To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Z Południa na Północ
Jane Austen, Elizabeth Gaskell, siostry Brontë - forum poświęcone ich twórczości, ekranizacji ich prozy i nie tylko.

North and South - powieść - Tłumaczenia fragmentów powieści "N&S"

Matylda - Pią 03 Lis, 2006 23:07

Gosieńko dzieki za te smakołyki :thud:
Anonymous - Sob 04 Lis, 2006 00:54

jenyściewy, tyle tego... ajaj bedzie czym sie delektowac :D
Mag - Nie 05 Lis, 2006 10:35

Gosiałku, my jesteśmy wdzięczne i cierpliwe, jak na Damy przystało - zaczekamy!
Gitka - Nie 05 Lis, 2006 11:15

Gosiu i tak Nas rozpieszczasz niesamowicie :thud:
Caroline - Pon 06 Lis, 2006 21:53

Gosiałek nas na trochę opuścił, ale zostawił parę delicji pod moją pieczą, hehe :)
Serwuję nieco z duszą na ramieniu, bom umoczyła moje łakome paluszki w tych ciasteczkach, a Gosiałek nie miał okazji się ustosunkować do poczynionych spustoszeń. Z powodu wszelkich nieścisłości, potknięć i pomyłek Inkwizycję należy więc nasyłać na mnie.
A teraz Gosia-cookie-time!


Rozdział XIII
A Soft Breeze in a Sultry Place

(Miękki wietrzyk w dusznym miejscu)

s. 115 cz.1
Margaret wbiegła po schodach, gdy tylko goście odeszli, włożyła czepek i szal, by pobiec dowiedzieć się, jak się czuje Bessy Higgins i posiedzieć z nią tak długo jak mogła przed obiadem. Gdy szła zatłoczonymi wąskimi ulicami, czuła jak wiele zyskały w jej oczach przez prosty fakt, że nauczyła się interesować ich mieszkańcami.
Mary Higgins, niechlujna młodsza siostra, usiłowała na tyle na ile mogła posprzątać dom na oczekiwaną wizytę. Środek pokoju został ostro wyszorowany, podczas gdy kamienne płyty pod krzesłami, stołem i wokół ścian zachowały swój ciemny, brudny wygląd. Chociaż dzień był gorący, na palenisku płonął duży ogień, tak że cały pokój przypominał rozgrzany piec. Margaret nie rozumiała, że hojne dokładanie węgla było oznaką gościnnego przyjęcia ze strony Mary i myślała że być może to dokuczliwe gorąco jest niezbędne Bessy. Sama Bessy leżała na kozetce lub czymś w rodzaju krótkiej sofy umieszczonej pod oknem. Była dużo słabsza niż poprzedniego dnia i wyczerpana wstawaniem za każdym razem, gdy słyszała czyjeś kroki i sprawdzaniem czy Margaret nie nadchodzi.
A teraz kiedy Margaret była tutaj i zajęła krzesło przyniesione przez nią, Bessy leżała cicha i zadowolona, patrząc na twarz Margaret i dotykając części jej stroju z dziecięcym podziwem dla wykwintności materiału.
- Wcześniej nie wiedziałam dlaczego ludziom w Biblii zależało na miękkich szatach. To musi być miłe być ubranym tak jak ty. Są tak różne od tego co zwykle. Ubrania wytwornych ludzi zazwyczaj męczą oczy kolorami, ale twoje jakoś mnie uspokajają. Skąd masz tę sukienkę?
- Z Londynu – powiedziała Margaret, bardzo rozbawiona.
- Londyn! Byłaś w Londynie?
- Tak! Mieszkałam tam parę lat. Ale mój dom był w lesie, na wsi.
- Opowiedz mi o tym – powiedziała Bessy. – Lubię słuchać opowieści o wsi i drzewach i tym podobnych rzeczach.
Przechyliła się do tyłu, zamknęła oczy i skrzyżowała ręce na piersi, leżąc w doskonałym spoczynku, jakby chciała lepiej wysłuchać tego, co miała powiedzieć Margaret.
Margaret nigdy nie opowiadała o Helstone odkąd je opuściła, poza okazjonalnym wymienianiem jego nazwy. Widziała je w snach wyraźniejszych niż w rzeczywistość, i kiedy nocami zapadała w sen jej pamięć odlatywała do wszystkich tych miłych miejsc. Ale teraz otworzyła serce przed tą dziewczyną:
- Och Bessy, tak gorąco kochałam dom, który opuściliśmy. Chciałabym, żebyś mogła go zobaczyć. Nie mogę oddać w połowie jego piękna. Są tam wielkie drzewa wszędzie wokół, ich gałęzie rozciągają się szeroko i wysoko dając głęboki cień i wytchnienie nawet w południe. Choć każdy liść wydaje się pozostawać w spoczynku, wokół – choć nie na wyciągnięcie ręki - rozlega się natarczywy dźwięk nieustannego ruchu. Czasami trawa jest tak miękka i delikatna jak aksamit, czasami dość bujna, wiecznie wilgotna od ukrytego, szemrzącego strumyka w pobliżu. Gdzie indziej kłębią się paprocie – całe pola paproci, niektóre ukryte w zielonym cieniu, inne z długimi smugami złotego światła słonecznego kładącymi się na nich – zupełnie jak morze.
- Nigdy nie widziałam morza, – zamruczała Bessy – ale mów dalej.
- Wreszcie tu i tam rozciągają się szerokie łąki, wysoko, jakby ponad czubkami drzew.

cdn :wink:

Anonymous - Pon 06 Lis, 2006 22:32

Zwróciłyście uwagę jakie piękne opisy serwuje nam Gaskel? Nie każde opisy lubię, ale te to majstersztyk.
ewelinka - Śro 08 Lis, 2006 22:08

Oj tak trzeba przyznać,że opisy są prześliczne :roll:
Caroline - Śro 08 Lis, 2006 22:23


Rozdział XIII
A Soft Breeze in a Sultry Place

(Miękki wietrzyk w dusznym miejscu)

s. 115 cz.2

- Cieszę się. Czułam się przytłoczona. Jeśli wychodziłam gdzieś na zewnątrz, zawsze chciałam wejść gdzieś wysoko i głęboko odetchnąć pełną piersią. Milton mnie przytłacza, myślę, że dźwięk między drzewami, o którym mówisz, rozlegający się nieustannie, mógłby mnie oszołomić i przysporzyć mi bólu głowy tak jak w fabryce. Na tych łąkach, jak sądzę, hałas jest niewielki?
- Nie – powiedziała Margaret – nic poza skowronkami nie słychać. Czasami miałam zwyczaj słuchać rolników mówiących coś głośno do swoich służących, ale to było tak daleko, że jedynie przypominało mi w przyjemny sposób, że inni ludzie pracują w jakimś oddalonym miejscu, podczas gdy ja siedziałam na wrzosie i nic nie robiłam.
- Myślałam kiedyś, że gdybym mogła jeden dzień nic nie robić, żeby odpocząć – spędzić dzień w jakimś spokojnym miejscu, jak to o którym mówisz – to mogłoby mnie uzdrowić. Ale teraz mam wiele bezczynnych dni i jestem zmęczona nimi, tak jakbym była w pracy. Czasami jestem tak zmęczona i myślę o tym, że nie mogłabym się cieszyć niebem, zanim bym trochę nie odpoczęła. Boję się, że pójdę tam prosto zanim zaczerpnę dobrego snu, który dany by mi był w grobie.
- Nie bój się, Bessy – powiedziała Margaret, kładąc swoją rękę na dłoni dziewczyny – Bóg zapewni ci doskonalszy odpoczynek, niż bezczynność na ziemi lub śmiertelny sen w grobie.
Bessy poruszyła się niespokojnie, potem powiedziała:
- Chciałabym, żeby ojciec nie mówił w ten sposób. On chce dobrze, tak jak ci mówiłam wczoraj. Ale widzisz, chociaż nie wierzę mu w dzień, nocą, kiedy mam gorączkę i jestem w półśnie, to przychodzi do mnie znowu, och! Jest mi tak źle! I myślę o tym, że jeśli to miałby być koniec wszystkiego i gdybym urodziła się tylko po to, żeby zadręczyć swoje serce i życie, rozchorować się w tym męczącym miejscu, z jego fabrycznymi hałasami, które brzmią w moich uszach nieustannie, aż mogłabym krzyczeć, aby przestały i pozwoliły mi mieć chwilę odpoczynku; w tym miejscu, gdzie kłaczki wypełniają moje płuca, aż pragnęłabym śmierci, aby wziąć jeden głęboki oddech czystego powietrza, o którym mówisz… moja matka odeszła, nigdy nie mogłam jej powiedzieć, jak bardzo ją kochałam, wszystkie moje kłopoty… myślę, że jeśli to życie miałoby być końcem i nie ma Boga, aby otarł łzy ze wszystkich oczu, dziewczyno – powiedziała siadając i ściskając gwałtownie, prawie wściekle rękę Margaret – mogłabym oszaleć i cię zabić, mogłabym… Opadła zupełnie wyczerpana tym wybuchem uczuć. Margaret uklękła przed nią.
- Bessy, mamy Ojca w Niebie.
- Wiem o tym, wiem o tym. – jęczała przewracając głowę z boku na bok.
- Jestem naprawdę zła. Powiedziałam to naprawdę podle. Och! Nie obawiaj się mnie, ani przyjścia tu znowu. Nie skrzywdziłabym cię. I – otwierając oczy i spoglądając poważnie na Margaret powiedziała – Myślę, że nawet ja bardziej wierzę w to, co ma nadejść niż ty. Czytałam Księgę Objawienia* póki nie znałam jej na pamięć i nigdy nie mam wątpliwości, jeśli jestem przebudzona, w pełni zmysłów, co do chwały, jakiej dostąpię.
- Nie rozmawiajmy o myślach, które przychodzą ci do głowy, kiedy masz gorączkę. Chciałabym raczej posłuchać o tym, co robiłaś, kiedy czułaś się dobrze.
- Sądzę, że było ze mną dobrze do śmierci mamy, ale mniej więcej od tego czasu już nigdy nie czułam się dobrze. Zaczęłam wkrótce potem pracować w gręplarni, kłaczki weszły w moje płuca i zatruły mnie.
- Kłaczki? – powiedziała Margaret pytająco.
- Kłaczki – odpowiedziała Bessy – małe latające kawałki bawełny, kiedy gręplujesz, wypełniają powietrze, to wygląda jak piękny biały pył. Mówią, że owijają się wokół płuc i ściskają je. W każdym razie wielu pracujących w gręplarni choruje, kaszle i pluje krwią, ponieważ zostają zatruci przez kłaczki.
- Ale czy nie można temu zapobiec? – zapytała Margaret.
- Nie wiem. Niektórzy mają wielkie koła na końcu swoich gręplarni, które robią przeciąg i odciągają pył, ale te koła kosztują mnóstwo pieniędzy – pięćset lub sześćset funtów i nie przynoszą zysku, tak więc tylko paru właścicieli je założyło. Słyszałam jak ludzie mówili, że nie lubią miejsc, gdzie jest to koło, ponieważ to sprawia, że są głodni, przyzwyczaili się do połykania pyłu, bez niego nie będą pracować i że stawki powinny wzrosnąć jeśli mają pracować w takich miejscach. Tak więc dla panów i robotników te koła się nie sprawdzają. Chciałabym jednak żeby były w naszej fabryce.

* Apokalipsa Św. Jana

Harry_the_Cat - Śro 08 Lis, 2006 22:40

Dzięki Caroline, dzięki, Gosiu :)
Gitka - Czw 09 Lis, 2006 09:26

Ja także dziękuję.
Tak jakby Gosia już była z Nami :lol:

Balbina - Czw 09 Lis, 2006 13:11

Cały czas jest z nami a my z Nią
Alison - Czw 09 Lis, 2006 13:29

Gosiałek już chyba jest w domku, to pewnie się lada chwilka odezwie :-)
Gosia - Czw 09 Lis, 2006 13:37

Jestem, jestem, ;) troche sponiewierana i wymieta, ale jestem :D
Dzieki Caroline za ciasteczka :D
Pozdrawiam :hello:

Alison - Czw 09 Lis, 2006 13:57

Gosia napisał/a:
Jestem, jestem, ;) troche sponiewierana i wymieta, ale jestem :D
Dzieki Caroline za ciasteczka :D
Pozdrawiam :hello:


GOSIAAAAA!!! HurrrAAA!!! :banan: :banan:

No czyli wszystko po staremu. Nie ma to jak rodzina w kupie ;-) :hello:

Balbina - Czw 09 Lis, 2006 13:58

Witaj Gosieńko :hello: witaj ja też Cię pozdrawiam serdecznie
Anonymous - Czw 09 Lis, 2006 14:12

Gosia, Gosia, Gosia !!!!! :hello: :hello: :hello:
Marija - Czw 09 Lis, 2006 14:29

Dajcie się dziewczynie odprasować i herbatki popić :twisted: Wrzeszczą wszystkie naraz :twisted: :wink:
Kaziuta - Czw 09 Lis, 2006 21:30


Gosia - Pią 10 Lis, 2006 11:31

Dzieki dziewczynki :hello:
Musialam wczoraj odpoczac, ale dzis juz zajrzalam :D
Wygadam sie w innych watkach ;)

Caroline - Pią 10 Lis, 2006 19:07


Rozdział XIII
A Soft Breeze in a Sultry Place

(Miękki wietrzyk w dusznym miejscu)

s. 115 cz.3

- Czy twój ojciec nie wiedział o tym? – zapytała Margaret
- Tak! I było mu przykro. Ale nasza fabryka była w sumie dobra, załoga była pewna, uczciwa, ojciec obawiał się posłać mnie do obcego miejsca i choć może teraz nie przyszłoby ci to na myśl, ludzie uważali mnie za świetną dziewczynę, nie chciałam znów być nowa i niepewna. Mary musiała chodzić do szkoły, jak powiedziała mama, ojciec zawsze lubił kupować książki i chodzić na różne wykłady – wszystko to wymagało pieniędzy – tak więc pracowałam, a teraz nie mogę pozbyć się warkotu z uszu i kłaczków z płuc. To wszystko.
- Ile masz lat? – zapytała Margaret.
- Dziewiętnaście skończę w lipcu.
- I ja też mam dziewiętnaście.
Pomyślała, z większym smutkiem niż Bessy, o różnicach między nimi. Nie mogła nic powiedzieć przez chwilę, z powodu wzburzenia, które próbowała opanować.
- Jeśli chodzi o Mary – powiedziała Bessy – Chciałabym cię prosić, żebyś była dla niej przyjaciółką. Ma siedemnaście lat, a jest ostatnią z nas. Nie chcę, żeby poszła do fabryki, a nie wiem, do czego się nadaje.
- Nie mogłaby... – Margaret nieświadomie rzuciła okiem na nieposprzątane kąty w pokoju. – Nie mogłaby podjąć się pracy służącej. Mamy starą wierną służącą, prawie przyjaciółkę, która potrzebuje pomocy, ale jest bardzo wymagająca i byłoby niewłaściwe obarczać ją pomocą, która mogłaby powodować tylko rozdrażnienie i irytację.
- Nie, rozumiem. Uważam, że masz rację. Nasza Mary jest dobrą dziewczyną, ale kto miał ją nauczyć jak dbać o dom? Nie matka, a ja cały czas byłam w fabryce i jedyne co mogłam, to zrugać ją za zrobienie źle tego, co sama nie wiedziałam ani trochę jak się powinno robić. Mimo wszystko wolałabym, żeby mieszkała z tobą.
- Chociaż nie mogłaby przyjść do nas by pracować jako służąca – a nie jestem tego pewna – przez wzgląd na ciebie zawsze będę starała się być dla niej przyjaciółką. Teraz muszę już iść. Przyjdę tak szybko, jak będę mogła, ale jeśli to nie będzie jutro, ani pojutrze, ani nawet w ciągu tygodnia czy dwóch, nie myśl, że zapomniałam o tobie. Mogę być zajęta.
- Wiem, że nie zapomnisz o mnie znowu. Nie będę więcej nieufna. Ale pamiętaj, za tydzień lub dwa ja już mogę nie żyć i leżeć w grobie.
- Przyjdę tak szybko, jak będę mogła, Bessy – powiedziała Margaret, ściskając mocno jej rękę. - Ale jeśli poczujesz się gorzej, dasz mi znać.
- Tak zrobię – powiedziała Bessy oddając uścisk.

Z dnia na dzień pani Hale stawała się coraz bardziej cierpiąca. Zbliżała się rocznica ślubu Edith i patrząc wstecz na rok pełen kłopotów, Margaret zdumiewała się, jak to znieśli. Gdyby mogła to przewidzieć, skurczyłaby się i ukryła przed nadchodzącym czasem. Jednak dzień za dniem, sam w sobie był znośny – małe, krótkie jasne punkciki radości błyszczały w samym środku zmartwień. Rok temu - kiedy Margaret pojechała do Helstone i po raz pierwszy stała się świadoma jej zrzędliwego charakteru – matka gorzko wyrzekałaby na myśl o długiej chorobie, którą trzeba było znosić w obcym posępnym, hałaśliwym miejscu z ograniczonymi wygodami w każdej sferze domowego życia. Ale gdy nasilały się dolegliwości, nowy rodzaj cierpliwości pojawił się w jej umyśle. Była łagodna i spokojna mimo dotkliwego cierpienia, w porównaniu z tym jak była rozdrażniona i przygnębiona, kiedy nie było rzeczywistego powodu do zmartwienia.
Pan Hale był w dokładnie takim stanie niepokoju, który u człowieka jego pokroju przybierał postać świadomego zaślepienia. Margaret nigdy nie widziała go równie poirytowanego, jak wtedy, gdy wyraziła swoje obawy.
- Doprawdy, Margaret, coraz bardziej fantazjujesz! Bóg wie, że ja pierwszy podniósłbym alarm, gdyby twoja matka była naprawdę chora. Zawsze wiedzieliśmy, kiedy miała bóle głowy w Helstone, nawet bez mówienia nam o tym. Wygląda blado, kiedy jest chora, a teraz ma zdrowe kolory na policzkach, takie jakie miała, kiedy ją poznałem.
- Ależ tato – powiedziała Margaret z wahaniem – ja myślę, że to jest rumieniec bólu.
- Nonsens, Margaret. Mówię ci, że zbyt fantazjujesz. To ty nie czujesz się dobrze, jak sądzę. Wezwij jutro doktora dla siebie, a wtedy, jeśli to cię uspokoi, może on zbadać twoją matkę.
- Dziękuję ci, drogi ojcze. To mnie uspokoi, w istocie. – I podeszła, żeby go ucałować.
Ale on odsunął ją od siebie – dość grzecznie, ale tak jakby zasugerowała jakieś nieprzyjemne myśli, których on z chęcią by się pozbył tak szybko jak mógł w jej obecności. Chodził niespokojnie po pokoju.
- Biedna Maria! – powiedział, w połowie do siebie. – Chciałbym móc czynić właściwie bez poświęcania innych. Znienawidzę to miasto i siebie także, jeśli ona... Powiedz Margaret, czy twoja matka często mówi o starych miejscach Helstone?
- Nie, tato – powiedziała smutno Margaret.
- Jak widzisz więc, nie tęskni za nimi. Pocieszeniem zawsze dla mnie było, że twoja matka jest tak bezpośrednia i otwarta, że wiedziałem o każdym najmniejszym jej zmartwieniu, jakie miała. Nigdy nie ukryłaby przede mną niczego co poważnie zagrażałoby jej zdrowiu, nie ukryłaby, prawda, Margaret? Jestem całkiem pewien, że nie. Tak więc nie chcę więcej słyszeć tych niemądrych, ponurych pomysłów. Chodź, pocałuj mnie i uciekaj do łóżka.
Ale ona słyszała, jak miotał się po pokoju (plątał, jak ona i Edith zwykły mówić) długo po tym, jak skończyła powoli i ociężałe się rozbierać, długo po tym jak zaczęła nasłuchiwać, gdy położyła się do łóżka.

Mag - Nie 12 Lis, 2006 14:05

Pan Hale irytuje mnie coraz bardziej...
Gosia - Czw 16 Lis, 2006 09:53

Dziewczynki, nie martwcie sie. Jest pewien zastoj w tym watku, ale to dlugo nie potrwa, bo kolejne dwa rozdzialy "się tłumaczą"
Wiec nie upadajcie na duchu :hello:

Matylda - Czw 16 Lis, 2006 15:48

Gosiu i Carolino dzieki za te wspaniałe fragmenty
Caroline - Pon 20 Lis, 2006 20:22

Z okrojonego mocno tortu N&S zostały już właściwie resztki. Tak je po troszku uzupełniamy. Oto jeden z nich - małe co nieco o Fredericku.

Rozdział XIV Bunt
(„The mutiny”)
s.122

Pociechą dla Margaret w tym czasie było poczucie, że matka staje się wobec niej czulsza i bardziej otwarta, nie było tak od wczesnego dzieciństwa. Matka przyjęła ją do swego serca jak najbliższą przyjaciółkę. Margaret zawsze pragnęła zająć to miejsce i zazdrościła Dixon, że to ją matka faworyzuje. Margaret starała się odpowiedzieć na każdą prośbę o współczucie kierowaną do niej, a było ich wiele, nawet jeśli chodziło o błahostki - tego jednak nie zauważała tak jak słoń, który nie dostrzega igły w swojej stopie, a mimo to unosi ją spokojnie na prośbę swego opiekuna. Wszystko nieświadomie zbliżało Margaret do nagrody.
Pewnego wieczoru pod nieobecność pana Hale’a matka zaczęła opowiadać jej o bracie, o Fredericku, w tym temacie Margaret miała wiele pytań, był niemal jedynym, w którym jej nieśmiałość zwyciężała nad otwartością, im bardziej pragnęła czegoś się dowiedzieć, tym mniej była skłonna do mówienia.
- Och, Margaret! Wczoraj było tak wietrznie, w naszym pokoju aż huczało w kominie! Nie mogłam spać, nigdy nie mogę przy takim okropnym wietrze. Zawsze tak się działo odkąd Frederick był na morzu, a teraz, nawet jeśli się nie budzę, śni mi się, że on jest na wzburzonym oceanie, po obu stronach jego statku wielkie, przejrzyste, zielonkawe jak szkło ściany fal, znacznie przewyższające maszt, przetaczają się nad nim pieniąc się okrutnie i przerażająco niczym jakiś gigantyczny, grzywiasty wąż. To stary sen, ale zawsze powraca w wietrzne noce, budzę się z ulgą, wdzięczna, że już nie śpię, siedzę w łóżku sztywno wyprostowana z przerażenia. Biedny Frederick! Teraz jest na lądzie, więc wiatr nie może wyrządzić mu krzywdy. Ale myślę, że zdołałby przewrócić te wysokie kominy.
- Gdzie jest teraz Frederick, mamo? Nasze listy adresujemy na ręce panów Barbour w Kadyksie, ale gdzie jest on sam?
- Nie pamiętam nazwy tego miejsca. Ale Margaret, musisz pamiętać, że on nie nazywa się teraz Hale. Zwróć uwagę na inicjały F.D. w rogu listów. Przyjął nazwisko Dickenson, chciałam, by przyjął nazwisko Beresford, do czego miałby w pewnym sensie prawo, ale ojciec uznał, że lepiej, by tego nie robił, mógłby być rozpoznany, gdyby nosił moje panieńskie nazwisko.
- Mamo – powiedziała Margaret – byłam u cioci Shaw, gdy to wszystko się stało i jak sądzę nie byłam w odpowiednim wieku, by mi o wszystkim otwarcie opowiedzieć. Ale teraz chciałabym wiedzieć, jeśli mogę, jeśli nie sprawi ci to zbyt wielkiego bólu, by o tym mówić.
- Bólu? Nie. – odpowiedziała pani Hale, jej policzki zalał rumieniec – Bolesna jest myśl, że może już nigdy nie zobaczę mojego drogiego chłopca. We wszystkim postąpił słusznie, Margaret. Mogą mówić, co chcą, ja mam jego listy i prędzej jemu uwierzę, bo to mój syn, niż jakiemukolwiek sądowi wojskowemu na ziemi. Podejdź do mojego japońskiego sekretarzyka, kochanie, w drugiej szufladzie po lewej stronie znajdziesz paczkę listów.
Margaret podeszła, były tam pożółkłe, poplamione wodą morską listy, pachnące specyficznie oceanem, Margaret przyniosła je matce, która rozwiązała jedwabny sznureczek drżącymi palcami i sprawdzając daty dawała je Margaret do przeczytania czyniąc zarazem pospieszne, niespokojne uwagi co do ich zawartości zanim jej córka mogła sama zrozumieć, czego dotyczą.

Caroline - Wto 21 Lis, 2006 21:55

Matylda napisał/a:
Mniam Carolino
Boże czy Wy dziewczyny macie to jakos poukładane ???? :? ??:

Łudzimy się, że tak :mrgreen:

Oki, część druga :)

Rozdział XIV Bunt
(„The mutiny”)
cz. II, s.122

- Widzisz, Margaret, że od początku nie lubił kapitana Reida. On był drugim oficerem na okręcie, na Orionie, na którym Frederick płynął po raz pierwszy. Biedaczek, jak dobrze wyglądał w stroju kadeta marynarki ze sztyletem w dłoni, rozcinał nim gazety jakby to był nóż do papieru! Ten Reid, bo wtedy był tylko panem Reidem, zdawał się od początku powziąć niechęć do Fredericka, a potem... poczekaj! To są listy pisane na pokładzie Russell. Gdy Fredericka tam zaokrętowano i odkrył, że dowodzi jego dawny wróg zamierzał znieść jego tyranię cierpliwie. Spójrz, to ten list, przeczytaj, Margaret. Gdzie jest to jak pisze... o tu! „Mój ojciec może na mnie polegać, zniosę cierpliwie wszystko co oficer i dżentelmen może znieść od innego oficera i dżentelmena. Ale z tego co wiem o moim obecnym kapitanie, wyznam, że z lękiem oczekuję długiego okresu tyranii na pokładzie Russell”. Widzisz, obiecywał znieść cierpliwie i jestem pewna, że obietnicy by dotrzymał, bo to chłopiec o najsłodszym charakterze, jaki mógł być, jeśli tylko nie był poirytowany. Czy to list, w którym pisze o gniewie kapitana wobec ludzi, gdy okręt nie wykonał manewru tak szybko jak Avenger? Widzisz, pisze, że mieli na pokładzie Russell wielu nowych, podczas gdy Avenger miał tę samą załogę niemal od trzech lat, tamci mogli więc pozbyć się obiboków i wyćwiczyć ludzi tak że biegali po linach w górę i w dół jak szczury albo małpy.
Margaret powoli czytała list na poły nieczytelny przez blaknący atrament. Mogła to być – i prawdopodobnie była – opowieść o apodyktycznej drobiazgowości kapitana Reida znacznie wyolbrzymiona przez narratora, który spisywał ją, gdy wspomnienia ostatniej scysji były jeszcze żywe i świeże. Kilku marynarzom będącym w górze na olinowaniu głównego żagla kapitan nakazał ścigać się na dół grożąc, że ostatni zazna „kota z dziewięcioma ogonami”. Jeden z nich, który był najdalej czując, że nie zdoła wyprzedzić kolegów, a jednocześnie wzdragając się przed hańbą, jaką byłaby chłosta, rzucił się desperacko w dół chcąc chwycić wiszącą znacznie niżej linę, nie udało mu się, upadł bez czucia na pokład. Żył jeszcze kilka godzin. Gdy młody Hale pisał list, wzburzenie załogi sięgało zenitu.
- Tego listu nie dostaliśmy jeszcze długo, długo po tym jak usłyszeliśmy o buncie. Biedny Fred! Przypuszczam, że pisanie go przyniosło mu ulgę, chociaż nie wiedział jak go wysłać, biedaczek! Wtedy zobaczyliśmy relacje w gazetach – to znaczy zanim dotarł do nas list Freda – relacje o skandalicznym buncie, który wybuchł na pokładzie Russell, o tym że buntownicy przejęli statek, który jak przypuszczano przepadł by zająć się piractwem, a kapitana Reida puszczono w dryfującej łodzi z kilkoma ludźmi – oficerami, których nazwiska podano. Ich wszystkich wyłowił parowiec z Zachodnich Indii. Och, Margaret! Jak okropnie poczuliśmy się twój ojciec i ja, gdy na liście nie znalazło się nazwisko Frederick Hale. Myśleliśmy, że to musi być jakaś pomyłka, bo Frederick to taki wspaniały młodzieniec, choć może trochę zbyt uczuciowy, myśleliśmy, że nazwisko Carr znajdujące się na liście było błędnie wydrukowanym Hale – gazety są takie niedokładne – więc następnego dnia w porze, gdy nadchodziła poczta ojciec pojechał do Southampton po gazety. Nie mogłam wytrzymać w domu, wyszłam mu na spotkanie. Przyjechał bardzo późno, później niż przewidywałam, usiadłam pod żywopłotem, by na niego poczekać. W końcu nadszedł, ramiona miał opuszczone, głowę pochyloną, szedł ciężko przed siebie, jakby każdy krok przychodził mu z trudem i wymagał wysiłku. Margaret widzę go jeszcze teraz.
- Nie opowiadaj dalej, mamo. Wszystko rozumiem – powiedziała Margaret pochylając się czule do boku matki i całując jej rękę.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group