Filmy - Fajny film wczoraj widzialam... III
trifle - Śro 08 Lip, 2009 12:47
O tak, mi też się ta księgarenka podobała. Choć przyznam szczerze, że odkąd jestem we Wrocławiu to może raz w małej księgarni byłam, poza tym tylko w empiku i innych sieciowych Wygodniej, taniej, większy wybór... Fakt, że ja lubię sama grzebać w książkach, nie potrzebuję, żeby mi ktoś doradzał, więc nie wiem, na ile się znają tam.
To jedna z najładniejszych scen w filmie - kiedy Meg wchodzi do molocha Foxa i widzi, jak tam jest w środku Że dzieciaki mają swoje piętro i wszystko dla nich. Tylko głupi sprzedawca nie potrafi nic powiedzieć o książkach
Anonymous - Śro 08 Lip, 2009 12:53
| trifle napisał/a: | | Tylko głupi sprzedawca nie potrafi nic powiedzieć o książkach |
no włśnie, wybór, wyborem, ale magiczne są miejsca gdzie można z ksiegarzem o ksiażkach porozmawiać
BeeMeR - Śro 08 Lip, 2009 12:56
| Gosia napisał/a: | | Ja jednak wolę "Masz wiadomość" choć generalnie nie znoszę Hanksa, ale tu go jakoś tam akceptuje. | A ja generalnie lubię Hanksa, lubię Meg, a tu mi ich kombinacja nie pasuje
trifle - Śro 08 Lip, 2009 13:04
| lady_kasiek napisał/a: | | trifle napisał/a: | | Tylko głupi sprzedawca nie potrafi nic powiedzieć o książkach |
no włśnie, wybór, wyborem, ale magiczne są miejsca gdzie można z ksiegarzem o ksiażkach porozmawiać |
Pewnie tak, ale ja nieśmiałym człowiekiem jestem, najczęściej wchodzę do księgarni nie wiedząc, czego chcę i tak dłubię. Poszłam tak do małego antykwariatu w Krakowie, książek pełno, pan pyta, czego szukam, ja mówię, że nie wiem w sumie. Szukało się niewygodnie, pan miły, porozmawiało się, ale generalnie to raczej się czułam skrępowana
Anonymous - Śro 08 Lip, 2009 13:09
| trifle napisał/a: | | Pewnie tak, ale ja nieśmiałym człowiekiem jestem, |
a ze mnie człowiek- słowotok i muszę gadać ze wszystkimi i wszędzie
BeeMeR - Śro 08 Lip, 2009 13:18
| trifle napisał/a: | | najczęściej wchodzę do księgarni nie wiedząc, czego chcę i tak dłubię. | o, to i ja tak mam
A najczęściej wchodzę nie tyle, żeby kupować, co żeby "poodychać książkami"
*niech mnie ktoś kopnie, żebym się wzięła do pracy *
Agn - Pon 13 Lip, 2009 19:46
Mieliście kiedyś takie dziwne uczucie w żołądku? Takie... ściśnięcie? Oraz mrowienie, bo właśnie obejrzeliście film, na który bardzo długo czekaliście i was nie zawiódł? Właśnie takiego uczucia doświadczam.
   
Od lewej: Federico Garcia Lorca, Salvador Dali, Luis Bunuel, Magdalaena, Gala.
O Little Ashes usłyszałam na jesieni w zeszłym roku. Od tamtej pory nie ustawałam w poszukiwaniach tego filmu. Nie pojawił się nigdzie ani po premierze w Wielkiej Brytanii (październik 2008), ani po premierze w Stanach Zjednoczonych (marzec 2009). Dziś była premiera DVD. I wreszcie mogłam ten film obejrzeć.
To będzie bardzo, bardzo długie, ponieważ muszę się dokumentnie wyzewnętrznić, i w sumie trochę tu poleci spoilerów, ale z drugiej strony - wiadomo, jak to się skończyło, więc nie sądzę, bym musiała pchać to pod zasłonkę.
Boże...
Film opowiada historię przyjaźni między Salvadorem Dalim, Luisem Bunuelem a Federico Garcia Lorcą. Główną postacią jest Federico i opowieść skupia się na jego związku z Salvadorem. Luisa jest mniej, ale go widać, oj widać.
Więc tak. Historia zaczyna się w 1922 roku w Madrycie. Młody Salvador Dali (całkiem niezły Robert Pattinson) przybywa na uniwersytet. Wygląda dziwnie, zachowuje się jeszcze dziwniej (w tamtych czasach to, co mówił było szokujące; dziś zapewne wszyscy uznaliby go za kretyna). Podoba mi się ukazanie Salvadora w tym momencie. Jak "aranżuje przypadki". Np. wybiera obraz i go ustawia tak, by był widoczny, układa książki, by sprawiały wrażenie niedbale rozrzuconych, otwiera drzwi i nasłuchuje, czy ktoś idzie. W końcu niby przypadkiem rozsypuje pędzle, co zwraca uwagę przechodzącego. Przechodzący wchodzi, podziwia obraz, przedstawia się jako Luis Bunuel (Matthew McNulty). I wprowadza go w studenckie towarzystwo. Przedstawia mu też Lorcę (świetny Javier Beltran).
Studenckie życie przeplata się z ogólnym, bohaterowie piją, dyskutują, tworzą (Lorca był poetą, Dali, jak wiadomo, malarzem, Bunuel filmowcem). Lorca i Dali powoli zbliżają się do siebie. I to też jest cudnie pokazane. Oni się obserwują, wymieniają spojrzenia, ale nic tak czysto romansowego... nie wiem, jak to określić. Federico, patrząc na Salvadora ukradkiem ma takie... czułe spojrzenie, powoli się zakochuje. U Dalego nic nie jest oczywiste. Czasem Lorcę śledzi, czasem za nim chodzi. Szuka jego towarzystwa, chociaż nie mamy tu nic o jakiejś szczególnej namiętności. W filmie jednak pokazane jest, że coś czuje, choć z drugiej strony nie ma jednoznaczności, co to dokładnie jest. Na pewno coś więcej niż przyjaźń, na pewno nie suche doświadczenie, które zgadzałoby się z jego dewizą ("No limits"), ale nie miłość i nie czysty pociąg seksualny. Z jednej strony waha się, z drugiej dąży do bliskości. Z boku zaś stoi Bunuel, który z coraz większym zdziwieniem, a wręcz niesmakiem, obserwuje parę przyjaciół (tu warto wspomnieć, że Bunuel uważał to, co wtedy uważał ogół - homoseksualizm był niemoralny i karalny). Kiedy orientuje się w uczuciach Lorki, odcina się od niego, wręcz nim gardzi. Można by w tym momencie pomyśleć "Co za palant!", ale trzeba wziąć poprawkę na to, że... to były takie czasy.
Z czasem w filmie ujednoznacznia się to wszystko. Lorca ewidentnie kocha Dalego (zresztą ponoć był jego wielką, niespełnioną miłością), Dali zaś... rezygnuje i zaczyna się wycofywać. Zdziwił mnie tylko w pewnym momencie Bunuel. Kiedy pokłócił się z Salvadorem, na powrót zaczął przyjaźnić się z Federico. Zdaje się, że oni się nigdy nie pogodzili, ale mogę się mylić.
Nie będę opisywała całości, to trzeba zobaczyć. Moje wrażenia? Ten film dał mi więcej, niż się spodziewałam. Czytałam o nim dosłownie wszystko, co się tylko dało, i (biorąc pod uwagę to, co pisali fani) szykowałam się na obraz, w którym będzie mnóstwo niespodziewanego, rozpasanego, gejowskiego seksu. Nieprawda. Owszem, są sceny rozbierane, ale moim skromnym zdaniem są po prostu piękne. Jedna jest trochę mocniejsza, ale daleko temu do pornografii, dlatego nie ogląda się jej z niesmakiem.
O aktorstwie trochę... Będę śledzić poczynania Javiera Beltrana, bo bardzo mi się jako Lorca podobał. Delikatny, wrażliwy, ale niepozbawiony charakteru poeta. Zakochany, ale... w tym było coś jeszcze. Moim skromnym zdaniem zagrał naprawdę świetnie, z uczuciem.
Robert Pattinson miał w sumie najdziwniejszą rolę do zagrania. No tak - Salvador Dali. Człowiek, którego uważano za wariata. Najlepiej się chyba czuł w momencie, kiedy jego bohater przez jakiś czas zachowywał się normalnie (no, powiedzmy, że w granicach normy), mniej pewnie odegrał jego "świrowanie" z początku. No ale przy końcówce... Ech. Pozwolę sobie napisać - dał radę. Dobrze opanował mimikę Dalego.
Matthew McNulty... hmm. Były chwile, kiedy był rewelacyjny (np. w scenie, w której wyładowuje złość na homoseksualiście), najlepszy w drugiej części filmu. Ale przeszkadzał mu chyba akcent.
No właśnie, panowie mówią po angielsku z silnym, wręcz czasem przesadzonym hiszpańskim akcentem i to może nieco drażnić. Najlepiej ten akcent wyszedł Beltranowi, ale nic dziwnego - w końcu to Hiszpan.
W filmie dużo jest scen, które mogą wydawać się dziwnie nakręcone, ale mnie się podobały (np. wyjazd Dalego do Paryża - przemontowanie czarno-białych ujęć współczesnych ze starymi filmami z tamtego okresu). Natomiast dużo jest autentycznie pięknych. Lorca wchodzący do pokoju Dalego, widzi, że się wyniósł, wszystko spakowane. Albo kąpiel w rzece - pierwszy pocałunek. Perełka! Albo końcowe sceny. No dobra, może nie wszyscy wiedzą, jak się kończy ta historia, to dam tutaj zasłonkę. W tym momencie nie dałam rady. Zaczęłam po prostu niemożliwie płakać.
Nie wiem, na ile ta historia jest prawdziwa. Dali zawsze twierdził, że między nim a Lorcą do niczego nie doszło. Wiadomo jednak, że lubił wymyślać o sobie różne rzeczy, co zakrawało na mitomanię. Lubił też eksperymentować. Zresztą Little ashes to nie jest film dokumentalny, czego nie pojęli chyba krytycy, plując na niego, że pokazuje nieprawdę.
Film jest strasznie smutny, ale moim zdaniem piękny, okraszony cudowną muzyką Miguela Mery. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego krytycy tak strasznie zjechali ten film, ale mam ich gdzieś. Jak na film biograficzny wyróżnia się choćby tym, że nie pokazuje kolejnego nieszczęśliwego, sławnego ćpuna i nikogo nie usprawiedliwia, tłumacząc, że to historia bardzo, bardzo nieszczęśliwego człowieka, który brał herę i traktował wszystkich dookoła jak śmiecie *ziewa*. To nie jest tego typu historia i bardzo dobrze.
Polecam do obejrzenia, naprawdę. Mnie się bardzo podobał i z pewnością jeszcze nie raz go obejrzę. Tymczasem dam się zastrzelić za:
- muzykę z tego filmu
- porządną biografię Salvadora Dali, napisaną przez kogoś innego niż on sam (czytałam Dziennik geniusza i Moje sekretne życie, ale wiadomo, że Salvadorowi nie można do końca we wszystkim wierzyć)
- porządną biografię Federico Garcia Lorki (ktokolwiek widział, ktokolwiek wie)
- wiersze FGL (w filmie można kilka posłuchać).
Płaczę.
Aragonte - Pon 13 Lip, 2009 22:50
O rany, ależ Cię wzięło
To ja się muszę uśmiechnąć o ten film
Agn - Pon 13 Lip, 2009 22:54
Dobrze, Aragonte. Czy coś jeszcze dorzucić? Nie wiem, jakiś Powrót do Brideshead (też fajne) albo cuś?
Z tym że do L.A. nie ma napisów, póki co.
Anonymous - Pon 13 Lip, 2009 23:26
Agn... też mogłabym się lubieżnie uśmiechnąć?
Agn - Pon 13 Lip, 2009 23:30
Twojemu lubieżnemu uśmiechowi się nie da oprzeć.
Dobra, jutro kupuję płytki.
Aragonte - Pon 13 Lip, 2009 23:36
| Agn napisał/a: | Dobrze, Aragonte. Czy coś jeszcze dorzucić? Nie wiem, jakiś Powrót do Brideshead (też fajne) albo cuś?
Z tym że do L.A. nie ma napisów, póki co. |
Dorzuć, dorzuć Powrót, nie mam
A co do napisów... ha, będę szkolić angielski, przy Babylon 5 z konieczności też szkolę
Anaru - Wto 14 Lip, 2009 00:02
To ja nielubieżnie, za to szeroooooko
Po Twoim opisie mam sporą ochotę.
BeeMeR - Wto 14 Lip, 2009 11:06
| Anaru napisał/a: | To ja nielubieżnie, za to szeroooooko
Po Twoim opisie mam sporą ochotę. | A ja sobie obejrzę z Anią, do której będę się uśmiechać czarująco, ujmująco
ani trochę nie lubieżnie
BeeMeR - Wto 14 Lip, 2009 12:13
Próbowałam zobaczyć The Lazarus Project ale mnie uśpiło
I nie zainteresowało
I nawet Paul Walker nie pomógł
Agn - Wto 14 Lip, 2009 12:18
Anaru, Aragonte, Kasiek - na priva adresy proszę. Postaram się jutro nadać przesyłki.
Wiecie, że mnie ciągle trzyma? Mam nadzieję, że wam się film spodoba tak samo jak mnie. Macie trochę większą szansę na obiektywizm względem niego.
praedzio - Wto 14 Lip, 2009 12:44
| BeeMeR napisał/a: | Próbowałam zobaczyć The Lazarus Project ale mnie uśpiło
I nie zainteresowało
I nawet Paul Walker nie pomógł |
A myślałam, że tylko ja nie mogłam do końca obejrzeć. Zbyt wolno to się wszystko kręciło. Aczkolwiek Walker do pooglądania jest mniam! Tylko raczej w dzień, nie wieczorem, bo inaczej chrapnięcie murowane.
BeeMeR - Wto 14 Lip, 2009 13:06
Ja w jasny dzień próbowałam, ale to jakieś takie rozmemłane
dałam mu półgodzinną szansę - i szkoda mi następnej godziny mojego życia, żeby to skończyć
BeeMeR - Śro 15 Lip, 2009 08:27
wrzucam recenzję jeszcze raz:
Miłość w czasach zarazy
oj, nie urzekł mnie ten film, a szkoda, bo miałam taką nadzieję
A przyznać muszę, że film ma bardzo dużo atutów - przepiękne lokacje, bogate wnętrza, cudne krajobrazy, piękne kostiumy, muzykę podkreślającą wydarzenia i najwyższej jakości zdjęcia. Brawo.
Niemniej przez niezmiernie powolne tempo akcji oraz niezwykle posępnych bohaterów zanudziłam się i przysnęłam co najmniej dwa razy.
W dodatku główny bohater, zwłaszcza po przemianie "po kilku latach" (nota bene to wyglądało jakby dla niego minęło 20 lat, a dla niej jakieś 2 ) jest dla mnie niezwykle aseksualny i słuchanie o jego podbojach jakoś mnie nie przekonuje. Bo już pomijam to, że nie mogę zrozumieć jego obsesji na punkcie bohaterki - trudno mi to nazwać miłością - ale taki już są obsesje - niezrozumiałe dla innych A słowa "gdy cię zobaczyłam po tych kilku latach zrozumiałam, że to nie była miłość tylko iluzja" - jakby wyrwała mi z ust
Ogólnie - tenże bohater przedstawiony jest niejako w trzech stadiach: jako zakochany fircyk, smętny adorator i wesoły (niemal ) staruszek. W tym środkowym stadium był dla mnie okropny - pozostałe mogą być.
Ojciec bohaterki denerwował mnie również, jakby silił się na postać charakterystyczną, przerysowaną - niepotrzebnie moim zdaniem.
Zdecydowanie najbardziej podobał mi się pan doktor - i nie mówię tu tylko o wyglądzie, ale i miał zdecydowanie więcej faceciej werwy.
Ogólnie - ufam, że książka jest dużo lepsza, bo film nie urzeka, niestety.
Zmarnowany potencjał, niestety.
Alicja - Śro 15 Lip, 2009 10:07
| BeeMeR napisał/a: | | i przysnęłam co najmniej dwa razy. |
długi musiał być ten film
Anonymous - Śro 15 Lip, 2009 10:36
a wczoraj sobie zapodałam dłuższy seansik. na pierwszy ogień poszedł "Oskar i Lucinda" bo dawno nie widziałam Ralpha. Film jest ładnie nakręcony. Jest tam kilka świetnych scenek, jak chociażby ta z myciem podłogi, czy wydmuchiwaniem szkła. Para głównych bohaterów też się dobrze sprawia. Oskar jest takim człowiekiem oderwanym od rzeczywistości, bojącym się nie tylko wody, ale i świata z ciągle goszczącym na ustach uśmiechem szaleńca. Lucinda zaś jest śliczna z tym dziewczecym uśmiechem i oczami niebieskimi jak niebo w pogodny dzień. I cała historia począwszy od dziwnego spartańskiego dzieciństwa Oskara, od pytań do Boga, poprzez hazard z któego dochody oddaje biednym, aż po sam koniec, tą okropną scene zatonięci ogląda się ciekawie. I wcale się nie nudzi. Muzyka jest łądna, klimatyczna komponująca się ślicznie z widokami.
Drugi film to była "Niebezpieczna piękność". Tu ciężko napisać coś bardziej sensownego bo móje zwoje mózgowe wygładzały się gdy na ekranie pojawiał się Rufus i Jego oczy. I jego loczki. Film jest wizualnie łądny, Wenecja, kanały ludziska plątający się(lub tarzający w rozpuscie) w bardzo ądnych strojach. Piękne kurtyzany i jakby brzydsze "zwykłe cnotliwe kobiety". Łapiąca za serce historia nieszczęśliwej w gruncie rzeczy miłości. Brutalny świat i wredne społeczeństwo gdzie liczy się pieniądz i pozycja społeczna. Oglądałam przyznam sie z przejeciem wielkim.A le nie było mi żal Veronici tylko tej biednej zony Rufusa(znaczy się tego Marca), która zostałą mu sprzedana za żonę, zaakceptowała prawa rządzące ich światem i chciała się wywiązywać ze wszystkich obowiązków, a on ją upokarzał na prawie każdym kroku. I Ona była taka biedna. Nie dziwię się, że ją lekko szlag trafiał. Ja bym mu oczy wydrapała chyba(gdyby nie wyglądał jak Rufus) Zarówno Ona jak i Veronica, jak też inne kobiety, były ofiaramni swoich czasów. Tylko oczywiscie. Facet nie przestanie być facetem i jeśli piękna nie jest ta ofiara to moze sobie umierać pod płotem czy w innych lochach Inkwizycji.
Ale film się jednakowoż dobrze ogląda.... przez wzgląd na Rufusa. Bo On cudowny jest w tej roli.
Alicja - Śro 15 Lip, 2009 10:39
| lady_kasiek napisał/a: | | bo dawno nie widziałam Ralpha |
czyżby pan Fiennes
BeeMeR - Śro 15 Lip, 2009 10:40
| lady_kasiek napisał/a: | | "Niebezpieczna piękność". Tu ciężko napisać coś bardziej sensownego bo móje zwoje mózgowe wygładzały się gdy na ekranie pojawiał się Rufus i Jego oczy. I jego loczki. | cudnie emocjonalna recenzja
oj, muszę sobie film odświeżyć
Anonymous - Śro 15 Lip, 2009 10:43
| Alicja napisał/a: | | czyżby pan Fiennes |
ba! wprawdzie ciężko przebić rolę, sadystycznego Amona, która dla mnie rządzi, ale lubię tego Pana
Gosia - Nie 19 Lip, 2009 16:22
Agn, bardzo interesująca recenzja Gratuluję, choć filmu nie widziałam, ale może uśmiechnę się do kogoś, kto ten film dostanie
|
|
|