To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

Fantastyka - Zmierzch, Nów i inne fazy ;)

RaczejRozwazna - Pią 11 Gru, 2009 17:49

Agn- piękna charakterystyka :serce:

Wracając do Zmierzchu - to zdjęcie z planu Eclipse strasznie mnie rozbawiło :rotfl:

http://content7.flixster....2170661_gal.jpg

Szpital dla wilkołaków prowadzony przez wampira.

Carlisle świetnie wygląda na tym zdjęciu... :serce:

Admete - Pią 11 Gru, 2009 20:28

Cytat:
Piękne jest też to, że czeka ich smutek rozstania przez dar Iluvatara dla swoich dzieci - śmierć.


Twórcy B5 wykorzystali podobny motyw - Sheridan i Delenn dostali 20 lat...Susan i Marcus nie mieli nawet tego...

Agn - Pią 11 Gru, 2009 21:05

RaczejRozwazna napisał/a:
Wracając do Zmierzchu - to zdjęcie z planu Eclipse strasznie mnie rozbawiło :rotfl:

http://content7.flixster....2170661_gal.jpg

Szpital dla wilkołaków prowadzony przez wampira.

LOL Carlisle ma na koszulce napis "Killers". Coś jest na rzeczy. :rotfl:
A najbardziej się nie mogę doczekać sceny, w której Carlisle będzie leczył Jacoba. Mam nadzieję, że to pokażą. I że nie zapomną, że przy tym był Charlie. I chcę zobaczyć, jak Billy Burke pokazuje reakcję Charliego na stek przekleństw, którymi rzuca Jake, jak go boli. :rotfl:
Nawiasem pisząc muszę coś zobaczyć z Billym, bo go widziałam tylko w roli Charliego Swana, a tę rolę gra po prostu świetnie. :mrgreen:

Aragonte - Pią 11 Gru, 2009 22:52

Admete napisał/a:
Cytat:
Piękne jest też to, że czeka ich smutek rozstania przez dar Iluvatara dla swoich dzieci - śmierć.


Twórcy B5 wykorzystali podobny motyw - Sheridan i Delenn dostali 20 lat...Susan i Marcus nie mieli nawet tego...

Właśnie :cry2: :cry2: :cry2:
Wydawało mi się to straszliwie niesprawiedliwie i niestety prawdziwe do bólu, bo nie zawsze można przełamać swoje obciążenia z przeszłości - często nie można :(
Ech, wynoszę się z tego wątku, za melancholijny mam nastrój. A Zmierzch ciągle leży odłogiem - jakoś nie mogę się za niego zabrać.

Agn - Śro 16 Gru, 2009 19:10

Też lubiłam Moonlight i żałuję, że nie kręcą dalszego ciągu, choć tam też było parę spraw, które mnie drażniło. Hmm, a może by sobie tak odświeżyć.

Skończyłam czytać pierwszą część książek Meyer po angielsku. Dajcie mnie tłumaczkę... :bejsbol:
Acz nie zmieniam zdania, w dalszym ciągu wnerwiają mnie drętwe dialogi, choć przyznaję rację Spin - po angielsku jest lepsze.
Ach, jedna rzecz. Odnośnie tych dialogów. W pierwszej części jeszcze jakoś dawały radę - tak długo, jak Bella zdobywała informacje o wampirach. Miałam wrażenie, że z Edwardem jeszcze ma o czym rozmawiać. Kiedy już między nimi wszystko zostało ustalone (tj. Bella wie już właściwie wszystko i są parą) dialogi gwałtownie drętwieją. Nie zostaje z nich w głowie nic poza wyznaniami miłości. Ech, ja tam wolę, jak miłość człowiek (czy też wampir) czynami okazuje, zamiast o niej gadać. Napiszę dlaczego - Ed ją ciągle ratuje z opresji, wyznają sobie miłość... Po dwóch latach w zasadzie tylko im ta miłość w głowie i na tym opiera się ich wiara, że razem wytrwają w wieczności. Nie wierzę w tę ich wielką miłość, dla mnie to obsesyjne zauroczenie, które kiedyś minie.

PS Odebrałam w empiku muzykę z NM (the score). Wiecie co? Co by nie powiedzieć o tych książkach, historii, filmach, postaciach, wątku miłosnym i całej tej reszcie - skomponowana przez Alexandre'a Desplata muzyka jest przepiękna. Zakochałam się w niej. :serce:

Caitriona - Śro 16 Gru, 2009 19:22

Ja też lubię Monnlight i Micka i strrasznie żałuję, że nie nakręcili kolejnej serii...

Agn, idę posłuchać tej ścieżki skoro ją tak zachwalasz ;)

Agn - Śro 16 Gru, 2009 19:28

Caitri, polecam. Jest piękna. Cudnie się jej słucha w oderwaniu od filmu. Jest taka... nostalgiczna, skromna, ale ma piękne nuty. Skomponowana w starym stylu, jak do romansów z lat... ja wiem? Czterdziestych? Wcześniejszych?
Niesamowity nastrój. :serduszkate:
Na próbkę:
Edward Leaves (szczególnie trzecia minuta, ojacie...)
Volturi Waltz (to jest niesamowite - taki właśnie walc, ale z groźnymi nutami)
Almost a Kiss (niby nic, ale nastrój... mmmm...)

EDYCJA: Znalazłam taki filmik odnośnie Volturi z książek Meyer: http://www.youtube.com/watch?v=Un9OLAHTu0M
Przyjemny do oglądania, nie powiem. Meyer b. ładnie wyglądała. Znaczy się ona ogólnie jest ładną kobietą, acz teraz jakoś tak... inaczej wygląda. Chyba jej się schudło.
A tutaj wilkołaki: http://www.youtube.com/wa...BcLxTMMDLk&NR=1
Kurczę, ten facet, który gra Paula to jest nieeeezłe ciacho...

RaczejRozwazna - Czw 17 Gru, 2009 14:14

Agn - śliczne nowe wdzianko :mrgreen:

Agn napisał/a:
Caitri, polecam. Jest piękna. Cudnie się jej słucha w oderwaniu od filmu. Jest taka... nostalgiczna, skromna, ale ma piękne nuty. Skomponowana w starym stylu, jak do romansów z lat... ja wiem? Czterdziestych? Wcześniejszych?
Niesamowity nastrój. :serduszkate:
Almost a Kiss (niby nic, ale nastrój... mmmm...)


Co do muzyki "Księżyca w nowiu" – Agn, właśnie ten fragment "Almost a Kiss" wpadł mi w ucho już podczas oglądania filmu. Pojawiał się we wszystkich "scenach" między Bellą a Jacobem, więc dla swego użytku nazwałam go "tematem Belli i Jake'a" - w każdym razie nuciłam sobie go przez kilka ładnych dni. Dzięki za przypomnienie :kwiatki_wyciaga: Muzyka mi się bardzo podoba a biorąc pod uwagę, że w ogóle jestem "team Jacob" ( :wink: ) i uważam że Bella i Jacob razem to byłoby to, więc wrażenie się potęguje. Ciągle czekam na chwilę , żebym mogła sobie w spokoju posłuchać soundtracka.

Cytat:
Ach, jedna rzecz. Odnośnie tych dialogów. W pierwszej części jeszcze jakoś dawały radę - tak długo, jak Bella zdobywała informacje o wampirach. Miałam wrażenie, że z Edwardem jeszcze ma o czym rozmawiać. Kiedy już między nimi wszystko zostało ustalone (tj. Bella wie już właściwie wszystko i są parą) dialogi gwałtownie drętwieją. Nie zostaje z nich w głowie nic poza wyznaniami miłości. Ech, ja tam wolę, jak miłość człowiek (czy też wampir) czynami okazuje, zamiast o niej gadać. Napiszę dlaczego - Ed ją ciągle ratuje z opresji, wyznają sobie miłość... Po dwóch latach w zasadzie tylko im ta miłość w głowie i na tym opiera się ich wiara, że razem wytrwają w wieczności. Nie wierzę w tę ich wielką miłość, dla mnie to obsesyjne zauroczenie, które kiedyś minie.


Agn - podpisuję się pod wszystkimi Twoimi uwagami dotyczącymi sagi. Co prawda nie czytam w oryginale, ale biorąc pod uwagę, iż moja siostra właśnie przeżywa fazę Zmierzchu (jest w team Edward , niestety :-D ) to złamałam się i sięgnęłam po "Zaćmienie". Pomijałam dialogi, które przelatywałam nie czytając, i starałam się nei zwracać uwagi na styl. Moja niechęć do Edwarda i do tej "wielkiej miłości", noszącej znamiona obsesji, tylko się pogłębiła po tej lekturze. Mam podobnie jak Agn – tzn. wydaje mi się, że po pierwszej części Meyer wyczerpały sie tematy do rozmowy między Bellą i Ed. W każdym razie w „Zaćmieniu” Bella jest normalna tylko wtedy gdy nie ma w pobliżu Edwarda. Jej uczucie do Jake’a – czymkolwiek ono miało być – jest o wiele bardziej ludzkie, ciepłe i właśnie „normalne”. Można wręcz wyodrębnić wszystkie odcienie tego uczucia – wyjątkowa sympatia, porozumienie, lekkie „matkowanie”, nie do końca uświadomiona, skrywana czułość – to wychodzi w scenach Bella-Jakob/wilk, bo w innych jednak bohaterka się kontroluje – aż wreszcie ewidentny pociąg czysto fizyczny. Poza tym oni naprawdę mają o czym ze sobą rozmawiać, mają coś do „robienia” ze sobą, mogą się nawet porządnie pokłócić, co z Ed jest nie do pomyślenia. Bella może się w końcu na Jake całkiem wściec – ale jest przy tym sobą, jest normalną czującą kobietą. Biorąc pod uwagę portret psychologiczny obojga – ewidentnie powinni być ze sobą.
Natomiast uczucie Belli do Edwarda wydaje mi się sztuczne i naciągane. No właśnie, taka obsesja fatalne zauroczenie, które sprawia, że na końcu ma się wrażenie, że Bellę naprawdę coś zewnętrznego przymusza do ślubu. Meyer chyba tak dalece się zapędziła w kreowaniu idealnej miłości, że chyba przesadziła. W każdym z normalnych światów – czy to realnym czy fikcyjnym – takie zauroczenie powinno się skończyć twardym lądowaniem i niemiłą pobudką.

A różnicę między Jake, a Edwardem najbardziej oddały mi prezenty obydwu: własnoręcznie wyrzeźbione, misterne cacko Jacoba (jak on musiał kląć, jak mu coś nie wychodziło :mrgreen: ), i brylantowy wisiorek za tysiące dolarów... Eh, człowieku, kasa to nie wszystko...

Tak mnie jakoś nabrało na dłuższą recenzję.

A poza tym, pochwalę się ( w sumie powinnam w Nie-narzekalni, ale tu czuję sie swobodniej – jak Bella w La Push :wink: ) – złożyłam pracę nad którą ślęczałam ładnych parę lat. Czuję się jakbym wyszła z więzienia... W każdym razie stawiam wszystkim miłym damom: :party: :party: :party:

spin_girl - Czw 17 Gru, 2009 14:33

RaczejRozwazna napisał/a:
A różnicę między Jake, a Edwardem najbardziej oddały mi prezenty obydwu: własnoręcznie wyrzeźbione, misterne cacko Jacoba (jak on musiał kląć, jak mu coś nie wychodziło ), i brylantowy wisiorek za tysiące dolarów... Eh, człowieku, kasa to nie wszystko...

*łapie się za głowę a potem zaczyna nią tłuc o ścianę*
To nie był brylantowy wisiorek za tysiące dolarów, po który Edward skoczył w wolnej chwili do Tiffany'ego, tylko pamiątka po jego zmarłej matce, pieczołowicie przechowywana przez dekady. W dodatku jego uzasadnienie właśnie takiego wyboru prezentu est piękne: brylantowe serce, ponieważ, tak jak jego serce jest twarde, zimne, ale całkowicie należy do niej, w dodatku błyszczy się w słońcu, jak Edward :mrgreen: cena wisiorka w ogóle nie miała znaczenia.
Poza tym nie wiem, dlaczego wszyscy zakładają, że Bella i Edward nie mieli o czym ze sobą rozmawiać. Niby dlaczego nie mieli? Chodzili do jednej szkoły, spędzali ze sobą mnóstwo czasu, podejrzewam, że rozmawiali ze sobą o wszystkim tym, o czym rozmawiają ze sobą pary. Jednym z moich absolutnie ukochanych fragmentów w "Zmierzchu" jest chwila, w której nareszcie "odblokowany" Edward zaczyna zadawać Belli tysiące pytań, dotyczące jej życia i preferencji - to pokazuje, jak bardzo był zaineresowany jej charakterem, osobowością, jak bardzo chciał ją poznać, wszystkiego się o niej dowiedzieć. A przecież doskonałe poznanie drugiej osoby jest podstawą miłości, czyż nie?
Poza tym popatrzcie na rozwój wypadków: w pierwszej części Bella i Edward się poznają, jest dużo interesujących dialogów, w czasie których odkrywają siebie wzajemnie. Ledwie zdążą się zdeklarować i chwilę pocieszyć nowoodkrytą odwzajemnioną miłością a już na Bellę zaczyna polować James. Akcja, akcja, akcja, potem kilka chwil na powtórzenie wyznań, co jest konieczne po tak traumatycznych przeżyciach, i koniec książki.
Potem mamy kilka miesięcy przerwy między Twilight a New Moon. I właśnie w trakcie tych kilku miesięcy pewnie rozmawiali o wszystkim i o niczym, chodzili do kina i na spacery o zachodzie słońca itp, itd.
W samym New Moon interakcji Edwarda z Bellą mamy raptem kilka dni, a wszystkie one są naznaczone napięciem emocjonalnym - to nie były normalne dni dla żadnego z nich, nic więc dziwnego, że rozmawiają głównie o uczuciach.
Potem, w Eclipse znowu spotykamy się z bohaterami w chwili, kiedy sytuacja się zagęszcza.
Niestety, muszę dosłownie w tej chwili wyjść do pracy, więc dokończę tego posta jak wrócę :wink:

RaczejRozwazna - Czw 17 Gru, 2009 14:38

spin_girl napisał/a:
RaczejRozwazna napisał/a:
A różnicę między Jake, a Edwardem najbardziej oddały mi prezenty obydwu: własnoręcznie wyrzeźbione, misterne cacko Jacoba (jak on musiał kląć, jak mu coś nie wychodziło ), i brylantowy wisiorek za tysiące dolarów... Eh, człowieku, kasa to nie wszystko...

*łapie się za głowę a potem zaczyna nią tłuc o ścianę*
To nie był brylantowy wisiorek za tysiące dolarów, po który Edward skoczył w wolnej chwili do Tiffany'ego, tylko pamiątka po jego zmarłej matce, pieczołowicie przechowywana przez dekady.


eeee :co_stracilam: widocznie nie tylko dialogi przeoczyłam. :wink: To było po matce? A pierścionek zaręczynowy też po rodzicach? No dobra, już się nie czepiam... Chodzi mi o to, że Alice w któryms tam momencie uświadamia Bellę, ile to kosztuje. No ale rozumiem i przyjmuję.

Ale ta sama historia jest z motorem - Ed kupuje sobie "wypasiony" motor, który przyćmiewa zupełnie gruchot wyremontowany przez Jake'a. I tłumaczenie; będę się dostosowywał do Twojego tempa... Pełen spontan, doprawdy.

BeeMeR - Czw 17 Gru, 2009 14:54

Cytat:
I właśnie w trakcie tych kilku miesięcy pewnie rozmawiali o wszystkim i o niczym, chodzili do kina i na spacery o zachodzie słońca itp, itd.
a to dobry argument :lol:
Lubię czytać Wasze przekomarzanki i argumentacje :kwiatek: :kwiatek:

Abstrahując od książki, Edzia i Belli - chyba bym oszalała ze szczęścia, gdybym miała jeszcze raz iść do szkoły/liceum z obecnymi dzieciorami/młodzieżą :frustracja:
W ogóle gdybym miała tak iść kolejny raz... :frustracja:

RaczejRozwazna - Czw 17 Gru, 2009 15:10

A fakt. Ciekawe, czy Bella brała to pod uwagę... :lol:

Beemer dzięki za gratulacje *pławi się w samozadowoleniu*

Calipso - Czw 17 Gru, 2009 18:11

BeeMeR napisał/a:
W ogóle gdybym miała tak iść kolejny raz...

Zrób mi miejsce przy tej ściance :frustracja:

Agn - Pią 18 Gru, 2009 08:31

Dobra, przeczytałam resztę rozmowy.

RR - gratulacje!!! *pobiera swoją porcję napoju* *chociaż właściwie nie powinna go pić, bo łyknęła aspirynę*

Odnośnie prezentu Jake'a i Edwarda. Też właśnie wolę to, co podarował jej Jacob. Własna robota. No a Edward? Khem, serduszko jej dał. :roll: Pomijam kiczowatość. Jake motory wyremontował. Edward kupił sobie nowy. To też jest niezła różnica. Jacob w zasadzie ma bardzo niewiele (było też o tym w Zmierzchu i filozofii), niewiele potrzebuje do szczęścia, niewiele też może dać, ale za to CO może dać! Nie twierdzę, że Edward nie daje prezentów od serca, dla niego to pewnie b. dużo znaczy, ale... wolę coś, co facet sam zrobił, myśląc przy tym o obdarowywanej. Kupić można wiele i to b. łatwo - wejść do sklepu, zapłacić... No nie wiem, jakoś cieplej mi się robi na sercu, ilekroć to Jake coś podarowywał Belli.
Zresztą mam wrażenie, że i sama Meyer bardziej lubiła Jacoba. A przynajmniej bardziej nad nim posiedziała. Zrobiła z niego b. fajną (choć nie pozbawioną wad) postać, nawet do jego języka się bardziej przyłożyła (sposób wyrażania się Blacka jest b. charakterystyczny).
Niech będzie - po prostu dla mnie ideałem faceta jest Jacob.

spin_girl - Pią 18 Gru, 2009 10:43

Edward skomponował dla Belli kołysankę. Potem dał jej w prezencie urodzinowym płytę z wykonywanymi przez siebie aranżacjami i kompozycjami. Jak to nie jest ręczna robota, to ja się nie znam :wink:
Po prostu Jacob jest bardziej rzemieślnikiem a Edward artystą, ale wszystkie prezenty od Cullenów są szalenie przemyślane (system stereo do jej ukochanego samochodu, płyta, bilety do Jacksonville, żeby mogła zobaczyć się z matką...)
Jeśli chodzi o serduszko, to jest to w dużej mierze odpowiedź na prezent Jacoba- Jake dał jej coś, co ciągle by jej o nim przypominało, więc Edward też chciał i to jest szalenie ludzkie z jego strony, bo zazdrość to też jest ludzka rzecz. Możliwości miał ograniczone - to musiała być przywieszka do jej bransoletki, więc co miał zrobić? Wyrzeźbić wampira w drewnie? I tak mu się udało wepchnąć niezłą filozofię w swój prezent :wink:
Natomiast scena z motorem jest symboliczna. Edward kupuje sobie wypasiony motor z dwóch powodów:
a. ponieważ jak wszyscy Cullenowie ma słabość do szybkich i wypasionych maszyn
b. ponieważ jest zazdrosny o Bellę i Jake'a (i to mi się podoba!)
natomiast, kiedy widzi minę Belli zdaje sobie sprawę z popełnionego przez siebie błędu. Wie, że są pewne rzeczy, swoiste rytuały, które dzieli z Jacobem i wycofuje się z klasą, pozwalając jej zachować tę odrębność. Moim zdaniem to dowodzi jego dojrzałości.
Natomiast, jak lubię Jake'a, nie mogę mu wybaczyć, że pozwalał Belli kilka razy w tygodniu spadać z motoru i nawet mu do głowy nie przyszło, żeby skombinować kask. To jest skrajna nieodpowiedzialność. Edward od razu zadbał o jej bezpieczeństwo, a akurat w przypadku pechowej i nieskoordynowanej Belli taka dbałość jest bardzo istotna.

RaczejRozwazna - Pią 18 Gru, 2009 16:15

Sęk w tym, że Jake teoretycznie nie dorównuje Edwardowi do pięt. Jest zwykłym szesnastolatkiem, nie skończył szeregu uczelni (w tym pewnie też artystycznych), jest niebogaty. A jednak jego prezenty dają się spokojnie porównywać z tymi Edwardowymi. Można by patetycznie rzec, że jake daje Belli wszystko co ma, i jest przy tym pomysłowy, a Edward, no, mógłby się bardziej postarać biorąc pod uwagę możliwości jakimi dysponuje. Ta kołysanka to było coś. No ale Meyer zarzuciła później ten kierunek, nietety...

Co do nieodpowiedzialności Jacoba i tego motoru... Owszem popełnił błąd, ale to jest wysportowany indiański chłopak, któremu nawet do głowy nie wpadło, że warto by kupić kask. W sumie sama Bella mogła o tym pomyśleć... :roll: Jake zresztą przyznaje później rację Edwardowi.

Zresztą cóż, Jake nie traktuje Belli jak niepełnosprawnej, a Edward i owszem - abstrahując zresztą od tego kasku.

Dygresja - czy wiedziałyście, że Alicja Bachleda-Curuś zagra główną rolę obok Petera Facinelli (Carlisle, och Carlisle :serce: ) w filmie The Absinthe Drinkers? W takich momentach zazdroszczę aktorom, eh... :roll:

http://www.filmweb.pl/f48...nkers,+The,2009

spin_girl - Pią 18 Gru, 2009 16:58

RaczejRozwazna napisał/a:
a Edward, no, mógłby się bardziej postarać biorąc pod uwagę możliwości jakimi dysponuje

Edward nie ma prawa dawać Belli prezentów, ponieważ ona uważa, że to zaburza równowagę między nimi ponieważ ona nie może mu nic podarować ( :roll: ) Uważam, że to Bella mogłaby się bardziej wysilić.

RaczejRozwazna napisał/a:
W sumie sama Bella mogła o tym pomyśleć...

Bella chciała być 'reckless and stupid' dlatego właśnie jeździła na motorze. Jake jest w tym wypadku nieodpowiedzialny i krótkowzroczny i nie zmienię zdania. Rehabilituje go tylko fakt, że potrafił się później do tego przyznać.
Edward jest nadopiekuńczy, ale ma powody - Bella jest faktycznie pierdołą nie z tej ziemi. Ja jego nadopiekuńczość uwielbiam, chciałabym, żeby ktoś się tak o mnie troszczył :serduszkate:

Wracając do kwestii rozmów na linii Edward-Bella i Jake-Bella.
Jak już mówiłam, zarówno w Eclipse jak i Breaking Dawn autorka skutecznie omija wszelkie okresy stabilizacji z związku Edwarda i Belli, ciągle opisuje ich wyłącznie w chwilach zagrożenia, niepokoju. Nic więc dziwnego, że ich rozmowy dotyczą wyłącznie kwestii "kocham cię, ochronię cię, co robimy, jaki jest plan" itp, itd. W między czasie są zaręczyny i ślub, więc znowu okazje do wyznań. Natomiast podejrzewam, że w tak zwanym międzyczasie rozmawiali sobie o innych sprawach - o wspólnych znajomych, książkach, muzyce, filmach... o tym jest napomknięte, ale temat nie jest rozwinięty. Co nie znaczy, że tego nie było.
Natomiast rozmowy z Jake'em są częścią procesu uzdrowienia Belli w New Moon. Dlatego ich żarty i rozmowy o wszystkim i o niczym są dość dokładnie opisane. Natomiast od momentu, w którym Jake zamienia się w wilkołaka robi się już monotematycznie: "czym ty jesteś", "na czym polegają wilkołaki", "tajemnice życia stada" a potem już tylko "kochasz mnie, kochasz jego, rzuć go, bądź ze mną, kocham cię, ranisz mnie, co ja zrobię, jak zamienisz się w wampirzycę, co mam zrobić, żebyś go rzuciła" i tak dalej. Owszem, Jake ma bardzo fajny, ironiczny humor i jego wypowiedzi są zabawne i dobrze się je czyta, ale nie uważam, żeby miał więcej wspólnego z Bellą niż Edward, przynajmniej nie od momentu, w którym stał się wilkołakiem.

RaczejRozwazna - Pią 18 Gru, 2009 19:59

Cytat:
[quote="spin_girl"]
RaczejRozwazna napisał/a:
a Edward, no, mógłby się bardziej postarać biorąc pod uwagę możliwości jakimi dysponuje

Edward nie ma prawa dawać Belli prezentów, ponieważ ona uważa, że to zaburza równowagę między nimi ponieważ ona nie może mu nic podarować ( :roll: ) Uważam, że to Bella mogłaby się bardziej wysilić.


Jeśli on nie umie jej przekonać, że jest wartościowa sama w sobie, a nie tylko dlatego, że on ją kocha, to dziękuję postoję. Bella ma ciągle kompleks niższości w stosunku do Edwarda, a takie "prowadzenie za rączkę" i "ojej jakiego ty masz pecha, jak to się stało, że jeszcze żyjesz" raczej jej nie pomaga z tego wyjśc.
Jake ją podziwia jako dziewczynę, jako człowieka, są na tym samym poziomie, a nawet Bella go przewyższa - dlatego im tak dobrze ze sobą.

Poza tym nie chodzi o to, żeby Edward jej coś dawał, materialnego znaczy się. Chodzi o to, żeby ją czymś z siebie ubogacał - no właśnie te studia, wiedza itd., itp. Z tym, że ja uważam, że to jest facet znudzony życiem i bez jakiejkolwiek głębszej pasji, więc rzeczywiście nie ma jej co do zaoferowania i m.in. dlatego "podpina" się pod bransoletki i motory Jake'a :roll: No i to przekupstwo "nie musisz zdać, ja ci załatwię studia, zdanie matury itp., itd" no, nie, nasłałabym na niego ABW! :wink:

spin_girl - Pią 18 Gru, 2009 21:20

RaczejRozwazna napisał/a:
No i to przekupstwo "nie musisz zdać, ja ci załatwię studia, zdanie matury itp., itd" no, nie, nasłałabym na niego ABW!

To nie do końca tak było. Bella zawaliła najważniejsze etapy przygotowania do studiów poniekąd za sprawą Edwarda, albo cierpiąc po jego odejściu, albo ratując mu życie we Włoszech, albo uciekając przed wampirami. Edward wiedział jednak, że Bella jest inteligentna i nadaje się na studia, po prostu przegapiła termin aplikacji, stąd mógł się uciec do łapówki.

RaczejRozwazna napisał/a:
Jeśli on nie umie jej przekonać, że jest wartościowa sama w sobie, a nie tylko dlatego, że on ją kocha, to dziękuję postoję. Bella ma ciągle kompleks niższości w stosunku do Edwarda, a takie "prowadzenie za rączkę" i "ojej jakiego

nigdy nie ma tak w związku, że partnerzy są w 100% równi sobie i Bella ma powody czuć się gorsza. Edward musiałby chyba przestać być nieśmiertelnym, migoczącym, superszybkim, superpięknym, wszechstronnie wykształconym i utalentowanym a do tego bogatym wampirem, żeby przestała czuć się gorsza :mrgreen: Chłopak robi co może i co chwilę zapewnia ją o jej wartości i swojej do niej miłości, ale, let's face it, równi sobie to oni dopiero się stają w Breaking Dawn.
RaczejRozwazna napisał/a:
Poza tym nie chodzi o to, żeby Edward jej coś dawał, materialnego znaczy się. Chodzi o to, żeby ją czymś z siebie ubogacał - no właśnie te studia, wiedza itd., itp. Z tym, że ja uważam, że to jest facet znudzony życiem i bez jakiejkolwiek głębszej pasji, więc rzeczywiście nie ma jej co do zaoferowania i m.in. dlatego "podpina" się pod bransoletki i motory Jake'a

Edward stale poszerzał horyzonty Belli, otwierał jej okno na świat, próbował umożliwić rozwój. Należy pamiętać, że ambitne plany Edwarda (podróże, studia, itp. itd. ) zostały brutalnie przerwane, gdy Bella nieoczekiwanie zaszła w ciążę. Poza tym Edward radykalnie przestał być znudzony życiem odkąd spotkał Bellę. W Eclipse i Breaking Dawn jest wręcz przepełniony entuzjazmem i planami na przyszłość.
Natomiast zastanawiam się, co takiego właściwie miał do zaofiarowania Belli Jake? Chłopak nawet nie mógł dokończyć liceum, z powodu przemian w wilkołaka. Fizycznie miał ze 25 lat, psychicznie 17, każdego dnia jako wilk musiał patrolować okolicę, nie miał perspektyw ani pieniędzy, w dodatku nic nie zapowiadało zmiany w tym układzie, a do tego w każdej chwili mógł się "wpoić" w jakąś inną panienkę. Piesze wycieczki, motory i popijanie ciepłej coli w garażu mogły być fajne przez kilka tygodni, ale na dłuższą metę...

RaczejRozwazna - Pią 18 Gru, 2009 21:39

Jacob sprawiał, że Bella czuła się sobą, rozweselał ją, obdarzał ciepłem, czuła się przy nim bezpiecznie i swojsko, a w La Push jak w domu i ostoi... wystarczy. Ale dodatkowo Jacob wyjątkowo zna Bellę, lepiej niż Edward. Nie wiem czy to nie ma związku z jakimś wilczym instynktem.
Co do tych cech Edwarda - spokojnie spokojnie. Jake też jest silny szybki itd. po przemianie, ale mimo to tej róznicy międfzy nim a Bellą nie widać. Poza tym, jakby nie patrzeć, wampiry zasługują też na litość - ich egzystencja naprawdę nie jest za ciekawa. Ta fascynacja Belli jest lekko chorobliwa...
Co do wpojenia, to akurat nie bardzo podoba mi się ten wątek w sadze, ale znając losy bohaterów do końca, to raczej by się jednak Jake w nikogo nie wpoił :wink:

spin_girl - Pią 18 Gru, 2009 22:38

Jejq, co to za jakaś obsesja z tym rozweselaniem :roll: ja rozumiem, śmiech to zdrowie, ale bez przesady. Czyżby Edward nie miał możliwości rozweselenia Belli? Ja tam sobie przypominam kilka zabawnych momentów :wink:
Poza tym przy Jacobie Bella się rozgrzeszala, ciągnęła w dół, natomiast Edward ją motywował do poszerzania horyzontów, otwierał na świat i ludzi (jego rodzinę, ludzi w szkole - "zmusił" ją żeby poszła na bal, Alice wyprawiła jej imprezę na zakończenie szkoły i urodziny). Przy Jacobie Bella utknęłaby w malutkim rezerwaciku w La Push z Jacobem, Billy'm i 5 wilkołakami.
Jeśli chodzi o czucie się bezpiecznie, to akurat nie ma chyba lepszego obrońcy niż Edward i Bella czuła się przy nim całkowicie bezpiecznie. Poza tym za Edwardem stała cała rodzina Cullenów. Należy pamiętać o tym, że Bella uwielbiała być częścią tej rodziny.

Swoją drogą, to jak już wspominałam, najmniej z całej tej trójki lubię Bellę i uważam, że zarówno Edward jak i Jacob byli dla niej za dobrzy :mrgreen:

RaczejRozwazna - Pią 18 Gru, 2009 22:54

A może Bella nie chciała tych "szerokich horyzontów" w wydaniu Cullenów? Sama w młodości nie przepadałam za przyjęciami, tańcami itd. i pamiętam jak cierpiałam, gdy trzeba było w czyms takim wziąc udział. Zresztą końcówka Eclipse mówi dużo na ten temat - gdy Jacob otrzymuje zaproszenie i stwierdza: "jest ono zbyt wyszukane na Forks, nic w tym zaproszeniu nie ma z Belli" - czy jakoś tak. Alice to SWOJE wizje realizowała a nie Belli organizując te przyjęcia.
Człowiek może czuć się dobrze w prostocie - tę cechę Belli akurat świetnie rozumiem.

Co do otwierania na świat, to w Eclipse wydaje mi się, że Edward raczej tylko zmysłowośc rozbudzał w Belli niż cokolwiek innego... W dwóch pierwszych częściach było lepiej.

Co do rozweselania - to nie chodzi o rozśmieszanie. Tu chodzi o fakt, że człowiek depresyjny jest mniej depresyjny przy kimś drugim. Edward sam był skomplikowany. Moja siostra to dobrze ujęła - on cierpiał nawet wtedy, gdy wszystko układało się dobrze. Natomiast Jacob jest po prostu człowiekiem cieszącym się życiem i umiejącym tę radośc wlewać w innych - takim słońcem, jak to określiła sama Bella.

Agn - Sob 19 Gru, 2009 08:23

Mogę? Mogę? Mogę? Edward, po pewnym czasie miałam takie wrażenie, takim był rewelacyjnym obrońcą, że na początku NM, kiedy Bella miała tylko jedno skaleczenie, skończyła z rozwaloną ręką i jeszcze większym rozlewem krwi.

Odnośnie jeszcze tej obrony - Bella przy Edwardzie jest jak eksponat w kuloodpornej gablocie. A przy Jake'u może popełniać błędy. O kasku mogła sama pomyśleć - nie chce, nie założy.

A odnośnie tego poszerzania horyzontów - pójście na szkolną potańcówkę to akurat nie jest jakiś rewelacyjny sposób poszerzania czegokolwiek, zwłaszcza jeśli ktoś tego typu spraw nie lubi. Ale nie - bo trzeba. Nawiasem pisząc Bella, kiedy w końcu załapała, czemu Alice ją wbiła w sukienkę, dała popis inteligencji, że hej. Oraz marudności. :roll:
A jeśli zawaliła przygotowania do szkoły - z całym szacunkiem, ale w życiu tak już jest, że to jej sprawa. Zamiast myśleć o Edziu, który ją zostawił z niesamowicie głupich powodów, mogła zabrać się do roboty, a nie na kilka miesięcy zostać zombie. A tej wielkiej miłości do rodziny Cullenów i Edwarda nie bardzo rozumiem. Znali się może z rok, kiedy zostali w końcu parą i od razu zaczęła się gadka o wiecznym byciu razem. Hmpf. Nie, sorry, ja tego nie kupuję. No ale jeśli Ed został sobie z kimś takim jak Bella na wieczność, to jego rzecz. Widocznie lubi.
A to, że ją Jake rozbawiał... Dla mnie to istotne. Czemu? Cóż, w normalnym życiu, zapewniam cię, nie wytrzymałabyś z kimś takim jak Edward. Naprawdę. Miałabyś go dosyć i zaczęła unikać. A że książki poniekąd naśladują życie (fantastyka i horrory także!), to to mi się nie zgadza. Ale mniejsza - Meyer poniosła fantazja, pisała, co jej ślina na język przyniesła, nic tego nie zmieni.

PS W BD B. i E. wcale nie są sobie równi. Belka zmieniła się ze zwykłej Mary Sue w Mary Sue w wersji hiper. Jest jeszcze piękniejsza, szybsza niż wszyscy, silniejsza, ma super dar... Boru...

PPS Swoją szosą to prawda, że Jake też był dla niej za dobry. :lol:

PPPS Wczoraj z gospodarzami oglądałam NM. Muszę sobie odświeżyć książkę, bo nie pamiętam, czy to też było, ale podobało mi się, jak Jake zwracał (nieświadomie, ale jednak) uwagę Belli na totalną bzdurność jej niektórych zachować. Np. jak ją pytał, co ona ma z tym wiekiem. Czy ma już czterdziestkę na karku? Albo ten dialog:
- O rany, Bella, twoja głowa...
- Kurczę. Przepraszam...
- Eee... przepraszasz za to, że krwawisz? To tylko krew, nic takiego!

spin_girl - Sob 19 Gru, 2009 10:25

Agn napisał/a:
- O rany, Bella, twoja głowa...
- Kurczę. Przepraszam...
- Eee... przepraszasz za to, że krwawisz? To tylko krew, nic takiego!

było w książce. :mrgreen: Bella była przyzwyczajona do przebywania z istotami, dla których krew była problemem i dlatego przepraszała.
Agn napisał/a:
Edward, po pewnym czasie miałam takie wrażenie, takim był rewelacyjnym obrońcą, że na początku NM, kiedy Bella miała tylko jedno skaleczenie, skończyła z rozwaloną ręką i jeszcze większym rozlewem krwi.

bo mu rochę nie wyszło, kiedy usuwał ją z drogi Jaspera, ale gdyby jej nie usunął skończyłaby z rozszarpanym gardłem. Trochę nie wycelował z siłą.

Agn napisał/a:
A odnośnie tego poszerzania horyzontów - pójście na szkolną potańcówkę to akurat nie jest jakiś rewelacyjny sposób poszerzania czegokolwiek, zwłaszcza jeśli ktoś tego typu spraw nie lubi. Ale nie - bo trzeba. Nawiasem pisząc Bella, kiedy w końcu załapała, czemu Alice ją wbiła w sukienkę, dała popis inteligencji, że hej. Oraz marudności.

oj dała...z tym, że trzeba zrozumieć, że w mentalności Amerykanów school prom to jest kultowa okazja, której za nic nie można przegapić.
Poza tym jedną z najgorszych wad Belli był fakt, że izolowała się od ludzi, ograniczała do kilku osób, a to nie jest dobry sposób na życie. Dlatego rozumiem i popieram wysiłki Cullenów w stronę otwarcia jej nieco na ludzi. Zresztą Bella sama w końcu po każdej imprezie przyznwała, że nie było tak źle, szczególnie po ślubie. Poza tym, nawet jeśli Alice realizowała swoje wizje, to do cholery, Bella mogła się trochę poświęcić dla innych. Jej niewdzięczne zachowanie i marudzenie przed każdą imprezą doprowadza mnie do furii, to jest skrajny egoizm z jej strony!

Agn napisał/a:
A jeśli zawaliła przygotowania do szkoły - z całym szacunkiem, ale w życiu tak już jest, że to jej sprawa.

w życiu Belli akurat nie, bo ona miała chłopaka z możliwościami :wink: inni biedni śmiertelnicy muszą sobie radzić sami, ale jeśli kocha cię ktoś, kto ma pieniądze i koneksje to zawsze zmienia postać rzeczy. Tak jest, było i będzie, a realnym świecie też.

Agn napisał/a:
A tej wielkiej miłości do rodziny Cullenów i Edwarda nie bardzo rozumiem.

to jest kwestia przekonań i wiary w miłość po gróg i miłość od pierwszego wejrzenia. Raz w życiu miałam okazję obserwować takie zjawisko. Kiedy mieszkałam w Irlandii Północnej wyprawiliśmy pewnego dnia imieniny dla trzech Anek. Impreza była olbrzymia, ponad 50 osób przewinęło się przez nasz flat. Znajomi przyprowadzali znajomych, bo nasze imprezy były słynne na całą okolicę. Na tę właśnie imprezę, jako znajomy znajomego przyszedł pewnien chłopak, Łukasz. Ledwie wszedł i zdążył się przedstawić, oko jego padło na nszą współlokatorkę Olę. Ola była na tej imprezie ze swoim chłopakiem, znanym w okolicy z temperamentu i niejakiej skłonności do agresji, ale w niczym to nie przeszkodziło Łukaszowi. Miałam akurat niezły punkt obserwacyjny i widziałam wszystko. Wszedł, spojrzał i trafiło go dosłownie jak grom z jasnego nieba. Zmienił się na twarzy, w oczach mu zabłysło, dosłownie jakby amoku dostał. Przez całą imprezę oka od niej nie odrywał, ale jej chłopak nieco mu chodził w paradę. Dowiedział się jednak, gdzie Ola pracuje i dzień w dzień przez tydzień przez cztery godziny stał i czekał najpierw na jej przerwę, a potem na koniec pracy, żeby zaprosić ją na spacer po plaży. Po tygodniu byli parą i zamieszkali razem. Łukasz zaliczył jeden prawy sierpowy od porzuconego chłopaka Oli i na tym się skończyło. Pół roku później Łukasz i Ola byli zaręczeni. Byłam raz u nich z wizytą i tak intensywnej fascynacji i miłości nigdy przedtem ani potem nie widziałam, powietrze było tym wręcz naelektryzowane. Od tego czasu wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia i w miłość graniczącą z obsesją. Zdarza się rzadko, ale się zdarza, a wtedy żadna logika się już nie liczy.

RaczejRozwazna - Sob 19 Gru, 2009 10:54

Agn napisał/a:


Odnośnie jeszcze tej obrony - Bella przy Edwardzie jest jak eksponat w kuloodpornej gablocie. A przy Jake'u może popełniać błędy. O kasku mogła sama pomyśleć - nie chce, nie założy.


O to, to. Czyli jednak - dla Edzia Bella to kaleka, dla Jake'a nie. Ktoś ładnie kiedyś to ujął: Edward sprząta sprzed nóg Belli wszelkie kamienie i łapie ją zanim upadnie. Jake natomiast pomaga jej wstać - czy nie tak uczy się dzieci chodzić? Ja też miłuję wolność - a nadopiekuńczy Edward trochę trzyma jednak Bellę w złotej klatce; ja w pewnych momentach ksiązki się dusiłam. To porshe dla Alice w Eclipse :?
Co do Jacoba jeszcze.
Przypominam też sobie kilka scen które mnie ujęły - w NM Jake instynktownie, bez słów wiedział jakich tematów unikać, co zrobić, żeby Bellę podnieść w danej chwili na duchu - i, co ważne, nie gadał o tym tylko robił co trzeba . W książce to jest jednak lepiej ukazane niż w filmie - wtedy gdy Jacob samą Bellę zaskakuje mówiąc do Mike'a, że ona nie lubi muzyki, albo gdy unika mówienia o Cullenach. Naprawdę chciałabym spotkać kogoś takiego, kto mnie tak dobrze zna i chroni...

Cytat:
A to, że ją Jake rozbawiał... Dla mnie to istotne. Czemu? Cóż, w normalnym życiu, zapewniam cię, nie wytrzymałabyś z kimś takim jak Edward. Naprawdę. Miałabyś go dosyć i zaczęła unikać. A że książki poniekąd naśladują życie (fantastyka i horrory także!), to to mi się nie zgadza


Tak właśnie jest. Nic mnie tak w książce Meyer nie drażni jak małe prawdopodobieństwo pod względem psychologicznym całej tej historii.


Spin - odnośnie tego Twojego kolegi - może jednak w takim razie to całe wpojenie istnieje :wink: :lol:



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group