North and South - powieść - Tłumaczenia fragmentów powieści "N&S"
Caroline - Wto 21 Lis, 2006 22:09
Jak Twój Rysiu tak zerka z profilu w górę na moje tłumaczenie, to od razu chce się lecieć do słownika i tłumaczyć więcej Dzięki, Harriet
Gosia - Śro 22 Lis, 2006 09:09
Tłumaczymy po kolei.
To znaczy jak sie pojawilo zakonczenie, to zaczelysmy od poczatku
Caroline - Śro 22 Lis, 2006 19:13
I ostatnia część:
Rozdział XIV Bunt
(„The mutiny”) cz. III, s.122
- Nie, nie rozumiesz, nikt, kto go wtedy nie widział, nie może zrozumieć. Z trudem się podniosłam, by do niego podejść, wszystko zdawało się wirować wokół mnie. Gdy się do niego zbliżyłam nic nie powiedział, wydawał się zaskoczony widząc mnie tam, trzy mile od domu, przy starym buku Oldhamów, wziął mnie za rękę i głaskał ją jakby chciał mnie ukoić i uspokoić pod wielkim ciosem, gdy zaczęłam drżeć na całym ciele, tak że nie mogłam nic powiedzieć, przytulił mnie i oparł swoją głowę na mojej, trząsł się i łkał dziwnym, stłumionym, zawodzącym głosem, byłam przestraszona i stałam cicho, w końcu zaczęłam tylko błagać, by mi powiedział, co usłyszał. Wtedy drżącą ręką, jakby ktoś inny nią kierował wbrew jego woli, dał mi do przeczytania tę nikczemną gazetę, która nazywała Fredericka „zdrajcą spod ciemnej gwiazdy”, „podłym niewdzięcznikiem, hańbą dla swej profesji”. Och! Nie mogę powiedzieć jak złych słów używali. Wzięłam gazetę do ręki. Gdy tylko ją przeczytałam, podarłam ją na kawałeczki, podarłam... Margaret, myślę, że darłam ją własnymi zębami. Nie płakałam. Nie mogłam. Policzki miałam gorące jak ogień, oczy mi płonęły. Zobaczyłam, że twój ojciec patrzy na mnie ponuro. Powiedziałam, że to kłamstwo i tak było. Wiele miesięcy później przyszedł ten list, sama widzisz, że Frederick został sprowokowany. To nie ze względu na siebie, na swoje krzywdy się zbuntował, chciał powiedzieć kapitanowi Reidowi, co myśli i tak ze złego stało się jeszcze gorsze, a większość marynarzy poparła Fredericka.
- Margaret – kontynuowała po chwili przerwy słabym, drżącym, zmęczonym głosem – cieszę się z tego, jestem bardziej dumna z Fredericka, gdy sprzeciwił się niesprawiedliwości niż gdyby był po prostu dobrym oficerem.
- Ja także – powiedziała Margaret mocnym, zdecydowanym tonem. – Lojalność i posłuszeństwo wobec mądrości i sprawiedliwości są wspaniałe, ale jeszcze wspanialsze jest sprzeciwienie się używanej niesprawiedliwie i okrutnie autorytarnej władzy, z myślą nie o sobie, ale o innych, bardziej bezradnych.
- Mimo wszystko chciałabym jeszcze raz zobaczyć Frdericka, tylko raz. On był moim pierwszym dzieckiem, Margaret.
Pani Hale mówiła melancholijnie, niemal przepraszając za tęskne, błagalne życzenie, jakby umniejszała przez nie swoje drugie dziecko. Ale taka myśl nawet nie przyszła Margaret do głowy, zastanawiała się jak można by spełnić życzenie matki.
- Minęło sześć czy siedem lat, czy jeszcze by go oskarżyli, mamo? Gdyby przyjechał i stanął przed sądem, jaką dostałby karę. Z pewnością mógłby dostarczyć dowody na swoje usprawiedliwienie.
- To by nic nie dało – odpowiedziała pani Hale. – Kilku marynarzy, którzy towarzyszyli Frederickowi ujęto, postawiono ich przed sądem wojskowym na pokładzie Amicii, wierzę we wszystko co powiedzieli na swoją obronę, bo zgadzało się to dokładnie z opowieścią Fredericka, ale nic to nie dało – po raz pierwszy w trakcie rozmowy pani Hale rozpłakała się, coś jednak skłoniło Margaret do wymuszenia na matce informacji, którą przewidywała choć się jej obawiała.
- Co się z nimi stało, mamo? – spytała.
- Powieszono ich na rei – powiedziała pani Hale uroczyście – a najgorsze, że sąd skazując ich na śmierć orzekł, iż z drogi obowiązku sprowadzili ich oficerowie.
Długo milczały.
- Frederick był przez kilka lat w Ameryce Południowej, prawda?
- Tak. A teraz jest w Hiszpanii, w Kadyksie lub gdzieś w pobliżu. Jeśli przyjedzie do Anglii, zostanie powieszony. Już nigdy nie zobaczę jego twarzy, bo jeśli przyjedzie do Anglii, zostanie powieszony.
Nie było żadnej pociechy, którą można by dać. Pani Hale odwróciła głowę do ściany, leżała zupełnie nieruchomo ogarnięta matczyną rozpaczą. Nic nie można było powiedzieć, by ją pocieszyć. Wyjęła niecierpliwym ruchem rękę z dłoni Margaret, jakby chciała, by zostawiono ją samą ze wspomnieniami o synu. Gdy wszedł pan Hale, Margaret wyszła przygnieciona smutkiem nie widząc na horyzoncie najmniejszej nadziei na poprawę.
Gosia - Czw 23 Lis, 2006 08:10
Ale wiecie, duzo juz tego nie zostalo chyba
Oczywiscie wszystko sprawdzimy, zeby byla calosc
Gosia - Czw 23 Lis, 2006 14:04
No to lecimy z tym koksem
Rozdział XV
Masters and Men
cz. 1 s. 128-130
- Margaret – powiedział jej ojciec następnego dnia – musimy złożyć rewizytę pani Thornton. Twoja matka nie czuje się dobrze i sądzę, że nie może iść tak daleko, ale ty i ja udamy się tam po południu.
Gdy szli, pan Hale zaczął rozmowę o zdrowiu żony z pewnego rodzaju skrywanym niepokojem, który Margaret z zadowoleniem dostrzegła w końcu.
- Czy zasięgnęłaś porady lekarza, Margaret? Czy posłałaś po niego?
- Nie, tato, powiedziałeś, że on może przyjść, żeby mnie zobaczyć. Ale ja czułam się dobrze. Jednak gdybym tylko dowiedziała się o jakimś dobrym lekarzu, mogłabym pójść do niego po południu i poprosić, żeby przyszedł, jestem pewna, że mama jest poważnie niedysponowana.
Powiedziała prawdę w sposób tak otwarty i zdecydowany, ponieważ ojciec całkowicie zamykał swój umysł przed tą myślą, kiedy ostatnio nazwała swoje obawy. Ale teraz to się zmieniło. Odpowiedział przygnębionym głosem:
- Czy masz na myśli jakąś ukrytą dolegliwość? Czy sądzisz, że ona jest naprawdę bardzo chora? Czy Dixon coś powiedziała? Och, Margaret! Strach nie daje mi spokoju, że nasz przyjazd do Milton ją zabił. Moja biedna Maria!
- Och, tato! Nie myśl o takich rzeczach – powiedziała Margaret wstrząśnięta – Ona nie czuje się dobrze, to wszystko. Wiele osób nie czuje się dobrze przez jakiś czas i dzięki dobrej poradzie mają się lepiej i są silniejsze niż wcześniej.
- Ale czy Dixon coś o niej powiedziała?
- Nie! Wiesz, że Dixon lubi robić tajemnice z drobiazgów, była trochę tajemnicza jeśli chodzi o zdrowie mamy, co mnie tylko zaniepokoiło, to wszystko. Bez żadnej przyczyny, ośmielę się powiedzieć. Wiesz, tato, powiedziałeś kiedyś, że ja fantazjuję.
- Mam nadzieję i ufam, że tak jest. Ale nie myśl o tym, co wtedy powiedziałem. Lubię jak fantazjujesz na temat zdrowia matki. Nie bój się mówić mi o swoich myślach. Lubię o nich słyszeć, chociaż wtedy odpowiadałem jakbym był zirytowany. Ale zapytamy panią Thornton czy może nam polecić jakiegoś dobrego doktora. Nie będziemy tracić pieniędzy na kogoś, kto nie jest najlepszy. Zaczekaj, przejdźmy przez tę ulicę.
Ulica nie wyglądała jakby mogła mieścić dom dość obszerny i odpowiedni dla pani Thornton. Powierzchowność jej syna nie podsuwała żadnych sugestii dotyczących domu, w którym mieszkał, ale nieświadomie Margaret wyobrażała sobie, że ta wysoka, potężna, dostojnie ubrana pani Thornton musi mieszkać w domu o takim samym charakterze jak ona. Natomiast Marlborough Street składała się z długiego rzędu małych domów z gdzieniegdzie białymi ścianami, przynajmniej tylko tyle mogli zobaczyć z miejsca, w którym się znajdowali.
- Powiedział mi, że mieszka na Marlborough Street, jestem pewien – powiedział pan Hale z bardzo zakłopotaną miną.
- Być może to jest jedna z oszczędności, którą wciąż praktykuje, mieszkać w bardzo małym domu. Tutaj jest pełno ludzi wokół, pozwól, że zapytam.
Zapytała więc przechodnia i dowiedziała się, że pan Thornton mieszka blisko przędzalni, pokazano jej drzwi fabryki na końcu długiego ślepego muru, który zauważyli.
Drzwi frontowe były jak zwykłe drzwi do ogrodu, na jednej stronie były to wielkie zamknięte wrota wejściowe i wyjściowe dla wozów. Dozorca wpuścił ich na wielki podłużny dziedziniec, na jednej stronie którego były biura, gdzie zawierano transakcje, a na przeciwnej stronie ogromna wielookienna fabryka, skąd dochodził nieustanny stukot maszynerii i przeciągły huk maszyn parowych, tak głośny, że mógł ogłuszyć tych, którzy mieszkali wewnątrz ogrodzenia. Naprzeciw ściany, wzdłuż której biegła ulica, na jednej z wąskich stron prostokąta stał piękny pokryty kamieniem dom, poczerniały, z pewnością z powodu dymu, ale z tynkami, oknami i schodami, które były utrzymane w starannej czystości. Dom ten był najwyraźniej zbudowany jakieś 50 lub 60 lat wcześniej. Kamienne pokrycie, długie, wąskie okna, i ich ilość, bieg schodów prowadzących do frontowych drzwi, wznoszących się z jednej strony i osłoniętych przez poręcz – wszystko świadczyło o ich wieku. Margaret jedynie zdumiewało, czemu ludzie, których stać aby mieszkać w tak ładnym domu i utrzymać go w tak doskonałym porządku, nie woleli mieszkać w dużo mniejszym domu na wsi lub nawet na jakimś przedmieściu, a nie w ciągłym wirze i hałasie z fabryki. Jej nieprzyzwyczajone uszy z trudem mogły pochwycić głos jej ojca, gdy stali na stopniach oczekując na otwarcie drzwi. Także dziedziniec z wielkimi ograniczającymi drzwiami na ślepej ścianie, stanowił ponury widok z salonu w domu, jak Margaret odkryła, kiedy weszli na staromodne schody i zostali wprowadzeni do salonu, trzy okna którego wychodziły na drzwi frontowe i pokój po prawej stronie od wejścia.
Gosia - Pią 24 Lis, 2006 16:15
Rozdział XV
Masters and Men
cz. 2 s. 130-133
Było pusto. Wydawało się jakby nikogo tu nie było od dnia, gdy meble zostały rozłożone z tak wielką troską jakby dom miał być przygnieciony przez lawę i odkopany za tysiąc lat.
Ściany były różowe i złote, wzór na dywanie przedstawiał bukiety kwiatów na jasnym tle, został jednak starannie zakryty na środku przez lniany chodnik, wyglansowany i wyblakły. Zasłony na oknach były koronkowe, każde krzesło i każda sofa miała swoje własne nakrycie z siatki lub dzianiny. Imponujące, alabastrowe figury zajmowały każdą płaską powierzchnię, bezpieczne od kurzu pod szklanymi kloszami. Na środku pokoju, na prawo pod wytwornie oprawionym żyrandolem znajdował się szeroki okrągły stół z pięknie oprawionymi książkami ułożonymi w regularnych odstępach na jego wypolerowanym okręgu niczym barwne szprychy w kole. Każda rzecz odbijała światło, żadna go nie pochłaniała. Cały pokój był dokuczliwe jaskrawy, błyszczący i pstry, zrobił na Margaret tak nieprzyjemne wrażenie, że była ledwie świadoma szczególnej dbałości potrzebnej, aby utrzymać wszystko tak białe i czyste w takim powietrzu, lub wysiłku, który skwapliwie podejmowano, by utrzymać ten efekt lodowatej, śnieżnej niewygody. Gdziekolwiek spoglądała znajdowała dowody troski i pracowitości, nie służyły one jednak zapewnieniu wygody i ułatwieniu codziennych domowych zajęć, ale wyłącznie ozdobie, a potem uchronieniu tej ozdoby przed brudem i zniszczeniem.
Mieli chwilę wolnego czasu, by rozejrzeć się i mówić do siebie ściszonymi głosami, zanim zjawiła się pani Thornton. Rozmawiali o tym, co mógł każdy usłyszeć, ale tego rodzaju pomieszczenia wywierają zazwyczaj takie wrażenie, że ludzie mówią cicho, jakby nie chcąc budzić echa.
W końcu weszła pani Thornton, szeleszcząc, ubrana w ładny czarny jedwab, jak miała w zwyczaju, jej muśliny i koronki dorównywały (nie przewyższając), czystej bieli muślinów i koronek w pokoju. Margaret wyjaśniła czemu jej matka nie mogła towarzyszyć im w czasie rewizyty, ale obawiając się rozbudzenia na nowo niepokoju ojca, zdała oględną relację, co pozostawiło w umyśle pani Thornton wrażenie, że pani Hale miała jakąś przejściową lub urojoną kobiecą dolegliwość, którą mając silną motywację można było przezwyciężyć, a jeśli była zbyt poważna, by pozwolić jej wyjść tego dnia, rewizyta mogła zostać odłożona.
Pamiętając także o koniach do powozu, wynajętych na jej własną wizytę u Hale`ów i jak pan Thornton nakazał Fanny iść, aby złożyć im wyrazy uszanowania, pani Thornton wyprostowała się nieco urażona i nie okazała Margaret żadnego współczucia, w ogóle nie odniosła się do opowieści o niedyspozycji matki.
- A co u pana Thorntona? – zapytał pan Hale. – obawiałem się, że nie czuje się dobrze, sądząc z pośpiesznego wczorajszego listu.
- Mój syn rzadko jest chory, a kiedy jest chory, nigdy o tym nie mówi ani nie czyni z tego wymówki, żeby nic nie robić. Powiedział mi, że może nie będzie miał czasu, aby czytać z panem zeszłego wieczoru. Żałował tego, jestem pewna, ceni godziny spędzane z panem.
- Jestem pewien, że są one równie przyjemne dla mnie – powiedział pan Hale. – To sprawia, że czuję się znowu młody, gdy widzę jego radość i podziw dla wszystkiego co wspaniałe w literaturze klasycznej.
- Nie mam wątpliwości, że klasyka jest bardzo pożądana dla ludzi, którzy mają wolny czas. Ale, przyznaję, że to wbrew mojemu zdaniu syn wznowił naukę. Czas i miejsce, w którym żyje, wydają mi się wymagać od niego całej energii i uwagi. Literatura klasyczna może być przydatna ludziom, którzy obijają się na wsi i w collegach, ale ludzie z Milton powinni swoje myśli i siły poświęcić codziennej pracy. Przynajmniej taka jest moja opinia. – To ostatnie zdanie wypowiedziała z „dumą, która udawała skromność”* .
- Ale z pewnością, jeśli umysł zbyt długo jest kierowany tylko na jeden obiekt, to może sprawiać, że staje się sztywny, skostniały i niezdolny interesować się wieloma rzeczami – powiedziała Margaret.
- Nie całkiem zrozumiałam, co pani miała na myśli, mówiąc o umyśle sztywnym i skostniałym. Ja także nie podziwiam tych zmiennych charakterów, które są zajęte różnymi sprawami dzisiaj, aby jutro całkowicie zapomnieć o nich mając nowe. Mieć wiele zainteresowań – nie pasuje to do miltońskiego fabrykanta. To jest lub powinno być dosyć dla niego mieć jedno wielkie pragnienie i skierować wszystkie pozostałe życiowe cele na jego spełnienie.
- A co to jest? – zapytał pan Hale.
Jej ziemiste policzki zarumieniły się, jej oko pojaśniało, gdy odpowiedziała:
- Aby utrzymać i zachować wysokie, zaszczytne miejsce wśród kupców kraju, ludzi jego miasta. Takie miejsce, na które mój syn zasłużył. Gdyby pan pojechał gdziekolwiek, nie mówię, że tylko w Anglii, ale w Europie – nazwisko Johna Thorntona jest znane i szanowane pośród ludzi interesu. Oczywiście nie jest nieznane w modnych kręgach – kontynuowała z pogardą. - Próżnujący dżentelmeni i damy prawdopodobnie nie wiedzą wiele o miltońskich fabrykantach, chyba że któryś z nich wchodzi do parlamentu lub żeni się z córką lorda.
* Samuel Taylor Coleridge, Devil's Walk (“Przechadzka diabła”)
http://pl.wikipedia.org/w...czo.C5.9B.C4.87
achata - Pią 24 Lis, 2006 21:52
Gosiu, rozwalasz mnie! Jak wpadłaś na to, że ten kawałek jest cytatem i z czego?
Gosia - Sob 25 Lis, 2006 10:49
To nie moja zasługa, tylko Caroline, ktora znalazla ten cytat w necie, wnosząc poprawki do mojego tlumaczenia.
Harry_the_Cat - Sob 25 Lis, 2006 14:03
Jakby co, to pamiętajcie dziewczyny, że ja mam to wydanie z przypisami
przecinek - Sob 25 Lis, 2006 17:54
Wielkie podziękowania za wszystkie tłumaczenia. Czy w wydanej w przyszłości książce te wszystkie przypisy będą zachowane? Nie ukrywam, że są one bardzo przydatne przy rozumieniu niektórych fragmentów.
migotka - Pon 27 Lis, 2006 09:26
niesamowita praca;) i cała ksiązka przetłumaczona?
ja właśnie przegrzebałam cały wątek, ale parę postów jest wykjasowanych wiec w rezultacie nie wiemn czy mam całość tego co do tej pory tu się znajduje czy też zgubionych parę
Mag - Pon 27 Lis, 2006 12:05
Dzięki Dziewczyny,za tą mozolną pracę ,wykonaną dla naszej przyjemności.
Myślałam,że pani T. doceni,ze jej syn znajduje czas na coś innego poza biznesem, a ona była przeciw?
Przeciez wiedziała, że Jaśku chciał sie uczyć tylko MUSIAŁ pracować -co za matka!
Gosia - Pon 27 Lis, 2006 16:01
Rozdział XV
Masters and Men
cz. 3 s. 133-134
Oboje pan Hale i Margaret mieli niespokojną, groteskową świadomość, że nigdy nie słyszeli o tym wielkim nazwisku, dopóki pan Bell nie napisał o nim słowa, że pan Thornton byłby przyjacielem, którego dobrze jest mieć w Milton. Świat dumnej matki nie był światem wyższych sfer z Harley Street, ani wiejskiego duchownego i ziemiaństwa Hampshire. Twarz Margaret, pomimo całego jej wysiłku aby utrzymać wyraz skupienia, zdradziła wyczulonej pani Thornton jej uczucia.
- Pani myśli, że nigdy nie słyszała o moim wspaniałym synu, panno Hale. Pani sądzi, że jestem starą kobietą, której myśli są przywiązane do Milton i której pochwały są równie osobliwe jak białe kruki.
- Nie. – powiedziała Margaret żywo. – To prawda, pomyślałam, że przed przyjazdem do Milton nie słyszałam nazwiska pana Thorntona. Ale odkąd jestem tutaj, słyszałam dość, by to wywołało szacunek i podziw dla niego i poczucie jak wiele słuszności i prawdy jest w tym, co pani o nim powiedziała.
- Kto pani o nim mówił? – zapytała pani Thornton, trochę udobruchana, jednak zazdrosna, że słowa innych ludzi mogły nie oddać mu całej sprawiedliwości.
Margaret zawahała się zanim odpowiedziała. Nie spodobało jej się to władcze przepytywanie. Pan Hale przyszedł, jak sądził na pomoc córce.
- To co pan Thornton sam mówił, pozwoliło nam poznać jakiego rodzaju jest człowiekiem. Czyż nie, Margaret?
Pani Thornton wyprostowała się i powiedziała:
- Mój syn nie jest z tych, którzy mówią o swoich własnych dokonaniach. Czy mogę spytać ponownie, panno Hale, czyja to relacja uformowała pani przychylną opinię o nim? Matka jest ciekawa i chętnie słyszy pochwały swojego dziecka, jak pani wie.
Margaret odpowiedziała:
- Wiele z tego co pan Thornton zataił ze swego życia, dowiedzieliśmy się od pana Bella – więcej niż sam nam opowiedział, to sprawiło, że uświadomiliśmy sobie jaki jest powód, że pani jest tak dumna z niego.
- Pan Bell! Co on może wiedzieć o Johnie? On, żyjący leniwym życiem w ospałym collegu. Ale jestem zobowiązana, panno Hale. Wiele młodym dam wzdragałoby się przed sprawieniem starej kobiecie przyjemności pozwalając jej usłyszeć, że o jej synu dobrze się mówi.
- Dlaczego? – zapytała Margaret, patrząc prosto na panią Thornton, z konsternacją.
- Dlaczego?! Ponieważ jak przypuszczam miałyby świadomość, że mówiąc o tym, najpewniej próbowałyby znaleźć w starej matce swoją orędowniczkę w przypadku gdyby miały jakieś plany względem serca jej syna.
Uśmiechnęła się groźnie, ponieważ spodobała jej się szczerość Margaret, i być może poczuła, że zadaje zbyt wiele pytań, jakby miała prawo ją egzaminować. Margaret zaśmiała się otwarcie na tę wzmiankę skierowaną do niej, zaśmiała się tak wesoło, że to aż zazgrzytało w uszach pani Thornton, jakby słowa, które wywołały ten śmiech, miały być całkowicie niedorzeczne. Margaret powstrzymała tę wesołość, gdy tylko zauważyła zaniepokojony wygląd pani Thornton. - Proszę mi wybaczyć, madam. Jestem zobowiązana za oczyszczenie mnie z zarzutu, że mam jakiekolwiek plany wobec serca pana Thorntona.
- Młode damy miały, jak dotąd. – powiedziała pani Thornton sztywno.
Matylda - Pon 27 Lis, 2006 19:32
Świetny jest ten fragment Gosiu -dzieki
A tak swoję drogą to pani Thorton chętnie by się sama wydała za własnego syna
Chyba się strasznie zawiodła na własnym mężu
Anonymous - Pon 27 Lis, 2006 19:35
A może mąż nie sprostał rywalizacji z synem?
Matylda - Pon 27 Lis, 2006 19:37
Syn był jeszcze młody gdy ojciec ich " opuścił"
A tak właściwie to co masz na myśli ??
Anonymous - Pon 27 Lis, 2006 19:58
Na psychologii braliśmy właśnie taki schemat.
Chodzi mi o dość czesty motyw kiedy dziecko, szczególnie syn pojawiając się na świecie całkowicie zaspokaja w kobiecie potrzebę kontaktu z mężczyzną. Mąż idzie na dalszy plan (w skrajnych przypadkach w odstawkę) i ciężko mu się z tym pogodzić. Z czasem bywa i tak, że syn zbyt mocno kochany syn wzbudza w ojcu niechęć i zwykłą zazdrość. A każdy krok męża wzbudza w kobiecie rozczarowanie (że myśli tylko o sobie, że dziecko jest najważniejsze, że trzeba się dla dziecka poświęcić itd.) Potem jest mu już wszystko jedno, bo cokolwiek nie zrobi i tak jest źle. Jest nieszczęśliwy, więc stara się uszczęśliwiać gdzie indzie - hazard, zdrady, praca, szybko się wyniszcza i często szybko umiera...
Mag - Wto 28 Lis, 2006 08:41
Możliwe,że tak silna kobieta jak pani T. nie potrzebowała oparcia w mężu, który poczuł sie odsunięty, poszukał rozrywek gdzie indziej i wiemy jak to się skończyło. Po takim przeżyciu mogła się zachwiać i poszukać wsparcia u syna, który oprócz utrzymania rodziny, wziął na siebie obowiązek partnerowania matce.
Swoją drogą musiała być w niego zapatrzona, skoro uważała, że wszystkie młode panny marzą o jej synu.
Dzięki Dzewczyny za tego cukierka :grin: i
Gosia - Wto 28 Lis, 2006 12:08
Rozdział XV
Masters and Men
cz. 4 s. 135-136
- Mam nadzieję, że panna Thornton ma się dobrze – wtrącił pan Hale, pragnąc zmienić bieg rozmowy.
- Ma się tak jak zawsze. Nie jest zbyt silna – odpowiedziała pani Thornton krótko.
- A pan Thornton? Przypuszczam, ze będę mógł zobaczyć się z nim w czwartek?
- Nie mogę odpowiadać za zobowiązania mojego syna. Jest jakaś niekorzystna sprawa, która toczy się w mieście, groźba strajku. Jeśli tak, to jego doświadczenie i zdanie może być potrzebne jego przyjaciołom. Ale przypuszczam, że przyjdzie w czwartek. W każdym razie jestem pewna, że da panu znać, jeśli nie będzie mógł.
- Strajk?! – zapytała Margaret. – Z jakiego powodu? Co oni chcą nim osiągnąć?
- Chodzi o władzę i prawo posiadania własności innych. – powiedziała pani Thornton z zawziętym parsknięciem. – To jest to o co zawsze strajkują. Jeśli robotnicy mojego syna zastrajkują, powiem o nich, że są bandą niewdzięcznych psów. Ale nie wątpię, że to zrobią.
- Oczekują wyższych stawek, jak przypuszczam – zapytał pan Hale.
- To jest pretekst. Prawda jest taka, że oni chcą być panami i zmienić panów w niewolników na ich własnym gruncie. Zawsze tego próbują, zawsze o tym myślą co pięć, sześć lat dochodzi do walki między panami i robotnikami. Tym razem się pomylą, przeliczą się. Jeśli wyjdą, mogą tak łatwo nie wejść tu znowu. Przypuszczam, że panowie mają w swoich głowach pomysł jeden czy dwa, które nauczą robotników nie strajkować znowu tak szybko, jeśli tego spróbują teraz.
- Czy to nie sprawi, że miasto stanie się bardzo niebezpieczne? – zapytała Margaret.
- Oczywiście, że tak. Ale z pewnością pani nie jest tchórzem? Milton nie jest miejscem dla tchórzy. Był taki czas, gdy musiałam przedrzeć się przez tłum bladych, rozłoszczonych ludzi, wszyscy grozili, że dopadną Makinsona, gdy tylko odważy się wystawić nos ze swojej fabryki, a on nie wiedział o tym. Ktoś musiał iść i powiedzieć mu o tym, w przeciwnym razie byłby martwy, i potrzebna była kobieta, tak więc poszłam. A kiedy weszłam tam, nie mogłam już wyjść. W grę wchodziło moje życie. Tak więc weszłam na dach, gdzie były ułożone w stos kamienie gotowe do rzucenia na głowy tłumu, gdyby próbowali sforsować drzwi fabryki. Uniosłabym te ciężkie kamienie i rzucałabym nimi tak celnie jak każdy mężczyzna, gdybym nie zemdlała z gorąca. Jeśli pani ma mieszkać w Milton, musi pani nauczyć się mieć dzielne serce, panno Hale.
- Chciałabym zrobić wszystko co mogę. – powiedziała Margaret trochę blada. – Nie wiem czy jestem odważna czy nie, dopóki nie zostanę poddana próbie, ale obawiam się, że mogę okazać się tchórzem.
- Ludzie z południa często boją się tego co nasi mężczyźni i kobiety z Darkshire nazywają życiem i walką. Ale gdyby pomieszkała pani przez dziesięć lat wśród ludzi, którzy żywią urazę wobec lepszych od siebie, tylko czekając na okazję by im się odpłacić, wiedziałaby pani czy jest tchórzem czy nie, daję na to słowo.
[Fragment przetlumaczony wcześniej: „Pan Thornton robi przysługę pannie Hale”]
Pan Thornton przyszedł tego dnia do pana Hale’a. Pojawił się w salonie w czasie gdy pan Hale czytał na głos swojej żonie i córce.
- Przyszedłem po części, żeby przekazać pani notatkę od mojej matki, po części, żeby przeprosić, że nie miałem wczoraj czasu. Notatka zawiera adres doktora Donaldsona, o który pani prosiła.
- Dziękuję – powiedziała Margaret, pospiesznie wyciągając rękę po kartkę, nie chcąc żeby matka usłyszała, że rozpytuje się o lekarza. Ucieszyła się, że pan Thornton pojął w mig jej obawę. Oddał jej notatkę bez dalszych komentarzy. Pan Hale zaczął rozmawiać o strajku. Twarz pana Thorntona upodobniła się do najgorszego wyrazu twarzy jego matki, co natychmiast odstręczyło obserwującą go Margaret.
Mag - Wto 28 Lis, 2006 12:16
Pani T. jak Marsylianka na barykadach?
Dziwna trochę i zawzięta. odmawia robotnikom prawa do próby zmiany warunków, a przecież wiedziała, że pyłki i kłaczki zabijają ich dzieci....
Anonymous - Wto 28 Lis, 2006 13:23
bo to były ich dzieci. Nie jej.
Gosia - Czw 30 Lis, 2006 21:47
Teraz fragment wczesniej przetlumaczony, zamieszczam go, zeby byla calosc.
Jutro jeszcze bedzie ostatnia czesc tego rozdzialu.
Rozdział XV
Masters and Men
s. 137-140
cz. 5
[Fragment przetlumaczony :Wymiana zdań Margaret v. John” ]
- Tak, ci głupcy chcą strajku. Pozwolimy im na to. Nawet nam to pasuje. Ale daliśmy im szansę. Oni myślą, że handel kwitnie jak w zeszłym roku. My widzimy sztorm na horyzoncie i zwijamy żagle. I dlatego, że nie wyjaśniliśmy im powodów, nie chcą nam wierzyć, że działamy racjonalnie. Musimy im się spowiadać z tego jak zamierzamy wydawać albo oszczędzać nasze pieniądze. Henderson próbował zrobić unik w stosunku do swoich ludzi, w Ashley, i nie udało mu się. Raczej już woli mieć strajk. To by go nawet zadowalało. Więc kiedy ludzie przyszli domagać się 5 %, powiedział im, że o tym pomyśli i da im odpowiedź w dniu wypłaty, wiedząc jaka będzie ta odpowiedź, oczywiście myślał, że wzmocni tym ich próżność. Ale przejrzeli go, bo usłyszeli coś o złych prognozach w handlu. Więc przyszli w piątek, i powtórzyli żądania i teraz on jest zmuszony coś z tym zrobić. Ale my fabrykanci z Milton podjęliśmy dziś decyzję. Nie ustąpimy o jednego pensa. Mówimy im, że może będziemy musieli obniżyć zarobki, a nie możemy sobie pozwolić na podwyżki. Więc na razie czekamy, na kolejny atak.
- I co teraz będzie? – zapytał pan Hale.
- Przypuszczam, że strajk ogólny. Wygląda na to, że zobaczy pani Milton przez kilka dni pozbawione dymów, panno Hale.
- Ale dlaczego – zapytała – nie mogliście wyjaśnić prawdziwego powodu, z jakiego oczekujecie pogorszenia w interesach? Nie wiem czy używam właściwych słów, ale mam nadzieję, że pan rozumie o co mi chodzi.
- Czy tłumaczy się pani swoim służącym ze swoich wydatków, albo z tego co robi pani ze swoimi własnymi pieniędzmi? My, właściciele kapitału, mamy prawo decydować o tym, co chcemy z nim zrobić.
- Chodzi o ludzkie prawo – powiedziała cicho.
- Słucham? Nie dosłyszałem co pani powiedziała?
- Wolałabym tego nie powtarzać – powiedziała – odwołuję się do uczuć, których jak sądzę pan nie podziela.
- Proszę mnie wypróbować – poprosił. W myślach nagle bardzo zapragnął się dowiedzieć, co powiedziała. Była niezadowolona z jego natarczywości, ale nie zdecydowała się nadawać zbyt wiele znaczenia swoim słowom.
- Powiedziałam, że chodziło o ludzkie prawo. Miałam na myśli nie prawdziwy powód ale prawo moralne, dlaczego nie powinniście robić tego co się wam podoba.
- Widzę, że mamy odmienne zdanie na temat praw moralnych, nie wierzy mi pani, że mam jakieś, mimo, że inne niż pani?
Mówił ściszonym głosem, tak jak gdyby zwracał się wyłącznie do niej. Nie życzyła sobie być w ten sposób wyróżnioną. Odpowiedziała swoim zwykłym tonem:
- Nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek miała okazję poznać pańskie zdanie na temat prawa moralnego w tej sprawie. Wszystko co miałam na myśli, to że nie ma takiego ludzkiego prawa, żeby zabraniać pracodawcom, trwonić albo wyrzucać ich własne pieniądze, jeśli tak zdecydowali. Ale są w Biblii takie ustępy, które oznaczają – przynajmniej dla mnie – że zaniedbują się w obowiązkach jako zarządcy, jeśli tak czynią. Ale oczywiście tak niewiele wiem o strajkach, stawkach zarobków, kapitale i pracy, że lepiej nie będę wdawać się w dyskusję z takim politycznym ekonomistą jak pan.
- No tak – powiedział zapalczywie – będę się tylko cieszył mogąc wyjaśnić pani wszystko co wydaje się nienormalne czy tajemnicze komuś obcemu, szczególnie w czasie takim jak teraz, kiedy nasze działania na pewno będą dyskutowane przez każdego pismaka, który tylko zdoła utrzymać pióro w palcach.
- Dziękuję – odpowiedziała chłodno – ale najpierw zwrócę się do mojego ojca po informację, jeśli tylko poczuję się zakłopotana życiem w tym dziwacznym społeczeństwie.
- Uważa pani, że jest dziwaczne. Dlaczego?
- Nie uważam, wydaje mi się, ponieważ, przyglądając się, widzę dwie klasy zależne od siebie nawzajem w każdy możliwy sposób, w dodatku każda traktuje interes tej drugiej jako całkowicie przeciwstawny swojemu. Nigdy jeszcze nie mieszkałam w miejscu, gdzie dwie grupy ludzi zawsze nawzajem by się oczerniały.
- A któż taki oczerniał przed panią właścicieli? Nie pytam kto oczerniał ludzi, bo jak widzę wciąż trwa pani w niezrozumieniu tego co kiedyś tu powiedziałem. Ale kto oczerniał przed panią właścicieli fabryk?
Margaret zaczerwieniła się, ale zaraz uśmiechnęła i powiedziała:
- Nie lubię być katechizowana. Odmawiam odpowiedzi na pańskie pytanie. Poza tym i tak nic nie da się na to poradzić. Musi mi pan wierzyć na słowo, że słyszałam jak ludzie, albo być może jacyś robotnicy, wypowiadali się jakby zamiarem panów było pozbawianie ich możliwości zdobywania pieniędzy – tak jakby przechowywanie pieniędzy w banku czyniło ich zbyt niezależnymi.
- Śmiem twierdzić, że to ten człowiek Higgins, powiedział ci to wszystko – powiedziała pani Hale. Pan Thornton nie dał po sobie poznać, że usłyszał to, co Margaret zapewne nie chciałaby, żeby wiedział. Ale jednak to usłyszał.
- Słyszałam ponadto, że uznaje się za zaletę panów, że mają niedouczonych pracowników – jak kapitan Lennox zwykł nazywać ludzi w swojej spółce, którzy zadają pytania i chcą znać powód każdego polecenia.
Ostatnią część wypowiedzi skierowała raczej do ojca niż do pana Thorntona.
- Kim jest kapitan Lennox? – pan Thornton zapytał sam siebie, z dziwnym uczuciem niezadowolenia, które przeszkodziło mu odpowiedzieć jej w tym momencie. Jej ojciec przejął konwersację.
- Ty nigdy nie lubiłaś szkół, Margaret, a zobaczyłabyś i dowiedziałabyś się, ile zrobiono w dziedzinie edukacji w Milton.
- Nie – nagle złagodniała – wiem, że niezbyt obchodziła mnie szkoła. Ale wiedza i ignorancja, o której wspominałam, nie odnosi się do czytania i pisania, ale do przekazywania informacji jakie daje się dziecku. Jestem pewna, że chodzi o nieznajomość mądrości jaka kieruje kobietami i mężczyznami. Nie wiem dokładnie co to jest. Ale on – mój informator – powiedział, że panowie chcieliby, żeby ich robotnicy byli jak duże dzieci – żyjące teraz – w bezwolnym, ślepym posłuszeństwie.
- Krótko mówiąc, panno Hale, najwyraźniej ten pani informator znalazł wdzięcznego słuchacza dla tych wszystkich oszczerstw jakimi zdecydował się obrzucić właścicieli – powiedział pan Thornton urażonym tonem.
Margaret nie odpowiedziała. Nie podobało jej się, że pan Thornton tak osobiście odebrał to co powiedziała.
Dalej mówił pan Hale:
- Muszę przyznać, że chociaż nie jestem tak blisko zaprzyjaźniony z niektórymi robotnikami jak Margaret, to jednak bardzo uderza mnie ten antagonizm pomiędzy pracownikami i pracodawcami, w każdej niemal dziedzinie. Odniosłem nawet takie wrażenie słuchając tego co mówisz od czasu do czasu.
Pan Thornton chwilę milczał zanim odpowiedział. Margaret właśnie wyszła z pokoju, a on był rozdrażniony aktualnym stanem uczuć pomiędzy nimi. Jednakże to małe rozdrażnienie, czyniące go bardziej chłodnym i zamyślonym, dodało godności temu co powiedział:
- Według mnie, mój interes jest identyczny z interesem moich pracowników i vice-versa. Wiem, że pannie Hale nie podoba się zwrot „siła robocza”, więc nie będę go więcej używał, chociaż w moich ustach jest bardziej czytelny jako techniczne sformułowanie, i powstał, jakkolwiek brzmi, już dawno temu. Kiedyś w przyszłości, w którymś tysiącleciu, w Utopii, ta jedność może stanie się praktyką – tak właśnie wyobrażam sobie republikę z perfekcyjną formą rządów.
Gosia - Sob 02 Gru, 2006 09:20
Rozdział XV
Masters and Men
s. 141-145
Cz. 6
- Będziemy czytać „Republikę” Platona jak tylko skończymy Homera.
- Cóż, w okresie platońskim, mogłoby się okazać, że my wszyscy – mężczyźni, kobiety i dzieci – pasujemy do republiki, ale weźmy monarchię konstytucyjną w obecnym stanie obyczajów i inteligencji. W naszym dzieciństwie potrzebujemy mądrego despotyzmu aby nami rządził. W istocie, długo po okresie niemowlęctwa, dzieci i młodzi ludzie są najszczęśliwsi pod pewnymi zasadami rozważnego, mocnego autorytetu. Zgadzam się z panną Hale o tyle, że uważam naszych ludzi za podobnych do dzieci, ale nie zgadzam się, że my, panowie, jesteśmy odpowiedzialni za uczynienia ich takimi i utrzymywanie w takim stanie. Twierdzę, że despotyzm jest najlepszą formą rządów dla nich, więc w godzinach, w których wchodzę z nimi w kontakt muszę z konieczności być autokratą. Użyję mojego rozsądku, bez oszustw czy filantropii, których mamy zbyt wiele na Północy, aby tworzyć mądre prawa i podejmować sprawiedliwe decyzje w zarządzaniu moim interesem – prawa i decyzje pracujące po pierwsze dla mojego własnego dobra, po drugie – dla nich. Ale nikt mnie nie zmusi, abym podał powody czy cofnął się przed tym, co raz ogłosiłem jako moją decyzję. Niech strajkują! Ucierpię tak samo jak oni, ale na końcu stwierdzą, że nie ugiąłem się ani nie zmieniłem zdania ani odrobinę.
Margaret weszła ponownie do pokoju i usiadła przy robótce, ale nie odezwała się. Pan Hale odpowiedział.
- Zapewne mówię w wielkiej niewiedzy, ale z tego co wiem, muszę powiedzieć, że masy szybko przeszły do tego kłopotliwego okresu, który roztacza się między dzieciństwem i wiekiem męskim tak samo w życiu wielu, jak i jednostek. Błędem popełnianym przez wielu rodziców wobec człowieka w tym okresie jest upieranie się przy takim samym bezrozumnym posłuszeństwie, jak wtedy gdy jedynym obowiązkiem było podporządkowanie się prostym zasadom takim jak „przyjdź, gdy cię wołają!”, „rób, co ci każą!”. Mądry rodzic uznaje pragnienie niezależności i staje się przyjacielem, doradcą, gdy jego władza absolutna wygasa. Jeśli popełniam błąd w rozumowaniu, proszę pamiętać, że to pan posłużył się tą analogią.
- Niedawno – powiedziała Margaret. – słyszałam historię o tym, co się stało w Nurembergu trzy czy cztery lata temu. Bogaty człowiek mieszkał sam w jednym z ogromnych domów, które były dawniej zarazem mieszkaniami i magazynami. Mówiono, że miał dziecko, ale nikt nie wiedział o tym nic pewnego. Przez 40 lat ta plotka rosła i upadała – nigdy całkowicie nie umarła. Po jego śmierci okazała się prawdą. Miał syna – nadmiernie wyrośniętego człowieka z niewyćwiczonym intelektem dziecka – którego trzymał w tym stanie, aby ochronić go przed pokusą i błędem. Ale oczywiście, kiedy to wielkie dorosłe dziecko zostało wypuszczone w świat, każdy zły doradca mógł nad nim zapanować. Nie odróżniał dobra od zła. Jego ojciec popełnił błąd trzymając go w niewiedzy, uznając ją za niewinność. I po czternastu miesiącach burzliwego życia, miejscowe władze musiały wziąć nad nim opiekę, by uchronić go przed śmiercią głodową. Nie umiał nawet używać skutecznie słów na tyle by być żebrakiem.
- Użyłem porównania (zasugerowanego przez pannę Hale) sytuacji pana do sytuacji rodzica, tak więc nie powinienem narzekać, że pani użyła tego porównania jako broń przeciwko mnie. Ale, panie Hale, kiedy pan użył mądrego rodzica jako modelu dla nas, powiedział pan, że on uznaje pragnienie niezależności dziecka. Ale z pewnością nie nadszedł jeszcze czas by robotnicy mieli swobodę działania w czasie godzin pracy, nie do końca więc rozumiem, co miał pan na myśli. Twierdzę, że panowie naruszaliby niezależność robotników, w sposób, którego ja nie czułbym się usprawiedliwiony zastosować, gdyby ingerowali zbytnio w życie, które toczy się poza fabryką. Mimo że pracują u nas dziesięć godzin dziennie, nie sądzę byśmy mieli prawo krępować ich przez resztę czasu.
[Fragment przetlumaczony :„Wymiana zdań Margaret v. John” c.d.]
- Cenię sobie swoją niezależność tak wysoko, że nie wyobrażam sobie większej degradacji niż taka, by mieć nad sobą kogoś kto nieustannie kierowałby mną, radził mi i pouczał, a nawet zbyt dokładnie planował co mam robić. Mógłby być najmądrzejszym i najsilniejszym z ludzi – zbuntowałbym się i oburzał na taki nadzór. Wydaje mi się, że takie uczucia są silniejsze na Północy Anglii niż na Południu.
- Przepraszam bardzo, ale czy nie jest tak dlatego, że nie istnieje tu równość przyjaźni pomiędzy klasą zarządzających a rządzonych? Ponieważ każdy człowiek musi stać na nie chrześciańskiej, odosobnionej pozycji, zazdrosny o bliźniego, stale bojąc się ograniczenia swoich praw?
- Ja tylko stwierdzam fakt. Przykro mi to mówić, ale mam spotkanie o ósmej i muszę przyjmować fakty takimi, jakimi są dziś wieczór, bez prób ich tłumaczenia. Oczywiście jest to obojętne dla określenia jak teraz postępować w związku z nimi, jednak fakty muszą zostać uznane.
- Ale – rzekła Margaret niskim głosem – mnie się wydaje, że w świecie to jednak całkiem co innego.
Jej ojciec dał jej znak, żeby się uciszyła i pozwoliła skończyć panu Thorntonowi. On jednak wstał już i gotów był do wyjścia.
- Musi mi pani przyznać rację choć w jednym punkcie. Dając silne poczucie niezależności każdemu człowiekowi w Darkshire, czy mam jakiekolwiek prawo narzucać mój punkt widzenia, mój sposób postępowania (czego sam osobiście wręcz nienawidzę) komuś, tylko dlatego, że pracuje, żeby sprzedać, a ja gromadzę żeby kupić?
- Bynajmniej – powiedziała Margaret, mając wyraźny zamiar powiedzieć tylko tyle – bynajmniej, ponieważ ma pan określoną pozycję, ponieważ jest pan człowiekiem posiadającym ogromną siłę ludzi, którzy dla pana pracują, czy pan jej użyje czy nie, i ponieważ pańskie życie i pański majątek tak stale i dogłębnie jest z nimi powiązany. Bóg tak nas stworzył, że jesteśmy od siebie zależni. Możemy ignorować naszą własną zależność, albo odmawiać sobie świadomości, że inni zależą od nas bardziej niż tylko w kwestii wypłacania im tygodniówki, tak czy tak, kwestia pozostaje. Ani pan, ani jakikolwiek inny właściciel nie możecie pomóc sami sobie. Najbardziej dumny i niezależny człowiek zależy od wszystkich znajdujących się wokół niego, którzy niedostrzegalnie wpływają na jego charakter i życie. I nawet ktoś najbardziej odizolowany od tych wszystkich rąk do pracy w Darkshire, jest otoczony przez nie ze wszystkich stron, bo one również są od niego zależne. Nie może ich uścisnąć, bo jest jak skała, do której się upodobnił.
- Błagam cię, nie używaj takich porównań Margaret. Już raz to zrobiłaś. – powiedział ojciec uśmiechając się, jednak zaniepokojony myślą, że znowu obrażą pana Thorntona, co nie byłoby właściwe. Jeśli chodzi o niego, to podobało mu się tak długo, jak długo Margaret mówiła, choć to co mówiła, tylko go zirytowało.
- Proszę mi powiedzieć, panno Hale, czy pani daje na siebie wpływać – nie, to nie jest dobre określenie – czy pani ma świadomość, że pozostaje pani pod wpływem innych? Nie okoliczności, ale tych, którzy pracują bezpośrednio albo pośrednio? Czy oni pracują żeby nawoływać, zakazywać, działać dla przykładu, albo być prostymi, prawdziwymi ludźmi, wykonującymi swoje obowiązki niezachwianie, bez myślenia czy ich zachowanie uczyni jednego człowieka pracowitym, a drugiego bezpiecznym? Dlaczego? Gdybym ja był robotnikiem, byłbym 20 razy bardziej pod wrażeniem, wiedząc, że mój pan jest uczciwym, punktualnym, szybkim, stanowczym we wszystkim co robi człowiekiem ( a ludzie są ostrzejszymi szpiegami niż lokajami), niż z powodu, że się wtrąca, jakkolwiek byłby uprzejmy, w to co robię poza moim czasem pracy. Nie mam zamiaru zbyt dokładnie zastanawiać się nad tym kim jestem. Ale wydaje mi się, że wierzę w szczerą uczciwość moich ludzi, i w otwartą naturę ich sprzeciwu, w przeciwieństwie do tego jak potraktuje się masy w innych fabrykach, tylko dlatego, że oni wiedzą, że gardzę byle haniebną korzyścią, albo podstępnym działaniem daleko bardziej niż wynikałoby to z odbytych lekcji pod tytułem „ Uczciwość jest najlepszą polityką” - życie rozcieńcza słowa. Nie, nie! Jakim jest się panem, takim też jest się człowiekiem, bez wielkiego rozumowania na ten temat.
- Oto wielkie przyznanie się – powiedziała śmiejąc się Margaret – kiedy ja widzę ludzi gwałtownie i zawzięcie domagających się swoich praw, mogę bezpiecznie wnioskować, że ich pan jest tak samo nieświadom przyczyn ich cierpienia.
- Jest pani dokładnie taka jak wszyscy obcy, którzy nie rozumieją jak działa nasz system panno Hale. Wydaje się pani, że nasi ludzie są jakimiś płatnymi marionetkami, gotowymi, żeby przerabiać ich na naszą modłę. Proszę nie zapominać, że spędzamy z nimi mniej niż jedną trzecią ich życia. A pani wydaje się nie dostrzegać, że obowiązki fabrykanta są daleko większe i szersze niż tylko zatrudnianie pracowników. Mamy do utrzymania szeroki zakres handlu, czym torujemy drogę cywilizacji.
- Mam wrażenie, że – powiedział uśmiechając się pan Hale – torujesz ją, tak bardziej w domu. Ci twoi ludzie w Milton to grupa szorstkich i barbarzyńskich jegomościów.
- Owszem, tacy są – odpowiedział pan Thornton – woda różana nie jest dla nich. Cromwell zbiłby tu kapitał jako właściciel fabryki. Chciałbym żebyśmy go mieli tutaj żeby zakończyć strajk.
- Cromwell to nie jest mój ulubiony bohater – powiedziała chłodno – za to próbuję pogodzić pańskie uwielbienie dla despotyzmu z szacunkiem do ludzkiej niezależności.
Zaczerwienił się słysząc ton jej głosu.
- Wolę być niekwestionowanym i i nieodpowiedzialnym panem dla moich ludzi, w czasie kiedy dla mnie pracują. Natomiast po tym czasie nasze stosunki kończą się. Wtedy znowu szanuję ich niezależność tak samo jak moją własną.
Nie odzywał się przez następną minutę. Był zbyt zdenerwowany. Ale otrząsnął się z tego, życząc panu i pani Hale dobrej nocy. Wtedy podszedł do Margaret i powiedział zniżonym głosem:
- Tego wieczoru odezwałem się do pani zbyt porywczo, obawiam się, że nawet niegrzecznie. Ale jak pani wie jestem nieokrzesanym fabrykantem z Milton. Wybaczy mi pani?
- Oczywiście – powiedziała, uśmiechając się i patrząc prosto w jego twarz. Było w tym coś niepokojącego i przygnębiającego, jak gdyby cała słodka jasność jej oblicza, którą znał, zniknęła nagle pod wpływem północnego wiatru wywołanego ich dyskusją. Nie wyciągnęła do niego ręki, znowu odczuł to pominięcie i złożył je na karb jej dumy.
Gosia - Pon 04 Gru, 2006 15:14
Rozdział XVI
The Shadow of Death
Cz. 1
Następnego popołudnia dr Donaldson złożył pierwszą wizytę pani Hale. Tajemnice, które jak sądziła Margaret, dzięki ich ostatniemu zbliżeniu zostały zniesione, powróciły. Wyproszono ją z pokoju, podczas gdy Dixon została do niego wpuszczona. Margaret niełatwo oddawała komuś serce, ale gdy już kochała, kochała namiętnie i bez cienia zazdrości.
Weszła do sypialni matki, tuż za salonem i chodziła tam i z powrotem, czekając, aż doktor wyjdzie. Co jakiś czas przystawała, aby posłuchać, wydawało jej się, że usłyszała jęk. Zacisnęła mocno dłonie i wstrzymała oddech. Była pewna, że usłyszała jęk. Wszystko ucichło na kilka chwil, a potem słychać było odsuwanie krzeseł, podniesione głosy, krzątaninę towarzyszącą pożegnaniu.
Kiedy usłyszała otwieranie drzwi, wyszła szybko z sypialni.
- Mój ojciec jest poza domem, doktorze Donaldson. O tej porze zajmuje się uczniami. Mogę prosić, aby pan wszedł do jego pokoju na dole?
Dostrzegła i pokonała wszelkie przeszkody, jakie Dixon postawiła na jej drodze, zajmując należną jej pozycję córki z poczuciem wyższości w duchu Starszego Brata*, który skutecznie stłumił nadgorliwość starej służącej. Przyjęcie tej nietypowej, pełnej godności postawy wobec Dixon, rozbawiło ją mimo niepokoju. Wiedziała, sądząc z zaskoczonego wyrazu twarzy Dixon, jak absurdalnie dostojne musi sprawiać wrażenie, i ta myśl towarzyszyła jej na schodach w drodze do pokoju, dając jej chwilę zapomnienia od przejmującej świadomości, jaką sprawę ma przed sobą do załatwienia. Teraz to wróciło i wydawało się zapierać dech. Minęła chwila lub dwie zanim zdołała wypowiedzieć słowo.
W jej głosie pobrzmiewała nuta rozkazu, gdy zapytała:
- Co się dzieje z mamą? Będę wdzięczna, jeśli powie mi pan prawdę wprost.
Potem, widząc, że doktor nieznacznie się zawahał, dodała:
- Jestem jej jedynym dzieckiem, tutaj. Obawiam się, że mój ojciec nie jest jeszcze zaniepokojony i dlatego jeśli istnieje powód do obawy, musi zostać przekazany mu ostrożnie. Mogę to zrobić. Mogę też opiekować się moją matką. Proszę, niech pan powie, patrzeć panu w twarz i nie móc nic z niej wyczytać wywołuje większy strach niż jakiekolwiek pana słowa.
- Moja droga młoda damo, zdaje się, że twoja matka ma najbardziej troskliwą i sprawną służącą, która jest bardziej jej przyjaciółką niż…
- Ja jestem jej córką, proszę pana.
- A jeśli powiem, że ona wyraźnie życzyła sobie, by nic pani nie mówić.
- Nie jestem dość dobra ani dość cierpliwa, by poddać się temu zakazowi. Poza tym, jestem pewna, że pan jest zbyt mądry, zbyt doświadczony, aby obiecać dotrzymać sekretu.
- Cóż – powiedział, uśmiechając się lekko, chociaż dość smutnie – tutaj ma pani rację. Nie obiecałem. Tak naprawdę, obawiam się, że sekret już wkrótce wyszedłby na jaw, bez mojego udziału.
Zamilkł. Margaret zrobiła się bardzo blada i zacisnęła wargi trochę mocniej. Poza tym nie poruszyła się. Dzięki wnikliwej znajomości charakterów, bez której żaden lekarz nie osiągnąłby rangi doktora Donaldsona, zrozumiał, że ona może wymusić na nim całą prawdę, że pozna, jeśli coś będzie przed nią zatajone, i że ukrycie prawdy może być torturą bardziej dotkliwą niż jej poznanie. Wypowiedział dwa krótkie zdania niskim głosem, cały czas ją obserwując, źrenice jej oczu rozszerzyły się ze strachu a biel jej cery stała się szara. Zamilkł. Czekał aż to wrażenie minie, aż wróci jej przerwany oddech wrócił. Wtedy powiedziała:
- Naprawdę bardzo panu dziękuję za zaufanie. Ten lęk nie dawał mi spokoju przez wiele tygodni. To jest prawdziwa, rzeczywista agonia. Moja biedna, biedna matka! – jej usta zaczęły drżeć, pozwolił jej zaznać ulgi w łzach, pewny siły samokontroli, która pomoże je opanować.
Kilka łez, tylko tyle uroniła, zanim przypomniała sobie o wielu pytaniach, które pragnęła zadać:
- Czy będzie bardzo cierpiała?
Potrząsnął głową.
– Tego nie mogę powiedzieć. To zależy od organizmu, od tysiąca rzeczy. Ale ostatnie odkrycia medycyny dają nam dużo możliwości ich złagodzenia.
* Chodzi o starszego brata z biblijnej przypowieści o synu marnotrawnym (Ewangelia Św. Łukasza 15, 23-32)
Gosia - Wto 05 Gru, 2006 20:04
Rozdział XVI
The Shadow of Death
Cz. 2
- Mój ojciec! – powiedziała Margaret drżąc na całym ciele.
- Nie znam pana Hale, więc trudno jest mi dawać rady. Mogę tylko powiedzieć: proszę wytrwać ze świadomością tego, co pani taki gwałtownie na mnie wymogła, póki nie oswoi się pani z tymi faktami, których nie mogłem przed panią ukryć, wtedy bez wielkiego wysiłku będzie pani w stanie nieść pociechę ojcu. Do tego czasu, moje wizyty, które oczywiście będą się odbywać od czasu – choć obawiam się, że jedyne, co mogę zrobić to uśmierzać ból – tysiące innych drobnych zdarzeń będą musiały obudzić jego niepokój, pogłębić go – ostatecznie będzie lepiej przygotowany. Tak, moja droga młoda damo, tak. Rozmawiałem z panem Thorntonem, cenię pani ojca za poświęcenie, którego dokonał, choć sądzę, że jest w błędzie. Cóż, ten jeden raz, jeśli to sprawi pani przyjemność. Ale proszę pamiętać, kiedy przyjdę znowu, przyjdę jako przyjaciel. I pani musi nauczyć się patrzeć na mnie w ten sposób, ponieważ spotykanie się, poznawanie się w takich okolicznościach jest warte więcej niż lata grzecznościowych wizyt. – Margaret nie mogła nic powiedzieć z powodu płaczu, ale uścisnęła jego dłoń, gdy odchodził.
- Cóż za wspaniała dziewczyna! – pomyślał doktor Donaldson, kiedy siadał w powozie i miał czas, żeby przyjrzeć się swojej [posiniałej] ręce, która trochę ucierpiała od jej uścisku. – Kto by pomyślał, że ta mała ręka może mieć taki uścisk. Ale mocno zwarła palce i to dało potężną siłę. Jakaż z niej królowa! Gdy najpierw odrzuciła głowę do tyłu, zmuszając mnie do powiedzenia prawdy, a potem pochyliła ją gorliwie do przodu, by mnie wysłuchać. Biedactwo! Muszę dopilnować, żeby się nie przepracowała. Chociaż to zdumiewające jak wiele te szlachetnie urodzone istoty mogą zrobić i znieść. Ta dziewczyna będzie podporą. U innej, która by tak śmiertelnie pobladła, nie obeszłoby się bez omdlenia lub histerii. Ale nie u niej – nie, nie u niej! Prawdziwa siła woli ją ocuciła. Taka dziewczyna jak ta mogłaby zdobyć moje serce, gdybym był trzydzieści lat młodszy. Teraz już za późno. Ach! Więc jesteśmy u Archerów. – uzbrojony w myśl, mądrość, doświadczenie wyskoczył z powozu, gotów odbyć kolejną wizytę w tej rodzinie, jakby nie było żadnej innej na świecie.
Tymczasem Margaret wróciła do gabinetu ojca na chwilę, aby odzyskać siły, zanim stawi się na górze przed obliczem matki.
- Och, mój Boże, mój Boże! To jest straszne. Jak mam to znieść? Taka śmiertelna choroba! Żadnej nadziei! Och, mamo, mamo, chciałabym nigdy nie wyjeżdżać do cioci Shaw i nie przebywać przez wszystkie te cenne lata z dala od ciebie. Biedna mama! Jak wiele musiała wycierpieć! Och, modlę się do Ciebie, mój Boże, żeby jej cierpienia nie były zbyt duże, zbyt okropne. Jak ja zniosę ich widok? Jak mogę znieść ból ojca? Nie można mu jeszcze tego powiedzieć, nie wszystko naraz. To mogłoby go zabić. Ale nie mogę stracić ani jednej chwili mojej własnej kochanej, drogiej matki.
Pobiegła na górę. Dixon nie było w pokoju. Pani Hale leżała odprężona w głębokim fotelu, otulona miękkim, białym szalem, w stosownym czepku, który założyła w oczekiwaniu na wizytę doktora. Jej twarz miała lekko blady odcień, wyczerpanie po badaniu lekarskim nadało jej spokojny wygląd. Margaret była zaskoczona widząc ją tak spokojną.
- Margaret, jak dziwnie wyglądasz! Co się stało? - gdy świadomość tego, jak się sprawy mają dotarła do niej, dodała jakby nieco rozdrażniona - Chyba nie spotkałaś się z doktorem Donaldsonem i nie zadawałaś mu pytań, prawda, dziecko?
Margaret nie odpowiedziała, tylko patrzyła smutno w jej stronę. Pani Hale była jeszcze bardziej niezadowolona.
- Z pewnością nie złamałby danego mi słowa i...
- Och, tak, mamo, zrobił to. Zmusiłam go do tego. To ja, mnie możesz winić. – Uklękła przy matce i chwyciła jej rękę, nie pozwoliła jej sobie zabrać, choć pani Hale próbowała ją cofnąć, trzymała ją całując, gorące łzy płynące z jej oczu spadały na nią.
|
|
|