To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Filmy - Fajny film wczoraj widzialam... III

Admete - Czw 21 Lut, 2008 20:48

Tez mi się ten film podoba. Wyszedł teraz na dvd? Gdyby nie to, że oszczędzam, to bym chętnie. DiCaprio wypada tam bardzo dobrze. Pisałam o tym swego czasu.
Caitriona - Czw 21 Lut, 2008 20:54

Wierzyć mi się nie chciało - Leo jako były najemnk, ale naprawdę jest niezły! (nie wiem czy wyszło... ;) )
Harry_the_Cat - Czw 21 Lut, 2008 21:05

Chyba widziałam w empiku....
Gunia - Czw 21 Lut, 2008 21:50

W Merlinie jest:
KLIK.

Harry_the_Cat - Pią 22 Lut, 2008 21:00

Obejrzałam Step Up - i powiem szczerze, ze nie będę biegła do kina na Step Up 2 (które własnie grają). Filmik przeciętny, takze jak możecie obejrzeć coś innego, to ... ;)
Agn - Nie 24 Lut, 2008 14:37

W piątek wieczorem pognałam kurcgalopkiem na Jumpera. Bynajmniej nie dla jakichś szczególnych walorów intelektualnych, jeno by bezczelnie pogapić się na Haydena Christensena (który objął rolę pierwszoplanową, tak więc jest go na ekranie odpowiednio dużo). Nie wzięłam jednak wiaderka, więc obśliniłam się niemożliwie. Wzięłam za to mojego "brata". I bawiliśmy się znakomicie.
O co chodzi? Film opowiada o pewnym młodzianie Davidzie Rice (i w tej roli Hayden), chłopięciu romantycznym, w zasadzie nieszkodliwym i w sumie całkiem sympatycznym, który odkrywa, że potrafi się teleportować gdzie mu się żywnie podoba. Opuszcza więc dom, w którym rządzi tatuś (a który nie sprawia najciekawszego wrażenia) i idzie w świat. Dosłownie i w przenośni. Zapanował nad swym talentem, teleportował się do skarbca banku i wyczyścił wszystkie półki. Tak zabezpieczony finansowo wiedzie sobie radosny, nieskomplikowany, lajtowy żywot, aż któregoś dnia na jego trop wpadają tzw. Paladyni, goście, którzy tłuką skoczków (jumper). Szczególnie zawzięty jest na niego niejaki Cox (w tej roli Samuel L. Jackson w demonicznym siwym blondzie). Im bardziej David mu uciekał, tym bardziej Cox się wściekał. Do tego dochodzi jeszcze Griffin (Jamie Bell) - skoczek, który z kolei stwierdził, że nie będzie bezmyślną ofiarą, że lepiej samemu tłuc Paladynów, Millie (jakaś taka brzydka dziewoja) - oczywiście miłość Davida oraz wątek mamusi Davida (Diane Lane w całych dwóch scenach, przy czym pierwsza trwała z 15 sekund), która zostawiła rodzinę, gdy nasz bohater miał 5 lat. Tyle zdradzę, resztę polecam obejrzeć.
Film ogląda się całkiem sympatycznie. Momentami nieco brakuje mu dynamiki, ale generalnie jest ok. Hayden cieszy oko (szczególnie w płaszczu, mhrrrr), chociaż wolę go w rolach dramatycznych, niż w sf - przy dramatach jakoś bardziej się stara, hmm. Dziewoja jakaś taka... nie wiem, co z jej urodą jest nie tak, ta jej twarz jakaś płaska mi się zdaje. Ale ok, to nie ja ją podrywam. Rozczuliłam się na widok Jamiego Bella, którego widziałam tylko w Billym Elliot'cie, kiedy był jeszcze chłopcem... teraz jest już dorosły. I dalej radzi sobie więcej niż nieźle. :mrgreen: Samuel L. Jackson też był niezły. Aczkolwiek razem z "bratem" szczerzyliśmy się jak głupki do sera, no bo... znów na dużym ekranie oglądamy starcie Anakina Skywalkera i Mace'a Windu. :lol:
Ogólnie - nic, bez czego byście nie mogli przeżyć. Ale ogląda się fajnie.

Caitriona - Pon 25 Lut, 2008 18:45

A ja sobie obejrzałam Rzeczposopolitą babską - http://www.filmweb.pl/Rze...ie,Film,id=9303 świetny film z roku 1969. Zawsze się dobrze na nim bawię (prawie tak jak na Jak rozpętałem... i Giuseppe w Warszawie).
BeeMeR - Śro 27 Lut, 2008 09:25

Caitriona napisał/a:
A ja sobie obejrzałam Rzeczposopolitą babską
O, ja też, wczoraj :D Też mnie niezmiernie bawi - nieodmiennie :)
miłosz - Śro 27 Lut, 2008 12:36

BeeMeR napisał/a:
Caitriona napisał/a:
A ja sobie obejrzałam Rzeczposopolitą babską
O, ja też, wczoraj :D Też mnie niezmiernie bawi - nieodmiennie :)


o i mnie i mnie a ja z moimi córkami strasznie lubie jeszcze "Wojnę domową" - i ciagle mnie zadziwia, że taka 12 latka świetnie sie bawi ogladajac takie starocie :mrgreen:
moje młodsze córki to pasjami uwielbiają "vabank" - do zdarcia płyty :rotfl:

przecinek - Śro 27 Lut, 2008 14:21

„Motyl i skafander” – wreszcie po serii beznadziejnych filmów (m.in. Ostrożnie pożądanie, Czarna dalia, tak kiepskie, że nie warto o nich pisać) wyszłam zadowolona z kina. Bardzo dobry film, znakomity i dobrze się na nim bawiłam. Głupio mi tak pisać, bo w końcu to film o cierpieniu, ale dialogi głównego bohatera z innymi postaciami, toczone w jego głowie, są niesamowite, tak samo jak obrazy jego wyobraźni. Jest to film o tym jak pozostać człowiekiem w kalectwie, o przyjaźni, o poświęceniu dla drugiego człowieka. Film jest pięknie nakręcony, w pewnych momentach zamykałam prawe oko, aby móc oglądać świat tak jak Jaen-Don, zapominałam jednak o niemożności poruszania głową, więc efekt na pewno nie był taki sam. Problem miałam z bohaterkami w tym filmie – wszystkie aktorki były do siebie bardzo podobne. Polecam ten film, jeżeli ktoś go jeszcze nie widział.
P.S. Często chodzę do kina, rzadko do dużych kin. Korzystam głównie z DKF-ów, dzięki temu mam zapewnione dobre filmy za niską cenę, brak reklam, popcornu, rozmów telefonicznych w środku filmu i obściskujących się przede mną par. Niestety w tym roku coś się zmieniło, a wczoraj poczułam się jak w Multinikinie w sobotni wieczór. Dziki tłum pchający się chamsko do sali, bez sprawdzenia biletów, ogólna konsumpcja i dzielenie się wrażeniami w czasie filmu. W dodatku panie siedzące obok mnie spożywały „damskie” piwo w puszkach lub inny napój o równie intensywnym zapachu. Koszmar, tym bardziej, że na DKF nie chodzą młode osoby, studentów (przynajmniej z wyglądu) jest coraz mniej, a z rozmów przed filmem wnioskuję, że są to głównie nauczyciele, pracownicy naukowi lub dziennikarze. A jeszcze rok temu ludzie z przesiadali się od dziewczyny, która wniosła na salę torbę z popcornem. Przepraszam, że zeszłam z tematu, ale musiałam się gdzieś wyżalić nad upadkiem kultury osobistej.

Agn - Nie 02 Mar, 2008 13:11

Haaaaaaaaaa!!! Widziałam! Widziałam! Widziałam Sweeneya! Poszliśmy we trójkę - ja, mój "brat" i nasza dobra znajoma (z którą od pewnego czasu pracuję w jednym miejscu - życie jest piękne!). Zasiedliśmy, zgasły światła, poleciały reklamy kaw, herbat, kilka trailerów... w końcu się zaczęło! No to do rzeczy...

O czym to? Dawno temu niejaki Benjamin Barker (Johnny Depp) był szczęśliwym mężem pięknej kobiety i ojcem malutkiej córeczki. Ale wredny sędzia Turpin (Alan Rickman) zapałał gwałtowną żądzą wobec jego żony. Biedaka skazał Eru wie za co i wpakował do mamra. Benjamin powraca do Londynu. Odmieniony wprost nie do poznania, blady, pałający żądzą zemsty. Urządza zakład golarski nad piekarnią pani Lovett (Helena Bohnam Carter), zmienia nazwisko na Sweeney Todd i gotuje się do podrzynania gardełek...

Mam o tyle komfortowo we łbie, że szybko przestawiam się na konwencję, która panuje w filmie, co wiąże się z tym, że wiele rzeczy jestem w stanie zaakceptować, ba!, zrozumieć. Tak więc mnie osobiście piosenki (chociaż bardzo niemelodyjne, znaczy się - ciężko wpadają w ucho, ale to przecież musical, a nie Britney Spears) nie wydawały się dziwaczne. A wręcz mnie zachwycały, jako że piosenki potrafiły być same w sobie... hmm, jak by to ująć? Ok, niech będzie z przykładem - normalnie jak człowiek jest u fryzjera, to też z obsługą gada o niczym - o kobietach, o korkach etc. I tutaj też to mamy. W pewnym momencie nasz Sweeney zabiera się do, ekhem, GOLENIA delikwenta i śpiewa rzewnie i słodko o pięknych kobietach, w co włącza się ofia... ekhm, KLIENT. I całość byłaby nużąca gdyby nie to, że wiemy, jak bardzo ogolony zostanie "pacjent". Albo inna piosenka - Sweeney śpiewa o przyjaciółce, wiernej towarzyszce... piosenka miłosna? A w życiu! Śpiewa to wpatrując się w srebrną, ostrą brzytwę. :twisted:

Co dalej? Jako że film nosi tytuł Sweeney Todd - demoniczny golibroda z Fleet Street należy się spodziewać pewnej dawki brutalności. I tak jest. W końcu to nie tylko musical, ale i kryminał. A jak bohater jest demoniczny, to demoniczny. I tu jest ostro. Nie mówię, że krew się leje non stop, ale kiedy już się leje, to chluszcze na ekran. Szczególnie pierwsze morderstwo wygląda okropnie. Po pierwszym szoku jednak zaakceptowałam ten fakt. I kiedy Johnny ze śpiewem na ustach (DOSŁOWNIE) po kolei podrzynał gardła klientom, już mi to tak bardzo nie przeszkadzało. Zresztą dobrze wiedziałam, że takie sceny w filmie będą.

Całość okraszona jest czarnym (ale to naprawdę czarnym) humorem. Rozbroiła mnie szczególnie pani Lovett, która zobaczywszy trupa pyta Sweeneya, czy kompletnie oszalał. Na co on, że rzeczony trup zamierzał go szantażować. Pani Lovett odetchnęła z ulgą i oświadczyła "Uff! Już myślałam, żeś kompletnie bez serca!"

Co mnie się jeszcze podobało? Oczywiście gra aktorska. Johnny był chodzącą rewelacją (nawet jeśli śpiew nie jest jego najmocniejszą stroną, ale generalnie nie fałszował, co się chwali), partneruje mu Helena Bohnam Carter, która chyba dobrze się czuła w takiej zwichrowanej roli, bo zagrała z przymrużeniem oka wczuwając się w całą konwencję. Jest cudowna. Do tego Alan Rickman, któremu też zdarzyło się dwa razy w filmie zaśpiewać (WOW!). W ciekawym epizodzie zaplątał się też facet, który kiedyś grał Borata oraz pan, którego znamy jako Petera Pettigrew z filmu o Harrym Potterze (i znów w roli podłej gnidy).
Urzekł mnie też wstęp - baaaardzo Burtonowski. Widać, kto kręcił film. :mrgreen:

Z kina wyszliśmy, każde w innym nastroju. Ja - wyszczerzona jak głupi do sera. "Brat" też film polubił, miał tylko mieszane uczucia względem melodyjności niektórych piosenek. Znajoma wyszła kompletnie zniesmaczona, uznała, że to była czysta tandeta. Ujmę to następująco - fakt, Tim Burton kręcił już lepsze filmy. Ale na tym też bawiłam się dobrze i chętnie obejrzałabym go jeszcze raz. Przemyślę nawet kupno DVD.

Gunia - Nie 02 Mar, 2008 14:13

Czyli jest dokładnie tak, jak się spodziewałam. Jak się złapie klimat, to będzie super, jak nie to weźmie się to za szmirę. A od ilu lat wpuszczają? Bo raz piszą 18+, raz 15+?
Nie wiem ile make-up'u zakładać... :wink:

Agn - Nie 02 Mar, 2008 14:19

Od osiemnastu. I to raczej JEST film dla dorosłych.
Gunia - Nie 02 Mar, 2008 14:31

Wyobrażam sobie, jak parę scen musi wyglądać, więc rozważam też zakup DVD i po prostu stosowne wyłączanie obrazu lub przewijanie, jak to przy paru filmach bywało. :mysle: Koniecznie muszę zobaczyć śpiewającego Johnny'ego, a nie sądzę, żeby najbliższe dwa lata znacząco zmieniły moją psychikę w tej sferze. A dużo gorszy niż. np "Z piekła rodem"?
winterm - Nie 02 Mar, 2008 14:45

Tak, tak, w przypadku Toddy'ego najważniejsze jest załapanie klimatu... A potem idzie jak z płatka. I krwi się nie widzi i piosenki wydają się na miejscu... Tylko trzeba się poddać konwncji narracji i scenografii. Trochę ja w "300" czy "CinCity".
Agn - Nie 02 Mar, 2008 18:25

Gunia, nie porównywałabym tych dwóch filmów. No, chyba żeby tylko na zasadzie, że tu seryjny morderca i tam seryjny morderca. From hell to było bardzo efektowne, ale mało przekonujące widowisko. Natomiast Sweeney... jest historią na swój sposób bardzo smutną i zatacza pewne koło. To jednak są inne historie. Chociaż przyznaję - bardziej podobał mi się Sweeney..., bo ciężko mi patrzeć na Deppa, z którego się robi ślicznego (nawet jeśli zabsyntowanego) faceta, w którym się tylko zakochać można. Wolę go w rolach, w których jego aparycja jest mniej standardowa (pamiętacie Edwarda nożycorękiego?! :serce: ), mam wrażenie, że i sam aktor lepiej się w takich rolach czuje. Sweeneya... wyczuł wybornie.
Gunia - Pon 03 Mar, 2008 17:52

Agn napisał/a:
Gunia, nie porównywałabym tych dwóch filmów. No, chyba żeby tylko na zasadzie, że tu seryjny morderca i tam seryjny morderca. From hell to było bardzo efektowne, ale mało przekonujące widowisko. Natomiast Sweeney... jest historią na swój sposób bardzo smutną i zatacza pewne koło. To jednak są inne historie. Chociaż przyznaję - bardziej podobał mi się Sweeney..., bo ciężko mi patrzeć na Deppa, z którego się robi ślicznego (nawet jeśli zabsyntowanego) faceta, w którym się tylko zakochać można. Wolę go w rolach, w których jego aparycja jest mniej standardowa (pamiętacie Edwarda nożycorękiego?! :serce: ), mam wrażenie, że i sam aktor lepiej się w takich rolach czuje. Sweeneya... wyczuł wybornie.

Miałam na myśli tylko porównanie "momentów" i trudności w odbiorze tej okrutnej części filmu.

Agn - Pon 03 Mar, 2008 18:38

Hmmm, wobec tego... From hell jest bardziej "lajtowy".
GosiaJ - Wto 04 Mar, 2008 00:35

Sweeney Todd - demoniczny golibroda z Fleet Street.
Nie po raz pierwszy nad twórczością Tima Burtona unosi się klimat niemieckiego ekspresjonizmu. Ostatnio tak silne skojarzenia z tym nurtem miałam chyba podczas oglądania Delicatessen Caro i Jeuneta (a i pewien wątek był podobny ;) ).
Mroczna baśń wiedzie widzów przez zaułki dziewiętnastowiecznego Londynu jak z powieści Dickensa. Dopracowana w najdrobniejszych szczegółach turpistyczna wizja jest scenerią makabrycznej historii nieszczęsnego balwierza, niesłusznie skazanego na wiele lat więzienia - powracającego, by się zemścić na tym, który zgotował mu ten los. Jest tu także duch romantycznej tradycji - w której jakaś siła zewnętrzna lub wewnętrzny nakaz skazują bohaterów na odrzucenie, samotność, nieuchronną klęskę. Sweeney Todd vel Benjamin Barker musi wypełnić swój los - chociaż szczęścia mu to nie przyniesie, to jasne od samego początku. Niczego nie da się już odwrócić.
Jak zwykle u Burtona - jest sporo (bardzo) czarnego humoru, ekran zaludniają dziwaczne postaci, które tym razem, zamiast mówić - zazwyczaj śpiewają.
Jeśli ktoś lubi Tima Burtona w duecie z Johnnym Deppem - sądzę, że nie będzie zawiedziony ich wspólnym nowym filmem.

trifle - Sob 08 Mar, 2008 20:50

Oglądam właśnie Salaam namaste, doszłam do intermission. Bardzo mi się podoba póki co :D Autentyczna bajka, spotykają się i od razu prawie ;) I ten piękny dom...
Pan Hindus-cowboy jest rozwalający, acz jego żona... bardziej.. :rotfl:
Teraz pojawił się kłopot i ciekawa jestem, jak to będzie dalej.
Chyba powoli wsiąkam.. Ostatnio tak mi się myśli, że chciałabym zobaczyć Indie i to życie "od środka" :)
Oglądam dalej!

PS. Co znaczy Salaam namaste? Bo pewnie nie "trudna droga do miłości"? :roll:

Anonymous - Sob 08 Mar, 2008 20:58

Jak się zorientowałam to "Namaste" to pozdrowienie, ale co znaczy tytuł to zbij nie pojmę.
Ja już skończyłam oglądać filmik(A nauka dziwiczo nieruszona :frustracja: ), ale nie będę spojlerować :) :wink:
wrażenia miałam w sumie pozytywne, ale koniec filmu troszkę mi zepsuł :-|

Agn - Sob 08 Mar, 2008 21:50

Salaam namaste to był zdaje się program radiowy, który prowadziła główna bohaterka. Nie pamiętam dokładnie, ale to może być powitanie w dwóch językach.
trifle - Sob 08 Mar, 2008 22:39

Tak, tak, chyba cała stacja się nazywała "Salaam namaste".
Skończyłam i wrażenia zdecydowanie pozytywne :D

Spoiler:
Jedną mam poważną myśl - zostawienie kobiety w ciąży samej to zbrodnia :?
Ogólnie - podoba mi się ta para, fajnie razem grają.
Sekwencja z porodu to było przegięcie .. :rotfl: Sama nie wiem, co bardziej - czy ten lekarz nie znający słów - a już jak palnął, że boi się krwi i że to ot mały problem to padłam :rotfl: I jak krzyknął uroczo "O, jaki wielki zastrzyk!" :rotfl: - czy te oświadczyny moment przed narodzinami :lol: I wcześniej było sporo komicznych momentów, np Ron skarżący się, że nie może się z żoną porozumieć, bo ona pyta ciągle czy "przytyła", a każda jego odpowiedź jest zła :lol:
Zakończenie rzeczywiście jakieś średnie, aż się zdziwiłam, że dalej nic nie będzie i tak po prostu.. :roll: Ale i tak mi się podobało ;)

Trzykrotka - Sob 08 Mar, 2008 23:22

Salaam to "pokój" po arabsku, jest pozdrowieniem muzułmańskim. Namaste jest pozdrowieniem hinduskim, więc stacja dla Hindusów tak się nazywa, żeby przywitać każdego.
Uważam, ze para Saif - Preity w tym filmie jest jedną z najbardziej "chemicznych" jakie znam. Grali też razem w Gdyby jutra nie było, ale tam podobali mi się razem tak sobie. Tutaj pasują do siebie jak dłoń do rękawiczki. Ogromnie lubię tę piosenkę, którą o sobie nawzajem śpiewają: My dil goes hmmmmmmmmm. Uwielbiam scenę szukania lodów czekoladowych dla niej
Końcówka jest niepotrzebnie burleskowa. Mnie okropnie drażni. Czy poznałyście pana doktora, btw? Z Kroków w chmurach? :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen:

Anonymous - Sob 08 Mar, 2008 23:29

Trzykrotka napisał/a:
Mnie okropnie drażni

włąśnie mi się ona nie podobała, przesadzona :|
ale film jako cały niczego sobie



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group