To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

North and South - powieść - Tłumaczenia fragmentów powieści "N&S"

Gitka - Śro 27 Gru, 2006 18:37

Dziękuję, dziękuję :kwiatek:
Pani Hale nazwała Bessy przyjaciółką córki, zaproponowała wino, nie była więc może aż taką snobką.
Ale z tym Thortonem to się miały dobrze, kosze owoców, wino...

Mag - Śro 27 Gru, 2006 18:58

Dzieki Gosiałku.

Margarytka pożałowała Bessy konfitur z Helston? :oops:

Gosia - Czw 28 Gru, 2006 17:18

Rozdział XX
Men and Gentlemen

cz. 2

Pan Hale wyszedł następnego ranka, tak jak zamierzał. Nie znalazł Bouchera w domu, ale odbył długą rozmowę z jego żoną. Obiecał zapytać o o skierowanie do szpitala dla niej i widząc, że została zaopatrzona przez panią Hale w wiele rzeczy, którymi rozrzutnie rozporządzały dzieci, rządzące na dole w czasie nieobecności ich ojca, wrócił z bardziej uspokajającą i pogodną relacją, niż Margaret ośmielała się myśleć. W istocie to co ona powiedziała wczoraj wieczorem przygotowało jej ojca na dużo gorszy stan tych spraw, i poprzez reakcję swojej wyobraźni, opisał wszystko lepiej, niż było faktycznie.
- Ale pójdę tam znowu i zobaczę się z nim samym – powiedział pan Hale – z trudem potrafię porównać jeden z tych domów z naszymi domkami w Helstone. Widzę tu meble, których nasi robotnicy rolni nigdy by nie kupili i zwykłe jedzenie, które oni skłonni są uważać za luksusowe, ale w końcu dla tych rodzin nie ma innego źródła utrzymania – teraz, gdy nie ma ich zwykłych tygodniowych pensji – poza lombardami. Trzeba nauczyć się innego języka i inną miara oceniać wszystko tutaj, w Milton.
Bessy także czuła się lepiej tego dnia. Wciąż była tak słaba, że wydawała się całkiem zapomnieć o swoim życzeniu, żeby zobaczyć jak Margaret się ubrała – jeśli, w istocie, nie było to jedynie gorączkowe żądanie złożone w na pół majaczącym stanie.
Margaret nie mogła uciec przed porównaniem tych przygotowań – wyjścia tam, gdzie nie zależało jej, żeby być z sercem pełnym różnych zmartwień – z dawnymi, wesołymi, dziewczęcymi toaletami, które ona i Edith zakładały zaledwie rok temu. Jej jedyną przyjemnością teraz było strojenie się z myślą, aby matce sprawić przyjemność, gdy zobaczy ją tak ubraną. Zarumieniła się, kiedy Dixon, otwierając drzwi do salonu, wyraziła swój podziw.
- Panna Hale wygląda dobrze, madam, czyż nie? Korale pani Shaw nie mogły pasować lepiej. Wprowadzają potrzebny akcent kolorystyczny, madam. W przeciwnym wypadku, wyglądałaby panienka blado, panno Margaret.
Czarne włosy Margaret były zbyt grube, aby je zapleść, trzeba było je raczej okręcić dookoła i tę wspaniałą jedwabistość ułożyć w masywne sploty, które otaczały jej głowę jak korona, a potem z tyłu zebrać w szeroki węzeł.
Utrzymywały ten ciężar dwie, duże koralowe szpilki, zupełnie jak małe strzałki. Jej białe jedwabne rękawy były związane sznurkiem z tego samego materiału, a na karku, tuż pod wygiętą, mlecznobiałą szyją, spoczywał ciężki sznur korali.
- Och Margaret! Jak chciałabym pójść z tobą na jedno z tych dawnych przyjęć Barringtonów – zabrać cię, tak jak kiedyś lady Beresford zabierała mnie – Margaret pocałowała matkę słysząc ten mały wybuch macierzyńskiej próżności, ale mogła ledwie uśmiechnąć się na to, tak bardzo czuła się przygnębiona.
- Wolałabym raczej zostać w domu z tobą – dużo bardziej, mamo.
- Nonsens, kochanie! Przyglądaj się wszystkiemu na obiedzie dokładnie. Chętnie usłyszę, jak oni organizują to w Milton. Zwłaszcza drugie danie, moja droga. Zwróć uwagę czym się zajmują poza grą.

Gitka - Czw 28 Gru, 2006 19:25

Gosiu, jaki piękny fragment :thud:
Uwielbiam czytać jak damy stroją się na przyjęcie :lol:
Muszę zerknąć czy filmowa Margaret miała korale.

Gosia - Czw 28 Gru, 2006 19:48

Odnoszę wrazenie ze nie. ale moge się mylic ;)
Gosia - Pią 29 Gru, 2006 23:00

Rysiu w "Vicar of Dibley" mnie rozproszyl tak, ze zapomnialam zamiescic wczesniej dzisiejsze ciasteczko. Ale ochlonelam na moment wiec wklejam :D

Rozdział XX
Men and Gentlemen

cz. 3

Pani Hale była bardziej niż zainteresowana – byłaby zdumiona, gdyby zobaczyła okazałość stołu i jego przystrojenie. Margaret z jej londyńskim wyrobionym smakiem uznała ilość przysmaków za przytłaczającą, ich połowa by wystarczyła, a efekt byłby lżejszy i bardziej elegancki. Ale to było jedno z rygorystycznie przestrzeganych przez panią Thornthon praw gościnności, aby każdego smakołyku wystarczyło dla wszystkich gości, gdyby mieli na nie ochotę. Nie dbała o umiar w swoich codziennych zwyczajach, to była część jej dumy serwować ucztę przed takimi jej gośćmi, jak należało. Jej syn podzielał te uczucia. Nigdy nie znał – chociaż mógł wyobrazić sobie i byłby zdolny upodobać sobie – innych spotkań towarzyskich poza takimi, które polegają na wzajemnym oferowaniu wystawnych posiłków, i nawet teraz, chociaż odmawiał sobie wydania sześciopensówki na zbędne osobiste wydatki i więcej niż raz pożałował, że zaproszenia na obiad zostały wysłane, skoro tak miało być, cieszył się widząc wspaniałość przygotowania.
Margaret i jej ojciec przybyli jako pierwsi. Pan Hale był starał się przybyć punktualnie o wyznaczonym czasie. Nie było nikogo na górze w salonie poza panią Thornton i Fanny. Wszystkie pokrowce zostały zdjęte i pokój był rozjaśniony przez żółty adamaszkowy jedwab i wspaniały kwiecisty dywan. Każdy róg wydawał się wypełniony ozdobą, do tego stopnia że stało się to nużące dla oczu i stanowiło dziwny kontrast wobec nagiej brzydoty widoku na wielkim dziedzińcu, gdzie szerokie składane drzwi były szeroko otwarte na przyjęcie powozów. Fabryka majaczyła wysoko po lewej stronie okien, rzucając cień swoich wielu pięter, sprawiając, że letni wieczór wydawał się zapaść wcześniej niż był na to czas.
- Mój syn jest zajęty do ostatniej chwili. Przyjdzie niebawem, panie Hale. Czy mogę poprosić, żeby pan zajął miejsce?
Pan Hale stał przy jednym z okien, gdy pani Thornton mówiła te słowa. Odwrócił się, mówiąc:
- Czy tak bliskie sąsiedztwo fabryki nie jest czasami zbyt nieprzyjemne?
Wyprostowała się:
- Nigdy nie jest. Nie jestem tak wytworna, by pragnąć zapomnieć o źródle siły i potęgi mego syna. Poza tym nie ma drugiej takiej fabryki w Milton. Jedno pomieszczenie ma dwieście dwadzieścia jardów kwadratowych.
- Mam na myśli to, że dym i hałas – nieustanne wchodzenie i wychodzenie robotników, może być męczące.
- Zgadzam się z panem, panie Hale – powiedziała Fanny. Ten ciągły zapach pary i olejowej maszynerii, hałas jest wprost ogłuszający.
- Słyszałam hałas, nazywany muzyką, który był bardziej ogłuszający. Pomieszczenie z maszynami położone jest na końcu fabryki. Ledwie je słyszymy, z wyjątkiem lata, kiedy wszystkie okna są otwarte, a jeśli chodzi o ciągły szmer przemieszczających się robotników nie przeszkadza mi więcej niż brzęczenie roju pszczół. Poza tym gdy myślę o tym wszystkim, łączę to z moim synem i czuję jak wszystko do niego należy i że jego głowa tym kieruje. Ale teraz żadne hałasy nie dochodzą z fabryki, robotnicy byli na tyle niewdzięczni, że strajkują, jak być może pan słyszał. Ale ta sprawa (o której mówiłam, kiedy pan wszedł) odnosi się do kroków, które zamierza podjąć, aby nauczyć ich gdzie jest ich miejsce.
Wyraz jej twarzy, zawsze surowy, pogłębił się w gniew, gdy to mówiła.

Gitka - Sob 30 Gru, 2006 17:16

Co to, pani Thornton nie miała gustu?
Gosiu, dziekuję bardzo, bardzo :kwiatek:

Maryann - Sob 30 Gru, 2006 17:31

Pani Thornton z pewnością nie była taką elegancką londyńską damą, jak ciotka Margaret. A poza tym - wzorem wielu ludzi, którzy przeżyli niedostatek - podświadomie chyba chciała te chude lata odreagować i pokazać wyszystkim swój obecny dobrobyt. Ale do tak niskich instynktów pewnie nigdy by się nie przyznała...
Gosia - Sob 30 Gru, 2006 17:31

Widac lubila wszystko co sie swieci ;)
No w kazdym razie lubila sie pokazac.

Gitka - Sob 30 Gru, 2006 18:02

Gosia napisał/a:
Widac lubila wszystko co sie swieci ;)


No to jej się udało, jej syn najlepszym przykładem :cool:

Mag - Wto 02 Sty, 2007 07:57

Gosia napisał/a:
jeśli chodzi o ciągły szmer przemieszczających się robotników nie przeszkadza mi więcej niż brzęczenie roju pszczół. Poza tym gdy myślę o tym wszystkim, łączę to z moim synem i czuję jak wszystko do niego należy i że jego głowa tym kieruje. Ale teraz żadne hałasy nie dochodzą z fabryki, robotnicy byli na tyle niewdzięczni, że strajkują,


Twardzielka!

Dzięki Gosiałku :hello:

Gosia - Wto 02 Sty, 2007 16:57

Dzis zamieszczam fragment, ktory byl wczesniej przetlumaczony, tak zeby byla calosc rozdzialu.
A jutro bedzie jego zakonczenie.

Rozdział XX
Men and Gentlemen
cz. 4

Nie było jasne kiedy pan Thornton wszedł do pokoju. Z niepokojem [matka] zauważyła, że nikomu nie uścisnął ręki, mimo że goście zostali przez niego wesoło i serdecznie przywitani. Uścisnął rękę Margaret. Zdał sobie sprawę, że to był pierwszy raz kiedy ich dłonie spotkały się, chociaż ona była tego kompletnie nieświadoma. Zapytał o panią Hale i usłyszał wesołą, pełną optymizmu odpowiedź pana Hale’a. Zerknąwszy na Margaret zobaczył jak bardzo ona zgadza się z ojcem, żaden cień sprzeciwu nie pojawił się na jej twarzy. I kiedy spojrzał na nią z tą intencją, poraziła go na nowo jej wielka uroda. Nigdy wcześniej nie widział jej w takiej sukni, a właśnie teraz okazało się jak bardzo taka elegancja stroju pasuje do jej szlachetnej figury i dumnego spokoju oblicza. Uznał, że powinna zawsze się tak ubierać.
Rozmawiała z Fanny, nie był w stanie dosłyszeć o czym, ale widział jak jego siostra niespokojnie sprawdza szczegóły swojego stroju, spogląda zdziwionym wzrokiem to tu, to tam, bez żadnego celu. Porównał to spojrzenie z dużymi, aksamitnymi oczami, które spoglądały prosto i poważnie na konkretny obiekt, tak jakby ich światło promieniowało dając jakiś rodzaj wytchnienia. Wygięta linia czerwonych ust podkreślała skupienie towarzyszące słuchaniu rozmówcy, głowa lekko pochylona do przodu tworzyła wyraźną linię od szczytu, gdzie światło połyskiwało w jej kruczo czarnych włosach, po miękkie zwieńczenie jej ramion w kolorze kości słoniowej. Krągłe, białe ramiona i wąskie dłonie trzymała splecione, doskonale nieruchome w ich ślicznym ułożeniu.
Pan Thornton spostrzegł, że wszystko to ogarnął jednym szybkim, szerokim spojrzeniem. Wtedy odwrócił się plecami do młodych dam i z pewnym wysiłkiem, ale całą duszą i sercem, zagłębił się w rozmowę z panem Hale’em.
Ludzi przychodziło coraz więcej i więcej. Fanny zostawiła Margaret samą i pomagała matce przyjmować gości. Pan Thornton czuł, że w tym tłoku nikt nie rozmawia z Margaret i był zaniepokojony tym jawnym zaniedbaniem. Ale sam się do niej w ogóle nie zbliżał. Nie patrzył na nią. Wiedział jedynie doskonale co robi lub czego nie robi lepiej, niż wiedział to o kimkolwiek innym przebywającym w tym pokoju.
Margaret była tak nieświadoma swojego położenia i tak rozbawiona obserwowaniem innych ludzi, że w ogóle nie zauważyła czy ktoś się nią zajmuje czy nie. Jakiś pan zabrał ją do stołu, nie dosłyszała nazwiska, ten ktoś zresztą nie miał specjalnie zamiaru z nią rozmawiać. Pomiędzy dżentelmenami toczyła się bardzo ożywiona dyskusja. Panie w większości milczały lub co najwyżej zajmowały się wygłaszaniem uwag na temat obiadu lub krytykowaniem strojów. Margaret dosłyszała główny temat rozmowy i słuchała jej uważnie, z rosnącym zainteresowaniem.
Pan Horsfall, obcy, który odwiedził miasto, był głównym inicjatorem rozmowy. Zadawał pytania dotyczące handlu i miejscowych fabryk, a pozostali dżentelmeni (wszyscy – mieszkańcy Milton) – odpowiadali mu i udzielali wyjaśnień. Dyskusja rozwinęła się na dobre, przybierając postać łagodnego sporu. Pan Thornton, który wcześniej niewiele się odzywał, teraz wyłożył swoją opinię tak jasno i przejrzyście, że nawet oponenci musieli mu ustąpić.
Uwaga Margaret skupiła się wówczas na gospodarzu. Cały jego sposób bycia jako pana domu, gospodarza przyjacielskiego przyjęcia, był tak bezpośredni, prosty i skromny, a jednak prawie dostojny. Margaret pomyślała, że jeszcze nigdy nie widziała go w tak korzystnym świetle. Kiedy przychodził do ich domu, zawsze było coś takiego, coś jak zapalczywość czy nawet rodzaj pewnej dokuczliwej irytacji, która dawała do zrozumienia, że został on niewłaściwie osądzony, a w dodatku, że czuje się zbyt dumny, by spróbować lepiej wyjaśnić swoje stanowisko i być właściwie zrozumianym. A teraz, wśród swoich, nie było potrzeby udowadniać swojej pozycji. Był tu szanowany jako człowiek wielkiej siły charakteru, silny w różnych aspektach. Nie potrzebował walczyć o szacunek. Miał go i wiedział o tym. I to poczucie bezpieczeństwa emanowało, w jego głosie i zachowaniu, wielkim spokojem, którego Margaret nigdy wcześniej nie zauważyła. Nie miał zwyczaju rozmawiać z damami, jeśli już coś mówił, były to tylko formalne zwroty. Do Margaret nie odzywał się w ogóle.
Była zaskoczona konstatując jak bardzo podoba jej się na tym przyjęciu...

Teraz wiedziała już wystarczająco dużo, żeby zrozumieć wiele miejscowych spraw – mało tego, poznała nawet kilka technicznych określeń stosowanych przez zapalczywych fabrykantów. Po cichu zdecydowanie opowiedziała się po jednej ze stron w dyskutowanej kwestii. W każdym razie, dyskutowali zaciekle i na serio – zupełnie nie w staroświeckim stylu londyńskich przyjęć, do którego była przyzwyczajona. Dziwiło ją, że wśród wszystkich tych tematów związanych z fabrykami i miejscowym handlem, nikt nie zrobił żadnej aluzji do strajku. Jeszcze nie zdawała sobie sprawy z tego, jak chłodno właściciele podchodzą do takich spraw, jako spraw z jedynym możliwym zakończeniem. To pewne, ci ludzie działali przeciwko sobie, jak już wiele razy przedtem. Gdyby byli głupcami i oddali się w ręce łajdackich płatnych delegatów, musieliby ponieść konsekwencje. Jeden lub dwa razy Thornton został wytrącony równowagi, oczywiście stracił na tym. Ale to był przypadek, który mógł się przytrafić każdemu, każdego dnia. A Thornton był na tyle dobry, by poradzić sobie ze strajkiem jak każdy. Poza tym był typem człowieka z żelaza, jak nikt inny w Milton. Ludzie popełnili błąd próbując z nim takich sztuczek. Panowie podśmiewali się z robotników, którzy wyobrażali sobie, że mogą zwyciężyć, że mogą choć na jotę zmienić to co Thornton sobie ustalił.
Po obiedzie Margaret poczuła się trochę znudzona. Ucieszyła się, kiedy weszli panowie, nie tylko dlatego, że widok ojca rozproszył jej senność, ale także dlatego, że mogła nareszcie posłuchać czegoś lepszego i wspanialszego niż mało istotne sprawy, o jakich rozmawiały panie. Podobało jej się to triumfujące poczucie siły jakie posiadali tutejsi ludzie. Jej przejawy mogły być gwałtowne i mieć posmak pychy, jednak zdawało się, że odurzeni wspomnieniami wcześniejszych dokonań i tym, co jeszcze mieli dokonać, pokonali dawne granice możliwości. Jeśli w chwilach rozwagi nie pochwalała wszystkiego w ich charakterach, i tak wzbudzało podziw ich zapomnienie o sobie samych i o teraźniejszości w niecierpliwym oczekiwaniu na triumf odniesiony nad wszelką nieożywioną materią w bliżej nieokreślonej przyszłości, której żaden z nich nie doczeka.

Mag - Śro 03 Sty, 2007 08:02

Gosia napisał/a:
Uwaga Margaret skupiła się wówczas na gospodarzu. Cały jego sposób bycia jako pana domu, gospodarza przyjacielskiego przyjęcia, był tak bezpośredni, prosty i skromny, a jednak prawie dostojny. Margaret pomyślała, że jeszcze nigdy nie widziała go w tak korzystnym świetle.

Gosia napisał/a:
I kiedy spojrzał na nią z tą intencją, poraziła go na nowo jej wielka uroda. Nigdy wcześniej nie widział jej w takiej sukni, a właśnie teraz okazało się jak bardzo taka elegancja stroju pasuje do jej szlachetnej figury i dumnego spokoju oblicza. Uznał, że powinna zawsze się tak ubierać.
Gosia napisał/a:
Porównał to spojrzenie z dużymi, aksamitnymi oczami, które spoglądały prosto i poważnie na konkretny obiekt, tak jakby ich światło promieniowało dając jakiś rodzaj wytchnienia. Wygięta linia czerwonych ust podkreślała skupienie towarzyszące słuchaniu rozmówcy, głowa lekko pochylona do przodu tworzyła wyraźną linię od szczytu, gdzie światło połyskiwało w jej kruczo czarnych włosach, po miękkie zwieńczenie jej ramion w kolorze kości słoniowej. Krągłe, białe ramiona i wąskie dłonie trzymała splecione, doskonale nieruchome w ich ślicznym ułożeniu.
Pan Thornton spostrzegł, że wszystko to ogarnął jednym szybkim, szerokim spojrzeniem.


Wieczór pozytywnych wrażeń :grin:

Gitka - Śro 03 Sty, 2007 09:42

Dziękuję Gosiu :kwiatek:
Gosia - Śro 03 Sty, 2007 19:09

Rozdział XX
Men and Gentlemen
cz. 5

Była raczej zaskoczona kiedy pan Thornton odezwał się do niej tuż obok:
- Zauważyłem, że była pani po naszej stronie w dyskusji w trakcie obiadu panno Hale, nieprawdaż?
-Oczywiście. Ale tak mało wiem na ten temat. Jednakże byłam zaskoczona tym co powiedział pan Horsfall, że byli jacyś myślący w tak diametralnie inny sposób jak ten pan Morison, o którym wspominał. On chyba nie jest dżentelmenem, prawda?
- Nie należę do tych ludzi, którzy oceniają czyjąś przynależność do grona dżentelmenów, panno Hale. To znaczy mam na myśli, że nie do końca wiem co pani rozumie przez „bycie dżentelmenem”. Powinienem powiedzieć, że ten Morison nie jest prawdziwym człowiekiem. Nie wiem kim on jest. Oceniam go trochę na podstawie przekazu pana Horsfall’a
- Wydaje mi się, że mój „dżentelmen” zawiera w sobie pańskiego „prawdziwego człowieka”.
- I dużo więcej jak mniemam. Różnię się tu od pani. Dla mnie „człowiek” to coś wspanialszego i pełniejszego niż „dżentelmen”.
- Co pan ma na myśli? Chyba po prostu inaczej pojmujemy słowa.
- Mam na myśli, że „dżentelmen” to tylko określenie stosunku człowieka do innych ludzi. Ale kiedy mówimy o nim jako o „człowieku” mamy na myśli nie tylko jego relacje ze znajomymi, ale stosunek do siebie samego, do życia, czasu i wieczności. Rozbitek, samotny jak Robinson Crusoe – więzień zamknięty w lochu własnego życia , mało tego, nawet święty w Patmos, ma swoją wytrwałość, wolę walki, siłę, wszystko to lepiej charakteryzuje „człowieka”. Używam raczej słowa „dżentelmeński”, które jak mi się zdaje zbyt często używane jest niewłaściwie, zazwyczaj wyolbrzymia i wypacza się jego prawdziwe znaczenie, podczas gdy pełna prostota rzeczownika „człowiek” i przymiotnika „ludzki” jest niedoceniana – jestem zmuszony do takiej klasyfikacji, używając języka potocznego.
Margaret myślała przez moment – lecz zanim zdążyła odpowiedzieć, ktoś z zapalczywych fabrykantów odwołał go na stronę. Nie mogła dosłyszeć ich rozmowy, ale mogła się domyślać jej istotności z powodu krótkich, jasnych odpowiedzi, których udzielał pan Thornton. Były to mocne i stanowcze słowa, brzmiące jak odległe strzały. Ewidentnie rozmawiali o strajku, o tym jakie czynności powinny zostać podjęte.
Słyszała pana Thorntona mówiącego –
- To już zostało zrobione.
Wtedy doszedł ją pomruk dwóch lub trzech głosów.
- Wszystko jest już załatwione.
Były wątpliwości, pan Slickson sugerował jakieś trudności, przytrzymując ramię pana Thorntona, by bardziej podkreślić swoje słowa. Pan Thornton odsunął się i lekko uniósłszy brwi, odpowiedział:
- Biorę na siebie ryzyko. Nie musisz go ze mną dzielić jeśli nie chcesz.
Przytaczano kolejne obawy.
- Niczego nie obawiam się tak, jak tchórzliwego podżegactwa. Jesteśmy otwartymi wrogami. Umiem się obronić przed każdą przemocą, którą jestem w stanie zrozumieć. I oczywiście ochronię wszystkich, którzy przyjdą do mnie pracować. Oni znają moją determinację tak dokładnie jak wy.
Pan Horsfall odciągnął go na bok. Margaret przypuszczała, że zrobił to by wypytać jeszcze o jakieś kwestie związane ze strajkiem. Ale w rzeczywistości wypytywał o nią, kim jest – ta spokojna, stateczna i tak piękna...
- Ona jest z Milton? – zapytał, kiedy już poznał jej imię.
- Nie, z Południa Anglii – Hapshire, jak mi się zdaje – brzmiała chłodna, obojętna odpowiedź.
Pani Slickson o to samo wypytywała Fanny.
- Kim jest ta piękna, dystyngowana dziewczyna? To siostra Horsfall’a?
- O mój Boże, nie! Jej ojciec pan Hale, rozmawia teraz z panem Stephensem. On daje lekcje, to znaczy, czyta z młodymi mężczyznami. Mój brat John chodzi do niego dwa razy w tygodniu, i ubłagał mamę, żeby go tu zaprosiła, w nadziei, żeby poznać go z towarzystwem. Mamy chyba kilka ich prospektów, o ile chciałaby pani dostać jeden.
- Pan Thornton! Naprawdę znajduje czas żeby czytać z prywatnym nauczycielem, w natłoku wszystkich interesów – i jeszcze w obliczu tego okropnego strajku?
Fanny nie będąc pewną manier pani Slickson, nie wiedziała czy ma być dumna czy też ma się wstydzić za zachowanie swojego brata. I jak wszyscy ludzie, którzy biorą cudze obowiązki względem zasad bardzo osobiście, postanowiła zarumienić się z powodu dziwaczności zachowania swojego brata. Jej zakłopotanie zostało przerwane rozejściem się gości.

achata - Czw 04 Sty, 2007 16:43

Dzisiaj też jeszcze odgrzewane ciacho. Poczatek rozdziału XXI, który już tu kiedyś zamieszczono.

Rozdział XXI The dark night (Ciemna noc)

cz. 1

Wiadomo, że nie ma na ziemi
Uśmiechu, który nie miał by za siostrę łzy
ELLIOTT

Margaret wracała z ojcem do domu. Noc była piękna, ulice czyste, a ona w swojej pięknej, białej, jedwabnej sukni jak Lizzie Lindsay w zielonej satynowej, w balladzie „spódnica do kolan”, gotowa była z ojcem zatańczyć z zachwytu nad tym chłodnym, świeżym nocnym powietrzem.
- Myślę, że Thornton wcale nie był taki spokojny w związku z tym strajkiem. Wydawał się dziś wieczór dość nerwowy.
- Zdziwiłabym się, gdyby nie był. Ale kiedy inni sugerowali mu różne rzeczy, oczywiście rozmawiał z nimi z tym swoim typowym chłodem, jeszcze przed naszym wyjściem.
- Po obiedzie też. Byłem naprawdę poruszony tą jego beznamiętną manierą wysławiania się, ale uderzyło mnie też zdenerwowanie widoczne na jego twarzy.
- Gdybym była nim, też byłabym zdenerwowana. Musi zdawać sobie sprawę z rosnącej złości i tłumionej nienawiści swoich robotników, którzy widzą w nim, jak to Biblia nazywa „twardego człowieka” – nie tyle niesprawiedliwego, co pozbawionego uczuć. Prostego w osądach i tak wiernego swoim zasadom, jak żaden człowiek nie zdołałby być, wobec tego czym my i wszystkie nasze drobne zasady jesteśmy wobec Wszechmogącego. Cieszę się, że myślisz, że wyglądał na niespokojnego. Kiedy przypomnę sobie na wpół oszalałe słowa Bouchera, nie mogłabym znieść, że pan Thornton mówi o tym wszystkim tak chłodno.
- Nie jestem tak jak ty przekonany, o skrajnej nędzy tego człowieka, Bouchera. W tym momencie, bez wątpienia zaczął fatalnie, ale zawsze to tajemnicze skąd biorą się pieniądze w tych Związkach. I jak mówiłaś, ten człowiek miał pełną pasji, ekspresyjną naturę i wyraźnie zademonstrował to wszystko, co czuł.
- Och, papa!
- W porządku! Chciałbym tylko, żebyś oddała sprawiedliwość panu Thorntonowi, który jak sądzę ma kompletnie odmienny charakter – i jest człowiekiem dalece zbyt dumnym by okazywać uczucia. Przynajmniej za charakter, jak już wcześniej sądziłem, powinnaś go Margaret podziwiać.
- Skoro powinnam, to podziwiam. Ale nie wydaję się tak jak ty pewna istnienia tych uczuć. To człowiek o wielkiej sile charakteru, niezwykłym intelekcie, biorąc pod uwagę tych kilka zalet jakie posiada.
- No, nie tylko kilka. Wiedzie praktyczne życie od bardzo młodego wieku. Został zmuszony do samokontroli i sądzenia, wszystko to częściowo rozwinęło jego intelekt. Na pewno potrzeba trochę wiedzy o przeszłości, to daje prawdziwą bazę dla planowania przyszłości. On wie o tej potrzebie, uświadamia ją sobie – to już coś. Jesteś naprawdę uprzedzona do pana Thorntona, Margaret.
- On jest pierwszym okazem fabrykanta – człowieka zajmującego się handlem – którego mam okazję studiować, papa. On jest moją pierwszą oliwką – pozwól mi się skrzywić kiedy ją łykam. Wiem, że jest dobry na swój sposób, i już wkrótce zamierzam ten sposób polubić. Właściwie to myślę, że już zaczęłam go lubić. Byłam bardzo zainteresowana, tym o czym rozmawiali dżentelmeni, chociaż połowy z tego nie rozumiałam. Było mi naprawdę przykro kiedy panna Thornton przyszła zabrać mnie na drugi koniec pokoju, mówiąc, że powinnam się czuć niezręcznie jako jedyna dama wśród tylu dżentelmenów. Nigdy bym o tym tak nie pomyślała, tak byłam zajęta słuchaniem. A panie były takie nudne, papa – Boże, jakie nudne! Poza tym myślę, że były pomysłowe. Przypomniała mi się nasza stara zabawa w zbieranie rzeczowników tak, by ułożyć je w zdanie.
- Co masz na myśli moje dziecko? – zapytał pan Hale.
- Czemu one używają rzeczowników, które ewidentnie dotyczą bogactwa – gospodyni, ogrodnik, wielkość zastawy, cenne koronki, diamenty i inne takie rzeczy; a każda tak sobie układa przemowę, żeby je wszystkie w niej zmieścić, w możliwie najpiękniejszy, przypadkowy sposób.
- Też będziesz dumna ze swojej służącej, o ile to co mówi o niej pani Thornton to prawda.
- Na pewno będę. Czuję się dziś jak wielka hipokrytka. Siedząc tam w tej mojej jedwabnej białej sukni, z bezczynnymi rękoma przed sobą, chociaż one dobrze pamiętają wszystkie prace domowe, które dziś wykonały. Jestem pewna, że biorą mnie za wielką damę.
- Nawet mnie zmyliłaś, bo myślałem, że wyglądasz jak dama – powiedział pan Hale, delikatnie się uśmiechając.

achata - Pią 05 Sty, 2007 17:07

Rozdziału XXI ciąg dalszy

Rozdział XXI The dark night (Ciemna noc)

cz. 2

Lecz uśmiechy przeszły w pobladłe spojrzenia i drżenie kiedy zobaczyli twarz Dixon otwierającej im drzwi.
-Och, panie!- Och, panienko Margaret! Dzięki Bogu, ze już jesteście! Jest już doktor Donaldson. Poszła po niego służąca z sąsiedztwa, bo sprzątaczka wyszła już do domu. Teraz jest jej lepiej, ale, proszę pana! Godzinę temu myślałam, że umrze.
Pan Hale uczepił się ramienia Margaret żeby nie upaść. Spojrzał na jej twarz i ujrzał na niej wyraz zaskoczenia i głębokiego smutku, lecz nie była to udręka nagłego przerażenia od której skurczyło się jego nieprzygotowane serce. Wiedziała więcej niż on, a teraz przysłuchiwała się ze zrozpaczonym wyrazem pełnej szacunku obawy.
-Och, nie powinnam była jej opuszczać, jaką niewdzięczną jestem córką!- narzekała nieustannie Margaret, podpierając trzęsącego się ojca gdy ten gwałtownie stąpał po schodach. Na podeście spotkali doktora Donaldsona.
-Już jej lepiej- powiedział szeptem- Opium już działa. Miała bardzo niedobre spazmy, nic dziwnego, że przestraszyły waszą pokojówkę, ale tym razem dojdzie do siebie.
-Tym razem! Proszę mnie do niej wpuścić!- Pół godziny wcześniej pan Hale był mężczyzną w średnim wieku, teraz jego spojrzenie było zamglone, zmysły rozchwiane, szedł chwiejnie tak jak gdyby miał siedemdziesiąt lat.
Doktor Donaldson wziął go pod ramię i zaprowadził do sypialni. Margaret podążyła za nimi w niewielkiej odległości. Leżała tam jej matka z nie pozostawiającym wątpliwości wyglądem twarzy. Teraz gdy spała mogła czuć się lepiej, ale Śmierć naznaczyła ją swoim piętnem i było jasne, że wkrótce upomni się o swoja własność. Pan Hale spoglądał na nią przez dobrą chwilę bez słowa. Potem zaczął się trząść na całym ciele i odwróciwszy się od opiekuńczego doktora Donaldsona zaczął po omacku szukać drzwi. Nie był w stanie ich dojrzeć mimo, że paliło się tam i płonęło kilka świec wniesionych w nagłym niepokoju. Wtoczył się do salonu i usiłował znaleźć fotel. Doktor Donaldson popchnął jeden w jego stronę i usadowił go w nim. Zbadał mu puls.
- Proszę do niego mówić, panno Hale. Musimy go pobudzić.
- Tato- powiedziała Margaret płaczliwym głosem wzburzonym z bólu- Tato, przemów do mnie!- W jego spojrzeniu ponownie uwidoczniły się domysły i uczynił ogromny wysiłek.
- Margaret, ty wiedziałaś o tym wszystkim? Jakież to okrutne z twojej strony!
- Nie proszę pana, to nie okrucieństwo- odparł doktor Donaldson podjąwszy nagła decyzję- Panna Hale postępowała według moich wskazówek. Może nastąpiło nieporozumienie, ale nie było to okrucieństwem. Jutro Pańska żona będzie już inną istotą, proszę mi uwierzyć. Miała spazmy, tak jak przewidywałem wcześniej, chociaż nie wspominałem pannie Hale o moich obawach. Zażyła opium, które przyniosłem. Teraz się dobrze prześpi a jutro ten wygląd, który tak was dziś przeraził, zniknie.
- Ale nie choroba?
Doktor Donaldson rzucił okiem na Margaret. Miała nachyloną głowę, uniosła twarz nie prosząc o chwilowe ułaskawienie, co ukazało bystremu obserwatorowi ludzkiej natury, że przemyślała to lepiej niż można było wyrazić cała prawdę.
- Nie, nie choroba. Nie jesteśmy w stanie tknąć tej choroby z wszystkimi naszymi ubogimi i przechwalonymi umiejętnościami. Jesteśmy w stanie tylko opóźnić jej postęp łagodząc ból, który wywołuje. Niech pan będzie mężczyzną i chrześcijaninem. Proszę mieć wiarę w nieśmiertelność duszy, której nie będą już nękać czy dotykać żadne bóle ani choroby śmiertelników.
Ale jedyną odpowiedzią były zdławione słowa- Pan nigdy nie był żonaty, doktorze Donaldson, nie wie pan co to oznacza- i głęboki męski szloch, który wdarł się w ciszę nocy jak ciężki puls udręki. Margaret uklękła przed nim pieszcząc go wśród łez. Nikt, nawet doktor Donaldson, nie zdawał sobie sprawy z tego, jak upływa czas. Pan Hale był pierwszym, który odważył się mówić o potrzebach związanych z chwilą obecną.
- Co mamy robić?- zapytał- Proszę powiedzieć nam obojgu. Margaret jest moim oparciem, moją prawą ręką.

Gitka - Sob 06 Sty, 2007 10:29

Biedny Pan Hale.
Achata, bardzo dziękuję :kwiatek:

achata - Sob 06 Sty, 2007 17:18

To ja dziękuję za uważne czytanie. Ciemna noc jeszcze trwa...

Rozdział XXI The dark night (Ciemna noc)

cz. 3

Doktor Donaldson udzielił mu jasnych i sensownych wskazówek. Nie ma się czego obawiać tej nocy a ponadto następnego dni i przez kilka następnych dni nie ma powodów do niepokoju. Lecz nie ma trwałej nadziei na powrót do zdrowia. Poradził panu Hale by poszedł spać i zostawił tylko jedną osobę czuwającą nad snem chorej, który jak przypuszczał nie zostanie zakłócony. Obiecał przyjść ponownie następnego dnia rano. Pozostawił ich uścisnąwszy im ciepło i życzliwie dłonie. Przemówili zaledwie kilka słów. Byli zbyt wyczerpani swoim panicznym strachem, by zrobić więcej niż podjęcie decyzji o doraźnych działaniach. Pan Hale był zdeterminowany czuwać przez całą noc i jedyne co Margaret mogła zrobić, to nakłonić go aby odpoczął na sofie w salonie. Dixon otwarcie i zdecydowanie odmówiła pójścia do łóżka a co do Margaret było to dla niej nie do pomyślenia by mogła zostawić matkę, choćby wszyscy lekarze na świecie mówili o „oszczędzaniu sił” i „tylko jednej osobie potrzebnej do opieki”. Tak więc Dixon siedziała i przyglądała się, zamrugała i przysnęła, znowu poderwała się z nagłym szarpnięciem aż wreszcie dała za wygraną i zaczęła chrapać na dobre. Margaret zdjęła swoją suknię i odrzuciła ją na bok z uczuciem zniecierpliwienia i wstrętu. Czuła się tak jakby nigdy już nie mogła zasnąć i jakby wszystkie jej zmysły były dotkliwie rozbudzone i wszystkie powleczone podwójnym zapałem do przyglądania się. Każdy widok i dźwięk, nawet więcej, każda myśl poruszała jej nerwy do żywego. Przez więcej niż dwie godziny słyszała niespokojne ruchy ojca w sąsiednim pokoju. Podchodził nieustannie do drzwi pokoju matki przystając tam i nasłuchując do czasu gdy nie słysząc już jego bliskiej i ukrytej obecności poszła żeby otworzyć drzwi i powiedzieć mu jak wyglądaja sprawy. Z trudem ułożył spieczone wargi aby odpowiedzieć. Wreszcie i on zasnął i cały dom pogrążył się w ciszy. Margaret usiadła za zasłoną pogrążona w myślach. Wszystkie zainteresowania ostatnich dni wydały jej się być odległe w czasie i przestrzeni. Nie więcej niż trzydzieści sześć godzin wcześniej martwiła się o Bessy Higgins i jej ojca a jej serce ściskało się z żalu nad losem Bouchera, teraz wszystko to było jak rojenia senne o jakimś minionym życiu. Wszystko co pozostało za drzwiami wydawało się straszliwie oderwane od jej matki a przez to nierzeczywiste. Nawet Harley Street jawiła jej się bardzo wyraźnie. To tam- pamiętała jakby to było wczoraj- jaką przyjemność sprawiało jej doszukiwanie się rysów matki w twarzy ciotki Show i jak nadchodziły listy, po których żyła tylko myślami o domu i tęskniła za nim cała siłą swojej miłości. Helstone samo w sobie należało do niewyraźnej przeszłości. Posępne, szare dni poprzedniej zimy i wiosny, takie niezmienne i monotonne, wydawały się mieć więcej wspólnego z tym co teraz było jej droższe nad wszystko inne. Byłaby szczęśliwa mogąc uchwycić wszystkie skrawki minionego czasu i modliła się aby to wróciło, aby zostało jej przywrócone to, co do tej pory tak nisko ceniła gdy jeszcze należało do niej. Jakimż żałosnym przedstawieniem wydawało się Życie! Jakim niepewnym, migotliwym i umykającym! Było tak jakby z jakiejś dzwonnicy umieszczonej wysoko w powietrzu ponad całym ruchem i zgiełkiem świata nieustannie rozlegał się dźwięk dzwonu „Wszyscy to cienie!, wszyscy przemijają!, wszystko to przeszłość!”. Kiedy zaświtał poranek, chłodny i szary, tak jak wiele szczęśliwszych poranków wcześniej i gdy Margaret spoglądała kolejno na śpiące wokół siebie osoby, zdawało się, że ta straszna noc była nierealna jak sen. Ona także była już cieniem i należała do przeszłości.
Gdy pani Hale przebudziła się nie była świadoma, jak bardzo chorowała poprzedniego wieczora. Była raczej zaskoczona wczesną wizytą doktora Donaldsona i zakłopotana niespokojną twarzą męża i swojego dziecka. Zgodziła się pozostać w łóżku, mówiąc, że czuje się zmęczona, ale w następnej kolejności nalegała na wstanie z niego i doktor Donaldson wyraził zgodę na jej powrót do salonu. Czuła się niespokojna i było jej niewygodnie w każdej przyjętej pozycji a przed upływem wieczora stała się bardzo rozgorączkowana. Pan Hale był całkowicie apatyczny i niezdolny do podejmowania jakichkolwiek decyzji.
- Co możemy zrobić by oszczędzić mamie następnych takich nocy?- zapytała Margaret trzeciego dnia.
- Jest to w znacznym stopniu, reakcja po dawce opium, którą byłem zmuszony zastosować Jest to dla ciebie bardziej bolesny widok niż dla niej do zniesienia, jak sądzę. Ale myślę, ze gdybyśmy mogli zdobyć wodne łóżko, okazałoby się ono przydatne. Nie żeby jutro nie czuła się lepiej. Jej stan będzie całkiem podobny do tego jak się miała przed atakiem. Jednak mimo wszystko wolałbym, żeby skorzystała z wodnego łóżka. Wiem, że pani Thornton ma jedno. Będę próbował i zapowiem się u niej na popołudnie.- Proszę zaczekać- powiedział zatrzymując wzrok na twarzy Margaret pobladłej od doglądania w pokoju chorej- Nie jestem pewny czy dam radę tam pójść. Mam do zrobienia długi obchód. Nie powinien pani zaszkodzić szybki spacer na ulicę Marlborough aby poprosić panią Thornton o użyczenie tego łóżka.

Gitka - Sob 06 Sty, 2007 18:16

Ciekawe jak w tamtych czasach wyglądało to słynne "wodne łóżko"

Achata, dziękuję :thud:

achata - Pon 08 Sty, 2007 00:06

Ciąg dalszy i ostatni.
Przeczytacie sobie jutro a własciwie dzisiaj rano na dzień dobry, chociaż zbyt pogodny to on nie jest. Czuć już nadciagającą burzę- bunt robotników

Rozdział XXI The dark night (Ciemna noc)


cz. 4

- Oczywiście- powiedziała Margaret- Mogę pójść w czasie gdy mama będzie spała tego popołudnia. Jestem pewna, że pani Thornton nam je pożyczy
Doświadczenie doktora Donaldsona nie zawiodło ich. Pani Hale zdawała się otrząsnąć ze skutków ataku i wyglądała tego popołudnia pogodniej i lepiej niż Margaret miała nadzieję zobaczyć ją kiedykolwiek. Córka zostawiła ją po obiedzie siedzącą w jej wygodnym fotelu, z dłońmi spoczywającymi w rękach męża, który jak to tej pory wyglądał na bardziej zmęczonego i cierpiącego niż ona. Nadal był się w stanie uśmiechać; w owej chwili, co prawda, raczej powolnie, raczej słabo, ale dzień czy dwa wcześniej Margaret nigdy by nie pomyślała, że jeszcze zobaczy uśmiech na jego twarzy. Z ich domu na półkolistej ulicy Crampton do ulicy Marlborough było około dwóch mil. Było zbyt gorąco by iść bardzo szybko. Promienie sierpniowego słońca o godzinie trzeciej po południu padały prosto na ulicę. Margaret szła przed siebie nie zauważając nic szczególnie niezwykłego przez pierwsze półtora mili swojej wędrówki. Była zbyt zaabsorbowana własnymi myślami i do tej pory nauczyła się już przemykać poprzez rozpasany strumień ludzkich istot, który zalewał ulice Milton. Stopniowo jednak poraziła ją niezwykła bezwładność masy ludzi na zatłoczonej ulicy, w którą wkraczała. Zdawali się w ogóle nie ruszać, nie rozmawiać albo słuchać, ani dyskutować z ożywieniem, nie poruszając się z miejsc, w których wypadło im się znaleźć. Nawet gdy ustępowali jej drogi i zwierali swoje szeregi aby mogła przejść albo z uwagi na konieczności, które ich do tego zmuszały, nie spostrzegła tyle ile by zdołała gdyby jej umysł nie był niczym zaprzątnięty. Dotarła do ulicy Marlborough, zanim w pełni uświadomiła sobie, że w tych ludziach na ulicach jątrzyło się niespokojne i przytłaczające uczucie irytacji, atmosfera wzburzenia zarówno moralnego jak i fizycznego. Z każdego ciasnego zaułka ulicy Marlborough dochodził niski, odległy ryk jak gdyby miriad zaciekłych i oburzonych głosów. Wszyscy zamieszkujący ubogie, nędzne mieszkania gromadzili się przy drzwiach i oknach o ile wręcz nie stali na środku wąskich uliczek; wszystkie spojrzenia wpatrywały się ze skupieniem w jeden punkt. Ulica Marlborough sama stanowiła miejsce, na którym zbiegały się wszystkie spojrzenia ludzi zdradzające najgłębsze zainteresowania różnego rodzaju: spojrzenia zapalczywości i gniewu, spojrzenia pociemniałe od nieustępliwej groźby, oczy rozszerzone strachem, błagalne spojrzenia wyrażające usilną prośbę i gdy Margaret dotarła do małego bocznego wejścia przy składanych drzwiach obok wielkiej, głuchej ściany placu fabryki Marlborough i czekała by portier odpowiedział na dzwonek, rozglądała się dookoła i usłyszała pierwszy odległy grzmot burzy, zobaczyła pierwszą wolno wzbierającą falę nadchodzącego ciemnego tłumu, w jego groźnym punkcie szczytowym, przetaczającego się i wycofującego w odległym końcu ulicy; tłumu który chwilę wcześniej wydawał się tak pełen stłumionej wrzawy, jednak teraz był złowieszczo cichy. Wszystkie te okoliczności same w sobie przykuły uwagę Margaret, lecz nie zapadły głęboko w jej zaabsorbowane serce. Nie wiedziała jak je rozumieć, jakie było ich głębokie znaczenie, podczas gdy znała, czuła żywy, przejmujący ucisk noża, który miał ją wkrótce przeniknąć na wskroś z chwilą utraty matki. Próbowała to sobie uprzytomnić, tak aby z chwilą gdy nadejdzie ten moment być gotową nieść pociechę ojcu.
Portier ostrożnie otworzył drzwi nie na tyle szeroko by mogła wejść.
- Ach, to pani?- powiedział biorąc głębszy oddech i otwierając szerzej drzwi, ale nadal nie otworzył ich zupełnie. Margaret weszła. Szybko za nią zaryglował.
- Jak przypuszczam wszyscy robotnicy zmierzają tutaj?- zapytał.
- Nie wiem. Wydaje się dziać coś niezwykłego, ale ulice są całkiem spokojne, jak sądzę.
Przeszła przez podwórze i podeszła po schodach do drzwi domu. Nie dochodził jej żaden dźwięk, żaden odgłos uderzeń czy syków silnika parowego. Żadnego stukotu maszyn, ani łączących się i nakładających na siebie ostrych głosów, jedynie z daleka rozlegał się złowieszczy ryk dziwnie zgiełkliwego tłumu.

Gitka - Pon 08 Sty, 2007 12:47

Dziękuję bardzo :kwiatek:
QaHa - Pią 19 Sty, 2007 08:54
Temat postu: Prośba o tłumaczenie powieści E. Gaskell - North & Sout
Witam wszystkich, na forum .
Gratulacje!!! Jestem pod wielkim wrażeniem akcji tłumaczenia powieści E. Gaskell.
Film szalenie mi się podobał , niestety ja i j. engielski trochę mijamy się z celem ;-) .
Czy będzie wielkim nietaktem jak poproszę o przesłanie mi tłumaczonej wersji??
Dorwałam sie do forum na temat North & Sout dopiero wczoraj, zapewne niektóre pliki były rozsyłane e-mailowo, a ja chciałabym uzupełnic swoje braki (jak mowiłam nie wszytko byłam w stanie zrozumieć bo nie znam perfect angielskiego)
Pozdrawiam wszystkich

Gosia - Pią 19 Sty, 2007 12:00

A jesli chodzi o przetlumaczona wersje powiesci, to tlumaczylysmy ją tylko dla uzykownikow tego forum i nie jest gotowy plik z caloscią. Nie wszystko zostalo jeszcze przelozone.
achata - Pon 29 Sty, 2007 15:13

Już nie mam sumienia dłużej zwlekać. Zaczynamy rozdział XXXVI- ostatni, nie przetłumaczony.

Rozdział XXXVI Union not always strength (Związek nie zawsze górą)

cz. 1

“Kroki tragarzy, ociężałe i powolne
Szlochy żałobników, głębokie i ściszone”
SHELLEY.

W tym czasie tak jak zaplanowali dnia poprzedniego, wyruszyli by zobaczyć Nicholasa Higginsa i jego córkę. Obojgu o ich niedawno poniesionej stracie przypominało uczucie dziwnego zawstydzenia w noszeniu żałoby oraz fakt, że po raz pierwszy od wielu tygodni, celowo wyszli razem z domu. Trzymali się blisko siebie w odruchu milczącego współczucia.
Nicholas siedział przy kominku w swoim zwykłym kącie, ale bez swojej charakterystycznej fajki. Opierał głowę o dłonie, podczas gdy ramiona trzymał wsparte na kolanach. Nie wstał na ich widok, chociaż Margaret była w stanie wyczytać w jego oczach powitanie.
- Siadajcie, siadajcie. Ogień wygasł już na dobre- powiedział energicznie grzebiąc w piecu, jakby chciał odwrócić uwagę od siebie. Wyglądał z całą pewnością na dość zaniedbanego z czarną broda, która wyrosła podczas kilku dni gdy się nie golił i sprawiała, że jego blada twarz wydawała się jeszcze bledsza; w kurtce która nadawała się tylko na łaty.
- Pomyśleliśmy, że mamy duże szanse zastać cię po obiedzie- powiedziała Margaret.
- Odkąd widzieliśmy cię ostatnio również mieliśmy własne smutki- powiedział Pan Hale.
- Tak, tak. Smutki są teraz bardziej obfite niż obiady i jak sądzę moja pora obiadowa rozciąga się na cały dzień. Mogliście być zupełnie pewni, że mnie zastaniecie.
- Nie pracujesz- zapytała Margaret?
- Nie- odparł krótko. A po chwili milczenia dodał podnosząc po raz pierwszy wzrok- Nie zależy mi na forsie. Nawet tak nie myślcie. Bessie, biedactwo, miała małe oszczędności pod poduszką tak aby móc mi je wcisnąć do ręki w ostatniej chwili a Mary tnie materiały* . Ja jednak nadal nie pracuję.
- Jesteśmy winni Mary pieniądze- powiedział Pan Hale zanim szybki uścisk Margaret na jego ramieniu zdołał powstrzymać te słowa.
- Jeśli je weźmie, przekażę jej w drzwiach. Ja wysiaduję się w tych czterech ścianach, a ona na zewnątrz i tak to wygląda.
- Ale jesteśmy jej również winni podziękowania za uprzejmą pomoc- zaczął ponownie Pan Hale.
- Ja nigdy nie podziękowałem twojej córce za jej dobre uczynki w stosunku do mojej biednej dziewczyny. Nie umiałem znaleźć właściwych słów. Chyba będę musiał zacząć i spróbować teraz jeśli zaczniecie robić dużo szumu wokół przysług jakie wyświadczyła wam mała Mary.
- Czy to z powodu strajku jesteś bez pracy?- zapytała delikatnie Margarett.
- Strajk się skończył. Ta sprawa jest na razie zamknięta. Jestem bez pracy bo o nią nie prosiłem, a nie prosiłem o nią bo dobre słowa są rzadkością podczas gdy te złe występują w obfitości.
Zdawał się być w nastroju, w którym czerpał przyjemność z udzielania zagadkowych odpowiedzi. Margaret jednak wyczuła, że chciałby być zapytany o wyjaśnienie.
- A dobre słowa to?
- Prośba o pracę. Uznaję je za najlepsze słowa jakie człowiek może wypowiedzieć. „Dajcie mi pracę” to znaczy, że „będę ją wykonywał jak mężczyzna”. To są dobre słowa.
- A złe słowa to odmowa pracy, o którą prosisz.
- Tak. Złe słowa to mówienie „Ach, nasz przyjemniaczek. Byłeś wierny swoim zasadom i będziesz wierny moim. Robiłeś dla nich ile mogłeś bo chciałeś pomóc. To jest twój sposób okazywania wierności ludziom twojego pokroju, i tak samo będziesz posłuszny ludziom mojego pokroju. Byłeś biednym głupcem, który nie umie nic lepszego ani też nie byłeś prawdziwym wiernym głupcem. Więc idź i zaczynaj od zera**. Tutaj nie ma dla ciebie żadnej pracy.” To są złe słowa. Nie jestem głupcem, a jeśli byłem, ludzie powinni byli mnie nauczyć jak być mądrym na ich sposób. Naśladowałbym ich i uczył się, gdyby ktokolwiek próbował mnie nauczyć.
- Czy nie byłoby warto- powiedział Pan Hale- poprosić twojego dawnego pana, żeby znowu cię przyjął. Co prawda szansa jest niewielka, ale zawsze jest.

* Fustian- jedna z grubych tkanin o diagonalnym splocie, podobna do sztruksu z krótkim włosiem
** D-d w oryginale rozumiem jako d-day (godzina zero). Chodzi prawdopodobnie o to, że Higgins ma zaczynać całą „karierę zawodową” od nowa



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group