PLIKI COOKIES  | Szukaj  | Użytkownicy  | Grupy  | Profil  | Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  | Zaloguj
Rejestracja  | Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Rupert Everett
Autor Wiadomość
Gunia 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 5401
Wysłany: Wto 15 Maj, 2007 13:13   

Świetny jest. :D Uwielbiam jego śpiewy.
Mój chłopak się żeni
EDIT:
I jeszcze Bądźmy poważni na serio oczywiście.
_________________
Dobra wiadomość jest taka, że Bóg zawsze odpowiada na nasze modlitwy.
Czasami po prostu odpowiedź brzmi: nie.
 
 
Gunia 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 5401
Wysłany: Wto 15 Maj, 2007 13:33   

Tak sobie właśnie pomyślałam, że gdyby ekranizowali ff'a Pameli, to on byłby świetnym Dy. :D
_________________
Dobra wiadomość jest taka, że Bóg zawsze odpowiada na nasze modlitwy.
Czasami po prostu odpowiedź brzmi: nie.
 
 
AineNiRigani 
Ambasador kotłowni



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 19911
Skąd: Unexpected journey
Wysłany: Wto 15 Maj, 2007 16:35   

Doskonałym :D
Ale podejrzewam, że to dlatego, że sie sugerujemy jego rolą w Mężu idealnym i Important...
_________________
DYPLOMATA - czlowiek, ktory powie spierdalaj w taki sposob, ze czujesz ekscytacje zwiazana ze zblizajaca sie podroza...


 
 
Gunia 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 5401
Wysłany: Wto 15 Maj, 2007 16:52   

Widziałam go w kilku innych filmach i przez każdą jego kreację przebija się ten Dy'owski styl bycia. Nawet w tym z Madonną.
_________________
Dobra wiadomość jest taka, że Bóg zawsze odpowiada na nasze modlitwy.
Czasami po prostu odpowiedź brzmi: nie.
 
 
AineNiRigani 
Ambasador kotłowni



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 19911
Skąd: Unexpected journey
Wysłany: Wto 15 Maj, 2007 18:08   

Bo nie widziałaś Ruperta jako grabarza :D
_________________
DYPLOMATA - czlowiek, ktory powie spierdalaj w taki sposob, ze czujesz ekscytacje zwiazana ze zblizajaca sie podroza...


 
 
Alison


Dołączył: 18 Maj 2006
Posty: 6625
Wysłany: Czw 30 Sie, 2007 14:01   

Jakoś tak chorutko Rupercik wyglada, choć nie powiem z trzydniowym zarostem mu do twarzy...

http://film.onet.pl/N,61851,1,15,galerias.html
 
 
Gunia 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 5401
Wysłany: Czw 30 Sie, 2007 19:14   

Rzeczywiście jest mizerny. :(
_________________
Dobra wiadomość jest taka, że Bóg zawsze odpowiada na nasze modlitwy.
Czasami po prostu odpowiedź brzmi: nie.
 
 
AineNiRigani 
Ambasador kotłowni



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 19911
Skąd: Unexpected journey
Wysłany: Czw 30 Sie, 2007 20:31   

On raczej mizernie wyglada - taki szczypioreczek. Pamietam Another Country, wprawdzie na tle Colina prezentowal sie jeszcze szczuplej, ale i tak żebra mu wystawały.
_________________
DYPLOMATA - czlowiek, ktory powie spierdalaj w taki sposob, ze czujesz ekscytacje zwiazana ze zblizajaca sie podroza...


 
 
winterm 
Och damą być....



Dołączyła: 10 Lut 2008
Posty: 113
Wysłany: Wto 12 Lut, 2008 16:17   

Świetny jest, to prawda. Mnie szczególnie podobał się w "Idealnym mężu". Sam wdzięk i urok. Ale mocno muszę się skupić na treści filmu, bo gdzieś zawsze kołacze mi się w świadomości, że jest gejem. To tak jak z Rockiem Hudsonem w starych komediach, gdzie partnerował Doris Day. Niby fajnie, ale jak się wie, że był homoseksualistą, mimo najlepiej zagranej sceny miłosnej, głupio... A zawsze grał przecież stu procentowych uwodzicielskich facetów.
 
 
Gunia 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 5401
Wysłany: Wto 12 Lut, 2008 17:20   

Cytat:
Świetny jest, to prawda. Mnie szczególnie podobał się w "Idealnym mężu". Sam wdzięk i urok. Ale mocno muszę się skupić na treści filmu, bo gdzieś zawsze kołacze mi się w świadomości, że jest gejem. To tak jak z Rockiem Hudsonem w starych komediach, gdzie partnerował Doris Day. Niby fajnie, ale jak się wie, że był homoseksualistą, mimo najlepiej zagranej sceny miłosnej, głupio... A zawsze grał przecież stu procentowych uwodzicielskich facetów.

Historia udowadnia, że najpiękniej i najtrafniej o kobietach i miłości do nich opiszą geje. ;) Ja zawsze skupiam się na tym charakterystycznym stylu Ruperta i wtedy w ogóle się nie zastanawiam nad jego prywatnym życiem. Uwielbiam to połączenie pewnego cynizmu, inteligencji a zarazem niesamowitego wdzięku. Każda jego rola ma klasę. Jestem pewna, że on nawet w reklamie zapałek wypadłby całkowicie jak dżentelmen, co świetnie widać na przykładzie Lisa, gdzie wystarczył sam jego głos.
Nigdy nie mogłam zrozumieć, jak Julia Roberts mogła mieć jakiekolwiek wątpliwości, czy to zakończenie jest najlepsze. :mrgreen:
_________________
Dobra wiadomość jest taka, że Bóg zawsze odpowiada na nasze modlitwy.
Czasami po prostu odpowiedź brzmi: nie.
 
 
AineNiRigani 
Ambasador kotłowni



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 19911
Skąd: Unexpected journey
Wysłany: Wto 12 Lut, 2008 17:26   

Mnie tam Rock zawsze zalatywał jakoś niewieścio - ale to pewnie przez ten typ urody - kwadratowa szczęka i mocne tzw "męskie" rysy budza we mnie podejrzenia :D
A u Ruperta jakoś mi to nie zalatuje. Podziwiam mimikę, podziwiam oczy ich ciągle inny wyraz i ten nosowy głos pełen nonszalancji !!! Bożesz Ty mój. Kolana miękną.
Ale wiecie, jak go słucham z lat młodych - on tak nie mówił :D To dopiero potem przyszło :D
W Przypadkowej narzeczonej największą zbrodnią był ten tandetny włoski dubbing (on tam mówił po włosku, ale dla potrzeb rynku na wydaniu DVD został zdubbingowany na angielski - czujecie to???? :rotfl: )
_________________
DYPLOMATA - czlowiek, ktory powie spierdalaj w taki sposob, ze czujesz ekscytacje zwiazana ze zblizajaca sie podroza...


 
 
winterm 
Och damą być....



Dołączyła: 10 Lut 2008
Posty: 113
Wysłany: Nie 17 Lut, 2008 21:44   

Nie wiem o czym mówisz?
 
 
AineNiRigani 
Ambasador kotłowni



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 19911
Skąd: Unexpected journey
Wysłany: Nie 17 Lut, 2008 22:44   

winterm napisał/a:
Nie wiem o czym mówisz?


A w którym miejscu?
_________________
DYPLOMATA - czlowiek, ktory powie spierdalaj w taki sposob, ze czujesz ekscytacje zwiazana ze zblizajaca sie podroza...


 
 
anasta 



Dołączyła: 15 Lis 2009
Posty: 26
Skąd: Warszawa
Wysłany: Wto 17 Lis, 2009 11:11   

Czytam właśnie autobiografię Ruperta Everetta Red carpets and other banana skins i muszę powiedzieć, że poza szeregiem innych zalet pan Everett ma niezaprzeczalny talent literacki.

Książkę czyta sie doskonale, jest napisana pięknym, żywym i bardzo brytyjskim językiem, z dużą klasą, dystansem autora do siebie i bardzo przemawiającym do mnie poczuciem humoru.

Fragmenty książki są do poczytania tutaj:
http://www.dailymail.co.u...abis-joint.html

RE.jpg
Plik ściągnięto 2871 raz(y) 12,36 KB

 
 
Gunia 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 5401
Wysłany: Wto 17 Lis, 2009 20:47   

Może w Polsce też zaistnieje ta pozycja? :roll:
_________________
Dobra wiadomość jest taka, że Bóg zawsze odpowiada na nasze modlitwy.
Czasami po prostu odpowiedź brzmi: nie.
 
 
Caitriona 
Byle do zimy!



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 11397
Skąd: Warszawa
Wysłany: Sro 18 Lis, 2009 19:13   

Chętnie bym to przeczytała ;)
_________________
And clouds full of fear
And storms full of sorrow
That won't disappear
Just typhoons and monsoons
This impossible year

 
 
anasta 



Dołączyła: 15 Lis 2009
Posty: 26
Skąd: Warszawa
Wysłany: Sro 16 Gru, 2009 12:02   

Jeżeli ktoś jest wciąż zainteresowany, służę próbką pisarstwa Ruperta Everetta.

Tłumaczenie moje :-)

Pierwszy rozdział autobiografii - Opowieści z kołyski

Kilka razy w życiu każdy z nas staje w punkcie zwrotnym. Dramatyzm tego momentu często nam umyka. Wkraczamy weń bez zastanowienia się, nie słysząc huku zatrzaskiwanych za plecami drzwi, nieświadomi, że zostaliśmy odcięci od przeszłości i wypływamy na otwarte morze, wytyczając nowy szlak przez nieznane wody. Miałem 6 lat, gdy doświadczyłem tego po raz pierwszy. Mieszkałem wówczas z matką, ojcem, bratem i naszą nianią w starym czerwonym wiejskim domu z fosą, wśród pszenicznych pół Essexu. Miejscowi rolnicy właśnie skończyli zbiory i tego ranka zaczęli palić rżysko. Dowiedzieliśmy się o tym, bo moja matka wkroczyła w szyku bojowym do domu po zawiezieniu ojca na stację.
– Nianio! Pani Smithers! Oni palą rżysko!
Urwanie głowy. Siedziałem na podłodze, podczas gdy dwie kobiety mego życia przemykały przez dom zatrzaskując drzwi, zamykając okna, zasuwając zasłony. Deski podłogowe na piętrze dudniły i skrzypiały w takt kroków, które trzęsły całym domem: rezolutny chód matki, który my, dzieci, rozpoznawaliśmy za milę, i kroki pani Smithers, naszej kochanej gosposi, wciśniętej jak młoda słonica w wysłużone szpilki mojej matki. Strzępy rozmów dolatywały z poddasza – salwy śmiechu matki. I potem cisza. Słońce z trudem przebijało się przez szpary w zasłonach i cały dom stał się wielkim akwarium na czas palenia rżyska, a ponieważ moja matka była nieprzejednaną przeciwniczką brudu, zasłony pozostały zasunięte tak długo, aż ostatni płatek popiołu rozpłynął się w niebie. Uwielbiałem to. W ciemnościach czułem się niegrzeczny. A na zewnątrz szalało istne piekło.
To była największa atrakcja lata dla nas, dzieciaków, kiedy staliśmy tam, od początku do końca pod czujnym okiem miejscowych rolników, wypatrując jeży i polnych myszy do uratowania z ognia i odchodziliśmy dopiero gdy zmrok spowijał tlący się żar a pola wokół naszego domu zamieniały się w olbrzymie tygrysie skóry.
Jednak tamtego ranka, zamknięci w domu, trwaliśmy w przyjemnym stanie oblężenia i siedzieliśmy wszyscy w kuchni, póki mama i pani Smithers snuły wspomnienia o poprzednich „rżyskach”, a niania przygotowywała kawę i sok porzeczkowy. „Ten nieznośny popiół dostaje się wszędzie” - to zdanie moja matka miała powtórzyć tysiąc razy w ciągu następnych dwóch tygodni, a pani Smithers za każdym razem kiwała głową w skupieniu jak zabawkowy buldog na tylnim siedzeniu samochodu.
Dlatego byłem nieco zaskoczony decyzją o zabraniu mnie do kina. „Co to jest kino?” - zawodziłem płaczliwie, gotowy rozryczeć się wniebogłosy. Ale dyskusja została ucięta i nie otrzymałem żadnych wyjaśnień.
– Sam zobaczysz – była jedyna odpowiedź.
Tym sposobem po chwili wpakowaliśmy się do samochodu, mama za kierownicą, ja obok z moją własną kierownicą przymocowaną na przyssawce do deski rozdzielczej, niania z tyłu, i ruszyliśmy w żółwim tempie wśród buchających płomieni przez łowiecki rezerwat wokół domu, dzięki czemu mogłem przynajmniej dobrze się przyjrzeć wszystkiemu. Wątpię, by mama była świadoma, że benzyna może wybuchnąć.
Do tego roku (1965) nie mieliśmy telewizji. Jedyne obrazy, które widziałem, przechodziły tu i teraz przed moimi oczami. Nie miałem żadnej koncepcji otaczającego świata i wcale mi tego nie brakowało. Kiedy zmarł Churchill, ojciec poszedł i kupił wielki nieporęczny odbiornik, żeby móc razem z matką obejrzeć pogrzeb, i to były pierwsze ruchome obrazy, które zobaczyłem w swoim życiu. W pierwszej chwili uznałem je za niewyraźne, niezrozumiałe i zwyczajnie nudne, ale gdy odwróciłem się i zobaczyłem łzy i zachwyt na twarzach moich rodziców, zmieniłem zdanie. Ta telewizja potrafi przyciągać uwagę.
Kino w Braintree też przyciągało uwagę. Mieściło się w niepozornym budynku, jednym z tych ponurych okazów budownictwa z lat pięćdziesiątych z ceglaną fasadą, metalowymi oknami i sfatygowanym billboardem nad wejściem. Zaparkowaliśmy samochód i ustawiliśmy się w długim ogonku otaczającym kino. Żadne z nas nie było zachwycone perspektywą czekania w kolejce – mama zawsze miała milion spraw do załatwienia, a ja pragnąłem wrócić do rżyska – więc prawie daliśmy za wygraną. Jednak los był już przesądzony, więc po pół godzinie utyskiwania (mamy) i jęków (moich) dotarliśmy do kasy.
W ten sposób moja matka kupiła fatalne bilety i bezwiednie wprowadziła mnie przez wahadłowe drwi do reszty mojego życia. Żegnaj, Braintree! Nagle znaleźliśmy się w magicznej, skąpo oświetlonej grocie gigantycznych rozmiarów. To było chyba największe pomieszczenie na świecie zakończone najpotężniejszą kurtyną jaką w życiu widziałem. Kurtynę pokochałem od razu, ale było tam coś jeszcze. Pani z latarką zaprowadziła nas centralnym przejściem na miejsca. Co to za dziwne fotele i jak na nich usiąść?
– To się rozkłada jak deska sedesowa, kochanie – powiedziała mama.
Usiadłem między nią i nianią, wziąłem je obie za ręce i powoli przyzwyczajałem się do oświetlenia i własnego skaczącego serca. Z półmroku na górze wyłaniał się amfiteatr, balkon, a na zawrotnej wysokości nad naszymi głowami wisiał jak znużony księżyc ogromny brudny żyrandol zapalony w połowie jak dla seansu wywoływania duchów. Unosił się odór papierosów i wilgoci, z toalet zawiewało osobliwą mieszanką moczu i chloru. I seks. Nawet jeżeli nie wiedziałem jeszcze, co to jest, tę szczególną aurę nieczystości czuło się we wszystkich prowincjonalnych kinach w tamtych czasach. Tu się przychodziło, by pomacać kuciapę swojej dziewczyny.
„Kuciapa” - to słowo wykrzykiwali „kolesie” z amfiteatru do dziewczyn czekających w kolejce po lody przy loży.
– Karen, pokaż kuciapę! – wołali, a dziewczyny chichotały zalotnie.
– Mamo, co to jest kuciapa? – spytałem pewnego ranka podczas kawy.
– Myślę, że to twoja mała zabawka – powiedziała matka mgliście. Pani Smithers i niania omal się nie zakrztusiły. Zrozumiałem, że biedna mama nie jest zbyt uświadomiona.
Ale to było podczas seansów wieczornych. O wiele gorsze rzeczy działy się podczas poranków filmowych. Nawet tamtego dnia wśród tłumu małych dzieci z mamami i niańkami sterczał stary, zdziwaczały relikt, nieruchomy jak jaszczur w loży, zamienionej w kłębiący się plac zabaw. („Nie siadaj za blisko pana Barnarda z Millens & Dawson, to zboczeniec” – upominano dzieci. Ale nikt się tym wówczas nie przejmował.) Dziecięce chichoty i wrzaski odbijały się od ścian na wpół wypełnionej sali. Trwał nieustanny ruch. Do łazienki, do pani z lodami, wreszcie któreś z dzieci za bardzo narozrabiało i zostało wyprowadzone. Cały tumult i ruch ustał nagle, gdy znużony księżyc w górze przestał świecić, a małe lampki na ścianach pociemniały jak zgaszony żar, i wszyscy jak jeden mąż zwrócili się w stronę ogromnej falującej kurtyny, większej od naszego domu. Była podświetlona od spodu i na dole widniał pasek jaskrawej czerwieni, jak gdyby słońce miało wzejść za chwilę z jamy orkiestrowej.
Co było za nią? Skąd to wszystko się brało? Czołówkę zaczęto wyświetlać przy zamkniętej kurtynie. Wydawało się, że coś przebija się z tamtej strony, i wówczas kurtyna bezszelestnie rozchyliła się i Mary Poppins wyskoczyła zza rampy prosto do mego serca.
Następne dziewięćdziesiąt minut były najbardziej wstrząsające, inspirujące, zabawne, tragiczne, wykańczające, pustoszące i pełne trwogi w całym moim życiu. Na początku, gdy wszystkie nianie wywiało, byłem przerażony. Patrzyłem przez chwilę na moją Nianię, i jej życie i rola nagle ukazały mi się w innym świetle. To może być niebezpieczna praca, pomyślałem. I gdy potem Mary Poppins wfrunęła bez wysiłku do filmu, coś zmieniło się na zawsze. Czy to dlatego, że Julie Andrews z wyglądu i zachowania przypominała moją matkę? Być może. Czy może dlatego, że już kochałem moją własną Nianie nad życie? Oczywiście, całkowicie się identyfikowałem z całym sposobem bycia Mary Poppins. Sposób okazywania uczuć przez Julie był naszym sposobem. Powściągliwość, a zarazem czułość, praktyczność, a zarazem ciepło. Co do pana Banksa, on był moim tatą. Ale nie chciałem, by stracił przeze mnie pracę. I owszem, w połowie filmu już byłem Janeczką i Michasiem. Uczyłem się w zastraszającym tempie. Identyfikowałem się ze wszystkim, co działo się na ekranie. Nagle odkrywały się nowe horyzonty. Można wskoczyć do obrazka na trotuarze. To musi być prawdziwe, bo cała reszta doskonale się zgadza. Ostatecznie, mijaliśmy katedrę Świętego Pawła za każdym razem w drodze do naszego londyńskiego mieszkania, więc myślę, że musiałem się czuć, jak gdyby ten film został skrojony specjalnie na moją miarę, ale tego było dla mnie za wiele. Mój mózg był przeładowany. Gdy Mary Poppins odeszła bez pożegnania, byłem tak niepocieszony, że wyprowadzono mnie z kina i opuściłem piosenkę Let’s Go Fly a Kite.
Dzieci w filmie wyszły ze swoim tatą do parku, gdy Mary Poppins postanowiła odejść. W tym momencie zacząłem krzyczeć: „Janeczko! Michasiu! Szybko! Wracajcie na ulicę Czereśniową!”. Lekki klaps matki nie zrobił na mnie wrażenia, tym bardziej, że papuzia główka z parasolki najwyraźniej czytała w moich myślach. „Oni nawet się nie pożegnali” – wrzasnęła do Mary Poppins.
– Oni nie wiedzą, że odchodzisz! – wykrzyknąłem rozpaczliwie w odpowiedzi.
– Cicho bądź – powiedziały mama i Niania, ale nie mogłem. Wstałem i ryczałem co sił w płucach, aż mnie wyciągnięto, kopiącego i wrzeszczącego, z kina.
Przez całą drogę powrotną milczałem, beznamiętnie patrząc na żarzące się rżysko, gdy podjeżdżaliśmy do domu. Wszyscy próbowali wprowadzić mnie z powrotem w mój dawny żywiołowy nastrój, ale na nic to się nie zdało. Byłem zbyt przygnębiony by myśleć.
Coś się zmieniło. Czułem to, ale nie umiałem tego wyrazić. Właściwie, patrząc wstecz, myślę, że były to narodziny olbrzymiego pomylonego ega. Do tamtego popołudnia żyłem bez zastanowienia się od rana do nocy, od zimy do wiosny, od złości do radości. Bez zakłóceń przeżywałem każdą chwilę. Nie stawiałem pytań. Lecz teraz byłem w grze, w poszukiwaniu osobowości, ale moje podwozie nie działało jak należy. Wszystko było poprzestawiane.
Matka wyrzuciła starą tweedową spódnicę (w koło). To był mój pierwszy akt szaleństwa. Miałem być córką Mary Poppins i spódnica była częścią planu. Uratowałem ją ze śmietnika i zacząłem nosić przez cały czas. Praktykowałem moje nowe „ja” na drabinie z platformą pośrodku. Siedziałem na tej platformie w czerwonej spódnicy i czarnych materiałowych kapciach całymi godzinami, nucąc piosenki, których nauczyłem się ze swojej nowej płyty Mary Poppins. Nikt się tym szczególnie nie przejmował. Ale coś się zaczęło. Od tej pory zrobiłem się stałym bywalcem ambasady w Braintree. Ogłądałem Mary Poppins ze dwadzieścia razy, i ledwo moja matka tupnęła nogą i zabroniła mi oglądania jej po raz kolejny, a już Julie odpowiedziała na mój rozpaczliwy telepatyczny apel do niej i wystąpiła w Dźwiękach muzyki.
_________________
Oh, I've met some hard-boiled men in my time but ... you are 20 minutes (Camilla Fritton)
 
 
anasta 



Dołączyła: 15 Lis 2009
Posty: 26
Skąd: Warszawa
Wysłany: Sro 16 Gru, 2009 12:03   

Ciąg dalszy pierwszego rozdziału (polowania).

Zimowe soboty mój ojciec zwykł spędzać na polowaniu, wówczas całe domostwo ogarniała gorączka przygotowań. Matka latała jak kurczak z uciętą głową. Szykowanie śniadania. Wciskanie taty w bryczesy i buty. Budzenie reszty rodziny. Szalała po domu jak tornado. Pan King, a później pan Baker, nasi stajenni, zaczynali siodłać konie. Mój brat podjeżdżał samochodem i brał na hol przyczepę do przewozu koni, a ja siedziałem nucąc swoje filmowe piosenki i zastanawiałem się, co zrobić, żeby wykręcić się od oglądania polowania razem z matką i jej przyjaciółką panią Barker. Nic z tego. To się nigdy nie mogło udać. Wreszcie w hallu na dole rozlegały się kroki ojca, zapowiadający ostre upomnienie matki: „Roo! Chodź! Ruszamy!”
Wszyscy nasi znajomi polowali; podczas zbiórek dorośli pili wiśniówkę na koniach. Psy biegały dookoła. Niektóre kobiety wciąż jeździły w damskim siodle; sporo mężczyzn było ubranych w czerwone kurtki, toczki i myśliwskie krawaty (był to długi wykrochmalony pas materiału owijany wokół szyi i wiązany w określony sposób, którego nie mógł opanować mój ojciec). Moja mama i pani Barker były jedynymi matkami, które nie polowały, stały więc nieopodal w szalach na głowach i kaloszach, a my z chłopcami Barkerów posępnie siedzieliśmy w samochodzie okrutnie przedrzeźniając paplaninę naszych matek. („Julio, skarbie, twój mus krabowy był boski. Musisz dać mi przepis.” - „Och, Saro, po prostu dodaj dużo Elnette, żeby się ścięło”).
Potem prowadzący trąbił sygnał i polowanie wyruszało; pani Barker i mama biegły kłusem do samochodu i ruszaliśmy za polowaniem. Wątpię, czy kiedykolwiek udało im się upolować lisicę. Jechaliśmy całe mile bocznymi drogami i podjazdami do obejść, żeby złapać moment, gdy myśliwi przegalopują obok nas. Czasem zdarzały się tragedie. Pani Motion spadła z konia, który ciągnął ją ze sto jardów za sobą; nigdy nie wyszła z komy. Pamiętam to wyraźnie. Jej bezwładne ciało - czarny garb na końcu pola, i wszyscy biegną w jej stronę. Lekarz, który doglądał polowania, dał jej zastrzyk, który okazał się śmiertelny. Nie powinna była w ogóle go dostać.
Mój brat jako pierwszy zaczął polować. Nienawidził tego, ale robił to, żeby zadowolić ojca. Ja nie miałem zamiaru zadowolenia kogokolwiek i wyraziłem to najdobitniej jak potrafiłem, ale i tak kazano mi jechać. Miałem kucyka - wredną istotę o imieniu Crisp. Miała zwyczaj odwracać się i gryźć mnie, gdy nie byłem skupiony, co nie sprzyjało ociepleniu naszych relacji. Wolałem klacz brata, Netty, starą, powolną szkapę, której nic nie mogło wyprowadzić z równowagi. Człowiek mógł ją spinać i spinać bez najmniejszego skutku, aż w końcu powoli przechodziła na stateczny kłus, co było całkiem przyjemne. Crisp dla odmiany była podstępną maniaczką i podczas mojego pierwszego wyjazdu poniosła mnie, wyprzedzając całe polowanie. Jedna ze złotych zasad łowów głosi, że nikt nie może wyjechać przed łowczego i psy. Naciągałem wodze z całych sił, ale Crisp gnała naprzód. Prowadziła własną grę i najwyraźniej uparła się, by ściągnąć na mnie powszechną uwagę. Kątem oka widziałem, przemykając obok, zniesmaczone zaczerwienione twarze miejscowych ziemian i słyszałem ich rozmaite uwagi:
- Opanuj swojego kucyka, ty głupi idioto!
- Młodego Everetta poniosło!
- Pięty w dół, czubki w górę!
No pięknie, myślałem mijając łowczego i psy i pędząc prosto na bramę, wyższą od cholernej Crisp. Wiedziałem, co jej chodzi po głowie: zamierzała galopować najszybciej jak się da aż do bramy, stanąć przed nią jak wryta, zrzucając mnie, żebym skręcił sobie kark jak biedna pani Motion. Nie było odwrotu. Nadszedł czas, by porzucić bierny opór i pokazać jej, kto tu rządzi, więc puściłem wodze, spiąłem ją z całej siły i, ku naszemu wspólnemu zdumieniu i zaskoczeniu reszty myśliwych, przeskoczyliśmy przez bramę. To miała być zwycięska chwila. Ale czułem się upokorzony, i przysięgając sobie, że nigdy więcej nie zbliżę do Crisp, zsiadłem i powlokłem się precz przez pola.
Polowałem jeszcze dwa albo trzy razy. Podczas mojego ostatniego polowania wreszcie złapaliśmy lisa. Biedne zwierzę zostało rozszarpane przez psy, ale potem stało się coś znacznie gorszego. Zostałem niechcący ofiarą obrzędu inicjacji. Kolejny zwyczaj łowiecki - każdy nowicjusz ma przyjąć „chrzest myśliwski” po ubiciu pierwszej zwierzyny.
- Młody Everetcie, podjedź do przodu - powiedział łowczy do prowadzącego i przekazano to dalej. Nie miałem wyboru. Uruchomiłem starą Netty i posępnie przejechałem wzdłuż szeregu myśliwych, którzy uśmiechali się do mnie dobrotliwie, jak sataniści z Dziecka Rosemary.
- Zsiądź z konia, chłopcze - powiedział prowadzący. Ktoś odciął lisowi łapę, zanim został rozszarpany na strzępy. Podaną ją, surową i broczącą krwią, prowadzącemu, który usmarował mi nią całą twarz. Wszyscy się zaśmiali, ktoś zaklaskał, ktoś poklepał mnie po kapeluszu, łowczy złożył mi życzenia - i, co najgorsze, czułem się bajecznie. Jak prawdziwy maczo. Należałem do gangu. Rozpromieniony tata uśmiechał się do mnie spod toczka. Pan King puścił do mnie oko. Matka i pani Barker machały do mnie z oddali. Czułem się jak twardziel. Przez ułamek sekundy. Potem lisia krew trafiła mi do oka i dostałem bzika. Po raz pierwszy doświadczyłem tak gwałtownej zmiany nastroju, która mnie wręcz zaskoczyła, i nagle zacząłem bełkotać i wrzeszczeć, ale nie byłem w stanie wypowiedzieć ani słowa. Krew była wszędzie. Czułem jej smak. Dosłownie miałem czerwono przed oczami. Gdybym mógł, najchętniej straciłbym przytomność, lecz zamiast tego (jak zwykle) opuściłem biedną zdezorientowaną Netty i zrejterowałem - było to drugie dramatyczne zejście ze sceny w mojej wczesnej karierze. Nigdy więcej nie polowałem.
Jednak z dzisiejszej perspektywy tamte dramatyczne czasy wyglądają jak romantyczne sceny z dziewiętnastowiecznej powieści. Poranne zbiórki myśliwych przed starymi domami w różnych zakątkach hrabstwa, okolica przeważnie tonie we mgle i mżawce, z której wyłaniają się czerwone plamy myśliwskich kurtek, sylwetki koni, i ociekający wodą fronton jakiegoś elżbietańskiego dworu. Myśliwskie konie zawsze pięknie spasione, tupoczą po podjazdach wywijając podwiązanymi ogonami; nawet jeżeli się ich nie widziało, było ich słychać. Czy wołano: „Tally-ho”? Nie pamiętam. Pamiętam zapach. Gwar. Kobiety w woalkach schylały się w siodle, by zaciągnąć popręg swojego konia, podtrzymując przy tym kieliszek i konwersację, flirtowały i gawędziły z mężczyznami, którzy pociągali ze swoich piersiówek, trzymając się pod boki. Było mnóstwo romansów prowadzonych z wyzywająco ustawionych siodeł i mnóstwo rozmów o polityce - bo to była era przerw w dostawach prądu i „cholernego Wilsona”.
Polowanie mogło być niebezpieczną zabawą. Wciągając w to dzieci, zdawano sobie sprawę, że naraża się je na pewne ryzyko. Mieliśmy stawiać czoła żywiołom. Ale to było dobre. Poznawaliśmy smak życia i przygody, którego nie zastąpi Gameboy czy komputer w świecie, gdzie bezpieczeństwo stało się nadrzędną wartością. Musiało się wziąć byka za rogi, i tego nas uczono, gdy wyjeżdżało się na polowanie i wyruszało się galopem w pole zupełnie poza kontrolą. W takich chwilach człowiek trzymał własne życie w rękach, i jeżeli spadał, to było po wszystkim. Za to jeżeli nie...
Czasem, jeżeli zbiórka była niedaleko, przedzieraliśmy się do domu o zmierzchu wiejskimi drogami i słychać było tylko stukanie kopyt naszych koni i dziwne odgłosy bażantów w żywopłotach. Migały światła przydrożnych domów i myślało się tylko o podwieczorku przy domowym kominku. Fasolka po bretońsku i jajka w koszulkach, tosty i Marmite, ojciec popijał whisky, póki pomagaliśmy mu ściągnąć buty, a potem znikał, by zanurzyć się w wannie z solą kąpielową.
_________________
Oh, I've met some hard-boiled men in my time but ... you are 20 minutes (Camilla Fritton)
 
 
BeeMeR 



Dołączyła: 16 Gru 2006
Posty: 26408
Skąd: z Krakowa :)
Wysłany: Sro 16 Gru, 2009 12:19   

Ja sobie chętnie w wolnej chwili przeczytam :kwiatek:
_________________

 
 
primavera 



Dołączyła: 07 Paź 2007
Posty: 785
Skąd: Misty Avalon
Wysłany: Sro 16 Gru, 2009 17:54   

anasta napisał/a:
Czytam właśnie autobiografię Ruperta Everetta Red carpets and other banana skins i muszę powiedzieć, że poza szeregiem innych zalet pan Everett ma niezaprzeczalny talent literacki.

Książkę czyta sie doskonale, jest napisana pięknym, żywym i bardzo brytyjskim językiem, z dużą klasą, dystansem autora do siebie i bardzo przemawiającym do mnie poczuciem humoru.


super - to kolejna rzecz do kupienia za kilka dni jak postawię swoją obutą stopę w UK :)
_________________
Cha d' dhùin dorus nach d'fhosgail dorus.
No door closes without opening another door.
 
 
Gunia 



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 5401
Wysłany: Sro 16 Gru, 2009 22:29   

Bardzo dobrze się to czyta. :D Dzięki za świetne tłumaczenie, Anasto! :kwiatki_wyciaga: :kwiatki_wyciaga: :kwiatki_wyciaga:
_________________
Dobra wiadomość jest taka, że Bóg zawsze odpowiada na nasze modlitwy.
Czasami po prostu odpowiedź brzmi: nie.
 
 
AineNiRigani 
Ambasador kotłowni



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 19911
Skąd: Unexpected journey
Wysłany: Sro 16 Gru, 2009 23:20   

Czyta sie swietnie - anasta poklon dla Ciebie :thud:
_________________
DYPLOMATA - czlowiek, ktory powie spierdalaj w taki sposob, ze czujesz ekscytacje zwiazana ze zblizajaca sie podroza...


 
 
anasta 



Dołączyła: 15 Lis 2009
Posty: 26
Skąd: Warszawa
Wysłany: Sro 16 Gru, 2009 23:33   

Cieszę się, że wam się podoba :-D
_________________
Oh, I've met some hard-boiled men in my time but ... you are 20 minutes (Camilla Fritton)
 
 
BeeMeR 



Dołączyła: 16 Gru 2006
Posty: 26408
Skąd: z Krakowa :)
Wysłany: Czw 07 Sty, 2010 07:33   

anasta napisał/a:
Pierwszy rozdział autobiografii - Opowieści z kołyski
świetnie się to czyta - nie tylko treść jest żywa ale i tłumaczenie napisane fantastycznym językiem :oklaski:
Aż chce się czytać dalej i dalej :mrgreen:
_________________

 
 
AineNiRigani 
Ambasador kotłowni



Dołączyła: 18 Maj 2006
Posty: 19911
Skąd: Unexpected journey
Wysłany: Czw 07 Sty, 2010 08:05   

BeeMeR napisał/a:
anasta napisał/a:
Pierwszy rozdział autobiografii - Opowieści z kołyski
świetnie się to czyta - nie tylko treść jest żywa ale i tłumaczenie napisane fantastycznym językiem :oklaski: :


Oooo - wlasnie, wlasnie. Najwet najlepszy tekst bez dobrego tlumacza nie oddaje pelni swojego przekazu - o ile nie zna sie jezyka.
Anasta - naprawde swietny tekst :)
_________________
DYPLOMATA - czlowiek, ktory powie spierdalaj w taki sposob, ze czujesz ekscytacje zwiazana ze zblizajaca sie podroza...


 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group - forum anime

Na stronach naszego forum stosuje się pliki cookies, które są zapisywane na dysku urządzenia końcowego użytkownika w celu ułatwienia nawigacji oraz dostosowaniu forum do preferencji użytkownika.
Zablokowanie zapisywania plików cookies na urządzeniu końcowym jest możliwe po właściwym skonfigurowaniu ustawień używanej przeglądarki internetowej.
Zablokowanie możliwości zapisywania plików cookies może znacznie utrudnić używanie forum lub powodować błędne działanie niektórych stron.
Brak blokady na zapisywanie plików cookies jest jednoznaczny z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie i używanie przez stronę naszego forum.