North and South - powieść - Tłumaczenia fragmentów powieści "N&S"
Gosia - Pon 29 Sty, 2007 16:52
Dzięki Achato za Twoją pracę!
achata - Pon 29 Sty, 2007 21:56
Nie ma za co kochane. Ja tylko dorzucam swoją cegiełkę do tego wspaniałego gmachu. W tym zamieszczonym kawałku ten tekst o złych słowach był naprawdę dziwny. Przetłumaczyłam dosyć wiernie. Może dalszy dialog z Panem Halem lepiej wyjaśni co Higgins miał na myśli. Jak się uda to c.d.n. jutro
QaHa - Pon 29 Sty, 2007 22:34
ale swietnie wielgache dzięki ; mam fioła na punkcie N&S az głupio :oops:
achata - Śro 31 Sty, 2007 16:22
Wolno mi idzie z tym Związkiem, ale pomału do przodu.... Aha, dodałam przypisy do pierwszej części. Zapomniałam poprzednio, ze html to nie word
Rozdział XXXVI Union not always strength (Związek nie zawsze górą)
cz. 2
Higgins zmierzył pytającego przenikliwym spojrzeniem a potem zaniósł się niskim i gorzkim śmiechem.
- Panie, jeśli to nie będzie obraza, też chciałbym ci dla odmiany zadać jedno czy dwa pytania
- Bardzo proszę- odrzekł Pan Hale.
- Zakładam, że masz jakieś pojęcie na temat zarabiania na swój chleb. Ludzie rzadko pragną mieszkać w Milton dla samej przyjemności, jeśli mogą żyć gdzie indziej.
- Masz w zupełności rację. Mam pewną prywatną nieruchomość, ale moim zamiarem osiedlenia się w Milton było udzielanie prywatnych lekcji.
- Uczenie ludzi. Cóż! Zakładam, że płacą panu za tą naukę, prawda?
- Tak- odparł Pan Hale uśmiechając się.- Nauczam po to aby otrzymać zarobek.
- A ci, którzy panu płacą, czy mówią co panu wolno a czego nie wolno zrobić z pieniędzmi, które panu dają jako zwykłą zapłatę za pański trud - na zasadzie uczciwej wymiany?
- Nie, z całą pewnością nie!
- Nie mówią, “Możesz mieć brata, albo przyjaciela, który jest ci drogi jak brat, który potrzebuje tych kilku groszy na jakiś cel. Oboje ty i on macie rację, ale musisz człowieku obiecać, że nie dasz mu tych pieniędzy. Możesz sądzić, że to dobry użytek tak wykorzystać twoje pieniądze, ale my uważamy inaczej i jeśli wydasz te pieniądze w ten sposób, nie będziemy się więcej z tobą zadawać”. Nie mówią w ten sposób, prawda?
- Ależ oczywiście, że nie
- A zniósłby pan, gdyby tak było?
- Tylko pod naprawdę bardzo silnym naciskiem mógłbym w ogóle rozważyć zgodę na takie dyktowanie warunków.
- - Nie ma na całej ziemi takiej presji, która mogłaby skłonic do tego mnie- powiedział Nicolas Higgins. - Zrobiłem to. Trafiłem w samo bycze oko* . Hamper, ten gość u którego pracowałem, zmusza ludzi, żeby przyrzekli, że nie dają grosza na Związek albo na wsparcie głodujących mas. Mogą sobie przyrzekać, i robią to- kontynuował z pogardą- Nie są niczym innym tylko zgrają kłamców i hipokrytów. To jest jeszcze mniejszy grzech, w moim pojęciu, uczynić serca ludzi tak twardymi, że nie zdobędą się na życzliwość względem potrzebujących albo na pomoc z właściwej strony i działanie, chociaż mają przeciwko sobie silną rękę. Jednak ja, choćby za najlepszą robotę na ziemi, nigdy nie wyprę się siebie. Jestem członkiem Związku i uważam, że tylko on może poprawić los robotników. Byłem wśród tych ludzi i tak jak oni poznałem co to znaczy głodować, wiec gdybym zarobił szylinga, sześć funtów z niego przeznaczam dla nich, jeśli mi je potracą. W rezultacie nie mam gdzie zarobić tego szylinga.
- Czy ta zasada, nieprzynależności do Związku obowiązuje we wszystkich fabrykach?- zapytała Margaret.
- Nie jestem w stanie powiedzieć. To nowy przepis dla nas i sądzę, że okaże się, że nie są w stanie go utrzymać, ale teraz jest wymuszany. Kiedyś w przyszłości być może okaże się, że tyrani tworzą kłamców.
Nastąpiła krótka przerwa. Margaret wahała się czy powinna wypowiedzieć co kłębiło jej się w głowie. Nie chciała irytować kogoś, kto już był dość ponury i przygnębiony. Wreszcie wyrzuciła to z siebie. Jednak słowa wypowiedziane jej miękkim głosem i z niechęcią, ujawniającą jak bardzo nie chciała powiedzieć nic przykrego, zdawały się nie tyle złościć Higginsa ile wprawiać go w zakłopotanie.
- Czy pamiętasz jak biedny Boucher mówił, że Związek to tyran? Zdaje mi się, że powiedział, ze jest to najgorszy ze wszystkich tyranów. I pamiętam, że wtedy się z nim zgodziłam.
*Znalazłam w słowniku wyrażenie: „He hit the bull’s eye and won.” Prawdopodobnie chodzi o idiom odnoszący się do jakiejś gry w stylu rzutek
Mag - Czw 01 Lut, 2007 07:59
Dzięki Achato
Bardzo lubię ten moment w serialu. Higgins jest taki biedny po śmierci Bessy :sad:
achata - Pon 12 Lut, 2007 11:44
| QaHa napisał/a: | Wybaczyc? nie ma czego wybaczac :grin:
ale jest na co czekac !!!
ja to sobie czekam cichutko, czekam i czekam |
I oto się doczekałaś
Rozdział XXXVI Union not always strength (Związek nie zawsze górą)
cz. 3
Długo trwało zanim przemówił. Opierał głowę o obydwie dłonie i patrzył w dół, na ogień, więc nie była w stanie odczytać wyrazu jego twarzy.
- Nie zaprzeczę, ale Związek zmusza ludzi tylko dla ich własnego dobra. Powiem prawdę. Człowiek, który nie należy do Związku prowadzi straszne życie, ale gdy już znajdzie się w Związku jego interesy zostają otoczone troską jakiej on sam własnymi siłami i dla własnego dobra nigdy nie byłby w stanie zapewnić. Tylko w ten sposób pracujący ludzie mogą wywalczyć swoje prawa- jednocząc się. Im więcej członków, tym większe są szanse aby każdy indywidualny człowiek zapewnił sobie sprawiedliwe traktowanie. Rządy troszczą się o głupców i szaleńców a jeśli jakiś człowiek jest skłonny wyrządzić sobie lub swojemu sąsiadowi krzywdę sprowadza na siebie problemy, czy mu się to podoba czy nie. To właśnie robimy w Związku. Nie możemy ładować ludzi do więzienia ale możemy uczynić ich życie cięższym niż zdołają je znieść, tak by byli zmuszeni przyjść do nas i okazać rozsadek i pomoc wbrew temu jacy naprawdę są. Boucher był przez cały czas głupcem a już pod koniec okazał się największym z możliwych.
- Wyrządził ci krzywdę?- zapytała Margaret.
- Tak. Właśnie to zrobił. Opinia publiczna była po naszej stronie dopóki on i ludzie jego pokroju nie zaczęli urządzać zamieszek i łamać prawa. Tak było przez cały czas trwania strajku.
- W takim razie czy nie byłoby daleko lepiej zostawić go samemu sobie zamiast zmuszać do przyłączenia się do Związku? W niczym ci nie pomógł a ty doprowadziłeś go do szaleństwa.
- Margaret- powiedział jej ojciec cichym ostrzegawczym tonem, dostrzegając na twarzy Higginsa zbierającą się chmurę.
- Lubię ją- powiedział nagle Higgins.- Mówi otwarcie co ma na myśli, jednak mimo to nie rozumie Związku. To wielka siła. Jedyna jaką dysponujemy. Czytałem kiedyś jakiś wiersz o pługu, który miał zaorać miedzę ze stokrotką i miałem łzy w oczach, zresztą już wcześniej miałem powody do płaczu. Ale oracz wstrzymał pług, jego postępowanie było usprawiedliwione- było mu żal stokrotki. Miał wobec niej zbyt wiele ciepłych uczuć. Związek to pług przygotowujący grunt pod uprawę. Tacy jak Boucher- wynoszą się zbyt wysoko upodabniając się do stokrotki. Bardziej jednak przypominają chwast rozpleniający się po roli- po prostu muszą płożyć się po drodze. Jestem już obolały ze złości, którą we mnie wzbudził, więc być może nie oceniam go sprawiedliwie. Z największą przyjemnością przeorałbym po nim pługiem.
- Dlaczego? Co takiego on zrobił? Coś oburzającego?
- Tak, z całą pewnością. Ten facet nigdy nie skończy z intrygami. Po pierwsze musiał wrzeszczeć jak szalony głupiec i wzniecić tamte zamieszki. Potem zaczął się ukrywać i dalej by to robił, gdyby Thornton go ścigał, co miałem nadzieję, że zrobi. Ale Thornton z jakichś osobistych powodów dał sobie spokój z dochodzeniem w sprawie zamieszek, więc Boucher cichaczem wrócił do domu. Przez dzień lub dwa nie pokazywał się na zewnątrz. Miał na tyle przyzwoitości. A potem, jak sądzicie, gdzie poszedł? Ależ do Hampera. Niech go cholera weźmie! Poszedł ze swoją mielącą półsłówkami gębą, od patrzenia na którą robi mi się niedobrze, aby prosić o pracę, chociaż znał dostatecznie dobrze to nowe prawo o zobowiązaniu się, że nie da nic dla Związku i nic dla głodujących mas ludzi. Zdechłby z głodu gdyby Związek nie pomógł mu przy jego maleńkiej działce. Poszedł tam, oferując zero, i przysięgając, że nic nam nie da chociaż znał nasze postępowanie, nicpoń! Judasz! Ale muszę to oddać Hamperowi i będę mu za to dziękował w dniu mojej śmierci, odprawił Bouchera i nie chciał słyszeć ani jednego słowa, chociaż ktoś kto był przy tym mówił mi, że zdrajca płakał jak małe dziecko.
- Jakie to okropne! Jakie żałosne!- wykrzyknęła Margaret. – Higgins, nie poznaję cię dzisiaj. Czy nie widzisz, że uczyniłeś Bouchera tym kim jest, zmuszając go by dołączył do Związku wbrew jego woli, bez przekonania w to co robi. To ty odpowiadasz za to kim się stał.
- Uczyniłem go tym kim jest! A czym on był?
Gosia - Pon 12 Lut, 2007 16:44
Dzieki Achato
migotka - Pon 12 Lut, 2007 18:24
dziekuje pięknie!
achata - Śro 14 Lut, 2007 12:15
| Gitka napisał/a: | Achato, i ja jestem pełna podziwu |
Nie ma czego podziwiać. Jak tłumaczę to sobie dwa słowniki elektroniczne otwieram plus pomocniczą stronkę http://www.thefreedictionary.com/, żeby jakiejś gafy nie strzelić.
Po tylu miłych słowach muszę się w końcu zmobilizować i dojechać do konca z tym nieszczęsnym rozdziałem XXXVI.
Aha. To "mun" jeszcze mi się kilka razy pojawiło więc zajrzałam sobie do słowniczka Higginsowskiego od Gosienki i sprawa się wyjaśniła. Naniosłam poprawkę na poprzednie tłumaczenie. Przepraszam za zamieszanie.
Na dzisiejsze Walentynki niestety bardzo smutny kawałeczek nam wypada...
Rozdział XXXVI Union not always strength (Związek nie zawsze górą)
cz. 4
Z wąskich uliczek wzbierając i wzbierając na sile wydobył się głuchy i miarowy dźwięk przykuwając ich uwagę. Dało się słyszeć wiele przyciszonych i niskich głosów, wiele kroków które zdawały nie posuwać się do przodu, a przynajmniej nie wykazywały zwykłego pośpiechu i miarowości, lecz jakby kołowały wokół jednego miejsca. Wyraźnie dał się słyszeć pojedynczy powolny tupot stóp, torujący sobie drogę w powietrzu i sięgający ich uszu. Miarowy i mozolny krok ludzi niosących duży ciężar. Wszyscy wylegli przed drzwi domu kierowani nieodpartym impulsem, który nakazywał im udać się tam. To było coś więcej niż nie mająca znaczenia ciekawość, bardziej jak uroczysty wybuch.
Sześciu mężczyzn kroczyło środkiem drogi. Trzech z nich było policjantami. Dźwigali na ramionach wyjęte z zawiasów drzwi, na których leżał martwy człowiek. Z każdej strony drzwi ściekały krople wody. Cała ulica wyszła by patrzeć a przyglądając się towarzyszyła tej procesji. Każdy wypytywał tragarzy, którzy w końcu niechętnie udzielali odpowiedzi, zmuszeni do kilkakrotnego opowiadania całej historii.
- Znaleźliśmy go w strumieniu na tamtych polach.
- W strumieniu? Przecież tam nie ma dość wody by się utopić.
- Był bardzo zdeterminowany. Leżał z twarzą ułożoną na dół. Miał już dość życia. Sami zdecydujcie co go do tego skłoniło.
Higgins przysunął się ukradkiem do Margaret i wykrztusił załamującym się głosem- To chyba nie John Boucher? On nie miałby dość odwagi. Z pewnością! To nie jest John Boucher! Dlaczego wszyscy patrzą w ten sposób! Słuchajcie! Coś mi dzwoni w głowie i nic nie słyszę.
Tragarze położyli ostrożnie drzwi na kamieniach i wszyscy mogli zobaczyć biednego utopionego nieszczęśnika. Jego półotwarte szkliste oczy wpatrywały się prosto w niebo na górze. Ze względu na pozycję w jakiej znaleziono go leżącego, jego twarz była opuchnięta i ponadto zupełnie pozbawiona kolorów. Jego skóra była poplamiona wodą ze strumienia, wykorzystywanego przez przemysł barwniczy. Przednia część głowy była łysa, ale tył porastały cienkie i długie włosy i każdy pojedynczy lok ociekał wodą. Pomimo tych wszystkich oszpeceń Margaret rozpoznała Johna Bouchera. Wydawało jej się takim świętokradztwem przyglądanie się tej biednej, zniekształconej i udręczonej twarzy, że w odruchowym przebłysku podeszła i delikatnie zakryła oblicze zmarłego swoją chusteczką. Spojrzenia gapiów śledziły ją gdy odwróciła się od swojego pobożnego obrządku i w ten sposób skierowały się na miejsce w którym Nicholas Higgins stał niczym wrośnięty w ziemię. Mężczyźni przemówili jednocześnie, po czym jeden z nich podszedł do Higginsa, który najchętniej wcisnąłby się z powrotem do domu.
- Higgins, ty go znałeś! To ty powinieneś powiedzieć o tym jego żonie. Zrób to delikatnie, ale pospiesz się człowieku, bo nie możemy go tu na długo zostawić.
- Nie mogę tam pójść- odparł Higgins.- Nie proście mnie. Nie potrafię spojrzeć jej w twarz.
- Ty znałeś ją najlepiej- powiedzieli mężczyźni.- My zajęliśmy się przyniesieniem go tutaj. Teraz twoja kolej.
- Nie zdołam tego zrobić- powiedział Higgins.- Jestem załamany już samym jego widokiem. Nie byliśmy przyjaciółmi a teraz on nie żyje.
- Cóż. Nie to nie. Jednak ktoś będzie musiał to zrobić. To nieprzyjemne zadanie, ale z każdą minutą rośnie prawdopodobieństwo, że dowie się o tym w mniej łagodny sposób jeśli ktoś nie pójdzie i nie wyłoży jej stopniowo co się stało.
- Tato, pójdziesz- powiedziała Margaret niskim głosem.
- Gdybym umiał. Gdybym miał czas żeby przemyśleć co powiedzieć, ale to wszystko nastąpiło tak szybko.- Margaret dostrzegła, że ojciec rzeczywiście nie jest w stanie tego zrobić. Trząsł się od stóp do głowy.
- Ja pójdę- powiedziała.
- Niech Bóg panienkę błogosławi. Będzie to bardzo dobry uczynek, bo nie jest to silna osoba, jak słyszałem. Niektórzy z tutejszych ludzi znają ją lepiej.
QaHa - Śro 14 Lut, 2007 17:32
ale świetnie dzieki dzięki dzięki dzieki
QaHa - Czw 15 Lut, 2007 15:10
a rozdziały od XXII do XXXIII to juz były czy mam czekac bo w swojej skopiowanej wersj ich nei mam :neutral:
migotka - Czw 15 Lut, 2007 17:21
ja mam taki bałagan lekko powiedziane w numeracji rozdziałów, że układanie tego wszystkiego może oznaczać tydzień
Gosia - Czw 15 Lut, 2007 17:26
Wszystkie juz byly ale nie w calosci. Brakowalo niektorych fragmentow, ktore byly sukcesywnie uzupelniane. Jeszcze i teraz nie ma calosci. A przede wszystkim trwaja prace redakcyjne.
Ta kwestia juz byla zresztą wielokrotnie omawiana....
achata - Sob 17 Lut, 2007 17:15
| QaHa napisał/a: | wiem marudam bez sensu bo Kochane Damy przeciez z zakasanymi rekawami tłumaczą
:oops: :oops: :oops:
przepraszam |
Może nie z zakasanymi, ale tłumaczą. Dziękuję za tą wiarę we mnie Jak dobrze pójdzie jutro ostatni kawałek.
Rozdział XXXVI Union not always strength (Związek nie zawsze górą)
cz. 5
Margaret zapukała do drzwi, ale wewnątrz panował taki hałas wielu małych nie pilnowanych dzieci, że nie była w stanie usłyszeć odpowiedzi. W istotcie wątpiła by została usłyszana, a że z każdym momentem opóźnienia coraz bardziej wzdragała się przed swoim zadaniem, otwarła drzwi i weszła do środka zamykając je za sobą, niezauważona nawet w chwili gdy zasuwała rygiel.
Pani Boucher siedziała na fotelu bujanym naprzeciwko wygasłego paleniska. Dom wyglądał tak, jakby od wielu dni nie zadawano sobie wysiłku doprowadzenia go do czystości.
Margaret powiedziała coś, sama nie wiedząc co mówi. Jej usta i gardło były suche a hałas czyniony przez dzieci kompletnie uniemożliwiał jej bycie słyszaną. Spróbowała ponownie.
- Jak się pani miewa, pani Boucher? Obawiam się, że chyba nie najlepiej.
- Nie mam warunków by czuć się lepiej- powiedziała płaczliwie.- Zostałam sama z tymi dziećmi i nie mam im co dać, żeby je uciszyć. John nie powinien mnie zostawiać, nie w takim stanie.
- Ile czasu upłynęło odkąd wyszedł?
- To już cztery dni. Tutaj nikt nie dałby mu pracy. Musiał wybrać się w strone Greenfield. Ale mógł już dawno być z powrotem albo chociaż dać mi znać czy dostał pracę. Mógł…
- Och, proszę go nie obwiniać.- powiedziała Margaret- Jestem pewna, że głęboko to przeżywał.
- Przestańcie hałasować I dajcie mi porozmawiać z panią!- zwróciła się niezbyt grzecznie do małego, około rocznego urwisa. Przepraszającym tonem podjęła znowu rozmowę z Margaret,- Zawsze mi się naprzykrza pytając o “tatusia” albo “kromkę chleba z masłem”. Nie mam żadnego chleba żeby mu dać a tatuś poszedł i myślę, że zapomniał o nas. Jest ulubieńcem swojego ojca, właśnie on,- powiedziała nagle zmieniając nastrój i przyciągając dziecko do swoich kolan zaczęła je czule całować.
Margaret położyła rękę na ramieniu kobiety by przykuć jej uwagę. Ich oczy się spotkały.
- Biedny maluch!- powiedziała Margaret powoli- był ulubieńcem swojego ojca.
- Jest ulubieńcem swojego ojca- odpowiedziała kobieta podnosząc się pospiesznie i stając z Margaret twarzą w twarz. Przez kilka chwil żadna się nie odzywała. Potem pani Boucher zaczęła mówić niskim, nieprzyjemnym tonem z narastającą dzikością, w miarę jak kontynuowała- Mówię, że jest ulubieńcem swojego ojca. Biedacy potrafią kochać swoje dzieci równie mocno jak bogacze. Dlaczego nic pani nie mówi? Dlaczego przypatruje mi się tak pani tymi swoimi wielkimi oczami z taką litością? Gdzie jest John?- Chociaż była słaba potrząsnęła Margaret żeby zmusić ją do odpowiedzi. – O mój Boże!- krzyknęła uświadamiając sobie znaczenie tego pełnego łez spojrzenia. Opadła jak ogłuszona na krzesło. Margaret podniosła dziecko i umieściła w jej ramionach.
- Kochał go- powiedziała.
- Tak- odparła kobieta potrząsając głową- kochał nas wszystkich. Mieliśmy kiedyś kogoś kto nas kochał. To było dawno temu, ale kiedy żył i był z nami kochał nas, naprawdę nas kochał. Kochał swoje maleństwo, może najbardziej z nas wszystkich, ale kochał mnie i ja kochałam jego, chociaż wyzywałam mu jeszcze pięć minut temu. Czy jesteś pewna, że nie żyje?- powiedziała próbując wstać.- Gdyby tylko okazało się, że jest chory i bliski śmierci, można by go odratować. Sama niedomagam i to już od dłuższego czasu.
- Ale on nie żyje- utopił się.
- Ludzi można uratować nawet jeśli się utopili. O czym ja myślałam tak tutaj siedząc podczas gdy powinnam zacząć działać? Chodź tutaj, pospiesz się dziecko, pospiesz się! Weź to, weź i pobaw się tym, ale nie płacz gdy serce mi pęka! Gdzie podziała się moja siła? Och, John – mężu!
Margaret złapała ją w ramiona ratując od upadku. Usiadła na bujanym krześle trzymając kobietę na kolanach, tak że jej głowa opadała na jej ramię. Pozostałe dzieci zebrane w strwożoną gromadkę zaczęły rozumieć znaczenie całej sceny, ale docierało to do nich stopniowo bo ich umysły były otępiałe a percepcja ociężała. Gdy odgadły prawdę podniosły tak straszny krzyk rozpaczy, że Margaret nie wiedziała jak to wytrzyma. Krzyk Johny’ego był najdonośniejszy z nich wszystkich, chociaż sam biedny malec nie miał pojęcia dlaczego płacze.
Matka zadrżała w ramionach Margaret. Rozległ się hałas u drzwi.
Gosia - Sob 17 Lut, 2007 17:22
Dzieki Achato.
Jestes dzielna, to niewdzieczny rozdzial do tlumaczenia.
Anonymous - Sob 17 Lut, 2007 23:10
ale jednoczesnie chyba jeden z piekniejszych ...
achata - Nie 18 Lut, 2007 19:52
Uffff. Skończyłam
Rozdział XXXVI Union not always strength (Związek nie zawsze górą)
cz. 6
- Otwórz je. Otwórz je szybko- powiedziała Margaret do najstarszego z dzieci.- są zaryglowane. Nie róbcie hałasu, zachowujcie się cicho. Och, tato niech idą miękko i cicho, a wtedy może ona ich nie usłyszy. Zemdlała, to wszystko.
- Tak jest dla niej lepiej, biedactwo- powiedziała kobieta podążająca śladem tragarzy.- Ale pani nie jest dość silna by ją utrzymać. Proszę chwilkę poczekać. Pobiegnę i przyniosę poduszkę a potem położymy ją na podłodze.
Obecność tej pomocnej sąsiadki stanowiła dla Margaret dużą ulgę. Najwyraźniej była ona obca w tym domu i istotnie niedawno przybyła do dzielnicy, ale była taka życzliwa i domyślna, że Margaret poczuła, że nie jest już dłużej potrzebna i być może lepiej byłoby dać przykład na opuszczenie domu, pełnego bezczynnych, nawet jeśli pełnych współczucia, gapiów.
Rozejrzała się za Nicholasem Higginsem. Nie było go tam. Przemówiła zatem do kobiety która przejęła pieczę nad umieszczeniem pani Boucher na podłodze..
- Czy mogłaby pani zasugerować im by lepiej po cichu odeszli? Tak, żeby gdy pani Boucher się ocknie znalazła przy sobie jedną czy dwie osoby, które zna. Tato, czy mógłbyś przemówić do mężczyzn i poprosić ich aby wyszli? Biedactwo, nie może oddychać w tym całym tłoku dookoła niej.
Margaret klęczała przy pani Boucher i obmywała jej twarz octem, ale po kilku minutach z zaskoczeniem poczuła napływ świeżego powietrza. Rozejrzała się dookoła i zobaczyła wymianę uśmiechów między jej ojcem a tą kobietą.
- Co się stało?- zapytała.
- To tylko nasza dobra przyjaciółka tutaj- odparł jej ojciec,- zastosowała wybitne środki zaradcze aby opróżnić to miejsce.
- Kazałam im pójść i każdemu wziąć ze sobą dziecko i pamiętać, że to sieroty a ich matka jest wdową. Dotyczyło to tych, którzy mogli najwięcej zdziałać i zanosi się na to, że dzisiaj dzieci najedzą się do syta i będą otoczone życzliwością. Czy ona wie jak umarł?
- Nie- powiedziała Margaret- nie byłam w stanie jej tego powiedzieć.
- Będzie trzeba jej powiedzieć ze względu na dochodzenie. Proszę zrozumieć. Dochodzi do siebie. Powie jej pani, czy ja mam to zrobić a może najlepiej żeby zrobił to pani ojciec?
- Nie. Niech pani jej powie- odparła Margaret.
Odczekały w ciszy zanim zupełnie odzyskała przytomność. Następnie kobieta z sąsiedztwa usiadła na podłodze i ułożyła głowę i ramiona pani Boucher na swoim łonie.
- Sąsiadko- powiedziała- twój mąż nie żyje. Domyślasz się jak umarł?
- Utopił się- powiedziała pani Boucher słabym głosem, zaczynając płakać po raz pierwszy odkąd doświadczył jej bolesny smutek.
- Znaleziono go utopionego. Wracał do domu z poczuciem beznadziei nic nie zdziaławszy. Pomyślał, że Bóg nie powinien być surowszy niż ludzie, a może przynajmniej nie tak surowy, może tak czuły jak matka, może jeszcze czulszy. Nie próbuję twierdzić, że postąpił słusznie, nie mówię też, że zrobił źle. Mówię tylko, obym nigdy ja ani nikt z moich bliskich nie miał takiego zbolałego serca jak on miał albo zrobimy coś takiego.
- Zostawił mnie samą z tymi dziećmi- zawodziła wdowa, znacznie mniej sobie robiąc ze sposobu w jaki umarł jej mąż, niż Margaret oczekiwała, ale wynikało to częściowo z jej bezradnej natury, że odczuwała przede wszystkim jak jego strata dotyka ją samą i jej dzieci.
- Nie samą- powiedział uroczyście pan Hale.- Kto jest przy tobie? Kto sie zainteresuje twoimi sprawami?- Wdowa otworzyła szeroko oczy i spojrzała na kolejnego przemawiającego, którego obecności nie była świadoma do tej chwili.
- Kto obiecał być ojcem, dla tych którzy nie mają już ojca?- kontynuował.
- Ale ja zostałam sama z sześcioma dziećmi, sir a najstarsze nie ma jeszcze ośmiu lat. Nie mam zamiaru powątpiewać w Jego moc, sir, tylko, że to wymaga tak ogromnego zaufania- I znowu zaczęła płakać.
- Lepiej będzie pomówić z nią o tym jutro, sir- powiedziała sąsiadka.- teraz najlepszą pociechą byłoby dla niej gdyby mogła poczuć swoje dziecko przy sercu. Tak mi przykro, że zabrali maleństwa.
- Pójdę po nie- powiedziała Margaret. Po kilku minutach wróciła niosąc Johny’ego. Jego buzia była usmarowana jedzeniem a ręce miał pełne skarbów takich jak muszelki, kawałki kryształu i głowa gipsowej figurki. Umieściła go w ramionach matki.
- Proszę!- powiedziała kobieta- teraz może pani iść. Popłaczą sobie razem i pocieszą się nawzajem. Nikt nie jest w stanie jej pomóc bardziej niż dziecko. Pozostanę z nią tak długo, jak długo będę potrzebna a jeśli przyjdziecie jutro możecie jej powiedzieć mądre rzeczy. Dzisiaj nie jest na to gotowa.
Idąc wolno w górę ulicy Margaret i jej ojciec zatrzymali się pod zamkniętymi drzwiami domu Higginsa.
- Wejdziemy?- zapytał jej ojciec.- Myślałem również o nim.
Zapukali. Nie było odpowiedzi więc spróbowali otworzyć drzwi. Były zaryglowane, ale zdawało się im, że usłyszeli wewnątrz ruch.
- Nicholas!- powiedziała Margaret. Nie było odpowiedzi i odeszliby przekonani, że dom jest pusty gdyby nie usłyszeli gdzieś w środku odgłosu spadającej książki.
- Nicholas!- powiedziała ponownie Margaret.- To tylko my. Nie wpuścisz nas do środka?
- Nie- odpowiedział.- Mówiłem tak jasno jak umiałem. Możecie mnie tylko atakować słowami gdy zamknąłem drzwi. Chcę dzisiaj zostać sam.
Pan Hale chciał ponowić prośbę, ale Margaret położyła palec na ustach.
- Nie dziwi mnie to- powiedziała. –Też chciałabym już być sama. Wydaje się to jedyną dobrą rzeczą po takim dniu jak dzisiejszy.
Gosia - Nie 18 Lut, 2007 20:00
Achato! Hip hip hurra!!!!
Dzieki za Twoją pracę i to z trudnymi rozdziałami
Jeszcze zostaly fragmenty, ktorymi już ja się zajęłam
achata - Nie 18 Lut, 2007 20:01
| Gosia napisał/a: | Achato! Hip hip hurra!!!!
Dzieki za Twoją pracę i to z trudnymi rozdziałami
Jeszcze zostaly fragmenty, ktorymi już ja się zajęłam |
Tak źle nie było, zwłaszcza, ze miałam do pomocy słowniczek Higginsowski
Gosia - Nie 18 Lut, 2007 20:04
Tak naprawde to slowniczek mialam od Harry, z jej wydania N&S.
Widzialam w Księgarni Amerykanskiej na połce N&S, ale bylo z inna okladka i bez przypisow i slowniczka. I to za 35 zl. Skandal!
A moje wydanie N&S to popularne juz sie rozsypuje
Achato, czy cos zmienilas przed chwila w tym kawalku?
Harry_the_Cat - Nie 18 Lut, 2007 22:03
| Gosia napisał/a: | | Widzialam w Księgarni Amerykanskiej na połce N&S, ale bylo z inna okladka i bez przypisow i slowniczka. I to za 35 zl. Skandal! |
No prepraszam, któ to widział pierwszy...
Gosia - Nie 18 Lut, 2007 22:15
Ale wczoraj przechodzilam przypadkowo obok takiej ksiegarni i chcialam sprawdzic czy tak bedzie... I faktycznie byla!
Gitka - Pon 19 Lut, 2007 12:56
Achato, bardzo, bardzo dziękuję za Twoją pracę
Caroline - Pią 23 Lut, 2007 21:21
Achato! Piękne dzięki za Twoją pracę!
achata - Sob 24 Lut, 2007 14:53
Kochane wszystkie jesteście. Ja tłumaczylam tylko malutki kawałeczek całości.
Co do zmian o które pytała Gosia, to przyznaję, że wprowadzałam drobne poprawki edytorskie zaraz po zamieszczeniu tekstu ale poza tym nic od tamtego czasu nie zmieniałam.
|
|
|