zachodziłam w głowę, co mogło się w jej Emmie podobać takim dwóm różnym mężczyznom. Bo ani uroda, ani wdzięk. Mam wrażenie, że Uma zupełnie nie pasuje do takiego gatunku filmowego, bo widziałam ją wcześniej w innych rolach i mi się podobała.
Twórcy filmu powielili znane już z podobnych filmów schematy fabularne. Trójkąt - ona jedna, ich dwóch, diametralnie różnych (ten poukładany lecz nieco nudny i ten spontaniczny i nieprzewidywalny). Ona prowadzi program, w którym doradza innym kobietom, czym mają się kierować przy wyborze partnera, a tymczasem sama wybiera źle. Komedia pomyłek (mąż-nie mąż musi udawać prawdziwego narzeczonego), quasi-ucieczka sprzed ołtarza (w pewnym momencie myślałam, że będzie to kopia "Moja dziewczyna wychodzi za mąż"). Jeden z bohaterów ma egzotycznych przyjaciół, co oczywiście skutkuje tym, że widzimy hinduską zabawę (realizatorzy przemycili w ten sposób elementy filmów bolly, trzeba przyznać, że Morgan ładnie wyglądał w długiej hinduskiej szacie).
Stare, sprawdzone patenty tym razem nie wypaliły. Film nie ma lekkości, sceny są źle nakręcone, brakuje feelingu, oryginalności, jakiegoś pomysłu na realizację. Jest przewidywalny aż do bólu, brakuje napięcia i chemii między aktorami. Uma miota się histerycznie, chyba sama nie wiedząc co i jak ma grać (mam wrażenie, że twórcy postawili na szybkie tempo, by zagłuszyć braki scenariuszowe). Jak dla mnie, nie było w tym filmie żadnych scen motylkowych. Dodatkowo mam wrażenie, że muzyka nie współgrała z obrazem. Jedyne co mi się podobało to odtwórcy głównych ról męskich czyli Jeffrey Dean Morgan i Colin Firth. W przypadku tego ostatniego patrzyłam z zażenowaniem na scenę, w której napycha sobie usta babeczkami. Może lepiej by to wypadło, gdyby film był lepszy... Dla nich dwóch na ekranie można ten film obejrzeć, ale czy naprawdę warto?
Naoglądałam się wielu komedii romantycznych, ale dawno żadna (i jeszcze z tak dobrą obsadą!) mnie w ten sposób nie rozczarowała... A szkoda, bo miałam ochotę na dobrą zabawę. Nie byłam w tej opinii odosobniona, bo podobne wrażenia miała oglądająca razem ze mną ten film moja rodzina (bo chciałam nam zrobić wspólną przyjemność).
By the way - choć podobają mi się obaj, chyba bym jednak wybrała Richarda czyli Colina
Dla porównania - komedie romantyczne, które uważam za bardzo dobre lub dobre:
- Masz wiadomość
- Sabrina
- Pretty Woman
- Dziennik Bridget Jones (wszystkie części)
- Ja cię kocham, a ty śpisz
- Pod słońcem Toskanii
- To właśnie miłość
- Łzy w deszczu
- Mamma Mia
- Francuski pocałunek
- Zatańcz ze mną
- Czego pragną kobiety
- Moja dziewczyna wychodzi za mąż
- Nigdy w życiu.
Aragonte - Sob 29 Sie, 2009 19:25
Muszę Ci chyba podsunąć na taki nudny wieczór "The Truth Abouth Cats And Dogs " ("Jak pies z kotem"), ciekawe, jak to Ci się spodoba
Admete - Sob 29 Sie, 2009 20:52
Mnie tez Uma nie pasowałą w tym filmie i oglądałam dla Colina i JDM. Bawiły mnie nawiązania hinduskie i bardzo podobało mi się wykorzystanie utworu Rahmana na końcu.
Też lubię komedie romantyczne i mam kilka ulubionych, niektóre Gosiu pokrywaja się z twoimi wyborami:
- Masz wiadomość
- Ja cię kocham, a ty śpisz
- To właśnie miłość ( to dla mnie nie jest komedia romantyczna, tylko film obyczajow, ale go kocham bardzo )
- Francuski pocałunek
- Ich noce
- Sklepik za rogiem
- Opowieść filadelfijska
- Kiedy ją spotkałem ( Jab We Met - uroczy film, stawiam go na równi z Masz wiadomość i Ja cię kocham, a Ty śpisz i wiem, że ma w sobie urok, która działa także na osoby, które filmy hinduskich nie oglądają - niesamowita chemia między bohaterami i sporo się dzieje w pociagach i na dworcach )
- Socha Na Tha ( ostatnie odkrycie - świeży i przesympatyczny, rozmawiamy o nim w wątku orientalnym )
Caitriona - Sob 29 Sie, 2009 22:28
Uma jest najsłabszym ogniwem tego filmu, ale i tak oceniam go trochę lepiej niż Gosia. Nie było aż tak źle moim zdaniem.
Komedie romantyczne, moje ulubione:
- Ja Cię kocham, a Ty śpisz
- Dear Frankie
- Jab We Met
- Kate & Leopold
- Dziennik Bridget Jones
- Miłość ma dwie twarze
- Nic Nie Mów
- Pani Winterbourne
- Niezwykły dzień Panny Pettigrew
- Penelope
- To właśnie miłość
Hmm, chyba nie wszystkie te tytuły tak idealnie podchodzą pod ten gatunek, ale co tam
Gosia - Sob 29 Sie, 2009 22:43
Na "otarcie łez" obejrzałam inny film i tu już "moje uczucia zmieniły się diametralnie"
Moja recenzja:
http://margotte-gosia.blo...ajnych-dni.html
Rozczarowana filmem "Przypadkowy mąż" sięgnęłam po "Magię zwyczajnych dni" i od pierwszego kadru wiedziałam, że ten film na pewno mi się spodoba. Sposób realizacji, zdjęcia, muzyka, główni bohaterowie, sceneria, tematyka - wszystko to sprawiło, że film oglądało mi się bardzo dobrze i przez większą część filmu nie wiedziałam, jak się to wszystko skończy. Bo możliwości było wiele. Myślę, że urok w dużej mierze polegał na tej niewiadomej, choć pewnych rozwiązań można się było spodziewać.
Lubię niespieszne kino. Ten film w pewnym sensie przypominał mi inny, który również mi się bardzo podobał - "Miłość przychodzi powoli"z Dalem Midkiffem i Katherine Heigl.
"Magia zwyczajnych dni" opowiada o kobiecie, która została zmuszona przez swego ojca - pastora, i przez okoliczności do poślubienia mężczyzny, którego nie zna. To zaaranżowane małżeństwo jest smutną koniecznością, gdyż spodziewa się dziecka innego mężczyzny - instruktora lotnictwa z bazy wojskowej (akcja toczy się w czasach II wojny światowej).
Wraz ze świeżo poznanym mężem wyjeżdża na odległą farmę i tam rozpoczyna życie jako żona farmera. Wcześniej studiowała archeologię i miała ambicje naukowe, marzyły jej się wykopaliska, pisała pracę doktorską o Troi Schliemanna. Teraz została rzucona na prowincję, wśród obcych ludzi, których życie koncentruje się na rolnictwie i którzy prowadzą życie spokojne i osiadłe. Jak w takich okolicznościach, w takim swoistym więzieniu, może się czuć szczęśliwą?
Livy potajemnie pisze do Edwarda, ojca dziecka, w nadziei, że ten się do niej odezwie i będzie mogła wreszcie wyjechać i wrócić do swojego świata. Tymczasem, czekając na rozwiązanie, poznaje rodzinę męża i jego samego. Ten pozornie prosty, nieśmiały farmer wcale nie okazuje się takim prostym człowiekiem, Livy odkrywa w nim pokłady wrażliwości i dobrej woli, on naprawdę chce ją poznać, zrozumieć i pokochać. I chce dla niej jak najlepiej. Rozczuliła mnie scena, gdy w czasie obiadu, widząc, że żona może być znudzona rolniczymi tematami, próbuje skierować rozmowę na bliskie jej tematy. A ona rewanżuje się tym samym.
Osamotniona nieco na farmie kobieta zaprzyjaźnia się także z dwiema internowanymi Japonkami (amerykańskimi studentkami - po ataku na Pearl Harbor wszyscy mieszkający w Stanach Japończycy zostali przez Amerykanów internowani), które pracują na jej własnej farmie i tak jak ona zostały oderwane od swojego przedwojennego życia i planów na przyszłość.
W pobliżu jest także obóz jeniecki, w którym przebywają Niemcy.
Pewnego dnia przychodzi list od Edwarda...
Miłośnikom niespiesznego, familijnego kina, ten film z czystym sumieniem polecam. (Żeby nie być gołosłownym - mojej rodzinie także się ten film spodobał - jedna wada jakoś tak szybko się kończył Miałam nadzieję na coś więcej. ).
Aktorzy świetnie pasują do postaci, które grają. Keri Russell jest śliczna jako Livy, a Skeet Ulrich idealnie wpisał się w rolę nieśmiałego farmera. Dobre, familijne kino.
Film na podstawie powieści Ann Howard Creel "The Magic of Ordinary Days".
Dziękuję Admete i Praedziowi
Caitriona - Sob 29 Sie, 2009 22:49
I tutaj się w pełni zgadzamy. Magia jest pięknym i niespiesznym filmem.
Bardzo lubię scenę przy stole, w domu siostry, gdy Skeet zaczyna nagle rozmowę o Troi, wiedząc że jego żona ma dość rolniczych tematów
Harry_the_Cat - Sob 29 Sie, 2009 22:49
| Admete napisał/a: | - Sklepik za rogiem
- Opowieść filadelfijska |
Uwielbiam te dwie!!!!
Admete - Sob 29 Sie, 2009 23:01
To ja jeszcze dodam do swojej listy:
| Cytat: | - Niezwykły dzień Panny Pettigrew
- Penelope |
Oba niebanalne i ciepłe.
Gosiu - nie ma za co
Gosia - Sob 29 Sie, 2009 23:06
A jeszcze jak mówił, że ona może sobie spokojnie odkopywać te indiańskie strzały, jeśli tak lubi się grzebać w historii
Admete - Sob 29 Sie, 2009 23:16
| Gosia napisał/a: | A jeszcze jak mówił, że ona może sobie spokojnie odkopywać te indiańskie strzały, jeśli tak lubi się grzebać w historii |
Mieli sporo ładnych scen np. na tańcach i potem wieczorem. Lubie takie niedopowiedzenia...
Gosia - Sob 29 Sie, 2009 23:20
Właśnie to mi się w filmach najbardziej podoba, niedopowiedzenia, uczucia platoniczne (a nie sex, co mi imputujesz )
W sumie się cieszę, że pocałunek nastąpił tak późno, dla mnie mógłby być dopiero na końcu
Admete - Sob 29 Sie, 2009 23:41
| Cytat: | | W sumie się cieszę, że pocałunek nastąpił tak późno, dla mnie mógłby być dopiero na końcu |
Też lubię takie rzeczy.
Harry_the_Cat - Sob 29 Sie, 2009 23:46
Nie wiem, gdzie to wkleić + wlasnie sie nieco wzruszylam: http://www.youtube.com/watch?v=oiGKWoJi5qM
Lew Christian. Ktoś o nim słyszał?
Caitriona - Sob 29 Sie, 2009 23:50
| Harry_the_Cat napisał/a: | | wlasnie sie nieco wzruszylam |
Wow... Cudne!
Aragonte - Sob 29 Sie, 2009 23:57
Znam to, znam
Ujmujący jest ten filmik.
Ja tam ryczałam ze wzruszenia w swoim czasie, widząc ich powitanie po dłuższej rozłące.
aneby - Nie 30 Sie, 2009 00:15
Też się wzruszyłam.... To było niesamowite
Alicja - Wto 01 Wrz, 2009 20:30
byliśmy w kinie z mężem na Easy Virtue, nie mogę się przekonać do tytułu Wojna domowa, ma Easy Virtue ma przecież jakieś znaczenie w tym filmie W kazdym razie dobrze się bawiliśmy, Colin jak zwylke dobrze zagrał, a tango obejrzane w całości jest jeszcze lepsze niz w trailerze Zachęcam
Nie zauważyłam prędzej że Ben jest całkiem, całkiem szkoda, że to nie ten przedział wiekowy
Trzykrotka - Wto 01 Wrz, 2009 21:43
Bardzo mi się podobała Easy Virtue i wiecie co? Szczerze było mi żal matki panicza Johna. Od początku czułam, że jej zgorzkniałość i jędzowatość nie biorą się z wiejskiego powietrza.
Świetnie się ten film oglądało. Znakomite średnie pokolenie. bardzo dobra mała rólka niedoszłej-przyszłej-żony panicza Johna oraz tytułowej ladacznicy. Panicz jeszcze trochę nieopierzony i na razie jedzie warunkami, a nie kunsztem aktorskim, ale będą z niego ludzie. Mój ulubiony bohater - niewzruszony lokaj. Uwielbiam tego aktora od czasów Love Actually
. Wybaczcie, że nie podaję nazwisk, jestem tak zmęczona, że nie mam siły szukać.
Kolejny świetny czeski obejrzałam, tym razem Opowieść o prawdziwym szaleństwie. Polecam szczerym sercem. Przepiękna, ironiczna, ale ciepła (jak sie nazywa takie spojrzenie na rzeczywistość, kpiące, ale wyrozumiałe?), pełna pobłażliwości i nie oceniająca nikogo opowieść o wycinku z życia pewnego pracownika lotniska. Pracownik ten kończy swoje drobne szaleństwa tym, że sam nadaje się paczką, a paczka na taśmie spedycyjnej skręca w niewłaściwą stronę i odlatuje w siną dal... Może do Bośni? Albo na Kubę? Nie wiemy.
Ivan Trojan jest świetnym aktorem, z Czechów moim ulubionym, obok Jirego Machaczka. Tutaj jest trochę rozmemłany, trochę śmieszny, trochę niepokojący. Film podobnie - bardzo zabawny, powolny, absurdalny, choć w granicach czeskiej normy i bardzo niepokojący. Czesi to potrafią.
Il Mare
Nigdy nie przepadałam za Domem nad jeziorem. Obejrzałam, podobała mi się Sandra, podobał mi się Keanu, równie dobrze mogłam na nich patrzeć oddzielnie, w całkiem innych filmach. Ten wydawał mi się nieznośnie udziwniony, wydumany, jego punkt wyjściowy, czyli dziwaczna wymiana listów pomiędzy bohaterami oddalonymi w czasie o dwa lata, żyjącymi w jakimś dziwnym przesunięciu czasowym, wydawała mi się bardzo sztuczna. Nie wiedziałam do końca, o co w tym wszystkim chodzi, prócz tego, żeby na koniec się dopadli w jednym czasie i nastąpił Wielki Finałowy Pocałunek. Ale taka jest komedia romantyczna. To gatunek, który chyba najszybciej zjada własny ogon.
Tymczasem pierwowzór, koreański Il Mare, poruszył mnie do głębi. To nie jest historyjka o tym, że on zasadził jej drzewko pod domem i że się całowali w przeszłości, w której on znał ją, a ona nie znała jego . W tym filmie nie ma w ogóle potrzeby ani przymusu zastanawiania się, jak z 2+2 wychodzi 12. Przesuniecie czasowe jest tylko pewną figurą, zabiegiem służącym pokazaniu ogromnej samotności.
To jest piękny, niespieszny film o tęsknocie, samotności, ciągłym szukaniu drugiego człowieka i rozmijaniu się z nim. Nakręcony jest mniej perfekcyjnie, niż amerykański remake, ale w sposób bardzo zachodni, więc oglądanie nie napotyka na barierę kulturową. Natomiast jest w nim obecna nutka charakterystycznej dalekowschodniej obcości, beznamiętności... To jest tylko nutka, ale - o dziwo, w jakiś sposób chłód Il Mare pomaga. Lubimy jego zdystansowanych mieszkańców i czujemy ich ból, tęsknotę, żal popełnionych błędów, zbyt późnego przebaczenia, złych decyzji. Ja czułam.
Piękny film.
Gosia - Śro 02 Wrz, 2009 08:26
| Trzykrotka napisał/a: |
To jest piękny, niespieszny film o tęsknocie, samotności, ciągłym szukaniu drugiego człowieka i rozmijaniu się z nim. |
Tak właśnie myślę o filmie "Dom nad jeziorem". Nie przeszkadzają mi niekonsekwencje. Bardzo lubię ten film.
"Il Mare" też ma swoje zalety.
|
|
|