North and South - powieść - Tłumaczenia fragmentów powieści "N&S"
Mag - Wto 05 Gru, 2006 21:49
| Gosia napisał/a: | | - Cóż za wspaniała dziewczyna! – pomyślał doktor Donaldson, kiedy siadał w powozie i miał czas, żeby przyjrzeć się swojej [posiniałej] ręce, która trochę ucierpiała od jej uścisku. – Kto by pomyślał, że ta mała ręka może mieć taki uścisk. Ale mocno zwarła palce i to dało potężną siłę. Jakaż z niej królowa! Gdy najpierw odrzuciła głowę do tyłu, zmuszając mnie do powiedzenia prawdy, a potem pochyliła ją gorliwie do przodu, by mnie wysłuchać. Biedactwo! Muszę dopilnować, żeby się nie przepracowała. Chociaż to zdumiewające jak wiele te szlachetnie urodzone istoty mogą zrobić i znieść. |
Piękna charakterystyka....
Zawsze powtarzam,że na powitanie, ręke trzeba chwytać silnym, zdecydowanym uściskiem
Nienawidzę "miękkich" łapek- ich właściciele powinni oszczędzać sobie, a przede wszystkim innym, tych wiotkich przywitań ??:
Gosia - Śro 06 Gru, 2006 17:25
Rozdział XVI
The Shadow of Death
Cz. 3
- Margaret, to bardzo źle z twojej strony. Wiedziałaś, że nie chciałam, żebyś o tym wiedziała. - Ale jakby zmęczona tą walką, zostawiła dłoń w uścisku Margaret i po chwili słabo oddała uścisk. To dodała odwagi Margaret, żeby przemówić.
- Och, mamo! Pozwól mi się tobą opiekować. Nauczę się wszystkiego, czego Dixon może mnie nauczyć. Przecież wiesz, że to ja jestem twoim dzieckiem i chyba mam prawo robić wszystko dla ciebie.
- Nie wiesz, o co prosisz – powiedziała pani Hale z dreszczem.
- Ależ wiem. Wiem więcej niż przypuszczasz. Pozwól mi się sobą opiekować, przynajmniej pozwól mi spróbować. Nikt nigdy tak się nie starał i nie będzie się starał jak ja. To byłaby taka ulga, mamo.
- Moje biedne dziecko. Dobrze, spróbujesz. Czy ty wiesz, Margaret, Dixon i ja myślałyśmy, że mogłabyś wzdragać się przede mną, gdybyś wiedziała...
- Dixon myślała – powiedziała Margaret, jej usta skrzywiły się. – Dixon nie uwierzyłaby do jakiej miłości jestem zdolna – do takiej jak ona! Ona chyba myśli, że jestem jedną z tych biednych, słabych kobiet, które leżą na płatkach róż i pozwalają się wachlować przez cały dzień. Nie pozwól by urojenia Dixon stały pomiędzy nami, mamo. Nie rób tego, proszę! – błagała.
- Nie gniewaj się na Dixon – powiedziała pani Hale zaniepokojona. Margaret doszła do siebie.
- Nie! Nie będę. Spróbuję być pokorna i nauczyć się jej zwyczajów, jeśli tylko pozwolisz mi zrobić wszystko co mogę dla ciebie. Pozwól mi być na pierwszym miejscu, matko – tak bardzo tego pragnę. Kiedyś myślałam, że o mnie zapomnisz, gdy będę daleko u ciotki Shaw i płakałam całymi nocami aż zasypiałam z tą myślą w mojej głowie.
- A ja myślałam, jak Margaret zniesie naszą pełną prowizorek biedę po luksusie i wygodach Harley Street, bardziej wstydziłam się wyjścia na jaw naszych wynalazków w Helstone przed tobą niż przed obcymi.
- Och, mamo! A jak tak się nimi cieszyłam. Były dużo zabawniejsze niż stateczność Harley Street. Półka z garderoby z rączkami, która służyła jako taca na wielkie okazje! I stare skrzynie na herbatę wypchane i przykryte jako podnóżki! Myślę, że to co ty nazywasz prowizorycznymi wynalazkami w drogim Helstone było uroczą częścią życia tam.
- Nigdy już nie zobaczę Helstone, Margaret. – powiedziała pani Hale, łzy wezbrały w jej oczach. Margaret nie mogła odpowiedzieć. Pani Hale mówiła: - Gdy tam byłam, czekałam, aż je opuszczę. Każde miejsce wydawało mi się przyjemniejsze. A teraz umrę z daleka od niego. Zostałam słusznie ukarana.
- Nie możesz tak mówić. – powiedziała Margaret niecierpliwie. – Lekarz powiedział, że możesz żyć wiele lat. Och, matko! Wrócimy jeszcze do Helstone.
- Nie, nigdy! Muszę to przyjąć jako pokutę. Ale Margaret – Frederick! – Na wspomnienie tego jednego słowa, nagle rozpłakała się głośno w gwałtownym bólu. Wydawało się jakby myśl o nim zachwiała całym jej opanowaniem, zniszczyła spokój, pokonała wyczerpanie. Dziki porywczy płacz przerodził się krzyk – Frederick! Frederick! Przybądź do mnie. Umieram. Moje pierworodne dzieciątko, przyjdź zobaczyć się ze mną jeszcze raz.
Była w gwałtownej histerii. Margaret wyszła przestraszona i zawołała Dixon. Dixon przybiegła rozgniewana i oskarżyła Margaret o zdenerwowanie matki. Margaret zniosła wszystko spokojnie, mając tylko nadzieję, że ojciec szybko nie wróci. Pomimo jej niepokoju, który był większy niż sytuacja by to usprawiedliwiała, bezzwłocznie podporządkowała się wszystkim zaleceniom Dixon nie próbując się usprawiedliwiać. Dzięki temu udobruchała swojego oskarżyciela. Położyły matkę do łóżka, Margaret siedziała przy niej aż zasnęła, a także później, aż Dixon skinęła na nią, żeby wyszła z pokoju i z cierpką miną, jakby robiła coś wbrew sobie, rozkazała jej wypić filiżankę kawy, którą przygotowała dla niej w salonie i stała obok niej w rozkazującej pozie, aż to zrobiła.
- Nie powinna panienka być tak ciekawska i nie powinna panienka przejmować się zawczasu. Na wszystko przyszłaby pora. A teraz pewnie panienka powie o wszystkim panu i niezłą pomoc będę mieć z panienki.
- Nie Dixon – powiedziała Margaret pełna smutku. – Nie powiem tacie. On by tego nie zniósł tak jak ja. – I na dowód tego jak to znosi, wybuchnęła łzami.
Gosia - Czw 07 Gru, 2006 17:24
Rozdział XVI
The Shadow of Death
Cz. 4
- Tak, wiedziałam, że tak będzie. Teraz obudzisz swoją mamę, a dopiero co zasnęła tak spokojnie. Panienko Margaret, moja droga. Musiałam to zatrzymać dla siebie przez wiele tygodni i choć nie mogę udawać, że kocham ją tak jak panienka, nikt, żaden mężczyzna, kobieta, czy dziecko nie kocha jej bardziej niż ja, nikt oprócz panicza Fredericka w moim pojęciu nie zbliżył się do niej bardziej. Odkąd pokojówka Lady Beresford pierwszy raz zabrała mnie, żebym pomogła jej się ubrać w białą krepę, kłosy kukurydzy i szkarłatne maki, kiedy to wbiłam sobie igłę w palec, która się złamała, a ona rozdarła swoją haftowaną chusteczkę, potem kiedy już wyjęli odłamek, przyszła, żeby zwilżyć znowu opatrunek tonikiem po powrocie z balu, gdzie była najpiękniejszą młodą damą ze wszystkich – od tego czasu nigdy nie kochałam nikogo tak jak ją. Nie sądziłam wtedy, że kiedykolwiek zobaczę ją w takim położeniu. Nie robię nikomu wyrzutów. Wielu nazwie panienkę piękną i uroczą i Bóg wie co, nawet w tym zadymionym miejscu, które mąci wzrok sowa by to zobaczyła, ale nigdy nie będzie panienka taką pięknością jak pani matka.
- Mama jest wciąż bardzo piękna. Biedna mama!
- Proszę znów nie płakać, bo i ja nie wytrzymam. (mówiła płaczliwym głosem) W takim stanie nie sprosta panienka powrotowi pana do domu i jego pytaniom. Niech panienka idzie się przejść i wróci w lepszym stanie. Wiele razy pragnęłam gdzieś wyjść na myśl o tym, co się z nią dzieje i jak to wszystko musi się skończyć.
- Och Dixon! – powiedziała Margaret – jak często Ci się sprzeciwiałam, nie wiedząc jaką straszną tajemnicę musisz nosić! - Niech cię Bóg błogosławi, dziecko! Lubię widzieć, jak okazujesz trochę hartu ducha. To dobra stara krew Beresfordów. W końcu, ostatni Sir John dwoma strzałami zabił swojego zarządcę tam gdzie stał, bo ten powiedział mu, że zadręcza swoich dzierżawców, a zadręczał ich, zdzierał z nich póki nie mieli tyle, że prędzej z własnej flinty by skórę zdarł.
- Cóż, Dixon, ja cię nie zastrzelę i nie będę próbować kłócić się z tobą znowu.
- Nigdy tego panienka nie robiła. Jeśli czasami coś mówiłam, to tylko dla siebie, jakby zamiast miłej pogawędki, bo tu nie ma z kim porozmawiać. A kiedy panienka wybucha, przypomina panienka Fredericka. Mogłabym codziennie panienkę denerwować, tylko po to żeby zobaczyć to ponure spojrzenie pojawiające się jak ciemna chmura na panienki twarzy. Ale teraz proszę już iść, panienko. Będę czuwać nad moją panią, a jeśli chodzi o pana, jego książki wystarczą mu za towarzystwo, jeśli wróci.
- Pójdę – powiedziała Margaret. Kręciła się wokół Dixon przez minutę czy dwie, jakby zaniepokojona i niezdecydowana, potem nagle pocałowała ją, i wyszła szybko z pokoju. - Niech Bóg ją błogosławi! – powiedziała Dixon – jest słodka jak orzeszek. Jest troje ludzi, których kocham: moja pani, pan Frederick i ona. Tylko ich troje. To wszyscy. Reszta jest mi obojętna, i nie wiem po co są na świecie. Pan urodził się, jak sądzę, by poślubić panią. Gdybym sądziła, że kocha ją jak trzeba, jego też mogłabym z czasem pokochać. Ale on powinien był zrobić dla niej dużo więcej, a nie ciągle tylko czytać i czytać, rozmyślać i rozmyślać. I do czego go to doprowadziło! Wielu z tych, którzy nigdy nie czytali ani nie rozmyślali zostało rektorami i dziekanami i kim tam jeszcze, pan też by mógł, gdyby myślał o pani i dał sobie spokój z czytaniem i rozmyślaniem. I poszła (powiedziała patrząc przez okno, gdy usłyszała zamykanie drzwi) – Biedna panienka! Jej ubrania wyglądają nędzniej, niż wtedy gdy przybyła do Helstone rok temu. Wtedy nie miała tyle pocerowanych pończoch ani wyblakłych par rękawiczek w swojej garderobie. A teraz!
Balbina - Pią 08 Gru, 2006 07:31
Dzięki CI Gosieńko
Gosia - Pią 08 Gru, 2006 14:50
Ja chwilowo dziekuje za uwage (Jeszcze tu wroce ).
I rekomenduje nowa piekareczke w naszym cechu wypiekaczy, ktora bedzie wklejac kolejne ciasteczka.
achata - Pią 08 Gru, 2006 16:27
Każdy początek jest trudny więc proszę o dużo wyrozumiałości:
Rozdział XVII
What is a strike? (Czym jest strajk?)
cz 1.
Każdą ścieżka jest najeżona kolcami dzikich róże,
Wymagających cierpliwej troski;
Każdy los obciążony jest własnym krzyżem,
I prawdziwie potrzebuje modlitwy.'
ANON.
Margaret wychodziła z domu z trudem i dość niechętnie. Ale długość ulicy—tak, powietrze Miltońskiej ulicy—ożywiło jej młodą krew zanim zdążyła dojść do pierwszego zakrętu. Jej krok stał się lżejszy a usta czerwieńsze. Zaczęła zwracać uwagę na otoczenie zamiast skupiać się wyłącznie na swoich rozmyślaniach. Zauważyła dziwnych ludzi włóczących się po ulicy: mężczyzn przechadzających się z rękoma w kieszeniach; głośno śmiejące się i donośnie rozmawiające dziewczęta zebrane razem, podniecone w najwyższym stopniu, i hałaśliwą niezależność ich nastrojów i zachowania. Bardziej chorowici mężczyźni—niegodna mniejszość—plątali się po stopniach piwiarni i sklepu z dżinem, paląc, i całkiem swobodnie wyrażając swoje komentarze dotyczące każdego z przechodniów. Margaret nie spodobała się perspektywa długiego spaceru takimi ulicami, zanim dotarłaby do miejsc, do których zmierzała. Zamiast tego wolała pójść i zobaczyć się z Bessy Higgins. Nie byłoby to tak odświeżające jak spokojny spacer w terenie, jednak nadal stanowiłoby przyjemne doświadczenie.
Gdy weszła Nicholas Higgins siedział w oparach dymu. Bessy kołysała się po drugiej stronie (przypuszczalnie na bujanym krześle).
Nicholas wyjął z ust fajkę i wstał popychając krzesło w stronę Margaret; oparł się w wyczekującej postawie o komin, podczas gdy Margaret pytała jak miewa się Bessie.
- Jest przygnębiona, że tak powiem, zapatrzona w duchy, ale czuje się lepiej. Nie lubi tego strajku. Przywiązuje tak dużą wagę do spokoju i ciszy, że chciałaby je zdobyć za wszelką cenę.
- To trzeci strajk, który widzę- odparła wzdychając, jakby ta odpowiedź stanowiła wystarczające wyjaśnienie.
- Cóż, trzeci strajk opłaci się za wszystkie. Zobaczysz, może tym razem okażemy się wystarczająco groźni dla panów. Może się okazać, że przyjdą, i będą nas błagać abyśmy wrócili na odpowiadających nam warunkach. Tak będzie. Nie udało nam się poprzednio, ale gwarantuję ci, że tym razem nasze plany nie pogrążą się w beznadziei.'
- Dlaczego strajkujecie?- zapytała Margaret- Strajk oznacza że zostawiacie pracę do momentu gdy uzyskacie satysfakcjonujący was poziom zarobków, czy tak? Nie dziw się mojej niewiedzy; tam skąd pochodzę nigdy nie słyszałam o strajkach.'
- Chciałabym tam się znaleźć- powiedziała Bessy znużonym głosem- Ale nie mnie pisane zmęczyć się strajkami. To będzie ostatni jaki zobaczę. Zanim dobiegnie końca znajdę się w Wielkim Mieście- Świetym Jerusalem.'
achata - Sob 09 Gru, 2006 15:35
Dyskusji o strajku ciag dalszy:
Rozdział XVII
What is a strike? (Czym jest strajk?)
cz 2.
- Jest już przepełniona przyszłym życiem i nie umie myśleć o teraźniejszości. Widzisz wiec, że jestem zobowiązany, by zdziałać tu tyle dobrego ile umiem. Myślę, ze wróbel, którego trzymam w garści wart jest dwóch gołębi na dachu. Mamy zatem różne spojrzenia na kwestię strajku.'
- Ale,- powiedziała Margaret, jeśli ludzie strajkują, jak to nazywasz, tam skąd pochodzę w większości dotyczy to robotników na polach, ziarna nie są rozsiewane, siano zwiezione, zboża zebrane.
- A więc?- odparł. Zajął się ponownie swoją fajką, i wymówił to swoje „a więc” jak na przesłuchaniu.
- Ale,- kontynuowała,- co stanie się z farmerami.
Wydmuchał dym- Myślę, ze będą musieli albo zrezygnować ze swoich farm, albo uczciwie wycenić nasze zarobki.
- A jeśli założyć, że nie mogą, albo nie wystarczy im pieniędzy, nie mogą wszyscy w ciągu minuty porzucić swoich farm. Mogą co najwyżej chcieć postąpić właściwie, ale nie będą mieli siana ani zboża, które mogliby sprzedać tego roku; zatem skąd mają wziąć pieniądze na wypłacenie zarobków dla robotników?
Nadal wydmuchiwał dym. W końcu powiedział:
- Nie mam zielonego pojęcia o tym jak radzicie sobie na Południu. Słyszałem, że wasi robotnicy są grupą pozbawioną ducha, sponiewieraną, zdaną na łaskę panów. Są zbyt oszołomieni głodem by poznać kiedy są wykorzystywani. Ale tutaj jest inaczej. Wiemy kiedy się nas wykorzystuje i mamy w sobie dość ikry by się temu sprzeciwić. Po prostu zdejmujemy ręce z krosien i mówimy, "Możecie nas głodzić, ale nie damy sobą poniewierać, panowie!" I jesteśmy dla nich na tyle groźni, że nie ośmielą się tego powtórzyć!
- Żałuję, ze nie mieszkam bardziej na południu,- powiedziała Bessy.
- I tam są niepokoje.- odpowiedziała Margaret- Smutki rodzą się wszędzie. Trzeba ciężko pracować, a żywności jest bardzo mało by zapewnić siłę.
- Ale to inne miejsce,- powiedziała Bessy- i z dala od ciągłego, niekończącego się hałasu, i obrzydliwego gorąca.
- Czasami trzeba znosić ulewny deszcz a innym razem dokuczliwe zimno. Ktoś młody jest w stanie to znieść; ale starszych ludzi dręczy reumatyzm, są połamani i niszczeją zanim nadejdzie na to pora; mimo to nadal muszą tak samo ciężko pracować, albo idą do przytułków.
-Myślałam, ze uwielbiasz te południowe krainy.
- Bo tak jest,- odparła Margaret uśmiechając się lekko, z uczuciem, że została przyłapana. - Chodzi mi tylko o to, Bessy, że wszędzie na świecie jest dobro i zło; a skoro widzisz zło tutaj, to uczciwie byłoby uświadomić ci, że znajdziesz je również w innych miejscach.
Mag - Nie 10 Gru, 2006 12:35
| achata napisał/a: | | Chodzi mi tylko o to, Bessy, że wszędzie na świecie jest dobro i zło; a skoro widzisz zło tutaj, to uczciwie byłoby uświadomić ci, że znajdziesz je również w innych miejscach. |
To prawda, często ludziom wydaje się ,że na cudzej łące jest zieleńsza trawa- czyli wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.A jak człowiek zmieni środowisko (pracę) okazuje się ,że sa takie same problemy i ludzie dobrzy i źli
Dzięki achato
achata - Nie 10 Gru, 2006 18:29
Pozdrawiam Meg i pozostałe forumowiczki.
Rozdział XVII
What is a strike? (Czym jest strajk?)
cz 3.
- A zatem powiadasz, że tam nigdy nie strajkują?- wtrącił obcesowo Nicholas.
- Nie!- powiedziała Margaret; - Myślę, że są na to zbyt rozsądni.
- A ja myślę,- odpowiedział, rozgrzebując popiół w swojej fajce. z taka pasją, że ją złamał, - że nie tyle są rozsądni o ile brak im odwagi.
- Och, tato!- rzekła Bessy, - A co takiego zyskałeś poprzez strajk? Pomyśl o pierwszym strajku kiedy zmarła mama- jacy byliśmy wtedy głodni- a ty najbardziej ze wszystkich; i wielu innych. Ktoś pracował tygodniami po stałej stawce, a potem wszyscy wrócili jak tylko znalazła się dla nich praca; niektórzy skończyli jako żebracy i ich życie jest przegrane.- Tak,- odpowiedział. - bo tamten strajk był źle kierowany. Do jego zarządu dostali się prości ludzie, którzy okazali się głupi i nieszczerzy. Zobaczysz, tym razem będzie inaczej.
- Nadal nie powiedziałeś mi po co strajkujesz- przypomniała Margaret.
- - Dlatego, że zauważ, że jest tu pięciu albo sześciu panów, świetnie prosperujących i mających coraz więcej pieniędzy, którzy umówili się, że nie będą nam płacić zarobków na takim poziomie jak przez ostatnie dwa lata. Teraz przychodzą do nas mówiąc, że mamy się zgodzić na niższe zarobki. Mowy nie ma! Wpierw zagłodzimy ich na śmierć a potem zobaczymy kto będzie dla nich pracował. Zabijają gęś, która znosi dla nich złote jajka- takie jest moje zdanie.
- A więc wołałbyś nawet umrzeć, żeby tylko wziąć na nich odwet!
- Nie,- powiedział, 'Nie wolę. Chętniej umarłbym trwając na swoim stanowisku niż ustąpił. Właśnie dlatego prości ludzie tak wysoko cenią żołnierską uczciwość i honor. Dlaczego nie miałoby to dotyczyć również biednego tkacza?
- Ale,- odparła Margaret, - żołnierz ginie w walce o kraj—oddaje swoje życie za innych.
Zaśmiał się ponuro. - Dziewczyno,- powiedział, - jesteś jeszcze młoda, ale chyba nie myślisz, że zdołam utrzymać trzy osoby—Bessy, Mary i siebie—za szesnaście szylingów tygodniowo? Chyba nie myślisz, ze robię to dla siebie- że dlatego bojkotuję teraz pracę? Poświęcam się za innych tak samo jak żołnierz—z ta różnicą, że żołnierz może umierać za kogoś, kogo nigdy na oczy nie widział i o kim nie słyszał przez cale swoje życie, ja walczę również w sprawie Bouchera, który mieszka w sąsiedniej sieni z chora żoną i ośmioma dzieciakami, z których żadne nie jest jeszcze w takim wieku by mogło pracować i nie walczę tylko w jego sprawie, chociaż jest biednym nicponiem, który może obsłużyć tylko dwa krosna na raz, ja walczę o sprawiedliwość. Dlaczego, pytam, mamy teraz zarabiać mniej niż dwa lata temu?
- Mnie nie pytaj,- powiedziała Margaret; - Nie znam się na tym. Zapytaj któregoś z waszych panów. Z cała pewnością, podają ci jakieś powody. Nie podjęli tej decyzji z własnego “widzimisię” bez żadnych powodów.
- Jesteś cudzoziemką i nikim więcej- powiedział pogardliwie- Nic o tym nie wiesz. Zapytać panów! Powiedzą nam, żebyśmy pilnowali swoich interesów, jak oni pilnują swoich. A w naszym interesie jest, rozumiesz, przyjąć tą zmniejszoną płacę i jeszcze być wdzięcznym, a ich interes polega na tym, żeby zmniejszać nam płacę aż zaczniemy głodować, żeby mogli zwiększyć swoje zyski. Tak to wygląda.
Matylda - Nie 10 Gru, 2006 18:36
Dziewczyny jestem pełna podziwu
A tak swoją drogą to fajne studia gdzie obowiązkowo trzeba obejrzec bądź przeczytać N&S
Gitka - Pon 11 Gru, 2006 01:00
Jestem trochę do tyłu, ale wszystko dokładnie przeczytam.
Achata, bardzo bardzo dziękuję
achata - Pon 11 Gru, 2006 15:43
Kolejna porcja prozy z przetłumaczonym już wcześniej kawałkiem o Thorntonie- buldogu
Rozdział XVII
What is a strike? (Czym jest strajk?)
cz 4
- Ale- powiedziała Margaret, zdecydowana nie ustępować, chociaż widziała, że to go irytuje, - może być taka sytuacja w handlu, że uniemożliwia im wypłacanie wam takich wynagrodzeń jak kiedyś-
- Sytuacja w handlu! Właśnie to jest stała śpiewka panów. Ja mówię o stawce wynagrodzeń. To panowie kierują sytuacją w handlu; posługują się nią jak straszakiem, żeby zmusić niegrzeczne dzieci do posłuszeństwa. Mówię ci, to ich działka, ich sygnał na to, żeby –jak to powiadają ludzie- stargować ofertę, żeby napchać sobie mieszki, a nasza to żeby wstać i wytrwale walczyć- nie tylko dla siebie, także dla tych którzy są dookoła- o sprawiedliwość i uczciwe zasady.
Pomagamy im osiągać zyski i powinniśmy pomagać im je rozdzielać. Nie chodzi o to, że teraz chcemy tak bardzo ich forsy, jak bywało w przeszłości. Odłożyliśmy trochę pieniędzy i jesteśmy zdecydowani trwać i upaść razem. Żaden z nas nie przystanie na niższe zarobki niż ustalił Związek.
Więc mówię „Hurra na strajk” a Thorntonowi, Slicksonowi, Hamperowi i tej całej reszcie, pozwólmy się przyglądać!
- Thornton? – powiedziała Margaret – pan Thornton z Marlborough Street?
- Taaa, Thornton z Marlborough Mill, jak go nazywamy...
- On jest jednym z tych, z którymi tak walczysz? Jakim on jest typem pana?
- Widziałaś kiedyś buldoga? Postaw buldoga na długich nogach, ubierz w płaszcz i spodnie, a będziesz miała Johna Throntona.
- No nie, - zaśmiała się Margaret – nie zgadzam się. Pan Thornton wygląda całkiem zwyczajnie, nie wygląda jak buldog z krótkim nosem i krzywym pyskiem.
- Przyznaje, że nie chodziło o wygląd. Ale pozwól Johnowi Thorntonowi złapać jakąś wizję, a uczepi się jej jak buldog. Musiałabyś użyć wideł żeby go odgonić. John Thornton to ktoś kto wart jest tego, żeby z nim walczyć. Slickson na przykład, w tych dniach będzie mamił ludzi jakimiś obietnicami, a oni dadzą się oszukiwać pozostając w jego mocy. Jest śliski jak węgorz, jak kot – ulizany, chytry i zawzięty. Walka z nim nigdy nie będzie tak uczciwa jak z Thorntonem. Thornton jest ostry i twardy jak żelazny bolec w ciężkich wrotach – w każdym calu – buldog.
- Biedna Bessy!- powiedziała Margaret, odwracając się do niej. - Wzdychasz słuchając tego. Nie lubisz zmagań i walki tak jak twój ojciec, prawda?
- Nie!- odparła z trudem. - Mam tego dosyć. Życzyłabym sobie słyszeć inne rozmowy obok siebie w moich ostatnich dniach, niż zwykłe starcia, rozdźwięki i zgrzyty, ciągle przez całe moje życie, o pracy, zarobkach, panach, robotnikach i oszukańczych zamysłach.
- Biedna dziewczyna! Oby twoje ostatnie dni się oddaliły! Wyglądasz już lepiej przez tą odrobinę poruszenia i zmiany. Poza tym obiecuję, że postaram się trochę cię ożywić.
- Dym z tytoniu mnie dusi!- powiedziała płaczliwie.
- Zatem, już nigdy nie zapalę w tym domu!- odpowiedział z czułością. - Dlaczego nie powiedziałaś mi o tym wcześniej, głupiutka dziewczyno?
Przez chwilę nic nie mówiła, a potem dodała tak cicho, że tylko Margaret ją usłyszała:
- Myślę, że znowu będzie potrzebował tej odrobiny ulgi jaką daje mu fajka i picie zanim się doprawi.
Jej ojciec wyszedł na dwór w widocznym celu wypalenia fajki.
achata - Wto 12 Gru, 2006 19:40
Dzisiejszy kawałek dedykuję Caroline i jej nieocenionej pomocy z "czterofuntowcem".
Wierzę, że ktoś to jeszcze czyta
Rozdział XVII
What is a strike? (Czym jest strajk?)
cz 5
Bessy powiedziała żarliwie,
- No i czyż nie jestem głupia,- czyż nie, panienko? Wiedziałam, że powinnam zatrzymać ojca w domu, z dala od tych wszystkich typów, które tylko czekają, żeby pod pozorem rozmów o strajku skusić go na alkohol – i oto czuję potrzebę, żeby wykłócać się o tą jego fajkę – on znowu wyjdzie, wiem że to zrobi – zawsze tak jest gdy chce zapalić – i nikt nie wie jak się to skończy. Żałuję, że najpierw nie pozwoliłam sobie udusić się z dymu.
- Czy twój ojciec pije?- zapytała Margaret.
- Nie, nie w takim znaczeniu tego słowa,- odpowiedziała, ciągle tym samym podnieconym ze wzburzenia tonem. - Ale co mu innego pozostało? Są takie dni gdy przychodzisz ty, czasami inni goście, ale przypuśćmy, że wstajesz i musisz znosić długie godziny, z utęsknieniem wyglądając drobnej zmiany - jakiegoś małego ożywienia. Wiem, że kiedyś wyszłam i wykupiłam u jakiegoś piekarza cztery funty jedzenia dla wszystkich, tylko dlatego, że robiło mi się niedobrze na myśl o tym, że miałabym iść dalej i patrzeć na ciągle te same widoki, mieć te same odgłosy w uszach, i ten sam smak w ustach i te same myśli w mojej głowie (albo w ogóle nie myśleć, jeśli już o tym mówimy), bez końca, dzień po dniu. Zapragnęłam być mężczyzną i wychodzić gdzieś regularnie , nawet gdyby była to tylko tułaczka po nowych miejscach w poszukiwaniu pracy. A ojciec- wszyscy mężczyźni—odczuwają to zmęczenie jednostajnością i wieczną pracą jeszcze silniej niż ja. I cóż mogą zrobić? To żaden wstyd jeśli idą do sklepu z dżinem, żeby przyspieszyć i ożywić bieg krwi i żeby popatrzeć na rzeczy, których normalnie nie widzą – obrazy, lustra i takie tam. Jednak ojciec nigdy nie był pijakiem, chociaż chyba już od jakiegoś czasu pije więcej. Tylko, zrozum,- i tu jej głos przybrał smutny, błagalny ton - w czasie strajku wiele rzeczy może mężczyznę wytrącić z równowagi, bo zawsze zaczynają tacy pełni nadziei ale nie przynosi to żadnej poprawy. Będzie zły i wściekły- tak jak wszyscy- a potem zmęczy ich ta złość i wściekłość, mogą też być jakieś postępki popełnione w tym szale, o których woleliby zapomnieć. Niech Bóg błogosławi twoją słodką litościwą buzię! Lecz ty jeszcze nie wiesz czym jest strajk.
- Daj spokój, Bessy,- powiedziała Margaret, - Nie będę mówić, ze przesadzasz, bo nie znam tych spraw dość dobrze: ale, być może, nie czując się sama najlepiej, widzisz sprawy tylko z jednej strony, a jest jeszcze druga, jaśniejsza strona, na którą mogłabyś spojrzeć.
- Łatwo ci tak mówić, tobie, która całe swoje życie mieszkałaś w przyjemnych, zielonych miejscach i nigdy nie poznałaś, niedostatku, troski albo niegodziwości związanych z tą sprawą.
- Uważaj,- powiedziała Margaret, jej policzki zarumieniły się, a oczy zabłysły, - na swoje sądy, Bessy. W domu czeka na mnie chora matka, która jest tak chora—tak chora, Bessy, że nie ma dla niej innej ucieczki z tego zamknięcia w cierpieniu, tylko śmierć; i jeszcze muszę pogodnie przemawiać do ojca, który nie ma żadnego pojęcia o jej prawdziwym stanie, a któremu trzeba to uświadamiać stopniowo. Jedyna osoba- jedyny człowiek, który mógłby okazać mi współczucie i pomoc- którego obecność mogłaby pocieszyć moją matkę bardziej niż cokolwiek na ziemi—jest fałszywie oskarżony- i podjąłby śmiertelne ryzyko gdyby przyjechał odwiedzić swoją umierającą matkę. Mówię to tobie- tylko tobie, Bessy. Nie wolno ci o tym wspominać. Nikt w Milton- prawie żadna osoba w Anglii o tym nie wie. I co, nie mam żadnych trosk? Myślisz, że nie odczuwam niepokoju, bo chodzę porządnie ubrana i mam dość jedzenia? Och, Bessy, Bóg jest sprawiedliwy, i uczciwie rozdziela nasze dole, chociaż nikt z Jego wyjątkiem, nie zna goryczy w naszych duszach.
Alison - Śro 13 Gru, 2006 13:10
A ja się już tak dawno pogubiłam, że mam wrażenie, że tłumaczycie ją od nowa
Gosia - Śro 13 Gru, 2006 13:30
Jak bysmy smialy
Alison - Śro 13 Gru, 2006 16:14
| Gosia napisał/a: | Jak bysmy smialy |
Ależ śmiejcie śmiejcie, skoro Wam to przynosi radość. Ja muszę przyznać, że już tak daleko odeszłam od tej historii i jej bohaterów, że jakoś mi się (przynajmniej narazie) nie chce do niej wracać.
achata - Śro 13 Gru, 2006 17:17
Rozdział XVII
What is a strike? (Czym jest strajk?)
cz 6
- Przepraszam cię,- odpowiedziała z pokorą Bessy. - Czasami gdy rozmyślałam o moim życiu i nielicznych przyjemnościach jakie dane mi było przeżyć, wierzyłam, że być może jestem jedną z tych osób, które są skazane na śmierć przez spadające z nieba gwiazdy; "A imię gwiazdy zowie się Piołun. - I trzecia cześć wód stała się Piołunem; i wielu ludzi zmarło od wód, bo stały się gorzkie*." Łatwiej znosić ból i smutek gdy się myśli, że zostały one przeznaczone jeszcze przed twoim przyjściem na świat; potem jednak wydaje się, że cały mój ból jest tylko potrzebny do dopełnienia miary cierpienia, czyli, że to wszystko nic nie daje.
- Nie, Bessy- pomyśl!- powiedziała Margaret. - Bóg nie chce zsyłać na nas cierpienia. Nie rozmyślaj tak o przepowiedniach, tylko przeczytaj bardziej klarowne fragmenty Biblii.
- Ośmielę się powiedzieć, że to by było mądrzejsze, ale gdzie znajdę tak wspaniałe słowa obietnicy- posłucham opowieści o czymkolwiek tak odmiennym od tego ponurego świata jak w Księdze Objawień? Wiele razy powtarzałam sobie wersy rozdziału siódmego, dla samego ich brzmienia. Jest nie gorsze niż dźwięk organów i takie inne od codzienności. Nie mogłabym wyrzec się Objawień. Dają mi więcej pociechy niż którakolwiek inna księga w Biblii.
- Pozwól, że przyjdę I poczytam ci moje ulubione rozdziały.
- O, tak,- powiedziała żarliwie, - przyjdź. Może i ojciec zechce cię posłuchać- . Jest zniechęcony tym o czym ja mówię, powiada, że to nie ma nic wspólnego ze sprawami dzisiejszych czasów a to są jego sprawy.
- Gdzie jest twoja siostra?
- Poszła ciąć tkaniny**. Niechętnie pozwalam jej iść; ale musimy z czegoś żyć; a ze Związku trudno się utrzymać.
- Teraz i ja muszę iść. Pomogłaś mi, Bessy.
- Ja ci pomogłam!
- Tak. Przyszłam tutaj bardzo smutna i raczej zbyt skłonna by myśleć, że powody moich zmartwień są jedynymi na świecie. A teraz usłyszałam jak wiele musiałaś znieść w życiu i to mi dodaje sił.
- Niech cię Bóg błogosławi- ! Myślałam, ze czynienie dobra to przywilej miłych ludzi. Będę dumna jeśli mogłabym ci jakoś pomóc.
- Nie uda ci się dopóki o tym myślisz. Będziesz się nad tym głowić, jeśli zaczniesz o tym myśleć, i to jedyna pociecha.
- Jesteś niepodobna do nikogo, kogo dotychczas widziałam. Nie wiem co mogłabym dla ciebie zrobić.-
- Ani ja ze swej strony. Do widzenia!
Bessy przestała się kołysać, żeby móc się jej przyjrzeć.
- Zastanawiam się czy jest więcej ludzi podobnych do niej na Południu. Jest w jakiś sposób jak powiew wiejskiego powietrza. Trochę mnie odświeża. Kto by pomyślał, że twarz- tak jasna i silna, jak u anioła, o którym śnię- doświadczyła tego smutku, o którym ona mówi? Zastanawiam się jak ona mogłaby zgrzeszyć. Wszyscy przecież grzeszymy. Z pewnością bardzo ją podziwiam. Widzę, że i ojciec ją lubi. Nawet Mary. Nie zdarza się to często bo moja siostra jest zbyt zaaferowana by coś zauważyć.
* Apokalipsa św. Jana. R. 8, w. 11
** Fustian- mocna bawełniana lub lniana tkanina z drobnym włosiem (http://dictionaryofwords.com/ wg. WordNet)
I to by było na tyle jeśli chodzi o rozdział XVII.
Mag - Czw 14 Gru, 2006 09:00
Dzieki achato
achata - Czw 14 Gru, 2006 12:32
| Mag napisał/a: | Dzieki achato |
to ja dziękuję za waszą obecnośc i uwagi. Przyjemnie sie tłumaczy dla takich czytelniczek. Jeszcze tu wrócę
Caroline - Czw 14 Gru, 2006 19:36
Rozdział XVIII "Likes and dislikes" - Sympatie i antypatie s.163, cz. I
Po powrocie do domu Margaret zastała dwa listy na stole, jednym była notka do matki, drugi, dostarczony przez pocztę, pokryty zagranicznymi znaczkami, cienki, srebrzysty i szeleszczący, był najwyraźniej od ciotki. Wzięła go do ręki i przyglądała się mu, kiedy niespodziewanie wszedł ojciec.
- Twoja matka jest chora i położyła się wcześniej, tak? Obawiam się, że taki niespokojny dzień nie był najlepszy na wizytę lekarza. Co powiedział? Dixon mówiła mi, że rozmawiał z tobą.
Margaret zawahała się. Spojrzenie ojca stało się ponure i niespokojne.
- Chyba nie sądzi, że jest poważnie chora?
- Nie w tej chwili. Potrzebuje troski, tak powiedział; był bardzo miły, powiedział, że zajrzy znowu sprawdzić, co zdziałały lekarstwa.
- Tylko troski, nie zalecił zmiany otoczenia? Nie powiedział, że to zadymione miasto wyrządziło jej krzywdę? Margaret?
- Nie! Ani słowa – odpowiedziała smutno. – Wydał mi się zaniepokojony.
- Lekarze mają taki sposób bycia, to kwestia zawodu – powiedział.
Margaret poznała po nerwowości ojca, że przypuszczenie o poważnym zagrożeniu zdrowia utkwiło mu w głowie, mimo że bardzo starał się dostrzec jasną stronę we wszystkim, co mu mówiła. Nie mógł o tym zapomnieć, nie mógł myśleć o niczym innym, wracał do tematu przez cały wieczór z widoczną niechęcią przyjęcia do wiadomości choćby najmniejszego niepomyślnego przypuszczenia, co ogromnie zasmuciło Margaret.
- To list od ciotki Shaw, tato. Dotarła do Neapolu i uważa, że jest za gorący, więc wynajęła pokoje w Sorrento. Nie sądzę, by podobały jej się Włochy.
- Nie mówił nic o diecie?
- Ma być odżywcza i lekkostrawna. Mama ma całkiem dobry apetyt.
- Tak! I to czyni sprawę jeszcze dziwniejszą, powinien był pamiętać o omówieniu diety.
- Spytałam go, tato. – Kolejna pauza. Po chwili mówiła dalej – Ciotka Shaw pisze, że przesyła mi kilka ozdób z korala, tato – dodała Margaret uśmiechając się lekko – ale obawia się, że miltońscy innowiercy jej nie docenią. Ciotka ma dość kwakierskie wyobrażenie o innowiercach, prawda?
- Jeśli usłyszysz lub zauważysz, że twoja matka czegoś potrzebuje, natychmiast mi powiedz. Obawiam się, że nie zawsze mówi mi, na co miałaby ochotę. Postaraj się o tę dziewczynę, o której mówiła pani Thornton. Przy dobrej pracowitej służącej Dixon mogłaby być cały czas z nią a ja postaram się, by szybko stanęła na nogi, jeśli tylko troska wystarczy. Ostatnimi czasy była bardzo zmęczona upałem i trudnościami ze znalezieniem służącej, odrobina odpoczynku dobrze jej zrobi, prawda Margaret?
- Mam nadzieję – powiedziała Margret, ale tak smutno, że ojciec to zauważył. Uszczypnął ją w policzek.
- Wyglądasz tak blado, że muszę poprawić ci rumieńce. Dbaj o siebie, dziecko, bo niedługo ty będziesz potrzebowała lekarza.
Ale nie mógł skupić się na niczym tego wieczoru. Co chwilę podchodził powoli na palcach, by sprawdzić, czy żona jeszcze śpi i wracał. Margaret cierpiała widząc jego niepokój, jego wysiłki, by uciszyć i zdławić okrutny strach wyzierający z głębin serca. W końcu wrócił nieco uspokojony.
- Już nie śpi. Uśmiechnęła się, gdy mnie zobaczyła przy sobie. To był jej dawny uśmiech. Mówi, że czuje się wypoczęta i gotowa na herbatę. Gdzie jest liścik do niej. Chce go zobaczyć. Przeczytam go jej, gdy ty będziesz przygotowywała herbatę.
Liścik okazał się formalnym zaproszeniem od pani Thornton dla pana, pani i panny Hale na kolację dwudziestego pierwszego tego miesiąca. Margaret zaskoczyły rozważania nad przyjęciem zaproszenia zważywszy na smutne okoliczności tego dnia. Ale tak było, pomysł by mąż i córka poszli na tę kolację całkowicie opanował myśli pani Hale jeszcze zanim Margaret usłyszała, co zawiera list. To wydarzenie miało przerwać monotonię życia chorej, obstawała by poszli z tym większym uporem, im bardziej Margaret protestowała.
- To co, Margaret? Skoro ona sobie tego życzy, pójdziemy z chęcią. Nie zażyczyłaby sobie tego, gdyby nie czuła się naprawdę silniejsza... zdrowsza niż przypuszczaliśmy, prawda, Margaret? – powiedział pan Hale niespokojnie, gdy następnego dnia przygotowywała się do napisania liściku z przyjęciem zaproszenia.
- Prawda, Margaret? – pytał nerwowo poruszając rękami. Okrucieństwem zdawało się odmówić mu pociechy, o którą błagał. Poza tym jego gwałtowna odmowa przyznania, że groźba istnieje, niemal napełniła Margaret nadzieją.
- Myślę, że od wczoraj ma się lepiej – powiedziała. – Ma jaśniejsze spojrzenie i żywszą cerę.
- Niech Bóg cię błogosławi – powiedział jej ojciec z powagą. – Ale czy to prawda? Wczorajszy dzień był tak parny, wszyscy źle się czuli. To był bardzo niefortunny dzień na wizytę doktora Donaldsona.
A potem poszedł do swoich codziennych obowiązków, teraz powiększonych przygotowaniami do wykładów, które obiecał wygłosić dla robotników w położonych niedaleko salach wykładowych. Tematem była architektura kościelna – temat został wybrany zgodnie z gustem pana Hale’a i jego wiedzą niż z charakterem miejsca czy potrzebami szczególnego rodzaju informacji tych, przed którymi miał wykładać. Jednak z powodu długów instytucja była więcej niż zadowolona ze zdobycia darmowych kursów prowadzonych przez wykształconego, utalentowanego człowieka, takiego jak pan Hale, temat mógł więc być jaki chciał.
Gosia - Czw 14 Gru, 2006 19:43
Dzieki Caroline.
Miło jest czytać fragmenty, ktorych sie nie zna
Achato, jestem też pełna podziwu, że poradziłaś sobie z trudnym rozdziałem. Dzięki
Mag - Pią 15 Gru, 2006 20:16
Dzięki Caroline!
Dlaczego wykłady pana H. były bezpłatne?
Gosia - Pią 15 Gru, 2006 20:18
Robotnikow nie byloby stac na nauczyciela.
Pewnie to w ramach akcji dobroczynnej.
Caroline - Pią 15 Gru, 2006 20:46
Dziewczątka, dziś kolejne ciacho, tym razem ze znaczącym fragmentem, który już wcześniej był tłumaczony i publikowany przez Alison, żeby nie tracić wątku między dzisiejszym i jutrzejszym kawałkiem zamieszczam ponownie
Rozdział XVIII "Likes and dislikes" - Sympatie i antypatie s.163, cz. II
- Mamo, kto przyjął zaproszenie? – spytał pan Thornton tego wieczoru. – Kto przyjął twoje zaproszenie na dwudziestego pierwszego?
- Fanny, gdzie są listy? Slicksonowie przyjęli, Collingbrookowie przyjęli, Stephensowie przyjęli, Brownowie odrzucili. Hale’owie – ojciec i córka przyjdą, matka jest zbyt chora, Macphersonowie przyjdą i jeszcze pan Horsfall i pan Young. Zastanawiałam się nad zaproszeniem Porterów skoro Brownowie nie mogą przyjść.
- Dobrze. Z tego co mówi doktor Donaldson z panią Hale nie jest dobrze.
- To dziwne, że przyjmują zaproszenie, skoro ona jest poważnie chora – powiedziała Fanny.
- Nie powiedziałem poważnie chora – odpowiedział jej brat ostro. – Powiedziałem tylko, że nie jest z nią dobrze. Oni sami mogą tego nie wiedzieć.
Wtedy nagle przypomniał sobie, że z tego co mówił doktor Donaldson, przynajmniej Margaret musi być świadoma jak dokładnie sprawy się mają.
- Bardzo możliwe, że wiedzą to, o czym ty mówiłeś wczoraj, John – jak wielkim przywilejem byłoby dla nich, dla Hale’ów mam na myśli, zostać przedstawionymi takim ludziom jak Stephensowie czy Colingbrookowie.
- Jestem pewien, że tym motywem się nie kierują. Nie. Myślę, że wiem, jak to jest.
- John! – powiedziała Fanny, śmiejąc się na swój cichy, nerwowy sposób. – Jak ty zawsze twierdzisz, że rozumiesz tych Hale’ów i jak nigdy nie pozwalasz nam się czegoś o nich dowiedzieć. Czy oni naprawdę aż tak bardzo różnią się od ludzi, których się spotyka?
Nie chciała go zirytować, ale gdyby taki był jej zamiar, nie mogłaby znaleźć lepszego sposobu. Był rozdrażniony, ale nie zamierzał odpowiadać na pytanie.
- Nie wydają się nietypowi – powiedziała pani Hale.
Alison
- Nie wydają mi się znowu tacy nadzwyczajni – powiedziała pani Thornton – on jest chyba dość wartościowym człowiekiem, raczej zbyt prostolinijnym na zajmowanie się handlem, pewnie dlatego najpierw był pastorem, a teraz jest nauczycielem. Ona to kawał prawdziwej damy, z tymi jej chorobami. Ale ta dziewczyna – ona jedna niepokoi mnie kiedy o niej myślę – chociaż często tego nie robię. Ona ma takie wysokie mniemanie o sobie. W ogóle nie rozumiem dlaczego. Czasami wyobrażam sobie, że ona ma się za lepszą od całego towarzystwa. A przecież nie są bogaci, i z tego co słyszałam, nigdy nie byli.
- I nie jest wykształcona, mamma. Nie potrafi grać.
- Daj spokój Fanny, co jeszcze musiałaby robić, żeby mieścić się w twoim standardzie?
- No nie, John – powiedziała jego matka – Fanny nie miała nic złego na myśli. Osobiście słyszałam jak panna Hale mówiła, że nie gra. Gdybyś nas zostawił same, to pewnie mogłybyśmy poznać jej zalety.
- Ja na pewno bym nie mogła! – zamruczała Fanny, chroniona przez matkę.
Pan Thornton usłyszał to, ale nie chciało mu się odpowiadać. Chodził po jadalni tam i z powrotem i wolał żeby matka wydała jakieś dyspozycje w sprawie świec, co pozwoliłoby mu siąść do pracy, popisać albo poczytać i zakończyć tą rozmowę. Ale nigdy nie pomyślałby o wtrącaniu się w drobne domowe rozporządzenia, którymi zajmowała się zazwyczaj pani Thornton, wciąż pamiętająca o stosowanej od dawna oszczędności.
- Mamo – powiedział zatrzymując się i odważnie wyjawiając prawdę – chciałbym żebyś polubiła pannę Hale.
- Dlaczego? – zapytała zaskoczona jego poważnym ale miękkim tonem – Nie myślisz chyba się z nią żenić? Z dziewczyną bez grosza.
- Ona nigdy za mnie nie wyjdzie – powiedział zaśmiawszy się krótko.
- Owszem, myślę, że nie – odpowiedziała – zaśmiała mi się w twarz, kiedy chwaliłam się jej tym co pan Bell kiedyś powiedział o tobie. Lubię kiedy dziewczęta są takie szczere i otwarte, ale to upewniło mnie, że ona w ogóle o tobie nie myśli. A zaraz potem zdenerwowała mnie, wydając się, że myśli – no, mniejsza z tym. Miałeś rację mówiąc, że ona ma zbyt dobrą opinię o sobie, żeby brać cię pod uwagę. Zuchwałe babsko! Chciałabym wiedzieć gdzie ona znajdzie lepszego!
Jeśli te słowa zraniły jej syna, przyćmione światło uchroniło go przed okazaniem jakichkolwiek emocji. Już po minucie podszedł wesoło do matki i kładąc jej dłoń na ramieniu, powiedział:
- No dobrze, jestem całkowicie przekonany co do prawdziwości tego co mówisz. A jako, że nie mam żadnych zamiarów by kiedykolwiek prosić ją o zostanie moją żoną, mam nadzieję, że uwierzysz mi, że nie jestem w ogóle zainteresowany tym aby rozmawiać o niej w przyszłości. Przewiduję, że ta dziewczyna będzie miała kłopoty – być może w związku z opieką nad matką – i tylko dlatego proszę cię, żebyś była gotowa zostać jej przyjaciółką, w przypadku gdyby takowej potrzebowała. A teraz Fanny – powiedział – wierzę, że masz na tyle delikatności, żeby zrozumieć, że to krzywdzące, zarówno dla panny Hale, jak i dla mnie – dla niej pewnie bardziej – przypuszczać, że mogę mieć jakikolwiek inny powód, niż ten który wam podałem, żeby błagać ciebie i matkę o to byście okazywały jej nieco uprzejmej uwagi.
- Nie mogę wybaczyć tej jej dumy – powiedziała matka – ale mogę się z nią zaprzyjaźnić jeśli jest taka potrzeba i jeśli o to prosisz John. Dla ciebie mogłabym się zaprzyjaźnić nawet z Jezebel. Ale ta dziewczyna, która zadziera nosa w stosunku do nas wszystkich, w stosunku do ciebie...
- Nie mamo. Nigdy nie znalazłem się, podkreślam, nigdy nie znalazłem się w zasięgu jej pogardy.
- Pogardy, no jeszcze co! (jedno z ekspresyjnych prychnięć pani Thornton) - ty lepiej już nic nie mów o pannie Hale, jeśli mam być dla niej uprzejma. Kiedy jestem z nią to nie wiem czy bardziej ją lubię czy bardziej jej nie lubię. Ale kiedy o niej myślę albo słyszę kiedy o niej mówisz, nienawidzę jej. Widzę, że zadziera nosa, tak jakbyś mi o tym sam powiedział.
- Nawet jeśli – tu przerwał na moment, ale zaraz kontynuował – nie jestem przecież chłopcem, żeby dawać się zastraszyć, dumnym wzrokiem jakiejś kobiety, albo przejmować się tym, że źle pojmuje mnie i moją pozycję. Mogę się tylko śmiać z tego!
- Oczywiście! I z niej też, z tymi jej wyobrażeniami i puszeniem się.
- Dziwię się tylko, dlaczego w takim razie tyle o niej mówisz – powiedziała Fanny – jestem już tym tematem zmęczona.
- Dobrze! – powiedział jej brat z odcieniem goryczy – myślę, że możemy znaleźć jakiś wdzięczniejszy temat. A co powiedziałabyś na strajk, jako dużo przyjemniejszy temat do rozmowy?
Gosia - Pią 15 Gru, 2006 20:52
| Cytat: | Slicksonowie przyjęli, Collingbrookowie przyjęli, Stephensowie przyjęli, Brownowie odrzucili. Hale’owie – ojciec i córka przyjdą, matka jest zbyt chora, Macphersonowie przyjdą i jeszcze pan Horsfall i pan Young. Zastanawiałam się nad zaproszeniem Porterów skoro Brownowie nie mogą przyjść.
- Dobrze. Z tego co mówi doktor Donaldson z panią Hale nie jest dobrze. |
Tyle nazwisk wymienionych, a on tylko o tych Hale`ach
|
|
|